Pan Tealight i Dziennik Nieśpiącej…

„Istniał…

I powodował senność u każdego.

Był nadzwyczajnym przykładem literatury z wyrazistym przekazem. Śnij i śpij i nie wstawaj, bo nie ma po co… no, chyba że to siku czy kupa, okay, to możes, pić, dobra, ale tylko woda, nic więcej, nie ma…

Śnij i śpij.

Śpij i śnij…

Dlatego najpierw stwierdzili, że może najzwyczajniej go spalą.

Ale jak to tak, prawie książkę, no wiecie, niby nie była wydana, nie miała reklamy, gołej baby na okładce, czy innych, podobno zachęcających do lektury elementów wystroju zewnętrznego, wiecie… eleganckiej może okładki, tchnącej osobowością i spirytualizmem, która sprawiłaby, iż byłby z niej super kofibuk… no tak, w dzisiejszych czasach jednak tak się spogląda na książki. Niestety. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie potrafiła wciąż tego zrozumieć.

I w ogóle to stwierdziła, że nie będzie się nawet starać, bo jakoś tak…

Nie.

… więc po pierwsze wykopali dół, na dno nasypali żwirku i wsio obłożyli najpierw kamyczkami, potem zalali betonem, wsadzili w niego ku ochronie krzemieni, wsadzili Dziennik, potem znowu krzemienie, cement, żelazobeton i jescze dziewica. Wiecie, sezon na Turyściznę, to się jakaś znalazła. Po przejściach, ale wiecie, w dzisiejszych czasach się bierze co jest.

Trzeba sobie radzić!

Może teraz, obłoony jarzębiną i bzem czarnym nie wyjdzie. Wiedżmy z Pieca dowaliły znaków, Mikołajowie zaczantowali jak umieli i mieli nadzieję, że nie odbierze im nikt snu. Bo to zbyt ważne, ale kurna może nie w formie wiekuistej. Przecież na to jeszcze mieli czas, albo też sami woleli wybrać…

Kiedy spać i kiedy… może nie do końca spać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zwracanie się „na TY”!

Co to za język bez proszenia się?!!!

No dobra… tak, rzeczywiście, duński jest językiem, który się nie pieści, ale jednocześnie ma niesamowity, choć nazbyt dla mnie tchnący germańską ciężkością, nie jak śpiewny szwedzki, czy kompletnie dla mnie niezrozumiały przy pierwszym uderzeniu norweski… ale podobno daje się dogadać. Znaczy wróć, da się… w końcu i tak obydwie strony przechodzą na angielski.

LOL

No ale…

Skandynawskie języki na papierze to dla mnie często coś nierozpoznawalnego, jeszcze jak ktoś zapomni literek. Bo wiecie, tak poza ilomaś tam zwrotami, słowami, tym szkłem angielskim opisującym szwedzkie lody… no jejku no! Te literki są niezbędne!!! Takie jak w duńskim wyspa, rzeka… no wiecie… jedna literka, a taki urok, no i rozpoznaje się, że to nie duński a norweski, no i to boskie hygge. Chociaż, jak pewno niektórzy zauważyli moim osobistym, ulubionym słowem jest pewne…

… inne słowo.

Ale…

Czy to fika czy hygge, nie da się niezauważyć, iż zwroty duńskie pozbawione są onej tytulatury, która naprawdę na początku dziwnie nam wchodziła. Bo wiecie, do starszych osób tak po imieniu? Dziwne to! No kurde, ale jak… niby można dodać coś, ale tutaj nobody cares!!!

I to nie tylko w języku.

Jednak, może trzymajmy się jeszcze przez chwilę gadania i pisania.

Nie dziękują?

Ale przecież dziękują… to, że Polak odbierze to jako potakiwanie, to jednak ono TAK, to jednak dziękuję, wielokrotnie powtarzane HI, zawsze z uśmiechem, kiwnięciem głową… wydaje mi się, iż tutaj robią TO po prostu inaczej. I tyle. Chociaż coś, co powoli wymiera niegdyś mnie rozczulało, czyli ono HI na drodze w lesie, gdy spotyka się innych „w naturze” wymiera, to jednak było…

A teraz… nie wiem jak to jest.

W ciągu chwili, mrugnięcia okiem jakoś tak wszystko się zmieniło.

Co do proszenia, cóż, też jest wyjście…

A już na pewno jest coś takiego jak intonacja… i tyle. Teraz mamy inny problem, jak ktoś z Polski na nas napadnie, to wiecie, to Pani/Pan, to jednak nie jest w stanie przejść mi przez gardło. W ogóle się zapowietrzam…

Dziwne to.

No ale…

Duński jest językiem dziwnym, bo wsadzają w słowa masę liter, albo ich niewiele, a wystarczy beknąć i facet daje wam hot doga i colę do tego. Oczywiście fransk hot dog, szanujmy się, co nie? Duński język to masa zapowietrzenia się, dławienia i dźwięków, które zdają się nie mieć nic wspólnego z tym, co napisane na papierku. Poproście Duńczyka by przeczytał wam stronę w książce i posłuchajcie jakie to fascynujące. Polecam zrobić ten sam bajer ze Szwedem… nosz jakie zaśpiewy, one intonacje, a te uśmiechy czasem. No dobra, te uśmiechy czasem…

Takie same.

Ale…

Tak, ludzie przestają się jakoś tak uśmiechać.

Jak doświadczyć onych języków i dźwięków północy? No cóż… proste. Polecam to też jako pomoc naukową. Na pewno każdego napadł serial czy film skandynawski. W znaczeniu, wiecie, Netflixy i te sprawy. Nie znam się, ale wiem, że macie podobno w Polsce tureckie seriale, więc kryminały raczej z północy może? Polecam podsłuchać to, co pod lektorem, albo załączyć sobie oryginał z napisami.

I próbować powtórzyć zdania widząc je na dole ekranu w onych literkach…

Zróbcie sobie takie wyzwanie.

Może być… zabawnie.

Szczególnie jak zapoznacie się z… no właśnie, z babciami. Czyli tym w jaki sposób nazywa się dziadków, tudzież, lepszy hardcore: sąsiedzi!!!

Polecam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziennik Nieśpiącej… została wyłączona

Pan Tealight i Fałszywy Prorok…

„Pojawił się wraz ze światłami, oną łuną na niebie od słońca, które dawno już zaszło, lekko poszarzałą, dziwnie brzoskwiniową, jakby się komuś ulepek konfitur rozlał po okolicy, nic ino brać łyżeczkę, herbatniczki i… i tak jakoś wstąpił, wślizgnął się w ich świat… cały brzoskwiniowy i niepałający do niego natychmiastową ansą. Azaliż z czasem, ona ansa, tudzież inaczej mówiąc Bóg Wkurwa i Bogini Wkurwienia się napracowali, no i było jak było. Ansa się znalazła.

Nie polubili go… resztą, nie był pierwszym.

… więc…

Powiesili go…

Nieistotnym było to czy fałszywym był czy nie, zwyczajnie, mieli już ich dość. Onych większych i mniejszych proroków głoszących pierdolety o umartwianiu się i byciu lepszym, z brzuchami, kontami na Malediwach, gdy tymczasem tutaj i teraz nie ma co do garnka włożyć, a tak, jak sobie Prorok Fałszywy obeschnie, to może i nawet część go będzie na zimę.

A przecież ma być groźna.

Żeby nie było, najpierw sprawdzili…

… mięso było jak najbardziej prawdziwe.

Właściwie… nawet nie było potrzeby go doprawiać. Żadnych ziół, wot trochę soli i pieprzu, ale szczerze tylko tak jakby dla ruchu, dla onej całej maestrii gotowania. Machania nad mięsem, jakby naprawdę miało to znaczenie. Jakby odprawiali jakiś rytuał. Albo i coś więcej, chociaż, czy było coś więcej?

Ale w końcu… Prorok.

Tera już Suszony.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mitologia nordycka” – … no oczywiście, że nie wiedzy kompendium, no weźcie no. Książeczka niewielka, piękne wydanie, zarysowanie wieczka, onej otoczki… nic więcej. Podstawowi bogowie, ale przecież jeśli sięgasz po Gaimana, to chyba oczekujesz czegoś innego…

Słów.

Opisania świata.

I to tutaj jest. Obecne i drżące, tchnące mieczem, magią, potworami, stworami, bogami, bóstwami, światami ułożonymi na barkach drzewa… po prostu… lekka, prosta, pewnego rodzaju wprowadzenie. Jak będziecie chcieli więcej, to będziecie wiedzieć, gdzie szukać. To nie jest trudne…

A jeśli to wasz początek w tym temacie, pobawcie się.

Małe, czarne, jebane…

Wkurwiające, popieprzone, chude żmije rąbane…

No wiecie, te muszki letnie.

Podobno nazywa się je przecinkami i to superancka nazwa jest, bo skurczysyny może nie gryzą, ale od nadmiaru przecinków nawet najbardziej wytrzymały człek, po prostu pęka. Ocierasz się o wszystko, ściany, ludzi, ręczniki, niekoniecznie twoje, wpadasz w wodę, wypadasz z wody jak trawisz na muszki… kolejna cudowność życia w cieple i suszy. No wiecie, robale.

Okay, robale jakie u nas są, każdy widzi. Poza naszym endemicznym pająkiem nie ma chyba tutaj nic więcej takiego… dla robalogów specjalnego, ale, jeśli przypatrzycie się bardziej, możecie spotkać dawno przeze mnie niewidziane Filipy. Znaczy te no, pasikoniki. Cykadują tak, że cholera bierze, no ale…

Potem są przecinki, są muchy, chociaż – odpukać – końskiej na przykłd dawno nie widziałam. Mamy i pchły, mamy muszki w piachu, mamy pająki, w zależności odległości od lasu zmienia się i wielkość i grubość, ale też i między skałami można spotkać ogromnego… a jeśli o skałach mowa, uwaga na nierobale. I nie golasów się opalających, a jadowite żmijki.

Po prostu.

I te robale co trują.

Śliczne są!

… więc jeśli chodzi o robale, to na pewno wielokrotnością upierdliwą, wszelaką nieustępliwością w obejściach, często nadmiernie są one… erm, alleluja! Znaczy naprawdę. Nawet w tych zwykłych domkach, z małymi ogródkami… Jeśli zobaczycie klinkierowe domki, uciekajcie, albo pryskajcie od razu i w środku i na zewnątrz, one w podłogach betonowych siedzą… bo tym ekologicznym czymś jak pryskają, to wiecie, sobie mogą. Kurde! To nie pomaga. Nic się nie dzieje… wrzątkiem polane nawet się odradzają, popsikane jednego roku, zniknęły by pojawić się znowu.

W dywanie!!!

No po prostu klątwa!!!

W lasach oczywiście mrówki są o wiele większe i przystosowane do lepszych warunków posesji bardziej zalesionych, chłodek pod choinkami, te igły, latem trzaskające szyszki od gorąca tam w górze. A one wciąż do tych gigantycznych kopców coś noszą. Wzięłyby i ciebie, ale kurde, nie chcesz dłużej postać. Od razu się ruszasz i drzesz japę, że gryzą i pbrażasz mrówki!

Jak tak można?

No, naprawdę?!

… i jeszcze ślimakowie.

Tia, ślimakowie, to odrębny element istnienia. Zeżarły moje te „to become” kalafiory! Na pewno one albo inne tam motylowie. Nosz nie mogę. Dlatego posiadanie ogródka, to tutaj szczera i przepotężna opieka, ochrona i ciągłe sterczenie z jakąś bazooką przy grządkach. Wiecie… jak nie robal, to sarna, jak nie one to ptaki, a jak nie to i to i to, to są jeszcze zwykłe palącego słońca promienie.

Nie mogę!!!

Ktoś mówił, że to raj?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fałszywy Prorok… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Nietychświąt…

„… ale właściwie?

Właściwie, to o które chodziło?

No wiecie, świąt na świecie wiele. Religie je mają, zbiorowiska ludzkie je mają, miejsca je mają, pojedyncze osoby też i wszyscy uznają je za swoje i dla siebie najważniejsze, więc… od jakich świąt on był? I czy Dickensowsko przeszłych, przyszłych czy teraźniejszych… może właśnie coś trwa…

Czy on przyczepi się do każdych?

Będzie chciał prezentów?

Na razie siedział w kącie przebrany za Kacpra Duszka i ino mrugał tymi oczami za prześcieradłem. Prześcieradłem, które pożyczył od jakiegoś sąsiada, i który nie chciał go widać z powrotem, bo się nie rzucał, a może i szczęśliwy był, że problem mu z głowy, czy raczej spod tyłka, zdjął? A może zwyczajnie to olał? Wiecie… w końcu to tylko prześcieradło, nie święty całun…

Chociać…

Teraz?

Może już się stał?

Właściwie… to jakoś tak mocno nikogo nie obchodził ten duch, straszny nie był wcale, wszelako dziwnie mało widzialny i jeszcze… nie wydawał dźwięków. Wiecie, ni jęków ni skrzypnięć, ni dziwnych kroków, zresztą te już tutaj mieszkały, ni kajdanów żelaznych nie było słychać…

… właściwie, nie wiadomo, czy on tam wciąż…

Czy tylko to prześcieradło?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wczorajszy wieczór był… dziwny.

Najgorętszy chyba dzień w roku – 22.07 – w okolicach 40 C, wiadomo, zdarza się, ale wcześniej te kilka dni dziwnie męczących. Okay, lato, wiadomo, zdarza się… jednak nie chodzi o ciepło, na szczęście dzień później już było o połowę mniej stopni i podobno padało, ale wiecie…

Kropla w morzu.

Nocą grzmiało, a pioruny były tak wielkie, że kurde, można by było na plaży postać i niezłe zdjęcia zrobić, ale… ale o tej porze ja już chowałam się w domu z powodu… światła. Czegoś, co pojawiło się na niebie, niczym scena z Independence Day. Dziwne chmury, jeszcze jakoś wytłumaczalne, pomarańcze, różowości, a pod nimi dziwna jasność. Światło prawie oślepiające, dziwnaczne, wynaturzone, odmienione…

A przecież słońce już zaszło…

Więc…

Skąd to?

No dobra, wiadomo, że kwestie lustrzanego odbicia, woda w chmurach i tak dalej, wsio da się wytłumaczyć, ale uczucie, takie pierwotne, wiecie, coś w stylu: gniewu bogów, apokalipsa nadchodzi, wszelaka radosność z odejścia i spotkania zmarłych bliskich lub też nagłe poczucie ku kajaniu się i tak dalej…

W takich momentach postawić konfesjonałek i można kasę zbijać.

LOL

Ale…

Ostatnio całkiem sporo onych wydarzeń niebiańskich, już nawet te pioruny, zwykle nie są takie wielkie, zwykle to wszystko rozgrywa się tak daleko, że widać ino poświatę, czasem coś na horyzoncie, a one, takie białe, aż wymazujące wzrok, walące znienacka, potem to czekanie na grom, a jego nie ma…

Jakieś dudnienie na skraju słuchowej mobilności…

Pioruny, niczym rąbane niebiańskie drzewa domgające się… no właśnie…

Czego?

Niebo krzyczy, morze ino lekko pośmiardowuje, ale to raczej norma o tej porze, bo chociaż u nas tych ukropów nie było tak wiele, to jednak morze to morze, jeden pojemnik, naczynia połączone, wszystko się miesza… jak było gdzieś ciepło, to i zakwit przyniesie do nas. Na razie czuć tylko intensywny aromat wodorostów. Wodorostów, które wciąż nie niezmiennie polecam jako nawóz czy środek do rozpalania ogniska czy też palenia w piecu. Naprawdę… co prawda iskrzy, bo takie mocno tłuste, ale jak się fajnie wsio hajcuje!!! Mniam!!! Ciekawe czy na grilla by się nadało?

Nie wiem.

Takam niegrillowa.

Ale… mamy już sierpień. YAY dotrwaliśmy. Turyścizna się zmienia, wszystko jakoś tak okrzepło w onej letniości. Idioci robią sobie wyścigi na drodze, RIP jeże i inne zwierzątki. Ale zapewne, znaczy mam nadzieję, że jak zwykle przynajmniej policja się obłowi. Wiecie, bogatych można doić za szaleństwo na drodze. A doi się u nas nieziemsko… tia, to też takie wiecie, cud na nieboskłonie jak co poniektóry zobaczy one zera na papierku. Czy też raczej dostanie toto pocztą…

Kurde… nie wiem jak to jest z mandatami!

Wiem ino, że mnie na nie nie stać.

Motywujące!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Nietychświąt… została wyłączona

Pan Tealight i Ostroprawiec…

„Lato.

Lato tego roku było doprawdy dziwne.

Początkowo było raczej znośnie. Kilka dni nazbyt ciepłych, ale znośnych, chłodna wiosna rozpieściła Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, więc strach przed latem onym wrzącym był wielki… ale nadszedł czerwiec, pierwsza połowa lipca… i kurde, chłodno nawet, no a potem się zaczęło…

A wsio przez te barbakju Ostroprawca.

Ostro prawił i doprawiał!

Grill to chodził nie tylko jak zwykle, wiecie, pufając i dmuchając na wszystkich, wszędzie kopcąc i cuchnąc podpałką, ale przede wszystkim nagle chodził dziwnie spokorniały i stojąc ino grillował, czyli robił coś, do czego kompletnie nie był przyzwyczajony, ale jednak wszelako przeznaczony.

Zwyczajnie był królem onych grillowanych kurczaków i mięsiw czerwonych i jeszcze bakłażanów i cukinii i… serów, oj te haumi, a nawet żółty zwykły. Nawet niejedząca publicznie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane przychodziła i przyprowadzała Misia. Ten to szczególnie na szaszłyki, ale ino mięsne i to jeszcze z tłuszczem i bekonem i…

Tia… dziwnie nieznajomo nagle się zrobiło pod Białym Domostwem.

Dla innych na pewno zwyczajnie, ale dla nich… chyba po raz pierwszy jednocześnie ktoś tutaj pasował i kompletnie nie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak…

Każdy sezon oznacza nowe atrakcje na Wyspie i miejsca, które prawdopodobnie nie przetrwają onego sezonu, chociaż możliwe, iż dostaną nagrody, poklepanie po ramieniu, wywiadzik, kasa… Naprawdę. Tutaj sezonowość niektórzy uznają za pewnego rodzaju miernik czasu. Nie tylko czas dzieli się tygodniami, nikt nie wie kiedy jest 20 marca, ale każdy wie, w którym to tygodniu. I rzeczywiście, świat tutaj bardziej logiczny jest w tygodniach niż pojedyncych dniach, więc…

No cóż, nie wiadomo co więc…

Widomo, że jedną z atrakcji jest market i piaskownica w Nexoe w porcie. To tam, gdzie wcześniej stawał, dokował, Żywgolot z Kołobrzegu… a jak już o nim mówić, to… jak tam, przywrócicie go czy nie? Nie żebym tęskniła, ale jednak sklepik polski upadł, znaczy wróć, nie że sklepik z polskimi rzeczami, ale jadłonomia z podobno polskim żarciem. A na pewno prowadzona przez Polkę.

Niestety… już tylko wspomnienie.

A kurcze, tak ładnie szło, naprawdę, nawet przez pandemię…

No ale, cała rozbudowa portu w Nexoe to osobna opowieść, kiedyś, a właściwie, gdy tutaj się przenieśliśmy, wciąż jeszcze istniała jakaś piramidka, fundusz, który miał na celu przenieść część promowości właśnie tutaj. Pogłębić port, powiększyć, czyli właściwie to, co dzieje się teraz i… będzie się działo, w Rønne. Naprawdę, szaleństwo. To co było kiedyś, a jest teraz, stolica nie daje wytchnąć tym, co mieszkają blisko wody. A i tym, którzy po niej podróżują…

No ale… nie o tym miało być.

W końcu na to nie mamy wpływu, w ogóle.

Jakby co, zawsze wyciągną kartę ekologiczną i leżysz…

Ale… Nexoe.

Co jak co, miasteczko miejscami naprawdę urokliwe jak zdecydujecie się na więcej łażenia, jak nawet w ogóle ino łazicie, zaskoczy was ścieżka nadmorska i te aromaty. Ojojoj. Pamiętajcie, uważajcie na ptaki, to ich tereny i one o tym wiedzą. A ludzie tam mieszkający mają naprawdę odporne…

Nosy?

No dobra, teraz cały market.

Podobno pomysł zaczerpnęli z marketu świątecznego, który okazał się być chyba sukcesem, no ale… nie pytam. Widać musiało być wystarczająco, by wystawić budki i teraz, ale po co jeżeli nie dość, że nic nie wpływa, to na dodatek większość artystów sprzedaje swoje rzeczy z sezonowych miejsc, sklepów własnych, czy na przykład domów? No weźcie no, logika!!! Oczywiście nie dość, że zgłosiła się do niego ino garstka ludzi, to jeszcze kurcze mało kto tam łazi… i chociaż przez te piaskownicowania możnaby pomyśleć, iż to wypali, ale…

Okay, no dobra, rzeźby z piasku w industralu…

Chcę zobaczyć, ale wiadomo. Po zdjęcich widać, że jest intrygująco… no dobra, niezbyt intrygująco, macie tutaj filmik, ale ilość reklam jakimi mnie obrzuca cokolwiek, co otworzę… no weźcie. Połączyli się i z promami i jeszcze z Middelaldercentretem… i ciągle to widzę. Mam dość. Nagle uruchamia się we mnie ta dzidzia piernik tupiąca nóżką, że nie, nie pójdzie bo już za często to widziała i ją terroryzują YouTuby… LOL Bo… no weźcie no, po kiego mi reklamujecie promy, jak i tak nie mam innego wyjścia. Tak, wciąż nie chodzę po wodzie!!!

Albo coś, co znam?

Jeszcze może Dagli mi podrzucicie?

Okay… dziś gorąco… blech!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ostroprawiec… została wyłączona

Pan Tealight i Pośmierć…

„… przecież Wszechświat jest nieskończony.

No jakże mogliście myśleć, że Śmierć i koniec, nie… Śmierć miała kuzynkę, Pannę Pośmierć. Której nikt nie lubił, a już Śmierć z żoną w ogóle!!! Nie znosili tej suki, tego wymądrzania się, że taka ona najpiękniejsza i najcudowniejsza, i jeszcze posiadłość jej największa i boska wprost, no i oczywiście podatków nie płaci, bo przecież i doprawdy właściwie… no tylko ona jest Końcem Prawdziwym i Oną Nicością… japa bezzębna jej się nie zamykała. Wyglądała w ogóle jak jakaś jasnowoskowa kukiełka z dolepionymi włoskami, lekko taka, śliwkowo sina pod oczami i w dziwnych innych miejscach, zagłębieniach…

I wszystko umiała.

Wszystko.

I w onym wszystkim była najlepsza i najgenialniejsza i w ogóle…

Bardzo dużo mówiła. Bardzo, lekko sepleniła, do tego mlaszczyła, mlaskała, ogólnie wydawała dziwnie wilgotne dźwięki z każdym słowem, westchnieniem, przytupem, kropką i przecinkiem, które akcentowała na sobie tylko znany sposób, ale wiedzieli, że one tam są… czuli je.

Siedziała tak i bleblała. A ona cała hossanna i alleluja na jej własny temat była narwna, bogata i przenikająca każdego. Przenikająca i niepozostawiająca w niesłuchającym ni nawet trzepotu motylich skrzydeł, tudzież długich dziewicy rzęs… wiecie, takie prawdziwej dziewicy, co się za torebkę jeszcze nie sprzedała i za komplet od Gucci, czy innego tam od kostki do kibla.

Influenserki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sługa honoru” – … okay, drugi tom. Drugi tom drugiej trylogii, ale nie do końca ciąg dalszy, chociaż z drugiej strony tak, ale jednak… tosz to przecież całkiem inny czas, inne postacie, inne…

Okay, nasz główny bohater wciąż żyje i jego „kuzyn” jak najbardziej też… ale to nie Polska i Rosja, nie… tym razem mamy całkiem inne krainy, zalatujące azjatycką estetyką, która zdaje się być w literaturze fantasy ostatnio nader… modna. I nie, nie podobała mi się na początku, nie przekonywała mnie do siebie, ale… to wciąż ten sam, dowcipny autor, na szczęście trzymający się pewnych schematów, ostro rysujący swoich bohaterów, za co jestem wdzięczna…

Konsekwentny, więc…

O tym razem ofiarujący nam nowych przyjaziół. Nowych, a jednak dziwnie znajomych. Zabawnych mężczyzn, dzielnych, pełnych sprzeczności, nieodgadnionych, oraz… oj, jak on te kobiety musi kochać. Jego bohaterki to po prostu, kurna, jak ci szpili zatrutej która nie wsadzi, znaczy, że nie kocha!

Oj tak!

Drugi to, lekko przewidywalny, może miejscami dziwny, może i lekko niespójny, ale tutaj cłowiek ma takie oczekiwania, że… czyta się to jak niesamowitą przygodówkę i tak, powinno się najpierw przeczytać tomy z pierwszej trylogii i pierwszy tom tej… Materia secunda to w końcu! Nasz bohater uczy się coraz więcej, i więcej obrywa, ratują go cuda, ale… to wiecie przecież…

Chociaż… może nie wiecie?

No dobra, wrzątek w końcu przyszedł w drugiej połowie lipca… ale wciąż, nie taki powalający, odbierający dech. Wystarczy cień i jakoś daje się oddychać, a może zwyczajnie człek stara się już we wszystkim odnaleźć chociaż coś pozytywnego, bo cały ten świat jakoś tak, no zwyczjanie…

Opierdala nas na każdym kroku.

No ale… ten heatwave z UKeja… Najpierw miało być 30, potem trochę mniej, w końcu wyszło chyba znośnie, choć jak dla mnie zbytnio i nazbyt, weźcie te gorąca no! Dajcie nasze zwyczajowe mniej niż pokojowa temperatura!

Pasuje nam.

I popływać można spokojnie.

No ale… mamy lato, drugi miesiąc lata wakacyjnego nadchodzi, a to oznacza oczywiście zmianę Turyściznowego przedziału wiekowego. Oczekujemy mniej dzieciarni, więcej młodych i rowerowych, może i mniej hałasów, ale jednak, wciąż trwa sezon. Jednak dla Skandynawii sierpień to już jego końcówka. Jakoś nigdy nie wliczali września do tego wycieczkowego czasu. Pojedźcie do Szwecji we wrześniu i poza miejscami, gdzie znajdziecie przeceny ponad 50%, znajdziecie i wiele takich, w których po prostu pocałujecie klamkę…

I to już zaczyna się z końcem sierpnia, bo lato tu trwa ino jeszcze miesiąc. Kurcze, miejmy nadzieję na chłodniejszy sierpień i jesień liściastą, niewietrzną nazbytnio… tak, by liście jeszcze były…

Malwy w tym roku, ten kwiat wyspowy, jakże charakterystyczny, wyrastajacy z i tak wąskich przeraźliwie, a najczęściej właściwie nieistniejących chodników, przytulające sie do domów… no cóż, w wielu miejscach, jak w Svaneke, nie istnieją już. Niestety. Nie wiem dlaczego. Wiem, że wiele drzew też zniknęło i szlag mnie trafia w tej całej pustocie, bo choć rozumiem ludzki strach przez powalonym na dom drzewem czy gałęzią w oku, to jednak, no nie wiem, jak tam latem się gotujecie?

Trudny temat.

Co do deszczu… nie pojawia się, a nawet jak coś tam spadnie, to człek jakoś pewien jest, że te sikające aniołki to prawda… tia, w dzieciństwie mnie tak straszyli, że deszcz to sikające aniołki. Trauma na całe życie!!!

Ale… wracamy na Wyspę.

Czasem się zastanawiam, co kieruje ludźmi, którzy chodzą do sauny?

Szczerze.

No bo, choć oczywiscie świadoma jestem różnicy wrzątku i pary, a suchości i wrątku, to jednak, okładanie się witkmi, gołe tyłki na drewnianych stołkach, woda, para, bez urazy, ale jak ktoś chce się n golasów popatrzeć, to rozumiem, ale jeśli nie jest zboczony, a wprost intymnym woli być i sam ma oną saunę w domu i latem korzysta… albo te balie z wrzątkiem, w tkórych ludzie się kąpią…

Często co to dopiero się zapoznali…

Serio?

Rozumiem parówkę i pozbycie się toksyn, syfów i tak dalej, ale jak tak wszyscy w jedną balię, pomiezczenie, to serio… po tym szorowałabym się tydzień, a nie skakała w zimną wodę. Ili przerębel… tak wiem, ja to ja a inni to inni. a jednak sorry, lecz większość, prawie każdy marudny jak gorąco.

A jak już pogoda dobiega stopni czterdziestu… ojej!

Dramat…

… więc jak to jest z saunami?

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pośmierć… została wyłączona

Pan Tealight i Izba Zbytków…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane to od razu powiedziała, że co jak co, ale ona tego nie chce, brać udziału nie będzie i nie, nie udostępni żadnej ze swoich Szop. Że co jak co, ale sprzątać po tym nie chce, a i wrażliwa zbyt na dźwięki jest, więc… no szczerze…

Nie będzie w budowie Izby Zbytków brała udziału…

Na początku w ogóle nie rozumieli dlaczego, no ale. Przecież każdy może, każdy ma prawo do własnego zdania, każdy… ale jednak ona, ona przecież powinna zrozumieć, czyż nie? No pradawna dziwnie jest. Antyczna i mocno odkształcona w stronę przeszłości nie swojej, a jednak nie chce?

Ale jak to?

Przecież taka jest ekologiczna…

I wtedy chyba Pan Tealight zrozumiał o co chodzi, jak ona to zrozumiała, usłyszała… zrozumiał, ale nazbyt wstydził się by wrócić i wyjaśnić, by opowiedzieć jej wszystko… zresztą wciąż czuł na sobie to dziwne spojrzenie tych zielonych oczu z bursztynowymi plamkami. Jakoś tak…

Nie mógł.

Zwyczajnie nie mógł się przyznać do tego, co mieli zamiar tam robić. A dokładniej do tego, czego zamiaru robić nie miał… tudzież, no wiecie… naprawdę chodziło wyłącznie o recycling. Nic więcej. Żadnych lin, żadnych kajdan, biczy czy patyczków od sufitu do podłogi, lekko… oślinionych krzeełek dookoła, sceny jakiejś, na pewno w czerwieni i różach… kurcze… może jak i tak myśli, że wie co oni chcą tam robić, to może jednak rzucić te ekologię całą?

Może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wrzątek był zaskoczeniem, no ale, lato…

Czyż nie?

Czy my teraz jesteśmy jak UKej, że będziemy mieli fale upałów? No nie wiem, ale jakoś tak… trza przetrwać. Bo przecież zima w końcu nadejdzie, chociaż, czy warto czekać… czy warto?

Siedząc tak w cieniu, w kompletnym ukryciu i obserwując ludzi dochodzę do jednego wniosku, rzeczywiście te zombie z telefonami istnieją… rodzina, dwoje nastolatków, rodzice, wszyscy z telefonami, wpatrzeni w nie, nie w lizane lody, pierun wie co tam skrolują, aż mnie korci by podejść i się zapytać, ale wiatr zawiał, piernicznęło parasolem ogrodowym i omal nie dostałam w łeb.

Po drugim tkim wyskoku parasola niestety musiałam zmienić miejscówkę, więc wiecie, po prostu znikneli mi z oczu, ale nim zniknęli, zobaczyłam, że dziewczyna wyciąga książkę i zaczyna czytać, więc…

Kurde.

Co się dzieje z tym światem?

O co chodzi?

Czytają książki?

I to papierowe.

Ja pierdziu, czy w ciągu onego pandemicznego okresu, który się wcale nie skończył, więc nie wiem, co się te ludzie tak gromadzą, no ale… więc, czy podczas onego okresu książki do łask wróciły? A może jednak coś innego, te szczepionki tak zadziałały, czy coś innego… ludzie biorą więcej witamin?

A może…

Nie wiem, trafiłam na oną jedną, jedyną osobę?

Poza mną?

Przecież to jest możliwe. Nawet tutaj… nie jest jak naście lat temu, gdy człek dookoła widział na przykład Harry’ego Pottera w różnych językach, na statku, promie, w lesie, na plaży… wszyscy czytali, wtedy jeszcze papierowo. Oj, to były czasy, ludzie zjednoczeni przez manię czytania.

A potem wszystko się skończyło…

Ale… może nie?

No mniejsza, siedzę i robię notatki wyglądając podejrzanie. Wiecie, te kartki, ten ołówek, no kto tak robi, ludzi zaczynają się dziwnie patrzeć, ale nikt jeszcze nie splunął na mój widok, więc jakoś tak, zwyczajnie dalej oną obserwację antropologiczną, kulturlną i psychologiczną ciągnę…

I dochodzę do wniosku, że ptaki są bardziej intrygujące!!!

Zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Izba Zbytków… została wyłączona

Pan Tealight i Kostrucha…

Kostrucha

No właśnie, chodziło o to, że w  jej imieniu, oraz właściwie mianie, zawodu nazwie, nie było nic… niewłaściwego czy też obraźliwego. Naprawdę. Pochodziła z czasów, gdy słowo ruchanka było czymś zwyczajnym, no dobra, groźnym i naszpikowanym bronią wszelaką, ale jednak…

A teraz…

… tosz głupio jej było się nawet przedstawić, więc Pan Tealight upiekł w jej imieniu bułeczki z tęczowej porzeczki, której nikt nie lubił za oną radosną kolorowość, ale smakowała jak jebane chmurki z nieba anielskiego, wiecie, w tej wersji Disneyowskiej bardzo… słodko i perfumowato i jeszcze z domieszką allelujowatości. Oj tak… ale wciąż jej nie lubili, więc mogli spokojnie popełnić ten nie do końca kanibalizm. No bo przecież się podzieliła się Kostrucha ze wszystkimi, no jak inaczej, jak wgapia się w ciebie masa oczu i patrzałek wszelakich… naprawdę wszelakich, niektóre trzymały się na włosku… zdawało się, inne znowu były całym ciałem…

Chyba?

Nie miała innego wyjścia.

Czasem lepiej od razu dać niż nawet się zastanowić nad zatrzymaniem dla siebie, bo jak wetkniesz w kieszeń, jeszcze nie daj panie taką blisko miejsca wrażliwego, ugryzą, coś stracisz razem z onym żarcim tam skitranym i jeszcze… Głupie to, naprawdę. Lepiej od razu się podzielić.

A niech żrą i srają.

Na amen i lullabaje!

A ona… w rejonach miłości własnej i pewności co do swojej osoby, siły jakiejś i tak dalej, a już asertywności, to wszelako była jakaś niedorobiona i niedociągnięta. Oraz mocno niedouczona. Niby miała jeszcze czas, ale kto to wie ile onego czasu miała naprawdę. W końcu jak tak dalej będzie postępować, robić to, co robi, pałętać się z tymi, o szarości nocy, niezagłębiając się w ciemności…

Pozostając na krawędzi, granicy, czy jak ją zwali…

Cóż.

Mogła to być jej ostatnia chwila.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Siedzę na tarasie i tak sobie myślę…

Widzicie, ludzie często mówią, że przeprowadzą się nad morze i codziennie będą chodzić na pacery, że one wschody i zachody słońca będą fotografować, że przez cały rok, serio dla zdrowotności co wieczór i w ogóle… Kto to kurna wymyślił? Szczerze, kto to wymyślił, nigdy nie mieszkał nad morzem. Nad morzem, gdzie brzeg może być różnorodny, śmierdzi czasem, a właściwie i okresowo, do tego Turyścizna zabiera ci prywatność nagich zachodów słońca i jeszcze…

Tia…

Wiatr.

Żeby nie było, możliwe, iż to najbardziej wietrzny lipiec od jakiegoś czasu. Możliwe, że też najzimniejszy… możliwe jest wiele rzeczy i spraw zachodzących pod słońcem, czy też pod onymi chmurami, a juz na pewno zmienność morskiej pogody jest najbardziej przewidywalna. Znaczy, że jest ona zmienna, to jest przewidywalne, normalne, logiczne. I nie wiesz czy będzie ten zachód, czy wschód… a jeszcze lato na Wyspie oznacza jakieś 4 godziny mroku względnego…

… więc…

Walcie się.

Możecie sobie marzyć o spacerach i możliwe, iż uda się wam przez jakiś czas je uskuteczniać, ale aura, człowieczeństwo i inne takie w końcu lekko was unormują. Znowu zrobią z tego coś… hmmm, specjalnego.

I już.

I fajnie!

Bo najważniejsze, to sen i wiecie o tym. Letnie wschody czy zachody słońca sporadycznie są spektakularne raczej polecam te listopadowe. Rany, one to potrafią rozwalić system, ale… co do chodzenia, jest cudowne!

Ale… jak już mieszkasz z onym widokiem na morze…

To też idziesz do zwykłej pracy, musisz wyczyścić rynny z ptaskiej kupy i wyrwć chwasty pod domem, więc… bryzę czuć, prawie jakbyś był na plaży, zresztą, przecież to wyspa, tutaj pojęcie plaży jest względne!

A potem… zapatrzysz się na motyla, wronę, mewę…

I nagle uświadamiasz sobie, że to co one wyprawiają jest o wiele ciekawsze, niż to, co wyrabiają w internetach i zaczynasz kwestionować to, co robią ci tak zwani ludzie i jeszcze… no cóż, na Wyspie są miejsca, wciąż, gdzie internet jest raczej słaby, słabieńki, stary, stareńki, trochę takiego cytowania bajki o Klaruni Koronczarce… literacko coby było, no i… naprawdę można popłynąć.

Zapomnieć.

Nie, że z Wyspy popłynąć, choć też można.

To już powoli koniec lipca, a przyznać muszę, że było nawet chłodnawo. Znaczy nie tak jak bym chciała, „minus siedemset” ale wiecie, jednak ten etap prażenia nie był aż tak zauważalny… odczuwalny. Oziębianie człek załączył na dwie noce i tyle. Nie żeby nie chciał co wieczór, ale jednak, po pierwsze na zewnątrz naście stopni, a po drugiej, mimo nagrzanego domu, to jednak, wiecie…

Jednak nie stać człowieka.

Nie oszukujmy się, kryzys wszędzie.

Kolejne miejsca się zamykają, a mnie zalewają reklamy piaskownicy w Nexoe. Oczywiście, że bym poszła, ale wciąż, nie stać mnie. Ale jak pójdziecie, to bawcie się dobrze. Nie, dzięki za zdjęcia. Mam już dość reklam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kostrucha… została wyłączona

Pan Tealight i Izba Spowiedzi…

” – Nie chciałam księcia, ale jakoś tak nikt się nie spytał czego pragnę, a ja byłam grzeczną dziewczynką. Młodą kobietą nawet. Widzisz, po prostu powiedzieli, że mam zrobić to i tamto i jeszcze być bardziej potulną, i wmówili mi, że w ten sposób się zbuntuję, bo przecież wygram… Jego!!! Tylko, że tak naprawdę nie chciałam wygrać. Tak naprawdę chciałam całkiem czegoś innego, ale on był tym wyborem bezpiecznym. Zgubiony bucik… no dobrze, moje siostry poszalały z tym obcinaniem palców, ale skąd mogłam wiedzieć, jak przewidzieć?

Tosz to taka głupota, że we łbie się nie mieści…

… kompletnie…

– A on? Oh tak. No więc. Moja matka miała rację. Tak wiem, karmiła się moimi włosami, ale ten głupiec był Szalonym Fryzjerem!!! Chciał je wszystkie, nie jak ona, po trochu… no dobra, może to u syndrom sztokholmski, ale przecież opiekowała się mną, na swój sposób, a te pandemie, sam pomyśl… ile to straciliście przez niewychodzenie? No ile? Nic… może warto się przyznać…

–  Ale… znaczy chodzi o Babcię, czy Wilka?

Bo jeśli o niego, to moi prawnicy zakazali mi się wypowiadać. Widzisz, to wszystko nie jest proste. Ani trochę nie jest proste, ani odrobinkę, ociupinkę, mikrona, pieruński zaczątek Wszechświatów. Zwyczajnie nie jest. I nie, nie chodziło o skórkę na rękawiczki, chociaż, przydałyby się… a spadek po Babci, no weź, tutaj już pojechałeś, przecież od zawsze o mnie dbała. Nie miałam problemów… raczej rodzice… ciągle pragnący tylko siebie, w siebie tylko zapatrzeni…

Rodzice…

Czy to nie zawsze od nich się zaczyna?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Władca pierścieni” – … pamiętam…

Pamiętam moje pierwsze wydanie i tak, to był Łoziński. Nie wiedziałam wtedy nawet, że jest inne tłumaczenie, więc… potem to było jak czytanie prawie innej opowieści i wiecie co, i jedno i drugie ma swój smaczek, ale wolę jak większość, gdy mi się imion nie tłumaczy. I tak, to była jedna z pierwszych książek obok „Mgieł Avalonu”, którą musiałam mieć. Po prostu…

Trudno było…

Widać, mimo tych wszelakich ekranizacji i sprzedawanych lalek filmy może wciąż są jakoś popularne, ale książka, wciąz kołacze mi się ten nieżart, zasłyszane w tramwaju, iż może ten Tolkien by nie marudził, a napisałby coś więcej… a nie jak Martin. Wiecie… ilu wciąż pamięta, że wsio zaczęło się od niego, od klubu, w którym z Lewisem i innymi prowadzili dysputy. Wszystko…

Ten stworzony język, badania nad kulturami północy…

Wszystko.

Powieść, którą najlepiej opisał Pratchett… że to góra: “J.R.R. Tolkien has become a sort of mountain, appearing in all subsequent fantasy in the way that Mt. Fuji appears so often in Japanese prints. Sometimes it’s big and up close. Sometimes it’s a shape on the horizon. Sometimes it’s not there at all, which means that the artist either has made a deliberate decision against the mountain, which is interesting in itself, or is in fact standing on Mt. Fuji.”

Wiem, że znacie tę trylogię, wielu przyznaje się do tego, że przez nią nie przeszło, ale może zwyczajnie, to nie był TEN czas…

Może warto zajrzeć znowu… dla baśni, opowieści, bitwy, przygody, tworów i stworzeń, magii… miłości, pragnienia, uczuć, o które siebie nie podejrzewaliście… pełni, której nie ma w filmie. Czegoś więcej…

Jest chłodniej, jest wietrzniej…

To lato kompletnie nie przypomina poprzedniego.

Jakoś tak jest odmienne, iż powracają do mnie te pory roku, które pokazały mi Wyspę jako miejsce idealne właśnie dla kogoś takiego jak ja, co to wrzątku nie znosi, co nie chce opalania i ucieka od słoneczności. Co mu upał doskwiera jak już jest powyżej 20 stopni, a 15 to norma pokojowa. No cóż, nic na to nie poradzę i wiem, że jednak to nie tak jak wszyscy…

Wróć, raczej jak ja i może ktoś jeszcze, czyli procent w badaniach niewyczuwalny, ulatniający się znad plnik Bunsena i wszelako niekontrolowany i jeszcze nieopisywalny i w ogóle, no wiecie, wariatka.

Ale…

Oczywiście Turyścizna jest obecna, zjechały się motory i cuchnące stare auta, ale oczywiście wsio jest ekologiczne i tak dalej. Wsio jest kłamstwem, a nie… czymś, na czym nie zarabia biedny zwykły Tubylec, ino ktoś z kontynentu. Zawsze tak jest. Większość firm czy szefów firm nie mieszka tutaj.

Wsio jest kłamstwem…

Czyli jak wszędzie.

Nie no… oczywiście, że są wschody i zachody słońca, ale co za wariat, no chyba że taki nieśpiący jak ja wstaje o 3 rano by oglądać wschód… wciąż mamy tylko jakieś 5 godzin wzgkędnej ciemności, a to naprawdę…

Zbyt niewiele.

Kolejna oznaka minionej pandemii, znowu ludzie wysyłają mi zdjęcia…

Ze swoich urlopów tutaj…

Wiecie, wszelakie relacje instagramowe i tak dalej, co więcej… niektórzy idą dalej i wysyłają mi zdjęcia innych, cobym nie wiem… kurna, no na uj mnie to? Sorry, ale nie spałam, nadmiar ludzi mnie wkurwia, listonosz był okrutny i zblazowanie dziwny, szowinista właściwie typowy… ale jednak… nosz nie róbcie tego!!! Po co mi wasze zdjęcia? Czy ja wam wysyłam zdjęcia Polski?

Robione przez Duńczyków?

Nie wiem, może powinnam?

Do cholery jasnej, dodatkowo jeszcze teraz nie wiem, czy mam się zachowywać jak inni, czy… a wróć, dobrze wiem co mam zrobić, trza będzie z tego zrezygnować. Bo tak szczerze, po co mi to wszystko? Pewno, że muszę wypisać z głowy to, co się tam kłębi, ale poza tym, na kija człowiekowi te Facebooki i inne kije. Nie zarabiam na tym, znajomi najlepsi dawno odeszli, przenieśli się, zrezygnowali, czasem przyjdzie list… szczerze, te zmiany na Facebooku, one ostatni, naprawdę sprawiają, że…

Nie zależy mi?

Wcale mi nie zależy.

Tylko wciąż nie wiem, dlaczego ludzie wysyłają mi te zdjęcia? Czy od razu mam wyrazić opinię swą własną, czy spytać ich jak było? Oni nie spytali, nie przywieźli ogórków małosolnych, czy coś…

Czego chcecie nieznajomi… co to się nawet nie przedstawiliście?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Izba Spowiedzi… została wyłączona

Pan Tealight i Koala Modyfikowany…

„… ale, no kto z nas nie jest?

Znaczy modyfikowany?

W tych porąbanych czasach, gdy nie wiadomo, czy dobre to czy złe, co pozytywne, czy to coś negatywne i jeszcze… czy w ogóle potrzebne, szczególnie jak mówią, że naprawdę potrzebne i nie można się bez niego obyć, wszelako oddychać się nie daje, wszelako niemożliwe jest istnienie, wszelako… Nagle zamotany w świecie rzeczy nienawturalny sam stajesz się jedną z nich…

A Koala się ruszał, ale naprawdę był fontanną, z której nie powinno było się pić, ale ten gorąc, ona pierniczona latowość… wszystko to sprawiało, że nie mogli się oprzeć, więc pili. Bo jak inaczej przetrwać na bezwodziu?

… więc tak naprawdę nie do końca się ruszał i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wszelako wciąż jakoś nie do końca to rozumiała. Wiecie, oną modyfikację, genetyczne zwariowanie, które sprawiło, że zaburzony zwierzak dostał to, co chciał, a potem jak zmienił zdanie, to wszyscy wielce, że tyle pieniędzy na to poszło, a poza tym są inni do pomocy… zapominając, że przecież jak już coś stworzysz, przeinaczysz, uratujesz, to jesteś za to odpowiedzialny.

Na zawsze.

Do końca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dwa ciepłe dni…

Powiedzieli, że tu macie dwa ciepłe dni, nacieszcie się nimi, bo więcej ciepłego nie będzie… i nagle długoterminowa prognoza się zmieniła, z 25 stopni porobiło się 19… a potem jeszcze mniej, nocami to już w ogóle, oczywiście biorąc pod uwagę, że to lato, a nie zima… Bo to lato. Prawda?

Bo już nie wiem…

Nie wiem.

Ale zobaczymy… kazali się cieszyć, więc cierpię z onego przegrzania, ale jednocześnie wiem, że przecież bywało goręcej i te noce takie chłodniejsze, takie jakieś bardziej przyjemne… Niemców zjeżdża z promów moc codziennie. Ale oczywiście promy znowu miały problemy, więc… nie, nie jak z samolotami, spokojnie, nie aż tak, ale jednak, ale jednak auta nie weźmiecie!

A przydatne tu jest.

Nie oszukujmy się.

Oczywiście, że zwiedzanie Wyspy rowerem/na rowerze jest super. Można więcej zobaczyć, można być wolnym w pewnym sensie, ale jednak, no czasem człek ma już dość. Nie wie do końca co i jak, może się zagubić czy okres dostać. I tak, mamy tutaj trudne rowerowe przewężenia, mamy i zjazdy, mamy i podgórki, przewyższenia mogą poszaleć wam w łydkach, a potem kurna jak dojdzie do miejsca, któe chcieliście obejrzeć. Zmęczeni trzaskacie fotkę i…

Bo czasem naprawdę obserwuję tych ludzi i wiem, że robią to jakoś…

Na siłę.

Spieszyć się…

Tutaj?

Tosz to wprost podanie się do ekskomuniki. Albo wiecie, opętanie, przeklęcie… Sabrina spadająca z nieba, czy tam piekła raczej się wychylająca… No wiadomo, często ludzie popadają w pokręconą skrajność i zwyczajnie robią to na siłę. Duszą, gnębią te pedały czy nogi… jeszcze z nogami to jest tak, że wszędzie dojdziesz, ale z rowerem, nosiłam już rower po górkach Wyspy

Nie polecam.

… więc… zatrzymajcie się czasem tak bez znaczenia, gdzieś w polu może i rozejrzyjcie się, bo przegapiacie widoki, drobinki natury, kreatury na łąkach, wolne całkowicie prawie przez rok cały pasące się z widokiem na…

Szwecję.

Na przykład.

I rowerowi, nie gnębcie tych na nogach i uważajcie na samochody. Nie, nie macie pierwszeństwa, czerwone paski nie oznaczają, że tylko dla was to wszystko. Nie… rowery nie mają tutaj lepiej. Tia, nie płacicie za paliwo, ale nie jesteście zwolnieni z obowiązku bycia obeznanym z prawami ruchu drogowego.

Czy też zwykłego człowieczeństwa.

Tia… byłam gnębiona przez rowery… widziałam też jak podkładają się kierowcom nie bacząc na zakaz jazdy dla rowerów, jak się wpychają na ścieżki, które są wyłącznie dla stóp, nie dla kółk, które bezczeszczą nasze święte kamienie. Niszczą cienką warstwę ziemi na głazach… Nie!!!

Do cholery!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koala Modyfikowany… została wyłączona

Pan Tealight i Niemagia…

„Istniała.

Miała nawet swój wózeczek i osiołka spętanego niezaklęciem i jeszcze spódniczkę z jeansu i pasek, u którego majtały się przedziwne woreczki pełne wszelakich odmian kompletnego i całkowitego niczego. Nizioła, nikwiatu i jeszcze… niewolników miała. Wiecie, malutkich, co to podlani robili się więksi, a już po nasikaniu… oj, no może to i było dość mocno niezbyt intrygujące, można by nawet użyć słów takich, jak: spektakularnie wątpliwe, ale jednak spokojnie, szamańskie praktyki to nic nowego…

… można i golema se zrobić i z papierowym zaklęciem i ino z takim przecież napiskiem na ramieniu…

I można mieć dyndających u paska krzykaczy.

Golutkich.

Ale jeżeli oni chcą tam być i tak dyndać sobie niczym one małpiątki na linach, nosz kto im zabroni. Może jednak chcą? Może jednak to nie chodzi o to, że przymuszeni, może jednak już się przyzwyczaili i jakoś tak im to odpowiada, no i opieka zdrowotna jest za darmo i dentystyczna też.

Wiecie, każdemu pasuje co innego tak naprawdę.

Ale kto by się tam przyznawał do co niektórych odchyłów…

No dobrze, niektórzy uwielbiają o sobie mówić godzinami i dniami, nocami szeptać, o świcie trelować, joiki składać, haiku śpiewne inaczej, czy nawet, no jakoś tak… operę skleić. A co się będą ograniczać. Niektórzy tak mają, iż uznają siebie za cud wszechświata, o którym każdy lubi słyszeć nawet jeśli tylko chodzi o poranną kupkę. A jak już kupka, to zazdraszczamy takiego codziennego i regularnego wypróżniania. Jednak dobra kupa potrafi zmienić życie.

Dzień ustawić poprawnie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Masy ludzi…

Myślę, że jakoś tak poprzez oną pandemię ten ogrom człowiekowatości jest bardziej odczuwalny. Wrzeszczące bachory w Lidlu, biegające bez nadzoru, one bakcyle w powietrzu rajcujące, nagle nie ma już żadnych odstępów, nic nie ma, jakby kurcze stał się cud i nikt nie chorował, a przecież… jest inaczej. W telewizji podobno krzyczą, iż maseczki może, na pewno w Niemczech wrócą w okresie zimniejszym, ale jeśli chodzi o lockdowny, to już nie będą…

Ot, dobrzy panowie dla głupkowatych ludzi.

Kto w to jeszcze wierzy?

Pamiętam, że zastanawiałam się co się dzieje z Tubylcami latem… i już wiem, wiem to od wielu lat, a jednak wciąż jakoś to mnie zaskakuje. Ona intensywność odrzucenia, ta ucieczka, chęć odstąpienia od społeczeństwa, chowanie się… wszystko to, co sprawia, że naprawdę nie jest się pomiędzy innymi. Spierniczanie, krycie się za ścianami, w pracy, potem tylko niczym duchy, przemykanie w sklepach, unoszenie prawie ponad półkami i jeszcze… jeszcze drogi…

… ja pierdzielę!!!

Jak oni jeżdżą?

Kto im dał prawka?

Strach jeździć. Jak nie ci z samochodami, to dzieci na rowerkach niebezpiecznie balansujące podobno po rowerowej stronie, albo idioci, co to jednak muszą jechać obok siebie na głownej trasie…

Serio tumany?

Dobrze, że chociaż pada…

Pada i chłodno.

Zaskakująco chłodno, właściwie, jak na termin LATO, to chyba aż zimno? Takie 17 stopni, to raczej naprawdę zimno i pomyśleć, że rok temu przez miesiąc człowiek nie mógł oddychać. Teraz niby też nie może, smarczy jak opętany ektopazmatycznym glutem, ale jednak wie, albo się domyśla, iż to zatoki i chyba anginka jakaś, ale… lekarze mają wolne, wiecie… wakacje, więc też se termin glutowaty znalazł.

Lepiej zresztą tam nie chodzić.

Jeszcze przywalą z jakiegoś nowoczesnego strzykawka i będzie. Z drugiej strony, tak odstawać od onych tłumów? Ile to jest ozdrowieńców? Ile zaszczepionych, ile pokłutych ino przez jeżyny?

No ile?

Ale naprawdę?

Z drugiej strony, czy w ogóle to ma znaczenie? Jak człowiek czymś oberwie, zarazkiem, bakcylem, pochodną, wszelakim wirusem, to oberwie. Nie schowa się. Nie ma ucieczki, a izolacja wyspowa działa niestety na naszą i korzyść i niekorzyść. Po prawdzie bylibyśmy niezłą grupą do testowania, ale może nie podrzucać im pomysłów? I tak testują nas psychicznie, to mi wystarczy…

Znowu straszenie Rosją…

Ile można?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemagia… została wyłączona