Pan Tealight i Ciszyczas…

„Nadszedł Ciszyczas.

I jak na razie serio miał się nieźle…

Tu było cicho i tam było cicho…

… ludzie pozamykani w domach, śnięci lekko się zdawali, i chociaż pogoda kompletnie nie współgrała z ciemnością, gnębiąc onymi plusowymi temperaturkami wsystko i wszystkich, wypuscając na świat robalów wselakich, więc… jakby bał się wciąż i wciąż, że ktoś odpali jakąś kosiarkę, czy coś innego brmiącego… niektóre baby swędziały łokcie, by ino pójść do ogrodu i buszujące chwasty pounicestwiać, ale przecież był grudzień… pora ciszy, drzemek i onego ciepłego jedenia…

Grzejącego i rozleniwiającego.

Ludzie czuli, że jednak co czas to czas. Jest czas na kosiarki i czas na to, by przyrodzie ich oszczędzić… jednak,

Ale to słońce, te temperaturki, one zielenie kompletnie buszujące w okolicznościąch tego, co powinno być ino brązowością, mokrym snem bejż mamek, było naprawdę denerwujące… I Ciszyczas miał w sobie takie coś, cego nie nał. Coś, czego nie potrafił zdefiniować, coś nowego…

… coś…

Jakby wrzask…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dlatego kłamaliśmy” – … Slaughter. Właściwie nie pamiętam kiedy zaczęła się moja przygoda z tą autorką. Naprawdę… chyba z początkiem tego wieku. W końcu jej książki pojawiły się w pierwszych latach 2000 roku (2003-2009), więc chronologia się zgadza. I Will Trent, który jest nasym głównym gliniarzem w tej części, tudzież jest to ksiąka z jego serii, jak kto woli… był onym pierwszym bohaterem Slaughter, którego nie do końca lubiłam, no ale, jakoś z czasem coś zaiskrzyło i… nie wiem, chyba go polubiłam, jednak  drugiej strony, nie, nigdy do końca, bo kurce, jakoś awsze ktoś inny odwala za niego robotę, więc poznajcie jego świeżą małżonkę.

Just married! heart emoji

Oh, jacy oni są idealni, perfect match! Lekarka sądowa i glina, nosz kurde no! Muszą rozwiązać tę sprawę, która ma miejsce w malowniczym miejscu, które miało być ich ucieczką, miesiącem miodowym, perfekcyjnym! Zieleń i dzicz, no wiecie, takie klimaty, ale jednak w ładnych domkach i z kibelkiem. Chociaż… patrząc dookoła, coś jest nie tak, nagle trup się ściele, policja nie umie sobie poradzić, nie tolerują innych glinairzy na swoim terenie, więc…

… rozpoczyna się walka.

Walka z demonami przeszłości nasych bohaterów, teraźniejsości i niepewnej przyszłości. Intrygująca, ale tylko do pewnego momentu, potem, w końcu, jakoś tak, no wszystko staje się przepychankami, przegadaniem, ciągłym powrotem do ran z preszłości, wymówkami. Cłowieczeństwem. Wychodzące greszki stają się coraz bardziej poważne… prerażające i nasi bohaterowie są oczywiście jedynymi, którzy mogą je rowiąać, ale… czy to ich sprawa, cy powinna nią być?

Jest w tej powieści coś… co sprawia, i czujemy się intruzami.

Tak, dieje się tutaj zło, ktoś coś powinien powiedzieć, ale te jest to tak zamknięta społeczność, iż nagle uderza nas ten etos zbawcy, który przyłazi, nie rozumie zbyt wiele, ale od razu jest gotów sądzić… i chyba też o to chodziło autorce. Bo Slaughter nigdy nie pisze powieści jednowymiarowyh, raczej, często trochę nudząc czytelnika, mamiąc, zmusza go w końcu do myślenia… i dlatego nie mogę czytać jej książek jednej a drugą, muszę robić przerwy, ale zawsze do niej wracam.

Hmm…

To dobra powieść, ale nie szybkoczytalna.

Gdy to czytacie, to już bardziej taki old news, ale wydalono Amerykankę z Danii… taka tam wieci: nagłośniona sprawa, co by uświadomić USA, iż Europa to nie kraj, a kuźwa kontynent pełen krajów… albo pół kontynentu, no zależy jak kto na to wszystko patrzy. W końcu Eurazja jako pojęcie istnieje wciąż, chyba?

Nie wiem…

Takam opóźniona w tym co jest, czego nie ma.

Czas zdaje się pędzić, a ja stoję z boku i zastanawiam się w jaki sposób ludzie wcześniej wrzeszczący na telewizję, że ogłupia, teraz spokojnie wierzą w AI filmiki i dają influencerom robić sobie z mógu kupę. I to taką rzadką srakę, bolesną. Bardzo nie rozumiem świata… ale wiem, że gdy to piszę jest 24ty listopada i pada śnieg. Mokry i za ciepło by się zimował, ale jednak…

… śnieg…

Wróć, za co ją wydalono? A za nielegalne przebywanie od dłuższego czasu. No wiecie, a brak papierów. I kompletnie tego nie roumiem, jak jej się to udało, wiecie, tak bez ółtej karty wszędzie latać, no ale, to ja. Cłowiek prewrażliwiony i przestrasony, googlujący wselkie prawne krucki i starający się robić wszystko, by tylko nikomu na prawo jakiekolwiek nie nadepnąć… prewrażliwieniec, ale jednak. Pamiętam, gdy się przeprowadzaliśmy, prawo było bardziej rygorystyczne, musiałeś mieć odpowiednią ilość kasy, sprawdzali ci przeszłość, liczyło się wszystko, no i musiało być wynajęte miejsce do mieszkania lub praca od razu, w końcu tutaj nie istnieje bezdomność… ekhm… wiecie, jak u Andersena… bajki… dlatego nie rozumiem, jak mogło jej umknąć, że trzeba pewne rzeczy zrobić…

Ale to USA…

Ale… pada śnieg…

Ogólnie zimno minusowo zaczęło się robić dopiero w okolicach 20tego, więc… niezbyt dobrze. Tochę za mokro i za wilgotno, ale jednak… w końcu zaczęło pachnieć zimą i nawet trochę pierza z nieba zaczęło lecieć, ale nie zostawało. Może na środku Wyspy, wiadomo, u nas kurde czasem w jednej części zima, w drugiej jesień…

… co kto chce.

Zaczęła się pojawiać ona miękka cisza i już było okay…

Jakby tym jednym natura sprawiła, i człowiek w końcu przestał pchać i ciągnąć i ciągle piłować samego siebie, zatrzymał się i tyle. Zwyczajnie jest. Przynajmniej ja. Się staram, znaczy się. Być. Na razie.

Jakoś tak spróbować zwyczajnie być i już.

Nic poza tym.

Bo ten świat jakoś boli ostatnio, zbyt bardzo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciszyczas… została wyłączona

Pan Tealight i Podryw…

„Był zaledwie mgnięciem…

… czymś takim, co było tutaj od dawna, od zawsze i może, ale też i tak naprawdę dopiero się zaczęło, więc jeszcze tak niewielu wiedziało w ogóle o jego istnieniu, tudzież, zwyczajnie… po prostu istniał, ale istniał, mocno i namacalnie, lecz wyłącznie dla siebie. Bo wiedział, iż istnieje i wiedział, że jest onym czymś, tylko nie do końca potrafił to jeszcze udowodnić, zaznaczyć, opisać, więc był dla siebie… A te myśli i namacalności, które i nawet umiał zdefiniować, tudzież po prostu opisać… zwyczajnie, takimi małymi literkami, były tylko wciąż pewnym zamiarem.

Przyszłością.

Niepewną…

Był…

… wydawało mu się nawet przez chwilę, iż kiedyś, może i nie tak całkiem dawno, nie eony temu, był namacalny i używalny ale teraz, dziwnie rozmyty i rozbity jednocześnie, jakoś tak był i niebył w tym samym czasie, miejscu, przestrzeni i myśli. Ale nie w mowie, może jako pomyłka, może przewidzenie…

Świat się zmieniał, może i go nie potrzebował już, więc był…

… dla siebie był wszystkim.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Złap mnie” – … Charlie Grant za 4 dni ma umrzeć.

Wie o tym. Wie o tym od dawna, od momentu, gdy ona ginęła, a potem… kolejna z nich… tak po prostu. Niby nic podejrzanego, ale Charlie wie, że teraz jej czas. Teraz, to będzie ona… w końcu tylko ona została… na dodatek wspomnienia z przeszłości, którą jej własny mózg, pamięć i myśli pragną przywrócić. Jednak ona sama, dotykając blizn, nie chce znać. Nie chce…

D. D. Warren ma niemałą zagwostkę.

Wydaje się, że serio ma zbyt wiele onych zbrodni na głowie, więc jak ma się zająć czymś, co się jeszce nie wydarzyło i na dodatek, cóż, to kolejna sprawa z jedną z nich… ocalałych, upierdliwe osobniczki. D. D. naprawdę ma ich dość. Jakoś się do niej garną, ale cóż, w końcu jest tą najlepszą, więc, nie może się nawet dziwić, iż tak się dzieje.

Gardner często acyna swoje powieści w miejscu, w którym one często się kończą… wiecie, gdy policjant pakuje kulkę w łego gada i ratuje dziewczynę. Ktoś dopada oprawcę, a jego współpracownicy w ostatniej chwili ratują ofiarę… w tym miejscu, który następuje po tych wydarzeniach. Gdy już minęło trochę czasu i nikt nie wie jak się zachować w obliczu dziewczyny, która była gwałcona przez rok, kóra nie jest już radosnym promyczkiem. Która nie ma matki, nie pamięta przeszłości, która… tylko żyje. Przetrwała. Ocalała. Wydaje się uwielbiać ten temat i ma całkiem dobrych współpracowników, znających temat. Warto naprawdę czytać jej książki do końca.

Łącznie z podziękowaniami.

Ta opowieść to ponownie historia „ocalałej”, pamiętnik/wspomnienie z przesłości i coś z teraz… tylko, jak to wszystko się skończy?

Naprawdę dobra powieść.

Z cyklu przeczytane: „Znajdź ją” – … Flora Dane. Ocalała. I D.D. Warren, też po przejściach… ale nie mierzą się. Jedna najchętniej zaaresztowałaby drugą, no ale… i trup mocno zapachowy i jeszcze… Problem? Cóż, jakby to powiedzieć, opowieść dobra, bardzo, ale jednak w pewnym miejscu istnieje niedopowiedzenie i jakoś tak wsio się sypie… jakoś mocno nawet.

Ale… Flora Dane to postać, która już  nami zostanie, taki spojler… i w scególności, jeśli nie czytacie ksiąek tej autorki w porządku chronologicznym, cóż, nie będzie to dla was askoczeniem… jej historia, jej opowieść, jest wstrząsająca… ale też wzbudza w wielu pewne wątpliwości, bo przecież… syndrom sztockholmski… lub zwyczajnie, kłamstwo… Jednak, przede wszystkim zaginione ofiary domagają się przywrócenia im głosów, więc D.D. zabiera się do pracy.

Obolała.

I zapewne wygra, jednak…

Jak wiele kobieta musi poświęcić dla pracy… jak wiele odpuścić, odsunąć, odrzucić… może zbyt wiele?

Problem…

… ta powieść, to wiele powieści, wiele historii rónych osób i nie jest to nic dziwnego dla tej autorkii, jednak, jakoś tak, męcy trochę. Fabuła jest intrygująca, łych od razu chcemy wywrócić na drugą stronę, jednak… coś się po drodze gubi, coś rozmywa. Wszystko zdaje się być naprawdę byt zagmatwane, a w innych miejscach, zbyt niedopowiedziane. Czegoś brakuje. Coś… ta powieść zwyczajnie mogłaby być lepsza.

I szkoda, że taka nie jest.

Wyspa listopadowa była dziwna.

Zbyt ciepła…

… masło w przecenie było rzadkością… a to wiadomo, ważna bardzo sprawa. Jakby nie patrzeć ważna w całym kraju. Ludzie kupują na przecenach na tony, mrożą, a potem, jak wyciągają ostatie z zamrażarki, to panika i szukanie przecen… ale… czasem można dostać je za kilka koron, zwyczajowo coś w okolicach 40 koron, bo przecież, tutaj tak bardzo kurna wcią drogo!

I to w rónych miejscach.

Co zabawne, czy te mało zabawne, raczej…. nawet tiktoka objęły saleństwa poszukiwań masła. Masła taniego, masła na kieszeń dziurawą i spraną tak, że już kurde no, panoramę Tater przez nią widać, jak to jakowyś tam wódz, czy inny gadacz pisał… co jak co, ale wiedział co mówi. Chyba?

Ale ono ciepło, no weźcie no!

Tego trochę a wiele za wysoko! Za… jakoś tak nieświąteczenie. Nie no, oczywiście, że wiatr przyleciał i zerwał liście, te, które sięmniej opierały i było to dziwne, ale i romatyczne, jak tak się jechało do lekarza, pomiędzy onymi liściami spadającymi, wirującymi w powieru i gdyby tylko nowa lekarka nie była ucieleśnionym kompleksem boga połączonym z mizoginicnym na odwrót, traktującym cię jak śmieć… cóż, widać teraz pacjent dla lekarza, nie odwrotnie… cóż, nie ma to jak mieć przesrane.

Ech…

Tylko, czy zatwardzenie lepsze ni przesranie? LOL

Nie odpowiadajacie. Baba mnie zniszczyła na amen i amebę i jeszcze wszelaką torturowość wiekuistą. Nevermore!!!

Prawda jest taka, iż ten świateczny świat/aromat/czas jakoś tak jest mniej widoczny w tym roku… najpierw próbowali wsystkch „gaslajtingować”, że nie zrobią marketu świątecznego w Nexoe, bo nikt ich nie docenia i tak dalej… nie całują po kolankach zmrsałych, pokłonów nie czynimy… a teraz nagle ma być julemarket, i to taki jak zawsze, czyli, bez sensu. No sorry, ale jaki sens ma market, gdzie nabyć możecie rzeczy, które nabyć możecie w sklepach, no tak normalnie.

Tak, zwyczajnie…

Po kiego mi te same rzeczy nad wodą, gdzie ciemno, i oko wykol, na dodatek ni pachnie ładnie, ni ludzie mało mili, jakoś tak jest…

… źle…

„Źle się dzieje w państwie duńskim…”

A wystarczyłoby zaprosić jakiś tam innych twórców… no serio!

No w ogóle… dzieje się kijowo. A ile kurde jęczą na pogodę? Tak, wiem, co roku to samo, ale… Ja pierdziu, jakby ich ona torturowała, czy coś? Serio ludzie? W stolycy te jęczą, ale tam już julemarkety są i okna strojone od listopada. Poszli jakoś szybciej w tym roku. Jakby naprawdę buntowali się przeciwko onym hallołinom? Może i było jakieś spiskowanie… wiem jedno, na niektórych domach Wyspy już są lampki i super… ale coraz więcej jest onych ciemnych okien.

Dziwnie smutnych ścian…

Takich… pragnących człowieka.

Upadek? Tak.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podryw… została wyłączona

Pan Tealight i Popółnoc…

„Była to pora, która czasem trwała krótko, a czasem nazbyt długo. Nie do końca określona, przez wielu niezauważana, przez artystów opisywana, prez śniących śniona, marzycielom przypisywana… choć może i wydmuszka, zmyłka, załamanie czasoprzestrzeni, ale jednak… była. Istniała…

… bo chciała tego.

Bycia…

Miejsca dla siebie.

Nie potrzebowała wyznawców, nie uśmiechały się jej procesje, ofiary składane wbrew własnej woli, czy z oną wolą, kwiatki siane, drzewka sadzone, kamyczki wrzucane w tonie, by ino coś zmącić, zanęcić, podniecić… nie, nie chciała ludzi, ale jednak, jakoś tak, w swej pokręconej, często dla samej siebie nieistniejącej podświadomości wiedziała, iż jest pod nią, oną podświadomością taka myśl, lekko swędząca, piecząca nawet, która sprawia, że chyba miała marzenie…

… czy jakoś tak…

By być raz wypowiedzianą.

Pogłaskaną i opisaną.

… więc ona to robiła. Bo dlaczego nie. Potrafiła, umiała, a przede wszystkim widziała i czuła to, czemu inni odmawiali egzystencji. Odmawiali zauważenia, wszelakiego dostrzegania. Jakby… nie chcieli widzieć, jakby wiedzieli, ale jednak, ich normy i religie im zabraniały… a może było w tym coś więcej? Może naprawdę nie widzieli tej pory, czasu, momentu w ciemności. Zapatrzeni w swoje maszyny, przyklejeni do nich i opętani przez one swoje życia, fantazjujący o tym, czego nie mieli i mieć nie mogli, byciu i niebyciu, lepszym, którego nawet nigdy nie próbowali…

Ale ona widziała ją… Popółnoc… i nawet raz ją pogłaskała.

Tylko raz…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Edukacja motyli” – … mniam! No po prostu… psychologicna rozprawa dotycząca macieryństwa, przemijania kobiecości, onych faz, które tak bardzo są nam, kobietom wmawiane, że zawsze musi być tak. Że nie może być inaczej i jeszcze… opowieść o fatum, przenaczeniu. I diecku, które pojawia się nagle… i burzy codziennść, ułożoną, doskonałą…

Oto historia matki, która dopiero po stracie uświadamia sobie, że nią jest. Naprawdę i w pełni, do końca, i że zrobi wszystko, by tylko otrzymać odpowiedzi, nawet na te pytania, niezadane… i jeszcze… o traumie, która nigdy nie jest taka sama. Która nie posiada jednej definicji oraz…

… o życiu.

Zwyczajnym.

Zmiennym.

Nasa bohaterka, to młoda kobieta. Bogata, atrakcyjna, mająca wszystko… nagle jednak pojawia się dziecko i wsystko, nie, nie pozwoli na to, by dziecko coś zmieniło. Nadal jest sobą, a diecko, jest elementem wystroju wnętra, do czasu… do tej jednej nocy, telefonu, do tego momentu… jednak, cy coś, co nie było jednością, może się nią stać? Czy jest to możliwe? Wbrew upływowi czasu, zmiennościom, indoktrynacjom oraz… człowieczeństwu? I jeszcze… zmianom?

Czym jest rodzina?

Kobieta?

Matka?

Niesamowita, bolesna miejscami powieść. Świetnie rozpisana psychologicznie postać i świat, który jest tak bardzo… zwyczajny… jak zwykle dobra książka. Może nawet niesamowita…

Z cyklu przeczytane: „Dziecięce koszmary” – … okay… takie książki sprawiają, że człowiek się zmienia. Nagle już nie tak łatwo rozpoznaje zło i dobro, nagle ma… wątpliwości. Nagle wszystko się zmienia, więc czytacie na własną odpowiedzielność, bo po lekturze, dobro zaniknie.

Ta powieść, z gatunku historii o dzieciach i zbrodniach, żaden spojler, sporo takich powieści i filmów już stworzono, niektórzy boją się bliźniaczek, inni wsadzali córki do piecyka… film z Bridget Jones… wiemy, że dziecko, sczególnie w disiejsych casach, to po prostu mniejszy człowiek, który może od razu wsadzić cię do ciupy. Jednak, chyba nie każde dziecko takie jest, prawda? Może się oszukuję… ale, czy takie dziecko można naprawdę stworzyć, w jakiś sposób zaprogramować? Szczególnie w czasach, gdy powierzamy dzieci wszelakiej maści terapeutom i lekarzom?

W czasach bumu na szeroko rozumiane: zdrowie psychiczne…

Oto powieść o zbrodniach, dzieciach i strachu… o zapominaniu, pomijaniu, o niepewności… ale też i o przesłości, traumach i przypadku… oto opowieść psychologiczna, kryminał i thriller w jednym. Mniam! Do końca nie będziecie wiedzieli komu tak naprawdę ufać… a po preczytaniu zostanie w was więcej pytań.

Kopenhaga, spanie w IKEA i człowieki… oraz wielka walka czasek i bombek.

A tak, jak się człowiek wybrał w Halloween do stolycy, to stolyca go zaskoczyła. I to mocno. Serio… tia, niektóre okna wystaw miały one dynie i czaszki, ale reszta okien stroiła się w choinki i bombki, jakby protestując donośnie i barwnie, aczkolwiek stylowo, przeciwko onej całej straszności. I nie wiem, czy to coś szeptanego, czy jednak ludzie mają dość kościotrupowych tematów, poza wiecie ozempikiem, w końcu państwo z czegoś żyć musi, jednak… to naprawdę wyglądało jak bunt jakowyś.

Tudzież mocny protest.

Donośny w swej barwnej ciszy i brokatowej poświacie.

Ludzi kurna masa. I też raczej dziwnie jest. Zaparkować nie ma kompletnie gdzie, pousuwali wszelakie miejsca parkingowe, co dla ludzi z problemami wszelakimi jest problemem, dla dostawców wąskie uliczki, gromadzące się niczym dzikie zierzęta rowery wszędzie, śmieci… po prostu koszmar!!! Oczywiście każdy rower chce cię pożreć. I to najlepiej na surowo.

Ludzie wkurwieni, nieprzyjemni…

Ja pierdziu, wizja piekła numer pięć!

W IKEA zaś właściwie już po świętach, kryzys świeckowy nadal obecny, ale… odkryłam coś dziwnego. Pokój do spania? Miejsce, gdzie koleś po prostu się ułożył, a oną z gromadą dzieci wysłał na zakupy. Oczywiście Muzułmanin, no kto w dzisiejszych czasach ma kasę na takie gromady dzieci… nigdy nawet nie pomyślałam, i są takie pomiescenia… albo, że wymuskany goguś ułoży się w nim, a bidna zakamuflowana pójdzie na zakupy… znaczy nie wiem, czy na zakupy, czy po prostu łkać w kącie, nie ślediłam jej, a pokój był przy kibelkach, więc… kolejka była, ale dla niej pokoju nie było… hmmm… warto byłoby to sprawdzić?

Czy istnieje dla każdego taka opcja drzemki?

Malmo…

A w Szwecji, to chyba już ogólnie byli pohalołinowani… też tłumy, jakby jutra nie było, w sklepach pustki, ackolwiek zauważyłam w dużej ICAy dział polski tu obok onego orientalnego. Ech te orienty, czy to krówki, czy przyprawy…

Zawse piątki są dziwne w Malmo. Jakieś takie lekko odrealnione, ale… co do świąt, to właściwie nie było żadnych. Tych jakby jeszce nie zaczęli, tamtych chyba nie mieli, a moze i już skończyli, tak serio, nobody cared… Podobno coś strasnego działo się prze tydień, ale, mnie nie było, nie wiem.

Za to Lund miał nawet zjazd zombie.

Może w przyszłym roku sobie ich obejrzę?

Ogólnie mówiąc, bryndza.

Ale… poza tym świat jak zwykle. Lekko przerażająco, lekko zniewalający… jakoś tak lepiej wyglądający z drzewami… z naturą, wszelako pojętą. Ona zniewala zawsze. I jakoś tak, pomiędzy załatwieniem tego i tamtego czas się załamał, zaszalał… i znowu prom i dom, i już po… czasem tak sobie myślę, byłeś człowieku w dwóch państwach, takie to trochę dziwne dla niektórych…

… a dla ciebie jak autobus.

Na szczęście morze jak lustro… czy okno?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Popółnoc… została wyłączona

Pan Tealight i Padłyliść…

„Padł, powstał i wyrósł sobie odnóżki.

Postanowił, że jak już ma żyć bez drzewa, na które się obraził śmiertelnie i do ostatniej tam cząstki, to przynajmniej poszaleje sobie. W końcu przez tyle czasu dyndał na gałęzi, że coś mu się tam od życia należy. I był doskonałym obserwatorem. Widział tyle głów, dachów, wszelakich kształtów dziwnych, chmur widział wiele, też i czuł zapachy mniej lub bardziej przyjemne, czasem nawet sam zdawał się je produkować…

Ale na razie…

… po prostu szedł.

A potem ktoś go nadepnął, żył jeszcze wtedy, ale rozdeptanego coś przejechało, coś potem przeniosło go znowu pod drzewo, to samo i po roku był już ziemią… ale nadal wierzył w to, iż coś mu się miłego przytrafi.

Miał też wspomnienia, bo nim go ktoś nadepnął poznał świat. Świat, który wyglądał całkiem inaczej, ludzie byli wielcy z poziomu gruntu, ogromni, szerocy dziwnie, i bardzo twardzi… Można było też wędrować sobie przyczepionym do ich włosów czy odzień, czepić się lusterka w samochodzie i za całkiem darmo przenieść w nieznanie inny kawałek lasu, no chyba że wiatr zepsuł wycieczkę… to wtedy inna wycieczka się szykowała… wszystko tutaj było podróżą, wszystko!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Samotna” – … początek. Pryznam, e dziwnym było nagle reskoczyć na te pierwsze opowieści kryminalne tej serii, tej autorki. Staruszki, ktoś by powiediał, ja auwaam brak reklamy nachalnej, telefonów, więcej człowieceńśtwa, szczegółów. Brutalność ludzą, ale i nadzieję.

To dobra powieść.

Wróć, to bardzo dobra powieść…

Lisa Gardner zaczęła od pisywania romansów pod pseudominem Alicia Scott, ale to „Mąż doskonały” z 1997 roku dał jej oną pewność, że może pisać i zarabiać. Wielbicielka policyjnych procedur, wselakich postępowań, oraz zabaw, odnajduje się świetnie w świecie premocy… a jej postacie, cóż, tutaj właśnie jest dziwnie… ta książka to pierwsza z serii  detektyw D. D. Warren, a tak naprawdę bohaterem głównym jest mężczyna, snajper, Bobby Dodge. Tak, byli kiedyś ze sobą, sypiali, ale teraz to tylko szacunek, przyjaźń… D. D. w reczywistości prze pół książki jest ino wspomnieniem, jakimś szepnięciem, w ogóle jej nie ma, jest on, ona, inna sprawa, diecko, strał… wątpliwości.

Bycie snajperem zdaje się być prostą sprawą, masz ochornić ofiary, jednak czasem… czy snajper może się mylić? Czy można nim manipulować… na pewno książka maniuluje czytelnikiem. Bobby to cudowny bohater, świetnie oposany, wprost no: taki chłop do rany przyłóż, piękny, mądry i tak dalej, ale jednak… strzelec. Krew na rękach, czy uratowane dziecko.

Tajemnice bogatych?

Ratunek, czy egekucja?

Ta powieść jest niesamowita. Dziwnie lepsza niż te ostatnie tej autorki… w jakiś pokręcony sposób, choć o tej z tytułu serii dowiadujemy się niewiele, jedak jest to początek jej historii… a może i ich opowieści? Próbuję zapomnieć o innych, ktore precytałam, niechronologicznie i widzę intrygującą spójność. W przypadku pani detektyw, to nie ona jest bohaterką, to jej zbrodnie, te, które ma wyjaśnić, w przypadku innych serii już jest trochę inacej. Intryguje mnie to…

Kurcze, bardzo dobra powieść…

Z cyklu przeczytane: „W ukryciu” – … D. D. Warren i Bobby Dodge… tom 2 serii o pięknej pani detektyw… i lepiej czytać je w odpowiedniej kolejności, bo wszystko, co wiemy z pierwszego tomu, powraca. Ale powraca z innymi zwłokami, inną boahterką, która znowu tłumi nam obraz D. D. Jakby nasza biedna policjantka naprawdę była wyłącnie pracą. Tylko nią…

Bobby jest osobnikiem po przejściach, ale jakoś wszystko się ułożyło, zmienił pracę, chociaż, ono rozdrapywanie starych ran może mu pozostawić paskudne blizny. Wiem to z własnego ogródka, własnej skóry.

Tym razem zbrodnia daje się być tak strasna, tak okrutna, wycerpująca, że sami policjanci nie są w stanie o niej romawiać. Czasem pewne sprawy już takie są, pozostają w koszmarach, na zawsze pod skórą, pod powiekami. A racej… ofiary. Pewnych ofiar się nie zapomina.

W szcególności dzieci…

Kolejna świetna powieść.

Wciągająca, poukładana, zagmatwana, ale jednak, jeśli czytacie uważnie, może i wam uda się być… detektywem. Bo w tych książkach właściwie wszystko jest. Nawet jeśli lekko przykryte, wystarczy wsłuchać się w szelest kartek…

Warto.

Jest coś w tych pierwszych tomach tej serii, coś więcej, coś takiego mocniejszego, ludzkiego, coś, dla czego warto po prostu się dać pochłonąć.

Ciemność i cichość…

Pojawia się około końca października, gdzieś z początkiem listopada. Jeszcze niby liście na drzewach, niby ludzie pracują w ogródkach, ale… z drugiej strony tutaj trawa właściwie rok cały zielona, więc, niektóre uprawy lecą przez cały rok, jak nie to, to tamto. Co przeżyje, co da radę, co użyźni, co nie… czasem się wydjae, że ziemia nie odpoczywa, wcale a wcale i już ma dość. Potrzebuje ziemskich wakacji.

Bez onych maszyn i smrodu obornika.

Tak, oczywiście, Jul nadchodi, ale… z roku na rok daje się być mniejszy, jakiś taki miej widoczny. Zawsze mam wiele respektu dla tych, co to światełka trzymają całorocnie, i to apakone, albo tych, co zaczynają wcześniej… bo sama powoli aczynam się bać… świateł. Wiecie, rachunku za prąd…

Tia, Wyspa ma problemy jak świat cały, nie inne, no dobrze, może czasem inne, ale w większości, ceny nas zjadają, świeżych, zdrowych warzyw i owoców nie ma, jedzenie wątpliwe… wszystko jakieś takie… i wtedy idziesz nad morze, do lasu i udajesz, że nagle, to wszystko, należy do ciebie. Przez tę chwilę… jakoś tak. Bez obowiązków, ino nagrody, same nagrody i spokój i jeszcze…

… coś…

Specjalnego.

Nie wiem…

… może się starzeję, ale jakoś tak, może to depresja, znam sukę od zawsze, jest częścią mnie, więc nic nowego… nihil novi. Nie, to nie może być to, nam to, więc jednak, może kolejna zmiana Wyspy? W 2003 roku dostać tutaj normalny chleb, na zakwasie, było trudno. Piekarnie były nieistniejące właściwie, ino biały chleb, w ciągu kilku lat mamy i chleb normalny i nawet więcej, wywalony McDonald, Tiger się wypisuje… właściwie cora więcej firm znika. Niby te nic nowego, rotacja, ale nowe się nie pojawia. Takie nowe, wiecie, dla nas…

… tych, co to miejsce nazywają domem.

Właściwie, onych „nas” coraz mniej.

Coraz rzadziej się odzywamy.

Czasem jeszcze coś mrukniemy, ale… polityka nas pomija, złe wspomnienia uświadamiają, iż jeżeli coś się stanie, to nas zostawią, odrzucą. W końcu, użyteczni jesteśmy jak trzeba odpady wywalić, lub też wakacje odbębnić… chociaż, po kiego ta Kopenhaga się tutaj zjeżdża…nigdt tego nie roumiałam.

Oczywiście, że Wyspa jest piękna…

Ale ludzie ju nie patrzą, jak kiedyś…

Nie milczą… nie witają się na szlaku.

Zmiany… często są nie tylko złe, ale też i bolesne, smutne i dobijające. Okrucieństwo, milczenie, brud, nonszalancja.. hałas. Zaniedbanie. Wyzysk bogatych, pomiatanie normalnością… względną. Nie ma jej. Zniknęła… powoli też odchodzą ludzie, który byli pewną podstawą tego miejsca. Walczący, a nowych nie ma…

Zmiany.

Nie wiem… mam dość.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Padłyliść… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Niewidzialni Koledzy…

„Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane stali tuż obok wciąż niezasłanego łóżka Wiedźmy i patrzyli na drewnianą podłogę. Podłoga spoglądała na nich i tak jakoś stali w onym zapatrzeniu… ona na nich, oni na nią, drewnianą, uśpioną lekko, niektóre deski to serio chrapały…

… ale ta jedna na pewno.

Ta, na której widniał odcisk łapy…

Łapy bestii… w końcu, czy są jakieś inne?

Wiedźma patrzyła na nie z podziwem i dziwnym rozmarzeniem w oczach. Ostatnio miała takie sny, że naprawdę bawiła się wyśmienicie. Pan Tealight miał całkiem inne obrazy przed sobą, ale nie chciał jej o tym mówić, wzdrygnął się, jeszcze by pomyślała, że naprawdę dobrze się bawi, a to już byłoby serio mocno anormalne. W końcu ona raczej nigdy a nigdy nie była…

… nawet zadowolona.

Nigdy szczęśliwa, niezdolna do tego uczucia zawsze…

… ale odcisk tam był, zaraz przy poduszce, tam gdzie czasem jej wlasna ręka spadała z materaca i głaskała drewno… albo nie tylko drewno?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak właściwie, to ostatnio słoje w podłodze zdają się układać w kształty łap, znaczy te no odbicia, tropy prawie i zaczynam wątpić w ich nieruchawość. Ogólnie mówiąc we wszystko wątpię, a już przede wszystkim w przewidywalność pogody. Coś, co niegdyś sprawdzało się co do godziny, obecnie jest istnym szaleństwem prawdopodobieństwa zmieszanego z milczeniem, oraz pracami Płanetników. Niczego nie przewidzisz, no chyba, że łupie cię pod łopatką na to, a ćmi w czerepie na to inne, tudież rwie, no wiecie… Świat ma a to inne dodatki… Na swoich znanych ścieżkach leśnych znaduję dziwne tubki, plastikowe, najgorszy sort, podobno nowa moda dla „dzieci”… napitki procentowe o różnych smakach… taki wiecie, szot, jakby piersiówka była już co? Niewygodą? Nosz przecież ekologiczna i na pewno więcej wchodzi!

Głupie te dzieci…

Te same błędy, które wyśmiewały, popełniają, ale czy nie jest tak z każdym pokoleniem? Kołem się wsio toczy, historia, zachowania, ludzie się nie zmieniają, mają ino nowe zabawki i bardzo lubią się nimi bawić. Może i zapatrzeni w telefony, ale ja tego nie widuję. Zresztą, trudno to zobaczyć, jak cłowiek siedzi na skałach, czy w lesie, unikając dwunożnych jak ino się da…

… uciekając od drzwi, w które ktoś stuka…

Wszystko jest takie niepewne… jednocześnie moliwe i niemożliwe zarazem…

… chwiejne i stabilne, wymyślone i zmyślone.

Znowu wieje.

Promy szaleją.

Albo ich nie ma, bo są gdzieś indziej, albo jest ino jeden. Psują się, dryfują, podróż zdaje się być te niepewnością, a tak jej jakoś pożądam. Na wielkie fale mamy ino Ankera, więc… znowu szykuje się, iż będzie problematycznie… ale też jest to jeden z tych promów, do których mam specyficny sentyment. Ogromny, ciężki, wolniejszy, ale dziwnie… luksusowy. Znaczy nie żeby był takim, ale jednak, kojarzy mi się z onymi rejsowcami… te schody, pomijając taśmę, za którą nie można przejść, skojarzenia z Pomeranią, Brytanią czy Tytanikiem… to ostatnie mało fortunne…

Lubię go.

Przestrzeń.

Pewną ucieczkę od nowoczesności.

Dziwną stabilność, chociaż buja, a i wiecie, no dłużej się płynie, a człowiek trochę odwykł… zasypiasz zwykle na tych śmigaczach i chwila moment pobudka, a tutaj zaśniesz, poczytasz, może coś zjesz, ale nie podczas ostatniego rejsu, oj nie… nie ma komu gotować, pracować, sprzątać… tia, starzeje się wsystko. I wszystko ma wszystko gdzieś… to jest chyba główny problem podróowania, z Wyspy i na Wyspę.

A co jakby prom wziął sobie wolne na psychę?

\Mental selfcare dla Ankera?

I co wtedy? Nie ma nic… musicie zostać, gdzie jesteście, bo nie polecicie, nie popłyniecie czymś innym, nie pójdziecie… nie…

Wyspa to Wyspa. Jet sobą. Kruszyną często niewidocną na mapach, alo nagle mieniającą geograficzne położenie, bo im się nie chce pamiętać. Czasem się zastanawiam, ile osób myśli wciąż, że Wyspa jest tam, na północy, gdzie zwyke wsadzają ją w mediach… a czasem i mi już nie zależy.

Wróć…

… w ogóle mi nie zależy.

W tych czasach tak jest bezpiecniej, milczeć… promy są dobre do milczenia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Niewidzialni Koledzy… została wyłączona

Pan Tealight i Zielona Czarownica…

„Spotkały się na pylistej drodze, gdzie wiatr akurat miał próby do nowego musicalu, w którym występowały: Powiewy, Liściowie i Małe Kamyczki… Trzy Bardo Niskie Wiedźmy, które zainteresowane były wyłącznie jesienią i wszelakimi, z nią związanymi sprawami: oną wczesnością słoneczną, kolorami, liściami i owockami, nasionami i oraniem, a potem deszczem, mokrością, dnia brakiem, czy też i długością mroku, no i oczywiście całym tym…

… lenistwem.

Może i wymuszonym przez jesień, a może zwyczajnie upragnionym…

Wybaczalnym.

Ciemność była najlepsza. Najbardziej wybaczała, najbardziej skłaniała się ku wszelakiemu przytakiwaniu… lub też po prostu była, czasem to wystarczało. Czasem… czasem coraz rzadziej. Zielona Czarownica kochała w szczególności właśnie to. Oną ciemność, wtedy nie było widać kim jest i nikt nie wrzeszczał: Elfaba, Efaba, Ephaba… dlaczego nigdy nie naucyli sięjej imienia?

Zenobia kurna!

Czy to takie trudne?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe, stare, wszelakie, jesienne trochę może…

Hammershus…

Prawie jesienny.

Otwarty zawsze, aczkolwiek jeżeli to muzeum, ten dziwny budyneczek skryty w skale i drzewach… to się zamyka. Z końcem miesiąca. Wyspa ogólnie się powoli wyłącza mając gdzieś one święta zimowe niezimowe… i tak jakoś rano, w rytmie sąsiadkowych potyczek z koszami na śmieci… serio, nie wiem co ta kobieta robi, ale podejrzewam ją o byciem mafiozem i specjalistą w utylizacji zwłok. Serio. Cigłe zakupy octowe, one polewanie wszystkiego dookoła, no kurde no… Może wmawiać światu, iż to na chwasty, może się tłumaczyć, ale ja wiem…

Nie jest taka nudna! LOL

Poza tym, kosze mamy teraz pastikowe, więc dlaczego u niej wciąż one „alumenium”? Hmmm? Widzicie, główka pracuje… i dziwnie chce w ruiny. W końcu jakoś tak, dawno tam nie była. Jakoś tak… no nie pykało.

Zresztą, jesień to czas spacerów, ludzizny mniej, tłoków brak, drzewa się kolorowią… może i pizga wietrnie stormowo, ale jednak, pięknie jest, więc się jedzie i idzie trochę, bo mam dookoła ruin takie miejsca, gdzie zwykli rzadko się zapuszczają, nie wiem dlaczego, ale tak jest. I siedząc na skale, z tym obiadem w rękach – zwykła buła, bez udziwnień, bida piska, czuję się panem świata. W końcu w tej chwili tylko ja tutaj jestem, więc jest to moje, co widzę, co czuję, czego dotykam…

Mew nie ma, więc można jeść.

A potem w ruiny…

Problem ze spacerem z romantycnego, pięknego, skalistego samego dołu do góry jest taki, że od poziomu morza, depresji miejscami i to nie mojej, idzie się, no wiecie, może nie ciężko, czy coś, ale te schodki mnie wykańczają. Wiem, że mam niewymiarowe stopy i tak dalej, krótkie kończyny, niski kadłubek, ale no kurna, co jest nie tak z tymi schodami, i dlaczego wciąż ich przybywa… no ale, bez zadyszki, a to z chrypą, bo tu piga mocniej jestem na szczycie i teraz jestem władcą zamczyska… serio, nawet w końcu mi tutaj zdjęli one rusztowania.

Serio!

Piękna robota, ino kłaść dachy i można mieszkać.

W końcu.

Nie marudę, ale be onych rusztowań, które tu były od awsze, zrestą, część na zewnątrz jeszcze stoi, jakby podtrzymywała wały i głazy, cegły i wspomnienia, legendy i magię, jakby to wszystko zaraz miało się osunąć do wody… dziwne wrażenie. Zachód słońca jak w mordę strzelił, tak po Osiołowemu, i wszystko jest takie puste i zielone. Jakby jesień naprawdę nie chciała się rozkręcać. A może to późna wiosna?

Już nie wiem…

Jednak… czuć jesień… szczególnie w tej purchawce, co ją znalazłam. Wielkiej jak piłka do kosza. Kurde, no gigant… Gigant żyjący z widokiem na ruiny. Jak one owce, które mają gdzieś widoki i się pasą, choć, może owce są koneserkami widoków? Kto to wie? Może można to w wełnie wyczytać?

Jakoś tak… wiem, że jest w tym coś więcej… poza horyzontem, telefonem przełączającym się na Szwecję, statkami w oddali, niebem, ścianami… ścieżkami i ukrytymi miejscami oraz sąsiadką. Coś więcej… coś…

… cosia coś.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zielona Czarownica… została wyłączona

Pan Tealight i Zejaj…

„Podobno zaczął od sprzedawania malowanych, ale wiecie, zbuki się robiły, bo odmawiał im od zawsze gotowania, więc zaczął robić w wydmuszkach. Tak, by połączyć i swe uprzedania i zahamowania może. Wciąż to w końcu jaja, jednak… cholernie kruche jak robisz z nich koronki… dłubanie w skorupkach, najbielszych, tych bez skazy… to wszystko wymagało oprawy.

Wymagało legendy i pieśni.

Zejaj był artystą i miał swoje fobie. Miał swoje fakty i wydumaniam, oraz kutą przez wieki historię swego istnienia, która zmieniała się w zależności od tego, komu miał ją opowiedzieć, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Ksiąki Pomordowane nie chciała jej wysłuchać. Choć ubogacił ją o jakieś drzewa i gadające skały, przepowiednie i wiedźmie utensylia porodowe… zwyczzajnie nie chciała. Nie chciał też bawić się jego jajkami, co jak ogłosiła, omal nie doprowadziło Pana Tealight do zawału połączonego z uduszeniem się jajkiem na twardo.

Całkiem zwyczajnym…

Choć, może ta plamka na skorupce była znakiem bestii?

W tych czasach niczego nie można było być pewnym, czy też nawet niepewnym, choć jątrzącym ku prawdzie… jakoś tak… ale ona, niechcąca słuchać, była czymś zaskakującym. Zwykle chociaż udawała, ale ostatnio, nawet patrącz na wyrzeźbioną w jajku scenkę, i to w środku i na zewnątrz! Niewielką karocę z dyndającymi światełkami, postać tak mikroskopijną, że tylko wyobraźnia mogła nadać jej rysy twarzy… nie czuła nic. Nie chciała słuchać, po prostu… powiedziała:

Nie.

Nawet nie dodała: przepraszam.

Zwykle tak robiła, usprawiedliwiając swoją wydumaną winę. Miała widocznie dość bardziej, niż kiedykolwiek widzieli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Samoloty.

I nikt nie wie co, nikt nie wie dlaczego, wiadomo ino, że ulepszyli, nabyli inne, nowocześniejsze… kronprins łazi i się puszy, a mi uszy odpadają, stany lękowe karmią się hałasem i wizją czołgów na ulicach – traumy dzieciństwa. Słowa Babci… zbuyt wiele tego, a miała być taka spokojna jesień, ale… tak serio, to wciąż nie ma jesieni. Gdy spadł deszcz wszystko zaczęło pić i kwitnąć znowu, rosnąć, ubogacać się.

Oczywiście, że w niektórych miejscach barwnie, ale… w większości zielono.

Zielono.

Jednak…

Już światło znika dość szybko, roztacza się ciepłem, mami, potem nagle spada deszcz, wszystko znika. I nadchodzi nocą słodka zimność, która mnie trochę oszałamia. I trochę mokrości. I trochę czegoś zapomnianego… czegoś prawie nieznajomego dziwnie, co znowu odkrywam. Nie, to nie wygląda jak jesień na razie, to raczej jak wczesna zima, ale z liśćmi. Nawet one wieloroczne, eko sreko, ozdoby pseudo halloweenowe zwisające z lamp nie robią nic… tylko te ludzie wykupujący masło w promocji, wkurwiają. Ino te tłumy, jakoś się kłębiące miejscowo… i tylko ja jakoś tak nie lubię pomarańczowego i nie sikam z radości na widok dyń…

Tylko ja?

Nie ważne…

Treba pójść do lasu.

W końcu tam pojawiła się woda, na ściekach, w rzeczkach, strumieniach… W końcu jakoś tak wilgotnej, więc grzyby rosną. Podobno żyją wciąż muchomory, ale nie widziałam jeszcze swojego ukochanego amanitka…

… wciąż…

… jeszcze.

Pierwszy wiatr nadszedł. Mocny wiatr, sztorm i od razu tak silny… drugi tydzień października rozkręcił wszystko i wszystkich. Jedni panikowali, jak co roku odwykli od podmuchów, innych bolała głowa i się rozchorowali…

… ja.

Czas mija…

Kartoflowe ferie były i minęły…

… znowu tona człowieków premknęła przez Wyspę i zniknęła. Wróciła gdzieś w oną inność, outsidność. Zewnętrność nieznaną. Ocywiście nie obyło się bez wypadków, jeden z nich, chyba sobota to była, syreny wszelakie, hałasy, okazało się, iż z wielkiego klifu kobieta spadła… tak się zastanwiam, no kurde, okay, klif to jest między Melsted a Gudhjem, niebezpiecny miejscami, ale między Gudhjem a częścią dalszą wybrzeża, tak w okolicach drugiego portu, nie ma tam pięciometrowych klifów… żeby nie było, od początku wieku mam fioła na punkcie tej Wyspy, więc trochę wiem… i okazało się, że miałam rację, ale się zdziwiłam – sarkazm. Nic się nie stało, ale nasze służby znowu miały nockę… w tym roku sezonowym chyba mieli ich nazbyt wiele.

Naprawdę.

Ja na pewno.

To serio dziwny rok letni był…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zejaj… została wyłączona

Pan Tealight i Listonosz…

„Był nim…

… jakowymś akronimem wydłużonym, apokryfem i apodyktycznością.

I wymysłem był, a raczej Wymysłem, dziełem tożsamości Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Ksiąki Pomordowane. Umęczonej i wkurwionej. Smutnej, ale jednak… niby nie chce się już jej walczyć, ale czuć krew… zbyt często czuć było oną krew. Krew zaskoczoną, że ktoś jej pozwolił umknąć z żył i tętnic, nagle oszołomioną ofiarowaną wolnością… krew dostarczycieli, krew „naglesiępojawiających”, krew obcych… choć czasem i tych, częściowo możnaby rzec, znajomych…

Ale tylko czasem.

Listonoszy…

Pewnego dnia, już trochę czasu upłyniętego temu, Wiedźma Wrona stworzyła sobie mit, herosa Listonosza, z pyłu i łez, potrzeby lizania znaczków i onego oczekiwania na coś, o czym się nie wie, a co nie jest rachunkiem, wieścią złą, czy czymś niechcianym… Listonosza Herkulesa. Ale nie takiego wielkiego, w końcu Wyspa nie była ggantycna, więc… no i musiał się mieścić w tych wąskich uliczkach, małych domkach, dziwnie nieforemnych drzwiach…

Podglądać przez okna, ale też, być niewidzialnym, gdy trzeba było…

… coś niewidzieć, a nie widzieć i bablać… jednak też być, gdyby coś było nietak, i adiaałać. Nie tylko wpychać ulotki i gaetki w otworki, ale przede wszystkim naprawdę dbać o listy i paczki, umieć z nimi interesująco rozmawiać i nosić je wygodnie, by się po prostu nie zaginały im rogi i tak dalej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Szukaj mnie” – nie … Nosz kurce nie wiem, ale nie.

Może to dlatego, iż takie opowieści już były, może trafiłam na zbyt wiele onych historii mówiących o tych, które przetrwały, a może to ona przewidywalność? Nie wiem, ale strasznie ciężko mi się czytało ten tom, a stałam się lekką fanatyczką autorki. Lekką… w końcu jeszcze trochę tomów przede mną. LOL

Przede wszystkim to jedna z tych książek, gdzie nie mamy określonego głównego bohatera. Zaczynamy się gubić, ani jedna ani druga strona nie doprowadza wsystkiego do końca, nagle orientujemy się, iż jest precież jeszcze ta trzecia i już jest po ptakach. I nie, historia nie jest zła, raczej, dziwnie znajoma, z pierwszych stron gazet… o zamordowanej rodzinie, poszukiwaniu sprawcy i zaginionej dziewczynie, która mogła, ale nie musiała, jednak mogła… cóż, wielu tutaj sprawców oraz kryjąca się pod zbrodnią krwawa opowieść o zbrodniach umykających oczom opieki społecznej, o nienawiści dzieci wobec dzieci, o onej… przemocy, która naznacza, ale jest cicha, wstydliwa…

… która zostaje na zawsze w dorosłych…

To niesmowite i trudne tematy, ale rozbicie ich na tyle podmiotów spłaszczyło je… Zbyt wiele tutaj glin i oskarżycieli, a ofiary, i tak nie mają się komu wygadać… jednak wciąż warto. W końcu, trzeba pozwolić tym, które przetrwały opowiedzieć swoje historie. Trzeba im pozwolić żyć…

… inaczej…

Z cyklu przeczytane: „Czyste zło” – … mocna i niesamowita… Pokrętna i dziwnie niestabilna, lekko niedopisana, jakby rozłażąca się w swach, a jednak wciągająca powieść. Zbrodnia i zbrodnie, poszukiwany i ta, która ocalała.

Stare rany i nowe…

Pamięć…

Ta powieść to przykład pewnego problemu, który ma autorka, czyli wprowadzania nadmiernej ilości właściwie głównych bohaterów. Tutaj dałoby się powieść uratować, jeśli ocalała i komputerowiec byli by trochę odsunięci w czasie, gdyby tylko jedna policjantka dowodziła wszystkim, oraz ona, Bonita… jej przeszłość milcząca, ale brzmiąca, tajemnice… albo, gdyby ksiąka była zwykłym większym tomiszczem, jednak w dzisiejszych czasach, kto je jeszcze czyta poza mną… Trochę szkoda zmarnowanego potencjału, bo gdybyśmy mieli okazję obserwować ewolucję pary osobno, ich odczucia, w innym tomie, mogłaby być z tego niezła historia, a tak mamy zbyt wiele onych kluchów w zupie i rosołku nie widać, ale… i tak jest niesamowicie. Serio, czepiam się, ale tutaj tak mogłoby być doskonale… mamy cudowne osobowości, mamy tajemnice z przeszłości, oraz, jak to często bywa, tych dobrych, co to się okazują szmatami największymi… i kości wołające o przywrócenie im imion, które kiedyś nosiły…

Niesamowita…

Z jednej strony ocalała, z drugiej ofiara, z trzeciej organy władzy, a z czwartej czytelnik, który ma taką wielką ochotę zwyczajnie wziąć patelnię i przypi… no wiecie, temu łemu. Bo jakoś tak swędzą palce… praca antropologa, detektywa, sekrety małych społeczności i kolejności dziobania w nich…. intrygujące!

No tak…

Przyznaję, iż widząc, podczas ostatniego naszego powrotu na Wyspę, z onego tam wiecie kontynentu, gromadę zniewolnonych, elektrycznych, niebieściutkich pojazdów pocztowych, poczułam jakiś dziwny i przemożny smutek. Oną jakowąś, może romantyowaną teraz, tęsknotę i pożałowanie dla onych maszyn, tak dziwnie cichych, co to człowieka często zajeżdżały od tyłu, by tylko wręczyć mu paczkę, gdy to z lękiem, przerażony, wystrasony do onych granic oną nagłością spojawienia się i maszyny i obcego, diwnego, wrednego nader mocno, całowieka, grzebał właśnie w onej swojej ziemi, i oną brudną wielce i upierniczoną robaczywą śliwką rękawiczką, przejechał sobie po czole, z zaskoczenia, czy też może w obronnym ruchu…

No nie wiem, ale to poczułam…

W życiu jednak bym nie pomyślała, że zobaczę ogłoszenie w gazecie, iż u nas listonoszy poszukują! U nas, w swiecie, gdzie kurna pocztę likwidują? Gdzie w ogóle podobno poczta przetrwała tak długo, bo te tam wiecie, no, jak się one zwą, organizacje i związki mają, więc jakoś udało im się to forsować…

Pracować?

… więc o co chodzi?

Wiadomo, że listy będą doręczane ino do końca roku, tak restą w ogoszeniu stoi, e mają doręczać packi, i listy, jednak te drugie ino do końca 2025… czyli całkiem niedługo… ekhm… a resztę, to potem, no wiadomo…

… będzie jak będzie.

Nie wiem co będzie…

… właściwie, przyznaję, mam wątpliwości jeśli chodzi o to, co było, a nawet, co dzieje się teraz, więc… może by tak błoga nieświadomość, błogość błogości w onej jesiennej nieszarości? No tak, wielu opowiada, że Dania, to taki szary kraj, a u nas to kurna cholerne słonko i słonko. Nosz kurde no!!!

Wiem… zapewne jestem odosobniona w tej opinii, ale kocham szare dni, siąpanie deszcu i tak dalej. Chmury, światło, które jest, ale i go nie ma niby. Coś takiego, no wiecie, hygge. Nadmierna ilość słońca naprawdę doprowadza mnie do szału, ale, na moje szczęście, noce i szarości wieczorne powróciły, więc w końcu mamy jakąś tam ciemność. Hurra!!! Jak co roku człowiek może odpocząć od ciągłej jasności…

Tak, można być zmęczonym jasnością.

Tak, nie rozumiem ludzi wyjeżdających, szczególnie latem, w tak zwane ciepłe kraje… no wiecie, mogę nie rozumieć, umiem to wyjaśnić – szaleństwo – ale nie muszę tego rozumieć. Tym bardziej, iż narzekają na upały…

LOL

I tak… czas na więcej świeczek!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Listonosz… została wyłączona

Pan Tealight i Wścieklica Maniacka…

„Coś się nowego, dziwnego i przerażającego, działo z człekokstałtnymi…

Z onymi ludźmi, człowiekami, mędrcami co to mieli być… geniuszami i tworzycielami, ulepszaczami i marzycielami, tymi, co czują i cierpienie przekuwają w piękno… etiudami i operetkami, fraszkami i sonetami… coś z nimi było nie tak, choć w głębi siebie, w onej przepastności szarości uspokajającej, choć i nadmiernie skomplikowanej, Pan Tealight od zawsze uważał, iż zwyczajnie…

Byli felerni.

I to zaskakująco bezwględnie…

Ale teraz, jakby po tych wszystkich eonach, dziwnie byłoby zaczynać sprawę od początku, więc żyli, byli i wkurwiali wszelakie byty. Zapomnieli już dawno, iż nie mieszkają tutaj sami. Jakoś tak, z dziwną, oszałamiającą go łatwością… poza nią oczywiście. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nadrbiała za wsystkich, a przynajmniej, zdawało się, i próbuje…

… i ginie prez to…

Dobrze, tak naprawdę acynał myśleć, że nie jest człowiekiem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem, spoglądając na wszystko z góry swojego domku na kryształowej górze otoczonej różami, kurna różami i głogiem, no płot all naturell, nie do przebicia… ale… Czasem, spoglądając na pola w oddali, morze, trochę bliżej, drogę, dachy nielicznych budynków, czy jak teraz, kolejkę dziwnie zaparkowanych aut, bo w Melsted mamy dziś dzień jabłkowy, 28my września chyba… już nie wiem, co to znaczy, więc, sorry, ale nawet nie jestem zainteresowana mieszaniem się z tłumami… Wróć, tym, to nigdy nie jestem zainteresowana…

Tłumy.

Koszmar!!!

Jednak…

Czasem, spoglądając na to wszystko, moe i ze skały, tu nad morzem, gdzie w dole mewy wrzeszczą, mniej, bo to już po gniazdowaniu, lenistwo się włącza, obsrywanie wszystkiego, morze się jak zawsze, nawet, gdy mało ruchawe, bije ze skałami, i przegrywa, ale i wygrywa, wygrywając swą melodię oraz tworząc zmiany… kształtując skały na swoje widzimisięstwo… więc tak się gapię onymi na wpół ślepymi ślepiami i dochodzę do wniosku, że gdy się mnie pytają: jak to jest żyć na Wyspie, to jedyną, prawdziwą odpowiedzią jest, iż nie wiem.

Nie wiem pojęcia.

Już… nie mam porównania…

Niby człowiek pamięta oną przesłość miastową, ale świat się zmienił, skomputeryzował, żarcie dostarczają pod drzwi i nie tylko żarcie… widzicie, wyniosłam się z dużego miasta prawie 20 lat temu. To dla niektórych całe, dotychczasowe, życie… i to już prawie dorosłe, więc… nie wiem, tak naprawdę nie mam pojęcia o tym, jak to świat wygląda teraz. Dla onej większości świata, co to podobno klnie na dostarczycieli żywności, rybne buły w McDonaldie i tym podobne…

Nie wiem.

Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć na pytania w stylu: jakie są rónie… Dla mnie nie ma różnic, zwyczajnie i tu i tam wstajesz i kładziesz się, srasz i sikasz jesz i jęczysz na niskie zarobki… zmagasz się z codziennością, popatrzysz sobie w morze, a potem z powrotem użerać się z podatkami, samochodem, który nagle postanowił wyzionąć ducha… tak, tutaj, gdy auto już nie przechodzi badań sezonowych, to niestety, umiera… zostaje zesłane na złom. A pamiętajcie, w Danii się płaci za samochód dwa razy prawie!

Ból!!!

Ale Nutek…

Ot tak, po prostu.

Żadnego tam remontu, znaczy można, ale wiecie, czy to się opłaca? I to jeszcze jeździć ze strachem, że podłoga solą przeżarta, morzem zjechana może odpaść na pędzisosie w Szwecji, i staniecie się elementem kreskówki widzianej za dzieciaka… kto to był? Pluto? Chyba on… a może nie, może Donald…

… ech…

I już nie mówmy o poczcie… ostatnią przesyłkę to nawet nie wiem kto dostarczył. Jakiś dziwny samochód bez oznaczeń…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wścieklica Maniacka… została wyłączona

Pan Tealight i Łoś Wiedźmy…

„… tak.

Łoś.

Całkowicie i kompletnie prawdziwy.

Nie jakiś tam metalowy, czy wypchany, pamiętna, puchata zabawka, czy też wiszący smętek na ścianie jakowegoś wariata. Nie ino rogi, by powiesić na nich niechcianego gościa, płaszcz, czy skarpetkę, by uświadomić mężowi, że śmierdziel i brudas  niego… skarpetka, której i tak nie zauważy, a nawet jeżeli, przecież i tak niczego nie widzi, czego nie chce… a jak nie widzi, to nie istnieje.

Łoś…

Łoś Wiedźmy.

Nie metafora jakowegoś nieradzenia sobie z codziennością, aczkolwiek, miała to, przyznawała się do onej niekonsekwencji i ruchów i myśli jeśli chodziło o bycie człowiekiem… czy też niewiedzę. Tak, nie o to chodziło. Raczej o pełną, łosiową realność, z rogami i tak dalej, onym momentem w roku, co to mu odbijało i wtedy wszyscy na Wyspie jego istnienia świadomi, jakoś tak oglądali się za siebie… był doprawdy niepoczytalny czasem, a może to oni…

… nie do końca rozumieli o co w tym chodzi?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Emily Wilde. Atlas zaczarowanych krain” – … podobło mi się… Znaczy pierwszy tom mi się podobał, bo ten… jakoś tak, ledwo przebrnęłam. Wony początek, mocno pobawiony spójności, potem pierun wie co, poszukiwania, walka, czary i mary, w dziwny sposób one fairy nie działają tak, jak by się wydawało, i wiemy… znamy je trochę. No i oni, zakochana para? Eeee… nie no, weźcie… i ta dorosłość głównej bohaterki. Już nie wiadomo, czy dziecię to, czy dorosła kobieta?

A może ułuda?

Ta książka jest na pewno mniej udana. Z jednej strony te brzegi barwione, okładka wystrzałowa… dobre, przyznam, kompletnie nie moje tematy kolorystyczne i naprawdę wydaje mi się, iż można było zrobić to lepiej, ale… to już gust, jednak sama fabuła… no tutaj wszystko się zwyczajnie nie klei. Dorzucenie dwóch osobników wcale nie pomogło w narracji onego dzieła. Do tego sprawy z przeszłości bez wyjaśnienia ogółowi AKA czytelnikom… nie… to tak nie działa. Prze takie niedopatrenia czytenik prestaje być zaintrygowaną, wścibską postacią, która śledzi każdy ruch ulubieńców… I ona ich miłość, ten pierścionek…

Gdzie ona miłość?

Nie domagam się scen, ale uczucia!

Come on!

Wszyscy znamy legendy o Ludku i zadurzonych w pięknych panach ludzkich białogłowych… ekhm, w wieku różnym. Ale tu teego nie ma, i jest i nie ma… Tutaj ona słodka naukowość, która była przebojem poprzedniej książki, teraz nagle się tak bardzo rozmywa, że uczucia nie ma, ograne żarciki, nauki nie ma… z jednej strony jest niebezpiecnie, z drugiej i tak tam lezie znowu, i znowu, nosz Einstein się bawi. Wprowadzenie profesorka i bratanicy tylko miesza w głowach…

… nie…

Ciekawe jaka będzie część trzecia… gdzie nas poprowadzi i jak nazmyśla… bo, cóż, szkoda, że mocniej autorka w one tematy skrzacio-magiczne-małoludkowe gór Europy nie weszła, oj szkoda wielka… Bo ta powieść jest nudna.

Przewidywalna.

Dziwnie nielogiczna.

I tak, wiem że to fantastyka, ale nawet ona ma pewne reguły…

Jesień.

I tak jakby już lepiej… mniej ludzi, chociaż wciąż są, więcej ciemności, chociaż i wciąż słońce, ale już kłaniające się takie, ciepłe, ale nie palące… oddychanie… znowu się zaczyna. Ona ciemność wieczorów i poranków zbyt wczesnych. Wszystko jest takie cudowne. Wilgotność podrosła, trochę deszczowych dni, wietrznych dni… jabłka spadające z drzewek, toczące się po tarasie drewnianym, stukanie, pukanie, rzuty dziwne, na prawo, na lewo… śliwki na szczęście zerwane.

Jabłka te, te co zostały, są na codzienność… ale nie będą długo jeśli ma tak pizgać. Na horyzoncie nocą linia świateł statków, które Wyspę uznają za ściankę ochronną. Które nie chcą płynąć, zasypiające choineczki błysków. Normalność pewna. I to powietrze, ten zapach liściasty, chłodny… iskrzący.

Tak naprawdę, to najlepiej siedzieć na zewnątr, czytać, babrać się w ziemi, można i popływać, nikt nie broni, ale jakoś tak, nie chce mi się wciąż… chodzić. Gdzieś tam, w jakowąś odległość, ale to moje demony… bo w rzeczywistości chce mi się na spacer, strasznie, na one boskie samotne łażenie, ale ludzie, nie, jeszcze ich zbyt wiele, jeszcze zbyt mocni, i są źli, okrutni nawet… tak, nawet ona podobno szczęśliwa i spokojna Skandynawia zaczyna mówić o tym, że ludzie stali się bardziej wkurwieni, nieprzewidywalnie nawet, przerażająco negatywni.

Bo stali się…

W sklepach to słychać, na spacerach nie ma już uśmiechów znajomych, nie ma zwyczajowych: haj! Nie ma…

Świat się zmienia…

Nikt nie oczekuje braku zmian, ale to, co dzieje się z ludzkością zdaje się być jakimś poronionym eksperymentem, naprawdę przewrotnego umysłu. Kochającego samotność, zło i cierpienie. Bo taka zdaje się być codzienność dla wielu. Zapatrzonych w ekrany telefonów i innych tam ustrojstw, jakoś tak, nagle… mają powrócić ołówki i długopisy do szkół. Okazuje się, że eksperyment z komputerami i tabletami nie wypalił. Dzieci nie potrafią używać ni elektroniki, ni kredek. No serio… mój sarkazm nawet nie odwraca głowy, nawet nie udaje zdziwienia, że został przywołany.

Nie obdchodzi go to już…

Nowa moda!

Odrzuć ekran, czytaj książkę… fizyczną, papierową, wiecie, oną staroć, którą to tak mocno demonizowano przez lata, uznawano a nieekologiczną… tak, pamiętam gdy mi to zarzucano. Hmmm… intrygujące. Niby człek wiedział, że kołem wszystko wróci, ale jednak, tak nagle, tak szybko…

Na Wyspie, gdy nie ma już Turyściny, tudzie jest jej mniej, nie widać tak onych telefonów. Ludzie wychodzą w naturę i tylko czasem, niektórzy dziwni tacy mają w rękach płaskie pudełeczka… piszczą i brzęczą niszcząc innych cisze… liści chrząkanie, korzeni poskrzypywanie, gałęzi tańce…

Nie…

Jakoś tak nie widuję telefonów, no chyba, że ktoś zdjęcia robi… raczej ludzie romawiają ze sobą, samymi lub innymi, psy wyprowadzają, siedą, milczą, czasem medytują na skałach, czasem… wielu ucieka. To takie miejsce… tutaj ucieka się od codzienności. Szczególnie, gdy inni, przyjezdni, pragną ją nam narzucić. Od nowa… nazywając to cywilizacją. A jako cywilizację rozumieją ulepszenie… my nie. Przyjezdni wyprowadają się po sezonie, czy dwóch, albo i nie wytrzymują ciszy zimowej…

Wyspa… inny rodzaj oddychania, myślenia, czucia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łoś Wiedźmy… została wyłączona