Pan Tealight i Smokomuch…

„Nikt nie wiedział, że się wprowadził.

Właściie, to jakoś tak, no wiecie, można było przeoczyć coś w tym wszystkim co się ostatnio tutaj działo. Nie należy nikogo oceniać, czy obarczać wszystkim jednak. Nie można tak… Oną wiedzą, obserwowaniem, wiedzeniem, wszelakim… no wiecie, wielością codzienności swojej i innych i jeszcze wymyślaniem, i jeszcze…

… byciem…

Byciem sobą, byciem jakimś i wszelako interesująco intrygującym, no wiecie, elementem onego tła, na którym inni może błyszczeli bardziej. Może innym udawało się wypełniać większą ilość onego obrazu, może i mnie zasłaniali… nie, nie mnie, nigdy mnie, mnie nie wolno było.

Nie.

Nawet ten Smokomuch, wszelaka potwora, co to rozrzucała dookoła jajeczka, a z nich wychodziły jego mniejsza, ale lustrzane wprost odbicia i walczyły. Podobno. Jednak nikt nie wiedział o co i dlaczego. Czego chcieli, jak ich wygnać, no i przecież ono ich walczenie nie bolało, nikogo nie raniło, ino ten Smok z Komina, stara raszpla, wiadomo, nie pasował jej inny gatunkoow zbieżny na tym samym terenie, więc tylko przez jej krzyki zwrócili uwagę, ale potem szybko wrócili do swojej pracy.

Do onego bycia sobą.

Jeśli to pracą zwać można?

I dobrze, bo przecież jestem ja… choć wciąż o mnie nie wiedzą. Dziwnie wciąż udaje mi się znikać im sprzed oczu…

Dziwnie.

Sama byłam tym wtedy zaskoczona, z czasem dopiero zrozumiałam, że wcale nie byłam taka ważna, ale wtedy, oj wtedy byłam pewna, iż posiadam takie moce, które sprawiają, że wszyscy przede mną klękną i oddadzą mi cześć. Cześć mi należną i dary wysypią i potoczą się kamienie szlachetne i klejnoty…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Druga połowa czerwca…

Temperatury w nocy lekko ponad 10 stopni. Ciekawe… nie narzekam, wprost przeciwnie, do tego w ciągu dnia na razie chłodny wietrzyk, w słońcu oczywiście pali, a słońce mamy prawie codziennie, znaczy bardziej codziennie i tak dalej, ale… wszystko to wciąż nie przypomina początku lata. A może zwyczajnie wszystko nas tak przyzwyczaiło do tego zbyt ciepłego klimatu?

Może?

Może w końcu to chłodniejsze, o wiele łatwiejsze do wytrzymania codziennie jest nam przeznaczone? Ja bym była bardzo za, bo szczerze mam dość żaru i takich tam. Ostatnie lata były palące, zresztą, co ja tam kłamię, susza w końcu ma się bardzo dobrze. Kupiła kolejną willę i to z basenem, ale wiecie, nie dzieli się wodą z innymi, w końcu ona to susza, czyż nie?

Folkemodet też był…

Znaczy nagle na Wyspie pojawiła się masa ludzi, potem nie do końca zniknęli, bo wiadomo, przecież Turyścizna, niektórzy już mają wakacje i takie tam. Ja mam robotę w ogrodzie i innych miejscach. Zawirowania wszelakie i oczekiwania, a oni wyjeżdżają. Ciekawe jak to jest tak spontanicznie sobie pojechać? Jak to jest tak spakować się w dzień i po prostu… zniknąć…

I pojawić się gdzieś indziej?

Nie wiem.

Słońce szaleje…

Roślinki mają to gdzieś i znikają pożarte przez wszelakie żerte twory. Narobisz się, a potem wychodzi na to, że wsio czego nie zeżarły to kurna chwastowie… więc może chwastów mam się trzymać? W końcu tak patrząc dookoła, wszystko to jest chwast. Wsio. Chwast to i tamto i jeszcze to…

Weekend to czas kosiarek do trawy.

W ogródkach uwijają się i panie i panowie… wszelako każdy chce jakoś tak upiekszyć swój dookolny świat, bo przecież żyjemy nie tylko w domach, ale i w ogrodach i lasach, obok pól i rzek, w morzu i jeziorach i jeszcze… może na plażach, ale to jak tam komu pasuje. Wiecie, dla każdego coś miłego. Ten woli posiedzieć na skałach, tamten znowu czeka na ono oberwanie chmury, którym straszą zawiadomienia z DMI. I zgadnijcie… znowu nie padało. Podobno gdzieś tam pokropiło…

Ale nie tu.

Czasem człek myśli, że deszcz, to coś, co przytrafia się innym.

Czasem… ech… czasem człek myśli, że jak już to będzie trzeba pluć na drzewka, żeby one śliwki i jabłka dojrzały. Bo jeżeli nie będzie padać, to wiadomo jak to się skończy. Zeschnie, opadnie i tyle. Dziwny jest ten strach, który się czasem pojawia, taki atawistyczny mocno. Pierwotne siły wnikają w człowieka i nagle czujesz, że przecież to wszystko wciąż jest takie jak kiedyś.

Możesz mieć najnowszy wypasiony telefon, ale jak nie będzie co jeść… cóż, telefonu nie zjesz. Możesz próbować, podobno są osłonki z materiałów jadalnych, ale jednak, no cóż, takie toto już zużyte.

Przeżute.

Ale… oto już po wiośnie…

Szybko poszło.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smokomuch… została wyłączona

Pan Tealight i Martwiciel…

„Były Panny Płaczki, były i Wdowie Smarki, były One Łkające i jeszcze… wielu ich było, więc dlaczego nie mógł być on…

Martwiciel?

No przecież ono okazywanie uczuć nie było wyłącznie stosowane w kobiecych osobistościach, a może było? Było ino właściwe babom, no i lepiej im wychodziło, pokłady wody też na pewno miały w tym jakieś znaczenie, w końcu PMS ma podzielną uwagę i możesz i płakać i sikać i się pocić… a jeszcze przy klimakterium czy innym tam, no jak to się nazywa, no geriatrie, ale nie do końca?

Eeee… menopauza?

No wiecie, to coś dziwnego, jak to niektórzy mawiają, w końcu koniec klątwy, ale inni znowu, inni znowu mówią inaczej, więc… nie wnikajmy, w końcu tutaj chodziło nie o zwyczajowe przemijanie, czas i tak dalej, chociaż wkurwiające, że baby tak cierpieć muszą, no ale… babom to zwykle pod górkę. Dlatego ładnie mogą sobie dupki zrobić, no ale, to też nie o tym… miało być o nim, a znowu o kobietach.

Tudzież bytach wszelako łzawych i żeńskich.

I pogrzebowych.

Albo raczej i dokładniej onych się umartwiających na pokaz. Bo jakoś tak chciały sobie popłakać, bo jakoś tak życie je dojeżdżało, bo jakoś tak, zwyczajnie im po prostu pasowało, depresje i inne schorzenia to ułatwiały… i jeszcze, jeszcze chciały i dobrze wyglądały bez makijażu. No wiecie… albo miały permanentny.

Czy coś…

A on?

Cóż…

Denerwował je od początku i wcale nie chodziło o to, co miał w gaciach, albo nie miał, ale mówił, że facet, martwiciował się za kasę nad trumnami i urnami, na pogrzebach ladowych i morskich, a nawet raz skoczył ze spadochronem i delikwentem… chodziło o to, że był większy od zwykłych dam płaczących i jakoś mógł pewne sprawy ciągnąć dłużej. Na przykład siku mu się nie chciało.

Rąbany Martwiciel.

Zniżkę też miał!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Miasto i mury i morze…

Właściwie, to właśnie to tutaj jest najbardziej niesamowite… one mury, ściany domów, murki otaczające mikroskopijne ogródki, wszelakie przestrzenie wyrwane „metropolii” i jeszcze gaardy, które wciąż można tutaj znaleźć, właśnie w mieście, chociaż… nie wszystkie pełne. Większość tylko szczątkowe… a do tego morze. Widoczne poprzez przestrzenie między domami, rzadkie, wyczuwalną solność powietrza i jeszcze, oczywiście te przejścia. Nie dla aut, czasem nawet nie dla rowerów…

Tylko dla nóg.

Tak, do niektórych miejsc dotrzecie wyłącznie na nogach. Zmęczeni, spoceni, pamiętający, że do kibelka zawsze można dojść, a kibelki u nas są całkiem niezłe, więc nie ma boja, nie posikacie się… może nie ma już onego czadowego miejsca do pływania, może nie ma już tego portu, który pamiętam, ale jednak… wciąż jesteśmy na wyspie, wciąż otoczeni wodą, wciąż… może nasłonecznieni, ale też i często mocno przewiani. No co jak co, ale u nas wieje często. Milusio.

Ale mury…

Niektóre domy pozwalają za nie zajrzeć, ot uchylona furtka, niedomknięte drzwiczki, albo… wścibskość własna, czy też rośliny, które może postanowiły popatrzeć na świat poza murem. Bo mury one otaczają bardzo prywatne ogródki. Bardzo zamknięte, ciche przestrzenie, takie… „tylko moje”. Jakby udowadniały, że wciąż jeszcze w ludziach tkwi ono pragnienie ziemi…

Nie tylko w onych doniczkach na schodkach, wiszących kwiatach, rzadko spotykanych, bo przecież wieje…

W wystrojach okien.

Ale morze…

Bo widzicie, idąc wzdłuż miasta, w końcu człek łapie się na tym, że ma dość architektury i chce tej wody. Onej słoności i tak dalej i tak znajduje zejście na dół, może to obok pomnika z II WŚ, może inne, ale znajduje, stąd, z ulicy, codnika, widać, że domki usytuowane na onej skarpie, wzniesieniu… właściwie są komiczną dość, ale i malowniczą mieszanką architektoniczną wszelakich stylów. Niektóre wydają się martwe, inne mają pranie się suszące, a jeszcze inne, zabytki.

Wiecie, jak wszędzie.

Ale…

Z tej strony i kościół i ruiny i to wszystko wydaje się być takie dziwnie niepoukładane. Takie jakieś miszmaszowate. Ale jednak, pasuje do skarpy, skały, do onych dróżek, kamieni. Wszystkiego.

A po drugiej stronie pustka morza…

No dobrze, nie do końca taka pustka. Tutaj prom, tu drugi, jeden właśnie wypływa na kontynent. Wiecie, daleka droga, bo do Danii. LOL Jak do Ystad to szybciej. Bliżej… po drodze zmienia się cena czekolady opodatkowanej w Danii i alkohulu – problematycznego w Szwecji, no wiadomo. Te zabawy naprowmowe. Znaczy żadne tam zabawy, jedzenie i mikro sklepik i już…

Ale…

Idziemy dalej… wzdłuż malutkiego, miejskiego portu, wiecie, dla zwykłych ludzi, wpatrzeni w one łódeczki zdolne dotrzeć na drugą stronę Wyspy często szybciej niż auto. W oną wodę, tak dziwnie czystą, w tą ciszę po odpłynięciu promu, podest dla ludzi wygląda, jak jakiś rozczłonkowany statek kosmiczny, w ogóle, wszystko to tak się zmieniło od kiedy port rozbudowano i wciąż się zmienia…

Nowe projekty, nowe maszyny…

Za dużo nowego.

Uciekam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Martwiciel… została wyłączona

Pan Tealight i Wygódkowy Melanż…

„Trzeba było posprzątać po tym wszystkim, ale najpierw…

… ponieważ pogoda była nader wszelako sucha i ciepła raczej, więc wiecie, jakoś tak, nadejszło ich ono poczucie, zgrubiałe prawie w powietrzu opadło na nich i spowolniło, ono spokojnienie i rozleniwienie…

… jakoś…

… nie spieszyło się im.

W ogóle.

No… prawie, bo jak tylko Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zobaczyła co zrobiła, to zaczęła rzucać takimi piorunami, i tym razem nie tylko z oczu, że kurde, pewnych rzeczy już się nie dało posprzątać ino pył zetrzeć, zdmuchnąć, ino węgielki do pieca dorzucić, ino… no strasznie się wkuła. Podobno aż z jej Domku było widać cały ten burdel, no ale jak już Piromanci się zesli i Studenci Wszelkich Nieuczelni, to po prostu… nie dało się inaczej.

Chyba?

A może chodziło tylko o to wywoływanie duchów? Widzicie, wywoływanie duchów przez wszelakich niepewnych swej duchowości, niektórych wszelako będących duchami i innymi tam zmorami, wiecie, podchodzącymi pod definicję, to jakoś tak, no po prostu, to wszystko wyszło dziwnie… poplątało się, ektoplaza zaczęła tryskać, okazało się, że wygląda jak pajęczyny z robalami połapanymi, jak już słońce wzeszło, choć trzeba nadmienić, iż straznie się opierało…

No po prostu…

Niezguła leniwa no.

… więc nie dziwota, że tak ja to wpierniczyło. No i sama Wygódka, wiecie, wymagała naprawy i pewnych ulepszeń, oj koniecznie, te skrzydła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Buntowniczki” – … przypadek. Szczerze przypadek, że trafiłam na tę właśnie powieść… nie wiem nawet co było pierwsze, ten dokument, którego słuchałam, czy film o niej, czy jednak… Nieważne to w jaki sposób i jak, ale się udało i udało się też dorwać tę powieść…

Która jest niesamowita.

Pełny tytuł, to „Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley”. Ta jak oną drugą prawdopodobnie kojarzycie, tak pierwsza, słynna też była w swoich czasach. A raczej… hmmm, niegrzeczna? Nieodpowiedzialna? Oj, jakie to słowa w onej epoce wiktoriańskiej były wtedy najlepsze… histeryczki weszły chyba później… #sarcasm. Buntowniczki… tak, właśnie tak. Te, które szły krok dalej i miały… o zgrozo… SWOJE ZDANIE!!!

Miały czelność.

No wiecie, wredne i niewychowane… czyli najlepszy rodzaj baby! Nic dziwnego, iż taka matka wydała na świat taką córkę. Chociaż, jej ukształtowanie to też sprawa meżczyzny… ale, o tym możecie przeczytać w tej biografii. Fantastycznej wiktoriańskiej powieści, którą, może sama inaczej wolałbym złożyć, nie tak naprzemiennie, ale jednak… historii, która porywa i to na dłużej.

W końcu to niezła cegła.

Ale spoko, alurat na ten czas.

Idealna!

Miasto.

Czerwiec to kapitalny czas by niedzielą wybrać się na zwiedzanie naszej wyspowej stolicy. Naprawdę. Większość jest w domu, albo w knajpie, na spacerze, czy też w swoim sommerhusie… a Turyścizna jeszcze tak nie zjechała, więc wiecie, nie dość, że na ulicach starego miasta pustki, to dodatkowo aut nie ma poparkowanych gdzie się da. Znaczy na ulicy… a to psuje zdjęcia.

LOL

Spacer warto zacząć od parkingu… w moim przypadku no sorry, nie dojdę z jednego krańca Wyspy na drugi by radośnie zrobić milion przysiadów bo przecież perspektywa ma znaczenie! Polecam lekko ukryty parking za Tigerem i całym onym ciągiem sklepów… bezpłatny i w niedzielę bezzegaryjny. Wiecie, nie ma boja, że już czas wracać czy coś… z drugiej strony też obszar, który macie obejść, znaczy chcecie albo nie, raczej nie jest ogromny. Taka wycieczka po mieście fajna jest od wschodu do zachodu słońca. Zachody tutaj może nie są takie mega, ale jednak, wschody lepiej oglądać z promu, ale to zwykle ostatni widok, więc…

A potem, to jak się wam podoba…

Najlepiej najpierw zdecydować się na oną część najstarszą, z małym domkiem i tak dalej, gdzie znaleźć można tak bardzo intrygujące miejsca, jak mur z twarzą, najmniejsza chatka czy ogródek, który zapewne wkurwia wielu, wiecie, cała reszta to zzabudowa typowo miejska, brukowa kostka, mikro domki… sporadycznie drzewko, ale gdzie niegdzie… niespodzianka…

I one rośliny wybijające się spomiędzy kamieni.

Pragnące żyć… lawenda, malwa, mięta…

Zwykle najpierw idę właśnie w tamtą stronę i przyznaję, że co roku odkrywam coś nowego, nie żeby wybudowali… najpierw kościoły, potem one znajome uliczki, wąskie, ale zastawione autami, przejścia do domostw, czasem otwarte, niczym jakieś magiczne ogrody, za murami…

I…

Przejścia w kierunku morza.

Tak… ale to za chwilę.

Najpierw te znajome, one doniczki na schodkach, kolory domków, zlepionych ze sobą, przytulonych, jakby się bały, ale też ciekawie zerkały onymi niewielkimi oknami do śordka innych domów… i te okna, jak zawsze tak bardzo strojne, ale niezasłonięte. I jeszcze one ozdoby drzwi i bram…

Różnorodne.

I ten brak ludzi, jakby człowiek miał dla siebie małe LEGO miasteczko… takie to wszystko maleńkie i nagle mój dom zdaje się być z całkiem innego świata. One rzeźby, zdobienia, wszelakie rzezania, pamiątki po II WW i inne. Wzmianki kto gdzie i kiedy… ściany, drzwi, fascynująca drzwi z kołatkami, fikuśnymi klamkami, zamkami starzymi niż marzenia niektórych i jeszcze…

Cisza.

Często…

Cisza.

Bo chodzenie po onych uliczkach to trochę takie włażenie ludziom do domów, naprawdę, bo w końcu ich domy to też te uliczki, na niektórych tworzą mikroogródki, widziałam chyba najmniejszy, jakieś 10 cm na 25 cm… dwie sadzonki lawenda i coś mniej zidentyfikowanego, możliwe, że oregano… mikroskopijne miejsce wydarte kamieniom, uziemione i kwitnące… kawałek chodnika zabrany stopom, które przecież mogą przejść na drugą stronę…

I te dziwne mury…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wygódkowy Melanż… została wyłączona

Pan Tealight i Nicsięniedzieje…

„Wbrew wszystkiemu, jakoś tak, wszyscy to wiedzieli…

Wbrew jakiemukolwiek pomyślunkowi, możliwe iż, że zgodnie z naturą odkrywania wpojonemu każdemu z bytów, i tak dalej, jakoś tak… wiedzieli, ale jednak, też chcieli, by szalało, by się działo, by jednak coś było i…

Najlepszy był Bóg Od Tego, Że Nicsięniedzieje.

Zgodnie z nazwą zapewne na pierwszy rzut oka, każdy myślał o nim… nie, każdy o nim w ogóle nie myślał. Był wszelako i niezauważalny, i jakoś tak mocno wtapiający się w tło i jeszcze, oczywiście iż był, oczywiście, że istniał i miał swoich wielbicieli oraz wyznawców. W szczególności takich, którzy już się jakoś odkuli w tym świecie, napodróżowali się, chcieli naprawdę po prostu być… ale by nic się nie działo. By nie trzeba było czegokolwiek zmieniać, by było jak jest…

Bez ciągłych ulepszeń i jeszcze…

… i jeszcze cisza i spokój.

Bo tak naprawdę wszyscy marzyli o onym wielkimsiędzianiu, o tych wszelakich wyprawach i przygodach, ale jak już doznają tego i tamtego, to w końcu nagle rozumieją, że za dużo, to jednak niezdrowo i męcząco i jeszcze jakoś tak, czasem lenistwo serio popłaca. Na przykład nie zainwestowałeś w coś i to coś upadło, więc jakoś tak, wygrałeś. Nie straciłeś kasy, nikt cię nie obwinia, nie ma cię…

I uświadamiasz sobie, iż ona dziwna niewidzialność jest pierdzielenie dojrzała, wrażliwa i wszelako ci pasuje. Jakoś tak jest ci z nią dobrze, do twarzy i wszelako, masz nagle czas, który mozesz zmarnować.

Albo nie…

Masz wybór.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pełnia i poczta…

Gdy to piszę, na przeciwko mnie wisi nad drzewami księżyc… wróć, kłamię, wisiał wczoraj, a ja miałam co innego do napisania, teraz jest prawie czwarta, słońce napiernicza, więc, wiecie… oto obraz z innej chwili, ale całkiem możliwy za kilka godzin, wielka rąbana kula. Wyglądająca właściwie jak słońce, bo przecież jasno prawie do północy. No dobra, do 23ciej, ale jednak…

… więc wii toto i się gapi na człowieka.

Gapi się.

Widzę to i czuję, że się na mnie gapi, ogromna kula, której niczego nie możesz zrobić, a która miesza ci w głowie i sprawia, że jesteś do niczego, na dodatek robiłam sesję i jednocześnie mnie przewiało i nazbytnio oświetliło, więc moja radość i zatkane zatoki po prostu pulsują bólem, chcicą uwolnienia się z mej głowy oraz wszelakimi pragnieniami, o których naprawdę nie chcę wiedziać, bo… bo mam już dość. No weźcie no, ile można tak… połowa czerwca taka cudownie chłodna, ale wiadomo, że w końcu gorąc nadejdzie. Na razie chłodne noce, dni maks 20 stopni, więc…

Da się żyć.

Ale ten księżyc…

Nie macie wrażenia, iż onych ciągłych pełni kiedyś było mniej. Ogromny księżyc, czy widoczną Mleczną Drogę pamiętam z przeszłości, a teraz to raczej ciągle deszcze meteorytów, nadmierna aktywność słońca…  a co z tymi dziurami w powłoce ozonowej? Jedna mi kiedyś na wykopie nogę sfajczyła, do dziś mam blizny. Gdzie się podziały inne strachy, inne pełnie, mocniej normalne…

Gdzie?

Pogoda szaleje.

Winorośl na przeciwko już powoli zmienia się w winnicę… nic ino czekać aż te kobiety będą stopami ubijać winne grona i tak dalej… Kolejna nowa wizja. A może tylko pełnia księżyca? Może to jej wina? Bo przecież to, iż pole zamienili na winnicę, to nic dziwnego. Stok nasłoneczniony, winno się udać…

Winno. LOL

Ale zboża nie będzie… i tylko ta pełnia. Oszaleć można, a może już wszystkim nam trochę odbiło, tylko o tym nie wiemy, a jak nie wiemy, to… tylko pełnia? Mniejsza, pełnia jak pełnia, do tego znowu dziwny, mroxny wiatr, to uczucie zimy w powietrzu, dziwnie tak, kwiaty jarzębiny przekwitły podobnie i bzy, ale już pojawiają się piwonie i przypominają mi o Babci.

A poczta?

No tak…

Otóż weszły jakieś nowe prawa i obowiązki, co oznacza jedno, że wszystko to naprawdę już zdechło. Zwykła przesyłka zza morza idzie tygodniami, z USA czy UK w ciągu tygodnia? Przecież to szaleństwo. Polecone obecnie koniecznie trzeba podpisać, a przecież człek kiedyś podpisywał świstek, że nie trzeba, więc… komiczne me sterczenie w drzwiach, gdy osobnik, wiecie, oni teraz elektrycznymi jeżdżą, niebieskimi, więc w kij dupe zadek wieloryba ich nie słychać, ale żwirek chrzęści na podjeździe, więc jakoś tak, no, nie oszukujmy się, ale to jakby ciężki duch przemykał za ścianą… i nagle już nie ma dzień dobry i paczka… nie ma uśmiechu, jest osobnik, który odstawia moją paczkę do pudła obok mnie, gdy ja stoję za drzwiami…

Widoczna za szybką.

No przecież mnie widział.

Widział mnie, otwierałam drzwi, zawsze byli mili i tak dalej… ale nie, nie ma już tych listonoszy, są jakieś rąbane roboty…

Nieludzie…

I nie, to nie wina pełni.

Mam się podobno cieszyć, bo pamiętam, czy też doświadczyłam świata, jakim był, już z kibelkami i techniką, ale też i tym, że klient był ważniejszy, program miał być idiotoodporny i wszelako… przyjazny użytkownikowi, a nie co sezon nowe gówna, których masz się uczyć tylko po to by pogadać z kimś, kogo znasz tylko dzięki internetowi, a teraz… nawet nie wiesz jak go wywołać do rozmowy.

Może to pełnia… jak to piszę słońce już się przesuwa robiąc miejsce innej kulce… błękit nieba lekko ciemnieje, chmurki… wrony…

Dziwny ten świat.

Niemiły…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nicsięniedzieje… została wyłączona

Pan Tealight i Wyprzedaż…

„Zmiany…

Niby nikt ich nie lubił, ale jakoś czasem każdy potrzebował, a nawet jeśli nie potrzebował, to może tylko nei zdawał sobie z tego sprawy lub… zwyczajnie, inaczej spoglądał na świat. Albo… było jeszcze inaczej. Zmiany miały to do siebie, iż uwielbiały się wszędzie panoszyć i naprawdę szaleć, a to oznaczało, że szczerze nikt ich nie lubił, ale też nie umiał bez nich żyć, jakby były tym tłem, bez którego nie byłoby was widać… Lub było coś w tym jeszcze innego?

Kompletnie innego…

Nie wiadomo.

Albo zwyczajnie ni nie chcieli o tym mówić ni nie chcieli myśleć… lub istniały takie rzeczy i sprawy, które wypowiedziane nabierały zbyt wiele ciała i wymagała diety? No kto to nadąży za oną współczesnością?

Kto?

… więc nie nadążali, ale Sklepik z Niepotrzebnymi trzeba było odgruzować.

Choć troszeczkę.

Szykowali szmatki i płyny, szczotki i mopy byli tacy, którzy uwielbiali pożerać śmieci, inni znowu kurzem się odżywiali, więc i to jakoś tak grało. I to w jakiś taki, pokrętny może i wielu obrzydzający, sposób, no po prostu… nie oszukujmy się, wszyscy, każdy jest inny. Naprawdę się nie oceniali, zwyczajnie, uznawali że się uzupełniają. Oczywiście, że się kłócili, czasem była i bójka, czasem ktoś znikał, czasem i na zawsze, wiecie jak to jest… ale zachowywali stabilność.

Czy czystość jej nie naruszy?

Onej cudownej intymności…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przez przypadek trafiłam na youtubowe rozgawory Amerykanów, którzy przenieśli się do Danii, ale oczywiście jak mówimy o Danii, to w amerykańskim lengłydżu znaczy to oczywiście Kopenhagę, więc…

Czego się można dowiedzieć?

Że nie rozumieją, dlaczego urodzone tu dzieci nie dostają od razu obywatelstwa, że jest ciągle jasno i to tak mocno jasno jasno jest wiosną i latem, a potem robi się ta straszna zima, ale nie ma śniegu, a podobno były… no przecież ta jakowaś pani minister czy inne coś, co to pomieszkało w stolycy chwilę i było nawet ambasadorem czy czymś, nagle pomawia Duńczyków o biedę… no i co z tego? To już biednym nie można być i rowerem do roboty jeździć? Sorry, ale w stolycy to można. Na Wyspie to się tak nie da, ale tam, oczywiście, że tak, ale nerwy trzeba mieć.

Rowerzyści bywają brutalni.

Poza tym podatki, są dziwne i wysokie, dodatkowo wszędzie wszystko jest po duńsku… i sorry, ale już w tym miejscu mnie to rozwaliło. Akurat para, którą oglądałam była spoko i naprawdę fajnie tłumaczyli to Amerykanom na ichnie dlaczego i co, no i jak i w ogóle co prawdą jest, a które idiotyzmem.

I hygge im za to!!!

Za to ubawiłam się z laski, która opieprzyła w swoim vlogu Duńczyków za swe nieszczęście, a bo przyjechała tutaj do pracy, a tu nie dość, że po Duńsku wszystko, nawet napisy na szyldach, to jeszcze ludzi nie można łapać na ulicy i się z nimi zaprzyjaźniać… nie wiem, do mnie ludzie zawsze podchodzą i mnie o zawał ubogacają, i ciągle chcą gadać i tacy zainteresowani, a ja co…

A ja nie chcę!!!

Covid Hygge!

A wiecie dokąd wróciła biedna laska jęcząca że ludzie nietowarzyscy, no i pogoda się jej nie podobała, bo wciąż pada… no więc ona wróciła do Londynu.

Kurtyna!!! LOL

Chyba nie wiem, tudzież nie zdaję sobie z tego sprawy, a i więcej, w rovhulu to mam jak Danię postrzegają, bo co mi do cudzej głupoty. Ale z drugiej strony przeraża mnie jak bardzo, w szczególności Amerykanie są głupi.

Jak zapoceni są, maksymalnie, zapatrzeni i ogłupieni wprost są w onych swych wielkich samochodach, ogromnych sklepach, tej wielości wszystkiego… oni tam nie chodzą… jak tak można? Ino auto?

Szaleństwo…

A może to tylko różnica między Europą a resztą świata?

Może?

Wyruszam w świat świadoma tego, że każdy może być inny, wierzyć w inne, mniemać inaczej, mieć inne etyki, moralności nawet… no wiecie, szacunek, oczywiście, jestem gościem, ale już nie ma plucia w twarz. Jak to robią, wybywam z takiej obyczajności, problem się pojawia, gdy ona obyczajność zaczyna zawładywać światem, który był mój. I co teraz? Jak walczyć?

Jak nie zmieniać tego, co było spokojne i jakieś takie…

Moje?

Wyspa wciąż się zmienia i nie są to zmiany na lepsze… tylko, że tego nie da się zatrzymać, bo nazwą to ekologią, i choć wiesz, że kłamią, to nie ruszysz ekologii. Wielkie maszyny w porcie budują kolejne wiatraki, ale ty już wiesz, że to tylko biznes… zaśmiecone morze łka, a ty… tylko mozesz łkać z nim, jak stać cię na łzy…

Bo sól wyżera rany w skórze…

A woda już nie taka jak kiedyś.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyprzedaż… została wyłączona

Pan Tealight i Konsola…

„W pewnym momencie już nikt nie zadawał pytanie o to jej dziwne imię. No wiecie, nie Kaśka nie Brzoza nie Strumień czy jakoś inaczej, ino Konsola. Jakby miano na nie grać, czy figurki stawiać, czy coś…

Konsola?

Ale początkowo, jakoś każdy chciał się dowiedzieć czegokolwiek. Czy to jakoś po Mamusi, Babci, czy kimś tam innym. Wiecie, może to jakaś rodzinna tajemnica, czy inaczej? No bo przecież to jet ciekawe i ciekawi ludzi czy inne tam stwory. Kto im zabroni być ciekawymi? Tosz to zwyczajna potrzeba i wszelako dość normalne… wszelako jakoś tak w końcu nikt niczego nie powiedział. Wiecie, tak wprost. Niby między sobą szeptali, szepcili i wszelako rozprawiali nie do końca w obecności zainteresowanej, ale jednak… Czy Konsola słyszała? Zapewne tak, ale…

Nie reagowała.

Słuchawki na uszach, pojemność płuc mocna i łaziła nad morze wzywać Krakeny.

A tak, była specyficzną kobietą, czy też raczej bytem była specyficznym, bo kto by jej tam pod oną wielowartwową kiecę, zawsze dołem zamoczoną i w algach utytłaną, zaglądał. No nie było chętnych.

Za to Krakeny

Nadchodziły.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nowe przygody Mikołajka” – … ech. Miałam, mam znowu. Taka prawda, że to jest jednak klasyk. Wiecie, takie coś, do czego się wraca, pamięta wciąż bohaterów, co bawi, a jeszcze w tym wydaniu jest genialne dla dzieci większych. I tyle, taka prawda. Lubię to.

Tak jak wracam do Muminków, o stopień wyżej dla mnie od Mikołajka, tak wracam do ukochanych autorów i innych postaci. Po prostu, wracam. Do czegoś znajomego, czegoś, co przynosi komfort… co jest miłe, słodkie, pokręcone, zabawne, ale jednak, pochodzi z onego świata, gdy to poprawność polityczna…

Nie istniała.

I to jeszcze w takim wydaniu!!! Kocham! Chcę całość! Mam nadzieję, że kiedyś się uda, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jakoś tę moją bibliotekę uzupełnić. Nie tylko mieć nowe, ale i te kiedyś wydane, wznowione…

Chcę…

Tęsnię za moimi książkami, wciąż.

To boli…

Napadła mnie zgraja wróbelów.

Nadal nachodzi mnie mewa, a dodatkowo, zamiast jednej wrony myjącej swoje jedzenie w poidełku są dwie i ta druga na mnie krzyczy… głupio się czuję, jak tak klika w klawiszki, a kątem oka widzę zbliżający się do otwartych drzwi. Wiem, że mewa się czai, by po prostu puknąć w okno. By domagać się głosem i dźwiękiem stukanym, ramoleniem, gruchaniem, onym spoglądaniem, wiecie, tak z boku, bo przecież na wprost to chyba dziób ino widzi… jak w tym memie z nosorożcem co rysunkuje się…

No więc… białe to mewa.

Wrona nadlatuje ciszej. Pojawia się najpierw jedna, czasem rzeczywiście jest sama, ale czasem jest głośna, dziwnie namolna, patrzy, gapi się we mnie jak w ten gnat z onym szpikiem smacznym, jak w czaszkę, w której oczy wciąż lśnią, widzą, smaczne oczka, nom nom nom… LOL

A czasem są dwie.

I wtedy jedna pije, a ta druga na mnie krzyczy.

Wyłażę i tak, wrzeszczy, bo wody nie ma, albo ją zapaprały i chcą świeżej, albo… no serio, od czego ja tu jestem, od tego by ptaszki się mną bawiły? Oj, chyba źle to zabrzmiało. No cóż, ale może to prawda i?

No i wróbelowie.

Wiecie, kolejne pokolenie, które szaleje… znów. Najpierw kryją się w bujny żywopłocie, zielonym i białym, a potem wpadają na taras i już wiem, że znowu będę któregoś wyganiała z domu. No weźcie no!!!

… więc napada na mnie latające.

Widać nie do końca akceptują to, że taras deszcz wymył, widać trzeba posrać trochę. No bo jak inaczej? Jak? Tak bez obsrania? No jak? Widać w ptasim świecie gówno ma wielkie znaczenie. Naprawdę. O wiele większe niż się ornitologom śniło, czy jakoś tak… bo kto inny o one ptaki dba?

Kto?

Chociaż… czy ja kiedykolwiek ornitologa widziałam?

Chyba nie…

Mniejsza, ptaki są ważne. Ptaki też srają. Zające są ważne i nawet mogą podjadać moje zioła, ale bez przesady, a jeśli chodzi o sarny, to nie, mam dość! Obżerają mi młode drzewka, więc szczerze, nie. Są piękne, niesamowite i wspaniałe, ale jednak, wiecie, człowiek się napatrzyć nie może i pozwoliłby im na wszystko, ale jednak nie powienien. Nie może… przecież…

Nie może.

Bo życie oznacza nie tylko dom, ale i ono zewnętrze… Ono zewnętrze, które wpływa na nas, które też jest domem, bo dom to nie tylko ściany i dach, ale też doniczka z lawendą i figa, którą sam wysadziłeś i jeszcze mięta, na potem, na herbatę i melisa, ku spokojności i drzewo, które się tak kocha, dziwnie, jak rodzinę i ta trawa pełna stokrotek, która, która naprawdę jest fascynująca.

Ale, którą trzeba przycinać czasem, ale dopiero jak dmuchawce polecą, ale dopiero, jak wszystko się zmieni, dopiero wtedy… bo przecież nic nie może być tak od razu, najpierw trzeba się napatrzeć na oną kwiatowość i pszczoły dokarmić, a dopiero później… Chociaż nie, wcale nie tak, główki stokrotek jakoś tak spokojnie umykają kosiarce, więc są zawsze, nawet jak trawce się łebek przytnię.

Włoski się znaczy…

Zielone.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konsola… została wyłączona

Pan Tealight i Poszalenie…

„Zdarzało się…

I wcale nie było wiadomo kiedy się stanie i wcale nie można było przewidzieć czy się wydarzy i kiedy i jeszcze… w jakiej mocy i czy będzie choć częściowo przewidywalne, no i przede wszystkim czy będzie na chwilę, czy jednak na zawsze? No wiecie, tego to nie było wiadomo tak ot od razu…

Nawet jak ju czułeś, że to ten dzień.

Ten czas.

Wiedziałeś… ale też potrafiłeś wciąż trwonić w sobie oną świadoość, że inni mogą serio mieć to gdzieś. Tak po prostu kompletnie gdzieś. Albo, co gorsza, jakoś tak, no wiecie, mogą uznać cię za wariata, czy coś, a nie za artystę zmysłów. No wiecie, w końcu to ono barwne szaleństwo. Ona chwila, dłuższa, krótsza, w której jesteś w końcu człowiekiem prawdziwości najmocniejszej! Jesteś pełnią człowieczeństwa, fontanną szaleństwa wszelako przebogatego i kreatywnego, którego każdy potrzebuje, a który juz jest na wymarciu… wiecie…

Obecnie szanuje się ino szufladkowaną normalność, a przez to…

Przez to wszystko jest tak… płaskie.

Przewidywalne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Polaki cebulaki?

Ha ha ha.

A wiecie co?

Oto jest jeden z największych sekretów tego miejsca… Chociaż, po prawdzie… to nie wiem, jak już tu pomieszkacie, choć kilka wieczorów, to wiecie, od razu się skapniecie, bo dość intensywny i na dodatek znacząco znajomy aromat unosi się po ulicach, nad morskimi falami, nad skałami i drzewami… nawet między ścieżkami, domami, stuka w okna, pobudza soki trawienne, wszelako…

Jest znajomy.

Jest codzienny…

A co bardziej fascynujące, to całodzienny. A tak, cebula dobra jest i na rano i na wieczór i może w tym momencie robi się wam lekko dziwnie, bo smażone na noc, albo tak z rańca ona pieczeninka… to jednak tak, tutaj tak się je. Podobnie jak żółty ser z dżemem i chleb z cienkimi wafelkami czekolady… jak one bułki z nutellą, czego nigdy nie rozumiałam. Bleeee!!! No weźcie no…

Ale…

Fakt jest taki, że u nas najwięcej cebuli schodzi w kuchniach!!! LOL

… więc, możecie się pośmiać.

Cebuli schodzi u nas wiele.

Za oknem obecnie niebo podeszczowe… może nie popadało wiele, ale jednak, lekko pochmurzone, ale już błękitniejące, kwitnący wciąż żywopłot i głogi, niektóre i jeszcze, one wszelkie nowości na horyzoncie, który stracił oną swoją brązowość… Teraz wszystko puchate i zielone i jeszcze…

Jakieś takie czekające na coś.

Ale w dzisiejszych czasach jakoś tak, no po prostu człowieka ogarnia dziwny niepokój, taki inny, bardziej niepokojowy, kiedy czuje, że to wszystko na coś czeka. Mam już dość zmian, zaskakujących odstępów, a potem braku odstępów, które szczerze mi odpowiadały. Jedni wciąż w maskach, wyglądają jak szaleńcy albo alienowie jacyś… i nie wie już człowiek czy to jemu odbija, bo nie ma ust zatkanych, czy jednak…

Jednak nie?

Na promie jak człek widzi teraz kogoś w masce, to zaczyna paranoidować.

Bo wiecie, nie wiadomo czy to oni są chorzy, czy boją się innych? Czy zwyczajnie z innego kraju, innego świata, wszechświata, jakoś tak… boją się wszystkich i wszystkiego, a może jednak? Może… jest coś, o czym nie wiemy? A może to jednak lepiej by nie wiedzieć? Może tak lepiej?

Może?

Nie wiem… ten świat już nie jest tylko dziwny… jest straszny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poszalenie… została wyłączona

Pan Tealight i Zwykły Dzień…

„Tak miało być.

Tak zaplanowali, a jednak…

… i tak nie mogli być pewni, czy przyjdzie, czy się zjawi? Bo jak można być pewnym? Pewnym czegokolwiek w onych czasach? No przecież wszystko tak szalało, wciąż coś się motało, Pan Tealight nie wrócił właściwie do pracy, pewne zmiany zaszły w okolicach jego kapci, niektóre nad głową… tak naprawdę tak często zajmował się wyłącznie swoimi dziennikami i pamiętnikami oraz wszelakimi sprawami pisanymi, albo też i zajmował się gapieniem w okno… patrzeniem na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, która od jakiegoś czasu nie wchodziła do Białego Domostwa… nie mówiąc już o Sklepiku z Niepotrzebnymi…

Jakby się bała, że ją wciągnie i już nie wypuści.

Może miała rację?

Wszyscy czuli w kościach i mazi, mięsie i mięśniach jakieś takie napięcie… nie tylko dlatego, że znowu wisiała nad wszystkim ona Pełnia. Tym razem rąbanie Truskawkowa… znowu? No kto to widział, by się świat tak szmacił? To, co miało być wyjątkowe nagle stało się sezonowe i…

Zmiany…

Dlatego go aż tak bardzo potrzebowali.

Zwykłego Dnia, onego dnia ze wschodem i zachodem słońca, albo i deszczem, może i wietrznego, może spokojnego, w którym mogliby popełniać błędy, potykać się, napychać brzuszyska i paszcze, a potem żałować tego ostatniego kawałka piernika czy zkornikowanego drewienka, które miało dopełnić onej cudownej kolekcji drewnianych niewiadomoco…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szwecja – Sprawy książkowe.

Szwecja ostatniego dnia maja była dziwna.

Pogoda zaserwowała na południu wszystko co mogła i wrzątek i zimny wiatr, nibyśnieg i deszcz i wiatr sam, bez wiatru i jeszcze… co się dało no. Niebo takie i takie, chmury niskie, prawie drapiące cię po czaszce, a potem… słońce i jakby nigdy nic leci z nieba deszczyk wiosenny, cholernie mroźny, ale przecież wiosna, więc podpada pod wiosenny… więc…  Niby tym, co w aucie nie winno to przeszkadzać, po prostu jedziemy ostrożniej, ale jednak… wyjść tu, wrócić i już gacie mokre…

Ale…

Po pierwsze na półkach pustki.

Makarony i zupki wykupione, a sprawdzaliśmy w kilku miejscach. Nie wiem dlaczego zawsze biorą moje ulubione grzybowe… no zboczeńcy jedni. Dodatkowo byliśmy akurat w kilku i wszędzie to amo. Tego nie ma, tamtego nie ma. Jakby… hmmm, czy to już one zwiastowane braki?

Nie wiem.

Byliśmy w okresie onego końca szkół, więc wszędzie i flagi i czapeczki, one girlandy i wstążki, wszystko niebieskie i żółte i niektórzy oczywiście są lekko zadziwieni, ale, co tam, przecież co mnie inni… Szwecja ma flagę jaką ma i kocha swoje kolory i wolno jej się cieszyć. Jeśli jeszcze ktoś tego nie rozumie, tutaj koniec pewnego szkolengo etapu, podobnie jak w Danii, jest ważne.

I już.

Koniec tematu, nie to nie Ukraina!

Ale…

Tym razem udało mi się zwiedzić kilka intrygujących sklepów.

Po pierwsze sklep hobbystyczno-artystyczny. Ja pierniczę, chcę co najmniej połowę tych narzędzi by sobie przepalić srebro, ale… spokojnie. Większość z tego, nie wiedziałam nawet, iż takie rzeczy istnieją. Kurcze. A to, to w ogóle jest do czego? Jako osobnik, który umie robić świeczki poczułam się jak… no szczerze, no i mydła? Ja pierdziu… naprawdę, takie fikuśne…

Ale ja chciałam fajne stemple do wosku… nie było.

No i dobrze i tak mnie nie stać.

Mniejsza… te podobrazia… ech, farb moich też nie mieli, ale to chyba trzeba zamówić i tyle, w końcu zwykle i tak nie mam czasu i tak nie wiem… jakoś tak, chociaż nie, mam 3 obrazy do skończenia i tak się stanie, a potem reszta. Powoli. Małe kroczki. Musi się udać, wszystko, innej wizji nie przewiduję.

No i książki…

Tak… w końcu znalazłam sławną księgarnię science-fiction/fantasy.

I była tym razem otwarta i… mają Tardis w środku!!! Ja pierdziu, po prostu, mają tam rzeczy, niewiele, nerdowe, filmowe, mają też i książki, co jest tak bardzo mega odświeżającego!!! Oni mają tutaj książki!!! Dużo. Po angielsku i szwedzku i jeszcze jak tam inaczej, i książki i anime i komiksy zapewne też…

I Tardis.

Wspominałam?

Tam jest jak w sklepie dla dorosłych, ale wiecie, tych innych dorosłych. Tych, którzy czytają i kochają czytać, tych, których fascynują one Marvele i inne tam. Właśnie wiecie, tych dorosłych… zły sklep. Jak nic trzeba tam zrobić prezenty na święta! I wszelkie inne okazje i mają tanie kartki z reprodukcjami prac jednego z moich ulubionych artystów!!! I plakaty… następnym razem biorę jeden…

Mam nadzieję…

I pachnie tam książkami.

Kurde no! W jaki sposób ten świat, w którym z końcem XX wieku narodziły się niesamowite księgarnie teraz ich już nie ma? Jak? Ma salony wystawiennicze i meblowe, dezajnerskie szopy…

Jak?

I Tardis…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zwykły Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrz Niedopowiedzeń…

„Właściwie…

… nie, nie znaczy to, że mówił nic.

Znaczy mówił wiele, bardzo wiele, japa mu się nie zamykała, dowadniał się dożylnie, wszelako nie dbał o higienę jamy ustnej, więc było to problematyczne, ale jednak nosił też dziwny hełm, więc…

No tak.

Miał hełm na głowie, wiecie taki sprzed wieków, co to kiedyś w nich nurkowano, czy coś, ino, że on w środku miał rybki… chyba je żuł, czy coś, lekko jakieś dziwnie nie do końca takie wciąż żwanwe były, no i latające były, więc już w ogóle to było fascynujące. Wiecie… tutaj nikt nie zwracał na to uwagi, ale jednak, jakoś tak było to fascynujące. Doprawdy niesamowite. Był czymś…

Wielce nowym.

Jakoś odwracał uwagę od wszystkiego, co się wydarzyło, a wydarzyło się wiele… i wciąż wydarzało, chociaż jego nikt nie słuchał, więc wielu wiele mogło umknąć, ale… tak, czasem warto kogoś posłuchać, nawet jeśli to zabierze wiele czasu, waszego czasu, to czasem coś fascynuje, albo ostrzega, więc…

Może jednak im tam dobrze było?

No rybkom… wiecie, może to przykład symbiozy, czy coś? Może to jednak nie było jednostronne? Wykorzystywanie i tak dalej? One coś z tego miały, on coś miał, a cała widownia, która wciąż jakoś nie do końca rozumiała, pojmowała ono znaczenie bycia oną widownią… to jednak, tam byli… a taka jest chyba definicja widowniowania, czyż nie? Przecież nikt nie zmusza do patrzenia…

A już słuchania nie da się sprawdzić, zwykle nie ma jakichś egzaminów po widowisku tym bardziej, że… no wiecie, to się nie kończyło, albo, nie wiedzieli, czy on przestanie, kiedykolwiek. Kiedykolwiek?!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Koralina” – … hmmm… Czasem myślę, że obok „Gwiezdnego pyłu” to moja ulubiona książka Gaimana. I nie do końca wiem dlaczego… przez rodzinność? Czy coś więcej?

A może odnajdywanie w niej siebie?

Nie wiem…

Ale bardzo chciałam odzyskać tę powieść. Właściwie maleństwo, ot garść stron, a jednak, jakoś tak, ta historia dziewczynki i jej rodziny sprawia, że znowu inaczej patrzysz na swoje dzieciństwo. Na te pomyłki, które nimi nie były, były tylko lekcjami… na wpadki, które też nimi nie były, tak ci wmówiono, na zdjęcia, które wcale nie pokazują tłuściocha, ale kogoś, kto jest chory…

Na ludzi…

Oj weźcie, kto z nas nie chciał wymienić rodziców… nie marzył o nowym domu, albo w ogóle domu, oraz… no tak, to trochę Alicja, ale taka, której drzwi prowadzą w rzezywistość. Nie marzeniowanie, chciaż ono też, ale jednak… to opowieść o pragnieniu rodziny, bliskości, ale też… dzieciństwie. Które wcale nie jest takie proste. Przecież dzieciństwo to czas przed dorosłością…

Polecam.

Szwecja, kamienie i pogodowe szaleństwa.

Właściwie… to chyba raczej nie pojmuję tego do końca, ale tylko i wyłącznie dlatego, że spoglądam na to ze swojego punktu widzenia. Jak mówię komuś, że jadę do Szwecji, to dla mnie jak wsiąście w autobus, który wiezie mój samochód co prawda, ale jednak… tak to wygląda… półtorej godziny i już. Wielki świat, inne rzeczy, dziwne rzeczy, rzeczy, za którymi się tęskni, bo tak, można tęsknić za rzeczami i jeszcze więcej rzeczy i spraw innych ludzi… i inni ludzie…

Ludzie, którzy w jakiś sposób są tym czymś, czym my jesteśmy dla turyścizny, więc coś takiego wymiennego… może to o to chodzi, ale uwielbiam pływać do Szwecji. Po prostu. Chociaż zawsze to odchoruję, kocham to… jeszcze jak się uda zapamiętać, że chciałam to, czego chciałam i to coś jest otwarte…

Szwecja, a dokładniej Ystad i Malmö stały się dla nas onym synonimem luksusu.

Wiecie…

… człowiek się wybiera w podróż, bierze wodę, zapasowe gacie na wszelki zapas i jeszcze sweterek, bo przecież i powinien nie zapomnieć paszportu, na wszelki wypadek i jeszcze… pigułki, no przecież bujnijcie mnie ino lekko i już zielenieję i rybki karmię, a w pojeździe pływającym, czy raczej się ślizgającym na onych falach, to wiecie, trudno jest. Naprawdę. Są torebki, są łazienki, ale i wąskie przejścia i tłok może być, więc… no trudno jest. Trzeba wszystko mieć przemyślane już przed.

Trzeba.

Chodzi mi o to, że miejsca, które są niewielkie dla takich mieszkańców metropolii, dla nas są onym wielkim światem.

Po prostu.

Taka wyprawa, chociaż zwyczajna, w uszach kogoś z kontynentu brzmi – WOW… bo kto tam sprawdza gdzie ta Wyspa leży… serio? Nie sprawdzacie na google maps takich rzeczy? Serio? Nie ciekawi was? Street view i tak dalej… widać nie, no ale… Szwecję widać w niedalekiej oddali, ale płynie się do niej długo, najpierw trzeba dojechać do portu i wciąż człek się zastanawia, czy serio coś zrobią z Nexoe?

Mieli plany by stamtąd właśnie wypuszczać promy, ale…

Tak wiele było i tak wiele nie ma.

Wciąż wszystko jakoś tak… się wali tutaj trochę, ale i po drugiej stronie nie jest cudnie. Znowu na przykład powróciła sprawa kamieni. Oczywiście rzucanych w samochodu. Wciąż zalecają drogi okrężne i tak se myślę, czy chodzi tylko o kamienie, czy o coś więcej? A może… mają dość Duńczyków? Nie wiem, ale to przeraża. Są celni, a dostanie sporym kamykiem w przednią szybę, jak dobrze wycelują, a dobrzy są i nieuchwytni… cóż, to naprawdę straszne, jednak wciąż…

Bo tak jest inność.

Bo jest więcej.

… więc najpier pokonujesz strach opuszczenia Wyspy, potem pływania, jazdy, ludzi, potem wszystkiego innego, czarnowidztwo…

Dlaczego?

Dla czego… dla małosolnych w polskim sklepie?

A może jest w tym coś więcej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrz Niedopowiedzeń… została wyłączona

Pan Tealight i Kompania Serowa…

Grzybki na numer jeden i na numer dwa… obecnie w promocji.
Weź trzy, zrezygnujesz z płacenia!

Taki czas.

Turyścina zjechała na Wyspę, więc… trzeba było jakoś tak, no zwyczajnie mniej lub bardziej, często nadzwyczajnie nawet, jakoś tak po prostu się zareklamować. Wymyśleć produkty, sprzedać je, zarobić, bo przyszłość… Przyszłość przyszła i oznajmiła, że jest niepewna siebie samej.

Że wszystko to, co się do tej pory zdarzyło wzięła rzeszłość i zapakowała w pudełka i papier świąteczny i kokardki dodała, jakby wiecie, się Mikołaj… no sorry, ale po tylu ciasteczkach i mleku… musowo pawiował, a jak pawiował to ze sprinklesami i… Chodziło o to, że Przeszłość nie czuła już siebie, a Teraźniejszość była tak niewinna i tymczasowa, włąściwie uchwytna ino na zdjęciach a to i tak nie zawsze dobrze, bo teraz te filtry i inne wymysły, wiadomo co to nabroili na tej nibykliszy…

A nie, kliszy juz nie ma…

Tak, Przyszłość wiedziała, że nie ma, jest, ale nie była już pewna tego, czy w ogóle jakakolwiek i czy po prostu… będzie.

A to było doprawdy przerażające.

Bo jeśli ona nie wie, nie ma onych proroczych snów, wizji wszelakich, nie jest upojona onymi naparami, naćpana grzybkami i wszelako nasmarowana mazidłami – tak, podobno pomagały na latanie na miotle, ale która kobieta by sobie pozwoliła drąg tam wsadzić w tę stronę, no weźcie się zastanówcie. Przecież to nie tak działa. Oj nie… a jak u kogoś działa, to boleśnie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Coś jest dziwnego w tej pogodzie.

Nie tylko to, że z nagła mamy czerwiec i nie jestem z tego powodu nieszczęśliwa, ale przede wszystkim, jest… hmmm, jak to określić… zimno. Znaczy, w słońcu, w dzień, oczywiście, można czasem się i spocić, ale wieczorem temperatura leci w dół i czasem nawet spada poniżej 10 stopni. A to czerwiec. Pomyśleć, że rok temu mieliśmy już lato, a potem nie, potem znowu, więc…

… hmm, kto to tam pamięta.

Prawda jest taka, że wielu się to nie podoba, a ja jestem zadowolona.

A co… w końcu mam niewrzącą pogodę.

I tak mi lepiej. Wiem, że zboczeńcy kochają tam jakieś 30C, ale może przez chwilę dacie i tym wielbiącym chłodniejsze klimaty wytchnąć? Co? Przecież to kurde północ. Nie oszukujmy się. To nie Majorka, choć niektórym się tak chyba wciąż wydaje, no ale… jak to u nas, szczury. Tak, mamy taki problemik i się okazuje, że ostatnio w Aakirkeby do domu wprowadziła się rodzina. Wygnały ją szczury, a dokładniej po pogryzieniu dziecka przez gryzonie, zaproszony szczurołap nie wziął fujarki, znaczy pewno ją ze sobą miał, ale jednak nie zagrał jak to w bajce, wiecie, siedząc na skrawku zieleni, ciągnąc je rządkiem za sobą z dala od ludzi. Nie. Kurcze, nie zrobił tego i naprawdę jestem zawiedziona, to Dania na Królową!!!

…nie wypędził ich poza miasto i w ogóle… po prostu powiedział babce by wypowiedziała umowę i spier…

Wyprowadziła się.

Nie wiem czy już to zrobiła, ale to podobno niezła szczurza spelunka. Lepiej w ogóle jej unikać i co jak co, ale podejrzewam, że tam zachodzą takie mutacje jak z Żółwiach Ninja… pamiętacie?

Ciekawe…

No ale…

Płot nam zakwitł, wsio wygląda dookoła jakby gotowe było na ślub, koniecznie dziewica, welon i wiecie, scena jak z tego bez oka, czy nie, zaraz, ślepnącego… no Juranda ze Spychowa, wiecie. Mój ci on, mój… czy jakoś tak to było? Nie wiem, do końca nie pamiętam, ale jednak…

Musi być dziewica.

Ta biel, te płatki zrywane wiatrem i unoszące się w powietrzu, tosz to przecież niesamowite. Wygląda jak śnieg, i tak, cudnie jest, oraz przepięknie i w ogóle! I jeszcze… tak się bałam, ze nie będzie tego płotu, że nie będzie tej bieli, że wszystko jakoś takoś nie stanie się, bo przecież, przecież wszystko obecnie jest tak bardzo niepewne i… robi się coraz gorzej.

Gorzej…

Wszystko zaczyna nas przerastać.

Wszystko.

Ale nic to… w końcu i temu trzeba stawić czoło. Nowemu, strasznemu, innemu, trudnemu… ceny lecą, rosną, wzrastają, szaleją. Dostępność rzeczy to koszmar. I będzie pewno gorzej, ale jednak… podobno pandemia wraca jak przewidywali. Czy serio jeszcze będzie jakieś życie?

I czym w ogóle jest życie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kompania Serowa… została wyłączona