Pan Tealight i Entuzjazm z Chin…

„… z przeceny był.

Bo z Wiedźmą Wroną Pożartą było bardzo źle. Wiecie, całkowicie już nie chciała i nie mogła, właściwie nic ją to wszystko, wszelako… nawet czytać nie czuła chęci, potrzeby, myślała ino o jednym i była…

Smutkiem.

Jego istotą i wszelaką ideologią, metaforą, definicją i… okołologicznieniezrozumiałą pomyślnością. Była jego formą i produkcyjną linią oraz reklamą i dezinformacją. I jeszcze, wiadomo, była sobą dodatkowo, więc można się było spodziewać wszystkiego. Kompletnie i szczerze wszystkiego.

Zatrzymywała się i nawet nie podnosiła aparatu.

Niby pisała, ale jednak słowa oklapywały jej na stronach, te na ekranie się dziwnie rozmywały, jakby słono się rozpadały, jakby były tylko czymś zmiennym, ale jednakowoż niechętny onej zmienności.

I jeszcze…

Niby kopała, sadziła, a jednak, jakoś tak wolała po prostu stać. Siedzieć. A może i w ogóle się nie podnosić. Nie składać do kupy onych swoistych porąbanych puzli znowu i znowu i znowu, bez żadnej nadziei, z połamnymi marzeniami, kolejnymi marnymi wiadomościami, kolejymi…

Cóż…

Musieli coś zrobić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „To, co zostawiła” – … okay. Dlaczego chciałam przeczytać oną powieść, no przecież, weźcie, szpitale psychiatryczne!!! Helloł!!! Uwielbiam tematykę. Wkurzają mnie najnowsze doniesienia i tak dalej… no i kilka książek w tym deseniu wyszło, więc…

Chciałam coś lżejszego, ale…

Coś.

A to, co, tudzież czym ta powieść jest to… ech, szczerze, naprawdę, kompletnie nic. Nastoletnie romanse, płytko tknięte, intrygujące osobowości i postacie, które zostały sprowadzone właściwie do swoich cieni… bez urazy, ale to można było rozwinąć, ubogacić, jakoś tak umieć napisać, a nie… Mamy dwa światy, które, od początku się domyślicie tego, że się ze sobą zetkną, więc bez urazy, ale to nawet nie spojler, więc… mamy dwie dziewczyny i mamy…

Całą resztę, której się domyślimy.

Ale tego, co obiecał opis, czyli świata obłąkanych, naprawdę niewiele. Opowieści w stylu kocha/niekocha, to wiecie, ile wlezie, więc jeśli o romans wam chodzi, to proszę. Szczerze. Lekką opowieść obyczajową, też.

Cała reszta nie.

To tak…

Biblioteki znowu zamknięte. Od razu mówię, że nie wiem czy wszystkie, ale pdoobno ludzie tak parli ku książkom, że wiecie, nie mieli wszyscy zrobionych świeżych testów, więc… policja zamknęła biblioteki.

I teraz niech nie ktoś…

Może powinnam najpierw wyjaśnić?

Biblioteka na Wyspie, to sprawa naprawdę prosta.

Masz komputer i żółtą kartę, więc zakładasz sobie kartę biblioteczną, a potem wiecie, internet i wybieracie. Macie z czego. Jeśli nie ma na miejscu, dostarczą nawet z Biblioteki Królewskiej, co fajnie wygląda, ale jednak, no wiecie, nie znaczy, że od razu z królową jesteście na jednej liście.

LOL

Ale… więc wybieracie one książki i w zwykłych czasach szło się i po prostu odbierało one książki z biblioteki, którą otwierało się samemu, swą kartą i tajemnym kluczem i tyle. Pewno, mogliście jeszcze coś dobrać z półki, co dostępne, albo zwyczajnie wrzucić wsio przez taką lukę w ścianie.

No wiecie, jakbyście pocztę wrzucali.

I tyle.

Jeśli ktoś chciał kontaktu, czy też pierwszy raz, to mógł spotkać się z człowiekiem, człowiek u nas to chyba dostępny był raz w tygodniu, a może przez godzinę kilka dni w tygodniu, kurde nie wiem, ale… biblioteka jako taka to spora, duszna sala z półkami metalowymi i miejscem do czytania. Do tego kibelek i schodki na górę, gdzie była sala, taki wiecie, niby uniwersytet i to można było wynająć czy coś… kiedyś robiliśmy tam pogadanki o internecie.

Ale…

Nie wiem co tak naprawdę się stało, czy wszyscy nagle poleźli spragnieni pisanego słowa – trudno mi w to uwierzyć, czy po prostu policja nie ma co robić? Widzicie, w mediach wsio tak dziwnie napisane, jakby popełniono zbrodnie największą, a książki roznosiły nowy szczep pandemiczny i w ogóle…

… czy coś w ten deseń.

Kiepsko.

Wiem jedno…

… kiedyś człek wieczorem szedł, na kartę tam właził, nikogo nie było, pykał światło, wybierał sobie książkę czy dwie, skan, wiadomo, potem machał do kamery i wyłaził, czasem zachaczając o kibelek, bo wiecie, no chce się czasem. To raczej nie jest klimatyczne miejsce, bardziej taka czytelnia dziwna niż biblioteka, więc…

Budynek jest śliczny – oczywiście cały czas jesteśmy w Gudhjem.

… więc szczerze, po co test? A po drugie, przecież niektórzy mieli te książki wywalane na zewnątrz, znaczy wiecie, nie masz testu, dostaniesz je na ławeczce przed i już. Jak zamówiłeś wcześniej przez neta oczywiście.

No naprawdę…

Dlaczego?

Jedno należy powiedzieć po raz kolejny. U nas książki drogie. I to tak drogie, że łeb mały. Serio, po prostu szokujące. I szczerze szokujące też z punktu widzenia pracy tutaj. Sorry, ale nawet jeżli na rękę dostajesz 15 tysięcy, to ponad stówka, dwie za tom, szczerze… rozumiem, idea piękna, wyprzedaże, autor żyje z książki na zawsze, w bibliotece ona też, ale jednak…

Przecież biblioteka zamknięta.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Entuzjazm z Chin… została wyłączona

Pan Tealight i Gliniarz z przypadku…

„No z przypadku.

Nie, że się urodził w Przypadku, albo wiecie, coś innego, co dotyczyło raczej mamusi i tatusia, gdy się spotkali i w ogóle… wiecie, takie sprawy się zawsze zdarzały i tyle. Takie życie. Spotyka się dwójka ludzi, coś między nimi zaiskrzy, coś tam się zakręci, a może po prostu iskra i już.

Nawet łóżka być nie musi…

Chociaż, w dzisiejszych czasach przecież dzieci robi się na tyle sposobów, że głowa mała, gdy Pan Tealight kiedyś dotarł w te przestrzenie internetów, to potem przez ponad miesiąc dziwnie patrzył na wszelakie przejawy babskości dookoła siebie, wszelkie wzdęcia, jaja, worki, poczwarków kokony i tak dalej… przestał wierzyć w cokolwiek i chyba jakoś do dzisiaj mu zostało.

Bo z tego nie można wyjść…

Się zobaczyło, nie można przestać tego widzieć. Czy w snach, czy w migawkach, a i te reklamy, oczywiście, że mild IVF wkroczyło i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczęła na niego krzyczeć, bo to przez jej laptopa się dokształcał w tych prokreacjach, a ona żadnego parazyta nie chciała, w końcu miała swoje bebito najcudowniejsze, więc…

Naprawdę.

Miała dość… on też, więc trochę głupio było tak na niego wrzeszczeć, no i jeszcze ten Gliniarz kurcze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem po prostu stoję w oknie.

Nie żeby robić za wystawkę, sklepowy manekin, czy coś w ten deseń… ale wiecie. Widok… a teraz, gdy na zewnątrz sztorm, wiatr huczy, woda w nieba się leje, ale morze dziwnie takie spokojne po naszej stronie, pewo po drugiej szaleje, bo statki się pochowały i z okna widzę jakieś ogromne, długie tankowce czy transportowce czy cokolwiek… Kurcze, kiedyś człek znał one nazwy jakoś tak, marynistyka była mocnym i szalonym, moim osobistym hobby czytelniczym…

Ale to mi przeszło.

Piraci też.

Wiecie, z czasem człek zwyczajnie jakoś tak chce spróbować czegoś innego, potem znowu i znowu i niektórzy mają tak przez całe życie, a niektórzy w którymś tam momencie wiedzą już, że pewnych rzeczy czy spraw nie tolerują. Jak na przykład kawy czy coś… ale może ich zaskoczyć to, że mięsa nie lubią. Że niesmaczne jest, ohyda i w ogóle wszelaka paskuda i nie chcę.

Bleeee…

Nie żeby wegetarianizm czy coś, zwyczajne niedobre już.

Jak cukier i tyle.

Ale, na razie stoję w oknie i się gapię. Może sąsiedzi nie widzą, więc wiecie, kto to tam wie, może mają jakieś lornetki, to tutaj popularne. Lunety i lupy. Ludzie mają takie rzeczy w domach, jak przeglądacie strony z nieruchomościami, to widać… niektórzy serio jacyś dziwni, składnica alek na przykład… albo takie dziwne narzędzia, że Piła przy tym to parfuma!!!

Ale…

Piękne morze, spokojne morze, na nim statki długie, ciekawe co mają w ładowniach?

Do tego jeszcze wiatr, deszcz, kurcze, aż chce się siedzieć w domu. Nie żeby mnie goniło gdziekolwiek. Nic na to nie poradzę, ale trzyma mnie w domu. Tym bardziej, że znowu słońce wyłazi i nie wiem dlaczego i po co, bo przecież miał być deszcz i chmury i wiatr, a tutaj słońce, co to za ściema!!!

Helloł!!!

Się czuję oszukana!!!

Pogodowo!

Wolę już pochmurną pochmurność bez tych wstawek wszelakich i słonecznych. Dołują mnie. Tak wiem, nikt tego nie rozumie, choć w rzeczywistości niektórzy tak. No może jedna osoba, może dwie… hmmm?

One wiedzą i rozumieją…

Ale…

Nadal jest chłodno i fajno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gliniarz z przypadku… została wyłączona

Pan Tealight i Cholerna Pozytywność…

Cholerna Pozytywność postanowiła nawrócić Wiedźmę Wronę Pożartą… serio, postanowiła ją nawrócić na siebie. Wiecie, oną wszelaką uśmiechniętość i patrzenie na wszystko przez okulary w odpowiednim kolorze i jeszcze… no ona karma i oczywiście pozytywna energia i jeszcze i jeszcze…

… jeszcze jeszcze, naprawdę i wprost…

Ta energia, to spread the joy i nie uzewnętrzniaj swego smutku, bo jeszcze innym zrobi się kurna przykro. No wredna egoistka jebana w kasztana! Jak można tak myśleć… cóż, widać można, ona w końcu jest królową onego myślenia. Przecież inaczej nie potrafi. Przecież inaczej…

Tia…

Widzicie, susza jest, ciepło się nagle zrobiło, więc jakby ogniska nie można zrobić. Śmieci się wywozi na wysypisko, oni wiedzą, co z tym zrobić bezpiecznie. Z oną wymuszoną radością, Paniczem Kiedyś Będzie Lepiej i Panną Wszystko się Odmieni… ale jednak, to by nie było odpowiednie. Nie. To wszystko jednak musiało być jakieś mocniejsze, trzeba było się wywrzeszczeć, jakoś tak uwolnić one emocje… no przecież tego chciała, czyż nie…

Chciała.

Ale organiczne śmieci, czy nada się na kompost czy od razu piec?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I pada…

W końcu.

Naprawdę, ten dziwny dźwięk nagle pojawiający się w moim otoczeniu mnie zaskoczył. Pewno, mieliśmy pamiętną nocną ulewę, ale przecież od tak dawna nie padało, że… myślałam, że kran przecieka, czy gorzej, dach się rozpadł i tak dalej…

A to tylko deszcz, a może jednak aż deszcz?

Podobno ma padać i wiać przez kilka dni, więc zobaczymy, jak na razie wiadomo tylko, że promy zostały odwołane, więc Wyspa znowu odcięta, a w sklepach coraz częściej brakuje jakichś rzeczy. Coraz częściej człek zaczyna zauważać, że na kontynencie niektóre rzeczy dzieją się inaczej i… tak, oczywiście, że u nas zawsze jakoś było inaczej, ale jednak, nie aż tak. Ale, jeśli nie będzie Turyścizny, to co wtedy?

No nie wiem, co jak co, ale zwiedzacze są.

Nie oszukujmy się, może i prawie nie ma co u nas kupić, ale co się pojawia, w znaczeniu nieruchomości, to wszystko znika. Ale na przyład to i cena za to, cóż, kiedyś byłoby zaskakujące, teraz jest dość niską ceną z właściwie dom z dykty.

I to niemłody.

Oczywiście ponownie na sprzedaż jest, obecnie szarawy domek z widokiem na szosę oraz… ech, sommerhus z ceną, którą powala.

Czy kupilibyście dom maciupki, maciupeńki, ale wiecie, z widokiem i na skałach za prawie 8 milionów? Nie ma laboga, są takie tańsze, ale najtańszy, to chyba rudera w Lobbæk za prawie 300 tysięcy.

Dannie Druehyld.

Jedyna w Danii zarejestrowana wiedźma

Niestety już nie… znaczy, zmała. Ale na pewno żyła życiem pełnym i jako wiedźma sama, muszę kurna się dowiedzieć o co chodzi z tą rejestracją? Czy dostajecie się kasę za wiedźmostwo, czy wystarczy bycie old waysem, a nie wiccanem? No nie wiem jak to jest, ale trzeba się dowiedzieć… za to przez oną śmierć, człowiek się dowiedział o życiu… i takie to smutne, ale też…

Nie wiem…

Intrygujące.

Jej duch w tym lesie na pewno zostanie i będzie straszył innych. Mam nadzieję, że będzie straszył, bo w końcu czasem o to chodzi. By zwyczajnie się posrać ze strachu. Nie żeby nam obecnie cudnie było, wiecie, wszyscy mamy przefajdane, więc…

Ech…

Podejrzewam, że wykończyło ją to, że po prostu miała dość tego wszystkiego. Narastającej złości, komplikacji wszelakich…

Drzew wycinania.

Bo szczerze, no cały ten czas jest jakiś taki, jakiś taki pojebany. Jakiś taki skrajnie nielogiczny, że nie daje się, nie daje się już oddychać… nawet tutaj. Jak to wielu nazywa, w ku… raju.

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cholerna Pozytywność… została wyłączona

Pan Tealight i Krafttime…

Krafttime wymyśliły Wiedźmy z Pieca.

I niby na początku miało to być super i milusio i w ogóle… wiecie, ona wspólnota, wszelakie bycie razem i tak dalej, do tego może i da się zarobić, bo o sklepiku internetowym zaczęły myśleć, bo tam Księżniczki i Królewny Po Best Before miały jakiś pomysł, który rumienił nawet Mikołajów, ale Smok z Komina była za i to bardzo… wiecie, te wszelakie treści na socila media, że niby czemu nie miałyby spróbować? Przecież to dla każdego.

Przecież…

One są takie cudowne i różnorodne, ale jednak, no…

Możliwe, iż w tym wszystkim były pewne wartości, które nawet Pana Tealighta zmuszały do pewnego, dziwnego zachowania. Znaczy krzyczał. Bardzo. Znaczy bardzo krzyczał, aczkolwiek dziwnie cicho, znaczy w ogóle go nie było słychać, a może nie słyszeli go tylko ludzie i Jednorożcowie?

Kto tam wie?

Ale Wiedźmy zdecydowały się na niewtajemniczanie go w nic, a tylko i wyłącznie zwyczajnie uznanie go za tło, na którym będą się wystawiać, a jemu pokazali skarpetki, na widok których Wiedźma Wrona Pożarta dostała dziwnego kokluszu i rechocząc zmyła się na zewnątrz wypluwając po drodze herbatę, ciasteczka i resztki własnej, jeśli w ogóle jeszcze ją miała,godności…

Wiecie… zimno jest.

We wszystko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niedźwiedź i słowik” – … ech… dobra, nie oszukujmy się, ukształtowały mnie opowieści zza wschodzniej granicy. Jeszcze jak Rosja była i CCCP i tak dalej… wiadomo, z czasem wiele się zmieniło, ale opowieści…

Pozostały.

I oto są one, splątane dookoła jednej osoby, dziewczęcia specyficznego. Wiedźmy, ale czy na pewno? Musowo dziewczęcia, które po prostu dobre jest i otwarte na wszystko, no może poza onym narzucanym chrześcijaństwem, ale jak się je zna, widzi w pełni, to jakoś takoś, no wiecie, zwyczajnie nie da się myśleć o tym dobrze.

I oto jest ona, nasza bohaterka otoczona onymi mitami i legendami, właściwie i będąca jedną z nich. Tutaj jest i macocha i jej córka, ojciec i bracia, no wiecie, są one wszelkie elementy, ta piastunka, ten piec i wszelakie byty domowe i jeszcze oczywiście wszystko inne. I oczywiście ona i wszelakie ludzkie przywary i jeszcze…

Magia.

Nie oszukujmy się.

To fantasy baśniowe.

Piękne i niesamowite. Z jednej strony przygodówka, ślicznie spisana, bajucha, ale też i coś zwyczajnego, opowieść rodzinna, no i jeszcze, oj, no te okładki… a bo od razu powiem, że 3 tomy są cyklu, oto pierwszy… ja pierdziu, te okładki, nosz kurna wodna, dzieciństwo, one bajki radzieckie…

Ech…

A w Gudhjem… pizga.

Wciąż.

Tak po prawdzie wielkiego ruchu może nie ma, ale zaskakująco wiele ludzizny jest. Nie wiem skąd się biorą i jak wciąż niektórzy mają jakieś wakacje, czy coś? Nawet na polach namiotowych są już i campery i domki zajęte, jakby ludzie już naprawdę nie byli przywiązani do swoich domów i miejsc i tak dalej… jakby wszyscy nagle stali się onymi panami świata, chociaż, oczywiście, wiecie, nie ma tak dobrze, nawet ze szczepionką teścik!!!

A wiedzieliście, że jak wyjedziecie z Danii na pół roku, to szczepienie nagle niczego wam nie daje i musicie przechodzić testy, kwarantannę i tak dalej? Kurde, nie no, ja wsio rozumiem, ale nie rozumiem jak moje badania nad wszelakimi pandemiami nagle biorą w koński łeb… dobra, pewno, to była rąbana cholera, no co, tak się nazywało, czy wciąż nazywa…

Wolicie Czarna Śmierć?

Hmmm?

No ale…

… tak to jest. Kłują, ale i tak niczego to nie zmienia. Tak naprawdę kupa straszna, jeszcze szczególnie tam, gdzie za testy bulić trzeba, u nas nie… ech, nie wiem, ale jakieś to wszystko jest, nie no, w tych czasach lepiej powiedzieć, że się głupim jest i nie wypowiadać własnych obaw i wszelakich niepewności.

Lepiej nie.

Wiecie… social media bolą!!!

Popadało.

Podobno od ponad 20 lat tak nie lało w przeliczeniu na godzinę.

I pizgało, a zacinało pod takim kątem, że żyletki to same się ostrzyły.

Mówię wam, jak kurna nigdy. Po tylu tygodniach onej suszy, to był szok. Waliło w ściany, szyby, dachy. Od razu człek myślał, że kurde, fajnie, z jednej strony super się nawodni wszystko, ale z drugiej, kurde, przecież ziemia się obsunie.

Przecież to spłynie, zbierze się…

No i się zebrało.

Pamiętacie opowieść o jeziorze i łące dla motylii?

Jezioro jest… Jak nic te domy spadną, już zaczęły się obsuwać, pękać, ludność panikuje, bo to przecież biedota i tak dalej, wiecie, sami mieszkaliśmy w takim domku, pleśń i tak dalej, ostatnio je odnowili, ale pewnych rzeczy nie da się powstrzymać. Nie da się… ziemia ma dość. Nie chce tego nosić i tyle… zrzuca z siebie. Ale… deszcz padał noc całą i poranek, a potem wieść buchnęła, że tyle onego nie było od ponad 20 lat. W znaczeniu opadów na godzinę.

Ech…

Jakby co, to jest nowy rekord.

Hmmm…

Podobno ma jeszcze być pochmurnie przez kilka dni… podobno. Się zobaczy… ale dobrze by było, coby człek nie musiał podlewać zbyt wiele. No i trawa przecież wzrośnie, no i wiecie, one melkebotteny sobie mocniej u nas cudnie wzrosną, może i zakwitną w pełni one drzewa…

Ech…

Zobaczym.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krafttime… została wyłączona

Pan Tealight i Skutek Skutków…

Skutek Skutków był nie tylko wielobarwny i wielotwarzowy, ale przede wszystkim cholernie utalentowany i obrotny, wiecie, jeśli chodzi o sprawy biznesowe, więc nader niska w to wszystko Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane naprawdę czuła przy nim…

… chyba zażenowanie.

Wiecie, potrafiła wiele, ale w tych rejonach, w onej dziedzinie…

No fejl!!!

… więc widząc onego zarabiającego miliony ino za bycie sobą osobnika, miała uczucia… więcej, narastały w niej uczucia może nie nieznane, ale dokładnie nie takie jakie były jej teraz potrzebne. Na jakie nie miała czasu. Na pewno nie teraz. Oj nie… bo przecież wszystko to, no zamrażarki juz nie miała, przecież nie miała tych noży, co to były takie fajne, czy siekierki, a i Spiżarnia Wiedźmy się na nią obraziła i za ono przeniesienie do żółtej, ślicznej jednakowoż przecież, no onej szopy z okienkiem… tasaczek się wyprowadził, podobno w lesie lepiej płacą, a przecież kurde nigdy nie miał płaconego, więc, kurde, co od niej brał…

Mniejsza…

Najgorsze było to, że mimo odstępu, wiecie, co jak co, ale te 2 metry musiały być i interesowanie powiedziała, że za darmo z nikim nie gada, więc Pan Tealight coś tam skołował, ale jej nie do końca wyjaśnił na czym wszystko ma polegać, zresztą, wiedział, że nie umie odmówić…

Nie jemu, a jednak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I dochodzimy do zbiornika…

I niby człek był tu już tyle razy, ale chyba nie o tej porze roku, wiecie, nie o tak dziwnej, wczesnej wiośnie i tak dalej, tak zimnej, tak… niby miesiąc minął, ale jednak wciąż wszystko jakoś nie chce się obudzić. Nie chce wzrastać, zielenić się, jakby się bało. Jakby ona codzienność jeszcze na nią nie zasługiwała. Jeszcze nie. Jakby wszystko, co odbija się w tej wodzie, onej wilgotności wszelakiej, mszanej, mocnej dookoła i niesamowitych skałach, to…

Po prostu lustro do innego świata.

Lekko marszczone wiatrem.

… kolorowe, bo odbija się w nim więcej, niż tak naprawdę widzimy. Niebo, obłoki, błękit, światło, ale też coś, czego nie ma. Ale też coś, czego nie do końca może rozumiesz… coś, co nie chce być do końca widziane. A może…

A może coś, co zagląda w tamten świat.

Inny świat.

A dookoła ścieżka i drzewa i pod górkę. I one malutkie kwiatuszki i liście zeszłoroczne pod stopami i jakieś ptaki i jeszcze, i coś więcej i te szepty i jakieś pogaduchy, zaśpiewy. I jeszcze… może człek się zasapie, ale jednak, przecież superanckie ćwiczenie… i ta skała, którą kiedyś może zdobędziemy, bo podobno jest tam jakaś ścieżka, bo podobno jest coś jeszcze, czego nie widzieliśmy.

Coś, czego nie odkryliśmy…

Jest pomysł.

A potem wciąż pod górę…

I tyłek boli, oj boli, ale warto.

One wszelakie rysunki na ziemi stworzone poprzez igły i liście, spątane korzenie i wszelakie leśne pozostałości, naprawdę są czarowne. Jakby las chciał wam coś powiedzieć, jakby pisał wam list…

Jakby, naprawdę pragnął kontaktu.

Jakby zwyczajnie wiedział, wiedział o was wszystko.

I chciał powiedzieć, co o tym myśli, o tym, co robiccie, czego chcecie, o czym marzycie i jeszcze… nie wiem, ale tak się czuję, a może zwyczajnie to wiem i powinnam przestać udawać, że jest inaczej? Bo przecież tak jest, że wiem, zwyczajnie. Inaczej być nie może, wszystko się łączy… a my idziemy, krok za krokiem, wciąż po lewej mając zbiornik, skałę, ono lustro…

A po drugiej stronie skała, drzewa, kolejne wzgórze, wiadomo, że później będzie z górki, ale najpierw, najpierw trzeba wejść, i nagle droga i las się urywają. I nagle wszystko jest ino pylistą drogą i prowadzi w skały. W rozrzutną obszerność, dziurę starego kamieniołomu, gdzie wciąż jeszcze wydaje się, że ktoś stuka, puka, mewy drą się, tuż już za rogiem morze i port, w którym niegdyś skały dobierali, a teraz jest party beach…

Ej! Co za miejsce.

Po prostu niesamowite.

A same skały.

Tutaj wszystko jest sztuką, piękną, dziwnie niewidzialną dla innych. Sztuką by nature, mocno konceptualną. Tutaj drapaną, tam rwaną, tam wywietrzaną. Tam lekko obsraną, no i jeszcze oczywiście te malutkie brzózki…

Z jednej strony wszystko wydaje się takie smutne, a z drugiej…

Niesamowite.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skutek Skutków… została wyłączona

Pan Tealight i Pępek Onego…

„No tak…

Jak z tym Rogiem Obfitości, całkowita wtopa.

I jeszcze zawsze gumowe ucho – Pępek Świata się włączył do rozmowy, że co jak co, ale on występował o zarejestrowanie tej nazwy i że, serio, nikt nie powinnien i w ogóle, jak, dlaczego…

I tak dalej.

Jak się zaczęli kłócić, to Pan Tealight szarpnął zapatrzoną w to wszystko Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane, no i najzwyczajniej w świecie, zresztą, jak zawsze, rozwiązał problem siebie i konfliktu, wiecie, łączenia się onych osobliwości, no i spierdolił.

Bo naprawdę, czasem tak bardzo nie warto się w pewne rzeczy nawet zapatrywać. W nie spoglądać. Jakoś tak, zwyczajnie, nie wszystko jest dla każdego. Nie wszystko. Bo przecież jednak ile może pomieścić człowiek, wiedźma, czy taki Pradawny i Ponadwieczny! No naprawdę. Od jakiegoś czasu miał już dość tych niektórych, przybywających do Białego Domostwa, osobowości. Jakoś tak mu nie pasowali, ale nie mógł odmówić dostarczaniu towaru do Sklepiku z Niepotrzebnymi. No nie mógł. Musiał mieć coś, co będzie mógł sprzedać…

Znaczy, wiecie, możliwie sprzedać…

No jakoś tak ostatnio ich wszystkich było zbyt wiele. Może trzeba było otworzyć jakąś drugą filię? Ale kto niby miałby ją prowadzić? Miał się rozdwoić, nie żeby to nie było możliwe, ale jednak…

Hmmm…

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Vang…

Uciekłam tutaj, miałm nadzieję na to, że tutaj będzie i cisza i spokój i na początku była, a potem, pojawili się ludzie, na szczęście ludzie wolą ścieżki bardziej mocne, a ja wolę w głuszę, zresztą, siku lepiej robić w krzakach. Wiecie, osłonić zadek, a nie policzkami w stronę widza. Nie no, rozumiem, że w internetach od razu miałabym rejw i wszelakie odsłony, tk, to na pewno jest mój problem, dlaczego przy 4 blogach, regularności, zapracowaniu, wciąż jestem kompletnym nikim… wróć, nikim to ja chcę być, ale jednak opłacanym nikim, no co? Kobieta jeść musi, wróć, kogo ja oszukuję, dajcie sałatkę, fetę i na wszelki wypadek schowajcie gdzieś jakiś cukier, no kżdy ma swoje dziwne momenty, no i będzie spoks! Ostatnio wyliczyłam, że można mnie wyżywić za 20DKK dziennie. Co raczej, jak na nasze warunki, jest po prostu…

… niewyobrażalne.

Albo mało możliwe.

Ale da się.

A raczej już tak wszystko mnie uczula, nie przechodzi, albo od razu wychodzi, że naprawdę muszę się znać na miejscach, gdzie można zrobić bezpiecznie siku. I w spokoju. Bo w stresie to ja nie mogę.

No zatrzymuję się i nic z tego nie będzie!!!

Nie oszukujmy się, pęcherz to ważna sprawa i jeszcze te nereczki. Nie można trzymać, robią się kamyczki i już macie przesrane… znaczy przesikane bardziej, ale jakoś to się przyjęło, czyż nie… ciekawe, a przecież siku jest ważniejsze, chyba, nie wiem… może? Nie tylko dla tych co farbują tkaniny, czy coś… tak wiem, miało być o naturze…

I jest.

O naturze człowieka, który częścią natury jest.

I siku robi.

Ale Vang…

Niewielu wie, że ścieżka za młynem, skrytym dość, nie biegnie tylko wybrzeżowym klifem, który się sypie, więc wiecie, po pierwsze uważajcie, po drugie to czas jajek i dzieci, więc nie wkurwiajcie mew!!! One i tak mają już wystarczajaco ciężkie życie, podobnie wszystkie corvixy, więc jeśli chodzi o ptaki, dzielcie się posiłkiem, bo cała ta wycinka nabrzeżna doprowadziła do zniszczenia wielu zagajników, miejsc lęgowych i oczywiście krzaków z jagódkami.

Nigdy tak nie było coby jagódek nie było w tym czasie.

Serio…

Ale, cóż, ptaki mają problemy. I naprawdę nie zdziwię się jeśli seryjnie wezmą na ludzinie odwet za te wszelakie durne eksperymenta. Bo durne są one, ale ta ścieżka prowadząca w dziwne nieznane, zgodnie ze szmerem strumienia – i wy się dziwicie, że sikam – przez najjpierw lesistość, potem dolinkę, te skały, one drzewa, niestety wiele już nie zakwitnie. Niestety niestabilna pogoda, wycinki i durne ludzkie pomyłki, wiatr, cóż, drzew coraz mniej tutaj, ale nowe już rosną. Wspinają się w górę ucieszone onym nagłym dostępem do światła.

Może nierozumiejące…

A może…

Natura.

Ścieżka właściwie sucha, bo susza, ale miejscami wciąż wilgotna, bo strumień,bo w kamienistych nieckach woda się zatrzymała i cuda rosną. I są one… dobra, czosnek niedźwiedzi, wiem, jest. Ale są i zawilce i kilka przylaszczek. Może nie dywany wciąż, ale jednak, ona zieleń dolna, ona wszelaka radosność dziwna.

Ech i te kwiatki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pępek Onego… została wyłączona

Pan Tealight i Zła Królowa Sąsiadka…

Zła Królowa Sąsiadka miała Zły Królewski Powóz, który mieszkał sobie w swoim Wielkim Powozowym Posiadłościowaniu

… i on miał Straszne Drzwi.

I Pałac Złej Królowej też miał Złe Straszne Drzwi i Powóz też je miał…

Może wyprzedaż była?

Może?

Teraz już nikt nie wiedział jak to się zaczęło, ale jakoś w pierwszym roku mieszkania w nowym domu, to jakoś tak nic się nie działo. Jakoś była cisza względna… wiecie, jakieś szmery, dzine kasłania i takie tam, a jednak, przecież ona wciąż tam była, od zawsze, jeszcze nim przybyła Wiedźma Wrona na Wyspę… na pewno kurde tu była, ale… może jednak nie?

A może na nią czekała?

Może była to przemyślana strategia i one arie wygrywane na drzwi wszelakie, jakby z samochodu, oczywiście grzecznie wychodząc i zamykając – to już niegrzecznie głośno – za sobą drzwi. I było ich w tym samochodzie wielu. A raczej, co nawet bardziej prawdopodobne, w onym aucie mieścił się portal do jakiegoś innego świata, Ludzi Trzaskających i dzięki temu wzywających i czycących wlasne bóstwa, a może i co gorsza przyzywających jakieś potwory…

Większe niż ona Królowa?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była niewyspana… ogólnie Wielka Wiedźmia Depresja i Strach wzięli i zawładnęli jej wszystkim, no i naprawdę…

… nawet nowych książek nie chciała.

Było źle…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Egipcjanin Sinuhe” – … ech… co powiedzieć o książce, którą właściwie każdy powinien przeczytać. Chociaż, kurde, co ja tam wiem o życiu i powinnościącj, może jednak nie każdy winien czytać?

W końcu…

Czy każdy musi cokolwiek by zrozumieć świat, otworzyć inne drzwi, kolejne drzwi, zaintrygować się, nauczyć wiele o życiu, nauczyć o przeszłości… poznać sekrety, które doprawdy są intrygujące i dodaatkowo, świat, który… oj, no Starożytny Egipt, to przecież poezja sama w sobie!!!

A więc tak, oto opowieść o przeszłości i człowieku, który czerpie z niej garściami. Który pozwala sobie na wszystko… a jednocześnie o świecie, który aż dudni onymi możliwościami. I nie, nie pochodzi on z uprzywilejowanego świata, ale jednak, próbuje, otwiera, puka, pociąga za sznurki… i jest.

Istnieje.

Kwitnie!!!

Oto powieść Miki Waltariego, którego kocham, więc wiecie, pozwalam sobie na małą bezstronność? Chociaż z drugiej strony jako archeolog, który studiował też egiptologię i wciąż wiele się uczy ona oparta na biograficznych Opowieściach Sinuheta spisanych za czasów XVIII dynastii, ale mówiących o XII dynastii… wiecie, taka opowieść z przeszłości spisana w przeszłości, no kurna matrioszka. Matrioszka bohatera doskonałego, Sinuheta, opowiadającego o swoim życiu lekarza, który… cóż, dociera na szczyt, upada, potem znowu… a wszystko za sprawą…

Ech te baby!

Nosz my się nie zmieniamy!!!

Naprawdę, ta powieść jest i piękna, zaskakująca, historyczna, ale i niegrzeczna miejscami i kompletnie podróżnicza, nie zamyka się wyłącznie w Egipcie, wprost przeciwnie, bohater rusza, dociera, znika… to jest morze…

… morze przygód…

Jedna z najlepszych powieści na świecie.

Ta, którą miałam, była jednym z pierwszych wydań… z pomarszczonymi stronami, ale podobną okładką. Tęsknię za nią, więc cieszę się, że mam choć to… Opowieść w nowym wydaniu, ale wciąż o Tym, Kóry Jest Samotny.

Spacer…

W końcu jakoś ona zieleń w lesie się spojawiła. Może i zawilce jeszcze nie do końca otwarte, może pojedyncze ino przylaszczki, kokoryczy też mało, ale jednak, już jest coś. Choć samochód człek wciąż skrobie, prawie co kilka dni, to jednak… na zewnątrz słońce, pełna lampa, a poza tym susza, a dodatkowo zimno…

Znaczy zimno jak na nas.

No wiecie, ten łagodny klimat i tak dalej.

Do morza nawet największe morsy nie włażą, bo ten wiatr tak szczypie, tak chwyta za nerwy, że ino źle się ustawisz i już masz ubaw. Już cię przewiało i mimoza z ciebie. I tak naprawdę, przyznaję, że w sobie mam tylko lęk. Lęk przed tym wszystkim co będzie. Niby wcześniej też go miałam, w połowie 2019 roku miałam dziwne przeczucia, a teraz tylko się boję. Tylko i wyłącznie.

Jakbym mogła, to…

… chyba przestałabym się bać…

Ale…

Niby ludzie mówią takie piękne rzeczy o nadziei, ale ja nie mam w sobie nadziei. Nie mam wiary. mam ino wiedzę. A ta kurna kopie wciąż po tyłku. Pokazuje, że natura się opóźnia, a to oznacza, że nawet ten czosnek niedźwiedzi, który się pojawił, to pojawił się późno, no i jest jakiś takiś mało śmierdzący, co jest…

… dziwne.

Przynajmniej.

Ale spacer, to powinno pomóc, czyż nie?

Vang i po drzewach…

Zacznijmy od „po drzewach”… jest to ono wyrażenie, które ostatnio wciąż i wciąż pojawia się w rozmaitych opowieściach o Gudhjem i Melsted. I doprawdy, jeśli chodzi o wszystko i nic, to naprawdę mam dość. Głupoty podpisywanej tytułami, w które trudno mi uwierzyć, bo tutaj ludzie zmieniają zawody milion razy w połowie życia, ot bierzesz kilka kursów i już z geologa jesteś chirurgiem mózgowym. No wiecie, magia się dzieje… dobra, może i przesadzam, ale ino odrobinę. I to, że INO ODROBINĘ powinno was lekko przerazić. A może i nielekko…

No wiecie.

Zresztą, w dzisiejszych czasach, to już naprawdę wszystko się wali, drzewa widać też. Ale nie wolno nic powiedzieć, bo od razu się nie znacie, jesteście przeciwko sztuce i ekologii w ogóle, a oni przecież ten staw i raj dla motyli robią… i w ogóle cudnie będzie i pięknie, nie pusty plac, ale dywersyfikacja terenu…

Tia, to cytat.

Znaczy wróć.

Plan jest taki, by powstał staw/jeziorko – co mnie przeraża, bo nawodnienie tego miejsca sprawia, że domy kilkadziesiąt metrów dalej się walą – w okolicach muzeum, na ich gruncie. Na początku miało być na onym zielony czymś coś na kształt spacerniaka z rzeźbami. Wiecie, oaza sztuki, czy coś. Na razie zmienili lekko plany dodatkowo będzie staw i jeszcze ma być łąka i na to… dostali kupę kasy! A jak dostali kupę kasy, to stwierdzili, że w czynie społecznym wszyscy powinni zacząć zbierać nasiona i w ogóle może i pokopać i wziąć się do roboty…

A pandemia?

No dobra, mniejsza o pandemię… ja się w czyn społeczny nie dam wrobić. Już w komuniźmie żyłam. Nie ma takiego wała!!! Ale mniejsza o wała, bez urazy, ale jednak, kurde no… weźcie się rąbnijcie w łeb. Dostaliście kasę, ale oczywiście znowu chcecie rąbnąć ten sam, już kiedyś mocno skażony temat?

Ludziom się płaci!!!

Ale… co tam, przecież to wsio to ma być dopiero we wrześniu…

No ale… drzewa już zwalili.

A jak najpierw jedna z onych dam z sekty muzealnej – i tak, mówię to jako młodszy kustosz – piała, wyśmiewała się, że uważajcie sobie wszyscy ludzie co drzewa lubicie, bo se potniemy. Szkoda, że nie krzyczała jak mieli wycinać te po drugiej stronie… zaciukam babę. Ino w snach, ale jednak… wredna su..cz.

A… Vang miał być, będzie jak mi nerw opadnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zła Królowa Sąsiadka… została wyłączona

Pan Tealight i Influenser Brzydoty…

„No bo…

… w świecie jednak wymagana była zawsze i od zawsze, ona szalona, dziwnie pokrętna, jednakowoż zawsze oczekiwana… ona, pewnego rodzaju równowaga, więc on się poświęcił Zresztą, jakoś tak i czuł się bliżej tej sfery życia, tudzież definicyjności współczesnych ludzi, co się ludźwi zwali, że…

No musiał.

Chciał?

Pewno, że chciał, bo dzięki temu był inny, bardziej intrygujący i wzbudzał takie szaleństwo w mediach, że szok. Bo wiecie, kto by to mógł zrozumieć, kto by mógł w ogóle i dlaczego, no i on przecież nie może mieć racji, nie może, zwyczajnie i niezwyczajnie w końcu jak to ma być, wychwalać brzydotę, no ale jednak, przecież wolność i tak dalej, no i jeszcze, ale czy dla każdego…

Dla każdego…

Wiedział jedno, wyświetlenia mu pukały w górę, lajki szybowały, wszelakie polubienia, posty, wszystko było… na dwoje babka wróżyła, a stolec z tego wyszedł. Ale przynajmniej zarabiał, aczkolwiek dziwnie i jeszcze pokręcenie tak. Bo z jednej strony oglądalność miał, fotografem i pisarzem był świetnym, ale jednak ona brzydota i jego upodobania, oraz definiowanie świata…

Nie pasowało.

A może pasowało, ino wszyscy wstydzili się do tego przyznać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ostrzegają…

Kurde, jakby do teraz to parfumą dookoła waliło!!!

No ale, ostrzegają kulturnie, że będą śmierdzić. I wierzcie mi, że od niedawna może, ale jednak, dziękuję bogom wszelakiej mechanicznej wysuszalności, bo nie dość, że ciuchy są mięciutkie i jakoś tak leiej leżą, to przede wszystkim…

Nie cuchną.

Tia, Wyspa o tej porze roku śmierdzi maksymalnie.

I nie, nikt mi nie powie, że to ino kurna zwykła kupa. Ino kurna zwykła kupa tak nie zdziera skóry z ryja. Szczerze. Można oczywiście zamknąć się w domu, ale jednak pogoda, słońce ciągłe, to okno otworzyć, czy szyby wymyć, wiecie, człowiek ma dziwną ochotę, ale jednak…

… jednak…

Kurde, ale to cuchnie!!!

No naprawdę, dodatkowo wszystko wygląda, jakby naleciały nas mnogo wielce ufoki i robiły te no, kręgi zbożowe ale bez zboża, bo wiecie, ono było jeszcze nie wzeszło. Ino ten buczący dźwięk i jeszcze te światełka, nosz kurka wodna i parówki, przecież człowiek po chwili jakoś tak się dołącza do onego buczenia, no i sam jakoś tak, coś się mu przewija w bebechach.

Albo i coś gorzej?

No wiecie…

Jakiś czas temu nakazano rolnikom i firmom informowanie o smrodzeniu.

Bo wiecie, jeszcze ktoś ślub jakiś planuje, czy coś, albo co więcej, pranie zrobił czy coś… zaśmiarnie mu się kiecka, albo te serwetki haftowane po prababci z kontynentu. No wiecie, każdy coś tam ma, co trzeba jednak wieszać na sznurek. Nie oszukujmy się, jednak suszarki elektryczne mocno szkodzą nawet gaciom.

Niestety…

Ale…

Nie o tym miało być… problem w tym, że info dostajecie na dzień dwa przed, więc, wielce nic nie odwołacie. Serwetki można zdjąć, ale jak ktoś party ma w ogrodzie. No co? Wiem, że pandemia, ale u nas i biblioteka otwarta, aczkolwiek kowidowy paszport musi być, albo wam zamówione przez neta książki wywalą przed drzwi… no co, musi być bezpiecznie i w ogóle. Nic to, że wszyscy przed chwilą kupowaliśmy bułki.

W tym samym sklepie.

No wiecie…

Party nie odwołacie, musicie się przenieść do środka, a tam już obstrukcje pandemiczne. Przyznaję, że jako aspołeczny osobnik nie mam pojęcia ile ludzi może się spotykać i tak dalej. Kompletnie. I serio mnie to nie interesuje. W ogóle. Bo i po co? To i tak tylko na psa kość bez kotleta. Naprawdę. Nie oszukujmy się.

Wsio jest tak dziwnie popierniczone.

Ale książki oddać i wypożyczyć jakoś możecie.

Imprezy raczej na zewnątrz nie polecam. Raczej i śmierdzi i zimno i ogólnie, jakoś takoś, wiecie, mało imprezowo. Tak naprawdę, to cała ta wiosna powinna przynieść, no wiecie, ludziom normalnym one radosności… a jakoś tego nie widzę. Za to znowu coraz więcej ludzi chce coś wynająć tutaj.

Albo kupić.

Podobno jesteśmy very popular! Hmmm… niby zawsze byliśmy, no ale, może oni zapomnieli, a może hype jakiś komplikują? Nie wiem, się nie do końca znam, albo i nie chcę znać… UFO widzę…

Aromatyzujące.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Influenser Brzydoty… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmita Ziemski…

„No bo…

… wszyscy kurde tak byli za tym życiem w kosmosie, nową planetą, a jakoś takoś, dziwnie jakoś, zapominali o nim… a że on był, tutaj, na i z onej ziemi i Ziemi, to wiecie, od razu, że nie jest autentyczny i w ogóle, że atencjusz na pewno jest z niego wszelaki, więc popadł w depresję, dość logiczne, no i wylądował z tymi swoimi czółkami, chudością, brzuszkiem i oną całą dziwną powłoką, szarością, brakiem uszu, główką w kropelkę i wielkimi, czarnymi oczami, które zasłaniała czasem błona… u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane

I ona miała z nim problem.

Nie, że kosmita, czy coś, ale te lusterka zamiast oczu.

Rany, ile się można na siebie gapić?

No bo wiecie, jak rozmawiacie z kimś, to jednak, patrzycie sobie w oczy, może nie ciągle, może nie przez cały czas, ale z drugiej strony, przecież ten skurczysyn tak mocno hipnotyzuje, że kurde, trudno się odczpić, a tutaj nagle na czole zauważacie, własnym oczywiście, pryszcza.

I to z białą główką i was zaczyna korcić…

I…

No potem on mówi, że w oczach widać i przyszłość i przeszłość, a jednak, i tak zwyczajnie jakoś zaczynacie się macać po tym czółku i obawiać jakichś znowu syfów i w ogóle, liczycie dni, czy to już może, czy to wina hormonów, czy jednak ta cholerna czekoladka, która i tak kurna nie była smaczna, więc…

No…

Z kosmitoma dziwnie jest.

Tak, tak to się odmienia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

YAY Almindingen zostało parkiem natury, czy jak to się zwie…

Eeeee…

… w rzeczywistości, to wiecie, śliczny tekst i w ogóle, są my znowu tacy eko i pod publiczkę, a prawda taka, że z chyba 6000 (czy też okolo 4000 według innych źródeł, więc chyba chodzi o to, co kto liczy i czy wlicza one miejsca prywatne, czy nie…) hektarów to niewiele ponad 1000 onym parkiem się staje. Czyli… wszyscy zadowoleni. Nie… po pierwsze wciąż jeszcze to nie jest przyklepane, więc raczej czas bardzo przyszły i niepewny raczej, a po drugie, ech, trza dogadać się znowu z miejscowymi, znaczy państwowo, to kupić, to wybaczyć… ale wiecie…

Można resztę wyjebać i już. Bo po cholerę nam tlen czy coś? No po co?

Tosz to takie niepotrzebne.

Kompletnie.

No właśnie, problem lasów na Wyspie… z jednej strony wychwalanie Rømera i przeszłości, która skałą była, a potem nagle liście i tak dalej. Nikt nie wspomina o tym ile facet się nawalczył, szczególnie z rolnikami, żeby w ogóle to wszystko nasadzić, nikt nie wie chyba nawet jak las działa i że, niestety, wszystko potrzebuje wiele czasu, naprawdę wiele, by wypracować coś, co zwie się jebanym ekosystemem. Wiecie, w szkole uczyli, ale to były zaprzeszłe bardzo czasy.

Bardzo…

Jednakowosz…

… oczywiście, że Wielka Dania jest dumna ze swego największego lasu, a że go rąbią jak popadnie, to kogo to tam obchodzi. Drugi problem zaś, to to, iż większość onych pięknych kniei to prywatne sprawy, które są przeznaczone pod wycinkę i tyle. Zwykłe pola lasowe, a dla nas, no niestety, drzewo, to kurna nie burak. Nie wiem, ale nie umiem tak tego postrzegać tym bardziej, na tak małej, maciupkiej powierzchni widać, jak bardzo to szkodzi miejscu.

Już nie „ekosystemowi”, ale miejscu.

Wyspie.

Tego jakoś nie badają.

A możnaby pokazać jak ekosystem oddziałuje na homo sapiens sapiens.

Eksperyment kowidowy przecież kurde, no wyszedł aż tak ponad super, ale jak chodzi o coś takiego, to nagle nic? A przecież ile można tych kar płacić za wycinkę. Ile można słuchać pił, które człowieka budzą, bo oni wszystko staraja się robić tak dziwnie cichaczem. Tak po kryjomu, a potem, że to wielce dla dobra Wyspy, dla świata i tak dalej, wiecie dla Turyścizny…

A ci idioci się cieszą, że widok jest…

A zauważyli, że niektórych ścieżek już nie ma?

Że nagminne wynanie krzaków i mniejszych drzewek sprawiło, iż Wyspa się zmniejsza… tu spadło, tam opadło, tu się nie da już ruszyć, tam ino jakieś wspomnienie po drzewie, a tam znowu, kiedyś były te kwiaty, takie piękne, ale już ich nie ma. Nabrzeża runęły, najlepszym przykładem jest Salene.

Tam kiedyś i piaski i damy z tiurnurami były…

Tam kiedyś było życie.

Nie no, pewno, że wolę spokojność wszelaką i widok na Hestestenar, ale jednak, wiecie, wiem dobrze, że tutaj fajniej by było, gyby było coś więcej. Ktoś otworzył ten kiosk, może jakoś oną ścieżkę wzmocnił, wiecie, zrobił famous new Instaplace!!! Nie, nie polubiłam nagle ludzi, ale wolę już żeby łazili na piechotę i żarli może lody po drodze, niż rujnowali nam drzewa bo nagle chcą jeździć rowerami po wertepach!!!

Co jest złego w spokojności?

Od zabaw donośnych są Ibizy i inne takie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmita Ziemski… została wyłączona

Pan Tealight i Anioł Co Za Kimś Nie Stał…

„No rany, ale wam mówię, jak malowany był…

Z jakowyś ikon czy czegoś tam, mocno religijnie tchnął, jakoś tak od razu psalmy i nowenny, hosanny i alleluje się go czepiały, no i tak dalej, aureolki, skrzydełki, kolanne odciski, rączki do góry, amen. No i z onymi skrzydłami, aureolką, pierzem wszędzie, jak nic raj dla alergików. Taki był. No, ale z drugiej strony, to jaki miał być? Przecież był aniołem, a że za nikim nie stał, no jej, może coś się stało, może jednak po prostu na kogoś czekał, przydział z góry… tak, z TEJ GÓRY, jeszcze nie nadszedł, a może skurczybyk jeden wybredny był, czy coś?

Nie wiadomo…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane w rzeczywistości nie była nawet zainteresowane tym, by omawiać z nim jego problemy. Dała mu kocyk i kiełbaskę w bułce, herbatkę, no i posadziła przy oknie, ale jednak na zewnątrz, bez urazy, słoneczko waiło, a witamin winien nabrać…

No i miała swojego, przecież…

Anioł Wiedźmy istniał!

I był zazdrośnikiem!

… więc po prawdzie, to naprawdę nie mogła zrobić nic innego, ale jednak noc nadchodziła i naprawdę nie mogła tak go zostawić. No naprawdę. Jakoś tak, po prostu i zwyczajnie, nie mogła… ja to będzie wyglądać, jak sąsiadka spojrzy, a to coś pod drzwiami wysycha, albo listonosz przyjdzie…

Czy zając…

Jeszcze podgryzie gościa?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dobry omen” – … ech, no wiecie. Tak naprawdę, to pamiętam wciąż pierwszy raz, kiedy czytałam tę powieść. Pierwsze wydanie w Polsce, pierwsze zetknięcie z autorami…

Ech, co za wspomnienia.

A powieść jest mega!

Zresztą, BBC też, no co?! Czasem coś i obejrzę, to, że nie mam TV, to jednak czasem nawet ja coś przełknę i jakoś mnie to zaintryguje. Ale jednak, co książka to książka. Ono zagubione dziecko, ech, cała historia, pierwsze tłumaczenie, potem sięganie po inne książki tych autorów… ale… wyobraźcie sobie Damiana z Omenu ino inaczej, tak z ludźmi i ogarem ale nie do końca…

Bardzo inaczej.

Bo widzicie, czasem i piekłu i niebu się nudzi.

I czasem Wszechświat zapomina, albo i nie, o swoich dwóch osobnikach. I jeszcze czasem akurat nadchodzi ona Apokalipsa, ale jednak, jakoś taka odmienna, wiecie, lekkie bóle stawów i tak dalej, może i próchnica gdzie niegdzie… ale najpierw oni, Anioł i Diabeł. Ino cokolwiek mocno uczłowieczeni. Mocno bardzo mocno!!!

Kurde, jacy oni są niesamowici!!!

Niczego nie powiem, bo po pierwsze spojler, a po drugie większość i tak wie o co chodzi. O serialu/filmie było głośno, o samych autorach też, więc czy ktoś w ogóle jakoś ominął tę powieść? Na pewno tak, bo przecież jednak tych wszelakich produkcji tak wiele, że aż człek nie ogarnia.

Jak mu nie będą napiernidczać reklamami, to przerąbane…

Ale… tej powieści nie warto ominąć. Tak, może nie do każdego dotrzeć, bo wiadomo, gusta różne, ale jednak, warto spróbować. Dla mnie to jedna z najpowieści! Nie tylko komiczna, ale nad podziw prawdziwa. Wskazująca na to, że człowiek potrafi, ale religia to nie zawsze lek na zło…

Wprost przeciwnie.

Spacerek…

Jej, z domu wyszłam, a spoglądając na ostatnie występy dziwów przerażajacych na Wyspie, to szczerze to jest wydarzenie. Naprawdę… otóż ostatnio mamy jakieś bandy nastolatków wczesnych w mieście, ballade robią, no i trzynastolatka skopała policjanta. Ludzie nie do końca wiedzą co o tym myśleć, ale spoglądając na komentarze w mediach społecznościowych, to wiecie, raczej wszyscy by chcieli dyscypliny. Oczywiście nie ma o tym mowy, bo nie wolno i tak dalej, przecież to dzieci, biedne i zestresowane, ojojjjj, co to będie, ale… sami pomyślcie…

Byłam raz w takiej sytuacji, że napadła mnie pod samochodem banda około dziesięciolatków. A niska jestem. Wyrośnięci byli i mieli kije, co wtedy robicie? Wrzeszczeć raczej mocno głupio i obciach, bo przecież to dzieci, uderzyć tego nie wolno, więc tak naprawdę, to ino się poddać, dać zabić i tak dalej… a to przecież było kilkanaście lat temu!!! Kurde!!!

… więc dziś…

Co gliniarz miał zrobić?

No co?

Przecież nie przyjebie smarkuli, więc… nic nikt nie zrobi. A mi się wciąż one pręgierze marzą i obwieszanie na murach – lub skałach miasta. A co. I to nie dzieci, nie, no nie, obwieszamy oczywiście rodziców, a co.

Niech cierpią.

Jak i my musimy z ich wydzielin komplikacjami.

Spacerek…

No tak, więc udaliśmy się w las, wiecie, tam raczej można spotkać nikogo, a z onym Nikogo o wiele łatwiej rozmawiać, bo i on naprawdę gadać nie chce, może i posłucha, ale to też nie do końca wiadomo czy na pewno, wiecie, jednak skomplikowany byt to jest, więc może i lepiej w ogóle nie gadać?

Bo jeszcze coś nagra czy jakoś inaczej spamięta.

Nie nie nie.

Spacer…

Spacer więc on miał sobie być by odnaleźć ten sławetny gród/borgen w Rø Plantage i chyba został zakończony sukcesem, ale… wiecie, no szczerze, to nie dość, że nie mój okres, to jeszcze na dodatek to cholerne gołoborze jest!!! No po prostu koszmar totalny, szczególnie teraz, gdy jeszcze pizga radośnie wiater i wicher produkując wszelakie powiewy, bo czemu nie, wolność rządzi…

No ale…

Chyba go znaleźliśmy, a może nie. Nie wiem… Dlaczego? A bo drzewa tam tak wycięte, jak on łysy placek na czaszce okolonej włoskami! Takimi rzednącymi… no po prostu mega depresja i tak dalej. Pewno, że kształty pni i korzeni są fascynujące, ale jednak, bez urazy, przecież ta wycinka jest dobijająca. Jaka w tym natura… no dobra, w oddali była jakaś łączka i sarna na niej, ale jednak…

Nie… ja tam nie wracam.

Wszystko jakieś takie ostatnio zrujnowane tutaj.

Coś tam, jest, coś drzemie, ale przez tę wycinkę, wiatry niszczące ostatki gleby, na której coś mogłoby urosnąć… nie, nie mogę. Nawet dla archeologii, zresztą, on i tak już z epoki żelaza, więc wiecie… młody.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anioł Co Za Kimś Nie Stał… została wyłączona