Pan Tealight i Buduar tortur…

„To nie było porwanie.

No weźcie no, kto by śmiał, kto w ogóle mógłby posiadać tak wielkie moce i być z nim na jednym skrawku ziemi, by… nie no, weźcie, chciali po prostu pogadać. Razem tak, bez onych różnych przydatków.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Robi się ciepło i cieplej.

Temperatury może jeszcze nie w okolicach 20 stopni, ale już blisko, chociaż dziwnie takoś jakoś, wciąż w powietrzu coś zimnego, lodowego właściwie… dziwnie tak, ale robotę trzeba zrobić. Wiadomo. Czy mój kalafior wyrośnie? Będzie eksperyment w tym roku, pewno nie wyjdzie, ale jednak przecież nie może mnie jakieś zwątpienie ogarniać, no weźcie no. Przecież się nie poddam… albo poddam, ale tylko wtedy, jak już nie wyjdzie kompletnie. Jak na razie trzeba odważnie i do przodu…

Albo usiąść w kącie i płakać.

Albo nie.

Kurcze, tyle tych rzeczy do wyboru. Tyle stron, w które można się zwrócić, tyle ścieżek, tyle zmian zajść może i jeszcze… no weźcie no, nie będziemy jak inni. Będziemy szaleni na tyle, by w świecie, gdzie susza panuje, wszelaka zwierzyna wpierdala mi najładniejsze tulipany kompletnie nie łasząc się na te zwyczajne… sadzić kalafiory. Znaczy wiecie, zasiać już zasiałam, wybiły i…

Kurna, teraz się boję, a co jak padną?

A co jak nic z tego?

Kocham kalafiory, choć one mnie raczej mało… ech… miłość jednak nie zawsze odwzajemnioną, coś o tym wiem.

I moje kiszki.

Ale…

Może i chłodno, a jednak wiosna, może i wciąż kwitną jabłonie, a bez zaczyna wyłazić, to jednak, wciąż wiosna… i to już jej druga połowa, tego nie da się uniknąć, od tego nie można uciec. Czas płynie, ale dokąd, nie wie nikt. Zmienia nas wszystkich i wszystko dookoła, może poza Cher…

No co?

Cher zawsze taka sama.

Świat oszalał, ale na Wyspie, mimo wszystko wciąż jeszcze jakoś tak cicho. Jakoś tak wszelako spokojnie. Jakoś tak, pusto. Zieleń na horyzoncie nie jest taka jak rok temu. Jakoś tak, wszystko jest inne. Horyzont czasu zachwiany nie do końca trzyma wszystko w ryzach… portale do innych światów jakoś tak niechętnie przyjmują gości. Czy tam, uchodców… bo przecież jeśli ci to nie pasuje, to zawsze, kiedyś może, ale jednak, można było to/coś zmienić…

A teraz?

Nie no, pewno że wciąż nie mamy McDonalda, ale… kogo to obchodzi. Tak naprawdę, komu to potrzebne. Konsumpcjonizm, jednolitość? Miało to dać poczucie bezpieczeństwa, a tutaj znalazłam xylitol i sorbitol w zwykłych tabletkach. W wiataminie B12, nie no, weźcie no ludzie… wszędzie to pchają?

A wiecie, że mnie to zabija?

Oj tam, kto by chciał to wiedzieć, w końcu mówią, że bezpieczne…

Nagle sklepy stały się czytelniami. Straszne to, gdy księgarnie stają się miejscami z rzeczami do wystoju wnętrz… i może można tam kupić długopis, ołówek i zeszyt, ale kogo one obchodzą?

Dziwny świat.

Nawet ten mój.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Buduar tortur… została wyłączona

Pan Tealight i Karczma w Lesie…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wybrała się na spacer, co ostatnio nie wydarzało się często, ale jednak tym razem… polazła ciągnąc za sobą swego Chowańca i Chochela – chochlika pisarskiego i jeszcze tabun misiów i wszelakich bytów, które czuły się na siłach i wszelako były do niej aż nazbyt przywiązane… do dolinki. Do tej co plumkała zawsze i kumkała…

… i jeszcze…

Mokro tam było.

No wiecie, dołem rzeczka, bokami skały, drzewa nie zgadzające się z grą papier kamień i tak dalej… wszelakie miejsce niebezpiecznych zaprzeczeń, skąmlących marzeń odrzuconych oraz zapomnianych zakochań.

I szyld był…

„Karczma w lesie” wszelie kobiałki mile widziane. Drinki na koszt lasu! Zabawa nie tylko całą dobę… napis może i był, ale wiecie, głos żaden z onej karczmy nie dochodził, był ino szyld i żadnego budynku, czy dziury w skale, zresztą skały niewielkie, więc raczej gdzie by one kobiałki miały się mieścić… wiadomo, że zwyczajowa kobiałka, to raczej mocniej kobiałkowa i miejsca potrzebuje by czar swój roztaczać. A co… kobiałki miały to do siebie, że uwielbiały to robić. Nawet bez żadnego powodu. Nawet tylko dla siebie damych, by poczuć się lepiej…

Zwyczajnie.

Ale jednak…

Wiedźma Wrona nagle została zaintrygowana. Nagle poczuła, że jest coś na jej wyspie, co jednak… ale czy sama Wyspa wiedziała? Czy ona wiedziała, a może wiedziała, ale postanowiła to ukryć, a może… może znalazła sobie już nową wiedźmę? Może w końcu, może to coś, o czym myślała już tyle razy miało się wydarzyć? Ale co wtedy? Jakby to miało być i czemu nie dostała powiadomienia o zwolenieniu z roboty? A tak w ogóle, to co się tutaj odpierdzielało?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Do spożycia… jedne stare, inne nowe.

No po prostu… magia!

I krew i mord jeszcze i może trochę ziół, wiadomo, lepiej sobie wiedzę odświeżać wszelako często i tak dalej…

No dobra, to chyba wiosna.

Albo chłodniejsze wczesne lato.

Susza, ciepło, ale zimny wiatr wieje, ptaki obsrywają co się da, mewa puka w okna domagając się wszelakiej uwagi, ale przede wszystkim jedzenia. A co. Uważa, że jej wolno, zresztą, kto jej zabroni. Jak te człowieki nie biją ino czsem starają się machać łapami… i śmieszne to dla mewy, więc mewa się bardzo śmieje. Bardzo oj bardzo i krzyczy jeszcze, jakby zwoływała inne, by przyszły i zobaczyły jak sobie ludzi wytrenowała. No jakie toto skoczne, choć nogi ma dziwne…

Płetw nie ma.

Dziwne te człowieki…

Mewa unosi się nad domem, potem kolejnym, wzbija się wyżej, nad dachami, kominami, morzem, drzewami, polami… kolorami, które z onej bieli kwitnienia dziwnie szybko, czasem w jedną cieplejszą noc zmieniają się w zieleń. Oto czas zieleni. Wrony wrzeszczą, mewy też, ciągłe przekrzykiwanie się wszelakich gatunków zdaje się być oną niesamowitą muzyką, którą, niszczą dzwony kościoła…

Dziwne.

Sztuczne.

Boleśnie sztuczne dla ucha… jakby już nawet ona wiara nie posiadała nikogo, kto chciałby sobie podzwonić. Znaczy podzwonić dla onego boga, jakimkolwiek osobnikiem on jest… bo przecież to zwykle on.

Zwykle…

W lesie cisza…

Znaczy wiecie, leśna cisza.

Ptaszki szaleją, trochę wiatru, tu i tam czasem coś trzaśnie, coś poskacze, coś poszaleje w krzakach. Coś… wszystko się ciągle zmienia. Kwiaty znikają, czosnek się wzbija jeszcze bardziej w górę, Chowaniec zestresowany… tak naprawdę, tak naprawdę to wszystko stoi na rzęsach, plaska uszami i rozumie, że wcale nie jest do góry nogami, w ogóle, to ona obecna poprawność…

YAY!

Czasem sobie myślę, jak to miło żyć bez ludzi.

Egoizm?

Nie, strach… ucieczka od stresu, od bólu, który potrafią nieść słowa nieznajomych i znajomych… od niezrozumienia. To jest Wyspa. Miejsce ucieczki, dla wielu. Ale dla wielu też zwykła „destynacja”, kurna, kto wymyśla te słowa. No po prostu nie mogę, ale macie, jestem na czasie choć raz.

A nie, że wciąż to koło i koło…

Tak w ogóle, to poza oną wszelaką codziennością, która jest wszędzie, to nic się nie dzieje. Na szczęście, przyznam się. Co prawda samolotów wojskowych lata więcej i człowiek naprawdę ma tego dość, ale co zrobić? Nic nie możesz. Musisz się kulić, krzyczeć, płakać… w końcu i tak nie słuchają.

A co jest prawdą?

Nie ma prawdy.

Za to na pewno jest zieleń i wiosna… wiatr torchę napierdziela, w ogrodzie zmiany, wszelakość natury wkrada się do domu, olejek miętowy na straży, trzeba będzie dokupić, bo na samym soku z mięty daleko nie pociągnę. A może w końcu zrobić samemu? Ino z czego oleum wyciągnąć?

Hmmm… wiem, są sklepy, ale wiecie, jak na wyspę, to wsio wysyłkowo, a już na tę Wyspę w szczególności!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karczma w Lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Medytanceusz…

„Ommmm…

Nagle skądś się spopieliło, a potem skleiło, aż w końcu zażądało zupy z grzybów egzotycznych, bo pojawiła się ona złota maziaja w powietrzu i miała gębę. A ona gęba zarazem wielce żądliwą była…

Znaczy żądała a nic nie dawała.

Żądliła?

Ech… mniejsza… to akurat nie było aż tak ważne, bolało bo bolało, ale jednak… ale jednak medytowanciła. Każdego. Czy chciał czy nie chciał, po protu to robił. Każdy przy nim wpadał w coś takiego, że od razu aura, odlot i wszelaka boskość i zen… a potem i portfel zniknął, komórka i jeszcze ten mieszek z ziołami, ale to mało ważne, w końcu jak złodziej to weźmie, to się wsio odnajdzie…

I tak było.

Ale Medytanceusz nie miał wyrzutów sumienia.

Tak naprawdę to poza matą i szlafrokiem rozchylającym się zbytnio w pewnych miejscach, naprawdę eeeee… nazbytnio się rozchylającym. No naprawdę. A przecież widać było, iż gówno markowe na sobie nosił, więc jak to? Musiało być w tym coś więcej. Znaczy, nie że pod onym szlafrokiem, tam to mało było, ale widać ono mało było na tyle ważno, iż zaliż wżdy chciał to pokazać wszystkim…

Eeeee…

Ale…

Ommmmmmm zioooooommmmmm. Tak, pozę miał poprawną, zapewne, a może aż nazbyt taką, no wiecie, geriatryczną, nic nowego, jednak jak działa, to po co zmieniać? No po co? Może mu działało, ale ten cholerny szlafrok. Nosz kurde, w tej pozycji doprawdy lepiej było stać za nim, lub do niego plecami i zamknąć one oczy z tyłu głowy, które to wielu posiadało…

Oj wartało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Obsydianowa komnata” – … na tej części skończyłam, znaczy na „Karmazynowym brzegu” i oj, ale to było zakończenie… nie spojleruję, ale… tak jak sama opowieść nie była wystrzałowa, tak ono zakończenie, cóż… Nie uwie. I tęsknię bardzo za poprzednimi, naprawdę z chęcią bym do nich wróciła, więc jak ktoś wyda, to ja jestem… tutaj!

Chcę!!!

Chcę wrócić do poprzedni tomów, bo te dwa to już była nie ta sama melodia, co kiedyś. Pamiętacie „Relikwiarz”? A „Relikt”, „Martwa natura z krukami” czy „Gabinet osobliwości”? Opowieści, w których wszystko jest możliwe, gdzie można i wierzyć i wiedzieć i jeszcze wątpić. Gdzie ona charyzmatyczność Pendergasta cudownie składa się z szaleństwem naszego ulubionego gliniarza i co… i gliniarza w tym tomie właściwie nie ma, a Pendergast ma do towarzystwa pewną kobietę i problem. Nie tylko ten… za który mają mu podziękować.

Znaczy wiecie, kradzież, trup i może miłość?

A może…

No właśnie. To coś wydarza się często w powieściach, ono zmęczenie materiału i wtedy trzeba drastycznie coś uciąć, kogoś wyciąć, coś odmienić, po prostu poszaleć, problem w tym, że tutaj, onej podstawowej serii z Pendergastem to trudno coś, poza nim oczywiście, wyciąć… w cyklu archeologicznym, czy z młodą agentką jest inaczej, ale tutaj… ten mistycyzm zaczyna już ciążyć.

Pendergast musi stąpić z piedestału i może stać się człowiekiem?

A jak na razie, to nie żyje, a może żyje, kobietę porywają, biedny ochroniarz ma lwy na karku a cała reszta… nie, za bardzo to pokręcone. Za bardzo. I lekko niezrozumiałe i jeszcze… kurna, mogło być tak o wiele lepiej.

Szkoda…

Ta powieść, a raczej fabuła, miała jakiś potencjał, ale… nie do końca udźwignął go język… ale, cóż… i tak przeczytane. I jeszcze bardziej tęsknię za tymi poprzednimi tomami/opowieściami/przygodami.

Może wznowią?

Store Bededag…

Dziwny dzień, szczególnie spoglądając na ten stosunek Wyspy do religii. No wiecie, niby wsio ateiści, ale konfirmacja być musi i jeszcze do folkekirketa wszyscy są zapisani, ale oficjalnie nikt w nic nie wierzy poza mamoną. Wiadomo, wygodne. tłumaczą się tym, że chodzi o miejsce na cmentarzu…

Że to dla dzieci.

… więc, czy Tubylcy wierzą w życie pozagrobowe?

Hmmm. sam dzień został powołany do życia w 1686 roku. W ramach intensyfkacji ludzkiej siły roboczej. Wiecie, wiosna, tyle świąt, więc zlepmy wszystkie w jeden i będzie fajno. Struenseego panowanie, znaczy wiadomo niby Christian VII ale jednag Struensee wtedy był tym, który poskładał wsio do kupy i od 1771 roku, jako jedno z niewielu świąt pozostało aktywne. I wolne od pracy.

I tak sobie człowiek myśli… sprytne, co nie?

A z drugiej strony taka Wielkanoc to u nas wolna w pełni!

To jak to jest?

Ten dzień i Kristi Himmelfart to dwa dni konfirmacji. Czyli takich tam czegoś na kształt komunii, ale dopuszczającej młoty Thora i różne inne pogańskie sprawy… a o pogaństwie mówiąc, to podobno obecnie Jezuski na piniatach są w Polsce popularne? Takie do rozpierdzielania lagą…

Hmmm…

No ja nie wiem, ale zabawa zapewne przednia!!!

Ciekawe co z Jezuska wylatuje? Oj, złę myśli, złe myśli. LOL

No cóż…

… religia…

To w ogóle wszelace pokręcona sprawa. Z jednej strony ludzie nie potrafią bez niej żyć, a z drugiej, jakoś tak wciąż przeszkadza i rani. Wciąż męczy i niszczy i tak skomplikowane życie. Komplikuje je jeszcze bardziej i miota człowiekiem od prawa do lewej budząc dziwne nienawiści… okrutne i pokrętne, bo przecież z jednej strony tak, a z drugiej inaczej i jeszcze… te pieniądze…

I to, co po śmierci.

Jakby tego, co za życia było za mało?

No ale… w końcu wspóczesność udowadnia, iż tak naprawdę wszystko potrafi być religią. Konsumpcjonizm, demokracja, komunizm… czyli ogólnie wszelkie acje i izmy, czyli tak naprawdę chyba wszystko, ale, może jednak, może jednak są sprawy odpychające od siebie one religijne kształty?

Jak… spacer w lesie.

Po prostu bycie i nie kontrolowanie, znaczy, nie próbowanie tego ze wszystkim i wszystkimi. Życie bez ryja w telewizji i ciągłego klikania kup na ikonkę koszyczka? No bo tak naprawdę? Ile potrzebujemy? Działających kończyn i mózgu, no i korpusika też. Swojego miejsca na ziemi, może i dachu, jakiegoś poczucia bezpieczeńśtwa, czegoś do roboty, co się kocha i jeszcze…

Marzeń.

By na przykład dotrzeć gdzieś, coś zobaczyć, wszelako się czegoś nauczyć i jeszcze… jeszcze można doznać onego „doznania”, które po prostu sprawi, że poczujecie się pełni. Skompletowani.

W końcu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Medytanceusz… została wyłączona

Pan Tealight i Kozak…

„Właściwie…

Wiecie, w dzisiejszych czasach sądzenie po ubraniu, stroju, wszelakich zewnętrznych oznakach… no cóż, jakoś tak zwyczajnie za to można w ryj dostać. Pytasz się troskliwie kiedy poród i cię dama od razu tak brutalnie i to z tymi pazurami plastikowymi, no z plaskacza. Albo gorzej, gazem cię mimo wciąż pamięci o tym, co zaszło dopiero co w onej przeszłości tak bardzo niedalekiej…

No ale… chciałeś dobrze, wykazałeś zainteresowanie przecież, chciałeś naprawdę porozmawiać, w kolejce damie miesjca ustąpiłeś… szrmanckość w tobie tkwi i w ogóle, ale jednak, nie wyszło.

Nie wyszło.

Wprost przeciwnie, chociaż…

… z drugiej strony patrząc, to jakoś tak, no może jej chociaż ulżyło? Bijącej? Może to tak miało wyglądać? Ech, Kozak wiedział, że co jak co, ale na tej planecie miłości nie znajdzie. Wiedział to, gdzieś tak, podskórnie, tam gdzie żyłki miał srebrzyste, krew w nich zielona płynęła, a on… wiedział jak wejść do siebie z siebie nie wychodząc i… rozmawiał o tym z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane, która wciąż jeszcze nie doszła do siebie po tym, o czym nie chciała mówić, a i po tym, o czym wiedzieli wszyscy, o śmierci książek…

I on chciał jej wysłuchać.

Przyniósł jej nawet bukiet konwalii… ale ona nie chciała mówić, nie chciała i tyle. Tak naprawdę to tylko czekała aż Pan Tealight powróci, bo jako jedyna wiedziała gdzie i dlaczego on tam jest. Dlatego, no tak z nią tylko siedział myśląc o tym, że czas już wracać, ale jemu akurat tutaj ta wiosna odpowiadała. Jakoś tak mu pasowała i temperatura i te kwiatki… no nie chciał wracać…

Tam tego nie miał…

Ale co z miłością?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Afera gazetowa i ocieplenie…

No wiecie, ekologia.

Gdy człowiek głupkowato jeszcze wierzył, że może inne kraje jakoś tam bardziej się starają w onych różnych wymiarach – pamiętajcie, że myśmy przeszli przez etap: ojojoj, ziemia się oziębia, a teraz nas robią ojojoj klimat się zmienia i będzie cieplej, czyli od okładki Times’a z pingwinem na krze do tej z wychudłym misiem.

Tak, takam stara.

… więc, nie wiem, pamiętam wrzące początki lat i tunele w śniegu. Pamiętam wiele, też i to, co było, gdy mnie nie było. Znaczy wiecie, kopiąc w ziemi też wiele można się dowiedzieć o klimacie, a najprościej zerknąć na pewne rzeczy, na przykład nazwy miast czy ich godła/herby?Miasto ma herb, co nie? Gudhjem ma gryfa… zajebistość level more than hard, Potter level! Serio. To, że potem szczury na klapach w drdze, to już tam inna inszość… chodzi mi o to, że klimat się zmienia. To, że ludzie durni i syfiarze wycinający drzewa, to wiecie jak mnie to telepie…

Ale…

Ekologia, to dla mnie ostatnio wyłącznie hasło, którym firmy się podcierają.

W tym przypadku, o ironio! firma papierowa, znaczy gazetowa. Znaczy, nie no, oczywiście, że gazetkę macie w necie, ale jednak można też nabyć wersję papierową, więc… więc wiecie, ogłosili, nie no, możecie nie wiedzieć, więc zacznijmy raz jeszcze… Nasza, wyspowa gazeta główna stwierdziła, że nie będzie brała udziało w onym koszmarnym zachowaniu, czyli rozwożeniu gazetek sklepowych. No wiecie i za to należą im się brawa i owacje, bo przecież są ekologiczni.

Pokłon im czopki!

Ja pierdziele…

Firma od gazetek oczywiście szuka innego dystrybutora, więc…

Wszystko rozeszło się zapewne o to, że nie chcieli im zapłacić więcej. Znaczy Tidende… chodzi tylko o kasę. Nie o ekologię. A gazetki… bez urazy, ale dla wielu osób to jedyne info gdzie można dostać tańsze masło. Na przykład u nas ceny są takie, że wbić zęby w ścianę. Przykład masło – około 30DKK. W Netto promocja 6 DKK. I co? Można zrobić zapas, jest lodówka, można sobie pozwolić na masło.

Można się dowiedzieć co w Lidlu nie marnując czasu na łażenie.

Można?

Można było…

Nie wiem, po prostu jest to idiotyczne. Odmówili jakiejś firmie i zamiast powiedzieć, że nie płacą im więcej, jak zażądali zapewnie, i tak rozwożą swoją gazetkę, to wiecie… teraz inne auto ma jeździć po Wyspie? Jaka logika? Gdzie kurna? Jacy tumani kurzu no!!! I wiem, dla wielu ta gazetka to niepotrzebny śmieć. Powiem tyle, dla wielu to ono: o, stać mnie na masło, o w Lidlu jest coś, co mogę zjeść.

Nie, ludzie tu nie opływają w kasę.

Znaczy w większości.

… więc to tyle w sprawie gazetek, w sprawie ocieplenia, to kilka dni temu było ponad 20 stopni! LOL teraz już nie, ale to nadejdzie. Na pewno. Ech… na dodatek popadało odrobinkę, więc… ŁAŁ!!!

Za mało.

Oj, za mało, nadal susza, dziwny wiatr, dziwy wszelakie w powietrzu… pyłki czy inne licho? No weźcie no.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kozak… została wyłączona

Pan Tealight i Samotnik…

„Nie, nikt go nie widział… nie wiedzieli jak wyglądał, jak mówił, jakie lubił potrawy i co pił, gdy smutek ogarniał go tak szczelnie, że nawet w najziemniejszy dziej wszystko wydawało się być miękkie i miłe… bezpieczne. Jak się ubierał i jakich tkanin nie lubił, może był jednak jakimś skrytym faszionistą, a może też i influenserkę uprawiał, wiecie, samotny to on mógł być, wolał między drzewa leźć i w krzakach sikać, ale jednak, jakoś tak, lubił innym pokazywać dzicz.

Wielką dzicz.

Może to był ten ktoś, kogo właśnie polubiłeś tylko dlatego, że widziałeś jego piękne dłonie, poorane od jeżyn i malin, ale jednak, jakoś tak, pianistyczne. Długie palce, dziwna bladość, chociaż… powinien być bardziej opalony? Z drugiej strony samotność nie oznacza przecież tylko dziczy i skrytości, można mieć i dom i cały ten szajs, ale zwyczajnie nikogo nie spraszać, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… może i był to jej jakiś krewny, czy pokrewny…

Nie wiedzieli, bo nie widzieli, ale jednak…

Ktoś kiedyś słyszał dziwny szept, żeby nie sikać pod tą sosną, bo wiewiórki na górze szaleją i szyszką można oberwać, a to bolesne. Kiedyś też ktoś dostał kwiaty, gdy miał bardzo zły dzień a i Wiedźma Wrona korespondowała z jednym takim, który w rzeczywistości, nie wiadomo gdzie żył, ale nie tolerował ludzi… może… jednak tylko ją, chociaż, wciąż wątpliwości wzbudza ono jej „człowieczeństwo”.

Ale… tak…

… w ogóle, czy naprawdę istniał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Straszą…

Oczywiście, że media Wyspę straszą, że Putin by zrobił to i tamto, i że tak, jak najbardziej posiada akowe możliwości, i że ten podpisany pakt z zeszłego wieku wciąż jest wyciągany na zewnątrz, ale… zawsze żurnalisty potem dodają, że to jednak mało prawdopodobne. I wiecie co?

Uznaję to za najwyższe skurwysyństwo.

Po pierwsze ludzie, którzy tutaj mieszkają i tak mają mocno przesrane, będąc użytecznymi dla państwa tylko jak trzeba w ekologię robić, światu coś pokazać, czy na przykład na wakacje gdzieś wyjechać, a poza tym, to po co komu ta Wyspa? Poza tymi zakochanymi w niej, tym, którzy poczuli, że tutaj dom… prawdziwy… chociaż. Czasem mi się wydaje, iż wielu z nich poczuło to więcej niż raz. Zwątpili też raz, a potem może i drugi, a potem, znowu wsio się zmieniło.

Podobno wiele osób schodząc na ląd odczuwa to coś… ono dziwne uczucie, że oto jest dom. Ale w niewielu ono uczucie się rozwija. Może to jakiś syndrom podróżnika, wiecie, wytelepanie na wodzie i potem widok onej linii brzegowie, że aż chce sie wdrapać na bocianie gniazdo, co na promie będzie raczej trudne i mocno zapewne zakazane i na pewno nie będzie to ten maszt…

Ale jednak…

Czy tchnie w nas, bije wciąż ono pożądanie lądu? Może bycie na łodzi/statku i tak dalej, jednak mąci nasze zmysły? Bardziej, niż nam mówią?

Może…

Dom…

I gdy mówią, że z ni stąd ni owąd ktoś może ci bombkę spuścić, to wiesz, że trzeba przygotować się na najgorsze. A tutaj kurna ino jedna jaskinia na wszystkich. Może dlatego onej Turyścizny tak niewiele? Nie dlatego, że zimnawo, temperatura ma wciąż naście, nie dwadzieścia coś stopni i jeszcze… jeszcze wszelako to zamknęli i tamto, a ci co się pootwierali, to chociaż siły i wszystko tam mają na miejscu, to jednak, jakoś tak… wiecie, ten pandemiczny szał tutaj nie był tak ciężki, ale jednak…

Jakoś coś w powietrzu wisi i nie tylko havgus czy pył znad Sahary.

Czy ten Merkury co to się znowu cofa, pozornie…

Szaleniec no!!!

Ale… oto połowa maja już prawie, własciwie no już i co z tego? Czas zapierdziela i jakoś tak nie wiadomo za co się złapać. Czy chwasty czy sadzenie, kalafiorek może, czy jednak zacząć biznes olejowy jakiś bo i u nas się zaczynają te gadki o tym, że kto gdzieś przetrzymuje nie wiadomo ile oleju… i to wszystko przez niego… więc, w tym miejscu przyznam się do czegoś… nie lubię oleju. Oliwy też nie. Nie używam od… eee… wieku? Jakoś nigdy z olejem nie było mi po drodze.

… więc nie mam.

Takie czasy, że nikomu już zaufać nie można. Znaczy, lepiej nie ufać. Może utrzymywać stosunki wszelakie, ale jednak…

Ech, cóż ta pandemia z ludźmi zrobiła?

A może to ludzie ludziom?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samotnik… została wyłączona

Pan Tealight i Otwarcie Szubienicy…

„Po pierwsze nastąpiło pewne rozluźnienie… wszystkiego.

Po drugie i trzecie, dlaczego nie?

Ona niby wróciła, on nie, więc mogli sobie poszaleć, ale w tym szaleństwie brakowało metody i jakiegoś polotu, w końcu większość już dawno zrobiło rzeczy, które inni uznają za szalone, zbyt wiele, wszelako obrzydliwie i tym podobne… więc postanowili otworzyć szubienicę, tę na większej górce. Bo czemu nie? Kiedyś działała i podobno hype był wielki, więc może i im by sie udało…

Co dziwne, to Królewny po best before były jak najbardziej za tym i Ojeblik – mała, ucięta główka zaczynała podejrzewać, że miały w tym jakieś coś więcej i coś mocniej i plan wszelaki i jeszcze… hmmm, wolała nie myśleć. Ewakuowała się z kilkorgiem innych do Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i postanowiła na to nie patrzeć, ale sama Wiedźma zdawa się być tym…

… zainteresowana.

Ale jakoś się nie ruszyła za wozem i tym tabunem osobników, którzy przy zaćmieniu, księżycu krwawym ruszyli pobudować odpowiednie utensylia. I jeszcze rozwiesić plakaciki, że utylizują smutki i tych co ci mówią: jesteś gruba. Dla bardziej szczupłych teściowych pół złocisza zniżki. Bitcoiny zresztą też być mogą, ale tylko te namacalne. W naturze płacenie ino duszami i czaszkami, bo paliczków ostatnio mieli w nadmiarze… i nikt nie miał odwagi się zapytać skąd się tak spojawiały dookoła, niczym one kwiaty wiosenne, niczym one przebiśniegi, przylaszczki, anemony…

Krokusy?

A może li ino stokrotki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wirus” – … uuu… Dobra, tego autora nigdy nie czytało się dla wartkiej akcji i wysublimowanego słownictwa, no ale… szczerze? Aż tak źle… katorga toż to, doprawdy, rozumiem wysmarowanie czegoś w celu zaprotestowania przeciwko publicznej i nie do końca publicznej służbie zdrowia… onemu traktowaniu ludzi jak towar właściwie, ale…

To można było napisać lepiej.

Można było.

Ale nie pykło coś… i tak, oczywiście, że powieść jest wirusowa, ale jeśli oczekiwaliście pandemii, to nie, to nie o tym, a dokładniej nie do końca. Autor przypomina nam o tym, iż istnieją gorsze wirusy przenoszone przez komary i co? I zabija nim. Nagle jedynym ocalałym z malutkiej rodziny staje się mężczyzna, który walczy z biurokracją i tyle. Spotyka podobnych sobie i…

Właściwie zakończenie, eee… jest dziwne.

Nie wiem w ogóle dlaczego takie właśnie musiało być, przecież coś takiego niczego nie rozwiązuje!!! Burżuje mający w zadku maluczkich istnieją od zawsze, tego się nie da wyplenić, nie da się przegadać… do nich właściwie należy ino dołączyć. No bez urazy, ale to jest to, co wyciągnęłam z tej powieści.

I jeszcze by bić robalich!

Książka to droga przez mękę… i tyle.

Jest źle napisana, dialogi to koszmar, osobowości odwalone i zero pomyślunku w onym męzkim bohaterze nader głównym. Szybciej zrozumiałam komara. No weźcie no, jeśli koleś coś wiedział, ale jakoś tak nie mógł z nikim zawalczyć… nie pogrąża się w rozpaczy… czy jego w ogóle to obeszło?

Śmierć?

Ech…

Nie rozumiem. Ale może to ten współczesny świat… nie znam go, chyba w ogóle. Naprawdę. Nie oczekiwałam dzieła, ale to… to miernota.

Słońce…

Właściwie prawie pali. Może i temperatura jeszcze nie jest jakaś majowa, wiecie, opalać się nie da, w pierun wieje zimny wiater i tak dalej, ale jednak… ja nie narzekam. LOL Nic na to nie poradzę, ale szczerze mam niską tolerancję na ciepło. Wolę zimno. Po prostu. I pewno, że ta cała wiosenność oszałamia kwiatami i kształtami i zielenią, ale jednak… można siedzieć w ogrodzie, czasem coś wyrośnie, jak kalafior przysłany z Niemiec, może i coś zdechnie, jak lidlowa lawenda…

Bezczelność, oddawać moje 30DKK!!!

Albo…

Ziemia jest sucha. Nie da się w nią wkopać. Stąpanie po niej, to jak pumeksowanie stóp. No weźcie. Potrzebujemy deszczu. Potrzebujemy jakiegoś wytchnienia od onego słońca, wiatru wysuszającego i jeszcze…

Może sponsora by kupić kilka krzaków do ogródka?

Wiem, że wciąż się powtarzam z tym sponsorem, ale człek robi i robi i nawet czasem się wyupkać nie może. Sami wiecie jak to jest. Wyspa to nie inność jakaś czy raj… choć wielu się takową wydaje. Ale za to jeśli mieszkacie w Gudhjem czy okolicy, to na Facebooku jest grupa, na której koleś kochający Rosję z chęcią wymyje wam okna. Ja bym się bała, bo jeśli on ich tak kocha, do tego ma nazwisko wskazujące na to, że przyniesie ze sobą dywanik modlitewny, no to…

Połączcie sobie kropki.

Ale fajno wieje….

Znowu trzeba podlać ogródek.

Ale… nic to. Właściwie, to jedyna normalność obecnie, ziemia i błaganie jej o jakąś współpracę. No wiecie. Namacalny dowód własnej, ciężkiej pracy. Chyba kupię sobie kilof, naprawdę. Bo jak inaczej to ruszyć?

Ale… dlaczego wspominam o grupie?

No więc…

… wciąż jest problem z pracownikami, więc jak ktoś chce spędzić wakacje, zarobić i jest małoletni, to wiecie. Ci więcej letni też coś znajdą, ale… hmmm, wypłata może was zaskoczyć. Może i okaże się, że to więcej niż w Polsce, ale jeść i mieszkać gdzieś trzeba, chyba… Chyba że po prostu jak ten koleś od gotowania, wprost się zapytacie, czy wam ktoś udostępni miejsce do spania?

Nie wiem, ale ja chyba nie mam takiego tupetu.

Na pewno nie mam.

Ale współcześni przedsiębiorcy mają. Wiecie, oni młodzi, lekko po dwudziestce, wciąż uznawani w czasach dzisiejszych za dzieci. Oni z wizją. Ojojojjj!!! Jedyni tacy, bo przecież nikt przed nimi wizji nie miał. Wróć, nawet takiej samej, w końcu spora część od razu uważa, że może gotować i prowadzić interes.

Ha ha ha!!!

Tak wiem, może to starcze zgorzknienie, a może prawda?

Może…

… ale… pogoda na razie słoneczna, planowana słoneczną by być i tak dalej, więc podlewanko, a tu i woda i prąd drogie, trza zapierdniczać z tym no, wiecie, robić wsio manualnie. Jeszcze cudnie by było, gdyby człek miał panele słoneczne, ale… to jednak spora inwestycja.

A w inwestycję najpierw trza zainwestować.

Może na tej grupie napiszę, że chcę kasy, tudzież może ktoś ma używane… tupet to tupet, może się tupeta nauczę. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Otwarcie Szubienicy… została wyłączona

Pan Tealight i Karaibiak…

„O rany jak toto jęczało…

Że słońce nie takie, że woda za zimna, wszelako rośliny straszne, owoce nie rosną wszędzie i jeszcze, jeszcze nie może chodzić na bosaka, ale oczywiście, że może, ale jednak, zimno, tu szczypie, tam pali, wszystko jest nietakie, wszystko jest jakieś za ciemne, potem za jasne i jeszcze chmury nie w tym kształcie jak trzeba a i niebo jakieś takie, no nie takie jak trzeba i jeszcze…

Pytają się go, więc czemu tutaj jesteś…

A on, nie odpowiada.

Zwiesza głowę, ale ci, co są niżsi, czyli na przykład Ojeblik – mała, ucięta główka, wścibska wielce i tak dalej, ale wszelako niskopodłogowa dojrzała tam jakiś dziw. Pokrętny szmergiel, który niektórzy mogą nazwać uśmiechem. Krzywym, dziwnie sardonicznym i może, niczym z tych rzeźb Starożytnego Egiptu… zaskakujący, że nie plecki tak, głowa tak… wiecie, niepoprawny politycznie.

Inny.

A może jednak…

… przerażający?

Ale przecież on mimo wszystko był taki zabawny, podrywał wszystkich… nie tylko do tańca, grał na bongosach czy innych tam tykwowatych sprzętach, co to niczym chude i bezduszne, niczym serc pozbawione ciała, dudniły. Wspomnieniami o życiu… Wiedźm Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane w ich rytmie zamykała właśnie drzwi w Podziemiach Wiedźmy, gdzie tylko ona mogła wejść, tylko ona się mieściła, dziwnie, pasowała tam, a jednak… Mikołaje jej strzegli wtedy, Niebieski nawet podawał jej świeczki… coś się działo…

… coś…

Coś się działo, ale Karaibiak skutecznie i z przytupem, wszelako wszystkich jakoś tak ucieszając, zagłuszał Coś.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zewnętrze…

Chyba ta wiosna w końcu przyszła, aczkolwiek nie rozumiem, dlaczego koleś myjący ulice musiał to robić o piątej rano na naszej maciupkiej uliczce, gdzie kurna nie ma trafficu czy jak to zwią, a zaraz potem zaczęło padać… wiecie, widać niebiosa zdecydowały, że się nie spisał, czy coś…

No ale… wiosna.

Wyglądając przez okno zaczynam widzieć kolory, a raczej większą ich ilość. Znaczy, no wiecie, nie tylko odcienie kory i kształty konarów, nie tylko pola zielone i trawniki, ale też i coś już na drzewach. W końcu forsycja wybuchła, nie że tylko lekko lekko, czereśnie zaczęły i inne te takie co na biało, wiecie i głóg i te smrodliwe… jabłonie jeszcze nie, pajęczyca i stokrotki szaleją… dereń, kalina…

A to smrodliwe to… tawuła? Nie no… to nie to?

Chyba…

Jest i czosnek niedźwiedzi i gwiazdnica i pewnie jak co roku zapomniałam jak toto się nazywało, to białe, no weźcie no… piękne, ale wali jak kwitnie!!! Ja nie mogę, od dzieciaka nie wiem jak to się nazywa, nagle wiem, a potem znowu nie wiem a google ma mnie gdzieś i w ogóle…

Po prostu biały kwit i kolce, nie ma liści.

Jak w bajce.

I jeszcze te z cielistymi liśćmi, lekko różowawymi…

Krzewy wszelakie, drzewa mikre i większe i jeszcze w oddali las i pola i jeszcze… nowy silos? Co to ma być? Ech, wiadomo, zmiany. Jak wszędzie, tylko że… no u nas to jak się spojawiają, to jakoś bardziej je na horyzoncie widać. Mocno bardziej. Wiadomo, takie miejsce, lepiej widać.

To ono magicnze światło zapewne.

Nie tylko pomaga artysom, ale i słobowidzącym.

W stolycy podobno remont, ale wiecie, ja mieszkam n drugim końcu Wyspy, dla mnie to jak wyprawa za granicę. Znaczy ta druga strona Wyspy. Zresztą, jak tutaj ludzie dzielą się na tych, co to mieszkają wyżej i niżej, w znaczeniu układu terenu, to o się dziwić. No weźcie no. Ale, niech im będzie.

Spoglądając na one pola i drzewa, krzaki i kota srającego za winklem sąsiada, chyba że to sąsiad, nie no… mówiłam, żem ślepa kura! No ale, spoglądając na one drzewa, w onym pięknym i fascynującym oświetleniu, jakoś takoś uświadamiam sobie, iż wiem, że to jest piękne i wszelako zachwycające, ale też… nie wiem… może ta winnica coś zmieni? Chociaż, ja bym wolała las…

Oj tak, las.

I niebieskości w górze i w dole, bo morze też i jeszcze jakieś coś na kształt rzeczki i stawu, wiecie, kompleksowo… ale bez komarów, naczytałam się ostatnio za wiele. Oj za wiele na temat wirusów przenoszonych komarową drogą, więc wiecie, może lepiej stojąca woda nie tak bardzo… chociaż, wychodzi na to, że wiele stoi…

Czy ja mówiłam, że to ma jakieś seksualne wydźwięki?

NIE! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karaibiak… została wyłączona

Pan Tealight i Posłaniec…

„… chyba w tych czasach to się ich kurierami nazywało?

Chyba?

W końcu dziś to tak naprawdę właśnie nazewnictwo często sprawia problemy najbardziej… problemayczne, ale jednak, jakoś tak, on wolał być Posłańcem. Nawet miał takie mikro złote skrzydełka anielskie u bucików, wiecie, adidaski miał zgrabne, wysokie, ze skarpeteczkami ala szkoły garniturowe, ale w zabawną, mieszaną chyba rodami… no w szkocką kratkę je miał. I do tego spodenki: niebieskie i ponad nimi pasek, no i oczywiście biała koszula i jeszcze mucha… serio, pod brodą miał wielką, taką końską, na pewno modyfikowaną muchę.

Skrzydła właściwie robiły za klapy kołnierzyka, nazbytnio nakrochmalonego, dziwnie trzymającego bardziej głowę, z krótkimi, rudymi włosami i nosem pyrkatym, twarzą ziemniak przypominającą, a tych skrzydeł połyskiwanie zdawało się być wprost radiacyjne i jeszcze, jeszcze, że chyba wszystko to było, z jednej strony okay, do przyjęcia właściwie, chociaż… oj, może i było nawet jakieś wszelako przepisowe, jednak tchnęło czymś takim, takim czymś, skądś inąd. Z miejsca, gdzie może one muchy były jeszcze większe, jeszcze bardziej łyskającej, może i miały skrzydeł więcej…

.. i władały wszystkimi?

Może…

W końcu dlaczego zbyt wielu, zbyt często, uznaje naukę i to, czego dowiedziono, co wiadomo, jakoś tak za pewnik. Za coś stałego, nienamacalnego, ale co musi być i musi być prawdą, bo jeśli nic nie jest, to czemu nie. Czemu nie akurat to? No kto im zabroni? No kto spróbje, kurde, ta mucha na pewno jadowita, jak nie zapłaciłeś za przesyłkę, to jak nic cię użre. I w ten sposób odbieże należność…

Ale procenty wciąż będą narastały…

Wciąż.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiecie co…

Nie ma Turyścizny.

Znaczy, no nie ma ich tyle. Nie wiem czy to po prostu wiat postpandemiczny, który nagle stwierdził, że chwila już odpowiednia by dostać się tam, gdzie pozwalają, czy jednak chwila nieodpowiednia, za bardzo wietrznie, za zimno, noce po prostu lodowate, te powiewy wszelakiej wściekłości, jakieś zaćmienie księżyca co to było, ale wciąż podobno oddziaływuje na wszystkich…

Pęd…

Ku latu.

Wiele rzeczy się zmieniło. Ci, co jeszcze rok temu kupili tutaj domy, sprzedali je, jak one niechciane zwierzęta. Ci, co przemyśleli sprawy, postanowili sprzedać hotele, niektóre na części, inne w jednej całości, a znowu jeszcze inni zapragneli je kupić i to w środku Gudhjem. A tak, właściciele budynków się zmieniają niczym… no wiecie, gacie na tyłku. Czyli często, jeśli ktoś ma wątpliwości.

Jakoś tak się nagle okazuje, że w Gudhjem jedna osoba ma wiele nieruchomości. Znaczy wiecie, mamy oligarchę na Wyspie. A co? Inni mogą a my nie? No weźcie no, nam też wolno mieć i pałac i zamek i statek, i jeszcze archipelag, i jakiegoś pseudo bossa, którego jednak traltuje się inaczej niż w Minecrafcie.

LOL

Mimo Janteloven są lepsi i lepsiejsi… i ja.

Ogólnie mówiąc, jest chłodno, ale w ogródku wrze…

Tu pszczółka, tam bączek, a tutaj wielki, upasiony pająk.

Kurde, nie wiem na czym tak się wyżywił, ale szczerze, takie to trochę aż nieładne w tych dzisiejszych czasach, gdy to olej się zaczyna reglamentować. Ludzie nie wiedzą co będzie? Pewno nie straszą jak w Polsce, no ale… olej… dla wielu podstawa. A czemu go nie ma? Bo wiecie, bogaci i knajpy wykupiły sobie zapasy, więc dla maluczkich nie zostało. Ciekawe, czy im się wydaje, że ludzi będzie stać na one posiłki?

A może tylko ja taka nieobznajomniona z oną…

… typowością człowieczeństwa?

Wiecie…

Te skupiska ludzkie, śpiewanki, jedzenie z cudzych rąk i tak dalej? W ogóle, one ludzkie się grupowanie. Naprawdę tego nie kumam. Szczególnie w obliczu onych wieści z Chin i tak dalej. Jakoś dla mnie wciąż wsio zakaźne. I nie, nie chcę znowu złapać tego gówna. Nie po to człek się w domu chowa coby go raczyli, bo przecież każdy powinien i tak dalej. Oj nie. Ja sobie nie życzę.

No ale…

Co do hoteli, to zapewne będą i remonty.

Ale… Chowaniec poznał naszego głównego kapitana i wiecie co, no taki zaskoczony jest, że przecież nasze promy to nie żółte łodzie podwodne, a kapitan taki niewielki. Czy niewielkich nie bierze się właśnie na te jednostki takie… o kurde, na apce wyskakuje, że Rosja, znaczy wróć, statek pod banderą oną się chowa tutaj po naszej stronie. No ja nie wiem czy się z tym dobrze czuję.

Trza apkę wyłączyć.

Szczerze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Posłaniec… została wyłączona

Pan Tealight i Panny z Wanny…

„… bąbelki.

Naprawdę.

Dobra, nie no, oczywista, że to nie było jakieś tam jaccuzzi czy inna wanna z bąbelkorobem, ale po prostu, jakoś się robiły one bańki i bąble, pykające kulki lekko tęczowe, a niektóre to po prostu kolorowe, że aż oczojebne… I chociaż żeliwna była, prawilna taka wanna, wiecie, ona wszelako i mocno pradawna, ale i przerdzewiała nawet miejscami, to jakoś tak, magicznie li i może…

… działała

… więc raz w tygodniu wszystkie były pannami. Pannami z Wanny.

Ale tylko raz w tygodniu.

Musiała, a raczej potrzebowała chyba aż tygodnia by się napełni, naczarować, narobić, no i wiecie, wszelako znowu być użytkową, one tylko przynosiły zapałki i chrustu trochę, zapachowych gałązek, ziela sypkiego, ziela w mazidłach, ziela w kulach… a cała reszta robiła się sama… Kwiatki ddokoła się pleniły, różne plącza łapkami dziwnie nazbyt ludzkimi masaże oferowały wyciągając najpierw kartoniki do podpisania, ale druk mały i jeszcze te czarne maszynki, coby karty płatnicze wsadzić… no wiecie, w tym świecie nie ma nic za darmo… nawet las chce teraz by mu płacić nie tylko powietrzem. Oj nie. Za takie traktoanie, to on musi jakoś coś dostać…

Więcej?

Ale one… jakoś im to nie przeszkadzało.

Właziły ostrożnie, dziwnie każda miała wodę jak chciała, w takiej temperaturze, a nie innej, nawet jak grupowo, jak kilka chciało się bardziej zabawić, to w tym miejscu chłodniej, tam cieplej…

Dziwne to było miejsce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mama muminków” – … ona. Taka niewielka, na zdjęciach szczuplutka, właściwie maciupka, bardziej Mała Mi niż mama Muminka… bardziej ona eteryczność, niż człowiek zdolny stworzyć coś takiego. Coś, co czytane za dzieciaka uczyło żyć, a za dorosłego…

Pozwala odetchnąć od onego życia.

Napisała i narysowała wiele. Miała rodzinę. Kochała, była kochaną, miała wyspę, chatkę, ale przede wszystkim w tym malutkim ciele wciąż dymiła i szalała wyobraźnia. One spostrzeżenia, oglądania świata zmieniały się w słowa, a te w postaci, przemyślenia, zdania, któte akturalne do dziś niosą mądrości i pocieszenie… bo przecież choć była mamą Muminków…

To nie tylko.

Oto jest… wielka opowieść. Twarda okładka sprawia, że wygląda to jak mega cegła, ale jednak te niebieskości, skromność, ale i bogatość okładkie, czyste szaleństwo barw jasnych, wodnistych niczym i śnieg i wody letnich jezior i jeszcze… skały Finlandii i ona przyroda, te lasy i ciemność i jasność…

Oto opowieść o kobiecie i o tym w jaki sposób postrzegała świat.

Ale oczywiście nie tylko o niej. Bo ludzie jak ona mają też takich, którzy ich albo ukształtowali miejscami, albo kopnęli w tyłek, zranili, dobili… zmieszali… i oto są opowieśći tych ludzi. I jej historie. Cytaty i pomysły. Podróże i… oto biografia, którą czyta się trochę jak jedną z jej książek. Zaskakująca, gdy człek liznął trochę wiedzy o tym, jak traktuje się jej pamięć teaz w Finlandii. Jak czci się ją wprost w Japonii! Wiedzieliście o tym? Park rozrywki, zabawki, wszelkie merchendise czy nawet nowy film i książki… zdjęcia, obrazki…

Oto opowieść, którą warto przeczytać, ale… i nie trzeba… bo w końcu my, ci, którzy kochają Muminki i ich świat, identyfikują się częściowo nawet z niektórymi postaciami, może i konstrowersyjnymi… znamy ją. Wiemy, że była odważna na tyle, by mówić nie. By walczyć o swoje i zrozumieć… miłość i jej wszelkie odcienie. I nie, nie mówię o jej życiu osobistym, chociaż pewnie to was bardzo intryguje.

Oto opowieść…

Ciekawie i spisana i złożona, pełna rycin i zdjęć. Piękna w wydaniu i zawartości… genialny prezent dla każdego właściwie…

Morze…

Gdy człowiek nagle dostaje to, co dla wielu jest marzeniem, czyli dom i morze w bliskości zaskakującej, ale nie przerażającej, to… wielu mówi, iż codziennie by było na spacerze. Że codziennie łaziliby po piasku, ciągle by spacerowali, wdychali i słuchali i jeszcze… nie wiem jak to jest, ale się chyba ludziom coś popiętroliło, bo przecież morze morzem, może być, jest znaczy się… ale zwykłe życie życiem zwykłym i tak… oczywiście, że wschody i zachody słońca są niesamowite. Iż mogę sobie posłuchać fal i tak dalej, że czasem sztormy mnie wykańczają, łeb mi pęka…

A piasek to jest taki, iż włazi wszędzie, więc…

Nie, nie chodzę na spacery nad morze codziennie. Gorzej, chodzę nad nie sporadycznie. Chodzę, bo chodzę, ale wiecie, tak naprawdę, by ino nad morze… Chowaniec mówi, że czasem się zatrzymuje jak jedzie do pracy, albo po robocie, no wiecie, na nerwa to super rzecz, ja mogę w ogrodzie się wyżyć. Wkurwić na chwasty czy coś… pobić się z kamieniami, ale… tak, chodzę nad morze.

I jak już tam polezę to wiem, że mnie wołało.

Dziwnie to brzmi? Może… tutaj, to nic dziwnego.

Tu morze woła, i wtedy musicie pójść, niezależnie od pory dnia, niezależnie i od tego, co się ma na sobie. Ale przecież u nas i tak mało kto zwraca na ciuchy. Byle by było w jednym kształcie i w chodzeniu czy robocie nie przeszkadzało. A najlepiej to żeby to było ono robocze wdzianko, bo przecież…

Czemu nie!?

A morze…

Spokojne.

Wszelakość kolorów, odbijające się w nim niebo, kamienie wystające, zieleń i czerwienie alg i innych roślinnych… no roślinności. Już postawili pomost, znaczy no teraz w Melsted mamy ten nowy, ale dołożyli mu te drewienka, po których można łazić i się może nie zabić… bo wiecie, barierek nie ma, więc jest jakieś prawdopodobieństwo. Wody w końcu mało. Serio, te lodowce się roztapiają, więc gdzie ta woda? Miało się wsio podnieść, a tutaj wciąż i wciąż… wciąż sucho.

Wciąż wody niewiele.

Podobno trolling fruwa, ale co ja tam wiem o tym postpandemicznym świecie. Świecie, co to się ma stać pandemiczny znowu? Serio? Nie wiem… może i to logiczne, może nie, tak wiem, że w Chinach zamykają ludzi, ale… mieszkam na wyspie, u nas to właściwie zamknięcie jak promy nie pływają, więc… pewno, że możemy pójść do lasu, ale co jeśli go wycięli? Idziecie, a drzew brak…

Nie mogę już kurde.

Chcę drzew… ale zamiast nich mam morze, które kurna też znika?

No sorry, ale o co chodzi?

Mniejsza, oddychajmy, to już maj, więc Turyścizna… już tu. Podobno pełno ich w miejscach różnych, ale jako człek bez dni wolnych od pracy, wiecie, się nie znam. Na pewno zjechało się głośnych aut.

I ludzi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panny z Wanny… została wyłączona

Pan Tealight i Serce Biegacza…

„… co wyskoczyło, bo przecież co mogło zrobić innego?

Co mogło?

Ono spacerować kochało. Nasączać się onymi aromatami powietrza, spoglądać przez mikrodziurkę w klacie i bluzie na morze, szumiące morze, albo ono stojące i czasem cuchnące, ale mu to nie przeszkadzało i podobnie jak Ojeblika – małą, uciętą główka, jakoś tak wolało być…

Samo.

Bez kadłubka.

Bez człowieka, a jednak bijące. Bez nóg i żył, bez tętnic i ramion, jakoś tak… wciął biło. Bez mózgu i onego człowieczeństwa całego, bez myśli i marzeń, zwyczajnie, po prostu… biło, żyło, ino poruszało się tak, wiecie, ciaplato jakoś, więc zrobili mu wózeczek i dali małego yorka i tak jeździli sobie po nabrzeżu. Czasem z płozami, czasem z kołami, czasem zaś, z wózka wychodziły dziwne małe stópki i pomagały, albo macki… wiecie, no co tam było widać do wyboru.

Wiele opcji.

I wtedy… pojawił się człowiek.

Ta, ten od serca… i nie, wcale nie zażądał jego powrotu, ale przyszedł podziękować, że w końcu mu nie tętni, że w uszach nie ma szmerów, że jakoś się nie męczy… Przez cały czas nogi mu chodziły, dziura w koszulce była zaszyta dość nierówno i jeszcze, miał jakąś mniejszą bluzę, kaptur… może i był bladawy, ale wyglądał dziarsko, zresztą, po swoim wywodzie, jakoś tak…

Pobiegł.

Szybko…

A Serce? Cóż, nie było go… spacerowało w swoim wózku, czasem z niego wychodząc i taplając się w rzece, wąchając zawilce, które pachniały i jeszcze ostatnie żonkile i narcyzy. I po prostu… biło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i się człek dowiedział.

Nagle klapki opadły z oczu i tak dalej… ale ugodziła mnie ona wieść w serce, że aż nie mogę… bo mi się tak cni za tymi czasami, gdy to poczta była duńska i z koroną i w ogóle, jakaś taka, znajoma, ale nie, musieli sprzedać pocztę. Kurde, szczerze, w Danii wsio jest na sprzedaż i już. Akceptuję to i będę korzystać, ale cknienie pozostało… bo ja kocham listy. No i nie oszukujmy się, to wyspa, więc rzeczy niewiele, poza sezonem ogólnie brak, no chyba że się wam uda któregoś z artystów dorwać… wtedy może coś wam ulepią, ale jednak, no weźcie…

No więc chodzi o pocztę.

Czekamy na coś, pisze jak byk, że jest w Danii od dni 3 co najmniej, wiecie, to co oni piszą, a jak jest naprawdę, to ino Mistrz Niedopowiedzeń wie. W końcu co nie napisane, wklikane w intenety, to nie istnieje, Czyż nie? Widać jak najbardziej tak, więc… chodzi o przesyłkę, ze Szwecji, wiecie, kraj jakiś taki ta Szwecja, daleki strasznie, wszelako nie wiem, nigdy nie byłam #sarkazm…

Ekhm, no więc ona przesyłka w Danii se leży, a dokładniej zaraz obok promu, którego odbicia od brzegu pewnie widuje codziennie i się zastanawia dlaczego jej nie zabrali, jak ma napisane na opakowaniu BORNHOLM.

No jak byk.

BYK!

Może nawet łka po onych zalepieniach, wiecie, chce być tam, gdzie jej przeznaczenie, a oni, że nie, bo raz w tygodniu i tyle. Nie ma bata, a może… kurde, teraz tak sobie myślą, że może oni tam maltretują te moje przesyłki, biją je, głodzą i wszelako nie chcą ich wypuścić, bo kogo by bili?

No co?

Ale… o co chodzi?

Otoż, i to chyba jest jakiś najnowszy zapis, poczta przetrzymuje do 5 dni paczki po ich przybyciu do Danii. Bo tak, bo może. Bo właściwie są ich i co im zrobisz, co? Wsiądziesz na prom? Pierun wie, czy w ogóle dziś płynął, przy tych wszystkich problemach, a i bilet, nie stać mnie by walczyć o przesyłkę…

Ale pół godziny na czacie Chowaniec z jakimś sztucznym bytem spędził i się dowiedział, że będzie jak kurna będzie. Czyli pewno jutro, ale może pojutrze i jeszcze, w ogóle, czasu zabieranie, no nie no…

Jak tak można?

Okay, rozumiem. Jestem uzależniona od poczty, od onych kartek i listów, od wszelakich kontaktów papierowych, kartek na święta, urodziny i inne tam okazje, albo bez okazji, onych pocztówek z podróży jak we Fragelsach. Ech… znaczek, pieczątka, kraje dziwne… cóż, obecnie i tak można od razu sobie kraj taki obejrzeć, nawet niektórzy łażą po nich i pokazują wsio… nie wiem, czy ja chciałam wiedzieć, że w Wenecji śpiewają wam, że dosolą w mijo, ale jednak… balasek se płynie obok łajby i szczerzy się radośnie na one pragnące instagramowej przejażdżki osobniki…

No kupcia no!

A! Jak pływa to mięsna chyba… jak to było?

Bezmięsna tonie, co nie?

Podsumowanie tej opowieści jest takie, iż lepiej kurierem, ale nie FedExem! Tego nie polecamy!!! Szczerze!!! Ze Szwecji szło przez jebany Paryż, no serio, czy ja się na to zgadzałam? Nie!!! Ale UPS jest super. Tfu tfu, cobym nie zapeszyła jakby co, wiecie, lepiej nie jednak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Serce Biegacza… została wyłączona