Pan Tealight i Cisza Deszczu…

Deszczu Cisza… dziwny bezdźwięk, ale i przecież dźwięk… stuk i szelest i jakieś dziwne szpety i jeszcze, coś takiego niby wilgotnego, a jednak stałego. Niby coś niematerialnego, niby coś… coś, co sprawia, że usypiasz, wszelako się odmieniasz, a jednak… tylko cisza to przecież, zwyczajna, wyciszenie codzienności.

Lubili ją.

Bardzo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ystad wieczorem…

Trzeba przyznać, że co jak co, ale to miasto jest położone idealnie szczególnie dla zboczeńców fotograficznych. A już rąbane golden hour tutaj, szczególnie późną wiosną i late, no po prostu mucha nie siada. Te małe domki, one structury, te detale architektoniczne, wszelakie pierdolety.

Rzeźbienia i fiksum dyrdum…

No naprawdę.

Wąskie uliczki, architektura zaprzeszła i ta nowoczesna, która cudownie komplementuje przeszłą, na przykład onymi szklanymi fasadami, wiecie, totalna incepcja. Zwyczajnie, to miast jest mega i ma masę ukrytych mikro parków, jakichś zieleniaków, wszelakich rzeźbowych ekspresji i jeszcze, no oczywiście, jest wsio oblepine tabliczkami z dokładnym opisem kto i dlaczego akurat robił kupę w tym miejscu.

I ile mu to zajęło… okay, żartuję no…

Ale…

Naprawdę, jeśli kochacie fotografię, albo kryminały, wiadomo, no to jest to miejsce na kilka dni łażenia i to przy różnej pogodzie. Bo mrok, zachód, wschód, sztuczne światło, naturalne… wszystko sprawia, że wciąż od nowa je odkrywacie. No i dodatkowo jest tu masa takich małych sklepików, które po prostu są prawdziwym…. wyższym levelem of cuteness.

I wszelkie żarciownie…

No naprawdę, sprawdzacie na Instagramie kto gdzie stoi i nie wracie na bazę przez cały dzień!!! Szczerze!!! I jeszcze… ech, w tych bocznych uliczkach w szczególności… one pustki fascynujące, moce przemyśleń wszelakich, nawet w sezonie, wiecie, ludzie raczej polecą do knajpy…

Klasztor.

Mimo iż człowiek w Ystad nie po raz pierwszy, to jednak jak prom ma dopiero po zachodzie słońca, znaczy wiecie, zależy oc pory roku, ale akurat to był ten o 22giej z hakiem. Wiadomo, że trza czas jakoś spędzić, a był to czas kiedy Szwecja ludzi chciała, ale inni Szwedów nie, więc wiecie, człek miał całe miasto dla siebie… no dobra, tak się wydawało.

I znaleźliśmy ten klasztor.

Znaczy, tak naprawdę najpierw uliczki, potem kaczki, no kurde, polazłam za kaczkami, czym Alicja za białym i co, no i klasztor. I przy nim staw i kwiaty i wszelaka cichość… Oczywiście, że kościół i muzeum są teraz, w znaczeniu o tej porze, zamknięte… przecież od 7go miało się wsio otwierać, my nie musimy nosić maseczek…

… wszędzie…

No ale, klasztor średniowieczny, Holmgren z żoną swą oną Katarzyną go podobno zlecili, budowę się znaczy, oczywiście prosty, dziwnie spokojny ze wspaniałym wirydarzem. No wiecie, ogrody i te sprawy. Róże, ziołowy ogród, oraz rzeźba siedzącej na kamieniu niewielkiej kobiety… Längtan by Ivar Ålenius-Björk. Po prostu niesamowita. Do tego ogród jabłczany…

… wróć, sad, nosz kurna te tłumaczenia.

I kaczki.

I ta cała cegłowatość niesamowita. Naprawdę oszałamiająca spokojnością, a to nie wszystko, zaraz tam jest i budynek, uliczka i jeszcze… czasu zabraknie jak chce się tak w ciągu kilku dni…

Ale wracając uświadomiłam sobie, że mijamy teatr z kolejną roztańczoną tym razem rzeźbą. Teatr. Kurde, kiedy ja ostatnio byłam w takim teatrze. Można sobie zrobić wycieczkę wirtualną. Zróbcie. Po prostu jest to miejsce jak z barokowej przeszłości, wiecie, ona półkolista widownia, balkony, złocenia, żyrandol… Upiór z Opery jak nie wiem co… no ino patrzeć…

A potem czekać na prom.

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cisza Deszczu… została wyłączona

Pan Tealight i Japończyk…

„Zapukał, nie otwierali, więc wiecie, poczekał, aż ktoś w końcu nabierze się na oną ciszę na stopniach, na kroki się oddalające, znikającą sylwetkę… tak, umiał grać w te klocki. Był w końcu perfekcyjnym sprzedawną odkurzaczy.

Do odkurzania myśli.

WIedział jak czekać.

Zresztą, pochodził z kraju, w którym potrafiono sobie znaleźć zawsze jakieś zajęcie, wiecie, w ramionach natury i tak dalej. No i wszelako, niezgodnie z wszelaką wolnością, postanowił, że szczerze w końcu wciśnie ten pieruński produkt, bo widzicie, mimo iż sprzedawał je od wielu setek lat, to jednak, jakoś tak, dziwnie tak, zawsze on do niego wracał.

Sprzedał jeden na Północy i piętnaście na Południu, kilka we Wrocławiu, żadnego na Śląsku, w Szwecji nie chcieli go w niektórych miejscach widzieć, ale za to w innych bardzo go pożądali, choć… no właśnie, potem wyszło, iż nie do końca ta lufa, miękka i tak dalej, no i ta pani, to chyba nie było to, ale… od tego czasu już zwyczajnie nie wchodził w sprzedaż internetową.

Ani w żadne ogłoszenia na portalach, bo można sobie bolesne kuku zrobić. Naprawdę. Do dziś czuł ten kij od szczotki na nerkach, kurde i to jeszcze od szczotki!!! No wiecie co? Jak mogła, bezczelnosć…

Już szmata byłaby lepsza.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nieobecna” – … ech. Nie no, dobrze myślicie, żechciałam przeczytać, bo obiecali duchy i psychiatryk i tak dalej… na dodatek miały być dwie bohaterki i jeszcze duch…

No derio, musiałam to przeczytać.

A co dostałam.

Romansidło i to kiepskie strasznie, źle napisane, dziwnie nieskładne, miejscami zwyczajnie nudne, nawet już nie przewidywalne, bo i Thea i Heidi, to zwyczajnie, dziwnie płytkie, choć z fajnymi robotami, kobiety, ale jednak, no weźcie… a przecież, kurde, wydawało się, że historia fotografa trupów – kobiety na dodatek, kurde w tamtych czasach i jednocześnie tej drugiej, przyzwanej listem chorej matki…

No kurde, to musiało być niesamowite!!!

Ale tak naprawdę jest płytkie i okropnie zohydzające miejscami, głównie przez postacie męskie, które są jakoś tak ni przypiął ni przyłatał się pojawiają, popierniczone są, żeby nie użyć słów mocniejszych, tu też jeszcze dziwnie opiekuńcze, jakoś tak od razu kocha nie kocha, no przeca musi kochać, no weź no, kurde trupa fotografujesz, a pierdoły ci w głowie?

Matka szalona a ty nie wiesz o co jej chodzi?

Też majtkami myślisz…

… więc jeśli ktoś chciał miłości to proszę, z nutką lekką duchowości wszelakiej i paranormalności narzuconej dziwnie nie tam gdzie trzeba, jakby ją trza było gdzieś upchnąć, no to może tu i tam i jest, w opisie można dać.

Ale jeśli chcecie dobrego thrillera z opowieścią i o zakładach dla obłąkanych i w szczególnością fotografią umarłych, to nie ten adres. Jeśli chodzi o romansidła z dreszczykiem, to okay pewno. Może się komuś spodobać jak się ma mniejsze wymagania. Mnie wkurzyła.

Koronoparty na Wyspie

No właśnie… miałam pisać o Ystad, bo zostały mi opowieści z czasów pandemii, ale czasów, gdy do Szwecji można było, ale jednak, tak… ludzie. Kurna są porąbani. Nie wiem w jaki sposób, czy kto im wmówił, że szczepionka rozwiązuje wszelkie problemy, że są już immuned, nie zarażą się, nie zachroują i to jest na zawsze. A nie jest. Po pierwsze możesz być nosicielem, ale nie chorować, możesz zachorować, ale przejdziesz to lżej, no i najlepsze, szczepionkę trzeba będzie powtórzyć za ileś tam miesięcy, a tak właściwie, to nikt niczego nie wie.

… więc można by zachować jakąś tam ostrożność?

Możnaby?

Czy naprawdę od razu trza te imprezy, czy ja zwyczajnie nie rozumiem potrzeby spotykania się, tłumowania, wszelakiego żarcia po knajpach… nie no, to na pewno ja, ale jednak, kurde, serio? Naprawdę tak brakowało wam knajp? Tak jak rozumiem, że mogło komuś brakować sommerhusa, onej ucieczki, chce posprzątać i zaszyć się na piaskach plaży czy w lesie… tak nie pojmuję pragnienia koncertów, spoconych ludzi, onej wspólnotności ułudnej, wszelakiej…

Nie wiem.

Ale w czym sprawa.

A widzicie… wciąż nie rozumiem onej tłumnowości ludzi. Onej ich wszelakiej stadności. No nie rozumiem… chociaż, jeżeli chodzi o kieszonkowców, czy tych tam innych zboczeńców, wszelakich ocieraczy i tak dalej, to pamiętajcie, że nadal mamy zachowywać dystans i ino 30 osób, a nie, że od razu imprezy… że to wyspa, to nie znaczy, że możecie jechać na bambusa jakiegoś.

Nie ma tak!!!

Ale o co dokładnie chodzi…

No o imprezę, którą postanowili rozkrzyczeć na Facebooku, i która cieszyła się taką popularnością, oczywiście pomiędzy Turyścizną, że serio, nie rozumiem tego świata. Że wszyscy zdrowi, że już maseczki ino wyjątkowo… ludzie, przyrąbie wam znowu i będzie. Sami sobie sznurki wiążecie na szyjach i tyle, a potem będzie lambada… ale szczerze, po kiego te imprezy?

No naprawdę…

Po kiego?

Że niby czego nie wiesz o drugim człowieku? Co ty internetów nie masz, Instagrama, Facebooka, Twittera, czy coś innego… przecież oni tam wsio pokazują, no szczerze czasem aż wstyd patrzeć.

Szczerze.

I nie żem pruderyjna, czy coś, ja z Wyspy, nie rozpoznaję metek, tych tam, wiecie, logów, zegarkami mi można machać przed łbem, będę uciekać, bo się ich boję, a nie że naglem oszołomiona bo ten wasz zegarek taki drogi. Nie. Ja zwyczajnie nie wiem ile co za ile i po co… no szczególnie to PO CO?

Serio.

Dlaa fryzjerów?

Sami nie umiecie poćwiczyć w domu?

No szczerze… rozumiem, iż firmy chcą gromadzić ludzi by wycisnąć z nich kasę, ale czy jest z kogo co wyciskać? Poza pryszczami, no wiadomo, teraz mamy nową alergię i trądzik maseczkowy, więc… zawsze problem. Ale nic to, będzie eksperyment na Wyspie trwał będzie. Jak znowu znajdą u nas jakąś nową odmianę tego koronowańca, to serio… będzie ubaw roku. A znajdą, bo u nas to kurna każdy ma się włąściwie testować. Chociaż nie każdy sprawdza, ale policja zaczęła, wiecie, mieć różne teraz obowiązki, więc… no jakoś tak, no ino patrzeć…

Ech…

To jakby co, to byłam ja, wasza mysza laboratoryjna.

Za darmo pracująca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Japończyk… została wyłączona

Pan Tealight i Gry Małozespołowe…

„No bo wiecie…

Wielki Bóg Pandemiów, co to się chował w piwnicy i pił z Mikołajami, to wciąż uważał, że to nie on, nie jego sprawa, że go wzywają, on nie ospowiada, że z tymi ludziami to już nie wiadomo jak działać…

… no zestresowany, chudy, z pryszczami i kurzajkami, gość. Tak właściwie, spoglądając na niego, pomyślicie sobie, że kurna informatyk, introwertyk i jeszcze na dodatek jakiś tam urzędnik państwowy…

Tak wyglądał.

Bezpiecznie, ale też raczej nie wielce atrakcyjnie, chyba że dla ameby czy też parazyta jakowegoś, co to o dietę nie dbał i jakoś by poleciał na cokolwiek, cokolwiek co ino żywie, a on żył. Na pewno, wpierdalał też tyle, że kurcze, no nienadążali, więc i dookoła trawka była równo przycięta i chwasty wyrwane, szczerze, sam z niego pożytek… a wszystko przez stres oczywiście… bo zwalili na niego coś, co było dziwne i niejego. A przecież powienno być, jeśli to pandemi.

To w końcu jego konik.

Jego pasja…

Te wszystkie z przeszłości, tak bardzo się starał, tak bardzo był niewymowny, tak mocno i wszelako skupiał się na tych wszystkich detalach, tak bardzo chciał żeby wszystko było zawsze perfekcyjne, a teraz, oni… no próbowali coś ugrać na jego plecach, czuł to, ale przecież, to nie była jego sprawa…

A jednak zwali to pandemią.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Trelleborg…

Jest sobie takie miejsce, dziwne, bo wiecie, człek ino przez szybkę liznął… gdzie borg wikiński stoi. Podobno od 7go różne rzeczy się pootwierały, ale… czy na pewno? Nie wiem… więc i ten sklepik co przy tym borgu pewno też, no ale… jak większość ludzi wie, w znaczeniu jak to wygląda, zresztą macie Googla… więc wiecie, no wielkie słowa, sklepik, gifty, suweniry i w ogóle, ale poza tym środek miasta i żaby. Jakie oni fajne tam żaby mają!!!

No mega…

Ale poza tym, to nie wiem co mają, bo wiecie, człek ino przejechał, bo wciąż Dania uważa, że morowe powietrze tam i tak dalej, więc wiecie, nie wolno lizać Szwecji inaczej niż przez oną szybkę jak jedziecie do miasta, znaczy Kopenhagi.

Znaczy wiecie, z Wyspy na kontynent.

Ha ha ha!!!

No więc czasem jak już załatwicie wszystko, to tak se jeździcie po dostępnym onym świecie i sikacie w lesie, coby nikogo nie spotkać, no wiadoma sprawa, nie oddychając znaczy się, bo przecież jak inaczej i wiecie co, kanapki się ma, nawet wodę wożę ze sobą. Szczerze!!! Mam takie butelki szklane i plastikowe, wiecie, plastik jakby coś umyć trzeba, a jakby pićku to szklane.

No co…

Woda u nas taka dobra, nie umiem pić takiej sklepowej.

Śmierdzi mi!!! No więc wiecie, wożę naszą kranówę wszędzie. Znaczy wszędzie w moim przypadku to ino jedna strona, no ale, wiecie, każda strona dobra, jak człowiek wie, że akurat w nią chce… albo, coś więcej,

No ale ten trelleborg… tia, wcale nie ma pomyłki, wiadomo, że to też typ pewnego rodzaju konstrukcji, uczyli mnie o tym, ale wiecie, możecie se sami poczytać. Jedno jest pewne, że Wikingowie to nie moja broszka. Dlaczego? Bo wolę Epokę Brązu, no i kamień, wiadomo, a i jeszcze Egipt Starożytnych i of course Native Americans. Wiecie, każdy ma swoje i nie jest tak, że każdy archeolog wali w to, co modne. Jak ja kończyłam studia na topie było średniowiecze, że którego musiałam się wypisać, bo mnie kumple zapisali radośnie, wierząc, że może jednak…

Ale ja nie…

No więc, w Trelleborgu borg jest, tak naprawdę jak ktoś oczekiwań czegoś… CZEGOŚ CZEGOŚ, to się może zawieść, na dodatek jest to w centrum miasta i w ogóle seryjnie czadowo, ale… otwarte jest zawsze, jako park, więc możecie się poczuć Wikingiem, ale sklep chyba dopiero teraz otworzyli…

… wiecie, one obostrzenia…

Czy warto zobaczyć? Nie wiem… muszę to po prostu kiedyś obaczyć dokładniej, a nie lizać przez szybkę, jak pisałam… ale…

Mega!!!

Droga z Trelleborga do Ystad to majstersztyk miksu architektury i natury. Serio… jakieś takie Cotswolds, czy coś w ten deseń. Jeśli szczególnie macie tylko czas na przejazd, to robi się wam głupio, szczerze głupio i chciwość was ogarnia, że nie możecie po prostu iść poboczem, albo jeszcze lepiej, zwyczajnie tak onym kystem, bo przecież kurde te chatki, płotki, plaże… ona bajkowość miasteczek i wiosek i jeszcze… pewno to wsio ino sommerhusy, ale jednak… pomażyć można. Chociaż, co ja plotę, tosz ja z domu morzę widzę, kochany domek…

Ale… na wszelakich campingach masa ludzizny.

Ale to Szwecja.

Oni mogą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gry Małozespołowe… została wyłączona

Pan Tealight i Tenisowa Piłeczka…

„Chodziła za nim…

… nie wiedzieć dlaczego, na onych swoich obutych, ale nie że wszystkich, wiecie, jednak pewno każda z tych palczastych wyrostkownic miała swoją osobowość i imię i na pewno linię emerytalną czy coś… Na onych wspomnianych niezliczonych nóżkach, których nikt nie potrafił zliczyć, bo niektóre się łamały, niektóre na przykład się czasami chowały, a czasem nie chowały do onego piłeczkowego wnętrza, a inne znowu odpadały, biegły za nią, stawały się swoimi, własnymi tworami, a potem, wiecie… wracały, albo i nie, niektóre zaś dziwnie zasuszone były, inne znowu wyrastały w zwielokrotnionej formie, jakby lekko podróżba Bagażu czy coś?

No ale…

Chodziła.

Niby się toczyła, a jednak raczej tak chodząco. Bo wiecie, girki się liczą, co nie, chociaż jakoś tak nie mogli się ich doliczyć… chociaż też, jakoś tak, no nie mogli się zabrać by dokładnie je policzyć.

Szczerze.

No i jeszcze higiena.

Tia, to był jednak problem. Jeszcze te obute, to wiecie, no problem, ale jednak te nieobute, te niektóre pokrwawione czy cfreepy wyglądające, kurde, niczym coś przekształcającego się w jakąś pazurzastą potworność, która niepasując do ogółu… tia, wciąż mowa o piłeczce tenisowej, wiecie, jebnooczny kolorek i tak dalej i te nóżki i jeszcze… no tak, właśnie to, wiecie, normalność…

I łaziła za nim.

Niczym kurna mikropiesek jakiś…

Ale nie szczekała. Nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zachody słońca…

Ech, one ukochane przez wszystkich słońca zachody, wiecie, jak się tak dziwnie mieszka, że po prawej zachodzi, po lewej mi wschodzi, to jakoś tak ma się i to i tamto i jednocześnie, jakoś nie ma się niczego…

Bo o tej porze roku słońce wschodzi tak szybko i tak wcześnie, że czasem człek się załapie, ale grzeje i parzy i pali tak bardzo, że nie chce się zbyt długo tego podziwiać. A zachody słońca, ech, jakoś tak ostatnio nie są widzialne. Znaczy są, pewno, istnieją, gdzieś tam, ale noce są tak jasne, że naprawdę, nie wie czy jeszcze istnieją. A może już ich nie ma, podobnie jak ciemności?

A może…

No ale, czasem, ponieważ mamy taki czaderski biały płotek, znaczy żywopłot, który o tej porze roku kwitnie i pachnie, może i lekko oszałamiająco, ale jednak… niczym ona panna mołoda, wiecie, co nazbyt wiele zainwestowała w kieckę i welon i jeszcze ma tren, gigantyczny, niczym księżna Diana…

Serio, tak wygląda…

Pojedyncze gałązki aż się uginają pod onym kwieciem, by jesienią zamienić się w liściejową ferię kolorów… ech… wygląda to mega szczególnie z domu, gdy spoglądacie na przykład z ciemnego, kobaltowego pokoju, ponad roślinkami na parapecie, przez oną szklaność w tę biel…

… biel poruszającą się czasem…

Jak szczęście mamy i powieje.

Bo wiecie, fala gorąca nadeszła.

I osiadła na Wyspie i się chyba aż nazbyt dobrze ma.

Pewno dlatego nad onym białym żywopłotem czaem, gdy wieczór nie jest już zachodem słońca ino oną dziwną jasnością, unosi się pasmo pudrowego różu, a nad nim pudrowy błękit i wszystko to wygląda tak dziwnie niewinnie, tak dziwnie szalenie niemożliwie, wiecie, to naturalne, zwykłe, proste, przez wielu niezauważalne piękno, więc… czasem jak się przystanie i pokaz akurat trwa w najlepsze, wciąż czuć przekwitający, ale jednak, bez i konwalie, które w końcu wylazły i coś jeszcze, jakąś dziwną słodycz, czy to głóg, czy coś innego, nie ten lekko jedzie…

Przekwitający rzepak?

Wszystko jest zapachami teraz, gdy nagle mamy przerwę w gównianej polewance… no wiecie, nawożeniu pól. Czy to przez suszę, czy jakoś tak w końcu nadszedł ten czas, ino tutaj pachnie, słodko i ciężko, więc naprawdę można poczuć się jak w perfumerii, czy coś. Rąbana Sephora?

No co?

Nie znam się na sklepach…

A mówiąc o sklepach, to podobno mają nam znieść maseczki. Nie wiadomo jeszcze tylko czy na promach też, ale na pewno w sklepach. I wiecie co, nie wiem jak to będzie, bo już teraz człek jednocześnie się dusi i czuje dziwnie bezpieczniej taki zakryty. Kurde, mój mózg, chory i porąbany, naprawdę źle to przyjmuje. Zewnętrze zaczyna być jeszcze straszniejsze…

A myślałam, że gorzej być nie może.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tenisowa Piłeczka… została wyłączona

Pan Tealight i Na lepsze…

„To najlepsza domowa trutka jest na lepsze.

Serio.

No wiecie, na one Lepsze. Coto się roją, łyskają przed oczami, wszelako majaczą człowiekowi tak jakoś, no serio… jakoś tak, niby ich nie ma, ich niby nie ma, a jednak, kurde no… są. No przeca je widzisz, więc po kiego one Lepsze się pojawiają, mamią, kłamią, powiedzmy to wprost i tyle! Kłamią, świntuchy, wszelakie pojebańce, co to potrafią jakoś tak zwyczajnie…

No serio…

Robią gówno z mózgu.

Przez oczy oczywiście.

Jedni twierdzą często, że to ino zwiastun nadchodzącej migreny, wiecie, człowiekowie wolą sobie wmówić, że wsio jest wytłumaczalne wszelako naukowo, jakoś tak gdzieś ktoś napisał i już… o patrzcie, nie, to nie to co ty mówisz, bo ja wiem lepiej… i wiedz sobie, wiedz, niech się Lepszy karmi twoim omamimnionym wszystkim. Ale niech od nas wara… nie, nie damy się, trutkę mamy!!!

A co.

Nie ma ekologii, nie ma jakiegoś kurna braku rasizmu jeśli o nie chodzi, choć wiecie, trudno mówić o rasiźmie, jak one takie często są różnokolorowe… takie wiecie, czasem i tęczowe jeszcze i w ogóle… nie ma przetrwania dla tych, co chcą się karmić nami. Oj nie!!! nie ma pozwolenia!

Trza bić!

Na amen.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Seryjne zabójczynie” – … oj. No naprawdę, coż te baby, no jak mogłby, kwiatuszki niewinne, szczerze, gdzie tam, kobiety? Coś takiego… gdzie moje szkielety? Jakie szkielety? Trucizny?

Ojtam… homeopatia i tyle.

Mąż wciąż ten sam. LOL

Żartuję, ale też i w takim trochę aromacie utrzymana jest, tudzież nim nasycona, ona opowieść o kobietach, które zabiły. No co, baby też zabijają i chociaż podobno FBI wciąż utrzymuje, że seryjnych zabójczyń nie ma, to wiecie, świat może wciąż o wszystkim nie wiedzieć. Może… albo wie, jednak nie chce jakoś przyjąć do siebie, że kobieta, ten puch marny, no przecież nic się nie zmieniło, nie oszukujmy się, histeryczki, dziwaczki, zawsze wszystkiemu winne… wiecie kiedy mnie to uderzyło najbardziej, gdy przeniosłam się do Skandynawii.

Oni tu właśnie odkryli, że seksistami są.

Ale… o książce.

Jest super!!!

I właściwie, w tym miejscu mogłabym skończyć, bo przecież tytuł mówi wszystko, więc poznajcie je. Kobiety opisane jako zabójczynie, morderczynie, wszelakie odbieraczki życia… oj, w jakiej to stoi sprzeczności z tym, co potrafią. Rodzić… ale nie, tego, moralizatorskiego tonu nie znajdziecie w tej pozycji. Będzie za to garść kobiet i ich historie, będzie trochę humoru, trochę prawdy, trochę gdybań… będzie ona wolność myślenia, pozostawienie tego miejsca na niedopowiedzenia, na nasze, czytelników zdanie i za to jestem aż nadmiernie wdzięczna. Nie ma tutaj oceny… bo w końcu czasem kobiety musiały sobie radzić same…

Bite, poniżane…

Zapomniane…

Bez oceny. Po prostu oto przypadki udokumentowane kobiet, które zabiły. Przeczytajcie. Może zrozumiecie jak czasem życie jest niejednoznaczne.

Szwecja…

Rzeczywiście, testów nie trzeba.

Ale jednak po powrocie siedzicie i plewicie ogródek, nadrabiacie malowanie i tak dalej. I to właśnie zrobiłam, można też test po kilku dniach, jak kto woli. Wiecie… w końcu po tym cyrku testowym, serio, naprawdę… wszyscy chcą się człowiekowi dobrać do gaci, gardła się znaczy i uszu i nosa i w ogóle, każda dziura dobra, co nie?

Bleee…

No cóż, takie to czasy, kiedy tak naprawdę niczego się nie wie. Słyszałam, że zaczęły się segregacje na szczepionych i nieszczepionych. Cóż, zobaczymy jak to będzie… czy jeszcze wtedy świat będzie istniał? Who cares? Tak naprawdę bardziej przerażają mnie śmieci latające dookoła…

Tia…

Wiecie, maseczki, torebki, człek nie widział tego od tak dawna, przecież nawet w sklepie, w znaczeniu takim niespożywczym, kiedyś dostawałeś papierową z nadrukiem sklepu, teraz musicie zapłacić, a dokładniej w takim HM pakujecie gacie do swojej torby na kapustę czy coś… bo wiecie, nie przewidzieliście, że będą na przecenie, a i tak trzeba uprać przed założeniem, więc…

Dziwne czasy…

A teraz… więcej o Szwecji.

… więc jedzie się do Danii.

Tak, przez Szwecję i fale.

Znaczy oczywiście najpierw te fale, wiecie, bądźmy tutaj chronologiczni, więc prom najpierw, w maseczce, bez testu na sam prom, bez testu na szwedzką ziemię, ale jednak, jeśli ino wyleziecie z samochodu, co zdarzyć się może, zresztą, okno uchylicie, czy coś, od razu zaatakuje was ono morowe powietrze, które dziwnie przecież jest tak niedaleko od Wyspy, właściwie bliżej niż ono duńskie duńskie, więc… no ale, zdaniem polityków, zabije was. Ekhm… tak, wiem jak to brzmi, ale bez urazy, tak brzmią i nasi politycy… a ludzie? Ech…

Wciąż żyją.

Tak, w Szwecji ludzie żyją, chodzą właściwie bez maseczek. Przynajmniej tak widać przez okno samochodu, no i w lesie byłam… ekhm, zresztą przyznam, że troche głupio wyszło, bo było zajęte. No co? Siku każdy musi, skąd miałam wiedzieć, że tak na ścieżce pan będzie chciał, no wiecie, jakoś udało się nam uniknąć interrakcji, zresztą, szczerze, co w tym dziwnego, moje drzewko to po prawej, on może se zająć inne… las przecież nie może być zajęty.

Nie bądźmy pruderyjni.

To Skandynawia…

… ech, ta z tak niedalekiej przeszłości by nawet o tym nie wpominała. Ale dzisiejsze czasy popierdoliło trochę.

… więc, przez ono morowe powietrze, właściwie to dlaczego oni są morowi, jeśli to podobno my mamy więcej zakażeń, ten dziwny wariant na Wyspie… oczywiście, że ponieważ u nas wsio za darmo – czyli płaci pan, pani… wiadomo, za darmo można się przetestować, robią to niektórzy co tydzień czy częściej, więc i więcej wychodzi… kraj malutki, szaleńców wiele. Może lubią te patyczki, może i niektórzy się naprawdę uzależnili? Nie wiem…

W Szwecji pola żółciutkie, oczywiście… miasta dziwnie puste. Ulice też. Strasznie to dziwne. Nie wiem, czy to taka pora, czy nie…

Kurde…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Na lepsze… została wyłączona

Pan Tealight i Panicz Kiedyś Będzie Lepiej i Panna Wszystko się Odmieni…

„A tak, długie mieli one miana.

W żadnych papierach się toto nie mieściło.

Nie.

Zwykłe wypełnieni podania o jakieś papiery, wszelakiego zaproszenia na jakąkolwiek RSVP uroczystość było koszmarem dla wysyłacza. A już skrótowce, nie, nie lubili ich, więc po prostu nazywali ich Ej.

No co…

Życie i tak jest wystarczająco trudne i skomplikowane, więc coby jeszcze je sobie bardziej urozmaicać, no nie, ile można… nie. No po prostu i w ogóle. Niech się kurna albo skrócą, albo reagują, bo następnym razem ni na obiad nie zawołają, ni, że coś im się tam ciągnie za tyłkiem czy też… wiecie, głaz leci, lawina, a może i meteor, coś się wali, słuchawki w uszach… nie.

Ej!

Oczywiście, że było to słabe, ale sami spóbujcie tak ich obydwoje, za jednym zamachem na śniadanie i jednocześnie się zapytajcie co preferują, czy jednak wciąż weganie czy peskaterianie, czy frutarianie, czy marchewka im nawet płacze, gdy tak przez gardło przechodzi… no co, różne są typy osobliwości ludzkopodobnych. Bo oni byli ludzkopodobni, ale czy ludzcy…

Hmmm…

Ej!!!?

Ale i tak najgorsza i najbardziej wkurwiająca była ta ich pierniczona optymistyczność… no kurna, ile można?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiecie co jest wkurzające?

No więc reklamy.

Nawet jeśli nie oglądacie telewizji od prawie zawsze, radia nie macie, gazet nie czytacie i tak dalej, unikacie newsów i w ogóle, to i tak dopadnie was reklama. Jakaś. I okay, rozumiem to, mnie dopadają na YouTubie i cudnie jak można je pominąć i tak dalej, wsio rozumiem, czego nie kumam, to tego, że dostaję reklamy naszych linii lotniczych albo Bornholmslinjen.

… więc dlaczego się wkurzam?

Abo… nie mam innego wyjścia.

Wciąż nie nauczyłam się chodzić po wodzie, sorry, czy też nawet się po iej ślizgać i tak dalej… ale wiecie, wsio przede mną. Przecież podobno w dzisiejszych czasach każdy może wszystko tak naprawdę?

Nawet zmieścić się w rozmiar 0 czy coś…

No ale, kolejna reklama promu, z którego musisz skorzystać, bo przecież są monopolistami, jakoś nie pomaga. W szczególności, że przy naszej ostatniej wycieczce „za miasto” nagle, w drodze powrotnej bramka w Ystad się zbuntowała i… no właśnie, oznjmiła, że może za bilet zapłaciłeś one 99 koron – sorry, ale tylko przy promocjach nas stać na przejazd, znaczy przepłynąć raczej, w końcu to prom a nie samochód, czy pociąg czy jakoś tak…

No więc bramka powiedziała wsadzaj kartkę, dopłacaj prawie 800 inaczej nic z tego, nie wracasz do domu choć powrotny masz. Ale wiesz, widać coś się zmieniło, widać coś… o czym nie wiemy, choć poza Wyspą było nas ino kilka godzin… no dobra, ponad 10, więc kilkanaście. Większość i tak w samochodzie, do Szwecji co prawda nie musimy już mieć testów, ale jednak, gdybyśmy chcieli na wakacje w niebiesko-żółtej codzienności, to po powrocie 11 dni kwarantanny.

Nie pytajcie jak jest w drugą stronę, bo to wciąż się zmienia…

Tak, Duńczycy mogą udać się do kilku krajów, ale które teraz są na tak, a które na nie… nie wiem, w końcu i tak nie planuję wycieczki.

Sponsorzy mile widziani. LOL

No ale, robi się coraz cieplej, więc…

… no tak, nie skończyłam co z bramką… chodzi o to, że to jest tak jak z wyjazdem z parkingu, aczkolwiek parkingi często od razu rozpoznają cię po numerze i nie ma problemu, rachunek na konto, kiedyś też tak działały bramki, ale widać już nie… a może działają tak ino dla wybranych i przestaliśmy nimi być?

Nie wiem.

Ale przy niepodnoszącym się szlabanie, powoli zapełniającym się parkngu, gdzie czeka się na prom, człek zaczął panikować. No sorry, ale taka natura ludzka, a już moja w szczególności. Po pierwsze nie stać nas na taki wydatek, po drugie, dlaczego, jeśli bilety kupione dawno temu, więc… co im się popiętroliło?

Oczywiście…

… jest guzik alarmowym.

Wciskasz, odzywa się Szwed mówiący po duńsku, na szczęście, bo chociaż da się zrozumieć szwedzki gdy jest kontekst, to jednak nie zawsze i nie każdego i bez urazy ale to nie są takie same języki!!! Jakkolwiek byś nie piał, nie są. W końcu nawet Kopenhaga często nie rozumie wyspowego!!! No ale… jest tam ktoś, plujesz się, że bilet masz, że się nie podnosi, czemu masz płacić, o co chodzi, on, że zapyta kolegi… po chwili zauważyłam, że inni jakoś też się nie ruszali, bo oczywiście bramek jest kilka, w końcu raczej jedna byłaby szaleństwem…

… no i nam się nagle podniosło, jakby Bogowie Bramkowi się zlitowali…

Hailleluja!!!

Walić gościa w speakerze.

Jesteśmy!!! Ale jednak stres był. I po co tak człowiek stresować, szczerze, raczej nie tylko nas sądząc po tym, że korek się zrobił…

Ech… jak Turyścizna zacznie zawalać wsio będzie sajgon!!!

PS. Przypominam, że prom z Ystad to najszybsze połączenie z Danią. Znaczy kontynentem. Promem szybko, potem przez kawałek Szwecji i most sławetny… ale wiecie, wciąż niewielu o tym wie czy pamięta, bo durne mapy pokazują Wyspę jako coś uplasowane na północy, gdzieś w okolicach powyżej Oslo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panicz Kiedyś Będzie Lepiej i Panna Wszystko się Odmieni… została wyłączona

Pan Tealight i Pluszowe Dziecko…

„Były takie z gumy i plastiku…

Były takie motane i byly takie szyte i jeszcze, jeszcze nawet rzezane z drewienek były i wypalane, z gliny wypasionej bardziej były, no i porcelanowe nawet, choć niektóre ino z głowy, a reszta gorzej… malowane, czy też były i ino wydumane, co nie wymagały ucieleśnienia. I jeszcze dmuchane były, ale to raczej dla większych dorosłych i chyba z innych powodów… Pan Tealight był naprawdę wstrząśnięty tym tematem, gdy w niego wkroczył.

Właściwie nawet nie wkroczył, co ino nogę wsadził za próg, drzwi mu ją przycięły… zabolało mocno, sznurówka się rozwiązała… no po prostu chodząca tragedia, gdy tak się przypałętał do Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. I to tak z rana, gdy ta dopiero starała się sobie przypomnieć jak to jest udawać człowiekowpodbne zwierzę. Albo coś takiego…

W końcu przecież kto ją tam miał oglądać.

Nigdzie się nie szykowała.

Nigdzie nie wybywała.

Ani nie miała zamiaru nikogo przyjmować, więc Misio… czyli wiecie, nie do końca chatka wiedźmy, ale na pewno Żółty Domek… zablokował wejście nawet Pradawnemu, ale po chwili, gdy lekko futrynki zaczęły już pykać i podwały cementowe się trząść, to wpuścił go, a za nim kilka małych bytów, ale nikogo więcej. A i po pewnym czasie jakoś tak zrozumiał, że o tym trzeba przestać myśleć. Jeśli o tych chodzi, ale cała reszta to won, bo Ona sobie nie życzy.

No i było Pluszowe Dziecko!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to tak…

Co do tych badań, to słuchajcie, zaczyna być popierniczenie.

Z jednej strony zbadać się mają ci, co w Pinse byli u kogoś lub z kimś się spotkali, ale jakie to ma znaczenie, jeśli przez te wszelkie dni po powrocie robili tutaj zakupy, siali zarazki dookoła i tak dalej. Sens miałoby zbadać wszystkich, ale czy można ludzi do tego zmusić? Pewno nie, jednak ta durna pandemia uświadomiła chyba wszystkim, że prawa łatwo i szybko zmienić można…

Tak, nawet tutaj.

Protesty przecież nic nie dały…

… czy w ogóle ktoś się czymkolwiek przejął? Z Wyspy przez cały czas robią jakiś eksperyment, ale oczywiście wyniki są tak przewidywalne, że… nie wiem po co je robią. Już wam powiem, że na pewno coś wykryją, czegoś nie, przyjezdni obdarzą nas swoją bakteryjną florą i fauną zapewne też i wzajemnie…

I…

Zagubienie ludzkości onego skalistego występka na Morzu Bałtyckim jest wielkie.

Choć, może w końcu ludzie przestają już reagować? Może zwyczajnie już im się nie chce, bo przecież ile można, no do cholery jasnej!!!

Ale…

Idzie lato, więc i wakacje.

Wszystkim pewno marzy się coś poza krajem, coś daleko, coś egzotycznego, coś może i z palmami, morzem cieplejszym, rekinami, płaszczkami, tak szczerze, to nie mam pojęcia co kto i dlaczego, sama, chcę tylko północy.

Ale ja jestem stuknięta.

LOL

Na zewnątrz wciąż jasno choć już prawie 23.

Ech, tęsknię za ciemnością.

Wiem… wciąż to mówię.

Ale… lato, więc ta paląca jasność… no właśnie, sorry, ale kiedyś tak nie było. Parność oznaczała deszcz i burze, chłodek odetchnięcie od ukropów, wszelako, może i człek jakoś tak, dziwnie, mniej pracował… przecież pamiętam, że ludzie odpoczywali, a teraz, wciąż coś do zrobienia.

Jakiś pojebany amok.

Brak nudy, kierat… o co chodzi?

Ale co tam, najważniejsza jest obecnie afera podsłuchowa. Bo wiecie, podobno Dania podsłuchiwała znajomych dla USA. Hmmm, teraz nagle człek się zaczyna zastanawiać, czy nie pykną kolejne, tak zwane teorie nie takie, wiecie, no te… co to prawda, ale wszyscy wszystkich wyśmiewają, że w to wierzą. Spiskowe no!!! W końcu jak za mojego życia tyle ich nagle okazało się prawdą, to wybaczcie, iż wciąż taka niepewność we mnie… i kolejny sąsiad drący trawę.

Serio…

Święto dzisiaj, weźcie no!!!

Ale i sobota, więc… a tak, jak zwykle piszę z przeszłości. Znaczy, oto ja z przeszłości, więc jeśli coś się zmieniło i wylazło na zewnątrz…

To nie ja. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pluszowe Dziecko… została wyłączona

Pan Tealight i Postęp bez pięty…

„No jejku no…

Widzicie, bo jak matka napatrzyła się na matkę Achillesa, gdy ta go tam tonkała w tym całym bajorku, garnuszku, a potem na koniec jeszcze ogniu, to postanowiła, że też tak zrobi, bo czemu nie…

No i się zepsuł.

A, że ona matka, więc mało się zmartwiła, w końcu to jej dziecko, a imię mu dała, Postęp. Bez podtekstów i następstw, ponieważ w języku, w którym rozmawiali nie znaczyło to nic. Było ot li zwyczajnie zlepkiem dźwięków.

Kichnięciem, pierdnięciem, niczym…

… więc czemu nie.

Podobało się jej ono swoiste brzmienie, ono dźwięczenie, miękkość, ale i szelest dziwny, ale i jakaś tajemniczość taka, ale i wiecie, też i to, iż zapewne nikt nie będzie wiedział o co jej chodziło i dlaczego to zrobiła, a i może zwyczajnie syna nienawidziła, chociaż, czy by go wtedy tonkała w onych syropkach mocy wszelakiej, tych naparach na mądrość, źródłach wszelakiego niezwątpienia w siebie i jeszcze, podobno było tam coś o zapominaniu, ale zapomniała o tym…

Zapomniała.

Może i zapomniałaby jak mu nadała na imię, ale wypalili mu to na miękkiej, niemowlęcej skórce, na pięcie oczywiście, więc… ale się nie bójcie, na tej drugiej, nie na tej, którą właśnie wtedy utracił…

Właśnie, gdy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Milcząca żona” – … niektóre tak mają. Milczą. Po prostu. Bo wiedzą, albo nie chcą wiedzieć, tudzież… no właśnie, tak naprawdę czego się spodziewacie po takim tytule?

Jak wiele?

No ale… oto kolejna opowieść o Willu Trencie, jego dziewczynie, byłym mężu, a, no i zbrodni. Bez urazy, zbrodnia jak zawsze u Slaughter jest najważniejsza. Opisana dokładnie. Z każdym szczegółem. Oj, ta jej dbałość o wszystko, no paranoiczka, ale za to ją lubię i czytam od dawna, a jednak w tym tomie wcale, ale to wcale, ona mi się nie podoba. Znaczy zbrodnia jest przerażająca. Całe haczenie o przeszłość, one wszelakie sprawy z dni, któe winny być już zapomniane…

Tak, to wszystko jakoś takoś… sprawia, że nagle książka staje się zwyczajnie powtarzalna i nudna. Z jednej strony człek ją połyka, z drugiej, coraz bardiej pragnie by się skończyła, a przecież… ta cała historia to koszmar. Właśnie taki, jaki człowiekowi może zgotować tylko drugi człowiek. I takiego należy złapać i…

Tia…

Może chodzi właśnie o głównego bohatera, że w jakiś dziwny sposób odpycha? A może o oną lekarkę? Czy jej męża? Czy w ogóle, po co to wszystko wyciagać ciągle i ciągle? Po co? Przecież tam giną kobiety!!!

Nie najlepsza powieść tej autorki. Ale autorka sama w sobie naprawdę jest niesamowita… może to taka wiecie, obsuwa… a może zwyczajnie ja tego Willa mam już dość. Czasem bym go rąbnęła… ale jak tak głównego ohatera. Kurde glinę, ale wiecie, z przeszłością i tak dalej, bo oni wszyscy tacy…

Ech!

Nie polecam do końca, aczkolwiek jak lubicie autorkę, to pewno połkniecie i ten tom jak ja…

Robi się cieplej.

Ludzi po prostu masa. Nie mam pojęcia skąd się biorą, bo przecież dopiero zaczął się czerwiec, więc skąd, jak, czy wszyscy mają wolne? No i co z tymi testami? Jedni muszą drudzy nie?

Jak to jest?

Tak naprawdę trudno się odnależć w tym wszystkim, na szczęście do lasu czy na plażę można bez tego. Po prostu można pójść, za darmo… w pewnym sensie. I tak, testy, znaczy w ogóle one testowe miejsca są u nas darmowe. Szczególnie na Wyspie, bo wciąż na nas eksperymentują… nie wiem, ale szczury czy myszy laboratoryjne dostają różne rzeczy za te eksperymenta…

A co z moimi orzeszkami?

Hmmm?

No nic. Chodzi o to, że nagle, czyli pewno jak zawsze z zadka strony, pojawił się jakiś nieznany szczep wirusa. I to tylko tutaj? Złapali ludzi, kwarantanna, oczywiście nie wiadomo nic więcej, bo jakoś takoś, wiecie, tak łatwiej. Nic nie mówić. Podobno to mniej nerwowe dla mieszkańców, podobno stresu nie będzie… ale suma summarum każdy ma pójść się przetestować.

Erm… i to nie tym zwykłym testem, ale wiecie, widły w gardło.

I teraz… dlaczego?

Bo politycy chcą swego zgrupowania. Bo może inne gadające głowy dostaną za to kasę, a ktoś popełni kolejny doktorat?

Serio, myszy i szczury dostają żarcie… wikt i opierunek, a my mamy jeszcze do tego dopłacać, o śmieciach już nawet nie wspominam, więc… przecież nawet nie wiadomo, czy to wszystko to prawda? A może zaczną i u nas robić loterię jak w USA. Podobno zaszczepienie mogą dostać fajne nagrody, nie tylko wjazd do każdej knajpy, czy coś w ten deseń, no i brak maseczek…

Nie wiem.

Całe to szaleństwo sprawia, że człek, znaczy ja i tak, ale też i reszta, nie tylko wkurwia się jeszcze bardziej, ale i dodatkowo przestaje w ogóle zwracać na to wsio uwagę. Zaczynają się buntować.

I są nieszczęśliwi.

Tak właściwie, to sąsiad ostatnio coraz częściej tę trawę kosi… nie wiem, czy go zwolnili z roboty, czy co, ale z kosiarką chyba mu kiepsko idzie, albo i kosiarka ma focha na tyle roboty niepotrzebnej, nie wiem… bynajmniej trawa wygląda jak wyżarta przez zdeterminowanego tyranozaura z krzywym zgryzem. No szczerze, szczególnie tutaj na boczkach…

Do tego oczywiście znowu zapowiadają tydzień słońca, więc…

Gdzie się schować?

Może jednak potrzebuję jakiegoś nie domu, a raczej urny, grobu, a może jednak, wiecie, takiego mauzoleum od razu, co się będę ograniczać. Przecież jakoś żyć… chyba się na razie chce, w końcu nikt nikogo nie zmusza, co nie? Życie nie jest przymusowe, zobaczymy, czy będą nas ganiać z testami.

A i nie, szczepionki nie chronią, nie zwalniają… blah blah bla…

Chyba serio przestanę wyłazić z domu.

Bo i po co?

Czy ktoś mógłby dostarczyć jakieś roślinki do ogródka? Krzaki lubiące wrzątek, słońce i kiepską, gliniastą ziemię? Hryzantenum, intrygujący krzaczek, no po prostu masakra jak pachnie, a te kwiatuszki… wydaje się ją kochać i wszelakie zioła, jak szałwia i tymianek i mój kochany rozmaryn. Choć nie wie, kocham bardziej tymianek czy rozmaryn, czy szałwię…

Lawenda też działa!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Postęp bez pięty… została wyłączona

Pan Tealight i Centrum Bezhandlowe…

„Jakoś tak, wiecie… te pandemie i w ogóle, to może to przez to?

A może nie?

Może po prostu takie miało być, trochę podobnie jak Sklepik, z którego właściwie nic nie znikało, a wciąż dziwów przybywało. Sam Sklepik, czyli Białe Domostwo i przylegające do niego wymiary rozrastały się, zmieniały, ewoluowały, same decydowały o sobie, a czasem pytały się o pozwolenia na… no właśnie, nie do końca coś, o czym Wiedźma Wrona Pożarta by myślała, a Pan Tealight to już w ogóle. Zresztą ostatnio oni obydwoje jakoś tak…

… wzajemnie się uzupełniając…

Milczeli.

Może i było w nich coś nowego, niepokojącego, a może jednak nie. Może tylko tak sobie to próbowali wytłumaczyć? Bo przecież bez nich, bez tej dwójki jakoś tak nie można sobie wyobrazić tego miejsca. I to miejsce nie chciało być wszelakie, inne i bez nich… więc jakoś tak, byli…

Na razie.

I było ono, Centrum Bezhandlowe rozmiarów mrowiska, szeleszczące, wszelako wciąż się tworzące, gdzieś tam pod sosną wielką, nad jeziorkiem, do którego rzadko zaglądali… ale omal na nie nie nadepnęli, gdy to się jakoś miesiąc temu Wiedźmie jednak wyjść dalej niż do ogródka zachciało…

Zresztą, bez urazy, ale posiadanie ogródka z tyloma wymiarami, Bzowym Płotem, Babką Śliwą, Rowanem i wieloma innymi… było wyzwaniem samym w sobie. Powodującym, że można było się nachodzić robiąc tylko kilka kroków. A dokładniej, tak się mogło wydawać, gdy rzeczywistość w swej rzeczywistej mocy robiła tuzin fikołków i jakoś tak cichutko…

… przechodziła na inną stronę mocy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

YAY nowe jedzonko, jeszcze mi brakuje tylko i aż 4 Pratchettów… oczywiście tylko z głównej kolekcji dyskowej.

No i jest nowa, ale i ostatnia Kate… Nieee!!! Nie wiem czy chcę przeczytać, ale zawsze można wrócić, do początku. Chyba kupię sobie jeszcze jeden zzestaw tej serii, bo zjechałam ją w zeszłym roku strasznie.

A to coś z zaggranicy.

Wiecie, okazuje się, że jak powiesz ludziom, że ci 5 tysięcy książek spleśniało, to… niektórzy to rozumieją. Inni nie wierzą. Wciąż większość nie rozumie czytania. No ja ich nie rozumiem.

Ech…

A tu jest amba z przenosinami biblioteki… w Rønne oczywiście.

A o co chodzi? No widzicie, ktoś się chce wykazać, więc jakoś tak, no wyszło, czy też ma wyjść, oczywiście za naszą kasę, nie żeby coś tam, ale… zwolniła się posiadłość jakaś państwowa, więc zamiast ją opchnąć komuś dla zysków, tudzież nawet wynająć, czy zrobić coś dla dzieciaków…

Ludzie mają wiele pomysłów na to jak to wykorzystać i są wkurwieni widowiskowo w komentarzach… więc musi być mocno…

Ale… podobno biblioteka w onej naszej stolycy jest całkiem fajna i dobrze usytuowana. Parking jest, ogólnie ciszej i tak dalej, a miejsce, w które ma być przeniesiona, to amba i w ogóle zero parkowania. A wiecie, jak człek idzie do biblioteki, to bierze zwykle coś więcej, więc potrzeba onego auta… ale gdzie na onych wąskich drogach, jeszcze w sezonie to już w ogóle…

Przede wszystkim ludzie się pytają po co to, bo jak działa, to lepiej nie ruszać.

No ale, podobno to przyciągnie ludzi do centrum i teraz pytanie do was… jeżeli byliście na Wyspie, to ile razy szukaliście biblioteki? Eeee? No wiem, wiem… ogólnie mówiąc, przecież to nie czasu internetu ino w niektórzych miejscach, no weźcie no, o co w tym wszystkim chodzi? Może trzeba zapytać kto ma chrapkę na ten budynek, znaczy ten, w którym mieści się biblioteka teraz?

Aaaaa…

Ale…

Poza miastem wciąż żółte pola, są i zielone, niebieskie niebo, trup się ściele… ekhm, to akurat nic śmiesznego, ale ten kuter, ten pan na plaży, takie to smutne… strasznie. Wieje odrobinę, ech, może w końcu będzie jakoś zwyczajniej. Wciąż jeszcze chłodno… nie narzekam, oj nie.

Krzaki przekwitają, powoli wszystko zmienia się w liście.

Wrony krzyczą, nowe knajpy się pojawiły, więc wiadomo, jest się na czym karmić. Wiecie… w końcu Turyścizna się zjeżdża w ilościach… przerażających, ale podejrzewam, że chodzi o to, iż człek wciąż nie wie co robić. Naprawdę. Większość ludzi stwierdziła, że po pandemii i wsio jest po staremu…

Chociaż, kurde, czy ktoś jeszcze pamięta, nie wiem, mnie to wszystko przeraża. Tak naprawdę. Szczególnie to, że im się wydaje, iż szczepionka rozwiązuje problem. A wcale tak nie jest. I tak możesz zarażać i tak możesz zachorować i tak… wsio jest jebnięte. I tak wsio szaleje…

I tak nie chcę byście stali tak blisko mnie!!!

Chyba człek zaczyna nadużywać tego odświeżacza do skóry? A może to już pijactwo? No wiecie, wchłanianie sanitizera przez skórę. LOL Czemu nie? Prawda jest taka, iż zauważyłam, że jakoś tak ludzie bardziej się innych ludzi brzydzą i tyle. Naprawdę. Chyba też tak mam…

A może tylko mi się pogorszyło?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Centrum Bezhandlowe… została wyłączona

Pan Tealight i Trylogia Łóżkowa…

„Oto się narodziła, w bólach i wszelakim strapieniu, ona piękna, cudowna, wszelako nieskompliwkowana Trylogia Łóżkowa.

Ona…

Opowieść na trzy tomy, no bo trylogia, co nie… jakoś nie dało się na dwa, no ludzie dwutomowców nie rozumieją tak jak trylogii. Jednak 3 sprawia, że coś w nich klika, coś się zmienia, coś w końcu magicznego z onej numerologii całej wypełza i wkracza w umysły onych niewiernych, nie wiedzących nawet, że cokolwiek, a może i ktokolwiek, nimi kieruje, że to nie ich spokojny wybór…

Wiecie, jak okładka, zapach świeżej, nowej książki, ona przygoda, która się zaraz zacznie, ale na razie, to tylko ten ciężar w dłoni, kartki, szelesty, jakiś szept może spoza nich, okładki twarde, mocne…

Lakierowane litery…

Ale tak naprawdę ona opowieść nie do końca sama była pewna, czy chce być na trzy książki. Wiecie, to jednak dzielenie. To jednak coś, co sprawia, że nie czujecie się jednością, że jednak, jakoś takoś, ktoś może pomiędzy was wejść i po prostu wsio spieprzyć i jeszcze… naprawdę…

Może lepiej nie?

Może jednak po prostu Opowieść Łóżkowa… ale jakże nazbytnio ubogo to już brzmi? No weźcie no, idźmy na całość!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No a tak w ogóle, to wiecie… prawie lato.

Czyli słonko i tak dalej.

Co nie znaczy, że ciepło, czy coś. Tak naprawdę w końcu zakwitły i bzy i czosnek niedźwiedzi, więc zawsze możecie sobie wybrać zapach, który wolicie. Obydwa bardzo obrodziły, chociaż, wydaje się, iż czosnku jest trochę mniej, ale może to moja wina i nie oblazłam wszystkich miejsc…

Dlaczego?

Bo ludzi tyle, że mnie to przeraża.

Wieść gminna zaś niesie, iż prom do Sassnitz już pływa? Czy też Niemcy przez Szwecję, która dla krajów północnych zniosły obowiązek testowania, więc radocha jest… co do Niemiec, to nie mam pojęcia, ale na pewno można spokojnie lecieć do Polski czy na Baleary… jak kto chce…

Dziwne.

Tak nagle, od razu.

Bez ostrzeżenia?

Tak, zgadliście poprawnie, nigdzie nie wyjeżdżamy. Żadnych wakacji, czy jak to się tam zwie. Żadnego opierdalania, plaży czy czegoś tam. Zresztą, po co nam Ibiza, jak u nas takie plaże… a tak, jeśli o to chodzi, to chwilowo nie polecamy tej w Melsted, czyli tej nas najbliższej, bo budują tam pomost i jest straszna rozpierducha. Po prostu masakra… nie mogę na to patrzeć…

… więc znowu chowam się w domu…

Bo ludzie, bo drzewa znikają, bo…

Ale oczywiście trza czasem wyjść, na przykład raz w miesiącu… i kupić te kilka sadzonek, czy jeść coś, czy jakoś tak… i co? Jajco. Niby słońce świeci, ale wiatr zimny wieje. Niby jasno, ale jakoś tak…

I ci ludzie, wszędzie.

I te dziwactwa drogowe, które wymyślają i wszyscy, co mają je głęboko w zadkach, o poważaniu już nie powiem. Nawet maseczek nie noszą? Serio? Z tego co pamiętam, to maseczki mają znieść jako ostatnie obostrzenie, ale co ja tam wiem, wieśniak z Wyspy, co nie… oni z Wielkiego Miasta, więc…

Mogę sobie gdakać.

Są i pierwiosnki, są i cudowne dzikie kwiaty, zwyczajne, znajome z przeszłości, nawet kaczeńce się pojawiły, nawet trawki wszelakie, może i coś pyli, kurde, może i coś szaleje w powietrzu, ale… co mi tam. Najważniejsze, by jakoś się wyspać w końcu, bo ostatnio coś z tym nie tak. Też tak macie?

Serio…

To nie tylko księżyc.

A… co do jabłonek, to chyba jakoś tak będzie kiepsko z wieloma. Nawet te dzikuski jakoś cienko przędą. Wciąż ta cała natura jakaś taka niepewna całkowicie. Jakby wciąż czekała na zimne powiewy z północy…

… jakby przeczuwała coś…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trylogia Łóżkowa… została wyłączona