Pan Tealight i Mroczna Strona Światła…

„Bo właściwie… było ciemno.

Nie no, nie żeby narzekali, ale jednak… było ciemniej niż kiedyś, ciemniej niż pamiętali, częściej, mocniej, dłużej, bardziej…

Jakby ciemność była na sterydach czy innych dopalaczach.

Albo co więcej, wynalazła sama jakiś niesamowity wpływacz na nastrój, moc i wszelaką zajebistość, no i nadmiernie tego używała i jeszcze, oczywiście nie miała co do tego żadnych, ale to szczerze żadnych wyrzutów sumienia. Naprawdę żadnych. Bo dlaczego miała je mieć? Dlaczego i po co jej takie obciażenie sumienia, czy wątroby? Kto tam wie? Co ona miała i na czym jej leżało?

No co?

Przecież nie zrobili jej jakiejś dajsekcji, czy czegoś.

Szczerze… nie no, oczywiście, że mieli ochotę, ale wiecie, ciemno było, ona ciemna, się tak wszystko jakoś zlewało nawet tym bytom wyposażonym w cudowne wzroki i spojrzenia… a może tylko kłamali? Wiecie, przecież mogli kłamać. O to w tym wszystkim chodziło. Żeby naprawdę poszaleć. Myślą, mową, uczynkiem, wszelakim o nic niedbaniem i jeszcze na dodatek… nie no, żadnej religijności w tym nie było. Chociaż, z ciemnością, to kto to wie? No wiecie, kto…

Tylko że…

Właściwie nie do końca byli pewni tego, że była to li ino cieność. A nie coś, co światło pokazywało, jak miało focha. Mocnego focha, takiego, który bardzo estetycznie mógł komuś przypierdolić. Ale estetycznie, ładnie, artystycznie nawet, z rozbryzgiem krwi, który mógł robić na kanwach za najnowszą abstrakcję za wiele simoleonów. Albo i ich więcej, dlatego tylko ją obserwowali.

Tylko…

Na razie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A w młynie…

No właśnie… bo widzicie, przy Slusegaardzie jest coś na kształt gaardu i plantacja choinek. Oczywiście młyn i cał zabudowania z nim związane są otwarte przez cały czas, znaczy nie do końca otwarte, no możecie sobie zajrzeć do środka, przemyśleć jak to było, a jak akurat jest sucho to i nawet przejść się nad morze… bo jak lało od wielu dni, to raczej droga może być nazbyt…

… wtapiająca.

Ale… w okresie świąteznym rok temu, się okazało, że w stodole zabudowań jest genialnie urządzony sklepik z tym, co świąteczne i tak dalej… niestety dusza, która to prowadziła się rozchorowała i zamiast sklepiku i słodkiej knajpki mamy teraz resztki i niby knajpkę, którą prowadzą ludzie od czekolady.

No co…

Nie, nie rośnie u nas, pewno, że mamy i figi i winogrona, ale bez przesady. Czekoladę robią w Afryce, znaczy ziarna, a resztą tutaj. Problem w tym, że… zrobili z knajpki dziwny rainforest, może i pod imię onę firmy, w końcu to Rainfoest Chocolate… ale jednak, nie wiem, uczucie… smak cudowny ale ceny…

Nie przekonuje mnie.

Smuci.

Ale choinki nadal można kupić… i w stodole resztki z onych sklepowych cudów, więc wiecie, mam krasnali… więcej.

Wiecie…

Ostatnimi czasy widać jak bardzo wszystko się tutaj sypie. Nawet ludzie z genialnymi pomysłami, a może raczej oni w szczególności, jakoś tak znikają, chorują, odchodzą, a może uciekają… coś się dzieje i to nic dobrego. Całe to morze, skały, drzewa, coraz mniej drzew… a nawet i plaża, tak… przy Slusegaardzie macie punkt geograficzny i obecnie gigantycznego, wyższego niż dom Mikołaja.

Dmuchany.

Za to z plażą, no tak, gorzej.

Wodu chyba wezbrały, wszelako zeżarły ziemi cały połać i mamy piaszczysty niski klif i plaży z pół metra, na szerokość, bo wiadomo, zawsze można leźć dookoła Wyspy, można się pomoczyć, można, wiecie, ale jednak… ale jednak jakoś tak suchą nogą się nie da. Znaczy być blisko morza i ziemi, jednocześnie. Jakoś tak raczej nie można. Okay, zgadzam się, pada deszcz…

Ale…

Te ciemności i wiatry inne są niż rok temu.

Te elektryczne auta niebieskie poczty wkurzają…

Naprawdę ten kawałek świata strasznie się zmienił, zdziadział, tak w ciągu kilkunastu lat upadek jest bardziej widoczny na tak małym skrawku lądu niż zapewne w jakimś kraju, ale… przeraża. Bo… nie można już się czuć bezpiecznym. Kiedyś otwarte drzwi teraz dostają kraty, nożem pod żeberko, bojówki młodzieżowe… po prostu kurna raj na ziemi, a znajomi oznajmiają, że przyjeżdżają, bo czytali w gazetach, że to raj. Bo przecież czart coś tam upuścił…

Bo…

Boję się.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mroczna Strona Światła… została wyłączona

Pan Tealight i Świat z Innego Wymiaru…

„Mała kuleczka… pod mikroskopem robaczki.

Wszystko w niej zdaje się buzować, ale z daleka, ino mała kuleczka, może w ciekawym kolorze, ale tylko kuleczka. Tylko…

Pojawiła się, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane powiedziała NIE. Jakby nagle wyprysnęła wraz z onym dźwiękiem i już nie chciała wrócić do miejsca, z którego wylazła. Jakoś tak poczuła się jak u siebie, w domu, choć i sama stanowiła dom dla wielu i jeszcze bardziej i wiecie, jak lustro odbijające lustro, światy w światach… tak wiele…

… właściwie, to jakoś tak im się spodobała.

Wiecie, taka odważna i olewająca wszystko, spoglądająca na nich czymś na kształt oka, lekko wypryskującego się czasem z krągłej, śliskiej dziwnie, takiej… całości… na niteczce z onej krągłęj całości, niebieska tęczówka, gieździsty, czarny środek, tak czarny, że pożerał inne kolory tych, którzy na niego patrzyli…

Krągłej całości…

Czy raczej w nie patrzyli?

No to jak patrzyli, to co, sami sobie winni, co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Julemarket…

Wiecie, w ostatni weekend bezmaseczkowy poszedł se człowiek… a tak, oficjalnie pandemia jest znowu tutaj, wsio trza wyciągać znowu, maseczki i tak dalej, chociaż ci, co jak Chowaniec uzależnieni są od rękawiczek i spirytusku w sztyfcie czy flaszce, to wiecie, żyją jak zwykle… może ino leją więcej. Ostatnio zapomniałam, że obcinałam róże… i jak se polałam… to nagle w Tigerze, tym latającym…

… było naprawdę słychać ryk dzikiego zwierza.

Ha!!! A co!!!

No ale, Julemarket i to na nabrzeżu w Nexoe.

Po raz pierwszy zgromadzono takie te tam drewniane budy, wiecie typowe, ale takie oddalone od siebie, no bo wiadomo, te wszelkie obostrzenia nagle się lejące na nasz północny świat i jeszcze maseczki już będące w obrocie znowu w sklepach i tyle… jest pięknie kurna…

Tak, to sarkazm.

Ale już nie mam siły na nic innego.

Do tego poustawiali wszędzie takie niby brzozy, białe drzewka za światełkami, co jak co chcę jedno, albo dwadzieścia… lasek se rąbnę obok domu, a co, lans będzie na dzielni, ha!!! A co, mi nie wolno, przecież jestem wariat, kto inny by wciąż tutaj siedział spoglądając na exodus innych?

A julemarket…

No cóż… wciąż jest, przyznaję, że nie wiem do kiedy…

Ale…

Wszystko pewno byłoby super, jest i łódka świateczna i światła i braki w zabudowaniach, jakoś tak wsio inne było kiedyś, no ale… nie czepiam, się, więc są one budki, a w nich… bez urazy, ale to, co jest wszędzie. Nie, że sprowadzili coś nowego, po prostu ludzie wykupili sobie albo na wyłączność, albo się podzielili na połowy i macie biżuterię i napitki… jest i to i tamto… i niezabezpieczone nabreże, toń zimna, ciemna, morska, napierdalająca muzyczka, ludzie…

Niby te drzewka dają światło, ale…

Produktów oczywiście nie widać.

No bo światło w środku nikłe, ciepłe, ono osikane, jak ja to mawiam, wiecie, a lampki na drzewkach rąbiące bielą, więc trigger level hard. I tyle…dookoła jakieś te ogniska w metalowych tubach i smrodek i jakoś tak… smutno… w oddali jest i cube szklany, w którym mamy wystawę szkła i ceramiki… wiecie… dla tych bogatszych. No wiadomo, dla każdego coś… akurat to jest ciekawe, ale…

Cała reszta, to raczej…

To raczej to, co mamy w sklepach.

… więc jaki sens?

Mnie to przeraziło, ale przy okazji w Lidlu zdobyłam choinkę z 5 bombkami, oczywiście do późniejszego wysadzenia i tyle. W tym roku będzie mała i już… wolę mieć drzewka na zewnątrz, a cięte mnie dołują.

Nazbyt…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świat z Innego Wymiaru… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzne szaleństwo…

„Wiało.

Mocno.

I jeszcze była pełnia!!!

Co jak co, ale to naprawdę dopełniało czary wszelakiej goryczy i wszelakiej upierdliwości… Czara sama twierdziła, że się jej ulewa i ma dość i naprawdę chce żeby w końcu dali jej spokój i przestali nalewać. No bo przecież oni tak w cholerę bez pytania i dopierdalali jej cokolwiek było pod ręką… czy za słone czy za słodkie, z uśmiechem i miodem, z solą i preclami, coś kisielowate, nosz obrzydlistwo, rąbany galat pieruński, ale taki nazbyt podgrzany… i w ogóle…

Ale wiatr…

Nie, to nie było tylko wiatr.

To było Wietrzne Szaleństwo. To był pure madness. Miał się za wszystko i wszystkim się miał, każdą emanacją powietrznej siły, miał w sobie i huragany i wszelkie myśli niepotrzebne, choć może i te potrzebne też… i jeszcze oczywiście te twistery i sztormy i burze i pewno, że pożyczał do wystroju czasem kilka błyskawic i gwiazd i tęczy, ale jednak przede wszystkim był oną niewidocznością unoszącą wszystko… miotającą koszami na śmieci i oczywiście tymi lampkami, które ludzie narozwieszali… oj jak kochał te sznureczki, kabelki, doniczki z ustrojonymi drzewkami…

Kochał…

To był jego świat… no i te morskie potwory.

Z ludźmi w środku…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Antropologia kultury” – … miałam tę książkę skserowaną. Kiedyś to było nie do kupienia, a jakoś tak… no wiecie, muszę ją mieć. To w końcu podstaw, a i jak ino chcecie liznąć tematu, to i tak warto. Niezależnie od wykształcenia.

Zależne od zainteresowania światem i człowiekiem.

A raczej człowiekiem w świecie.

To niewielka pozycja, ale warta tej dłuższej chwili by uświadomoć sobie jak istotne są pojęcia kultury w naszej codzienności… symbolizmu. Dobra książka dla tych, ktorzy zastanawiają się nad studiami w tym kierunku, ale i antropologów czy archeologów, etnologów i socjologów. W rzeczywistości wszystkich tych zafascynowanych symbolizmem, a że jakoś tak symbole w naszym świecie są powszechne, to jednak… no wiecie, lepiej być trochę mądrzejszym, niż…

Zdurnieć do końca.

Czasem warto sięgnąć po coć, co może przywróci nam zdolność samodzielnego myślenia… czasem? Zawsze!!!

Spacerowanie nabrzeżem, skalistym…

Szczególnie tak od Melsted do Saltuny, to szaleństwo. Trzeba patrzeć pod nogi, szczerze. Skały są ostre, mogą zranić, albo oszołomić onymi kształtami, szczególnie gdy wybierzecie ten czas pustki. Ten czas, gdy zwyczajnie nie ma nikogo, gdy jeszcze szaro, a może i w ogóle ona szarość się nie zmieni w nic jaśniejszego…

Może…

Ale idę, bo po pierwsze dawno mnie tu nie było, a po drugiej, po gniazdowaniu można zajrzeć w takie miejsca, gdzie właściwie chodzicie po wodzie… można się zmoczyć, no jak kto chce… albo po prostu połazić. Krok za krokiem, trawa, wszelaka niepewność mokrej ścieżki, błoto… no zwyczajnie szaleństwo.

Ale te skały…

Są niesamowite.

Wyglądają jak ruiny świata, który o nas zapomniał, ale wciąż istnieje. Zwyczajnie przemienili się w jakieś inne byty i po prostu są… ale nie chcą być z nami. Czasem ich widzę, słyszę… czasem…

Tym razem ten wschód slońca, niebieskość skał, bo tutaj one mają nie tylko kształty fascynujące, ale i barwy onych porostów… ale jednak i ona ciemność. Naprawdę, oszałamiały. I to uczucie posiadania świata tylko dla siebie. Stoicie ponad wodą, skały, gdzieś w oddali trawa, kilka karłowatych drzew…

Fale niewielkie…

Wszystko to moje!!!

Jak to jest, że można by tutaj zostać.

Poza zdjęciami i pisaniem nie robić nic więcej… pewno, że bym zmarzła, musiałabym też się ruszać, więc pewno łażenie w kółko byłoby wskazane, ale jednak… to miejsce, te kształty, ona magia, to wszystko powala. Ale trzeba temu pozwolić żyć. Beze mnie. Bez mojej obecności.

Jakoś.

… więc idę dalej… idę do plaż, które są dziwnie nowe, w szczególności ta przy campingu i ona oficjalna przy rzece Kobbe. Jakieś takie bardziej puste, jakby skały zmalały, bo przecież ja nie urosłam, więc to muszą być one. Albo ktoś im pomógł, albo jakoś tak nagle zaczęły odchodzić stąd.

Co się dzieje?

Co?

Czy skały mogą uciekać stąd, bo jakoś tak zbyt wiele się zmieniło? Może tak? Może w rzeczywistości skalne trolle się przebudziły i idą teraz morskim dnem. Może… przecież tak wiele dziwnego i niewyobrażalnego stało się codziennością, więc czemu nie to… ale idziemy dalej… i nagle wychodzi słońce i przez chwilę jest dzień, tak przez pół godziy, by potem znowu pojawiły się chmury, ale już jestem przy rzece, która rozała się tak szeroko, że nie da się jej przejść, nie da się pójść dalej, a raczej da się, ale potrzeba gumowych spodenek, a tych nie mam, więc…

Wrócę do domu.

I tak już nie ma mnie tam od kilku godzin.

Może sama siebie tam szukam? Bo jakoś tutaj siebie nie odnalazłam. Tak właściwie, pewno, natura piękną jest, ale ja… ja już jej nie czuję.

A to boli.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne szaleństwo… została wyłączona

Pan Tealight i Król Niczego…

„Z Grudniem to zawsze był problem.

Przybywał, na pozątku taki radosny połyskujący glitterem i jeszcze klejem trochę pachnący, no wiecie freshly made, prosto z jakiejś farmy, co to i choinki pewno sprzedaje… taki mocno dźwięczący i jeszcze… rany, czy on ma lampki w uszach… a potem, potem była jazda w dół, a po Wigilii, której nie uznawał, bo jakoś go przyciemniała, wiecie… depresja i tak w kółko roku…

No cóż, Grudzień nie miał dzieci, choć plotki głosiły inaczej, był raczej bipolar, niezdecydowany czy sypać śniegiem, wiatrem lać, grad lepić, czy nie iść w kulki ino zwyczajnie… olać wsio…

Oj tam…

Chodziło o to, że wszyscy mieli takie pierniczone i wielkie oczekiwania w stosunku do niego. No naprawdę. Pierniczone, bo wiadomo, okres taki, więc pierniki, ale przede wszystkim wkurwione ludzie, co to chciały świętować, nie chciały świętować, kompletnie nie potrafili się zdecydować i ogólnie mówiąc, no wkurwiali go. Chciałby ich usunąć ze swojej teraźniejszości, ale wiecie… czy miesiąc może? Poza okresem… no niewiele może. Oni chcą, a ty…

Im nie dajesz…

Tia.

Zgadza się z okresem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wschód słońca…

Był kijowy.

Ale spacer… bo wiecie, człowiek ostatnio ma nerwowe miesiące, jakoś tak ten rok jest naprawdę męczący, wykańczający, dobijający, ale też doprowadził mnie do pewnych wniosków i wiem czego chcę.

Znowu.

To straszne tak wiedzieć czego się chce a czego nie.

No serio… doprowadzam innych tym do placzu. Wewnętrznego głównie, bo wiadomo, obecnie wydzielanie płynów tak wiecie, publicznie, to nie jest dobra i powszechna rzecz. No ale… Turyścizny nie ma, szczególnie jak wychodzi się przed świtem, to wiadomo… ludzie jadą do pracy, ale na plaży, szczególnie tej naszej, czy na ścieżkach przymorskich wiadomo, nie ma nikogo. Nawet ci z psami lekko stchórzyli pewnie, bo padało, więc wiecie, mokro i niepewnie, ale… w rzekach jakoś tak mało wody nagle, morze może się dziwnie rozlało, ale jednak, wciąż jest dalej…

… więc poszłam.

No co, zwykle spędziłabym kilka godzin w mniej więcej obszarze półkilometra i robiła zdjęcia, a tak, poszłam w długą… najpierw drogą, potem między domkami, a potem, no wiecie, woda i piasek, piasek i woda…

Normalność.

I nagle piasek się skończył i zaczęły się skały.

Pierun jednak jak zwykle tkwi w szczegółach, a szczegół był taki, że zamiast wschodu słońca ino był taki paseczek jasności, a reszta wyglądała, jakby nage snestorm miał się zacząć czy inna Apokalipsa tam. No wiecie… lanie, gradowanie, czy co tam teraz ziemia daje wariatom, którzy chcieli zrobić zdjęcia i pobyć z naturą w samotności. I okay, samotność się zdała, ale dopiero jak wracałam pojawiło się słońce, więc… zdjęcia są takie sobie… może i można je podkręcić, ale cytujac klasyka i parafrazując go… ja nie robię w fotoszkopie!!! He he he!!!

Mniejsza… skały, nabrzeże, hotel w Melsted, któy niedawno zmienił właściciela i ma teraz dwie babeczki na dowodzeniu… ciekawe jak im pójdzie… krzaki, wystające kawałki korzeni, mój własny strach… ech, kurna chatka no. Mostek, a raczej pochylona kładka, która wymaga akronatycznych umiejętności, by po niej przejść, więc może to to, a nie pochmurność i jeszcze wczesna pora wygnała wszystkich z tej części Wyspy? Znaczy wiecie, tej Małej Szkocji…

No tak to zwali.

I tak to wygląda… wiecie, Highlander themes!

Skały takie spiczaste, niczym ruiny pradawnych cywilizacji, one pozostałości po cywilizacjach bardziej znajomych, ona zieloność ściółki pod stopami, często niebezpieczna, bo rośnie toto na skałach i wiecie, kurde, można się wyłożyć… i znowu mam uczucie, że te skały stoją tutaj inaczej…

Tutaj, za Melsted Å. c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Król Niczego… została wyłączona

Pan Tealight i Anastazija…

„No dobra, z tym imieniem to już przesadziła.

Dali jej książki, dali do wyboru ich tyle, z każdej kultury, wszelakie definicje i tak dalej, ale jednak, ale jednak… wybrała to. I to jeszcze w tak dziwacznym brzmieniu. Tak bardzo wieśniackim… nie żeby mieli coś do wsi, w końcu mieszkali na niej, ale jednak… ija… no kurna no, jak to brzmi!

Chociaż podobno się inspirowała jakąś tam koronowaną prawie głową.

A może prostytutką, znaczy damą, która lubiła zwyczajnie się zabawić, ale lubiła też zwyczajnie nadzwyczajnie potem sobie coś kupić i opłacić rachunki, więc wiecie, legitnie i normalnie, wszelako, żyć z przyjemności… czyż nie jest to wspaniały pomysł na życie, przyjemne z pożytecznym?

Czyż nie tak mawiają?

Przecież nie nazwała się Katarzyną z Wielkim. To dopiero byłby lekki niesmak, absmak i wszelaka niestrawnosć. Nigdy nie wiadomo w dzisiejszych, poprawnych jakże czasach, jak na to odpowiedzieć i czy pytać, czy nie… dociekać czy nie? Czy jednak lepiej mieć wsio na tacy, czy…

Ekhm.

No więc wprowadiła się, miała imię, i nadprogramowo długie włosy, z których nie tylko plotła sobie codziennie nowe suknie, ale też i siennik do łóżka wypychala… naprawdę, jak wychodziła, wszystko stawało się dziwnie mniej wypchane, bardziej szczupłe, mniej jakoś tak, no wiecie… puszyste…

Ale łupieżu nie miała.

Spokojnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mamy Zegarynkę

Kto by pomyślał?

I nazywa się Frøken Klokken i… no tak, o takich się pisze jak się pojawiają lub odchodzą… ona właśnie odchodzi na emeryturę, znaczy 30tego. Czyli zaraz, to już jutro… Nie no, oczywiście, że rozumiem, iż możliwym jest, że nikt na nią nie dzwoni, choć głupio tak znając jej imię mówić o niej, że na NIĄ nie dzwonią… no wiecie, jakoś tak się ona uczłowiecza, nie tylko dlatego, że…

Cóż, kolejna, dość legenadarna czynność znika z tego świata.

Smutne to…

Jak z szewcem, chociaż… z tego, co słyszałam, zarazem szewc i zegarmistrz wrócili do łask. Niektórzy poprawiają buty, inni je szyją, są i ubrania szyte na miarę, w końcu idealne, akie na co dzień, takie ideolo. No chyba, że wiecie, nagle przytyjecie, no i się wszelkie wąskie kiecki na nic nadają, ale krawcowa dobra w posiadaniu to skarb jak się ma dobre ciuchy, które nie znikają nagle z tyłka, bo w jakieś krzaki żeście wleźli, znaczy ja wlazłam. No co… dziurki mam. Niby człek sam umie zaszyć, nie jest jakiś niekumaty, ale jednak, taka szewcowa, ech…

Kiedyś to był skarb.

Więcej, każda pani domu miała maszynę do szycia, te wykroje krążące między rękami… ech, takie to czasy były.

No więc Zegarynki nie będzie.

Wiecie… przynajmniej rozkłady jazdy autobusów wjechały z powrotem na patyczki przy przystankach autobusowych, a nie te cholerne kody. Jaki to był problem. Nie no, to już zwyczajnie kanał był. Ale był… teraz tylko coby to się utrzymało, bo wiecie, wszędzie wsio się tak zmienia, że nie wiadomo co będzie jutro…

Czego nie będzie pojutrze?

Cóż… możliwe, że znowu będą maseczki i przymusowe szczepienia.

Wiecie, jak wszędzie.

Wszystko wraca, a już tak było pięknie. Ech, nie wiem, a może nigdy nie było pięknie, tylko większość uwierzyła, że po prostu strzykawka i już nie będzie choroby, chociaż od początku mówili, że to nie tak, ale jakoś… do nich się nie da dotrzeć. Do onych zaprogramowanych przez media… i onych nauczonych nienawiści przez social media… i całej reszty, tych, co już nie mają siły.

To ja.

Nie mam siły.

Kompletnie.

Nawet na to, by po prostu mieć to w dupie, iść za tłumem, robić, co państwo każe, nie nie umiem tak. Za dużo myślę, za dużo wiem i jednocześnie, za mało wiem i to mnie strasznie wkurza, ale to po prostu STRASZNIE…

I tak… będą julemarkety… ale jakie?

I jak?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anastazija… została wyłączona

Pan Tealight i Deszczowy tan…

„Najpierw to było tylko kołysanie… tylko i wyłącznie kołysanie, a potem, potem to już było po prostu nie tyle dziwne, co zawstydzające!!!

Dla wszystkich.

Poza nią.

Bo przecież ona naprawdę i w szczególności miała ostatnio wszystko kompletnie gdzieś. I to Gdzieś mieściło się głęboko, w świecie poza światami, poza tymi równoległymi, poza onymi wszelako współegzystenciującymi i jeszcze… dalej, w onych równoległych nawet o nim nie słyszeli, choć może w jakichś mitach, może jakichś legendach, snach i proroctwa, no kto to tam wie…

Tyle tego.

Ale właśnie tam miała ono wszystko.

A tego wszystkiego było coraz więcej. Odmówiła pracy, odmówiła zainteresowania, nie żeby Wyspa wciąż nie wzbudziała w niej zachwytów i tak dalej, ale jednak, to już nie było to, była… bezpańska, bezziemska i wcale się z tym dobrze nie czuła, a na dodatek mieli ją sklasyfikować jako jakąś z wariatek, więc…

Czekała.

I w cholerę miała dość onego czekania.

Psuł jej ten czas wszelako ciemny i wietrzny i jeszcze prawie zimowy… i grudzień tuż tuż, nie no, jak to wszystko mogło ją tak poniewierać znowu… ją, która oddała siebie zapomnianym i śniącym… więc tańczyła. Najpierw słuchała onej muzyki, a jak już załapała, to wiecie, tańczyła i tyle…

Bo co miała zrobić?

Nic jej już nie zostało… a nadziei nigdy nie rozumiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kubuś Puchatek. Chatka Puchatka” – … to jak Muminiki. Przyjemność. Powroty… te teksty błąkające się po social mediach i tak dalej… ona postać. Miś i Krzyś… i jeszcze, no właśnie, cała historia osnuta wokół nich. Ona prawda, która jest tą, której nie chcecie znać.

Wiecie… bo to Puchatek, coś tak skrajnie niewinnego…

Nazwany w każdym kraju inaczej. A jednak zawsze ten sam, no chyba że zrobią z niego dziewczynkę, bo wiecie… tamten niedźwiedź był żeński, więc, Zoo i tak dalej. To wszystko jakoś psuje ten świat… a może, może można o nim zapomnieć? Może można? Bo przecież warto. Dla tego dziecięcego świata…

Prostoty.

I tych ilustracji.

Z dawnego dzieciństwa.

To wydanie jest piękne. Twarda prawa, ilustracje, słowa, tłumaczenie, wszystko… to świat sprzed Disneya i innych spraw. Sprzed tego całego gnania za sławą i kasą, a może tylko w to chcę wierzyć? Mam prawo… mam prawo do onego dzieciństwa. Oddychania w tych porąbanych czasach.

To światło… kocyk i kubek kakao.

I bezpieczny kąt.

Czasem wypełza słońce i jest dziwnie.

Słońce to w końcu coś bardzo dziwnego, coś niewyraźnego, coś nie do końca, coś… o czym człek zapomniał już właściwie, bo przecież, przecież… wcale za nim tak jakoś nie tęsknił. Wcale a wcale. Wprost przeciwnie, one szare dnie i wczesne wieczory sprawiają, że przynajmniej w moim przypadku, no wiecie, jest mi tak lepiej. Z onym zachmurzeniem, z oną szarością…

Tak, taka jestem i zdaniem większości, jakoś tylko w ten sposób jestem w stanie wytrzymać na Wyspie. No wiecie… ona szarość zgadza się z moją wrodzoną ciemnością i tak dalej, więc… Pamiętam, że gdy szukaliśmy miejsca do życia tutaj od razu wiedzieliśmy gdzie chcemy mieszkać. Inne miejsca, choć braliśmy je pod uwagę, bo przecież, człowiek może się mylić, to jednak zawsze wracało Gudhjem.

Inne miejsca nie były TYM miejscem.

I co usłyszeliśmy od sprzedawcy nieruchomości? Że jak to tak można, jak to kurcze jest najabrdziej dołujące miejsce na Wyspie! Serio? Tak szczerze to znalazłabym inne jak Klemensker czy Nyker, ale wiecie, co komu pasuje… tak naprawdę. Każdy może sobie wybrać co lubi, ale serio…

Gudhjem dołujące?

Bullshit.

A zresztą, jak się wam wydaje, podoba, czy jakkolwiek. Kocham je… w odmianie brata bliźniaka syjamskiego czyli Melsted też.

Wiecie…

Każdy, kto tutaj przyjeżdża, jakoś tak ląduje albo na rowerze, albo tylko na Dueodde i w okolicach. Są tacy, których przygania tutaj coś innego, ale są i tacy, którzy trafili na ono jedyne lato deszczowe, no i wiecie, są do dziś wkurzeni. Znałam ich kiedyś… ubawiły mnie ich komentarze. Wtedy już mieszkaliśmy od kilku lat tutaj, a oni stwierdzili, że i tak się nie znamy i tak dalej…

Lepsze to, niż info na FB, że zmyślam i wcale, ale to wcale nie wiem co tutaj się dzieje – z czym mogłabym żyć, szczerze, czasem nie wiem, szczególnie w polityce, macie Tidende – no i co lepsze, w ogóle tutaj nie mieszkam.

Piękne to.

LOL

Tak czasem się zastanawiam, czy mnie jeszcze to w ogóle interesuje co kto o mnie myśli? Wróć, powiedzmy sobie szczerze, może mnie coś zaboleć, ale szczerze, dawno przestałam rozmawiać z ludźmi… rozmawiam ze sobą. Wiecie, wariaci tak mogą, dla nas to jest normalne. Bardzo i wybitnie… w końcu to gadanie to ino one internety i tak, jak najbardziej można poznać fajnych ludzi, ale w większości to będą tylko lajki, więc… można odpuścić. Można odpuścić i media społeczne i telewizję i radio… i mieć ino książki, ziemię, las, szyszki…

Może spróbujemy znowu z szyszek wyprokurować choinki?

Choinki są ważne.

Szczególnie tutaj… naprawdę. Bo to, choć piękne miejsce, to jednak to okrutny świat jeśli chodzi o ludzi… wiecie, jak w każdym innym miejscu. Jak w każdej innej części świata. Zmęczeni, przerażeni ludzie, Turyścizna mająca w dupie ograniczenia i Covidowe odstępy… bo przecież… czym my jesteśmy, mieszkańcy, zwierzątka w zoologu wyspowym, dostępni 24 na 7…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszczowy tan… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Czerwony…

„Bo ona to zawsze jakoś tak przyciąga do siebie dziwa wszelakie.

Szczególnie teraz, gdy jakoś takoś, no wsio wyszło na jaw… i nawet Pan Tealight był racej zaskoczony. Znaczy, nie, że nie brał tego pod uwagę, ale jednak, no kurcze, czy się spodziewał, zwyczajnie… wiedział, że jeżeli to się stanie, wszystko się zmieni i nic tak naprawdę. Bo to, czego był pewnym, to to, że ich zmieniła, wszystkich w tym miejscu, no i na pewno jakoś tak…

Zostaną z nią.

Cokolwiek.

Kiedykolwiek.

Otóż chodzi, że Wiedźma Wyspy, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wyrzuciła Wyspie, że ofiarowała jej wyłącznie ból i cierpienie, więc się zwalnia. I to ze skutkiem natychmiastowym… nawet ognisty anioł, który pojawił się na niebie, jak tylko wypowiedziała wszystko trzy razy, nie zrobił na niej wrażenia. Odważnie i nadzwyczaj dorośle pokazała mu język.

Chciała się wypiąć, ale to akurat ten czas w miesiącu, więc wiecie…

Pan Tealight obwiniał Małego Czerwonego.

Dziwnego byta o aparycji zdechłego człekokształtnego w krwi zanurzonego, który przywiązał się do niej w Szwecji i nie dał się odczepić i jakoś tak, zamieszkał z nią i całą jej gromadą i odsuwał ją od nich.

Jakoś tak…

Już się nie spotykali tak często.

Co więcej, jak już Wiedźma Wrona wychodziła na spacer, to stawiała dookoła takie bariery, że jak już, to śledzili ją ino z powietrza… a w tym dobre były wrony, a wrony były tylko jej, więc wiecie… chciał z nią porozmawiać o tym, co się stało, albo chociaż posiedzieć obok i pomilczeć, ale była zajęta podobno. Potem się źle czuła, potem zwyczajnie odmówiła zeznać, a potem…

Nawet Ojebik – mała, ucięta główka…

Nawet ona nie została wpuszczona.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Full Moon i shopping…

No dobra, ino window shopping, bo przecież mi nikt nie płaci za te blogi i tak dalej. Wiecie, jestem najgłupszym z influenserów i tyle. Porażka życiowa, nie oszukujmy się… ale za to, jak zwykle i w Nexoe i Roenne – tia, nie chce mi się literek kopiować, bo moja klawiatura wariuje po takich rzeczach jak przestawianie języka – jest na co popatrzeć. Oczywiście wyłącznie w tak zwanych centrach ogrodniczych…

Tak to się mówi?

Chyba…

No ale, to co tam znalazłam, jest cudowne i przesłodkie i drogie, nie oszukujmy się. Można iść do Tigera, ale wiecie, to może każdy, a ja chcę onej skandynawskości. Jakoś tak. Takiej prostszej, naturalnej i w ogóle.

Ale są i światełka… no i widmo pandemicznych świąt.

Kolejnych.

Wiecie… świat jest koszmarny. Nie ma znaczenia kim jesteście, jeśli nie należycie do elity. Mimo onej wszelakiej równości narzucanej przez ono sławetne prawo, to jakoś tak, zwyczajnie wcale jej nie ma. Są lepsi i lepsiejsi i tak dalej. Są tacy, których stać by oddychać i tacy, którzy się boją, że nagle nie będzie…

Ich.

Człowiek podnosi głowę i nagle widzi, że za oknem zjawiła się ciemność.

Nie ta szara…

Ciemność.

Ona nocna. Która w końcu jest taka, jaką być powinna. Cudowna. I nagle człek zaczyna coś robić i nie zauważa, że już nie ma dnia, ale jest noc. Ona dłuższa, cudowna i miękka… nawet jeżeli jest się pośród onych światełek, a może właśnie przez nie? Może… wiecie, człek zagłębia się w oną cudowność roślinno wystrojną i jakoś tak, jest mu lepiej. Może i chodzi o tlen, może jego brak, a może…

Papugi?

No co, mają je w stolicy.

W sklepie.

Dobra… nie marudzę, albo może i marudzę? Jakoś tak, zwyczajnie nie rozumiem ludzi. Jak szybko zapomnieli, ci z Europy Środkowej, jakto było, gdy nic nie było. I nie pierdolcie mi o tym, że jednak ludzi się wtedy bardziej widziało, bo tak było, ale też i nie było. Zmuszeni do pewnych zachowań tak naprawdę… łatwiej jest nam być sobą, gdy zrozumiemy to, czego nie lubimy. Bez czego możemy żyć.

Tutaj się wydaje, że żyją, tak naprawdę, ludzie, którzy to wiedzą…

A może ci, którzy łkają w kącie, bo jednak odwołano julemarket. Ten wielki, na który tak wielu się szykowało. Bo przecież się szykowali. One markety mniejsze i większe, to taka cudowna wyspowość… której nie ma. Bo wiadomo, paszporty wszelako szczepionkowe, ludzie, nagle ma znowu wrócić strach, a ludzie nie chcą, mają dość… tak bardzo mają dość. Po prostu.

Strach… tak, zapominam o nim w tej ciemności.

I nie myślę, gdy nie wychodzę z domu…

Inne wyjście. Inne życie… przecież to wszystko jest tak bardzo pokręcone, że już mam dość. Naprawdę dość. Ale jest ciemność i światełka i nawet jeżeli nie stać mnie na życie, nawet na ono oddychanie… to jakoś, przynajmniej jest to. Ciemność i światełka, karteczki, tekturki na choince i świeczki…

Świeczki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Czerwony… została wyłączona

Pan Tealight i Materia…

„Pojawiła się.

Materia.

Nie, że jakieś kosmiczne coś, ale jednak…

… kurde no, może i wyglądała jak bela jedwabiu, mocno zwinięta na takim, wiecie, jak od papieru taoletowego, ale jednak mocniejszym rolku, ale jednak no bela w barwach nocnego, rozgwieżdżonego nieba podświetlonego stroboskopami, czy jak inaczej te jebiące po gałach światełka zwą… ale nie była tą materią.

Nie była onym tworem i tak dalej, nie…

Nie chcieli do niej podejść, choć jak byk pisało, że przeznaczone dla najmiękciejszych zadków i tak dalej. Było napisane, że naturalne i cudowne, upragnione, wymarzone i jeszcze nigdy się nie czuliście tak swieżo, jak po dotknięciu onej jedwabistośi… chyba? Potem były jakieś szlaczki i nikt nie był pewien języka, a podobno gadali tutaj we wszystkich, więc coś śmierdziało.

I nie…

Tym razem to nie była Wygódka.

No wiecie… szczerze, chodziło o sam wymiar zajebistości onej rolki, a jednak nie mogli, jakoś coś ich powstrzymywało… i tak, to podobno była materia na niebiańskie gacie, nigdy nie pijące, znaczy kompletne abstynenty… i jeszcze absorbujące, nie zaciągające się, pasujące na zadek każdy, nawet jak żeście nage żeżarli trzy pieczenie i piętnaście Marabou w podstawowym, ogromnym wymiarze, lekko strechy… znaczy rozciągliwe i jeszcze w kolorze jaki sobie zamarzyłeś.

Tak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: cykl „Materia Prima” – … no więc… nie mam pojęcia dlaczego. Dlaczego to jedna z tych serii, bo jest już secunda, więc to więcej niż ino te trzy tomy, może nie to samo, ale jednak już wiem…

Że to kolejny zestaw moich książek bezpieczeństwa.

Książek, które są na one wszelkie momenty, kiedy czuję się źle, nie umiem czasem czytać, wydaje mi się, że znowu zgubiłam gdzieś oną umiejętność… coś, co mnie wciąga, miesza mi pod deklem, co czytam chyba po raz trzeci i odnajduję nowe, wciąż nowe i coś, co po prostu mnie bawi.

Nie tylko zresztą,bo bogactwo językowe mile łechcze moje wszystko.

Gilgoczą mnie w odpowiednich miejscach.

A przecież… tak na pierwszy rzut oka, to wiecie, kiedyś powiedziano by, że to ino książki dla chłopców. Choć wróć, wieki temu czytałam i słyszałam takie teksty… że przecież to dla facetów, gdzie moje różowe, świecące…

Ech… no cóż.

Właśnie załapałam, iż spora część z moich takich książek pochodzi właśnie z Fabryki Słów. Co się ze mną dzieje. Przecież to nie tak, że kocham wsio co wydają i niegdyś ukradli mi tekst. Tak wiem, inne czasy to były, ale jednak… wiem też o pewnych przekrętach, ale… o czym jest ten cykl? O magii, alchemii, człowieczeństwie i okupowanej Polsce, ale trochę innej. Pełnej dziwów, potomków pamiętających Boga. Krwi demonów, przyjaźni… też tej między narodowej. Zabór pruski, zabór carowiczowy… no co, tyle zmian w ZSRR obserwował człowiek… CCCP? Ech, miesza mi się, ale to przeszłosć i gazowe lampy, homunkulusy i Olaf i Samarin i jeszcze te kobiety…

Niesamowite.

Cudowne i genialne postaci.

Wiem, że niegdyś o nich pisałam… ech, trza opanować te hasztagi. LOL

Od dwóch tygodni jest ciemno.

Niby to ona zwyczajna listopadowa szarość, ale jakoś tak, mówimy o słonecznej wyspie. O miejscu, w którym wiecej słońca niż w innych miejscach w tej szerokości geograficznej. Nie ma też wiatru, człek obciął co było, sprzątnął w ogrodzie i zapatrzył się na to wszystko… to wszystko, co tak dziwnie rośnie.

A już te chwasty!

Nosz przejęły donice!!!

Co się dzieje?

Nie wiem… ale wybory jakby co wygrał gliniarz, więc pierun wie co będzie. Kapitan na pewno nie jest z tego zadowolony, znaczy kapitan promu, też był do wyboru, jakby co. Był i komunista, wiecie, ten od braku własności osobistej. Pełna komuna, dzieci kwiaty, ja pierdziele, człowiek, ja to pamiętam.

Skończyło się źle…

Ale, mamy nowego szefa Wyspy i tyle.

Czy to coś zmienia? Pierun wie? Z jednej strony nic, z drugiej, zawsze mnie przeraża, bo wiecie, nowi lubią udowadniać jacy to są potężni i tak dalej, ale… to zawsze jest takie przerażające i w ogóle, więc… chyba czas się bać, tym bardziej, że pomysłowość państw europejskich w wymiarze naganiania ludzi na siebie wzrasta i się kotłuje. powtarzane schematy znane nawet z najprostszych podręczników historii… by udowodnić co? Tak naprawdę? No co?

Ale ta szarość.

Taka dziwna w końcu się staje, gdy nie mija. Gdy nawet zapowiadane słońce jest tylko jakąś poświatą za chmurami, za onym welonem szarości. I nagle wszystko jest szarością… i choć to dziwne, choć to może nie coroczne nawet, to jednak… wiecie co, fajna ta pogoda. Tak pasuje do mojej depresji.

Kolorystycznie też.

No i wiecie, jest to ono przyzwolenie na jakieś lenistwo, nawet jeśli musicie podciąć w ogrodzie to czy tamto, wyrwać, bo u nas dziwnie nawet trawa forever green… może jednak, no jakoś tak to nie przeszkadza. To tak, jakbyśmy się nagle stali się morzem. Jakoś tak… wiecie, mokrość ona, lekko słonawa…

Cudowna.

Chociaż te podtopy, miejsca, w które lepiej się nie wybierać…

Cóż, dziwnie jest.

Ale taka jest ta jesień, jeśli wcześnie liście znikną, odejdą z wiatrami, jeśli nagle wszystko nie będzie kolorowe, barwne wszelako, wiecie, wesołe, szleszczące… gdy nagle zmienia się tylko w błoto i te chwasty, które chyba lubią te 5 stopni nocą… i jeszcze… wiecie, tęsknię za oną jesienią, przewidywalną bardziej tak. Połyskującą, pełną listowia, kasztanów i żołędzi i jeszcze… oczekiwania.

Oczekiwania na zimę.

A teraz…

Co to jest?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Materia… została wyłączona

Pan Tealight i Gdybytam Dam…

„O rany, no bo on to miał szczęście do bab. No naprawdę gigantyczne szczęście i oczywiście, że jest to sarkazm, ale jednak, jak inaczej to ująć… facet właściwie normalny, no każdy ma jakieś uchyłki tam… ale poza tym całkiem starodawny i chcący rodziny i tak dalej. No wiecie…

Rodzinny.

Taki, co to umie i guzik przyszyć i gwoździa przybić, i jakoś tak sprawia, że kobieta czuje się kobietą, naprawdę, piękną i bezpieczną… tyko że, ten współczesny świat jakoś tak nawet nie chciał tolerować onych defwiacji… wiecie, czegoś, co kiedyś oznaczano jako normalność, bo normalność jest dobra, jakieś tam wzorce. Wtedy wie się dokładnie od czego uczekać, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, kompletnie do niczego nieprzystosowana…

Kompletnie oddalająca się, nie mówiąc, iż unikająca, raczej spierdalająca od wzorców i ram. Szufladkowania i tego, co tam dama, kobieta, wiedźma winna robić, wiecie, wolność, przed którą większość ucieka, a już na pewno wszyscy się boją, bo przecież o wiele łatwiej jest zwyczajnie być koło tego, co jakoś przewidywalna, a ona taka nie była. Wiecie, napawdę i do końca…

I on też nie.

Tylko, że ona też nie była damą, więc może dlatego tak łatwiej się z nią mu rozmawiało? Może? No wiecie…

… więc rozmawiali ze sobą. Od dawna. Gdziekolwiek wyszła, on mówił, a ona słuchała i naprawdę go rozumiała. Naprawdę, bo sama jakoś była z onych pożółkłych stron, meloników i jeszcze… otwierania drzwi, szlafroka, znaczy się tam płaszcza rzuconego przed nią na błocko, wiecie… nie żeby tego potrzebowała, ale jednak, jakoś tak, zwyczajnie, koronek i diamentów też nie potrzebowała, ale jednak, tych ruchów, skłonów, onych wszelakich małych uprzejmości.

Uznania, że jest słabszą, choć nie była.

Choć czasem…

Potrzebowała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Do lasu…

Tam, gdzie spory, płaskawy kamień leży… pogrążając się w onej ściółce z każdym rokiem coraz bardziej i bardziej. Gdzie się idzie i z każdymi odwiedzinami człeowiek sobie uświadamia, że ona ścieżka jest znowu miękciejsza i jeszcze bardziej puszysta. Te mchy i liście i igiełki… same iglaki dookoła poza kilkoma tańcatymi brzoami, wciąż żółtymi, wciąż oliścionymi, jakby się buntowały.

Jakby wiedziały, że tak bardzo błyszczą na tle onych prawie niebieskawych od omszenia pni. I to światło, które czasem się trafia, a czasem jest tylko ciemność… i wszelaka szarość. I jeszcze… jeszcze coś więcej. Bo tutaj jest prawdziwa magia. Bardzo prawdziwa. Pierwotna też… mimo tego pola zbyt blisko i drogi, to to wciąż jest tak bardzo… no takie specyficzne miejsce… tak bardzo specyficzne, że poddusza, mocno zniewala… i gdy tylko sobie uświadomisz, że to wszystko jest tutaj, jest naprawdę, jest dla ciebie i na ciebie czeka, wiesz, że jesteś na miejscu.

Zwyczajnie.

Po prostu.

Ale najpierw ta droga, parking, kilka aut, drzewa niektóre wciąż oszałamiające kolorowami, te buki wiedzą jak to robić. Naprawdę wiedzą. I te kilka znajomych iglaków i te liście pod nogami, pod podeszwami, chociaż chciałoby się naprawdę je zdjąć i skarpetki, i zanurzyć palce w nich.

Zimnych i wilgotnych…

Ale jednak prawdziwych.

W końcu coś prawdziwego.

Szyszki tym razem nie robią zbytniego namieszania.

Jakoś tak… ich mniej? Może ktoś przyszedł i je wyzbierał, zaraz, ale jak to, ktoś tutaj jest? Na rowerze… i zbiera, co ta baba robi, czy dzisiaj będzie kolejka do kamienia? A może kurde o czymś nie wiem?

Może?

Albo raczej nie…

… ona przecież skręciła tutaj zaraz, za dwoma pierwszymi liniami drzew i coś tam zbiera. Chyba nie końskie boby? A może jednak… hmmm, kto to wie? Może jednak serio ludzie to robią, przecież to doskonały nawóz. Ino pamiętajcie, trzeba mocno rozwodnić!!! Bardzo mocno bo wam spali roślinki.

Ale warto.

Grzyby super rosną.

A już owcze bobki, rany jakie pieczarki na takiej łączce i skałach. Szczerze, ale są gigantyczne. Mega wielkie!!! Naprawdę kosmiczne. Ale nic to i wszystko zarazem. I jeszcze więcej tego wszystkiego. A już szczególnie jak człek w końcu dorwie się do kamienia, tego, co pachnie chlebem pieczonym. Niesamowitego miejsca, gdzie prosisz i jest ci dane. Gdzie zwyczajnie przychodzisz, gdy już nie ma innego wyjścia, a czasem szybciej. Zwyczajnie szybciej… bo czasem dobrze nie zwlekać.

I oddać się drzewom, skale i onej ściółce…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gdybytam Dam… została wyłączona

Pan Tealight i Pannica…

„O Matko Wyspo!!!

Nosz z niej to była taka dziunia, że zwyczajnie nie dawało się jej strzymać. Nie, nawet schowanym w podziemiach i dudlącym podejrzane napitki… a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie miała sporego spustu. Wprost przeciwnie, kompletnie nie umiała pić, nawet jeśli ktoś jej wmówił już, że to naleweczka uzdrawiająca, a ją właśnie łamało tu i tam…

No i piła…

Piła dużo, ale chyba z sikaniem wsio się z niej wylewało, więc jakoś tak i tak na nią wpadła, wiecie, między Wygódką i Białym Domostwem, na schodach, które nagle stały się dziwnie długie, szare i strome… i całkowicie bezporęczowe i śliskie i jeszcze, jeszcze kompletnie nie do przejścia… ona tam stała… a na wpół ślepa Wiedźma Wrona nie zdążyła uciec. No myślała, że to wiecie, jakieś załamanie światła, czy coś… wiecie, czasem, czy raczej częściej niż czasem, po prostu, zwyczajnie widziała więcej niż inni. A czasem i mniej, a czasem…

Widzicie, to wszystkoe było takie ostatnio dziwne, a jeszcze ona…

Nie, to już było za wiele, więc zaczęła śpiewać.

No tak… Pannica sprawiła, że Wiedźma Wrona Pożarta zaczęła śpiewać bez swoich nieodłącznych słuchawek New York, łącznie z choreografią… i wiecie co? Nie spadła z tych schodów, ale nim doszła do góry, do drzwi, które nagle ciężko się otwierały, i ta klamka była taka nazbyt gorąca… nagle…

I jeszcze…

Oczywiście, że to wsio była wina tej gówniary długonogiej w kusej spódniczce, żującej gumę, czy inne ustrojstwo, która twierdziła, że jest wiedźmą… w tych szpilkach na pewno naście centymetrowych.

Zwariowała?

Która z nich?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedzonko!!! Ha, udało mi się dzięki pomocy, dosadnej i finansowej, czyli sponsoring jak nic… Cudownej Dobrej Duszy <3 zdobyć z powrotem „Materię Primę” i ostatniego Butchera.

Po prostu: dziękuję stasznie!

Ciemność… szalona ciemność nadchodzi.

Czyli wiadomo, coraz zimniej, coraz bardziej inaczej. Znaczy, wiadomo, zima idzie. Cudowny czas, chociaż, ech, nie bądźmy aż tak bardzo oblani nadzieją, że będzie zima… pewno nie będzie, ale jednak, kurde no, może jednak będzie jakiś śnieg? Zawsze jest w okolicach listopada ona niepewność… czy będzie zima, czy tylko deszcze, czy jednak coś się zimowego zakręci, śniegi i wiatry, ona prawdziwa zimowość z mrozem, wiecie, oną srebrzystością na trawach, pierwsze zamarznięte kałuże… no będzie to, co będzie, chociaż… możeby tak odtańczyć jakiś…

Pląs śniegów?

No wiecie, na wszelki wypadek.

Bo czemu nie… świat potrzebuje zimy ku odpoczynkowi wszelkiego jestestwa. Wszelkiego jestestwa i jeszcze czegoś więcej. By pobudzić wyobraźnię, uciszaną przez wielkie czy mniejsze słoneczności, ciepło, ktore goni ku działaniu, nie pozwala jakoś tak się rozmarzyć i pójść… głebiej…

Świat zapomniał, że potrzebuje zimy.

Już dawno temu.

Strasznie smutne jest takie egzystowanie bez zimy. Bez onej bieli i jeszcze więcej. Bez tej całej cudownej samotności, zapatrzenia się w siebie samego, ale tak inaczej. Tak jakoś mocniej, prawdziwej.

Po prostu.

Zima na Wyspie

Ech, moja pierwsza zima tutaj była czymś niesamowitym. Pierwszym spotkaniem ze snestormem i jeszcze… ciszą. Całą masą śniegu, co to się tutaj trafia raz na wiele lat. Jakieś 10, z moich wyliczeń tak wychodzi, że jakoś się trafia w takim odstępie jakaś zima, a w czasach, latach w onym pomiędzy…

Wiecie…

Czasem trochę śniegu, czasem wiatr… wróć, zawsze był wiatr.

Tak, wiatr to pewnego rodzaju nieodłączność w tym miejscu. A raczej, jak nie wieje, to człek się dziwnie zaczyna czuć. Naprawdę. Trochę to pokręcone. A może po prostu po pewnym czasie mieszkania tutaj człek nabiera dziwnych nawyków? A może jak się tu rodzi nawet tego nie zauważa… może dlatego niektórzy stąd nie wyjeżdżają? Wiecie, przecież nie było chyba badań w tym kierunku?

A może?

Może wartałoby przebadać rdzennych i tych bardzo rdzennych mieszkańców? Nie tych burżujów, co to się tu sprowadzili i wiecie, nagle chcą zmieniać wszystko i niczego nie rozumieją i jeszcze…

Wszystko im się mało podoba…

A potem znikają.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pannica… została wyłączona