Pan Tealight i Własna Gra…

„Prowadzili ją…

Chyba tak, jak każdy, a przynajmniej, tak im się wtedy i właściwie zawsze wydawało, że wiecie, jeśli oni to i inni też, nosz przecież myślenie, że ma się czy nie ma czegoś tego takiego czy też i innego niż reszta świata, ona wyjątkowość, czy też… no może wynalazło się znowu żarówkę…

Nie, przecież nie uważali się za atypowych.

Nie.

Wprost przeciwnie. Mimo tego, iż był to dziwny sklep. Sklep, który niczego nie sprzedawał, a raczej czasem sprzedawał, czasem nawet oddawał za darmo, ale jednak wiele więcej razy przyjmował towar, towar do niego przychodził, towar się nagle spojawiał, towar… a może raczej, po pewnym czasie raczej członkowie rodziny? Może raczej współmieszkańcy… no przecież, jak ich inaczej nazywać?

Ale jednak był to zbiór bytów, a zbiór bytów zawsze powoływał do życia specyficzną i anomolii pełną Grę

Oni mieli własną..

Pełną zasad niespisanych i wszelakich dziwnych kostek oraz pionków, które się gubiły tak często, że aż nazbyt łatwo znajdowały się nowe, tudzież dziwne zamienniki, lub jeszcze te plansze… niby zawsze wiadomo było jaka ona była, niby istniała w głowie każdego, ale jednak, jakoś tak… tak jakoś…

Grali.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedzonko!!!

Szok i niedowierzanie, ale ostatnio stać mnie było, no nie do końca, ale książki kupowałam we wrześniu… smutne to… i strasznie wykańczające, ale taka prawda. Życie no… trzeba wybrać, to czy tamto, a czasem…

Nie ma nawet tego wyboru.

… więc… tak, wiem, bardzo zaskakujące pozycje jak spojrzy się na to tak całościowo. LOL Ale kobieta, wiecie…

Niektóre, to mistrzostwo wydania!

A te okładki!!!

Gdybym mogła…

Gdybym mogła i umiała, bo nie umiem, mam w sobie jakąś nieumiejętność onego się lenienia. Nawet już ostatnio czytanie utożsamiam nie ze zdrowym odpozynkiem i nauką, ale lenistwem i to mnie strasznie załamuje. A ten czas zimowy zaraz zniknie, pojawi się wkurzająca wiosna i lato i znowu ciepło, więc… bez urazy, ale byle do września!!! Hej! Damy radę!!!

Jakoś trza to przeżyć, a z czytaniem łatwiej.

Zawsze można zapomnieć o codzienności, chociaż na chwilę… aczkolwiek ponownie wszystko się zmienia. Najpierw chcieli, niektórzy wciąż chcą, pakować jednych do więzeń czy zakładać obozy dla nieszczepionych, inni znowu zwracają uwagę na to, że szczepieni roznoszą wirusa i przyczyniają się do mutacji… jedni wierzą w to, inni w tamto, a jeszcze inni zwyczajnie chceiliby po tym wszystkim zacząć jakoś żyć. Chociaż jakoś, w cuda nikt nie wierzy, nadchodzą nowe strachy…

Czyli co?

Odpuszczą nam to, a rzucą czymś innym?

Ile tego już człowiek przetrwał?

Pamiętam ten cholesterowy zryw, wszyscy mieli jeść margarynę, odmówiłam… no bez urazy, ohyda straszna, potem były jakieś diety i inne szaleństwa polityczne, strajkowało się na studiach, a potem człowiek w końcu skumał, że może coś zrobić, że może się zbuntować i to zrobił… oczywiście w ramach prawa, chociaż niektórzy uważają, że jednak już nie chodzenie do kościoła…

Tia…

Po pewnym czasie, gdy nie macie kontaktu z Polską, przeciera się wam mózg.

I to papierem ściernym o grubym ziarnie!

Oczywiście, że to nie znaczy, iż Dania to idealny kraj…

Wcale a wcale. Mamy własne demony i szaleńców, wyskoki płaskoziemców stających się ministrami zdrowia czy nauki i tym podobne. Na razie najważniejsza jest oczywiście 50ta rocznica panowania Królowej.

Dwieście lat!!!

No co… w tym wieku to już głupio życzyć stu lat, weźcie no… Królowej Elżbiecie też byście życzyli?

Ale… Królowa to Królowa, kraj ma własnych polityków urządzających imprezy, szalejących na drogach, mostach i tak dalej. Wszędzie ludzie są tacy sami, ale jednak tutaj, na Wyspie łatwiej od nich uciec. Jakoś tak. Znaczy, wróć, nie zawsze, ale jednak mniej ludzi się zdarza. Trafia! Tutaj jednak nie musisz do wszystkich zwracać się w określony sposób i chyba otworzymy się podobnie jak Hiszpania… ale piszę to w połowie stycznia, więc wiecie, może wsio się zmienić, ale…

Plan jest taki, by po prostu uznać to coś za chorobę i iść dalej.

I tyle.

Bez biczowania tych, którzy nie mogą czy nie chcieli się zaszczepić. Bo to szczerze, no weźcie na logikę, popierdolone. Nie wiem właściwie jak długiego czasu świat będzie potrzebował by się wyleczyć z jakiejś takiej nieludzkości, nieczłowieczeństwa… możliwe, że to nigdy nie nastąpi… możliwe, iż społeczeństwa zostały zniszczone. Że pewne więzi nigdy nie powrócą.

Będziecie jak ja… bać się ludzi… booo!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Własna Gra… została wyłączona

Pan Tealight i Nakręcacz Dusz…

„… więc, chodziło o to, że ten dynks mu się zagubił.

Znaczy, nie żeby go nie pilnował, miał przecież przy nim ten breloczek z małpeczką i jeszcze kilka pozłotków, i pipczek taki, że jak się krzyczało, to wydawał dźwięki jak wyjące za zaspokojeniem dziewice ku księżycom Plutona czy innego tam Neptuna… a może i Posejdona… kurde, niektóre naprawdę są zdesperowane i uważają, że facet jest czymś, co jak powietrza potrzeba w życiu, znaczy no wiecie, nie da się bez nich oddychać, a i jakoś tak wygląda się przed psiapsiułami lepiej…

No co?

Nie myślą tak?

Zdziwić się możecie wy…

Ale jednak. Może one mają rację? Może ona wielke, gilgocząca ich wnętrzności, ona zamyślona lekko potrzeba mężczyzny, w niektórych kobetach wyzwala istnienie onej mitologicznej kobiety, baby prawdziwej, potwora, który straszy fryzurą postawioną tak, że każdy kurna włosek nie rusza się ze swojego miejsca nawet jeśli akurat schylają się po coś upuszczonego przez…

One najdroższe pociechy.

No ale… nie o to chodziło.

Znaczy dźwięk tak, taki właśnie był, ale przecież nie o niego i o nie chodziły, a o ten dynks, który się mu zapodział, chyba wtedy jak z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane sikał w krzakach w lesie, nie żeby gdzieś w widocznym miejscu, no normalnie… jak się z nią wychodzi na spacer, a inaczej nie daje się z nią porozmawiać, a i tak trzeba często stać i marznąć, bo ona zdjęcia robi i za statyw robić i rękę, nogę, inny członek wystawiać, no wiecie…

Nic za darmo.

A robota była…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wicked” – … jakoś tak.

Jakoś tak zwyczajnie i nadzwyczajnie, chociaż ja i Oz niezbyt tak no pałamy do siebie miłością, a już do filmowej wersji w ogóle, musicale czy nie, nie moja to opowieść, jednak ona, biedna i skrzywdzona… widzicie, każdego można dziś nazwać jakoś i jeśli powiecie to pierwsi, przylegnie i ona osoba, może i niewinna będzie miała oną łatkę na sobie już na zawsze, bo kiedyś ktoś…

Coś.

Może i z nią tak było, a dokładniej na pewno.

I to nie tylko dlatego, że łączą nas pewne podobieństwa…

Chodzi o to, że ta powieść jest genialna. Genialna w onym przypomnieniu, że wszystko skądś się wzięło, a patrzenie na całość przez pryzmat jednej opowieści jest po prostu szkodliwe. I nieprawdziwe.

Prawda i kłamstwo w jednym stoją domu i nie mają dzieci… same nimi są.

Oz to tylko przygrywka. Opowieść o dziewczynce, która wjebała się w opowieść i skradła główną rolę. Nie wiem dlaczego nigdy jej nie lubiłam, może nie darzyłam jej taką nienawiścią jak Pinokia, ale jednak, tak buty z trupa, no weźcie no… jak w ogóle można, nawet dzieckiem będąc… A „Wicked” to historia dla starszych dziewczynek, dla kobiet, by przypomnieć im, że jesteśmy niesamowite, a każda z nas inna… wkurzająca może i czasem, mająca pragnienia i chcąca być…

Kochaną?

No ale… dostałam prezent!!!

Cuda!!!

Oj wiem, zaraz ktoś mi zarzuci, że starocie, ale pamiętajmy, że mi wsio zniknęło w 2019 roku i wciąż chcę pewne elementy przywrócić. Wiem, że wszystkiego się nie da, ale chociaż coś… przyznaję, że odbudowa biblioteki napawa mnie smutkiem i galopuje po mojej depresji jak… ech!

Smutne to…

Co na zewnątrz?

Pogoda wietrzna, czasem coś poświeci, chwasty rosną, raczej powyżej zera, fale szaleją… tak właściwie nie mam pojęcia co to za pora roku. Pewno coś nowego, wiecie, jakieś coś, o czym mówili w telewizji, a ja nie mam, więc nie wiem… albo gorzej, wysłali wiadomości na telefony, a u mnie znowu braki w zaopatrzeniu… a i wybór, by tego nie mieć. To tak ułatwia życie… serio…

Ale…

Mamy ten nowy rok, połowa miesiąca i większość oczywiście chora.

Nie wkopuje się w opowieści o pandemiach, bo zwyczajnie hejt ludzki mnie przerasta. Ono niemyślenie szokuje… Homo sapiens novinkus jest osobnikiem głupim. Trza się z tym pogodzić, iż Homo sapiens sapiens przeszedł jakąś ewaluację, czy też rewolucję w nieewolucji i stracił prawa do drugiego sapiensa.

I już…

Tak prościej.

… życie internetowe jest straszne. Życie pośród ludzi koszmarne, więc jak oddychać? Jak w ogóle być człowiekiem i po co? A może, jakoś tak, zwyczajnie, po prostu… wybrać sobie nową nazwę? I wypisać się ze społeczności?

I w las umknąć?

Albo na skały… ale z drzewami.

Nie umiem bez drzew.

Drzewa są ważne…

Nawet teraz, gdy są takie golutkie, ich wilgotna kora się zieleni i porosty oraz mchy szaleją, wiatr porywa o tylko może, no wiecie, chciwa bestia z niego… ale on tak lubi. I tak może i co mu zrobicie?

No co?

Człowiekowi chce się do lasu, ale zapomina, że to nie jakiś świąteczny czas, ino zwyczajowy, robota czeka, woł i tak dalej, a ty chcesz w las? Szczerze? W domu zapierniczać. W klawisze klikać i tak dalej. No wiecie, kto tam co lubi, wiecie… kto co ma. Kto co szuka?

Ale…

Las jest takim miejscem, do którego ludzie wciąż łażą jakoś tak nie tylko po to by psa wyprowadzić, a raczej by wyprowadzić siebie. Czasem myślę, że niektórzy to coś tam załatwiają jakieś ciemne biznesy w onych mokrych, wcale niezamarzniętych laskach i zaroślach, ale… może ktoś siku?

Czy coś…

Ale może poza onymi pokrętnymi interesami i całą tą sprawą rzeczywistości człowieczej, z którą niewiele mam wspólnego, to jakoś tak ino ludziom o drzewa chodzi. O spacery i ruchliwość wszelaką. Bo po co ćwiczyć w domu, jak możn zwyczajnie przegonić ciało i umysł po świeżym powietrzu…

No… chyba że Rosjanie znowu coś wypykli, ale, może nie…

Albo Wisła w morze się wlała?

Kto wie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nakręcacz Dusz… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrzunio…

„Bo był z tych nisokich, więc naprawdę wolał jak tak na niego mówili, nie że ktoś go przezywał, czy coś w ten deseń, nie…

… on sam tak chciał.

Sam.

Nie miał kompletnie roblemu z oną swoją drobnistością budowy, bo jakoś tak się lubił i tyle. A jakie miał powodzenie wśród płci przeciwnej, no po prostu, a i ta płeć, wiecie, co kogo rajcuje, jakoś tak… ale jak już Księżniczki i Królewny Po Best Before go dopadały, to z czasem Pan Tealight, zwykle po miesiącu czy dwóch, no próbował go ratować. Jakoś tak, może i niezwyczajnie, ale no… facet był taki zwykle wyczerpany, że naprawdę trzeba go było schować, nakarmić i pozwolić mu odespać z tydzień czy dwa. I jeszcze zdrapać z niego te perfumy…

… ech!

Tylko Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane jakoś tak się nim nie fascynowała. Odbierała swoje zamówienie, płaciła, on nie chciał by płaciła, krygował się, próbował ją jakoś tak podejść, a ona nie i już… niby wiadomo, Chowaniec, czyż nie, ale jednak, no jakoś… on naprawdę próbował. I tak i tak, kwiatki, czekoladki, prezenciki, nawet śnieg i książki, osobiste medyczne przypadłości i tak dalej, no co, każdy ma swoje sekrety, ona też miała…

Z drugiej strony, poczta przecież je znała, więc co tam… nie miała selretów… Może właśnie i to było onym wielkim problemem? Że ona tak no, wszystko po prawdzie, wszystko jakoś tak na zewnątrz, więc nikt nie wierzył, ślepli na to, co widoczne i logiczne, ino przymusowe broki i wszelkie awanturki, fascynujące tragedie… nie, ona od razu mówiła, oni nie zawsze wierzyli, niektórzy znaczy, nie ci z Domostwa

Nie…

Ale on…

W końcu pewnego dnia zarzucił jej, że nie jest kobietą, a ona wtedy na niego SPOJRZAŁA, wiecie, nie spojrzała, ale tak naprawdę i wtedy usłyszał, że z Bogą Oną, to szczerze, powinno się rozmawiać inaczej… i od tego czasu wiele się zmieniło, ale na pewno nie ich stosunki. On wciąż w prezenty, a ona…

Nie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pepsi pierdol…

…na.

No co? Bez poinformowania ludzi do zwykłej u nas zaczęli dodawać słodziku. Tak po prostu, hop siup, nikt nawet nie wie kiedy. A u nas pepsi skład ma prosty, cztery rzeczy, znaczy wiecie, miała, bo teraz nagle, by walczyć z otyłością jest piąty… i to oczywiście jebany słodzik. I co? I wytłumaczcie mi po pierwsze uno po co?

Bo przecież chyba jest jakieś pepsi zero czy max czy inne trucizny…

Po drugie uno, wiele osób jest uczulonych na słodziki, ze mną włącznie.

W znaczeniu zabijają mnie, więc muszę sprawdzać… oczywiście ino żadnego nie było i tu będzie uno trzecie, czyli opowieść jak się dowiedzieliśmy o onym skurczysyństwie… bo oto jest i wiecie, prawie teoria spiskowa.

Czy coś…

Otóż… nikt nizego nie mówił, w znaczeniu infa z firmy, ino pewna kobieta se wzięła i golnęła, a potem coś ją tknęło, coś puknęło, głowa, żołądek, brzuch… nagle i smak dziwny i ból, wiecie jak to jest, lekarze… i w ten sposób nawet nie wiadomo kiedy to wszystko się zaczęło, możliwe, że już kilka miesięcy temu, bo Chowaniec powiedział: dziwna ta pepsi – na promie… wiecie, pije po to by kofeinka zadziałała i oczywiście żołądek się uspokoił. I właściwie tylko wtedy ją pijemy.

No na żołądek…

I tyle.

Człowiek nie jest uzależniony, ale naprawdę nie rozumiem dlaczego dodaje się coś takiego, co zabija innych i nawet nie ma o tym info. Kto czyta etykiety rzeczy, które kupuje od dawna i czytał kilka razy już!!!

No kto?

Ale… oziębiło się.

Nawet trochę śnieg padał, a raczej styropian taki, czy coś… no serio. Nie, zimy jakiejś prawdziwej nie ma, ale jednak, no przynajmniej jest bliżej zera. Nie są to temperatury w okolicach 10 stopni, więc lepiej się oddycha.

Jakoś lepiej i normalniej…

Zimniej.

Nie wiem dlaczego, ale jako człowiek jestem raczej onym niezrozumiałym obiektem pośród innych człowieków, co to lubi zimno. No lubię zimno. Koce też lubię, ale jednak zino jako takie sprawia, że jestem nie tylko wyspana bardziej, śnię lepiej, ale też pracuje mi się jakoś tak bardziej spójnie. I tworzy lepiej i dyńka jakoś iskrzy normalniej, w lecie… nie no, lato nie jest dla mnie. Powyżej 10 stopni już odczuwam dziwny niepokój. Powyżej 20C… już jest po prostu źle.

Bleeeee…

Dlatego zawsze wielbiłam jesień i zimę.

Nie tylko za one kolory i ciemności – no tak, ciemności też kocham, taki typ, słońce mnie denerwuje i pali mi kwiatki, więc… musicie to łyknąć. Są tacy ludzie, którzy nie chcą na Malediwy, a Hawaje uznają za wizję piekła. Taką obok spędzenia obiadu z jakąś tam rodziną, czy w ogóle krzesła, jedzenie…

Bleeeee…

Coś ze mną nie tak?

A może jednak, zwyczajnie jestem OOAK? Oczywiście, że jestem. Po prostu w pierun cudna i zarąbista i w ogóle… LOL uznajmy to za tegoroczną mandtrę. Bycia wdzięcznym za to, że się jest… i tyle, na więcej mnie nie stać. Kredytowa też nie jestem. Sponsorów brak, więc wiecie, trza se radzić. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrzunio… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Zdupczyk…

„Ekhm, no dobra, to dopiero był aparat.

I to mega aparat i na dodatek, wiecie, jednak większość ma pewien problem z taką analną tematyką, więc oczywiście, że Zdupczyk nie był popularną osobą w okolicy i bliższej i tej dalszej. A podobno i nawet znali go poza światami… były na to różne dowody, jakieś wlepki w paszporcie, jakieś nazwy, jakieś…

Kurcze no, nawet w miejscach dość sekretnych Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane miała jakąś wizję dziwną, a potem i zdjęcie gdzieś widziała, takie się ruszające, takie jakieś… przerażające, wiecie, z odpowiedniej strony, że naprawdę nie można go było nie poznać.

No szczerze.

Do tej pory miała jakiś taki wstręt do patrzenia gdziekolwiek…

Przez niego.

Ale… cóż, czasem było go trzeba zwyczajnie znosić i tyle. Pewne interesy wymagały tylko i wyłącznie jego obecności, jego obrotności, a kurna, przy onej swojej sylwetce bardzo kulistej było mu to chyba o wiele bardziej możliwe, łatwe i wszelako dla niego naturalne? No serio, wyglądał jak balonik z girkami kulistymi i niewielką główką, którą można było pomylić z ogonkiem…

Bo ogon miał oczy też.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje i leje.

Leje i wieje…

Nie żebym narzekała, bo moja osobowość uwielbia wszelaką szarugę, ale jednak taka zima, nie no nej tak… ja podziękuję za takie namakania. Woda stoi wszędzie. Znowu drzewa poupadają, znowu będzie tragedia, więc tylko spoglądając na prognozę można powiedzieć co się na Wyspie wydarzy.

Wkurza mnie to, bo ciągłe czystki w ramach gołego nabrzeża, które sobie ubzdurzyli, wciąż są prowadzone. Oczywiście nie wolno budować blisko wody, ale są lepsi i lepsiejsi, więc wszelakie inwestycje na wykupionych działkach będą prowadzone. Czy to przygodni Turyściznę? Nie wiem… nie mam zdania. Jakoś już tego wszystkiego kompeletnie nie czuję. Nie rozumiem… ciekawe, czy jak po jakimś sztormie znowu coś się zawali to będzie krzyk i rwanie włosów i oskarżanie: a mi nikt nie powiedział… Kurde weźcie no, a rozumu nie ma? Puk puk!!!

Zaskakuje to, jak bardzo ludzie są głupi.

A może ino naiwni?

Nie, dla mnie to głupota i tyle, zdania nie zmieniam! Nie, nie nabierzecie mnie już. Nic z tego, oj nie. Nie wierzę w ludzkość. Wolno mi. No kto mi zabroni? Weźcie no, przecież się nie ujawniam w mediach… wróć, a może jednak się ujawniam? LOL Może to właśnie nastąpiło?

No ale…

Mamy styczeń, wiadomo, większość jednak uznaje to za jakiś nowy początek, nowy start i tak dalej. Niby to wiadomo, a jednak, jakoś tak wsio po staremu. Stare problemy, stare twarze, nowe twarze, które i tak wydają się stare i jeszcze… o dziwo przecena rzeczy światecznych!!! W sklepie! Ja pierdziu, czujcie moje zaskoczenie!!! No przecież od tak wielu lat już tego nie robili!

O co chodzi?

Gdzie ja jestem?

Przecena aż 50%… dobra, ale tylko jeden krasnal! Bo tak naprawdę, bez urazy, ale człowiek nie potrzebuje tych rzeczy. Smutne to, ale z czasem, jak już się ogarnie co chce, co wie, co może co ma, co kocha czego nie lubi i jeszcze, ogólnie… kim jest, po prostu, tak zwyczajnie i dobitnie. Nagle stajesz przed ślicznym domkiem ceramicznym i to firmówka z Kopenhagi, ale… serio, wolę coś od artysty… coś lepionego ręcznie. Wolę jedno i takie, co codziennie poprawi mi nastrój niż…

Masówkę?

To nie jest jakiś snobizm, myślę, że to raczej ono uczucie, że posiada się coś, czego inni nie mogą posiadać. Bo rzeczy robione ręcznie oznaczają, że każda jest inna. Tak lub inaczej. Nawet seria prawie takich samych domków, to ino PRAWIE takie same domki. I już… no i samo nabywanie takiego cuda… może być traumatyczne, może być zwalające z nóg, może być różne, ale zawsze jest przygodą.

Zaskakującą.

A tutaj przecież każdy tworzy, więc… kubeczek, domek, figurka… i pewno, że na naszą kieszeń to sporo, ale przecież można wybrać. Można wybrać posiadanie artystów na Wyspie albo nie…

… komuś obraz? Wciąż mam jeden do sprzedania!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Zdupczyk… została wyłączona

Pan Tealight i Wystrzel…

„Boom… jak rąbnęło za pierwszym razem, to musieli wyciągać Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane z podsufitki w salonie. Znaczy sufitu, ale wiecie, nauczeni doświadczeniem wybili go miękkim, a i tak przebiła go, i to sporo, no przecież nie żałowali waty ni tego czegoś z Wielkiej Pajęczycy z Zachodu… i rąbneła się boleśnie i dźwięcznie w belkę.

Belka przeżyła.

Pajęczyca zapewnie poczuje się urażona, bo przecież mieli nie niszczyć, przecież to właściwie dzieło sztuki, że z dupy, no weźcie, a robicie coś bardziej odkrywczego innymi otworami? Sami się zastanówcie? Kto postawił ładniejszy klocek w tym tygodniu? Może jakiś konkurs fotograficzny…

Aromatyczny?

No ale…

Wiecie, z drugiej strony tak patrząc, to w końcu Wiedźma Wrona należała do tych raczej strachliwych, znaczy bała się wszystkiego i każdego, wszelakiego i nienamacalnego, macalnego i tego co samo macało. Po prostu nie wyróżniała z onej fazy straszenia nikogo, ale też i nikogo nie pomijała, wiecie, żadnego rasizmu, czy coś… pełen dostęp. Każdy zostanie uwzględniony!!!

Nie ma boja!

… więc nie dziwota, że jak tak pierdnicznęło, to ją uniosło ku górze… chociaż, z drugiej strony, czy nie powinno w dół pociągnać…

Swój do swego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Paddington pozdrawia” – … okay, wiem… to trochę może dla niektórych zabawne, ale mam teorię. I ona teoria głosi, że czasem się bajki rozumie i czerpie z nich jakąś inną odrobinę mądrość właśnie po latach. Po tym czasie, gdy inni ci je czytali. Teraz nagle możemy czytać w swoim tempie, czytać wielokrotnie, no i analizować, albo się bawić…

Bawić się oną delikatnością i naiwnością lekką i oną utopią, trochę…

… uciec od dorosłości.

A może jednak, jednak jakoś tak, po prostu się rozerwać, wiecie… Odstresować, bo przecież tutaj zakończenie musi być… znane. Musi być pozytywne, prawda? No tak, to chyba miejsce, w którym należy powiedzieć, że ten tom, to opowieści niepublikowane w Polsce. Kurcze, to oznacza prawdziwą zabawę, czyż nie? Jeszcze tylko zdobyć wszystkie inne opowieści o misiu z walizeczką i kanapką pod kapeluszem i można przebrnąć przez ten świat, jakoś tak… łatwiej?

Może?

Dla mnie posiadanie Kubusia Puchatka, Muminków i Paddingtona to zwyczajny obowiązek czytacza… dziwne, czy nie?

Ciepło…

No wiecie co, żeby prawie 10 stopni było?

Zgroza!!! Jak ja mam tak żyć? Bez śniegu, bez zimna, bez onej zimowości wszelakiej, padającej bieli z nieba, snestormów i tak dalej… Przecież to nie jest naturalne!!! To mnie przeraża. I to zaczęło się z końcem grudnia, więc tym bardziej dziwnie przytłacza. Ten deszcz jesienny, a jednocześnie dziwna pustka i niebyt, jakby czegoś brakowało, ale co masz zrobić…

Mówią, że za kilka dni zima wróci…

Czy im wierzyć?

Nie wiem, ale styczeń to dla mnie jakiś powrót do znajomej normalności, onych wiecie rytuałów i wszelakiego uporządkowania. Chociaż człowiek wie, że czekają go jakieś rąbania i bicia, to jenak już się przyzwyczaił do tej myśli. Teraz może zwyczajnie powrócić do rutyny, która jest taka dziwnie…

… pocieszająca w onym bezzimowym świecie.

Styczeń… kurde, kiedy to zleciało?

Wiem, że dla wielu ten rok był do dupy, dla niektórych bardziej niż 2020, czyli na przykład dla mnie, więc wiecie, czeka na oną odmianę cudowną, na lepszy czas, chwilę, cuda jakoweś i tak dalej. A co? Nienależą mi się? Oczywista, że mi się należą, no weźcie no, w końcu mogłoby się zacząć układać…

To w końcu kraina LEGO.

LOL

Jak na razie człek po prostu robi to, co musi.

Oddycha i pracuje, pracuje i oddycha, próbuje spać i spełniać marzenia innych.

Naprawdę, dla mnie brak zimy to fizyczny ból i wszelakie dziwne dolegliwości. Nie, nie wirusowe, choć wciąż mamy jako państwo przerąbane, ale bez urazy, od drzewa miałam coś podłapać? Do sarny się nie zbliżałam.

Do bażanta też nie… chociaż tak je lubię.

Oczywiście zając, co to lubi sobie tutaj pomieszkiwać mógłby, ale też nie byliśmy blisko siebie, więc wiecie, asertywna introwertyczność oraz wszelaki zbiór stanów lękowych pomagają… nawet spacer po mieście to w dzisiejszych czasach, znaczy styczniu, raczej taka samotność. Ot spotkasz kogoś wychodzącego ze sklepu, ale wiecie, dystans trza trzymać. Ktoś z psem, ktoś się zagubił, może zaraz wróci do swojego wymiaru… czasem mi się wydaje, iż nie wszyscy są tutaj naprawdę…

I na stałe…

Czasem.

Bo to w końcu takie miejsce, wciąż, gdzie wszystko i nic jest możliwe… może i ostatnio bardziej nic, ale może w końcu coś się uda. Coś po moich myślach popłynie, zadzwoni dzwoneczkami, zatupie obcasikami… i tak dalej…

W końcu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wystrzel… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwszy…

„No pierwszy był, więc i takie otrzymał imię, ale bez urazy, od razu mu powiedzieli, że będzie mógł za tydzień wymienić, albo za dwa, wiecie… bez parcia, w końcu nie można zbyt szybko zaczynać tego nowego roku, co nie…

Kurna, dziwnie wyglądał, tak na pierwszy rzut oka, no wiecie, jak zeszły…

… ten Nowy Rok.

… więc jakoś tak się nie spodziewali, że ten Pierwszy Co Zapuka Do Drzwi będzie jakiś wystrzałowy, że przyniesie zmiany, czy coś, a może i prezenty jeszcze i może po prostu zbawicielem był jakimś, bo czemu nie, po tych wszelkich szaleństwach oprzednich lat już mieli dość… ale nie mieli nadziei. I dobrze. Bardzo dobrze, bo co jak co, to raczej był… nawet nie zwyczajny.

Raczej…

Przerażający.

Obwieszony białą szałwią, dzwoneczkami, piórkami, sznureczkami we wszelakich kolorach, z grubą, rzeźbioną laską, która zaginała się u góry w jakieś kozie rogi, także znaczone dziwnymi kreskami biegnącymi we wszystkie kierunki, jaki odliczały coś, jakby kalendarz… jakby… się poruszały, znaczy one rogi, jakby w ogóle nie były z drewna czy kości, ale raczej… i ten kij, raczej kostur… i ta szmata na jego grzbiecie, szarawa taka, widać, że pleciona na jakimś ręcznym krośnie i jeszcze farbowane może ino lekko żytem, czy inną cebulą, z kapturem wielkim, więc nie widzieli twarzy tylko rodę jakoś tak dziwnie na niebiesko farbowaną…

… i jeszcze zapach…

… mszany i ziemisty…

Oj, Tatuś? – wyszeptała głosem drżącym i dziwnie szeptliwym Wiedźma Wrona Pożarta Przez Ksiażki Pomordowane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Autobusy…

No tak… nowy rok jest nowy, ale pewne zmiany zaszły u nas już odrobinę wcześniej. I to zmiany dość zaskakujące, które mnie, przyznam się, zaskoczyły… otóż, no autobusy już nie jeżdżą. Znaczy, wróć, nie no, wciąż mamy autobusy, przystanki i tak dalej, ale jeśli lubiliście, że autobus podjeżdżą wam pod dom, to się możecie zaskoczyć wracając z jakichś dłuższych wakacji.

Na przykład w Gudhjem autobus nie zjeżdża na sam dół i… cóż, przyznaję, że z jednej strony to super decyzja, bo uliczki u nas wąziutkie, zawsze były problemy, ale z drugiej, te starsze osoby… no wiadomo, znowu coś ma dwa końce, dwie strony, ale czy jest tych osób aż tyle…

Czy wciąż tyle osób jeździ autobusami?

Oczywiście, że zmiany autobusowe u nas zachodzą już od jakiegoś czasu, właściwie jak wszystko, walą się te autobusy tutaj. Już są problemy z rowerami, z sezonem, z tym i tamtym, na szczęście, jak już wspominałam znikneły kody i są normalne rozkłady jazdy, więc można… można… ale wracając do onego „niedojeżdżania” autobusów, to wiecie, bezpieczniej, na pewno… mniej zanieczyszczenia, też. Jednak jakoś tak… autobusy turystyczne nie mają obostrzeń.

Im wolno smrodzić i rozjeżdżać ludzi…

I zawadzać.

Czy będą zmiany, na przykład właśnie u nas, czy ludzie wywalczą miasto, w którym jeździć mogą tylko ci co pracują czy mieszkają, czy bedzie to bardziej deptak? Nie wiem, pewno nie, ale ludzie wciąż walczą…

Co to za ludzie? Nie wiem… bo chodząc po mieście straszą ciemne okna… i brak onych żywych dusz. Martwi są.

Wiadomo.

Strzelanie…

Trzeba wyjaśnić raz na zawsze.

Nie, Wyspa nie jest oazą ciszy w tym okresie, ale, kilka lat temu zmieniono prawo, ustalone zostało, że wolno kupować to badziewie i użytkować tylko przez tydzień w roku. I tyle. Czy da się to jakoś tak mocniej ograniczyć? Nie wiem… a mówimy o świecie, gdzie żyje masa osób z PTSD i innymi schorzeniami. Pamiętacie opowieści o żołnierzach z lasu? Tak, ludzie tutaj, mieszkający… cóż, często są onymi skrzywdzonymi przez życie. Ich zderzenie z oną codziennością tej porąbanej cywilizacji, jakoś tak… męczy, boli, pogłębia zaburzenia, wiecm… znam to uczucie.

Nazbyt dobrze.

Sąsiedzi postrzelali, powalili jakimiś bombami.

Aż dziwne, że takie małe osiedle, a tyle hałasu. Znowu w mediach dialogi o tym, czy trzeba czy wolno, dlaczego… jeden mówi, że to kasa idzie z dymem, ale drudzy na to, że to ich hobby. Jest i koleś, który wydaje na to multum kasy i podobno jednoczy tym społeczność w swoim tam grajdołku.

Ciekawe ilu wkurza?

… więc jak w innych miejscach… podobno w Niemczech nie wono sprzedawać, czy nie będzie wolno? No nasi sprzedawcy przygraniczni się cieszą. Wiecie, ten nie sprzeda, to sprzeda inny, a nie zakazują strzelania, za to wyszła na jaw afera, w wyniku której ktoś poszedł do więzienia, a jedna sieć sklepów dostała po tyłku… Otóż… no widzicie: była sobie ciężarówka, która wiozła całą paę fajerwerków. Może i prochu tam aż tak wiele nie było, ale gość chciał na prom, wcześniej, młody jakiś, wcześniej zrobił co mu kazali, czyli zdjął znaczek wybuchowy z tyłu i wiecie… chce płynąć. Ci do papierów, a tam stoi: artykuły papiernicze.

No pewno… papier też tam był.

Młody, którego firma wrobiła w to poszedł do ciupy… i tyle… firma nie oberwała, podejrzliwość różnych bytów wzrasta…

Ludzie mają powody!

Ludzie tworzą powody!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwszy… została wyłączona

Pan Tealight i Bandaż Oczyszczenia…

„Ale no jak on piękny był…

… niczym najbardziej drogi szal, taki wiecie markowy mocno i z ceną taką, że człek się zastanawiał czy wątroba wystarczy, czy jednak i nerkę dorzucić, one wszelakie zdobienia na jego powierzchni zdawały się iskrzeć i skrzeć i jeszcze poruszać, wprost tańczyć, balet jakiś odprawiać… i pachniał tak niesamowicie, nie jak bandaż, nie, nie jakoś sterylnie, ale raczej jak las po deszczu, taki las, co to nie przesuszony, ale nie grzybowy jeszcze i oczywiście mszany mocno… wiecie, taki wczesnowiosenny, gdy deszcze nie poszalały, ale były, kwiaty nie wariowały, ale były…

I kolor taki miał niebandażowy.

Raczej jakoś tak jak szałwia zmieszana z tymiankiem i dorzuconymi kocankami… i jeszcze trochę chmur porannych, i trochę tych pogodow lekkich… i jeszcze coś, coś nieznane i jeszcze coś oszałamiające, więc wcale a wcale nie był kojarzony z czymś złym. Z czymś krwawiącym, bolącym, czymś…

Niebezpiecznym.

Zakaźnym i zaraźliwym.

… więc był tutaj, tak na wszelki wypadek. Trochę może i dekoracyjny z tymi zakładkami i obwijką w listki brzozowe…

… był.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I nagle ciepło…

I mgła.

Temperatura zaczęła lecieć w górę już po świętach, nagle zrobiło się jakoś tak dziwnie. Wiatr zaczął wiać coraz mocniej i mocniej, nagle szarpał za ściany, za dach, by z równą nagłością się wyciszyć, wymruczeć, zniknąć na chwilę, dłuższą, krótszą… po prostu odejść, a potem znowu wrócić.

I tak to się toczył ten czas pomiędzy świętami…

I nagle w czwartek ludzie ruszyli do sklepu ten chleb kupić, a tam skurczybyka nie ma. Nosz kurcze wam powiem, że patrzenie na puste półki, a jednocześnie masę tak zwanego jedzenia, czegoś, czego człek nie ruszy, było dziwne. Plus masa dzieciarni zestoycy, wiecie, wynajmują sobie co można i piją… a co mają robić, no i oczywiście to drugie, i trzecie, w końcu jesteśmy przerzutówką narkotykową czy jakoś tak. Jakoś już nie wiem, ale wychodzi na to, że nie mam talentu do „widzenia” takowych rzeczy, spraw, ludzi… rozpoznywania sprzedawców… chyba…

Jak ktoś coś wie, to dajcie znać. LOL

Ale…

Wiadomo, że przyjeżdżają i odchodzą niezłe balety, więc lepiej schować się w domu, pomijając już subtelny mało fakt pandemii… no tak, wraz z końcem roku Dania stała się krajem tych zarażonych. Znowu nikt nas nie będzie lubił. Wiecie, teraz się obrywa w świecie za dziwne rzeczy.

Ale fakt taki, że z powodu dostępności do testów, wiecie, ludzie się testują i wychodzi to lub to i może tamto. Dwie kreski, krzyżyk, czy co tam…

A nie, to nie ten test. LOL

Nikt nie patrzy na to, że jeśli ludzie się testują wtedy, wiadomo, państwo dostaje info o zarazie i tak dalej, jak się nikt nie testuje, nie znaczy, że nie chorują. Tosz to takie proste a Duńczycy naprawdę chyba…

… to lubią?

Niektórzy się uzależnili!!!

Ale, to wszystko nie znaczy, że się nie bawią, no przecież… przecież pochorować można sobie potem, jakoś tak to wszystko stało się szybko elementem życia. Rok i już nagle bez wsadzania sobie patyka do nosa ludzie żyć nie umieją. A kurde do uszu to trza jakieś specjalistyczne… nie wiem, czy naprawdę ona stadność ma wciąż wartość taką jak wieki temu? Szczerze?

Nie wiem.

Nie czuję tego.

Ale ta mgła… gęstsza niczym mleko, bardziej splątane ciała czepiające się lusterek bocznych i kół, biała wilgotność, przerażająca, dziwnie znajoma i nieznajoma zarazem i jeszcze wszelako przerażająca, jak tak i ciemno i mglisto i tylko światła samochodów czasem dają znak, że coś się dzieje, że to coś wciąż tam jest, że wciąż ono coś jest znajome i jakoś tak… dobre…

Dziwne te ostatnie dni 2021.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bandaż Oczyszczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Rok…

„… ale on nawet nie chciał by go zwać nowym.

Więcej, nawet nie wyglądał na młodego, wprost przeciwnie, gość w średnim wieku, mocno zjechany, żanych botoksów czy coś, widać, że w ziemi lubi pracować, wiecie, dłonie poorane liniami, blizny białe i lekko bardziej świeże, wszędzie jakieś plasterki, ten w grzybki tamten z Supermanem…

… jakieś autka, psi patrol?

E…

Pan Tealight był lekko zasoczony, ale starał się tego po sobie nie pokazywać, bo i po co. Tyle już widział, to nie był pierwszy nowy nienowy, nie pierwszy, ale niepokoiło go to, że się pojawił akurat teraz.

W końcu i tak było już aż nazbyt ciekawie.

Tak naprawdę mieli onej ciekawości już powyżej cebuek włosowych na najwyższej części ciała… wiecie, nie u każdego jest to głowa. Nie. Może wydawało się wam, że dupę też możn tak zwać, ale jednak od razu oburzają się zroślaki, więc wiecie, poprawność polityczna rządzi i włada wszystkim, ale… prawda była taka, że on naprawdę był już jakiś takiś zużyty. Chociaż, może to znaczyło, iż bogaty był w doświadczenia, czy coś w tym stylu? Wiecie, wiek dodaje mądrości?

Chociaż nie wszystkim…

Taka Wiedźma Wrona Pożata Przez Książki Pomordowane się na przykład uwsteczniała i miała armię misiów. I łosiów… i w ogóle pluszaków, a szccerze, w ryj z pluszowej piąstki można dostać wyjątkowo boleśnie i na pewno jeszcze dodatkowo będzie papruch w oko, nieusuwalny taki, co wrośnie w oną gałkę z łatwością, bo i wilgoć i wiatery, no i sprawi…

Oj… wiecie sami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rozmowy pokojowe” – … kurcze… trzeba przyznać, jak się spojrzy od początku tej całej serii, ja pierniczę, patrzę na półkę, brakuje mi tylko jednej książki, chyba „Krwawych rytuałów”… ktoś coś? Bo ja potrzebuję nową, wiecie, niemacaną taką…

Ale… tutaj od razu na pierwszej stronie walą z grubej rury.

Niby człek powinien być przyzwyczajony, ale… takie nowości. Takie skomplikowania, no i że niby jak to wszystko się rozwiąże? I tak, jak najbardziej akcja wciąż trzyma i tempo i zaskoczenie jest i w ogóle, do tych książek się wraca, jak do dobrych miejsc w przeszłości, więc… wiecie, warto.

Hmmm, zaskakująco z Butcherem zawsze warto. A jeszcze z magiem, wampirem i całą masą onych osobowości, które aż iskrzą, czasem nawet dosłownie, nie, nie wampirzo… iskrzą emocjami naprawdę. Są tak prawdziwe, że aż chce się przejrzeć kogo tam autor zna i czasem nie żyją…

Naprawdę…

I mag i wampir i strażnik i wojownik i…

Kolejna część, wciąż wciąga i jak zawsze polecam od początku!!!

Śnieg…

I kto by się spodziewał?

Wiecie… prawda jest taka, że mówili, że jakoś tak o tym przebąkiwali, ale tak, jakby sami w to nie wirzyli, więc jak my byśmy mieli uwierzyć? No jak? Bez przesady, ale jak… nie zwątpić w ich zapewnienia i tak, pewno, że nawet koniec listopada lekko pośnieżył, pewno, ale grudzień… tosz o tym ino najstarsze dinozaury opowiadają, że śnieg zawsze mieli, że saniami prezenty…

Ale…

Tak, było biało.

Znaczy… powiedzmy sobie szczerze, poleźliśmy na spacer i w Almindingen było takie miejsce, gdzie śniegu było po kostki, wciąż na gałęziach one poduszeczki, jakby nikt i nic nie chciało naruszyć onej cudownej konstrukcji, jakby nikt i nic nie mogli, po prostu tabu nałożone i tyle… nie ruszać śniegu.

I te ślady tylko zajęcy i saren i nagle z lewej jedna wyskakuje… siup! Dlaczgo to tak jest, że akurat wtedy człek patrzy, a nie łapie za aparat, wróć, nie musi łapać przecież, ma go w łapie i mógłby, ale po co… na co? Czy chcę komuś udowodnić, że taka bajkowość wciąż istnieje? Nie, nie muszę…

Nic nie muszę.

Napatrzyć się na oną biel muszę…

Wsłuchać w oną ciszę, kompletną, cudowną, szałową.

Jakby ten śnieg naprawdę odbierał wszelakie grzechy, zmywał winy, wybaczał wszystko, nawet oną moją ludzkość, ono człowieczeństwo, które pozostawia na tej białości przepięknej ślady… aż mi głupio. Nietknięty śnieg, a człowiek jak jakieś bawoło wstrętne włazi i go depcze. Możnaby iść w śladach Chowańca, ale toto tak wyrosło, że zwyczajnie no te jego długie nogi, moje krótkie, no weźcie, tosz to więcej niż moja gimnastyka zwyczajowa.

I tyle tego śniegu…

A u nas nic.

Znaczy w Gudhjem… znaczy wróć, nie tak, że kompletnie, ale jednak, no prawie nic. Ino lekko popadało, zielone spod tego wyłazi, jakby chciało udowodnić, że ono ważniejsze, że żadna zima tu nic nie zrobi… ani nawet one traktory, które mocno orają… czy ktoś mnie może oświecić od kiedy orze się zimą?

I sieje.

I w ogóle robi inne rzeczy ziemię drące?

Ale nieważne to, bo przez dwie ponad godziny człowiek chodził po lesie. W końcu, dziwnie samotny, bez innych ludzi, na onej bieli, może i nie wszędzie, może i wszelako miejscami śniegu w ogóle, ale miło mrozi ryjek. Mniej miło, gdy po drodze trzeba zahaczyć o sklep i maseczka wjedzie i jeszcze ryj się spoci, potem się mrozi, no po prostu cholery dostaję z tym maskowaniem…

Ech!!!

Był hvid Jul!!!

YAY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rok… została wyłączona

Pan Tealight i Wzrost…

„… no to sobie spał…

No co? To był czas spania w końcu.

Przynajmniej dla niego.

Chociaż, przecież i innym nikt nie bronił, nie zakazywał, czy coś. Przecież też i czas był taki, odpoczywalny, więc dlaczego tego nie robili, czemu wciąż gdzieś pędzili, a nawet jeśli zlegali na jakichś łożach czy sofach, to i tak wciąż jednak, nie odpoczywali. Te maszyny w dłoniach, wzrok błądzący po ekranach…

Jakby nie mogli się zdecydować czy to, czy jednak tamto?

No bo przecież zima, pewno, że te czasy pogodowe to jakieś takie nie do końca jak znał sprzed wieków, ale jednak, jest w kalendarzu, więc czemu nie? Dlaczego ma narzucać wzrastanie, gdy to czas spokojności, wytchnienia, szarości i spania, skarpet ciepłych i napitków wszelakich i tycia… no tycio tycia może? W końcu ludzie tacy dziwnie fit i tak dalej, ale…

Nie mógł powiedzieć nic.

Się nagle okazało, że polityczna poprawność nie miała na niego miejsca.

W ogóle, bo nagle okazało się, że jest restrykcyjny, że przecież pogoda nie może narzucać nastroju i jeszcze, jeszcze, że wszyscy są wolni, wszyscy są wszelako nieskrępowani onymi prawami natury, więc niech się wali…

Wzrost czuł się dziwnie.

Nie na miejscu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc… pogadajmy o reklamach.

I nie, nie mam na myśli telewizji, ale czegoś, co pokazuje mi się gdy puszczam coś na YouTube. Wiecie, przymusowe czekanie na znaczek „pomiń reklamę”. Najbardziej dobijające są te, które opowiadają o tym, że przy stole boicie się tego, że wypalicie się w pracy, no cóż, jak ktoś pracuje jako świeczka czy lampion, rozumiem… znaczy, wróć, wiem, że to nie jest zabawne, ale jako osoba chora uważam, że nie będę się dobijać i tak wyskakujące reklamy i ta grobowa muzyka jeszcze…

… to szczerze mnie dobija, więc…

Okay, pierwsza jest reklama z wypaleniem, strachem, że pracę zabiorą i dalej nie wiem, bo klikam „pomiń reklamę”. Z nerwową trzęsawką. Oczywiście chodzi o ubezpieczenie, ale… no co zrobić? Nie da się zapisać do tych bezreklamowych, a raczej, no wiecie… raczej się da, ale mnie nie stać a i serio, za to płacić. Nie, YouTube nie zasługuje… chociaż zauważyłam, że niektóre moje filmy mają wyświetlenia!!! I to po 700 nawet!!! Nie rozumiem tego… serio.

Kolejna reklama to ona mikołajkowa…

Ekhm.

Odbywa się też przy pisuarach!!!

Otóż wiecie, to coś nagłowne pandemiczne wróciło. I tak, u nas odwołano potem znowu i teraz ludzie wrzą, bo się okazało, że te szczepionki to jakoś nic nie zrobiły i ten cały rok, który miał być cudownym odrodzeniem był do dupy. No co? Jak mam to określić?

Dosłownie najlepiej.

Ale Mikołaj.

I jego mężczyzna…

A co?

No chodzi se w reklamie nadmiernie eksponowanej, po mieście jakimś facet z dmuchanym, wielkim. wyrośniętym…

… Mikołajem.

I se chodzi, no i w kolejkach stoi, wszelako bodzie nim dmuchanym może i, ale jednak bodzie innych, a potem zostawia go na mrozie i idzie się z babcią ściskać… co widać przez okno. Tak, to trochę dwuznaczne, ale ma być taki wymiar tego, że odległość zachować należy, aby z Babcią się… no nie wiem, nie wnikam, jak kto kurna lubi, można i z dmuchanym Mikołajem, co nie?

W dzisiejszych czasach poprawności wszelakiej, nie tylko politycznej, no przecież nie będę Mikołajowi w wentyl zaglądać… chociaż, czy Mikołaj wyraził zgodę? No wiecie, koleś na reklamie jeszcze względnie młody, jakąś laskę w pewnym momencie, na ławce Mikołajem bodzie… znaczy dmucha go i wtedy rączka mu się… i w dziewczynę, więc może Mikołaj wołał o pomoc…

Czy to brzmi dwuznacznie?

Kurde…

Ale… no chodzi o to, że ministerstwo zdrowia oraz wszelkie ubezpieczycielskie twory przesadzają z reklamami, które w odbiorcy mogą wzbudzić depresję, stany lękowe i tak dalej. I to już na poważnie, bez wsadzania Mikołaja. Szczególnie w kraju, który już odrzucić pandemiczności i szykował się na jebany God Jul i wszelakie merry i HO HO HO… nagle z grubej rury, że nic wam nie wolno.

Niezależnie od szczepienia.

Cóż… jak zwykle chujowe te święta, chociaż… co złego w byciu samemu ze sobą, albo jak ja, samemu ze swoimi osobowościami?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wzrost… została wyłączona

Pan Tealight i Kanalarz…

„W Dalekich Otchłaniach Wszystkiego, w skrócie DOW… no co, spróbujcie być w robocie i kilkanaście, albo i kilkadziesiąt razy to wymówić i to nie koniecznie dziennie, ale i nawet nocnie, w końcu to robota życia, więc jakoś próbujecie to skrócić, no przecież język się plącze, dwunasta kawa, oczy na zapałkach, a jakiś idiota pomylił zapałki z tymi tam, no ostrymi, wykałaczkami…

Ale…

Macie życie, macie robotę i tyle.

Nic poza tym…

Jednak, tak patrząc z drugiej strony, macie też i ono wymarzone wszystko. Bo przecież w końcu wszystko jest wyrzucone, wszystko tak kończy, wsio w końcu chce się ukryć, zapomnieć, zmienić, zawstydza nagle… nagle już jest niemodne, nagle znowu macie naśie lat i dzwony w epoce ciasnych rurek i jakoś tak, wcale nie chcecie się wyróżniać i choć… mówią wam, że jednak moda wraca, że może warto pozostawić portki, ale ona złość, wściekłość, to wszystko…

Wyrzucasz, a oni się cieszą.

Znaczy, najpierw klną, bo roboty wiecej i nie do końca wiadomo jak zapisać, znaczy jakie akta dorzucić do dzwonów, czy zmartwienia nastoletnie, rozterki modowe, a może jednak przyda się kiedyś… tak… one mityczne, znane wszystkim Przydasie miały swój osobny dział w DOW.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Troszkę poprószyło…

Niesamowita biel zaczęła powoli spadać z nieba i zrobiło się cicho. Nagle, z onej światłości męczącej mnie przez dni kilka, tak, ja wciąż z tych, co niezbyt za słońcem przepadają… więc nagle światłość się wycofała i wróciła szarość i biel, i one zielone pola, bo przecież czemu nie, wciąż kwitnące róże – nie wiem kiedy przestaną… i jeszcze te drzewa takie nagie nagle puszyste i krzaki…

I pod lampą, żółtawą, w ogródku, gdzie nieścięte trawy stoją, teraz potworzyły się jakieś hatifnatty, czy coś innego, równie magicznego, zapewne mnie elektryzującego, ale wiecie, nie każdy musi elektryzować.

Nie każdy.

… spadające płatki, żadnego wiatru, minus dwa, może i trzy, ale wiadomo było, że wszystko zaraz minie, że się roztopi, że zniknie i dźwięki wrócą i wszelakie szaleństwo, którego tutaj, no weźcie, nie ma, nie oszukujmy się. Tutaj marudna jestem jak sąsiad wyciąga to coś, wiecie motorynkę, czy coś, strasznie to głośne, ale popularne na Wyspie. Podobno można tym jeździć bez prawka? Serio? I to po ścieżkach rowerowych, które często też są chodnikami, więc moja nerwica lękowa się cieszy za każdym razem, jak jakiś, z tłumikiem się nagle wymsknie mi zza ramienia…

Ja pierdziu…

Albo wielkie ciężarówki, które jeżdżą drogą… głośne, bo każdy sobie popuszcza pasa, znaczy gdzieś ma ograniczenia… ale nie teraz, nie gdy tak pada. Nagle wszyscy oni zniknęli. Ptaki nawet ucichły…

Cisza… biała.

Śnieg powoli pokrywa wszystko. I dachy i rośliny i drogi i chodnik, którego tu kawałek mamy i jeszcze one drzewa, przydając wszystkim tych poduszeczek, onej świątecznej miękkości, onej…

… szalonej dziecinności.

Prostej i logicznej w wieku, w którym się jest, gdy ona jeszcze istnieje.

Wielkie płatki śniegu, nie takiego styropianu jak rok temu padały przez prawie kilka godzin, aż do popołudnia, gdy wszystko nagle zaczęło znikać i została ino woda, miękkość, ciapanie i pojawiły się dźwięki. Trzaskanie, rąbanie, coś upadło, coś się zbiło, coś zaczęło skrzeczeć z prawej, pies sąsiada znowu się ucieszył, że poszłam do łazienki… nie, nie mamy jej na zewnątrz, nie wiem jak skurczybyk wie, że włażę do łazienki, no dobra, może jak światło się włącza to okay, rozumiem, ale jednak jak jest jeszcze względnie jasno? Jak on wie, że siadam na kiblu, bo właśnie wtedy zaczyna szczekać… i jeszcze jak ładuję się pod prysznic. Dziwnie, bo nie jak otwieram okno by przewietrzyć dom. Wiecie, te drewniane domy i wietrzenie…

Osobna historia.

To tyle, opowieść o śniegu, co zaczął się nocą, a zakończył… no dobra, gdzie niegdzie coś jeszcze leży, ale wiecie, przy onej zieleni pól to raczej ino dziwnie wygląda, chociaż dobra to inspiracja na wystroj domu. Wiecie, tak elfio, choć o czerwony się prosi. Jakoś tak… nie wiem dlaczego.

Tak mi pasuje…

Topnienie śniegu mi nie pasuje, kurde, smutne to… smutne, że ta cała zima nie jest zimowa, jesień niejesienna, za to lato zawsze lato. No weźcie no, tosz to jakiś rasizm jest pogodowy czy też pororokowy?

Jest takie słowo? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kanalarz… została wyłączona