Pan Tealight i Morowy Pan…

Morowy Pan na wywczas na Wyspę chciał przyjechać.

Wiecie, jakby co, to miał wszelkie badania!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer.

No obiecuję, to już to!!!

To tak, wciąż jesteśmy w tej dolinie i tak po prawdzie, to wiem, że się zgubiłam, bo przecież nie wiem, gdzie jestem, ale wiem na pewno, że cofajac się wróciłabym do drogi, więc nie ma boja. Zresztą tu las, człowieka człek raz spotkał i tyle… na szczęście z daleko. Ino z onym rzuconym HI… i już.

Po wszystkiemu, kowidowo.

Wciąż po prawej skała, po lewej mokradłowatość.

Miło jest, mokro jest.

Jakoś tak powietrze tutaj jest chłodniejsze, lekko tak jakoś, wiecie… pachnie śniegiem, którego jakieś zamarznięte szzątki leżą na onych zielonkawościach. I piękne to takie wszystko. Cudowne i jeszcze niesamowite i mógłby człek zostać tutaj na zawsze, ale jakoś takoś, no wiecie, ciemnieje wsio dookoła. I choć już dni się robią dłuższe, to wciąż, ona ukochana przeze mnie ciemność, wciąż jeszcze szybko opada, wciąż potrafi jakoś tak zaskoczyć…

Jakoś…

I nagle, ni z tego ni owego, w oddali widać jezioro.

I nagle człek już wyżej, już wspina się po omszałych kamieniach…

Już jest ponad wodą, ale przecież, w jaki sposób, nie pamięta tego. I onego rozgałęzienia dróg w odddali, nie pamięta. A przecież był tu, ale tak, to było przed stworzeniem nowej, wypasionej ścieżki, dla niektórych jednodniowej, dla innych kilku, bo po drodze wszelakie miejsca do zatrzymania są. Ale wiecie, spanie na ziemi, albo w drewnianych namiocikach, lekko klaustrofobicznych… chociaż i to przygoda sama w sobie, to jednak…

Nie na tę porę roku.

Nie na ten czas.

Oj nie… dlatego dobrze, że przed nami ostatnia prosta, lekko zakrzywiona, na drzewie ponad drogą rosną sobie spokojnie szczawiki dzikie. Cudowne i koniczynkowe w liściach. No wiecie jak wyglądają, czy nie? U nas zwykle na ziemi, ale drzewo dorosłe raczej, więc pewno ziarenka ptaszki przysniosły, ziemi zawiało, mchu, wilgotność…

I rosną sobie…

A co do ścieżki – to jest sobie ona fajna, taka nowa i przez prawie całą Wyspę, wiecie, tak wzdłuż. Oczywiście, istnieje masa takich ścieżek, dla różnych zaawansowań i tak dalej, ale ta, jak ktoś chce, to tak wygląda.

Moim zdaniem spokojnie można po kawałku, a że większość kawałków znam…

Hihiihi…

Ta żółta za to, to po prostu moc. Zrobiłam ją po kawałku i serio, jest niesamowita, bo takie widoki, miejsca i niespodzianki…

Nie ma to jak brzeżkiem. LOL

PS. Dolinka, którą szliśmy, to Puggekullekær… Pykkekulle Kiæret

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morowy Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Dziad Zdziadziały…

„Był dziadem i był zdziadziały i było mu z tym dobrze.

Nawet bardzo dobrze.

Wiecie, influencer dziadostwa pełną, zarośniętą gębą z petem i wybitymi jedyneczkami… podobno sam to chirurgicznie se zrobił, że mu się wysuwają jak potrzebne. Niby wąż, ale wiecie, nie do końca, widać tak mu odpowiada, ale jak to robi przy was, to jakoś kurna naprawdę spooky to wygląda… wygląda i brzmi!!! Brzmi!!! Naprawdę brzmi jak zatrzymujący się pociąg…

Wiecie, szyny, tory, skrzypienie…

Aż czujecie ten antyczny wprost aromat żelaznego podróżowania.

Ale on… Dziad Zdziadziały był naprawdę wszystkim, co chcieliście, jeśli chodzi o dziadostwo, zdziadzienie, wszelakie omszenie ludzkie, mocne stęhliznowanie, wymiocik, beknięcie i takie tam.

Wiecie, wystroje człowieczeństwa zewnętrznego.

Jednakowoż pytaniem numer jeden było dlaczego czekał i skąd w ogóle wiedział, że ona tam będzie, znaczy na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane… czekał przy zamarzniętym jeziorze trzymając w rękach ostry, spiczasto ukształtowany kawał lodu w pozycji nader nonszalanckiej…

Nader.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ale nie skończyliśmy spaceru…

A dochodzimy do nowej ścieżki!!!

Problem w tym, że jak człek robi zdjęcia, to wiecie, no jedno chce wrzucić na Instagram, bo czemu nie, pluszak z rogami wygląda słodko, ale w oko wpada mu dziwaczne strona o Bornholmie i kątem oka człek zauważa wpisik dziwnej osoby o tym, co to można robić zimą na Wyspie… hmmm, patrząc na własne przemoczone buty powiedziałabym, że bardzo wiele, ale skąd Polak z Polski może o tym wiedzieć?

I to szczególnie teraz…

Przecież pandemia.

Przecież prom do Sassnitz nie pływa już… kurde, to juz pół roku prawie? Rany Julek, teraz jeszcze odcięła nas Szwecja. By dostać się na kontynent musicie długo buja się do Koge albo zaryzykować przejazd przez most i to od razu zaznaczam, że ZARYZYKOWAĆ. Po pierwsze Szwedzi nie przepuszczają wszystkich.

Prom pływa od końca 2020ego, ale…

Ech…

Musicie mieć dowód na to, że jedziecie do Danii.

A takowy dowód, czyli ten rąbany biletomat, jak ja go nazywam, mamy przyczepiony za lusterkiem, o czym Szwedzi raczej nie chcą wiedzieć, zresztą, to ich nie obchodzi, więc podejrzewam, że dzieją się na granicy sceny wszelakie…

Czy raczej za granicą, bo przecież granica przebiega sobie radośnie, nie bacząc na fale, przez morze i przez chwilę możecie kupować taniej czekoladę, a przez pozostały czas wódeczkę. I tyle, ale uwaga, czasem sprawdzają alko, więc bez degustacji, chłopcy sprawdzaczowcy bywają na miejscu i jest to szczerze dziwaczne przeżycie, jak was łapią po zjeździe z promu nocą…

Ale…

Wiecie, co mnie wkurwia najbardziej, to, że traktuje się nas jak gówno, w znaczeniu onej kropki na morzu, pierdolą o Perle Bałtyku, a z jednej ta sprawa z odpadkami po elektrowni jądrowej, potem próba zamknięcia nas w gettach, pewno, że ino próba, pomysł posła, ale jednak… no i w końcu przerobienie Wyspy na kurort dla bogatych…

Hmmm, teraz im się chyba odechce, jak Szwecja się postawiła.

Ciekawe, czy zmienią konstytucję, no i będzie lockdown?

Ale…

… ta strona, a i blog jakiś dziwny na niej goszczący głoszą, że można u nas jeździć jak się chce i nawet ciamajda może. Szczerze… kurwa, co z wami ludzie nie tak? Piszecie takie idiotyzmy, z tego ludzie rozumieją, że panuje tu bezprawie i jakiś Janusz czy Sven zapierdziela… potem słyszy syrenkę i zadziwiony. Wyspa posiada ładnie się kryjącą policję i radary. Nie tylko znaczki ostrzegawcze. Posiada, gigantyczne na polską kieszeń, mandaty i dziwne drogi, na których trzeba się stosować do doprawdy popierniczonych, moim zdaniem, pomysłów.

I nie, czerwony nie oznacza drogi ino dla rowerów.

Nie, zima to nie czas na rowery. Pewno, że są takie dni, ale często nagle zmieniająca się temperatura i wiatry nie sprawiają, że to miła sprawa, dodatkowo… tumany napisali, że Polacy mają na zimę na Wyspę teraz pływać? Popierdoliło, czy ja omam mam? U nas wsio zamknięte, szczere pustki po domu, do sklepu nie ma nikomu… he he he, nawet poczta raz, dwa razy w tygodniu maks.

I to kurna w czas ogólnie uważany za świąteczny!!!

A oni pierdolą… wciąż nie rozumiem, gdzie my w Gudhjem mamy ręcznie robione z lnu tkaniny, ale wiecie… może od wczoraj coś się zmieniło. LOL

Błagam, ludzie, posiadajcie redaktorów, co sprawdzają fakty!!!

Wasze pisanie naprawdę może zabić, dosłownie.

Ale tak, jest co robić na Wyspie. Można pływać, chodzić, jeździć… jest natura i to nam wystarczy. Bo na Wyspie jak już ktoś mieszka, to szczerze musowo jest powalony i drzewa ściska… o wiele więcej rzeczy teraz widać niż gdy wsio trawą i Turyścizną pokryte, światło jest czasem, coraz częściej teraz…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziad Zdziadziały… została wyłączona

Pan Tealight i Wołanie…

„Dobiegało skądś, ale skąd?

Nie wiedzieli.

Słyszeli, lecz nie mogli ni zrozumieć ni zlokalizować…

Czuli jednak, iż ktoś wołał. Wołał… ale o co? Czy chodziło o pomoc? A może jednak była to zmyłka? Może jednak ktoś chciał duszę jakąś biedną sprowadzić na manowce, no wiecie… podobno to się zdarzało, ale… jeżeli to miało być to, to wtedy był jeden, podstawowy problem, że…

W pobliżu nie było nic nawet zbliżonego wyglądem do onej bidnej, dziewiczej i dobrej duszyczki… no wiecie, jednak trzeba było trzymać standardy. Nie można było inaczej, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie tolerowała cnotek i pierdzidupek.

Nic z tego.

Słyszeli ten dziwny dźwięk. Niby zawodzenie, niby jęczenie, czasem i krzyk, czasem jakby komuś czy też czemuś tchu już brakowało, duszenie się i może… wiecie, z czasem serio to już było wkurwiające, bo noc, niektórzy chcieli pójść spać, inni wyjść spokojnie na łowy i coś pochłeptać… sprawę należało jakoś rozwiązać, ale, wciąz nie wiedzieli gdzie dokładnie, bo nawet jak szli w stronę głosu, to…

… on nagle znikał.

Pojawiał się gdzieś indziej, by potem znowu wrócić…

I kurna nie spali.

Może i było to jedynie wołanie… wiecie, ono samo w sobie. Po prostu ona definicja brzmiąca, która gdzieś być musiała, jak ten dźwięk upadającego drzewa, który… który jednak chce byś usłyszany…

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dostawa!!!

AAAAAAAAAAAAAAAA… nie wiem jak się udało, ale się udało, choć troszeczkę, choć kilka zamienników, wypełnień… Szczególnie Pratchett, którego resztę nie wiem skąd wezmę i Redondo, super i Bishop, tak wiem, rozstrzał mam cudowny… i nowości trochę, a co… przecież nie ino wspomnieniami i ukochanymi toammi człek żyje, czyż nie? Potrzebuje też nowego…

Mniam, nowe…

Pada i wieje…

Mózg się człowiekowi przestawia na jakiś dziwny tryb i nagle już rozumiesz, dlaczego wiatr uznaje się tutaj za jednostkę chorobową. Można się wymówić wianiem w przypadku zbrodni czy wiecie, wszelakiego zaniepokojenia…

Szczególnie, jeśli i wieje i leje.

Krople wielkie walą w szyby niczym lekko zmrożone kryształy, choć przecież mrozu nie ma. Czasem może z nieba spadnie coś na kształt mokrego śniegu, ale to tyle, co nawet nie na lekarstwo, jak pamiętacie jak chininę z buteleczki wylizywali w „W pustyni i w puszczy”, to wiecie, no jakoś tyle…

… ino pyłek, policzalny nawet w ziarenkach…

Zmielonych…

Siedzisz w wielkim baobabie, otwór się powoli zamyka, a ty masz gorączkę, no i tak naprawdę jakoś masz to gdzieś, dają ci coś do picia, dziwni ludzie, jest i jakiś słoń pewnie i coś jeszcze… tak potem, po przeczytaniu tej książki się zaczęłam zastanawiać ile ludzi pochowanych jest w takich zamkniętych baobabach. Bo tych pochowanych w korzeniach, to już wiemy, cała masa, a może i jeszcze więcej… i dopiero jak drzewo się powali… i dopiero wtedy…

Wychodzą.

Znaczy, nie że zombie, no weźcie.

Kości wychodzą.

Rany, jak nie czytaliście wieki temu „W pustyni i w puszczy”, to szczerze, ono wszystko o czym bredzę nie ma dla was sensu, bo przeczytanie teraz, to jakoś tak, wiecie, inne czasy, inne wiedze, mądrości i nagle wychodzi na to, że to naprawdę i wszelako, no bardzo zła książka była…

Jest?

… wieje…

I pada.

Wszystko wypełnia i napełnia się wodą… ja też. Ale wiecie, to taka kobieca umiejętność. Wysikujesz to potem i tak dalej. Zwykła biologia, pełnia księżyca, oj pewno, bo przecież kurde nie może być milusio, co nie?

Nic z tego…

Ale, wiatr porwał to i tamto, chyba sąsiadki furteczka dostała skrzydeł, ale może babka ją w ostatniej chwili przytrzymała, nie wiem… wiem jedno, kolejna ślubu rocznica i człek nie wie gdzie ten czas sobie poszedł, ale z drugiej strony, to jakoś tak, no wiecie, jakoś tak dobrze też, bo jak se człek pomyśli, co mu się przytrafiło, a co nie…

To go to trochę przeraża.

Albo i mocno nawet?

Nie wiem…

Wiem jedno, jest co czytać, co znaczy, że jest dziwnie wciąż, co prawda mam braki w innych dziedzinach, ale kto nie ma, takie czassy. Kurde, przywaliłabym tym wszystkim, co ćwierkali, że 2021 będzie lepszy… podobał mi się 2020, było lepiej. Sami sobie sprawdźcie. No dobra, może i nie było mroźnego dnia w całej Danii, co jest szokujące, ale… przecież wszystko się ociepla, czego chcieliście, lodowców latających?

No dobra, ja bym chciała…

Zimy.

Jak drzewiej bywało, ale mam tylko wiatr i deszcz i one wspomnienia, które wcale nie przynoszą jakieś oddechu, czy nawet wytchnienia, ale za to dowalają dziwnym, podskórnym bólem. Jakby wam wenflon źle wbili.

Wiecie jak to boli?

Nie?

„W pustyni i w puszczy” nie wbijali. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wołanie… została wyłączona

Pan Tealight i Elefant…

„Znaczy może i mamut…

… kurcze, nie byli do końca pewni, ale ponieważ donośnie i wszelako od dłuższego czasu się Wygódka domagała oczyszczenia, jakichś zmian, więc wiecie, postanowili, że się ją przemieści, ot podróż taka niedługa, pod drzewa, pod ÓW LAS a w tym celu potrzebna była dziura, ale jednak…

No właśnie…

Padało, ogólnie wszelaka apokaliptyczności wisiała w powietrzu, więc Pan Tealight wiedział, że coś się stanie. Czy przewidywał właśnie to, nie skomentował, nawet chyba nie westchnął, po prostu zdjął rękawice, odrzucił łopatę i schronił się w Białym Domostwie. Może i miał już dość?

No weźcie, przecież i Przedwieczni mogą mieć.

Chyba?

A może jednak chodziło o ono samo odkrycie? No wiecie, włochaty elefant, doskonale zachowany, nie że mumia, nawet nie wysuszony, jakby raczej… śpiący. Jakby, no dokopali się do innego świata i spogldali na coś… kogoś, a może i coś jeszcze więcej, a może i coś naprawdę…

Zasypali dziurę.

Wygódka przesunęła się pod Sosnę Wszelaką i postanowiła nigdy, ale to nigdy nie zmieniać miejsca. W końcu i tak była użytkowana w całkiem inny sposób. I wiedziała… zbyt wiele, zbyt wiele by kopali…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rozpad” – … no dobra. Jak ktoś tutaj zagląda, to wie, że akurat Sharon Bolton darzę estymą i co wydają, chcę przeczytać od razu. To, co nie wydali, to wiecie, też.

Ale tym razem, kurcze, tym razem jest kompletnie inaczej i ci, co autorkę znają mogą poczuć się lekko zaskoczeni, zadziwieni, zamroczeni i nie na miejscu, i tak dalej. Mnie nie zaskoczyła. Jak zwykle bardzo dobra narracja rozbudowana osobowość głównej bohaterki i ten świat, jakże inny, zdawałoby się, że to pustka i biel ino, a jednak, jednak kurde coś niesamowitego…

Oto opowieść po części kryminalna, po części symboliczna.

Thriller zmieszany z pogonią za zbrodniarzem. Zbrodniarz, który możliwe, iż winny jest czegoś więcej i kobiety, których jest tak wiele. Które wszystkie czegoś chcą od niej… naszej bohaterki. Osobowości tak niesamowitej, że nic więcej o niej nie napiszę, bo wiecie, spojler…

Oto opowieść skonstruowana znakomicie.

Mimo, iż może i domyślacie się o co kaman, to jednak i tak zakoczenie rąbnie was na kolana. Albo i nie. Albo… Jednak, wróć, przede wszystkim to opowieść o całkiem innym świecie. O rzeczywistości powalającej na kolana, o lodzie, dzikości i o tym, jak łatwo niektórym się w niej odnaleźć. Oto opowieść naukowa, ale też… historia pogoni za samą sobą…

Oto opowieść inna niż poprzednie autorki, chociaż?

Czy tak bardzo?

Nie…

Na pewno niesamowita, na pewno… odmienna, ale jednak wciąż przywołująca intrygujacą postać, kobiecość tak odmienną… Naprawdę, no kurcze, muszę w jakiś sposób skompletować sobie jej wszystkie książki, ino jak to zrobić?

Ale trzeba iść dalej, tym razem od dziwnej strony do kolejnej wodnej dziury. Znaczy wróć, skalna to dziura, krowia, ale jednak wody pełna i nawet na części onej pełności jest coś niby zamarznięte, a raczej dmuchnięte mrozem…

Trochę to zboczone, no ale…

Nie oceniam.

LOL

Ale człek idzie, się najpierw zapatrzy na one skał kolory, potem na drzewa, tutaj takie wysokie, pachnące, na oną wilgoć, zasłucha się w to chlapanie, kapanie i ciurkanie, jakby ktoś za nim czy też obok niego stąpał, albo może i… nie, to przecież nie jego cień, nie, na pewno nie, idzie dalej, a ten dźwięk wraz z nim ale nierówno, jakby czasem przystawał, jakby czasem sie zastanawiał, czy w ogóle coś zrobić, poruszyć się, czy w ogóle iść, a może nie…

Może zostawić tych ludzi…

Może tylko mi zawadzają… czy w ogóle mnie zauważają?

Dziwne osobniki, chwiejące się na śliskich kładkach drewnianych, wpatrujące się w rozlewającą się rzekę, w zalane liście konwalii, w oną całą zieleń przykrytą niby lustrem, w które stukają pojedycze płatki mokrego śniegu i deszczu. I onych ludzi, co to tak jęczą, zachwycając się pojedynczymi płatkami, dziwne osobniki robiące zdjęcia, tulące się do drzew i krzewinek wciąż zielonych, bo przecież wciąż jest zielono, tutaj zawsze jest jakieś zielono…

Czy muszę przy nich być?

A może lepiej ich obserwować.

Zabawni są tacy, zachwycający się wszystkim, powietrzem świeżym, zimnością wszelaką i wilgotnością, i skałami, które nabrały tak niesamowitych kolorów, że znowu mu się podobają, bo przecież on zawsze woli je takie zimowe, ale nie do końca zimowe. Bezśnieżne, ale jednak, wciąż jego… on…

… dziwny dźwięk w powietrzu, dziwny cień…

Szemranie.

Kątem oka migotanie…

On spogląda na ludzi, ale wie, że nigdy nie odkryją jego obecności. Nigdy… za głupi są, choć może ta dziwna kobieta, może ona coś widzi, a może coś się jej tylko wydaje? Może i jemu się wydaje, onemu Duchowi Wszelkiej Lesistości. Obserwatorowi w świecie obserwowanych. Pogubionemu, ale jednak, tak nie do końca, znalezionemu, ale wciąż nie tak jak powinien. Ułożonemu, ale przecież wciąż nie doszedł do tego, dlaczego ciągle patrzy się na nich…

Na ludzi…

Duchowi i wszelkiej osobowości.

Chyba go widzi, no tak czuje, że patrzy właśnie i tylko… na niego, chyba tak, chyba, a może tylko na ono jego mgliste mocno odbicie, w onej lustrzaności rozlanej rzeki. Onej całej zieloności, szklistości, onej niesamowitej pierwotności skał i roślin, skrzypów pamiętających wciąż…

… więc idzie za nią.

Za nimi.

Dlaczego nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Elefant… została wyłączona

Pan Tealight i Metaforyzator Wielce Wielki…

MWW był perfidnym i bezczelnym, ogólnie mówiąc wstrętnym dziadem…

… naprawdę, nawet skarpetami jechał, takimi zapoconymi, co najmniej tydzień noszonymi. Albo i dłużej, wiecie, takimi, co to niczym piesek przy drzwiach stoją czekając na wyprowadzenie. Nawet swoje miseczki miały na wodę i jedzenie, chociaż tak naprawdę, to co skarpetki jedzą?

Może ktoś wie?

Koty spod łóżeczek niegrzecznych dzieci, czy demony wypluwają pod łóżkami dzieci grzecznych, by się wiecie, nauczyły, że życie to kurna nie ino kotki są. A co! Trzeba zaczynać wcześnie!!!

Ale…

Poza skarpetami była i długa broda pamiętająca posiłki z całego roku, albo i kilku poprzednich, no ale wiecie, on się nie przejmował. Po pierwsze był wielki, po drugi był sobą i był z tego nadmiernie aż dumny, zadowolony i wszelako ujarany swoją osobowością. Naprawdę…

No weźcie no, przecież nikt nie każe wam wierzyć…

Ale tak było.

I jest.

Metaforyzator był po prostu idealnym przykładem tego, jak należy siebie kochać i czcić, gdy inni cię kompletnie nie zauważają, choć jedziesz zastarzałym, nie do końca przetrawionym winiakiem i gumowcami z zaprzeszłych epok, co to gnoju z siebie nie zrzucały nigdy… ino dobierały. Wiecie, jakakolwiek kupa, to ich, czy końskie boby czy krowie placki, czy te dziwne pieskie dziwactwa, co to tak się podejrzanie zachowywały w lesie… mogą być.

… w końcu ile można wybrzydzać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

Deszcz najpierw, chyba ze śniegiem.

A potem słońce…

No naprawdę z początkiem nowego roku pogoda poszalała. Albo wsio było na raz i deszcz i słońce i jeszcze wiatr i może nawet coś w formie niby śniegu… albo ciemność i szarości i wszelakie władanie cienia. Naprawdę. Człek nie może ufać prognozie pogody, bo naprawdę kłamią. Znaczy, wiadomo, że czasem może się i zgadza to w internecie i to na zewnątrz, ale jednak w większości, to wiecie, raczej nie.

Kompletnie… całkiem dziwacznie czasem.

Ale tym razem spacer…

Cóż, spacer był od dupy strony.

I powiem wam, że nie wiem jak opisać, gdybyście chcieli pójść w moje ślady. Naprawdę. znaczy… wiecie, Almindingen, jedziecie soie główną drogą i to tak pi drzwi oko na przeciwko drogi prowadzącej do Rytterknægten. No więc między okiem, kowadłem a myślą zagubioną, to jakoś tam trzeba się zatrzymać pojazdem kołowym. No chyba, że wiecie, śniegi spadły i mamy wszyscy te sanie, renifery i bizony latają na skrzydłach i w ogóle, to wtedy płozy stawiacie tam… bo dojście tutaj przez las jak najbardziej jest możliwe, ale wiecie…

Trudno to opisać…

No i dalej… z parkingu możecie pójść w prawo, wzdłuż szosy, lub prostopadle do niej, ale to wiecie, zależy od was.

Prawo wybierzcie…

LOL bo choć droga blisko, to one krope deszczu na gałązkach się trzęsące, one dziwne słoneczności, których nie ma, ta chmura zaskakująca, niby odchodząca, ale jednocześnie, dająca ono cudowne światło…

Magia…

No dobra, to w prawo.

I idąc powoli, lekko błotnistą drogą, pod niewielką górkę po prawej one liściaste drzewa z gałązkami srebrzącymi się kroplami deszczu, który wciąż jeszcze trochę mży, a po lewej iglastość piękna, dostojna, mszysta. I w niej kamienie. Groby, kręgi, wsio rozwalone, no ale… wiecie, jak się człek wpatrzy, jak się wsłucha, to jakoś tak wsio się układa w przeszłość.

W opowieść o ludziach, którzy może pobliskie ruiny znali, a może jednak ich jeszcze nie planowali… a może tylko coś łowili w pobliskich oczkach wodnych? A może jednak, no wiecie, po prostu chowali się, chociaż, tych drzew o to nie mogę zapytać. Młodziutkie są jeśli patrzeć na wiek kamiennych kosntrukcji, chociaż…

W drzewach tyle mądrości.

Może przekazują sobie opowieści?

Może…

W tej całej zieleni i wilgotnej miękkości, jest coś tak magicznego i prawdziwego, że aż człowieka zatyka. Po prostu. Jest i ten zapach igliwia, całkiem inny niż rozgrzanym latem, gdy trzaskaja szyszki, całkiem odmienny…

Ten odcinek drogi, wiecie, jeśli odważni jesteście na tyle by zejść ze ścieżki ludzi, i dać się porwać onej magicznej, czarownej ścieżynce, to coś, czego już złek łatwo nie znajduje tutaj. Coś, co winno być naprawdę chronione, ale nie jest. I wiem, że następnym razem, mimo obietnic, mogą wszystko znowu zniszczyć… zabić, zabrać, zamordować. Tak jakby nie czuli, nie widzieli… i może jednak tak właśnie jest. I wiem, że chciałabym tam zostać, na mchach, na onych warstwach ściółki niczym wiecie, Wiedźma PlePle i wieszczyć, ale to chyba nie moje miejsce…

Jeszcze nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Metaforyzator Wielce Wielki… została wyłączona

Pan Tealight i Geniusz Niezbrodni…

„Właściwie, to jeśli chodzi o oną geniuszowatość, to wiecie, definicja definicją. W końcu przypasować można ją było pod wszystko. Mogłeś być geniuszem i brudu i smrodu, tworzenia burdelów i wszelakiej skrzywioności i jeszcze tych rzeczy i spraw, o których wszyscy woleli nie mówić, no wiecie, wszelakie sprawy i wycieki, które wiadomo, zdarzały się, ale jakoś tak, no lepiej było się tym nie chwalić, chyba, że byłeś Geniuszem Niezbrodni i miałeś w tym cel jakiś

Albo kimś innym byliście…

No cokolwiek sobie chcieliście.

Można było wybierać, znaczy kiedyś można było wybierać, bo po prostu teraz tyle się tych bogów nowych i awatarów ich porobiło i bóstw, bóstewek, i ino Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane uważała, że jest Bogą, nikt inny nie zdecydował się na taką odmianę, ale…

Czy była od czegoś?

Chyba od niezdecydowania…

… wiecie, tak naprawdę, to nie wiadomo, czy już ktoś zaklepał oną szufladkę, czy nie, jakoś jej to nie obchodziło, wiedziała jedno, wyznawcy i dary mogą być, ale potem niech znikają. Co jak co, ale w nowy rok postanowiła wkroczyć ze słowem „jestem i będę bitchą” i tyle. Pan Tealight był lekko zaniepokojony… co tu mówić lekko, tak naprawdę nie wiedział co teraz ma zrobić?

Dlatego też Geniusz Niezbrodni był lekko nie do końca zauważony…

A jego się pojawienie nie do końca dostrzeżone.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Cierpię na jakieś dziwne schorzenie.

Nadmierną opisywalność, przemyśliwalność, postrzegalność i ogólną dedukcyjność nawet tego, co onej dedukcyjności naprawdę nie wymaga. Nie potrzebuje. Wszelako od wszystkiego nie ucieka, ale włazi z tym swoim popapranym mózgiem i… wiecie, no i rozmyśla.

Nadmiernie i zbyt wiele.

Jakby mój mozg nie mógł odpocząć…

Nawet badania miałam, żeby nie było, jak nic wykazały, że zbyt wiele tychfal pod sklepieniem. No wiecie, każdy coś tam ma i z czymś żyć musi, co nie? Każdy ma swój problem. Na pewno, ja na przykład mam taki, iż nie wierzę w zbawczość 2021 roku. I nie, nie wierzę w to, że będzie lepszy.

Weźcie, wciąż jeszcze leczę się z 2019!!!

Naprawdę.

2020 był przerażający, straszny, wszelako pokręcony i inny, ale tylko to.

Czy był zły?

Ech, widzicie, no i tu mamy problem, bo dla większości 2020 jest wytłumaczeniem wszystkiego. Nie mówię, że to był cud miód i orzeszki czas, ale jednak, bez urazy, większość z ludzi jęczy tylko dlatego, że dzieciaki w domu były i na wakacje nie mogli. Co do dzieciaków, to sorry, ale jeśli nie umiecie się nimi zająć, to dlaczego je zrobiliście? Macie stworzyć z nich ludzi, a nagle wychodzi na to, że wyrzucasz je babo z ciała i oczekujesz, że świat zrobi z nich ludzi.

Odzwierzęcy jakoś ich dzwaczne postrzeganie świata…

… a potem…

Marudzisz jak to zrobił.

No dobra, przynajmniej tak tutaj to wygląda.

I chyba nic tego nie zmieni…

… a może to przez to, że w końcu obejrzałam te „Opowieści podręcznej”, wiecie, za darmo było tydzień HBO. I przyznaję, że nic innego mi jakoś nie podeszło. Ono wydłużanie wszystkiego w tych serialach jest po prostu dołujące. I jeszcze ona powtarzalność, że właściwie wiecie, że jedna baba drugiej babie…

No grabie.

I tyle.

… więc obejrzałam to w 3 dni i tyle.

Mam przemyślenia. A dokładniej to mam ich całą masę!!! Przeogromną, przeokreślonoą, przeogarniającą mnie i w ogóle… bo po pierwsze, to tych całych platform z serialami i filmami moc wielka. Jak ludzie to wszystko łykają? No wiecie, nie potrafię się na tym skupić, wiem, że to nudne, przekręcam, popędzam, no jakoś tak… to nie jest jak z książkami. Jest nudne i dziwaczne. Przewidywalne i schematyczne, ale przecież ludzie to oglądają.

I to chyba nie czytając jednocześnie książki?

A ja?

Przeczytałam Margaret Atwood wiele lat temu. Byłam jeszcze za dzieciak by zrozumieć one Opowieści i o co w tym chodzi i w ogóle, ale przeczytałam. Zszokowałam się, ale nie do końca, bo książki czytałam już różne, więc wiecie…

Zszokowałam się teraz.

Bo teraz zdało mi się to tak… prawdziwe i możliwe.

Książki to zło. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Geniusz Niezbrodni… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Boskich Okazałości…

„Bo przecież bóg to musiał być od wszystkiego. Od małego i wielkiego, minimalnego i gignatycznego, dobrze wyglądającego i kiepsko, tudzież seryjnie szkaradzko nawet, wiecie, zwyczajnie każdego, wszelkiego, wszystkiego i tak dalej… bóg nie miał jakoś tak wyboru, tworzyli go, bo to w końcu ich była zawsze sprawka, zbyt wielkie myślenie, zbyt małe myślenie, zbyt…

Nawet od…

Piaska ziarenka…

Nawet od okazałości i wszelakiej miałkości, od puchatości i suchości i mokrości, no szczerze, miał być od tego, do czego go powołano, ale jednak, wiecie, jakoś tak… wydawałoby się, że jak bóg to ma wybór, co nie, a tu się okazuje, że wszelakie mocy przekazanie, no i potem lanie rózgą złych wyznawców, wszelakich nieporządnych, źle się modlących, ofiar nie tlących…

To dopiero potem.

Nie, że tak od razu, oj nie!

Z nim nie było inaczej i na dodatek wymyślili go sobie bogowie, że niby to im przysporzy wiecie, tego tam Splendoru, który też ozywiście uczynili boską sprawiedliwością, no i wykorzystywali go jak im się podobało, ale… zapomnieli o jednym, że jak stwarzasz, to za to odpowiadsz i…

Potem możesz oberwać.

Mocno.

Nawet jak jesteś bogiem… czegokolwiek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dolina” – … zakończenia. No sorry, ale mam z tym autorem jeden problem. On nie umie kończyć. Nie wiem dlaczego nikt za niego tego nie robi.

Nie pomoże mu?!!!

No ale, abstrachując już od zakończenia, które mogłoby być lepsze, powieść jest intrygująca, aczkolwiek, kurde, no dobra, prosiak ze mnie, ale serio… co się stało z naszym głównym bohaterem?

No naprawdę!!!

Coście mu zrobili panie autor?

Oczywiście, rozumiem, że się zmienił, wiele w jego życiu się zmieniło, o wiele wciąż walczy… ach, bo jeśli nie wiecie, to ta powieść jest kontynuacją i najlepiej czytać je po kolei. Naprawdę. On onej, zimnej, wstrząsającej „Bielszy odcień bieli”, „Krąg”, „Nie gaś światła”… po „Noc” i „Siostry” i właśnie oną „Dolinę”. Książkę podsumowującą, ale też wyjaśniającą, powieść przynoszącą nadzieję, ale też walącą po nerach. I to grubą pałą albo mokrym ręcznikiem. Pamiętacie jak to boli… te zielone noce, ech, co za wspomnienia… ale…

„Dolina”, jak sama nazwa wskazuje, treść swą plecie w dolinie, w Pirenjach, miejscu przynoszącym pewne wspomnienia, w opactwie i małym miasteczku, gdzie, no cóż, możliwe, że ci najbardziej podejrzani są nosicielami prawdy, a ci ino mniej podejrzani, cóż… mogą najlepiej skrywać sekrety. To znowu powrót do wydarzeń z pierwszego tomu. Znowu sprawa bardzo osobista, ale też wprowadzenie kilku nowych nici do onej tkanini, którą jest życie Martina Servaza.

Nielekkie życie.

W oną przemianę… która wciąż, jak widać trwa i raczej…

… nie ucichnie…

Slusegaard…

Julowo.

Przy zamkniętych julemarketach, które zwykle rozjaśniały naprawdę ten czas, jakoś tak człek oklapł. W sklepach wszystko jakoś zniknęło już w połowie listopada, więc wiecie… who cares… na szczęście, no właśnie, dziwnie, bo przecież nie do końca zgodnie z prawnymi ustaleniami wirusologów, czy jak ich zwał, okazało się, że julemarkety się odbyły. Inne, w innych miejscach, jakieś takie dziwne, ukryte, na które natrafiałeś tylko, jeśli przejeżdżałeś obok, ale usłyszałeś coś od kogoś i wiecie… może zobaczyłeś w socialmediach…

Może…

Jednocześnie dowiedziałeś się, że powstały dwa miejsca z całorocznym szaleństwem julowym.

Naprawdę szaleństwem.

Pierwsze, to kawiarnia w starym gaardzie przy sławnym młynie. Cafeslusegaard jest otwarta, gdy jest otwarta. Warto zajrzeć na Instagrama czy FB. Nie wiadomo jakie będą obostrzenia, nie wiadomo co się wydarzy, na razie wsio zamknięte chyba do połowy stycznia, ale potem, kto to wie… co nam zaoferują?

No wiecie, co?

Ale miejsce… ech, jeśli byliście tam, zwiedzaliście miejsce, to wiecie, widzieliście i ten biały gaard, teraz otoczony choinkami, w końcu z wykorzystanym miejscem, zmienione, w tym okresie choinkowym pachnące tak, że chcecie polizać!!! Serio. Żywica everywhere!!! Coś pięknego, a w środku… cafe, ciastka, a potem zakupy. Tudzież podziwianie i kupowanie. Bo mają tam cuda, prawdopowodbnie z outletów szwedzkich, czyli krasnali mają!!! Dużo i różnych, takich, których szukałam długo, niektóre od znanych producentów i artystów, a inne znowu nieznane…

Ale cafe to jedno.

Okazuje się, że w niewielkiej stajni obok urządzono cudowną, kapitalną, klimatyczną grotę pełną skarbów. I to nie tylko na jul, ale też jeśli szukacie czegoś, by urządzić dom, lub zrobić fajne zdjęcia.

Ja wylazłam z krasnalami.

Ale wiecie, ja jestem stuknięta.

Przemiła właścicielka, młyn i pobliska plaża, rzeka i punkt zbiorczy LOL dostarczają temu miejscu ino więcej uroku.

Innygaard…

No więc jest i drugie miejsce, w którym są… myszy.

Nie ma boja, znaczy na pewno mają też te prawdziwe, w takich miejscach zawsze są, ale jednak, przede wszystkim, tutaj stworzono przeurocze pomieszczenie, w którym w innych czasach pewno można i coś zjeść i wypić, z kanapami, choinką, ale też i oczywiście z cudownymi pierdołami, diełami sztuki, kwiatowymi plecionkami, wieńcami na drzwi, no i myszami… co oni mają z tymi myszami, no kurde no…

… ale, nic to, myszy to myszy…

Miejsce znajdziecie tuż przy Ølene A, za Ølenevej – Lille Krusegaard.

W dość oddalonym miejscu, ale niektórym pewno znanym, bo zaraz kawałek dalej są parkingi i świetne miejsce, żeby pospacerować. Naprawdę. Las, ale i droga, stojące kamienie i inne cuda przeszłości, ale przede wszystkim ten spokój, rzeka, ptaki… naprawdę niezłe miejsce, ale ten gaard, to prawdziwy gaard. Wiecie, ogrom zamkniętej, posiadającej swoją magię przestrzeni. Wielkiej przestrzeni, której część przeminiono w taki słodki sklepik.

I coś więcej…

Coś, co jest otwarte cały rok, jeśli pandemia pozwoli.

No wiecie…

Miejsce urokliwe, cudowne, takie by popatrzeć, coś kupić… nie wiem, czy całkowicie zmienią się w sezonie, nie wiem, czy wywalają świąteczne rzeczy, kompletnie nie wiem, ale jednak, wiecie, muszę tam wrócić. Muszę, fajne renifery mieli!!!

Ale kasa…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Boskich Okazałości… została wyłączona

Pan Tealight i Sięstarasz…

Skrzat Sięstarasz oczywiście był zajęty.

No jak zwykle.

Był tak zajęty, że nawet jego własny cień próbował aplikować o jakiś urlopik, ale nie miał na niego czasu. Naprawdę! Sam wiedział, że nawet jeśli napisze to podanie, znaczy znajdzie czas by je napisać, wydrukować, kopertę znaleźć, adresik, wiecie, do tego znaczek czy coś… no nie, nie miał na to czasu i tyle. Nie miał czasu na pisanie podania, ale też nie miał czasu, by w ogóle pogadać ze szefem, co mogłoby skutkować onym jakimś tam urlaubem, czy innym wywczasem, lecz…

Nie było kiedy.

A sam Skrzat

No to samo, ciągle zagoniony, ciągle to i tamto, piętnaście list z cyklu co zrobić dzisiaj, dwadzieścia w planach ino na najbliższe godziny i wszystkie są na teraz, znaczy na zaraz, a najlepiej, to coby było już zrobione.

Ale się starał.

Naprawdę!!!

Starał się by wszystko było dopięte na najmniejszy guziczek i jeszcze dodatkowo nie rozchodziło się w szwach, i oczywiście miało guziczek zapasowy, i zapasowy do onego guziczka, no wiecie, normale…

Ktoś po prostu musiał!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

30 grudzień.

Minęło właściwie kilkanaście godzin od konferencji prasowej i wszelakiej odezwy do ludu i co lud robi? Tłoczy się w jednym sklepie. Tłoczy się i kupuje wiele napojów wyskokowych. W jednej z alejek trwa spotkanie przekupek rąbanych, nie można przejść, więc moje anxiety już zrobiło w myślach z butelek obok tulipanki i rąbneło nimi one pieprzone, durne babska…

Zdziwiły się jak ryknęłam.

Chyba nie wyglądam na takie, co wydają dziwne dźwięki…

No wiecie, publicznie.

Tak, wiem… sklepy mamy oczywiście pozamykane, otwarte są wyłącznie tak zwane spożywczaki, które u nas mają trochę więszy zapas rzeczy, ale jednak, tak szczerze, to właściwie żarcie i szczoteki do zębów. Sklepy są zamknięte, co mnie fascynuje, bo ludzie tłoczą się w tym jednym, który jest otwarty kupując, jak widać, całe masy wystrzałowego picia i żarcia.

Kolesie w markowych ciuchach, a co, Kopenhaga zjechała telepocąc się może i w promie przez te 5 czy 6 godzin, albo samolotem… szybciej, jednak przecież mogą. Choć państwo prosi by nie, to wiecie, kto słucha? Choś zaleca się testy i tym podobne, to jednak, no jakoś tak, wiecie, jakoś tak niewielu słucha. I ci słuchający, naprawdę grzeczni, się poddający… się zaczynają…

Mieć wkurwa.

Ze mną włącznie.

Wielkiego… rosnącego…

Oczywiście, że strzelają.

Jeśli ktoś wam mówi inaczej, kłamie. Nawet tutaj, na obrzeżach, słychać, ktoś może wam wrzucić bombkę do skrzynki na listy i tym podobne.

Nigdy nie zapomnę kolesia, który nam upaćkał kilka lat temu jakimś dziwnym kremem zamek w drzwiach… szczerze, powinnam wezwać policję, a nie zbliżać się do nieznanej substancji, no weźcie, w dzisiejszych czasach!!! A ja posprzątałam i tyle. Kurna, ludzie, pierdoli was, czy co? Dzieciaka wysyłasz na wojnę?

Co, przegonić ma zasranych Polaków?

Oj tak, nie oszukujcie się.

Nie lubią nas tutaj… oj nie.

I nie będę przypominać jak to okazują, ale… coraz mniej ich, choć dzieci robienie z kim się da wciąż jest w normie i wiecie, bycie ze sobą „po polsku”, to jednak jakoś ten dziwny kraj na południu zaszedł Duńczykom za skórę. Spoglądając na to wszystko historycznie… hmmm, patrząc lekko genetycznie, kurde, no weźcie no!!!

Wyglądacie jak mieszanka Polaka i Szkota.

Ino zadufanie w sobie macie… ono skandynawskie.

Trzeba się tego nauczyć i nie odstawać od innych, więc w nowym roku postanawiam zostać da bitch!!! Bo chyba ino to zostało w tym dziwnym świecie. Łokcie, wszelakie dbanie o siebie, wiecie, trzeba zacząć o siebie walczyć. Dość bycia workiem treningowym. Może jednak spędzę ten rok chowając się pod stołem, może nie…

Happy New Year…

Nienawidzę Sylwestra!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sięstarasz… została wyłączona

Pan Tealight i Kochanek Błyskawicy…

„Kurde, ale on był obrotny!!!

No weźcie, żeby ją zaspokoić musiał być, obrotny, ogarnięty i wystrzałowy.

Koniecznie!!!

Ktoś musiał być, więc on, wiecie, czując się proszonym i błaganym, wszelako niczym Adonis, sam bóg najjaśniejszej, właściwie no przecież byli razem, prawda, więc czemu nie, czemu nie miał też… w końcu był jej kochankiem, więc to właściwie jak współwładza, czyż nie… no i mężczyzną…

Że zadufany w sobie?

Narcyzm?

Ależ nie, nigdy w życiu, to wyłącznie zdorwy egoizm, po prostu warto dbać o siebie, bo kto inny to zrobi… no niby służbę mają, ale wiecie, jednakowoż trzeba jakoś takoś mieć na wszystko baczenie.

No trzeba.

Choć ten egoizm… nie nie nie, to tylko asertywność wrodzona. Mamusia nauczyła go by zawsze nie zapominać o niej i sobie samym. W takiej kolejności, ale wiecie, było się już jej zmarło, więc został on ino sobie, a jako że wiedział jak się zajmować sobą, to czyż nie mógł i być dla innych przykładem najlepszym, największym, najcudowniejszym obrazem, wszelaką doskonałością…

Bogiem…

Spłonął szybko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Echo.

Dolina echa…

A w niej krowy!!!

Nie no, zdaję sobie sprawę z tego, że w tym miejscu to nic dziwnego, ale ponieważ zajęta byłam nadmienrym przyśpieszaniem, bo jeden z byczków, jakoś tak wyszedł, wiecie poza pastucha, to człek nie chciał ryzykować nazbytniego, bliskiego spotkania, ale te krowinki stąd… szczerze, one wszystkie takie, jakby sprejowali je…

Ale każda za drzewem stała.

Jakby białe z nieba spadły, skrzydła im odpadły i skryli je oną czernia, która jednak nie wyszła, bo każda krowinka ma biały pas przechodzący przez jej połowę. Połowę długości się znaczy, wiecie, nie wzdłuż, w szerz tak.

Pierścień niby.

Nabrzuszny…

Ludzi tutaj masa.

Leją, piją, lulki palą, tańców ino brakuje, swawole na pewno wliczone, kij wie co im tam leją w te kubeczki… a ja szukam miniaturowego bizona!!! No w sklepie. Bo ktoś kupił, mówi, że w 2020tym, ale nie powiedzieli kurna gdzie, więc szukam w różnych miejscach. No szukam, a co, każdy ma jakieś zboczenie.

Ja też.

Mam i ja, bo czemu nie mam mieć?

Ale, spacer i ścieżka.

No więc tupu tupu i już człek jest przy obecnie małej, zewnętrznoodbiorowej knajpce. Można coś wypić, zjeść, ale sklepik z pamiątkami zniknął. Smuteczek. Pies jest, szczeka, ogień dymi i śmierdzi raczej dość mocno. Z tyłu człowieka skały, parking zapchany, a przecież to był jakoś tydzień przed Wigilią. No dobra, trochę mniej, bo chyba jakaś sobota, czy coś? A może niedziela? Kurde, człowiek się już gubi w tych zeznanaiach i wspomnieniach…

Jakoś tak właśnie się dowiedzieliśmy, że mamy przesrane jako ludzie zamknięci na niewielkim skrawku ziemi na wielce bujającym morzu…

Jakoś tak.

Ale… idziemy.

No bo przecież o to chodziło, by iść i powiem, że idzie się dziwnie trochę. Bo wiele się zmieniło, wiele drzew i krzaków zniknęło, most gdzie indziej, nagle widzimy w pełni okazałości ten domek z wieżyczką, podmokłość jest wyrazista, więc jeśli spadniesz z drewnianej ścieżki, to raczej radośnie nie będzie…

… więc uważaj…

Deski dość młode, nieomszone, ale wystawione na działanie pogody, więc…

Przydałyby się barierki, a poza tym, jakoś tak iście między skałą, nad bagnem a jakąś taką ziemno-kamienną nasypowością mnie dołuje, więc w połowie drogi, resztę zrobi się kiedyś tam, kiedy mniej ludzi będzie tędy łazić… no ale, w połowie drogi w końcu są pożądne schody do jaskini, więc jest ciekawie, potem w górę, można na inną wieżę, można i wrócić do samochodu…

… wycieczka raczej długa, ale te drzewa, ta przyroda…

Jak zawsze cudowna.

I fajnie się człek pomęczy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kochanek Błyskawicy… została wyłączona

Pan Tealight i Władca Pecheł…

„No co… że pechy władcy mieć nie mogą?

No weźcie, pity na czas wypełniają, daninę płacą, pracują ciężko… wiadomo, jak każdy. I nawet wirusują się ostatnio. Biedulki!!! I kto się za nie modli, kto im noski wyciera, no kto? Żadne z was, jak mogliście? Zapomnieliście o nich, a one przecież wciąż się was czepiają, wciąż się starają, tak niesamowicie się starają, by być jak najlepszymi, by jak najbardziej bolało, by kubeczki na łzy, który każdy z nich posiada, oraz woreczki na przekleństwa były czyste, ślicznie zdobione i wszelako wieloużytkowe… bo wiecie, one też w końcu dbają o środowisko.

I są weganami!

Naprawdę!!!

Dlatego złożyły Pechy, a dokładnie ich Pechowe Pechów Stowarzyszenie prośbę o swojego, własnego, pechowego całkowicie, ale dobrze ukształtowanego i rozumnego nadzwyczaj władcę, czy nawet, no czemu nie, niech będzie… boga może i… ale rozumnego, bo w tym świecie jednak głupota może i popłaca, ale… niech będzie mądry ino głupka niech udaje, to styknie!

I wiecie co…

Dostały go!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer do echa…

Bo wiecie, zrobili tę nową ścieżkę, więc trzeba było, ale nie tak od razu, no weźcie, w końcu czas taki, że należy na dwór wyjść. Szczególnie tutaj, gdzie ludków niewiele. No i jakoś tak, co innego robić, jeśli tylko pogoda pozwoli, bo przecież w tej chwili na przykład wieje… kurna, co ja mówię, wieje… duje i wali powietrzem, że strach…

Noc całą, dzień i kolejną noc.

Ja pierdzielę.

Psyche siada, leki na gwałtu rety potrzebne!!! Szczerze. Nie wiem w jaki sposób można wytrzymać to wszystko na… wiecie, trzeźwo.

Nie wiem.

Ale… choinka poleciała, mimo że człek się przygotował na wianie, to jednak przecież nie mógł przewidzieć, że będzie tak dramatycznie. Nigdy nie wiadomo jaki to będzie wiatr. Ale na szczęście gdy szliśmy, to nie wiało aż tak. Nie świeciło też, ale co tam, najważniejsze, że drzewa były i ludzi nie było. Naprawdę warto zatrzymać się koło onego muzeum, kiedyś zwykłej poczekalni kolejowej na wypasie…

… i pójść w stronę echa…

Tak, po prostu.

Bo wiecie, droga ubita. LOL

I człek idzie i po prawej woda, po lewej woda, liście niesamowite odkrywają swoje kształty i struktury… kolory na ziemi oszałamiają…

A wszystko lekko obłocone, połyskujące.

Podobno brody nissenów pojawiły się w Almindingen, ale wiecie, na to trzeba trafić, nam się udało rok temu. Pogoda wciąż skacze od 10 do 2 stopni i jakoś nie wiadomo czy to jesień czy zima. A może jednak jakaś nowa pora roku…

I dziś jeszcze ten wiatr.

Dziś, czyli 27go…

Ale, idziemy.

Ścieżka łatwa, można nawet z wózkiem, na wózku i człek się nie ubłoci po nos, no chyba że jak ja po prostu wpakuje się w krzaki, bo przecież te drzewa i rzeczne meandry, one podmokłości, po prostu jakoś tak, zwyczajnie grzybki i porosty, mchy i wszelakie struktry stworzone i przez wiatr i drzewa, gałęzie i przemijanie…

Przemijanie roślin.

Powolne gnicie…

Naprawdę, to wszystko ma w sobie piękno.

Intrygujące, zaskakujące, jakąś taką harmonię, normalność i one kolory… oj, można się dziwacznie zauroczyć, ale przecież idziemy… prostą właściwie drogą, lekko dołem, mijając powalone drzewa, co nie doprowadza mnie do radosnych wniosków, bo mówili, że nie będą ciąć w Almindingen, ale jak zwykle…

Kłamali.

A echo…

… zaraz…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Władca Pecheł… została wyłączona