Pan Tealight i Dzień…

„Miał wstać jak co dzień.

No miał, problem w tym, że wcale mu się nie chciało… wiedział, że ten jeden z jego braci, to czasem i przez pół roku nie wstaje, ale jakoś jemu nie do końca to odpowiadało, więc… wstawał tak dzień w dzień, robiąc…

Dzień robiąc?

Było to już tak absurdalne, że… w pewnym momencie zaczął mieć wątpliwości i… poddał się im całkowicie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco…

Przez dwa dni wiatry poszalały i wrzątek oblał Wyspę. Ale nic to, wieczory chłodniejsze, czasem nawet poniżej 10 stopni, więc da się oddychać, a jednak, a jednak… no jakoś tak dziwnie jest. Jakby ktoś/coś wyssało z człowieka energię, jakby nie dopuszcczało do jakiejkolwiek radości…

Nawet dziś ten wiaterek i zimno mnie wcale nie podnosi na duchu.

Jakby… no dobra, rzeczywiście manewry się szykują. A jak u nas są manewry, to poczucie/uczucie wszelako wewnętrzne też nie jest dobre. Nie wiem jak to się dzieje, choć z drugiej strony przecież to dość logiczne, ale wszyscy jakoś tak to przeczuwają. One statki na morzu, ta seria a kałaha, bombka tu czy tam, idiota sąiad, co dzieciakom coś kapiszonowatego dał… ubić dziada!

To jest straszne.

Pamiętam, że jeszcze z 7 lat temu przyjeżdżały tu całe jednostki z USA i innych krajów, na takie, wiecie, zabawy w wojnę. A potem picie i tak dalej. Koszary w końcu opustoszały, oczywiście nie wszystkie, bo wciąż mamy podstawową armię, której Putin się czepia ile mu się chce, tudzież jak se przypomni… ale są takie, które niegdyś dano tak zwanym uchodźcom. Wkurwili się za przyrodę i morze pod nosem, czyli to, co dla Skandynawa jest darem największym… i spierdolili.

Ukraina?

A tak, też mamy… i też zaczyna się to, co w Polsce, bo ja mam, to niech ktoś pomoże… i nie wiem już, o co w tym wszystkim chodzi.

Jestem zmęczona.

Jestem zmęczona, ale pada deszcz…

Nagłe wilgotności i ona ciepłość przechodząca gdzieś tam, zanikająca i jelenica, znaczy łania no, w ciąży ewidentnej, która właśnie mości mi się na mojej eksperymentalnej łączce… a tak, mam taką łączkę, miejsce, które budowacze domu postanowili zasypać tym czymś przeciwko chwastom i jeszcze miało oną szmatę na sobie i tak dalej, więc… no co, zrobiłam eksperyment, odkryłam, przekopałam, wciąż wiedziałam, że to ino pył i wspomnienie po ziemi, ale jednak sypnęłam…

A potem dosypałam.

Ale tylko ziarna… i tak już trzeci rok, coraz silniejsza wzrasta.

Przeszłość zgniła, stworzyła jakąś tam ziemię, oczywiście, oto są ino chwasty czy co tam po prsotu przekwitło i się zasiało, rąbane perpetum mobile… jedne rosliny raz zdobywają przewagę, jak ona marchew krowia, która u nas, pewno z powodów genetycznych albo zawartości żelaza w wodzie, zrobiła się różnobarwna. Zwykle ino biała u nas i purpuro i lekko pudrowo różowa, brzegami ciemniejąca… i nagle rozumiesz, że tak naprawdę cokolwiek zrobisz to…

A… łania w ciąży w onych chwastach zwanych łączką…

Kurna, ja mam nadzieję, że ona się na poród nie szykuje.

Ja pierdziu… wciąż zrzucająca skórkę zimową, znaczy futerko, brzuch nisko bardzo, nie no, ja nie mogę, do kogo dzwonić? Ja pierdziu… odbierał ktoś poród łani? Bo to łania chyba, co nie, znaczy z jeleniowatych, no wiem, że sarna i pan sarna to koza i kozioł, a jeleń i pani jeleń to… no łania. Jemu byk. Różnią ich układy oczu, rozmiar, co trudno ocenić kurna jak się nie ma obydwu pań obok siebie, zresztą tak mówić o wadze… ekhm, nie fair! Więc wienie i porostki… i kurna, a co jak ona tam teraz rodzi? Tosz nie pójdę sprawdzić, a zoom ino mi jej zadek pokazuje…

Aaaa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Klinika Serc Złamanych…

„… i turnusy.

No zapomnieli o turnusach, więc jak on wrócił, to wszystko, powiedzmy sobie szczerze, nie tylko stało na głowie, kląskało jedynkami, świaszczało uszami, majtało rzęsami, ale jeszcze uznawało to za jedyną, poprawną formę współżycia z tym, co zwą Wszechświatem, a Wszechświat, z tej racji wprowadził się do Sklepiku z Niepotrzebnymi i postanowił, że on teraz wszystko sprzeda.

Bo przecież sklep to sklep… nie przechowywalnia.

A wszystkim, no wiecie, głupio było jakoś się onemu Wszechświatowi przeciwstwić, bo po pierwsze jak to, a po drugie, no przecież on taki bidulek, z tym sercem złamanym. Nic to, że nastawili i nawet zszyli nitką jaką chciał, taką zielonkawą, w specyficznie zgniłym kolorze… hmmm, dziwne, że akurat on chciał właśnie taką… podobno jego ulubiona barwa, ale… czy można mu wierzyć?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W lesie ostatki kwiatów, czosnej niedźwiedzi…

Na ulicach samochody i ludzie, nawet na tej naszej uliczce się jacyś błąkają. Do tego mania klejenia dziur, co oczywiście dla mnie nostalgię wzmaga i przypomina mi się, jak to jeszcze naście lat temu no kładli nową nawierzchnię w wyznaczonych godzinach i to śliczną, nie tą, co to potem auta same sobie muszą ubić… nie…

Ech!

Tak szczerze, to one komplikacje temperaturowe sprawiają, że rośliny szczerze spoglądają dookoła zaintrygowane tym, komu za to przypierniczyć. Serio, tak to odczuwam. Raz ponad dwadzieścia, potem znowu w okolicach dziesiątki, no ile można? Jak tutaj się rozkwitać i owoce robić?

Jak?

Ale… nic to, wszyscy damy radę, tosz to przecież natura.

Jak zwykle zmienną ona jest.

W lesie na razie pustki. Wciąż. Nie no, są liście i tak dalej, ale jakoś tak, mniej tego wszystkiego tej wiosny. Jakoś tak dziwniej, zdechły zając pod nogami, aż się zdziwiłam, bo przecież padlinożerców ci u nas masa, a ten taki idealny, niczym wypchane szaleństwo taksydermisty. Nigdy nie rozumiałam tej mody na posiadanie wypchanych zwierzaków w domu. Nawet onych kościanych rogaczy nie rozumiem. Znaczy wróć, rozumiem, ale jednak, jakoś mnie to odpycha…

Przeraża nawet.

Babcie byś wygotował i powiesił, byłoby przynajmniej logiczne, w końcu rodzina, co nie? Szkielecik… te sprawy. Ale nie, to już brak poszanowania zwłok? A jak robale nas jedzą to co? Szanują nas przy tym?

Ciemność zapada dopiero po 21ej.

Dziwne to.

Wrzący wciąż wiatr wpada do domu, ale miesza się z jakimś dziwnie zimowym powiewem. Jakby wciąż wszystko nie potrafiło zdecydować co to jest, co to ma być, za co i po co, na co i dla kogo?

Lasy mnie wołają, ale za bardzo się boję. Wiem, że znowu dookoła coś powycinali. Ona polityka czystego wybrzeża sprowadzi na nas ino zemstę Wyspy. Ona się zemści za one dęby wycięte i brzozy, za krzaki, które już nie dają cienia, za ona ziemię, cieniutką warstewkę, która… znika…

I za te wycinane róże.

Dzikuski…

Plaże się zmieniły, niektórzy już pływają, inni tylko obserwują, dziwnie niezdecydowani. Masa przybyszów, ale znowu nie taka masa. Jak zwykle jeśli coś chcesz, musisz kupić od razu, inaczej zaraz nie będzie. Albo zdechnie, bo przecież kto tam o to dba? Jakoś tak ludzi opadła, znaczy dopadła chyba bardziej, melancholia… niczby są, ale jakby nie do końca wiedzieli po co…

Znowu szaleństwa się niektórych czepiają.

A ta moja mewa mnie dobija, nosz serio ją dorwę i wybebeszę!

Nie no, nie zrobię tego, ale niech przestanie mi zdrapywać farbę z okien i walić w szyby. No laska no, nie ma żarcia! Ino woda! I to i tak dla jeży, aczkolwiek, wrony ją piją, więc wyżej stoi… już nie wiem kto i co… może i mnie ta melancholia opętała? Może i ze mną coś nie tak? Szaleństwo Wyspy. W końcu pamiętajmy, że mamy też swoją chorobę. A tak, jakby ktoś nie wiedział…

Może jest i inna…

Może… morze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Klinika Serc Złamanych… została wyłączona

Pan Tealight i Pudding…

„Pojawił się jakby nigdy nic, jakby przez miesiąc nie było ni jego kubka ni kapci ni tego dziwnego zapachu, ni to fiołki ni jaśminy, ni stary wycieruch do fajki, taki po pradziadku, pogryziony przez psy… jakby nikt nie milczał wciąż na swoim fotelu, jakby… ten kurz, który teraz się unosił dookoła jego miejsc, które odkrywał niczym od nowa, nie istniał. Tak to było. Tak się stało…

A to był dopiero początek.

Bo ci, co oczekiwali jakiejś zmiany, nie obaczyli nic nowego poza sznurkiem dzinwych, niby to koralików, niby jakichś tam grudek, na jego niby szyi. Nie zmienił nawyków, od razu sięgnął po ulubiony kubek, pogłaskał Smoka z Komina, przetarł Kotarkę, która obecnie była w zielonkawe stokrotki, choć już zmieniała się w piwoniowe bukieciki… i jakoś tak zapatrzył się w okno, z którego było widać Dom Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i…

… nie…

Coś się zmieniło.

Już nie wzdychał.

Jakby… albo wygrał albo się poddał, albo podjął decyzję, albo… no właściwie różnie można to było interpretować. Wszycy jakoś tak na niego spoglądali, jakby widzieli go po raz pierwszy, albo i ostatni, albo ten dziwny, środkowy, czyli ni przypiął ni przyłatał i tak dalej. Jakoś tak…

Był tu.

Ale…

Nie, najaważniejsze, że był… znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Karmazynowy brzeg” – … ech… gdyby tylko, no nie wiem, coś było inaczej. Może on nie był aż tak główną postacią, a może oni? Gdyby to było rowiązane inaczej… no nie wiem. Wiem jedno, zakończenie nie jest dla mnie zakończeniem już. Wiadomo, jak ktoś czytał kolejne częsci…

Ekhm, spojler?

Niezbyt.

Ale od początku.

Nasz bohater – i tak, trzeba jednak tę serię czytać jakoś od początku, bo szczerze, no można się pogubić. Można… więc nasz bohater Pendergast jak najbardziej podejmuje się kolejnedo zadania, ale tym razem ma u boku swoją piękną przyjaiółkę/znajomą/podającą się za rodzinę… no wiecie, ma kogoś. Ale też i nie ma. Odnalezienie skradzionego wina to oczywiście tylko początek całej sprawy, która przybiera dość zaskakujący obrót i kompletnie miesza… właściwie wszystko.

Jej zakończenie to tylko cała masa pytań.

I wiadomo już jaki będzie początek kolejne powieści, na szczęście została już wydana, więc wśściekłość was nie zeżre, wkurw nie zaleje… można będzie od razu pociągnąć temat… i tak, to kolejna część o naszym geniuszu i, dla wielu, bogatym dziwaku z FBI, i… jest słaba. Na pewno najsłabsza z tych wszystkich…

Szkoda.

Pogodowo?

Otóż gorąc… pełnia, Merkury i tak dalej, wiecie, wiedźmie sprawy…

Ale ten gorąc. Widzicie, właściwie jest zimno i jest susza, w znaczeniu jest zimno jak na maj, a nie, że kurna minus siedemset, ale jednak… te noce są cudowne, około 7 stopni, jeszcze da się żyć, zimny wiatr… a tak, teraz już nie zimny, bo ten cholerny gorąc… znowu kogoś tam złapali na mieliźnie, czy ludzie już nie potrafią wpływać do portu? No tak, wy wy… wy żeglare wy, to się od razu wzywa pomoc, jak się nie zawezmie, wezwie!, jej, to wtedy mandato i już.

Pieruńsko duże.

Nie polecam, ale…

… morskie życie to chyba raczej nie dla mnie. Nadmirskie i czasem lekko podwodne okay, ale jednak mocniejsze, nie. Te wyprawy czymś się łoblącym, brak onej ziemi, drzew, nie no, ja tak nie mogę. Ja muszę mieć wszystko. Muszę mieć drzewa i skały i ziemię, chociaż chyba właśnie zabiłam kalafiory…

Znaczy wiatr je zabił.

Ten wrzący.

Aż mnie twarz boli, bo jak durna poleciałam po bez na herbatę, wiecie, dłubanie i suszenie, a potem zapominanie, że się ją ma. H ah aha haaha oto ja! No cóż, ale i tak u mnie suszone sprawy to częściej wyglądają jak jakieś zamknięte światy w onych szklanych flaszkach niż coś, co użyję… oj cóż…

Różni są ludzie.

Wszystko napierdnicza ptaszkamia…

Wiecie, do tego stopnia, że macie już szczerze dość tego napierniczania… naprawdę dość. Naprawdę. Budzą was o 4 rano, gdy macie jeszcze 2 godziny spania, a właśnie dopiero co się położyliście, bo co to jest 4 godziny snu, więc… napierniczające ćwierkacze, oj tak, słodkie ptaszek, cudny ptaszek, jeb cegłą i na rożen… i jeszcze może wszelako najpierw obrać z piórek, można wieniec zrobić?

Można?

Można!!!

Ale… nie no, oczywiście, że nie wyłażę z domu i nie eliminuję onych braci mniejszych, chociaż te mewy, kurna, też mi mniejsze, w powietrzu jak tak wysra swój napęd, to oko można stracić, więc… ćwierka wszystko. Kwitnie wciąż wiele. Bez na przykład, który w tym roku dość słabo jedna, słabo, aż jestem zdziwiona. Aż mnie zaskoczył, pewno ona konkubina sąsiada zapeszyła mi syreny…

Ech!

Ubiję małpę.

Znaczy nie, to nie są groźby karalne, we śnie ino, w marzeniu sennym czy czymś tam… no co? To już nie można i tak? To co w ogóle można? Mój sen i spokój wszelaki, drzewa dookoła i tak dalej nagle są złem innym?

A tlenu chcecie?

Bo ja się nie dzielę!!!

Ale!

Rowan Atkinson zaczął kwitnąć… tak, naszą jarzębinę, która przez tych, co zbudowali nam dom była zawsze obcinana na łyso, po roku spokojności, gdy myśmy jej niczego nie robili, spokojnie wypuszcza całą masę kwiatków. W zeszłym roku ino dwa były!!! Kurde no… szalenie wygląda takie drzewo składające się z wielu żywych i kilku srebrnych, już nie wypuszczających liście pni… takie zbiorowisko-przytulisko… kochanie moje. Jeszcze by wyhakał całą resztę tego żywopłotu i zastąpił go czymś innym i byłby odlot. I jeszcze więcej krzaków, więcej roślin, więcej drzew!!!

Aaaaa!!!

No co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pudding… została wyłączona

Pan Tealight i Buduar tortur…

„To nie było porwanie.

No weźcie no, kto by śmiał, kto w ogóle mógłby posiadać tak wielkie moce i być z nim na jednym skrawku ziemi, by… nie no, weźcie, bądźmy chociaż raz wszelako racjonalni, przecież jemu podskakiwać… JEMU? Nie no, nie oni, nigdy w życiu i w ogóle, gdzieżby śmieli. Oni no… wiecie…

… chcieli po prostu pogadać.

Razem tak, bez onych różnych przydatków.

Jeden nawet użył słowa „kulturalnie”, to spojrzeli na niego tak, jakby serio jeszcze nie do końca wystarczająco wypił, naprawdę, bo jak na trzeźwo w ogóle można coś takiego… no wiecie, kombinować… porwanie Smoka.

I to nie bylejakiego.

Smoka z Komina.

A raczej, no wiecie, żeńskiej jego odmiany, potem w buduarek, a potem wiadomo, te jaskinie ze skarbami, jopy złota, wszelakich kamieni i jeszcze te dziewice. Co prawda żaden z nich nie wiedział co robić z takową dziewicą i czy to na zimno, ciepło, czy z jakimś sosem i jakie do tego wino? No naprawdę, pewne sprawy mają to do siebie, że są zawsze jakieś takie z nimi elementy niespójne z instrukcją obsługi dołączoną do Buduaru Tortur. Tak, byli rodzaju męskiego i tak…

… przeczytali instrukcję.

Samo to już znaczyło zbyt wiele.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Robi się ciepło i cieplej.

Temperatury może jeszcze nie w okolicach 20 stopni, ale już blisko, chociaż dziwnie takoś jakoś, wciąż w powietrzu coś zimnego, lodowego właściwie… dziwnie tak, ale robotę trzeba zrobić. Wiadomo. Czy mój kalafior wyrośnie? Będzie eksperyment w tym roku, pewno nie wyjdzie, ale jednak przecież nie może mnie jakieś zwątpienie ogarniać, no weźcie no. Przecież się nie poddam… albo poddam, ale tylko wtedy, jak już nie wyjdzie kompletnie. Jak na razie trzeba odważnie i do przodu…

Albo usiąść w kącie i płakać.

Albo nie.

Kurcze, tyle tych rzeczy do wyboru. Tyle stron, w które można się zwrócić, tyle ścieżek, tyle zmian zajść może i jeszcze… no weźcie no, nie będziemy jak inni. Będziemy szaleni na tyle, by w świecie, gdzie susza panuje, wszelaka zwierzyna wpierdala mi najładniejsze tulipany kompletnie nie łasząc się na te zwyczajne… sadzić kalafiory. Znaczy wiecie, zasiać już zasiałam, wybiły i…

Kurna, teraz się boję, a co jak padną?

A co jak nic z tego?

Kocham kalafiory, choć one mnie raczej mało… ech… miłość jednak nie zawsze odwzajemnioną, coś o tym wiem.

I moje kiszki.

Ale…

Może i chłodno, a jednak wiosna, może i wciąż kwitną jabłonie, a bez zaczyna wyłazić, to jednak, wciąż wiosna… i to już jej druga połowa, tego nie da się uniknąć, od tego nie można uciec. Czas płynie, ale dokąd, nie wie nikt. Zmienia nas wszystkich i wszystko dookoła, może poza Cher…

No co?

Cher zawsze taka sama.

Świat oszalał, ale na Wyspie, mimo wszystko wciąż jeszcze jakoś tak cicho. Jakoś tak wszelako spokojnie. Jakoś tak, pusto. Zieleń na horyzoncie nie jest taka jak rok temu. Jakoś tak, wszystko jest inne. Horyzont czasu zachwiany nie do końca trzyma wszystko w ryzach… portale do innych światów jakoś tak niechętnie przyjmują gości. Czy tam, uchodców… bo przecież jeśli ci to nie pasuje, to zawsze, kiedyś może, ale jednak, można było to/coś zmienić…

A teraz?

Nie no, pewno że wciąż nie mamy McDonalda, ale… kogo to obchodzi. Tak naprawdę, komu to potrzebne. Konsumpcjonizm, jednolitość? Miało to dać poczucie bezpieczeństwa, a tutaj znalazłam xylitol i sorbitol w zwykłych tabletkach. W wiataminie B12, nie no, weźcie no ludzie… wszędzie to pchają?

A wiecie, że mnie to zabija?

Oj tam, kto by chciał to wiedzieć, w końcu mówią, że bezpieczne…

Nagle sklepy stały się czytelniami. Straszne to, gdy księgarnie stają się miejscami z rzeczami do wystoju wnętrz… i może można tam kupić długopis, ołówek i zeszyt, ale kogo one obchodzą?

Dziwny świat.

Nawet ten mój.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Buduar tortur… została wyłączona

Pan Tealight i Karczma w Lesie…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wybrała się na spacer, co ostatnio nie wydarzało się często, ale jednak tym razem… polazła ciągnąc za sobą swego Chowańca i Chochela – chochlika pisarskiego i jeszcze tabun misiów i wszelakich bytów, które czuły się na siłach i wszelako były do niej aż nazbyt przywiązane… do dolinki. Do tej co plumkała zawsze i kumkała…

… i jeszcze…

Mokro tam było.

No wiecie, dołem rzeczka, bokami skały, drzewa nie zgadzające się z grą papier kamień i tak dalej… wszelakie miejsce niebezpiecznych zaprzeczeń, skąmlących marzeń odrzuconych oraz zapomnianych zakochań.

I szyld był…

„Karczma w lesie” wszelie kobiałki mile widziane. Drinki na koszt lasu! Zabawa nie tylko całą dobę… napis może i był, ale wiecie, głos żaden z onej karczmy nie dochodził, był ino szyld i żadnego budynku, czy dziury w skale, zresztą skały niewielkie, więc raczej gdzie by one kobiałki miały się mieścić… wiadomo, że zwyczajowa kobiałka, to raczej mocniej kobiałkowa i miejsca potrzebuje by czar swój roztaczać. A co… kobiałki miały to do siebie, że uwielbiały to robić. Nawet bez żadnego powodu. Nawet tylko dla siebie damych, by poczuć się lepiej…

Zwyczajnie.

Ale jednak…

Wiedźma Wrona nagle została zaintrygowana. Nagle poczuła, że jest coś na jej wyspie, co jednak… ale czy sama Wyspa wiedziała? Czy ona wiedziała, a może wiedziała, ale postanowiła to ukryć, a może… może znalazła sobie już nową wiedźmę? Może w końcu, może to coś, o czym myślała już tyle razy miało się wydarzyć? Ale co wtedy? Jakby to miało być i czemu nie dostała powiadomienia o zwolenieniu z roboty? A tak w ogóle, to co się tutaj odpierdzielało?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Do spożycia… jedne stare, inne nowe.

No po prostu… magia!

I krew i mord jeszcze i może trochę ziół, wiadomo, lepiej sobie wiedzę odświeżać wszelako często i tak dalej…

No dobra, to chyba wiosna.

Albo chłodniejsze wczesne lato.

Susza, ciepło, ale zimny wiatr wieje, ptaki obsrywają co się da, mewa puka w okna domagając się wszelakiej uwagi, ale przede wszystkim jedzenia. A co. Uważa, że jej wolno, zresztą, kto jej zabroni. Jak te człowieki nie biją ino czsem starają się machać łapami… i śmieszne to dla mewy, więc mewa się bardzo śmieje. Bardzo oj bardzo i krzyczy jeszcze, jakby zwoływała inne, by przyszły i zobaczyły jak sobie ludzi wytrenowała. No jakie toto skoczne, choć nogi ma dziwne…

Płetw nie ma.

Dziwne te człowieki…

Mewa unosi się nad domem, potem kolejnym, wzbija się wyżej, nad dachami, kominami, morzem, drzewami, polami… kolorami, które z onej bieli kwitnienia dziwnie szybko, czasem w jedną cieplejszą noc zmieniają się w zieleń. Oto czas zieleni. Wrony wrzeszczą, mewy też, ciągłe przekrzykiwanie się wszelakich gatunków zdaje się być oną niesamowitą muzyką, którą, niszczą dzwony kościoła…

Dziwne.

Sztuczne.

Boleśnie sztuczne dla ucha… jakby już nawet ona wiara nie posiadała nikogo, kto chciałby sobie podzwonić. Znaczy podzwonić dla onego boga, jakimkolwiek osobnikiem on jest… bo przecież to zwykle on.

Zwykle…

W lesie cisza…

Znaczy wiecie, leśna cisza.

Ptaszki szaleją, trochę wiatru, tu i tam czasem coś trzaśnie, coś poskacze, coś poszaleje w krzakach. Coś… wszystko się ciągle zmienia. Kwiaty znikają, czosnek się wzbija jeszcze bardziej w górę, Chowaniec zestresowany… tak naprawdę, tak naprawdę to wszystko stoi na rzęsach, plaska uszami i rozumie, że wcale nie jest do góry nogami, w ogóle, to ona obecna poprawność…

YAY!

Czasem sobie myślę, jak to miło żyć bez ludzi.

Egoizm?

Nie, strach… ucieczka od stresu, od bólu, który potrafią nieść słowa nieznajomych i znajomych… od niezrozumienia. To jest Wyspa. Miejsce ucieczki, dla wielu. Ale dla wielu też zwykła „destynacja”, kurna, kto wymyśla te słowa. No po prostu nie mogę, ale macie, jestem na czasie choć raz.

A nie, że wciąż to koło i koło…

Tak w ogóle, to poza oną wszelaką codziennością, która jest wszędzie, to nic się nie dzieje. Na szczęście, przyznam się. Co prawda samolotów wojskowych lata więcej i człowiek naprawdę ma tego dość, ale co zrobić? Nic nie możesz. Musisz się kulić, krzyczeć, płakać… w końcu i tak nie słuchają.

A co jest prawdą?

Nie ma prawdy.

Za to na pewno jest zieleń i wiosna… wiatr torchę napierdziela, w ogrodzie zmiany, wszelakość natury wkrada się do domu, olejek miętowy na straży, trzeba będzie dokupić, bo na samym soku z mięty daleko nie pociągnę. A może w końcu zrobić samemu? Ino z czego oleum wyciągnąć?

Hmmm… wiem, są sklepy, ale wiecie, jak na wyspę, to wsio wysyłkowo, a już na tę Wyspę w szczególności!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karczma w Lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Medytanceusz…

„Ommmm…

Nagle skądś się spopieliło, a potem skleiło, aż w końcu zażądało zupy z grzybów egzotycznych, bo pojawiła się ona złota maziaja w powietrzu i miała gębę. A ona gęba zarazem wielce żądliwą była…

Znaczy żądała a nic nie dawała.

Żądliła?

Ech… mniejsza… to akurat nie było aż tak ważne, bolało bo bolało, ale jednak… ale jednak medytowanciła. Każdego. Czy chciał czy nie chciał, po protu to robił. Każdy przy nim wpadał w coś takiego, że od razu aura, odlot i wszelaka boskość i zen… a potem i portfel zniknął, komórka i jeszcze ten mieszek z ziołami, ale to mało ważne, w końcu jak złodziej to weźmie, to się wsio odnajdzie…

I tak było.

Ale Medytanceusz nie miał wyrzutów sumienia.

Tak naprawdę to poza matą i szlafrokiem rozchylającym się zbytnio w pewnych miejscach, naprawdę eeeee… nazbytnio się rozchylającym. No naprawdę. A przecież widać było, iż gówno markowe na sobie nosił, więc jak to? Musiało być w tym coś więcej. Znaczy, nie że pod onym szlafrokiem, tam to mało było, ale widać ono mało było na tyle ważno, iż zaliż wżdy chciał to pokazać wszystkim…

Eeeee…

Ale…

Ommmmmmm zioooooommmmmm. Tak, pozę miał poprawną, zapewne, a może aż nazbyt taką, no wiecie, geriatryczną, nic nowego, jednak jak działa, to po co zmieniać? No po co? Może mu działało, ale ten cholerny szlafrok. Nosz kurde, w tej pozycji doprawdy lepiej było stać za nim, lub do niego plecami i zamknąć one oczy z tyłu głowy, które to wielu posiadało…

Oj wartało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Obsydianowa komnata” – … na tej części skończyłam, znaczy na „Karmazynowym brzegu” i oj, ale to było zakończenie… nie spojleruję, ale… tak jak sama opowieść nie była wystrzałowa, tak ono zakończenie, cóż… Nie uwie. I tęsknię bardzo za poprzednimi, naprawdę z chęcią bym do nich wróciła, więc jak ktoś wyda, to ja jestem… tutaj!

Chcę!!!

Chcę wrócić do poprzedni tomów, bo te dwa to już była nie ta sama melodia, co kiedyś. Pamiętacie „Relikwiarz”? A „Relikt”, „Martwa natura z krukami” czy „Gabinet osobliwości”? Opowieści, w których wszystko jest możliwe, gdzie można i wierzyć i wiedzieć i jeszcze wątpić. Gdzie ona charyzmatyczność Pendergasta cudownie składa się z szaleństwem naszego ulubionego gliniarza i co… i gliniarza w tym tomie właściwie nie ma, a Pendergast ma do towarzystwa pewną kobietę i problem. Nie tylko ten… za który mają mu podziękować.

Znaczy wiecie, kradzież, trup i może miłość?

A może…

No właśnie. To coś wydarza się często w powieściach, ono zmęczenie materiału i wtedy trzeba drastycznie coś uciąć, kogoś wyciąć, coś odmienić, po prostu poszaleć, problem w tym, że tutaj, onej podstawowej serii z Pendergastem to trudno coś, poza nim oczywiście, wyciąć… w cyklu archeologicznym, czy z młodą agentką jest inaczej, ale tutaj… ten mistycyzm zaczyna już ciążyć.

Pendergast musi stąpić z piedestału i może stać się człowiekiem?

A jak na razie, to nie żyje, a może żyje, kobietę porywają, biedny ochroniarz ma lwy na karku a cała reszta… nie, za bardzo to pokręcone. Za bardzo. I lekko niezrozumiałe i jeszcze… kurna, mogło być tak o wiele lepiej.

Szkoda…

Ta powieść, a raczej fabuła, miała jakiś potencjał, ale… nie do końca udźwignął go język… ale, cóż… i tak przeczytane. I jeszcze bardziej tęsknię za tymi poprzednimi tomami/opowieściami/przygodami.

Może wznowią?

Store Bededag…

Dziwny dzień, szczególnie spoglądając na ten stosunek Wyspy do religii. No wiecie, niby wsio ateiści, ale konfirmacja być musi i jeszcze do folkekirketa wszyscy są zapisani, ale oficjalnie nikt w nic nie wierzy poza mamoną. Wiadomo, wygodne. tłumaczą się tym, że chodzi o miejsce na cmentarzu…

Że to dla dzieci.

… więc, czy Tubylcy wierzą w życie pozagrobowe?

Hmmm. sam dzień został powołany do życia w 1686 roku. W ramach intensyfkacji ludzkiej siły roboczej. Wiecie, wiosna, tyle świąt, więc zlepmy wszystkie w jeden i będzie fajno. Struenseego panowanie, znaczy wiadomo niby Christian VII ale jednag Struensee wtedy był tym, który poskładał wsio do kupy i od 1771 roku, jako jedno z niewielu świąt pozostało aktywne. I wolne od pracy.

I tak sobie człowiek myśli… sprytne, co nie?

A z drugiej strony taka Wielkanoc to u nas wolna w pełni!

To jak to jest?

Ten dzień i Kristi Himmelfart to dwa dni konfirmacji. Czyli takich tam czegoś na kształt komunii, ale dopuszczającej młoty Thora i różne inne pogańskie sprawy… a o pogaństwie mówiąc, to podobno obecnie Jezuski na piniatach są w Polsce popularne? Takie do rozpierdzielania lagą…

Hmmm…

No ja nie wiem, ale zabawa zapewne przednia!!!

Ciekawe co z Jezuska wylatuje? Oj, złę myśli, złe myśli. LOL

No cóż…

… religia…

To w ogóle wszelace pokręcona sprawa. Z jednej strony ludzie nie potrafią bez niej żyć, a z drugiej, jakoś tak wciąż przeszkadza i rani. Wciąż męczy i niszczy i tak skomplikowane życie. Komplikuje je jeszcze bardziej i miota człowiekiem od prawa do lewej budząc dziwne nienawiści… okrutne i pokrętne, bo przecież z jednej strony tak, a z drugiej inaczej i jeszcze… te pieniądze…

I to, co po śmierci.

Jakby tego, co za życia było za mało?

No ale… w końcu wspóczesność udowadnia, iż tak naprawdę wszystko potrafi być religią. Konsumpcjonizm, demokracja, komunizm… czyli ogólnie wszelkie acje i izmy, czyli tak naprawdę chyba wszystko, ale, może jednak, może jednak są sprawy odpychające od siebie one religijne kształty?

Jak… spacer w lesie.

Po prostu bycie i nie kontrolowanie, znaczy, nie próbowanie tego ze wszystkim i wszystkimi. Życie bez ryja w telewizji i ciągłego klikania kup na ikonkę koszyczka? No bo tak naprawdę? Ile potrzebujemy? Działających kończyn i mózgu, no i korpusika też. Swojego miejsca na ziemi, może i dachu, jakiegoś poczucia bezpieczeńśtwa, czegoś do roboty, co się kocha i jeszcze…

Marzeń.

By na przykład dotrzeć gdzieś, coś zobaczyć, wszelako się czegoś nauczyć i jeszcze… jeszcze można doznać onego „doznania”, które po prostu sprawi, że poczujecie się pełni. Skompletowani.

W końcu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Medytanceusz… została wyłączona

Pan Tealight i Kozak…

„Właściwie…

Wiecie, w dzisiejszych czasach sądzenie po ubraniu, stroju, wszelakich zewnętrznych oznakach… no cóż, jakoś tak zwyczajnie za to można w ryj dostać. Pytasz się troskliwie kiedy poród i cię dama od razu tak brutalnie i to z tymi pazurami plastikowymi, no z plaskacza. Albo gorzej, gazem cię mimo wciąż pamięci o tym, co zaszło dopiero co w onej przeszłości tak bardzo niedalekiej…

No ale… chciałeś dobrze, wykazałeś zainteresowanie przecież, chciałeś naprawdę porozmawiać, w kolejce damie miesjca ustąpiłeś… szrmanckość w tobie tkwi i w ogóle, ale jednak, nie wyszło.

Nie wyszło.

Wprost przeciwnie, chociaż…

… z drugiej strony patrząc, to jakoś tak, no może jej chociaż ulżyło? Bijącej? Może to tak miało wyglądać? Ech, Kozak wiedział, że co jak co, ale na tej planecie miłości nie znajdzie. Wiedział to, gdzieś tak, podskórnie, tam gdzie żyłki miał srebrzyste, krew w nich zielona płynęła, a on… wiedział jak wejść do siebie z siebie nie wychodząc i… rozmawiał o tym z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane, która wciąż jeszcze nie doszła do siebie po tym, o czym nie chciała mówić, a i po tym, o czym wiedzieli wszyscy, o śmierci książek…

I on chciał jej wysłuchać.

Przyniósł jej nawet bukiet konwalii… ale ona nie chciała mówić, nie chciała i tyle. Tak naprawdę to tylko czekała aż Pan Tealight powróci, bo jako jedyna wiedziała gdzie i dlaczego on tam jest. Dlatego, no tak z nią tylko siedział myśląc o tym, że czas już wracać, ale jemu akurat tutaj ta wiosna odpowiadała. Jakoś tak mu pasowała i temperatura i te kwiatki… no nie chciał wracać…

Tam tego nie miał…

Ale co z miłością?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Afera gazetowa i ocieplenie…

No wiecie, ekologia.

Gdy człowiek głupkowato jeszcze wierzył, że może inne kraje jakoś tam bardziej się starają w onych różnych wymiarach – pamiętajcie, że myśmy przeszli przez etap: ojojoj, ziemia się oziębia, a teraz nas robią ojojoj klimat się zmienia i będzie cieplej, czyli od okładki Times’a z pingwinem na krze do tej z wychudłym misiem.

Tak, takam stara.

… więc, nie wiem, pamiętam wrzące początki lat i tunele w śniegu. Pamiętam wiele, też i to, co było, gdy mnie nie było. Znaczy wiecie, kopiąc w ziemi też wiele można się dowiedzieć o klimacie, a najprościej zerknąć na pewne rzeczy, na przykład nazwy miast czy ich godła/herby?Miasto ma herb, co nie? Gudhjem ma gryfa… zajebistość level more than hard, Potter level! Serio. To, że potem szczury na klapach w drdze, to już tam inna inszość… chodzi mi o to, że klimat się zmienia. To, że ludzie durni i syfiarze wycinający drzewa, to wiecie jak mnie to telepie…

Ale…

Ekologia, to dla mnie ostatnio wyłącznie hasło, którym firmy się podcierają.

W tym przypadku, o ironio! firma papierowa, znaczy gazetowa. Znaczy, nie no, oczywiście, że gazetkę macie w necie, ale jednak można też nabyć wersję papierową, więc… więc wiecie, ogłosili, nie no, możecie nie wiedzieć, więc zacznijmy raz jeszcze… Nasza, wyspowa gazeta główna stwierdziła, że nie będzie brała udziało w onym koszmarnym zachowaniu, czyli rozwożeniu gazetek sklepowych. No wiecie i za to należą im się brawa i owacje, bo przecież są ekologiczni.

Pokłon im czopki!

Ja pierdziele…

Firma od gazetek oczywiście szuka innego dystrybutora, więc…

Wszystko rozeszło się zapewne o to, że nie chcieli im zapłacić więcej. Znaczy Tidende… chodzi tylko o kasę. Nie o ekologię. A gazetki… bez urazy, ale dla wielu osób to jedyne info gdzie można dostać tańsze masło. Na przykład u nas ceny są takie, że wbić zęby w ścianę. Przykład masło – około 30DKK. W Netto promocja 6 DKK. I co? Można zrobić zapas, jest lodówka, można sobie pozwolić na masło.

Można się dowiedzieć co w Lidlu nie marnując czasu na łażenie.

Można?

Można było…

Nie wiem, po prostu jest to idiotyczne. Odmówili jakiejś firmie i zamiast powiedzieć, że nie płacą im więcej, jak zażądali zapewnie, i tak rozwożą swoją gazetkę, to wiecie… teraz inne auto ma jeździć po Wyspie? Jaka logika? Gdzie kurna? Jacy tumani kurzu no!!! I wiem, dla wielu ta gazetka to niepotrzebny śmieć. Powiem tyle, dla wielu to ono: o, stać mnie na masło, o w Lidlu jest coś, co mogę zjeść.

Nie, ludzie tu nie opływają w kasę.

Znaczy w większości.

… więc to tyle w sprawie gazetek, w sprawie ocieplenia, to kilka dni temu było ponad 20 stopni! LOL teraz już nie, ale to nadejdzie. Na pewno. Ech… na dodatek popadało odrobinkę, więc… ŁAŁ!!!

Za mało.

Oj, za mało, nadal susza, dziwny wiatr, dziwy wszelakie w powietrzu… pyłki czy inne licho? No weźcie no.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kozak… została wyłączona

Pan Tealight i Samotnik…

„Nie, nikt go nie widział… nie wiedzieli jak wyglądał, jak mówił, jakie lubił potrawy i co pił, gdy smutek ogarniał go tak szczelnie, że nawet w najziemniejszy dziej wszystko wydawało się być miękkie i miłe… bezpieczne. Jak się ubierał i jakich tkanin nie lubił, może był jednak jakimś skrytym faszionistą, a może też i influenserkę uprawiał, wiecie, samotny to on mógł być, wolał między drzewa leźć i w krzakach sikać, ale jednak, jakoś tak, lubił innym pokazywać dzicz.

Wielką dzicz.

Może to był ten ktoś, kogo właśnie polubiłeś tylko dlatego, że widziałeś jego piękne dłonie, poorane od jeżyn i malin, ale jednak, jakoś tak, pianistyczne. Długie palce, dziwna bladość, chociaż… powinien być bardziej opalony? Z drugiej strony samotność nie oznacza przecież tylko dziczy i skrytości, można mieć i dom i cały ten szajs, ale zwyczajnie nikogo nie spraszać, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… może i był to jej jakiś krewny, czy pokrewny…

Nie wiedzieli, bo nie widzieli, ale jednak…

Ktoś kiedyś słyszał dziwny szept, żeby nie sikać pod tą sosną, bo wiewiórki na górze szaleją i szyszką można oberwać, a to bolesne. Kiedyś też ktoś dostał kwiaty, gdy miał bardzo zły dzień a i Wiedźma Wrona korespondowała z jednym takim, który w rzeczywistości, nie wiadomo gdzie żył, ale nie tolerował ludzi… może… jednak tylko ją, chociaż, wciąż wątpliwości wzbudza ono jej „człowieczeństwo”.

Ale… tak…

… w ogóle, czy naprawdę istniał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Straszą…

Oczywiście, że media Wyspę straszą, że Putin by zrobił to i tamto, i że tak, jak najbardziej posiada akowe możliwości, i że ten podpisany pakt z zeszłego wieku wciąż jest wyciągany na zewnątrz, ale… zawsze żurnalisty potem dodają, że to jednak mało prawdopodobne. I wiecie co?

Uznaję to za najwyższe skurwysyństwo.

Po pierwsze ludzie, którzy tutaj mieszkają i tak mają mocno przesrane, będąc użytecznymi dla państwa tylko jak trzeba w ekologię robić, światu coś pokazać, czy na przykład na wakacje gdzieś wyjechać, a poza tym, to po co komu ta Wyspa? Poza tymi zakochanymi w niej, tym, którzy poczuli, że tutaj dom… prawdziwy… chociaż. Czasem mi się wydaje, iż wielu z nich poczuło to więcej niż raz. Zwątpili też raz, a potem może i drugi, a potem, znowu wsio się zmieniło.

Podobno wiele osób schodząc na ląd odczuwa to coś… ono dziwne uczucie, że oto jest dom. Ale w niewielu ono uczucie się rozwija. Może to jakiś syndrom podróżnika, wiecie, wytelepanie na wodzie i potem widok onej linii brzegowie, że aż chce sie wdrapać na bocianie gniazdo, co na promie będzie raczej trudne i mocno zapewne zakazane i na pewno nie będzie to ten maszt…

Ale jednak…

Czy tchnie w nas, bije wciąż ono pożądanie lądu? Może bycie na łodzi/statku i tak dalej, jednak mąci nasze zmysły? Bardziej, niż nam mówią?

Może…

Dom…

I gdy mówią, że z ni stąd ni owąd ktoś może ci bombkę spuścić, to wiesz, że trzeba przygotować się na najgorsze. A tutaj kurna ino jedna jaskinia na wszystkich. Może dlatego onej Turyścizny tak niewiele? Nie dlatego, że zimnawo, temperatura ma wciąż naście, nie dwadzieścia coś stopni i jeszcze… jeszcze wszelako to zamknęli i tamto, a ci co się pootwierali, to chociaż siły i wszystko tam mają na miejscu, to jednak, jakoś tak… wiecie, ten pandemiczny szał tutaj nie był tak ciężki, ale jednak…

Jakoś coś w powietrzu wisi i nie tylko havgus czy pył znad Sahary.

Czy ten Merkury co to się znowu cofa, pozornie…

Szaleniec no!!!

Ale… oto połowa maja już prawie, własciwie no już i co z tego? Czas zapierdziela i jakoś tak nie wiadomo za co się złapać. Czy chwasty czy sadzenie, kalafiorek może, czy jednak zacząć biznes olejowy jakiś bo i u nas się zaczynają te gadki o tym, że kto gdzieś przetrzymuje nie wiadomo ile oleju… i to wszystko przez niego… więc, w tym miejscu przyznam się do czegoś… nie lubię oleju. Oliwy też nie. Nie używam od… eee… wieku? Jakoś nigdy z olejem nie było mi po drodze.

… więc nie mam.

Takie czasy, że nikomu już zaufać nie można. Znaczy, lepiej nie ufać. Może utrzymywać stosunki wszelakie, ale jednak…

Ech, cóż ta pandemia z ludźmi zrobiła?

A może to ludzie ludziom?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samotnik… została wyłączona

Pan Tealight i Otwarcie Szubienicy…

„Po pierwsze nastąpiło pewne rozluźnienie… wszystkiego.

Po drugie i trzecie, dlaczego nie?

Ona niby wróciła, on nie, więc mogli sobie poszaleć, ale w tym szaleństwie brakowało metody i jakiegoś polotu, w końcu większość już dawno zrobiło rzeczy, które inni uznają za szalone, zbyt wiele, wszelako obrzydliwie i tym podobne… więc postanowili otworzyć szubienicę, tę na większej górce. Bo czemu nie? Kiedyś działała i podobno hype był wielki, więc może i im by sie udało…

Co dziwne, to Królewny po best before były jak najbardziej za tym i Ojeblik – mała, ucięta główka zaczynała podejrzewać, że miały w tym jakieś coś więcej i coś mocniej i plan wszelaki i jeszcze… hmmm, wolała nie myśleć. Ewakuowała się z kilkorgiem innych do Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i postanowiła na to nie patrzeć, ale sama Wiedźma zdawa się być tym…

… zainteresowana.

Ale jakoś się nie ruszyła za wozem i tym tabunem osobników, którzy przy zaćmieniu, księżycu krwawym ruszyli pobudować odpowiednie utensylia. I jeszcze rozwiesić plakaciki, że utylizują smutki i tych co ci mówią: jesteś gruba. Dla bardziej szczupłych teściowych pół złocisza zniżki. Bitcoiny zresztą też być mogą, ale tylko te namacalne. W naturze płacenie ino duszami i czaszkami, bo paliczków ostatnio mieli w nadmiarze… i nikt nie miał odwagi się zapytać skąd się tak spojawiały dookoła, niczym one kwiaty wiosenne, niczym one przebiśniegi, przylaszczki, anemony…

Krokusy?

A może li ino stokrotki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wirus” – … uuu… Dobra, tego autora nigdy nie czytało się dla wartkiej akcji i wysublimowanego słownictwa, no ale… szczerze? Aż tak źle… katorga toż to, doprawdy, rozumiem wysmarowanie czegoś w celu zaprotestowania przeciwko publicznej i nie do końca publicznej służbie zdrowia… onemu traktowaniu ludzi jak towar właściwie, ale…

To można było napisać lepiej.

Można było.

Ale nie pykło coś… i tak, oczywiście, że powieść jest wirusowa, ale jeśli oczekiwaliście pandemii, to nie, to nie o tym, a dokładniej nie do końca. Autor przypomina nam o tym, iż istnieją gorsze wirusy przenoszone przez komary i co? I zabija nim. Nagle jedynym ocalałym z malutkiej rodziny staje się mężczyzna, który walczy z biurokracją i tyle. Spotyka podobnych sobie i…

Właściwie zakończenie, eee… jest dziwne.

Nie wiem w ogóle dlaczego takie właśnie musiało być, przecież coś takiego niczego nie rozwiązuje!!! Burżuje mający w zadku maluczkich istnieją od zawsze, tego się nie da wyplenić, nie da się przegadać… do nich właściwie należy ino dołączyć. No bez urazy, ale to jest to, co wyciągnęłam z tej powieści.

I jeszcze by bić robalich!

Książka to droga przez mękę… i tyle.

Jest źle napisana, dialogi to koszmar, osobowości odwalone i zero pomyślunku w onym męzkim bohaterze nader głównym. Szybciej zrozumiałam komara. No weźcie no, jeśli koleś coś wiedział, ale jakoś tak nie mógł z nikim zawalczyć… nie pogrąża się w rozpaczy… czy jego w ogóle to obeszło?

Śmierć?

Ech…

Nie rozumiem. Ale może to ten współczesny świat… nie znam go, chyba w ogóle. Naprawdę. Nie oczekiwałam dzieła, ale to… to miernota.

Słońce…

Właściwie prawie pali. Może i temperatura jeszcze nie jest jakaś majowa, wiecie, opalać się nie da, w pierun wieje zimny wiater i tak dalej, ale jednak… ja nie narzekam. LOL Nic na to nie poradzę, ale szczerze mam niską tolerancję na ciepło. Wolę zimno. Po prostu. I pewno, że ta cała wiosenność oszałamia kwiatami i kształtami i zielenią, ale jednak… można siedzieć w ogrodzie, czasem coś wyrośnie, jak kalafior przysłany z Niemiec, może i coś zdechnie, jak lidlowa lawenda…

Bezczelność, oddawać moje 30DKK!!!

Albo…

Ziemia jest sucha. Nie da się w nią wkopać. Stąpanie po niej, to jak pumeksowanie stóp. No weźcie. Potrzebujemy deszczu. Potrzebujemy jakiegoś wytchnienia od onego słońca, wiatru wysuszającego i jeszcze…

Może sponsora by kupić kilka krzaków do ogródka?

Wiem, że wciąż się powtarzam z tym sponsorem, ale człek robi i robi i nawet czasem się wyupkać nie może. Sami wiecie jak to jest. Wyspa to nie inność jakaś czy raj… choć wielu się takową wydaje. Ale za to jeśli mieszkacie w Gudhjem czy okolicy, to na Facebooku jest grupa, na której koleś kochający Rosję z chęcią wymyje wam okna. Ja bym się bała, bo jeśli on ich tak kocha, do tego ma nazwisko wskazujące na to, że przyniesie ze sobą dywanik modlitewny, no to…

Połączcie sobie kropki.

Ale fajno wieje….

Znowu trzeba podlać ogródek.

Ale… nic to. Właściwie, to jedyna normalność obecnie, ziemia i błaganie jej o jakąś współpracę. No wiecie. Namacalny dowód własnej, ciężkiej pracy. Chyba kupię sobie kilof, naprawdę. Bo jak inaczej to ruszyć?

Ale… dlaczego wspominam o grupie?

No więc…

… wciąż jest problem z pracownikami, więc jak ktoś chce spędzić wakacje, zarobić i jest małoletni, to wiecie. Ci więcej letni też coś znajdą, ale… hmmm, wypłata może was zaskoczyć. Może i okaże się, że to więcej niż w Polsce, ale jeść i mieszkać gdzieś trzeba, chyba… Chyba że po prostu jak ten koleś od gotowania, wprost się zapytacie, czy wam ktoś udostępni miejsce do spania?

Nie wiem, ale ja chyba nie mam takiego tupetu.

Na pewno nie mam.

Ale współcześni przedsiębiorcy mają. Wiecie, oni młodzi, lekko po dwudziestce, wciąż uznawani w czasach dzisiejszych za dzieci. Oni z wizją. Ojojojjj!!! Jedyni tacy, bo przecież nikt przed nimi wizji nie miał. Wróć, nawet takiej samej, w końcu spora część od razu uważa, że może gotować i prowadzić interes.

Ha ha ha!!!

Tak wiem, może to starcze zgorzknienie, a może prawda?

Może…

… ale… pogoda na razie słoneczna, planowana słoneczną by być i tak dalej, więc podlewanko, a tu i woda i prąd drogie, trza zapierdniczać z tym no, wiecie, robić wsio manualnie. Jeszcze cudnie by było, gdyby człek miał panele słoneczne, ale… to jednak spora inwestycja.

A w inwestycję najpierw trza zainwestować.

Może na tej grupie napiszę, że chcę kasy, tudzież może ktoś ma używane… tupet to tupet, może się tupeta nauczę. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Otwarcie Szubienicy… została wyłączona

Pan Tealight i Karaibiak…

„O rany jak toto jęczało…

Że słońce nie takie, że woda za zimna, wszelako rośliny straszne, owoce nie rosną wszędzie i jeszcze, jeszcze nie może chodzić na bosaka, ale oczywiście, że może, ale jednak, zimno, tu szczypie, tam pali, wszystko jest nietakie, wszystko jest jakieś za ciemne, potem za jasne i jeszcze chmury nie w tym kształcie jak trzeba a i niebo jakieś takie, no nie takie jak trzeba i jeszcze…

Pytają się go, więc czemu tutaj jesteś…

A on, nie odpowiada.

Zwiesza głowę, ale ci, co są niżsi, czyli na przykład Ojeblik – mała, ucięta główka, wścibska wielce i tak dalej, ale wszelako niskopodłogowa dojrzała tam jakiś dziw. Pokrętny szmergiel, który niektórzy mogą nazwać uśmiechem. Krzywym, dziwnie sardonicznym i może, niczym z tych rzeźb Starożytnego Egiptu… zaskakujący, że nie plecki tak, głowa tak… wiecie, niepoprawny politycznie.

Inny.

A może jednak…

… przerażający?

Ale przecież on mimo wszystko był taki zabawny, podrywał wszystkich… nie tylko do tańca, grał na bongosach czy innych tam tykwowatych sprzętach, co to niczym chude i bezduszne, niczym serc pozbawione ciała, dudniły. Wspomnieniami o życiu… Wiedźm Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane w ich rytmie zamykała właśnie drzwi w Podziemiach Wiedźmy, gdzie tylko ona mogła wejść, tylko ona się mieściła, dziwnie, pasowała tam, a jednak… Mikołaje jej strzegli wtedy, Niebieski nawet podawał jej świeczki… coś się działo…

… coś…

Coś się działo, ale Karaibiak skutecznie i z przytupem, wszelako wszystkich jakoś tak ucieszając, zagłuszał Coś.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zewnętrze…

Chyba ta wiosna w końcu przyszła, aczkolwiek nie rozumiem, dlaczego koleś myjący ulice musiał to robić o piątej rano na naszej maciupkiej uliczce, gdzie kurna nie ma trafficu czy jak to zwią, a zaraz potem zaczęło padać… wiecie, widać niebiosa zdecydowały, że się nie spisał, czy coś…

No ale… wiosna.

Wyglądając przez okno zaczynam widzieć kolory, a raczej większą ich ilość. Znaczy, no wiecie, nie tylko odcienie kory i kształty konarów, nie tylko pola zielone i trawniki, ale też i coś już na drzewach. W końcu forsycja wybuchła, nie że tylko lekko lekko, czereśnie zaczęły i inne te takie co na biało, wiecie i głóg i te smrodliwe… jabłonie jeszcze nie, pajęczyca i stokrotki szaleją… dereń, kalina…

A to smrodliwe to… tawuła? Nie no… to nie to?

Chyba…

Jest i czosnek niedźwiedzi i gwiazdnica i pewnie jak co roku zapomniałam jak toto się nazywało, to białe, no weźcie no… piękne, ale wali jak kwitnie!!! Ja nie mogę, od dzieciaka nie wiem jak to się nazywa, nagle wiem, a potem znowu nie wiem a google ma mnie gdzieś i w ogóle…

Po prostu biały kwit i kolce, nie ma liści.

Jak w bajce.

I jeszcze te z cielistymi liśćmi, lekko różowawymi…

Krzewy wszelakie, drzewa mikre i większe i jeszcze w oddali las i pola i jeszcze… nowy silos? Co to ma być? Ech, wiadomo, zmiany. Jak wszędzie, tylko że… no u nas to jak się spojawiają, to jakoś bardziej je na horyzoncie widać. Mocno bardziej. Wiadomo, takie miejsce, lepiej widać.

To ono magicnze światło zapewne.

Nie tylko pomaga artysom, ale i słobowidzącym.

W stolycy podobno remont, ale wiecie, ja mieszkam n drugim końcu Wyspy, dla mnie to jak wyprawa za granicę. Znaczy ta druga strona Wyspy. Zresztą, jak tutaj ludzie dzielą się na tych, co to mieszkają wyżej i niżej, w znaczeniu układu terenu, to o się dziwić. No weźcie no. Ale, niech im będzie.

Spoglądając na one pola i drzewa, krzaki i kota srającego za winklem sąsiada, chyba że to sąsiad, nie no… mówiłam, żem ślepa kura! No ale, spoglądając na one drzewa, w onym pięknym i fascynującym oświetleniu, jakoś takoś uświadamiam sobie, iż wiem, że to jest piękne i wszelako zachwycające, ale też… nie wiem… może ta winnica coś zmieni? Chociaż, ja bym wolała las…

Oj tak, las.

I niebieskości w górze i w dole, bo morze też i jeszcze jakieś coś na kształt rzeczki i stawu, wiecie, kompleksowo… ale bez komarów, naczytałam się ostatnio za wiele. Oj za wiele na temat wirusów przenoszonych komarową drogą, więc wiecie, może lepiej stojąca woda nie tak bardzo… chociaż, wychodzi na to, że wiele stoi…

Czy ja mówiłam, że to ma jakieś seksualne wydźwięki?

NIE! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karaibiak… została wyłączona