Pan Tealight i Poghodynek…

„Był szczupły, wyczesany, wycięty, podpięty, zakutany, otwarty, nieszczelny, ale beczelny i na doddatek uważał, że jest naj naj naj…

Wiedźma Wrona Pożarta bardzo mocno się na jego wymuskany, wyszlifowany, od linijki widok, niesamowicie błyszczący, uśmiała. Tak szczerze, to śmiała się tak mocno i zaraźliwie, że nastąpiło to, co następuje w takich momentach.

I kiepsko wyszło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I siada se człowiek w ogródku, a nawet nie tyle ogródku, co takim czymś pod domem, co ma kamyczki i wiecie, chwasty wyrywa. W oddali ktoś coś pali i się człek zapatrzy na ten ogień i chmurę dymu, oną biel dziwną i jeszcze…

Oczywiście mewy i wrony zaczynają napierdniczać w dach…

No przecież serio?

Ja rozumiem, że jesteście wkurwione bo znowu kilka drzew zniknęło, sama jestem wkurwiona, szczególnie jak macie ten czas jajeczny, no ale, wiecie, podobno rzeźby będą i w ogóle łąka dla motyli… tia, już to widzę. Może i w końcu Gudhjem ograniczą dla autobusów? Może… wątpię. Ale wiecie, można mieć nadzieję. Nie rozumiem, po kiego się pakować autobusem tam na dół, jak i tak potem leziecie w górę i w dół i znowu… więc jaki w tym fun?

Nie no, o czym ja marzę, przecież i tak skończy się tak jak zawsze.

I znowu będzie tłok i człek przez kilka miesięcy nie zejdzie do miasta i będzie się chował w domu i uciekał z dala od tłumów i jeszcze…

Nie wiem…

Tutaj przez te darmowe testy niektórzy popadli w skrajną paranoję i ciągle się testują, więc jak tylko Turyścizna zacznie się tłumić, to już to widzę jak to się na ich psyche odbije. Znowu będzie siedzenie w domu i ogródek.

No dobra, ogródek ogródkiem, jest co plewić, trawa nie rośnie, znowu pewno susza, ale jednak… człowiek się rwie ku jakiejś czynności, no dobra, przynajmniej ja. Nie umiem oglądać telewizji, zresztą, nie posiadam, więc…

Do roboty!

Pisać, badać, do ziemi, do skał, a nawet jak już coś, to okna zawsze można umyć. No co? Też rozrywka i jak człek je umyje, to od razu widać, że coś zrobił, więc wiecie, może czuć się zdechły i patrzeć na ten dym, na one palone gałęzie, kurde, dlaczego oni nie myślą, nie porąbią tego, nie wysuszą i nie zachowają na zimne potem… bo potem to się nowosprowadzający pytają po stronach w internetach: gdzie można kupić drewno do kominka, bo zimno im w zadki. Wiecie, bo się sprowadziło tych nowych tak wiele i pewno im się ona łąka spodoba…

Kurde, ja już widzę tę łąkę, no spieprzą sprawę jak zwykle, wiem to…

Mewy też wiedzą i wrony…

… wyrywają sobie cokolwiek się im rzuci, bo gniazdowanie w najlepsze, a zimno, zawilce dopiero nieśmiało wyłażą, czosnek ino miejscami nasłonecznionymi… jak zwykle wegetacja szaleje. Tutaj to norma, było się przyzwyczaić, ale przecież ile można się wciąż wkurwiać na one drzew wycinki, no weźcie no!!!

Tleeenu!!!

I przestańcie kłamać, że my tacy ekologiczni…

… muzealna łąka dla motyli. Kuźwa, ciekawe czy i motylich przyprowadzą, za nogi przywiążą włosami elfimi i będą trenować. Będzie jeszcze sztuka. Już się boję, bo widziałam, jak miliony butwieją…

I to nie za moją sztukę!!!

To chyba najbardziej boli. LOL Sarkazm!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poghodynek… została wyłączona

Pan Tealight i Muza Olewactwa…

„No imię mówiło samo za siebie…

Wiecie…

… była oną piejącą i opiewającą właśnie to. Nowomodną opierdzielalność i wszleką zlewkę totalną i jeszcze, czynności jakiekolwiek nadmierne ponad jakieś oddychanie czy żarcie… a nawet jeśli to, to tylko i wyłącznie w ramach potrzeby.

Koniecznej.

Zresztą… Muzy, opiekunki spraw wielkich z Delf od czasów Zeusa namiętnie czczonego, ojczulka ichniego, a teraz zaledwie wspominanego w mitologiach, to wiecie, się namnożyły. A i spraw, którymi mogły się zająć narodziło się więcej i jakby każda ze spraw miała jakąś w sobie oną potrzebę posiadania takowej muzy, więc i ono olewactwo, nie lenistwo, nie mylmy pojęć, ale jednak…

Olewactwo, to był rodzaj sportu.

Jednak trzeba było wiedzieć, co się robi. I trzeba było wiedzieć jak. Były i pewnego rodzaju za i przeciw, istniał kod zachowań, ruchów, gestów, w szczególności splunięcia i rolowanie oczami, znaczy przewalanie nimi… tak, no i jeszcze te dźwięki, niby westhnienia niby prychnięcia, ale jednak…

Prawie język.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to wiosna.

Pogodynka ostrzega, że ci lubujący się w dwucyfrowych pogodach, znaczy pewno chodzi im o powyżej 9 stopni? Nie wiem, niech im będzie, no więc już wkrótce one osoby, czyli jak podejrzewam wszyscy poza mną, będą się mogły radować i tak dalej. Rozumiecie, wiosna prawdziwa, one wszelakie pikniki, jak już prawo pozwoli, to może i śluby będą, jak już kurna, no po testach u nas ino 3 osoby wykryto na tyle dni, to może i śluby i chrzciny  jakieś, wiecie…

Rodzinne meetingi?

Takie tam… no co to drzewiej ludzie robili, co było normalne… wiecie co było, bo ja się przyznam, że zachowania homo sapiens novinkus zdają się mi jakieś takie pokręcone. Jakieś takie porąbane i jeszcze wszelako pomieszane.

Serio…

Jak wrócić do czegoś, o czym się zapomniało, albo teraz przeraża?

Szczerze?

Nie no, pewno, że i tutaj niektórzy nie byli grzeczni, więc… kurna, szczerze, jak myśmy wszyscy tutaj przetrwali no i nie wymarli wspólnie i na amen? Na zamkniętej rzestrzeni… no szczerze, te imprezki, leśne spotkania, beki z maseczek…

Hmmm… nie wiem, ale może Wyspa z wirusem się nie lubi?

Może?

Jak na razie to ni zawilce ni czosnek niedźwiedzi nie szaleją.

Może wiedzą coś więcej?

Pewno, że można je spotkać, ale jednak wciąż rzadko. Wciąż jeszcze nie ma onych niesamowitych kwietnych dywanów i tak dalej. Wciąż na drzewach ino pąki, niewielkie, maciupkie takie, jeszcze nie kwitnące takie, jeszcze nie…

Ale już za chwilę.

Chyba że przymrozi.

Chyba…

Ale mniejsza, najważniejsze, że most otworzyli, bo jeśli nie wiedzieliście, to już teraz wiecie, że most na drodze do Allinge był w remoncie. Co do trolla pod mostem, to nie wiem jak się z onym remontem miał. Przyznaję, że dawno mnie tam nie było, a jak już w okolicy to ino wyznaczonym objazdem. No wiecie, lepiej nie przeszkadzać jak ktoś pracuje, to raz, a dwa, trolle mają swoje zwyczaje. Pierun wie, co on sobie tam umyślił z onymi robotnikami?

Może zjadł kilku?

A może botoks miał czy coś…

No jak most odnowiony, to czemu i nie jego strażnik? No szczerze? Przecież kto mu zabroni. Może podpatruje ludzi, a nawet i telewizję tam u siebie ma? Jak nic jakieś HBO czy Netflix czy inne tam Disneye… nie wiem co teraz jest najbardziej popularne. A może jednak woli ciągłe gapienie się w morza szum, ptaków śpiew, traw wszelkich wzrost i wiecie, inne takie?

Chyba trza do niego pójść.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Muza Olewactwa… została wyłączona

Pan Tealight i Bzykacz Niemożliwy…

„No niemożebnie bzykał.

Koszmarnie!!!

Po prostu kompletnie bez ładu i składu i jeszcze dodatkowo z jakimiś takimi dziwnymi wtrętami, zawirowaniami nut wszelakimi, tonami, które naprawdę ze sobą nie współgrały, wprost przeciwnie, wykluczały się nawzajem i jeszcze, dodatkowo, jakoś tak całkowicie nie były co do siebie akuratne…

Jakoś…

No kurna no, fałszował w cholerę.

We wszelaką pandemię i tak dalej.

Jak tak można? Rodzi się toto coś bzykaczem, wiecie, robotę ma ino jedną i na dodatek jest w niej chujowe. Mówiąc może i kolokwialnie, ale jednak, dosłownie, inaczej się przecież nie da. Naprawdę…

Nic z tego.

I nie, wcale nie odczuwał w sobie aspektu seksualnego, znaczy w żadną ze stron i wszelakich kształtowości oraz pozycji. Nie, ni w kierunku kobiet, mężczyzn, kóz, krów czy cokolwiek… wiecie, niektórzy nawet z muchami podobno próbowali, ale bzykanie bzykania, to raczej chyba nie do końca taka sprawa jak z tym, co mówią inni… chociaż, wiecie, tak wiele jest informacji.

I te dobre rady…

Aż chce się sprawdzić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Szeptacz” – … okay. Nowy ktoś, niby już wirował na wirtualnych półkach, ale jakoś nie zeszło się nam… a jak się zeszło, to wzięłam od razu obydwa tomy, wiecie, żeby jakby co…

I dobrze zrobiłam!!!

Może to nie coś nowatorskiego, może i sięga ku znanym motywom i sztuczkom, ale jednak, tak powieść się broni… przede wszystkim tym, że posiada bohatera, a dokładniej dwóch bohaterów, którzy przeżywają traumę, muszą się z nią uporać sami, ale też i muszą ją „przepracować” razem. Dla ojca i syna utrata członka rodziny: żony/matki, jest innym bólem. Jemu odebrano wszystko, drugiemu dodano koszmarów. Ten musi mauczyć się być wszystkim dla drugiego, a on… młodszy, dopiero wkraczający w ten świat, cóż, ma swoje problemy…

Możliwe, że większe…

Sposób pisania sprawia, że w pewnym momencie thriller tak mocno miesza się z powieścią obyczajową, psychologicznym portretem rozerwanej rodziny, że zapominamy o… zbrodniach. O SZEPTACZU… dziwnej postaci, fantastycznej, mitycznej, może i wciąż gdzieś istniejącej, może wymyślonej, a może… przecież w każdej baśni jest cząstka prawdy, więc… dlaczego nie tutaj…

Oczywiście zbrodnia to powód, dla którego sięgamy po takie książki, ale w przypadku tego autora, ech, dziękujemy sobie, że nabyliśmy „W cieniu zła” też. Od razu… Bo czytając te książki wkracza się w pewien cień, któy intryguje, budzi włoski na rękach, sprawia, że boimy się, ale też… chcemy być w tym cieniu i podpatrywać, lekko może zawstydzeni, ale przecież, stoimy po stronie dobra, czyż nie…

Czyż nie?

Nawiązując jeszcze do poprzedniego…

Testy są u nas darmowe, wydawać by się mogło, iż w Szwecji też.

U nas pracownicy mają obowiązek, w znaczeniu firm wszelakich, testowania się dwa razy w tygodniu, więc wiecie, eksperyment pewno działa, wsio ma być wkrótce otwarte już bez testowania, się zobaczy jak to będzie, jak na razie, to wciąż w kilku miejscach centra testowe są… ale w Szwecji, za morzem, no widzę ich jak stanę w odpowiednim miejscu, no więc…

To kosztuje.

Kureńsko kosztuje!!!

Czego się dowiedziałam, podpatrując komentarze, test pokazać musisz wciąż w różnych miejscach, może wkrótce nie będzie już takiej potrzeby, ale już fryzjer testu pokazać nie musi? Podobno powinni się testować, ale wiecie, w przypadku własnego biznesu jest to wyłącznie dobrowolne.

Ale jak to było przez 5 tygodni, możecie poczytać tutaj.

Powiedzmy se szczerze, są z siebie dumni.

Aż nazbytnio, a przecież wszystko przez odosobnienie i zamknięcie, przecież tutaj jednak ludzie są grzeczni, przestrzegają praw, co nie oznacza braku wkurwa. Oj nie, nie oszukujmy się. Najbardziej przeraża używanie zwrotów „kontrolowanie społeczeństwa”… logiczne przy eksperymencie, bo to był i wciąż jest eksperyment łącznie z badaniem ścieków, czy czego tam, ale jednak…

Brzmi dziwnie.

Liczba zakażonych w ciągu ostatnich 7 dni, to chyba 3 osoby… ale wiecie jakie te testy są… no właśnie, szybkie testy z wielkim błędem, więc…

Tak szczerze, to one badania łatwo można podważyć i tego należy się bać…

Ale…

Naprawdę czy w ogóle czegokolwiek się trzeba bać, poza tym, że tak naprawdę nikt nikogo dotknąć nie chce? A może jednak chcą…

Ale, wracamy do Szwecji.

Okazuje się, że u nich testy są płatne i to mocno!!! Na dodatek zwykłe bardziej niż te na samolot… powyżej tysiąca koron, no szaleństwo, ale… „co kraj to obyczaj”, czyż nie… mądrzy tak mówili. Oj mówili i tyle.

PS. Wiecie o tym, że IKEA szwedzka i duńska to dwie różne sprawy? Wydawałoby się, że to ten sam sklep, te same rzeczy i tak dalej. Czasem w jednym kraju coś jest, czasem w innym nie ma, no i tyle. Pewno konsumenci trochę inni, a może… a może jednak, wiecie, jest w tym coś więcej? Szczerze?!!! No i się okazuje, że tak, jest coś więcej. Poduszki i kołdry są!!! Kurna, kupcie sobie poduchy i kołdry w jednym miejscu, a już w drugim nie włożycie w poszeweczkę… tylko zaraz, jak to było, ja mam poduszkę z Danii, a poszewkę szwedzką… no mniejsza, nie pasują do siebie. Tu za małe, tam za wielkie. Poszewka w jednej IKEAi większa niż w drugiej…

Ja pinkole.

Jaki w tym sens?

Ale, wciąż piękne reklamy mostu, kultura w Kopenhadze, natura w Szwecji… nie wiem, czy was napadają, mnie napadają na Youtubie. Czyż to nie dziwne, że Dania taka kulturna a Szwecja ino łosie i drzewa… nie wiem, chyba wolę łosie.

Kocham łosie.

PS2. Oczywiście wszędzie pojawiły się fałszywki testów… ech!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bzykacz Niemożliwy… została wyłączona

Pan Tealight i Muza Skończenia…

„Była skończona.

Nie tylko z imienia i nazwiska.

Choć miała to i tamto takie samo. Wiecie, były jakieś tam Ding Dingi to ona mogła być Endend i już. Bo dlaczego nie. Przecież była ostatecznością, końcem, niczym poza tym wszystkim, kompletnie. Onym czymś, po czym nic innego już nie będzie, po czym tylko spokój i nicość…

Usypiająco idealna.

A może jednak nie?

Może coś…

Ale nie, jeśli chodzi o nią, to nie była od tego, ona była od końca. Od wielkiego, pierdolącego żaróweczkami znaku STOP i META. I jeszcze na dodatek medalu za dotarcie do tego miejsca. Oczywiście z dyplomem i nagrodą za niepierwsze miejsce, bo przecież tak wielu tu już było… kurcze, tak wielu, że naprawdę ona była tak bardzo tym wszystkim zmęczona. Tak bardzo…

Bardzo.

Miała tego dość.

Niby nie było to ciężkie przeznaczenie, czy praca, czy jakkolwiek to zwał, a może i było, bo przecież narodziła się do tego, jakoś tak ja ulepiły ręce Wielkiego Garncarza i oddały światu wypalając w otoczeniu najlepszych smoków, ale jednak… wszystko z czasem się zmienia. Nawet i koniec.

Nawet to.

Ale była w tym dobra.

Najlepsza.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przespałam się…

Wiecie, padłam jak stałam, okay, nie do końca, umyłam się i tak dalej, ale jednak… padłam, zasnęłam, obudziłam się akurat na czas, by znowu się umyć i na szczęście wcześniej spakowane manele zabrać do samochodu i w drogę. Bo wiadomo, testy teraz robi się żeby wyjechać, chociaż, uprzedzając znowu fakty… nikt ich nie sprawdzał. Nikt o nie nie pytał. W końcu nie było policji i wojska na żadnej z granic.

Co się stało?

Ello!!!?

No nic, mieliśmy tylko właściwie załatwić dwie sprawy po drugiej stronie świata, ale prze okazji oczywiście dowiedzieliśmy się tego i czegoś innego…

W rzeczywistości, chyba mnie to przeraziło.

Po pierwsze, Szwecja.

Rok temu ludzie byli ostrożni, ale jacyś tacy ludzcy. Może i Ystad czy Malmo nie były pełne jak zawsze, wiecie, brak Turyścizny kosmicznie zauważlany, tak teraz, tam nie było nikogo. Nikogo w otwartych sklepach, nikogo pod zamkniętymi. Nikogo tu, nikogo tam… półki w sklepach lekko pustawe, ale też przyznaję się do obejrzenia ich ino w dwóch miejscach, więc wiecie, możliwe, że na północy jest inaczej, a dokładniej, wnioskując z rozmowy przez „szybkę” pleksjową, jest tragicznie. Może i Szwecja była onym złotym cielcem w zeszłym roku niezamkniętym…

Ale teraz przez problemy z mostem i odrzuceniem Danii oni są jacyś tacy… przyjebani do ziemi.

Na ulicach pojedyncze jednostki.

Brak maseczek, co do odstępów, to jak nam wyjaśniono Szwedzi przestrzegają, ale ci co to niedawno przyjechali mają to wszystko gdzieś. Jeden z takich „przyjezdnych”, przemiły facet, opowiedział nam straszne historie o tym, że chyba po prostu wszystko pozamykają, bo drugi rok bez turystów będzie dla nich plajtą totalną.

I co teraz?

Nie chciałam miasta, to, co trzeba było załątwić zostało załatwione i przyznaję, że zaplanowałam to inaczej, wiecie, w kwietniu zwyle już tam cieplej, zwykle… ale nie teraz. Teraz mieliśmy lodowate wiatry wygryzające oczne gałki…

I nie dało się posiedzieć na plaży czy skałach.

Nie dało się zwyczajnie być w onej zachwalanej w reklamach naturze – sorry, siku trzeba było zrobić!!! No co, lepiej w lesie, co nie? Drzewa nie kowidują, więc… ale ten wiatr, straszny, mocny, drżący… jakby świat naprawdę nie był gotowy na oną wiosę. Te drzewka niby kolorowe, bo przecież podoczepiali do nich sznureczki na święta i wciąż jeszcze powiewały… ale jednak cała reszta raczej mocno mało zielona. Raczej mocno jeszcze śniąca…

Zresztą…

Byliśmy w kilku miejscach publicznych i przyznam się do czegoś.

Wyznanie życia…

W Szwecji nie trzeba nosić maseczki i przecież o tym człek marzy, a jednak jak mu pozwalają, po ponad roku, no dobra, u nas trochę mniej i przecież ja nie wychodzę na zewnątrz, a może to dlatego… dla kogoś, kto zakłada ją raz, dwa razy w miesiącu, bo w lesie nie musi, w domu jest zamknięty, ogród wciąż do ogarnięcia…

… więc…

Czułam się naga.

Więcej, czułam się jak największy zbrodniarz świata nie tylko przez brak maseczki, którą w końcu i tak założyłam, choć dziwnie patrzyli, ale przede wszystkim one ludzie takie dziwne, jakoś mające gdzieś te odstępy nam się zdarzyli… przemili, bez urazy, sympatyczni i raczej nie dyszący nam w twarz, ale jednak, u nas to odstępy są takie, że wiecie, onych map czasem trzeba…

I ta maseczka…

Uświadomiła mi, że dla mnie już nie będzie powrotu do onego świata.

Nigdy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Muza Skończenia… została wyłączona

Pan Tealight i Muza Pieprzenia czyli muzytrzy…

„No więc były trzy.

Nowe.

Wyklute z wielkiego jaja czekoladowego, co to podobno w nim groszki miały być, ale się okazało, że kurde chyba nie ma… bo ktoś wyżarł. I to tak sprytnie jakoś, że kurna żadnej dziurki nie zostawił, nic. A może dziurka tam była, ale wiecie, wyrąbał delikatnie, chociaż łączenie delikatności z rąbaniem jakoś kiepsko się łączy, no ale jednak, może to zrobił, a potem na ślinę…

Kurde, dobrze że na ślinę, co nie?

Mógłby na co innego…

Ale… no więc ono wielkie, czekoladowe jajo, widzicie, bo w końcu mogli je zjeść. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie chciała im długo pozwolić na ten dziwny akt radosnej czekoladowości, więc… no wiecie, jak się w końcu dobrali, znaczy nim się w końcu dobrali, to najpierw była cała masa pukania w nie i poruszania nim, więc myśleli, że tam groszki są, bo coś tak grzechotało. Jakby cukierki jakieś, albo wygotowane kosteczki…

Albo coś innego.

Ale nie…

Jak już się do niego dobrali okazało się, że nie tylko czekolady mało, na dodatek niedobra, to jeszce w śordku nie ma nic poza trzema kieckami w zbyt małym rozmiarze, wiankiem, kieliszkiem i łyżeczką.

No i nimi…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki…

I to bardzo specjalne, ponieważ jak znajomi na Instagramie usłyszeli o tym, że straciłam aż tak wielką biblioteczkę, to wiecie, zrobili zrzutę…

I mam takie cuda!!!

Test…

Hmmm.

Pewnikiem każdy wie jak to jest, ale jakby co, to opowiem. Ze strony osobnika z depresją, autyzmem i stanami lękowymi… przyjął mnie koleś z tego serialu o tej rzeźni. Znaczy, co ta rodzina tam jadła ludzi, którzy przejżdżali, pamięta ktoś tytuł. No taki dość mięsny i tam jeden był taki cudnie przesympatyczny i lubił kroić mięsko…

No to mój lekarz tak wyglądał.

A ja uwielbiam takich ogromnych i przerażających facetów, bezpiecznie się czuję.

Nic na to nie poradzę, taka ze mnie dziwaczka.

Ale… po pierwsze kiedyś było więcej tych szybkotestowalni, teraz chyba tyko w 3 miejscach, a i że tak coś trzeba było odebrać z księgarni, to wiecie, człowiek zaliczył znowu stolicę. Szczerzę, znowu dostałam pryszczy od maseczki. I żeby nie było jest z bawełny i wyparzana i prana po każdym użyciu, więc szczerze…

… no kurna no!

I to na nosie, a specjalnie sobie maseczkę na nos na tę okazję zrobiłam.

Wynik negatywny, tak uprzedzę fakty subtelnie, no i wiecie, metoda jest teraz taka, że ino właściwie muskają cię w środku nosa, to coś potem gdzieś podobno idzie, czeka się minut 15 na wyniki, albo decyduje się na SMS jeśli nie potrzebuje papierka, no i można wsiąść na prom. Ha ha ha. Bo podobno u nas już znieśli w Danii testy, ale to wszystko jest tak dziwnie ujęte politycznie, że… wiecie co, no kolejk była. Najpierw człek stał na zewnątrz, potem wewnątrz… stres dziwaczny, no ja i kontakt bliski z drugim człowiekiem, nie, to nie dla mnie.

Oj nie…

Ale…

To czeka człek, człek co to z domu nie wychodzi, na onym zimnie, bo przecież pogoda się trzepnęła, no i śnieg i zimno i w ogóle, ale… mamy czwartek, test w stolycy, pizga i tak dalej, ale… no nic, czeka bo trzeba, potem pozwalają wleźć do takiego bunkra naziemnego co to się okazuje czymś na kształt tego no, boiska do ręcznej, siatki i kosza w jednym. Pewno mecze tu mają, ale na razie nie, na razie dwa stoiska i się człek podczepia kartą żółtą pod czytnik, no i kolejna kolejka no i jeszcze… serio ten koleś wyglądał jak z… zaraz, to nie była Teksańska masakra?

Hmmm…

Ale szczerze, przesympatyczny faet, przemiły, uwielbiam takich. Jakoś bezpiecznie się czuję… ale jednak, no to nie jest przyjemne. Strasznie szybko to załatwił, nie 15 sekund w każdej dziurce… to źle brzmi… pewno dlatego, że wstrzymałam oddech, a z oczu łzy mi ciekły jak wodospady…

No tak…

Facet doprowadził mnie do łez.

A potem, znowu czekanie na wyniki. Na szczęście szybko były i tyle. Nie zajęło wiele czasu, ale wiecie, lepiej test mieć jak człek musi gdzieś pojechać, niż nie mieć. Lepiej nie ryzykować, jeszcze nie wpuszczą, albo nie wypuszczą, czy coś… nie wiem, co lepsze, co gorsze, co w ogóle?

Przyznaję, że to wszystko mnie zestresowało na tydzień do przodu.

Muszę się przespać!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Muza Pieprzenia czyli muzytrzy… została wyłączona

Pan Tealight i Kasztanowiec…

Pan Kasztanowiec siedział przez całą zimę w doniczce.

Wiecie, no nie był jeszcze wielki na tyle, by nie zgubić się w trawniku, więc po prostu i zwyczajnie wolał doniczkę. Bezpieczna przystań, ale wraz z pierwszymi promieniami słońca, jakoś tak… zachciało mu się czegoś nowego, innego, odmiennego, startu w dorosłość…

Tak, był na niego gotowy!!!

Naprawdę gotowy.

Na one imprezy i odpowiedzialności też, na wszelakie podatki, rajcujące obowiązki i wszelaką wolność wyboru co zjeść, kiedy i po co, na co i dlaczego i jeszcze oczywiście chciał samostanowić o sobie i o wyjściu z doniczki i jeszcze o tym, gdzie będzie spędzał swoją doczesność…

Znaczy nie no, wiedział, że Wiedźma Wrona Pożarta będzie chciała coś mieć do powiedzenia, ale jednak, jako dorosły naprawdę będzie mógł cokolwiek w tej sprawie powiedzieć. Znaczy wiecie, no dorośli tak mają, że może i mają odpowiedzialności, ale jednak też oną wolność jedzenia lodów kiedy im się podoba, czy jakoś tak… przynajmniej tak słyszał od Wiedźmy Wrony, która powiedziała, że kiedyś kupiła sobie łosia i jakieś dziecko płakało, bo też chciało, ale mama mu nie kupiła i jakoś tak dziwnie się wtedy Wiedźma poczuła…

Dorośle…

No i nagle… z tego wszystkiego, onego wyłażenia z doniczki niebieskiej, znaczy kobaltowej, połyskującej, z ciepłą ziemią, lekko ogrzaną słońcem już zachodzącym… kurde, może poczekać jeszcze z oną dorosłością?

Może?

Zresztą, w doniczce jak był, to ona zawsze przychodziła do niego i rozmawiali i gładziła jego, na razie bezlistne, gałązki… a jak się przeprowadzi, to przecież nie będzie latała do niego codziennie, nie robi tego z innymi.

Nie opłaca się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Umysł zabójcy” – … erm. Czasem, jak książka nie przywołuje we mnie żadnych uczuć, czy nawet nie odkrywa wspomnień wiem, że była mocno jednorazowa.

Albo gorzej…

I to taka powieść.

Nic na to nie poradzę, ale mimo super recenzji w sieci, mnie ta powieść nie przekonała. Tak, para bohaterów głównych jest intrygująca, a raczej mogłaby być, gdyby tylko ktoś ich bardziej przemyślał, ktoś w nich włożył więcej pracy. Tak, pewno, zbrodnia i seryjność to jak zwykle chwyt, na który się łapię i tutaj ta część poprowadzona jest poprawnie… zgrzyta tylko, gdy dopadnie się do naszej pary detektywów. Ona i on, na szczęście bez dziwnych uniesień… za to wielki plus. W końcu kobieta prawdziwa i facet pełen tajemnic i lekko stereotypowy. Mocno wkurzający, przynajmniej mnie, ale wiecie, tak czasem bywa… można nie lubić bohaterów.

A co…

Mimo wszystko, to wiecie, jednak da się przeczytać.

Miejscami może zaintrygować, no przecież nie wszyscy kłamią w internecie, no kurde no!!! Te dobre recenzje muszą być prawdziwe… przynajmniej część z nich. Widać lubią duże litery, krótkie rozdziały i… moc niedopowiedzeń. Przemoc opływającą każdą stronę.

Może to o to chodzi… mnie nie przekonała.

Lany poniedziałek był po śniegu.

Najpierw nocą wiało i nie można było spać.

No kompletnie.

A potem niby świeciło słońce, ale było pieruńsko zimno jak na tę porę roku, jak na to miejsce… a potem się zaczęło. Niby nocą był jakiś grad, czy coś, nie wiem, siedziałam pod kocem w szafie grając w Harry’ego Pottera bo wiecie, jestem stuknięta, albo wrażliwa, albo chora… można wybrać z powyższych, co się komu podoba. Nie oceniam. Naprawdę. Serio uwaam, że to wszystko razem tworzy mnie… i tyle. Słowo stuknięty, walnięty, szalony nie mają dla mnie aż tak negatywnych konotacji i ładnie smakują. Tia, wiem, to jest dopiero dziwne…

… ale…

No więc padało.

I wiało, a potem zaczął padać śnieg i pięknie było, bo przez chwilę nawet i świeciło słońce, więc wiecie, jak najlepsza wersja i tyle. Na one rozwijające się, radosne żonkile i hiacynty. Na one zdechnięte już ranniki i krokusy. Wiecie, na oną wiosenność… która i tak dość powoli wyłaziła, więc można się było spodziewać czegoś takiego, a jednak trochę to wielu zaskoczyło.

Trochę…

… ha ha ha, w środę przed świetami piękne słońce, może ino trochę wiało, a potem przez całe święta dziwaczna aura i raczej… nie sądzę byśmy dostali wysokie oceny jako Wyspa na jakimś tripadvisorze czy czymś w ten deseń.

Ale piękna była zima!!!

We wtorek też mieliśmy i śnieg i słońce i chmury i wiatr…

I kurna no!

Pocztę!

No i ten grad, na który patrzę, którego chmury zakryły słońce, przyniosły wytchnienie od tej palącej kulki – tak, to ja, nie przepadam za słońcem poza czasem zdjęć. No co!? Są tacy ludzi. Helloł, mam prawo, żeby nie przepadać za jasnymi dniami…

Za słonecznością.

I tak, życzenie mi słońca i ciepła to raczej wtopa.

Ha ha ha!!!

No ale, grzecznie podziękuję, takie porąbane wychowanie. Za to, że ktoś nie poznał mnie wystarczająco dobrze przez lata, na tyle, by wiedzieć, że nie do mnie z takimi życzeniami i tak dalej. No bez urazy, ale taka prawda. Poznajecie kogoś i wiecie, jakoś tak chyba jarzycie, że to smutas, choć komiczny, że woli ciemności a nie plażę i, przede wszystkim, iż nie lubi onego wakacjonowania się w postaci: leżym i żrem. W ogóle ma awersję do tak zwanych „ciepłych krajów” i nie kuma jak inni nie mogą bez nich wytrzymać. No szczerze. Jak nie możecie wytrzymać bez tych plaży i oparzeń słonecznych? Zatruć pokarmowych i pasożytów? A i prób złapania was i przerobienia na podręczna szafkę z materiałami zapasowymi… no co, oglądałam film!!! LOL

No co?

Czasem coś kątem oka zobaczę.

Na razie widzę grad. I teraz padający śnieg. A, że szalona wybrała się po pocztę i do skrzynki, to zamarzłam. Powiem tak, może i temperatura jest na plusie, ale przecież w powietrzu czuć idealną zimę.

Po prostu perfekcyjną!!!

Serio…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kasztanowiec… została wyłączona

Pan Tealight i Postanowienia Nieroczne…

„Widzicie, no czuły się niezaspokojone, one postanowienia takie codzienne, zwyczajne, że od dziś, do teraz, już po prostu odkładam, więcej, nawet i rzucam, lecę, odchodzę, decyduję się, przyjmuję, odmawiam, poszczę, żrę, biegnę, zatrzymuję się na zawsze… ruszam w końcu, z impetem, robię coś wolniej, coś przyśpieszam, do kogoś milej, do kogoś ostrzej, uczę się z nożem, bez noża, tomahawk…

A potem pływanie może.

Albo i tańce ludowe wymagające kiecek z dzwoneczkami…

One Postanowienia Nieroczne, które zawsze, ale to zawsze wynikały z chwili, jakoś tak, po prostu, nagle się rodziły i od razu ruszały w działanie. Bo tak, bo inaczej, bledły i jakoś tak rozpadały się w niebyt, więc… ponieważ były dość na wymarciu, to jednak założyły związek zawodowy coby po prostu się zbierać do kupy, kleić jakoś tak i po prostu, może mieć nadzieję…

Na kolejną chwilę.

Na następną.

Zbudowały mały szałas, obwiązały go kolorową włóczką, powtykały mech i kawałki folii, wiecie, ostatnio na Wyspie śmieci nie brakowało, no i jakoś tak, tuż przy Małym Moście, obok Niewielkich Trolli zamieszkały. Bo nie czuły się dobrze w tym dziwnym świecie, w ogóle.

Ale nie chciały w inny.

Mogło zawsze być gorzej.

Przecież…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na plaży.

Na plaży fajno jest.

I chociaż zimno, to jednak jakoś tak, widać Turyścizna jeszcze w sklepach siedzi, w sobotę to dopiero był sajgon!!! Człowiek na człowieku, rodziny z dzieciarnią, większość olewa maseczki, znaczy noszą, ale jeden maseczkę ciotki drugi sąsiada i tak dalej. Tak, wiem, obrzydliwe, ale taka rzeczywistość. Czy zaszczepieni?

A czy to ma znaczenie?

Szczerze?

Znaczenie ma plaża.

Piasek właściwie biały, bo u nas bursztyn jak już to w formie spkiej, do tego pojedyncze głazy wystające z wody, dość spokojnej, kolejnymi falami biegnącej do brzegu i z powrotem. Pozostawiając po sobie pierwsze, zieloniutkie, sałatowe szczątki i odkrywające drobne kamyczki.

Tutaj, w stolicy, tak nieliczne, szczególnie na Antoinette Strand.

Szczególnie tutaj.

Gdzie za plecami znowu pole namiotowe zmieniło swoją nazwę, a raczej powróciło do starej, co mnie jakoś uspokaja. Gdzie niegdzie w lesie pojedyncze krokusy… a ty siedzisz na onym, betonie, piasku, znaczy, no beton, bo wiecie, wzmacnianie nabrzeża, ale nabrzeże jakoś, męczone i falami i wiatrami, powoli się osuwa, odpada kawałkami, kawałami, rzuca się do morza niczym zrezygnowany samobójca… który wie, że już nie ma przed nim niczego…

Niczym…

No tak.

Tutaj czasem, oczywiście bardziej w lecie, są tłumy.

Jest wieża ratowników, jest rwetest i nie za wiele kąpieli, wiecie, jednak to morze o pewnej, nie do końca zawsze wrzącej temperaturze. Znaczy, raczej zwykle chłodne i cudownie świeże, ale czasem robi się dziwna zupa, szczególnie, gdy zamiast widoku na horyzon macie masę łodzi z golasami, robiącymi wszelakie rzeczy i nawet moja sprzeczna ślepota to widzi…

Wiem, wolność rządzi, ale tutaj miał być spokój, ekologia, a na powierzchni morza tłuste, olejowe plamy i to nie od ludzkich kremów, ale właśnie od onych zamożnych, co to dupy boją się sobie zapiaszczyć, czy coś w ten deseń…

Nie wiem…

Wolę ziemię.

Mniej buja.

A na razie, na razie siedzę na zimnej plaży, na bezludzkiej plaży. Na plaży pełnej maciupkich skorupek małży i jeszcze rozdrobnionych wodorostów, brunatnic i jeszcze… jeszcze ciszy jakiejś takiej, bo jej nie zakłóci przecież w oddali się moczący facet, znaczy kija moczący, bo sam ma na sobie one gumiaki, włazi toto po pachy do wody i czasem sobie myślę, przecież jak większa fala, jak prom, pływy rąbną, przecież może się poślizgnąć, przecież…

Ale poza tym jest tu tylko woda i słońce i piasek.

I ciastko z piekarni.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Postanowienia Nieroczne… została wyłączona

Pan Tealight i A może Nadzieję…

„Nie.

Nigdy i tak dalej.

Chociaż, może i ona tam jest gdzieś w Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane, ale jednak, nie do końca. Może to jej jakaś odmiana, ale nie ta dobra? Nie ta odpowiednia?

A może jednak, wiecie, jest taka jakaś…

Wiedźmowa.

Chociaż, spoglądając na oną niską pomieszaność w czerni ze srebrnymi błyskami uszu i gdzieś tam w okolicach szyi, to jakoś tak, nie, Pan Tealight dobrze wiedział, ostrząc kolejny ołówek i otwierając najnowszy, lecz nie ostatni tom swych zapisków… już mu się kolejny notesik kończył, wiedział, że ona nie ma w sobie ni wiary ni nadziei. Ale ma miłość. Miłość do różnych dźwięków i zapachów, kolorów i cieni, kształtów i powierzchni, terenów i miejsc, krain i nienazwanych. I jeszcze do jednego człowieka. Na pewno, jednego człowieka. I może masy ich wszystkich? Może? Bo chyba ich kochała jakoś tak, dziwacznie i pokręcenie…

Serio.

Ale czy był tego pewien?

Siedząc na kamieniach i patrząc, jak Wiedźma Wrona wyrywa z wściekłością wynikłą z ostatnich stresów jakieś starocie ogrodowe i robi aż nazbyt wiele śmieci, na które biedny Chowaniec już spogląda z okna smutno i w zamysleniu, w końcu to on będzie musiał to wywieźć na wysypisko…

No więc wtedy wiedział, że chyba jest w niej ino miłość.

Miejsca na żadną z Nadziej nie ma, więc będzie co dodać do zapiekanki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, świątecznie…

Jak już pisałam, świąt nie ma.

Poza piórkami gdzie niegdzie powieszonymi na gałęziach, to tak szczerze, no dobra, jest gignatyczny zając, very creepy, u nas przy wjeździe do miasta, ale wiecie, zając to zając, a może i królik, kurde, serio nie ogarniam jak to jest. Zające czy króliki? Jajka? Ale zając w jajcu? Serio? Zając noszący jajka… znaczy poza swoimi własnymi, no co… jak człek ma pole, to widzi jak to wszystko się odbywa…

LOL

Ech, takie porno, a ja tak niewinna!!!

Ale! Byliśmy w mieście coby, no wiecie, jak raz w miesiącu nabyć one rzeczy potrzebne człowiekowi do prania i mycia. I tyle. Nabyłam sobie też czadową puszkę angielksich cuksów, więc wybaczcie nasłodycznienie. No była no, a u nas jak coś jest, to się bierze, bo potem nie będzie i człek żałuje, a przecież wielka puszcza Quality Street, przypominającą inne całkiem święta, jakoś tak zawsze były moim marzeniem.

No wiecie, każdy ma bzika.

I nie, otworzyłam i wącham ino…

I tak czuję, że powietrze dookoła nich, to przy dwóch wdechach ze 300 kalorii. Szczerze, to co najmniej!!!

No ale… co chciałam powiedzieć? A to, że w one wolne od czwartku, jak to tutaj jest, ale w sobotę do roboty, nie ma, ludzie zwyczajnie nie pracują i pracują jednocześnie. Obowiązkowe ogródki, jakieś budowania, malowania jak pogoda pozwoli… a nie pozwoliła, bo w piątek przymrozek mocny, ogólnie dziwna ta pogoda. No nie do ogarnięcia… Słońce o poranku, potem chmury ciemne, nocą jeden stopień, a czasem i poniżej, a w środę przecież człek się zastanawiał nad pływaniem na onej plaży osłonecznionej. Pustej, wolnej od ludzi…

Bo w sklepach w środę to było szaleństwo.

Wiecie jak to jest jak idioci ładuja się z wózkiem, bachorami małymi do takiego ceramiką i szkłem, malutkiego z ciasnymi przeraźliwie, dusznymi alejkami, gdzie dwie osoby się cisną… wiecie jaka to durnota? No błagam?! Nie mógł facet zostać na zewnątrz? Zresztą, szczerze Turyścizna? Przyjeżdżacie na Wyspę i od razu walicie do Tigera i Sióstr? Przecież macie te sklepy u siebie i to o wiele większe!!! O wiele. I pełniejsze. I nie takie, dopiero co się otworzyły.

Po tylu miesiącach.

I nie żeby kupowali nie wiadomo ile, czy w ogóle cokolwiek…

Czy oni muszą być w takich miejscach?

Miejscach, które liczą ludzi koszykami? Gdzie wiadomo, wciąż maseczki, w niektórych testy, odstęp ma być, ale ludzie maja to gdzieś. Czy ja mam to gdzieś? Nie!!! Zawsze wolałam jak ludzie trzymali się ode mnie z daleka!

Teraz mogę domagać się tego głośno i prawnie, ale…

Tia, piszę to w Dzień Autyzmu i co z tego.

Prawda jest taka, że niby każdy wie wszystko i depresji, autyźmie, stanach lękowych czy schizofrenii, ale jednak, jak zderzają się ze mną, widzą mnie z Chowańcem, to wiecie, jest dziwnie. Nie rozumieją nic, a przecież ja nie domagam się rozumienia ino odstępu i nie gadania w kierunku mej osoby!!!

I tyle…

Czy znów tego lata trzeba się będzie chować przed nimi?

Przed tą ich chciwością wszystkiego. Tlenu, miejsca, rzeczy, przestrzeni, wszelakich wolności, jej braku, zapachów i dźwięków…

Jak będzie?

Może lepiej nie myśleć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i A może Nadzieję… została wyłączona

Pan Tealight i Niepogrzebany Pogrzeb…

„No więc trumna była na wierzchu, wieńce wciąż w rękach żałobników, a cała impreza, choć zaczęta, nie mogła się zakończyć bez wlezienia pudła do dziury, jednak, choć dziura była, pudło było uparte i wleźć nie chciało.

Zawartość się mu nie podobała.

I to kompletnie.

Te wszelakie falbanki, ten atłas i poduszeczka w różowo-pudrowym odcieniu? Szczerze? No i złocenia na boczkach oraz malutkie perełeczki seryjnie swędziały. A może to była ta cholerna koronka, o której mówiła, że nie chce. Że sobie nie życzy. Naprawdę postawiła sprawę jasno.

Naprawdę.

Jebnęła nawet wiekiem przytrzaskując dwa palce i pięć macek.

Ale i tak zrobili jak jak chcieli, nie jak ona chciała… no i cała reszta… widzicie, reszta, w zwyczajowym świecie zwana trupem, ale tutaj będąca mieszkańcem sezonowym, wcale nie zamierzała się dać położyć i tak dalej. To jeszcze nie był sezon, ale chciała, wiecie, te pandemie, no mieć pochowane mieszkanie… jednakowoż bez siebie samego. Znaczy ciała. Znaczy, no wiecie…

Wieko, czyli kamień, miało być odsuwane, w późniejszym czasie jakieś drzwiczki może, w końcu wszystko w skarpie usytuowane, dodatki zamontowane, nawet i wszelakie udogodnienia zewnętrzne i tak dalej, ale cała reszta musiała być jak należy, by nikt nie nabrał podejrzeń…

Ino ta Trumna

Nie chciała się dać pochować!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Idealne dziecko” – … no właśnie dzieci. Kwintesencja niewinności i wszelakiej delikatności… Serio? Ktokolwiek w to wierzy? Naprawdę nikt nie oberwał od kilkulatka, który próbował uzyskać jakaś przewagę, tudzież, zwyczajnie chciał sprawdzić co zrobicie…

Wciąż wierzycie w dziecinną niewinność słysząc o zbrodniach popełnionych przez małolaty?

A może jednak, to tylko dorośli, bo przecież… spójrzcie w one oczy dziecięce, oną słodycz wszelaką, przecież to dziecko nie zna zła. Przecież… no właśnie… ale potem nagle widzicie dziecko skrzywdzone przez innych i zaczynacie rozumieć, że to jednak dorśli, silniejsi zawsze są winni, że przecież, szcególnie będąc lekarzem, widząc to stworzenie, bidę się trzęsącą, no zujecie, coś w was pyka, coś zaskakuje, na dodatek z żoną od dawna staracie się o dziecko, ale się nie udaje, więc dlaczego nie?

Może jednak to los?

Oto opowieść nader na czasie, gdy to aż zbyt wielu mierzy się z oną podstawową przeciwnością losu, czyli stworzeniem rodziny, jak to ludzie lubią mówić: pełnej. Znaczy wiecie, mama, tata i dzieci. Wiadomo, że opcji jest sporo, ale niektórzy próbują i nie wychodzi. Ni tak, ni tak, albo inne wersje są zwyczajnie nie do przyjęcia, przecież nikogo nie można zmuszać… przecież świat jest dla każdego odmienny, specjalny, więc… jednak on jest lekarzem, ona pieęgniarką, a dziewczynka przyjęta na oddział potrzebuje pomocy, bo świat na starcie ją skrzywdził…

No tak.

Dobra.

Czy to spojler? Nie sądzę, bo większość pewno oglądała film z Renee Zellweger „Przypadek 39”, tudzież czytaliście o zbrodniach popełnionych przez dzieci, lub też… no wiecie to z własnego doświadczenia, czy jednak… nie wiem, wciąż jesteście tak młodzi by ufność nosić na wyciągniętej dłoni…

… ale od początku czujecie, że z tym dzieckiem coś jest nie tak.

No sorry.

I czujecie się winni za ono CZUCIE.

Powieść jest dobra. Pokrętna. Wciąż nie wiecie czy macie rację, czy jednak nie. Gorzej, do końca nie jesteście pewni, ale jednak podejmujecie decyzję, stajecie po jednej lub drugiej sgronie… dorosłych lub dziecka. A może jednak… no właśnie, może to coś więcej? Coś ponadnaturalnego? A może… i przez to autorce udaje się człowieka przyssać do książki i nie pozwala się oderwać. Bo nie wiecie.

A może wiecie, już jesteście pewni, a jednak…

W końcu…

Ech, warto!

Słoneczko, kwiatki i pierwsze pąki!!!

Alleluja!!!

Znaczy wiecie, już poświątecznie, ale jednak, warto zaznaczyć, że mamy sobie wiosnę, wieje i dom wydaje dziwne odgłosy, pada i też skrzypie i się zastanawiam, czy po tej zimie i jeszcze onych wiaterach, wiecie, czy to wszystko nie sprawiło, że nasz dom zaczyna gadać. Znaczy próbuje się z nami porozumieć? No niby nie Wigilia była, ale jednak, może się mu pomieszało, czy coś?

Wiecie…

Może jednak chce nam coś przekazać?

Gada ludzkim głosem, a człowiek takowa niemota i wiecie, wciąż tego nie kuma wszystkiego. No wszelako. Może jednak wartałoby porozumieć się bardziej werbalnie z domem? Bo jakoś takoś, szczerze, te poski, zgrzyty, walnięcia, czasem coś spadnie…

Może i poltergeist się zdarzył?

No wiecie, takie czasu, że wsia mamałyga się namnaża.

Chociaż mrozy były i może wszelakość robaczna się wymroziła, miejmy nadzieję, że nie podziałały chłody na nich, wiecie, w ramach płodnościowych bo z tymi kleszczami, to po prostu zgon od razu. W las nie można, nawet w trawnik!!!

Zgroza!!!

Ten kolega ze zdjęcia, to moja nowa miłość.

Tak, Chowaniec o nim wie.

No ale weźcie no, jak on słodziak może się niepodobać komukolwiek. Jest cudny, ma biały zadek i ogólnie mówiąc tyle włosia, że na swetry będzie… znaczy by było z samego czesania takiego rogatego pieseczka. Nosz nie kumam czemu niektórym to się z szatanami i biesami kojarzy. Nosz przeca on taka niewinność chodząca, a że bodzie, tosz to jak oddychanie dla niego…

Albo i co lepszego.

Ale… oczywiście w dobie onych kolejnych, zaskakujących mało, zmian i tak dalej, wiecie, testy na prom już nie, ale do Szwecji tak, jakie, nikt nie wie, co i po co, też nie wiedzą, ale zamotanie jest, a sezon powoli skrzydła rozwija. Drzewa pączkują, wszystko się przebija spod zesżłorocznej liściowości… jakby chciało przebić i zniszczyć na zawsze 2020, a ja tak se myślę, że wciąż jak dla mnie, to to nie był kiepski rok, ten za to, poza kilkoma cudami, to jest porażka.

Mega.

Wiem jedno, te czasy udowodniły, że jak kasa jest, to i wolność jest. A wszelaka nierówność społeczna obecna jest w każdym zakątku świata.

I już…

Ameno!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niepogrzebany Pogrzeb… została wyłączona

Pan Tealight i Kochaj, nienawidź, zakop…

„Bo podcast no…

Chcieli spróbować, mimo, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane mówiła, iż nie, ona na pewno nie i w ogóle, wszelako to nie wyjdzie, albo co gorzej, wyjdzie na złe.

I już.

Przecież na świecie istnieją radia, czy ludzie już o tym zapomnieli?

No i jaki to ma sens, jak puszczają to i na podcastowych platformach oraz Youtubie jednocześnie. No szczerze i serio… że co, dwie kiszki w jednym zaworze, czy coś? Kasa stąd i tamtąd? No przecież nikt nie robi takiego czegoś ino dla siebie samego, każdy chce kasy i tyle!!! To jest robota, sprzedawać siebie i swoje poglądy, a potem jęczeć, że przecież prywatność i takie tam…

Że przecież coś w czymś i tamtymś…

No ale, nudzili, się, chcieli, więc wiecie, pierwszy poleciał w Zajączka, czyli dzień, w którym z jaja zamiast zwyczajowego króliczka wyłaził zajączek… co, że nikt nie wiedział, iż taki dzień istnieje? A kiedyście zaglądali kurze w zadek? No?! Kto sprawdzał co i jak się zniosło, a potem… ekhm, z kogutem magicznego sortu, wiecie, bo z dala trzymać trzeba od onych zwykłych kogutów, żerte są strasznie na to, by wszystkie jaja były ich. Znaczy, no wiecie, tatusiowie i tak dalej…

Haremiki…

Ale… problemem był już sam tytuł onego podcstu, który wymyśliła, trzaskając drzwiami, Wiedźma Wrona nim zwiała z Białego Domostwa tylko po to, by zakraść się od tyłu i po prostu popodglądać z Mikołajami, bo wiecie, jednak rozrywka. Ale nagły grad przepędził ich i ujawnił one skrywane pozycje, więc Pan Tealight postanowił, że jak chcą patrzeć, to sorry, ale mają coś robić… a nie tak zwyczajnie, więc Wiedźma Wrona Pożarta zrobiła jerbatę i się obraziła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dobra, wciąź tego nie rozumiem.

Szczerze.

Nawet to trochę szokuje…

A o co chodzi? No o nasze wielkie wolne, wielkie ferie, w tak zwaną påske… czyli Wielkanoc, wiecie, jaja, zające i wiosna radosna czy jakoś tak… nie wiem, nie obchodzę. Zwyczajnie, po prostu nie mój vibe. Okay, może i uraz z dzieciństwa, jakoś Chrześcijaństwo szczerze potrafi obrzydzić wiosnę człowiekowi. No i kolejne szczerze, jak to jest, że zające wyłażą z jajek? Albo i te koszyczki i w ogóle, kurczaczki, wiem, że słodkie, ale mnie nie przekonują.

Ludzie dawno przestali rozumieć sezonowość świata, więc…

Nie wmawiajcie mi, że jakieś odrodzenie odczuwacie.

Oj nie łapę tego.

No więc påske… znaczy święta po duńsku wyglądają tak, że najlepiej gdzieś pojechać, ale, że świat się skończył, więc wiecie, przyjeżdżają tutaj. Polizawszy testy, albo i już nie, czy czasem już nie trzeba lizać na prom? A może trzeba, kurna nie wiem, nigdzie nie jadę, bo i za co? No i tak szczerze, chcę tylko na północ, więc… kto mnie zrozumie? Kto rozumie, że można nie chcieć palm i tak dalej?

No kto?

Szczerze?!!!

Dobra, przyznaję, nigdy nikt mnie na mszę nie zaprosił, czy jakieś przyjęcia, ale bez urazy, nie pcham się, wszelako wprost przeciwnie. Raczej chcę nie iść. Znaczy wiecie, nie dość, że bezczel, to jeszcze introwertyk i to stuknięty.

Lepiej nie spraszać.

Proszę.

… więc nie opowiem wam, jak to robią oni prawdziwie religijni, też i nie wiem, czy oni prawdziwie religijni w ogóle się ujawniają, bo choć prawie każdy należy do folkekirketa, to wiecie, tylko by ich pochowali na cmentarzu, tudzież w ramach może imprezki kościelnej w czasie ślubu czy coś w ten deseń, ale poza tym… oficjalnie każdy to niewierzący, niektórzy ateiści, agnostycy?

To już za trudne słowa i tak naprawdę, niemyślenie o tym.

I fajno.

Coś z głowy… a wolne to wolne.

Można posprzątać w ogródku i to zwykle się robi, gdy nie można wyjechać w szczególności. No wiecie… sommerhus odmalować, albo i coś więcej? Może kupić jeden i wyremontować… chociaż… nie, tego nie polecam, bo podobno wszyscy się tak rzucili na maateriały budowlane, że nie dość iż ceny poszybowały pod nieba wszelakie, to dodatkowo jeszcze… no ich nie ma. Znaczy pustki w sklepach i tyle!

Bądźmy szczerzy.

Kryzysik jak nic.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kochaj, nienawidź, zakop… została wyłączona