Pan Tealight i Bezpośredniak…

„No bo wiecie, nie każdy jest taki jakiś…

No średni.

… więc powstała takowa instytucja zwana Bezpośredniakiem. Dla niebezpośrednich i jeszcze średnich i jeszcze… tych bez… wiecie, jebane lilaki… No co? Tacy też istnieją, a coście myśleli?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay…

Dobra, to dziwne.

Oczywiście mam na myśli ten sławetny paszport koronny. Bo… wieść gminna niosła, że zniosą po wakacjach, że coś się tam podzieje, a wczoraj w internecie pojawiła się wieść – i to na stronie muzeum – że już można, że proszę, że właściwie nic się nie dzieje i już nie ma boja, jeśli chodzi o muzea i…

Teatry.

Myślicie, że to małe zainteresowanie, czy co?

No ale… chodziło o to, że choroba chorobą, ale jednak, paszportu nie trzeba jeśli macie parcie na one wyższe, bardziej artystyczne się zadowolenia… le jeśli chodzi o żarcie, to nie, wciąż paszporcik ma być…

Podobno to tylko jeszcze przez miesiąc czy dwa, ale, jak to będzie, wiecie, pewno czas to zweryfikuje i tyle. Wciąż tyle się zmienia, że człek nie nadąża, a zresztą, czy ktoś w ogóle jeszcze nadąża? A może, jednak po prostu lepiej nie wiedzieć? Znaczy, jak coś trzeba, to człek się doinformowywuje, ale jednak… ten nadmiar wszelakiej stresującej treści doprawdy miesza we łbie.

I już jest dość.

Szczerze, sama codzienność wystarczająco kopie.

A kopie mocno…

Ale…

Z milszych rzeczy, to było trochę deszczu.

Niestety ino trochę, plus wiatr, więc wiecie, migrena zatokowa, prawie klasterowy ból głowy, nie, to były straszne dni, ale jednak chłodniejsze i ciemność zaczyna się już pojawiać po 21szej. Ech, jak miło…

No przecież to słońce, to jest koszmar!!!

Dodatkowo, ten wiatr i deszcz popalił roślinki jakby, kurde jakby serio kwasem jakimś lali, czy coś? I meduzy… podobno już są i to wcale niefajne są. Wiadomo, cieplejsze wody i tak dalej, więc w morzu kręci się to, czego co roku koniecznie nie ma… przeraża to. Bardzo mocno. Bardzo…

Wiatr oczywiście jak zwykle namodził, między innymi ktoś dostał w głowę… znaczy, kapitan nakazał nieopuszczanie siedzeń, ale jednak nie posłuchała i mamy ballade. Wiecie, kapitan rację miał, na wodzie bujało w trzy dupy, ale przecież, niektórzy wiedzą lepiej. Jak to się skończyło nie wie nikt poza tamtą panią, ale… gazety tego już nie ujawniają, bo najważniejsze jest przypomnienie w mediach czegoś, co wydaje się być logiczne i karne, czyli, że na morzu kapitan to król. To sędzia, kapłan i jeszcze ostatni na dno ma iść, czy jakoś tak…

Nie wiem, dlaczego wciąż ludzie morze traktują tak lekko?

Wiadomo, że statki mamy bardziej wymyślne, szybsze, z wszelkimi udogodnieniami, no dobra, jeśli to chodzi o Molslinjen… erm, Bor… no wiecie, to z tymi udogodnieniami możnaby podyskutować, ale jednak… jednak niewygodne siedzenie to ino półtorej godziny, więc… no chyba, że płyniecie do Danii, to kurde już jest, jak dla mnie, wielce koszmar, naprawdę. Wielce!!!

Ech…

Uważajcie i na ziemi i na wodzie.

I na latające ufoki! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezpośredniak… została wyłączona

Pan Tealight i Tęczowe Uniesienia…

„To była tajemnica.

To była tak wielka tajemnica, że nienawidziła tęcz.

Znaczy, nie że tego czegoś na niebie, co to pokazywało się bezczelnie zawsze na przeciwko jej okien, jakby wiecie, kpiło z onych baśni o workach czy kotłach złota pełnych, o onych krasnalach, które trza było złapać, by ono złoto dorwać… no nienawidziła ich… gdy tylko były nasrane i tu i tam. Wiecie, koszulki, buty, ciuchy… Nie no, pewno, że niektórzy wiązali to z jej porąbanym umysłem, ale jednak…

Hmmm…

Może zwyczajnie te kolory jej nie grały ze sobą, bo nie grały…

Kompletnie.

I tak, wiedziała, że pryzmat, natura i fizyka… blah blah blah… nie obchodziło jej to w ogóle! Kompletnie!!! Po prostu nie znosiła tęcz, a wiecie, w obecnym świecie pierdzącym tęczowością… no nie, nie miała łatwego życia. Zresztą, wróć, nie miała go w ogóle, znaczy onego życia, ale to co jeszcze jej kolory źle dobrane dowalały, oj nie… tosz już beznzynka rozlana… nie, nawet to już nie pachniało i nie kolorowało się jak kiedyś. Bo wiecie, kiedyś to były benzynki…

I spacery… i nawet tęcze.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

I to tak, że kurcze, no całą chata lata. Dziwne… w znaczeniu dziwne w tym okresie, porze roku i tak dalej, miało padać i wiecie co, podobno gdzieś tam coś spadło, ale jakoś tak, raczej nic z tego. A u nas to chyba ino ktoś mgiełką psiknął na szybkę i to tylko jedną. No ale… z tym człowiek raczej nic nie zrobi.

Taniec deszczu?

Można próbować, ale…

Ale…

Wszystko jest takie dziwne… niby wieje, a jednak jakoś tak przygnębia, niby chłodniej, a wciąż za ciepło, tęcza jebnęła na nieboskłonie i to wiecie, ta podwójna taka, co to jako odbicie lustrzane, ale jeśli chodzi o deszcz, to chyba gdzieś w górze sobie latał, no ale… wiecie… tak jest.

Było…

Może?

Wieje… wiatr zdaje się nie tylko przebierać w śliwkach i jabłkach, ale i w moich kurna figach. Pierwsza już poszła, więc… polecam zamrozić na kamień, potem wyjąć, odczekać chwilę i zwyczajnie obrać ze skórki. Ale wiecie, działa ino przy wyspiarskich figach, jak tam z tymi innymi, to nie wiem…

Taie lody!

Można przełamać…

A poza tym rano latał dookoła wariat z ogniem.

Ja po prostu nie wiem co ci ludzie mają we łbach, ale wypalanie przy suszy onych lichych trawek w chodniku taką płomienną racą, jak z I wojny światowej… no co, na filmie widziałam, technika się nie zmieniła, a jednak… uczucie ma się jakieś taki, przecież gdyby tak człowieka…

No nie wiem.

Boję się pożaru i tyle.

Sąsiad nie ciął trawy dwa tygodnie. Nie wiem kurna, czy chory, czy co, ale jednak fakt faktem, że trawa nie przycięta, oczywiście na tej sąsiadowej działce, wiecie, tej od helikoptera… może coś?

Może jeden drugiego wyzwał, czy coś?

Z tym, to wiecie, nigdy nie wiadomo… a w ogóle kilka dni temu była nasza druga rocznica przeprowadzki! Hej! Jakby ktoś się pytał, to 2019 mimo wszystko był koszmarem i jakoś 2021 też wali po dupie, ale próbujemy oddychać. Znaczy ja próbuję… może jeszcze chwilę. Jak na razie człek tylko odkrywa, że coś, co chował, bo miał nadzieję, że może jednak klątwa pleśniowej chaty, co to ciągnęła się za nami przez chyba 3 domy tutaj… wynajmowane oczywiście – wciąż miejscami jeszcze daje o sobie znać. Niestety… i zabiera… ktoś powie, że przecież to ino rzeczy…

Tia, zatoki i płucka też rzeczy?

Nigdy się człowiek nie wyleczy z lęku przed pleśnią.

Nigdy.

To dziwne, ale chyba ciągnie się za mną od małego, tracenie tego, co się kocha… rzeczy, ale jednak… cóż, rzeczy też są ważne. Nie dajcie sobie wmówić, że nie. Sorry, ale pierdolić tak mogą ino ci, co mają, wiecie, z seri głodny sytego…

Taka mądrość człowiecza.

I zwierzęca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tęczowe Uniesienia… została wyłączona

Pan Tealight i Czas w Międzyczasie…

„Chodziło o to, że jakoś tak umiała z niego korzystać.

Nie, nie była wcale zaskoczona jego istnieniem, kompletnie i w ogóle nie potrzebowała dowodu na jego istnienie, czy kolejnej dyssertacji dotyczącej czasu w ogólności, ale w swojej własnej czarnej dziurze, rozpaczy oczywiście, jakoś tak, postanowiła się wypełnić do końca, czyli…

Zajechać na amen i tyle.

Zrobić jeszcze to i tamto, przemyśleć kilka spraw, kilkanaście, potem umyć okno, pomalować ścianę i wciąż nie skończyć, wciąż jeszcze mieć tyle do zrobienia, wciąż jeszcze być tak zajętą, a przecież i tak niczego z tego nie miała, poza onym uczuciem zajechania, wykończeniem siebie, brakiem energii, wszelaką niepodatnością na cokolwiek, bo przecież jeżeli wypełniała sobą swój świat to jeszcze mogłaby i dodatkowe, ale raczej wcisnąć się w jej czas…

Właśnie, jej czas.

W międzyczasie…

Po prawdzie, zapewne jak inne wiedźmy, żyła w czymś, co naciągało się i zciągało i wszelako nie podlegało prawom fizycznym, znaczy tym zwyczajowych ludzi, wiecie, nie że wiedźma fizyka była bzdurną bzdurą, bo przecież nie była, ale jednak, kurcze, głupio tak wyjaśniać, starsza była od ludzkiej… bardziej rozwinięta, pełna skrętów, dziur wszelako często niepastelowych i jeszcze…

Zamyślenia.

Zakładek pełna była i skuwek zasuwek i jeszcze…

Kłódeczek. Bez kluczyków… bo ktoś zgubił dawno temu, a nikogo nie było coby dorobił, a tak na chamana to drucikiem, no wiecie, jakoś tak niegrzecznie, więc raczej… kłódeczek takich niedootworzenia.

I już…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zaginieni” – … dawno nie jebnęłam książką. Naprawdę dawno, a przecież wciąż nie do końca wiem, dlaczego…

Bo i tematyka wydawała się być intrygująca, na czasie nawet, może i okładka jedzie innymi mocno, no ale, sporadycznie komuś tam się udaje coś nie odstockować, czy zabrzmieć lekko bardziej nowatorsko, ale…

No właśnie.

I nie, nie jestem wierząca. Szczerze, w nic już nie wierzę, kompletnie w nic… więc jako pogańska dusza, która wie, że dziwy istnieją, powiem wam, że zwyczajnie, tego się kurna… i chcę tu napisać kurwa, ale jak to brzmi, z drugiej strony to moja opinia, więc jeżeli nie mogę kasy odzyskać za książkę, to niech kurwa sobie zostanie, w końcu, nawet i trochę pasuje… mocno…

Dobra, cała sprawa, kryminał, zbronide kościoła, jeszcze w styczności z wiadomościami, które znowu docierają do nas i z Irlandii i z Kanady… ech, nie wiem czy wiecie, ale jako dzieciak walczyłam z idiotami wmawiającymi mi, że nie, Ameryka złego nic Nativom nie robiła, nie… a przecież wiedziałam lepiej… no więc większość z nich już teraz nie żyje, tych co się ze mną kłócili, a książka, cóż…

JEJ SIĘ NIE DA CZYTAĆ!!!

Spowodowała u mnie takiego wkurwa, że nie macie pojęcia, poleciała lekkim łukiem po kilku próbach, tak, kilku próbach… nie mogłam się z tym pogodzić, że to, na co czekałam okazało się takim bublem!!! I może sama historia była/jest intrygująca, i może… nie no, kogo ja oszukuję. Ten temat jest ważny i należy o nim pisać, ale nie tak, jakby ktoś przeżywał orgazm z powodu cudzego bólu. Nie takim językiem, nie wsadzając w to tak durne osobowości i nazywać ich stróżami prawa.

Nie!

Po prostu nie.

I nie mówcie, że to wina tłumaczenia, sorry, ale to jest zwyczajnie źle napisana powieść po kilku dniach jakiegoś pisarskiego kursu.

Gorąco…

Ja pierdziu, człowiek się powtarza i w rzeczywistości już sam jest na siebie wkurzony, za to, że wariaci z koparkami pracują teraz od szóstej do południa, znaczy głośno, a potem już nie… więc jak macie robotę taką bardziej nocną, albo zarwaliście nockę, lub, co najgorsze chyba, nie stać was na wakacje, chcecie się wyspać, mieszkacie w dzielnicy, kurna no na wyspie no… w dzielnicy cichej, mieszkalnej i tak dalej… dobra, wiem, że sąsiadka uwielbia swoje uwertuty na drzwi samochodowe i bagażnik plus drzwi od garażu i jakaś furteczka, to wiecie…

Człek nie sypia.

Człek zamieszkał tutaj w poszukiwaniu zimna…

Tak, wiem, ocieplenie… ale ja się nie pisałam na żadne ocieplenia, kurde no. Pewno, że można powiedzie, oj ciesz się, że nie powódź, widziałam jedną we Wrocławiu, dzięki, przetrwałam, ciesz się, że nie pożary, a podpalili coś w Norresandzie ostatnio, ogólnie mówiąc koronaparty takie odchodzą, że głowa mała, mimo ciągłego gadania, że szczepionka nie znaczy, iż już nie ma zarazy, to oni uważają inaczej no i super… super świadomość w narodzie.

Sarkazm.

No piszę, że sarkazm, bo to wie, kto to czyta?

Nikt?

Ale…

Gorąco.

Tak, wiem, są większe problemy niż gorąco, ale jednak, cóż, varmepumpe nie wydala w zimności, wiatrak rąbie mnie po nerkach i szczerze, na pytanie: gdzie idziemy na spacer… rzucam takim spojrzeniem, że już i tak gotujacy się pytający, spopiela się na moich oczach, więc nawóz do ogródka jest.

No co?

Ekologia!!!

I szczerze się przyznaję, że poza mniejszymi zawirowaniami, takimi samymi jak co roku plus pandemia, no i że ktoś ci nakichał na kark, tudzież inny nie przestrzega odstępu, inni jeszcze imprezują ciężko zapominając, że przecież tutaj żyją też ludzie, którzy… a tam, po kiego o tym pisać…

Kogo to obchodzi, że my zostaniemy z tym całym syfem?

No cóż…

Sierpień… hmmmm, przyznam, że myślałam, że już mieliśmy ten sierpień, ale widać jeszcze nie, więc sierpień. I cóż to zmienia? No jak zwykle, dzieci do szkoły, starsze roczniki na plaże, znowu będzie walka autobusów i takie tam. Ktoś zgubił gimbala, wprost wstydząc się powiedzieć, ża mu go zajebali, czy czarną torebkę… wiecie, tutaj kiedyś nie kradli, kiedyś… rzeczy były, zostawały tam, gdzieście je posiali i mogliście poprosić, popytać, czy ktoś nie widział…

Nie wie…

Ale to kiedyś.

Kiedyś zdaje się być bardzo odległą epoką. Nie wiem, czy ją jeszcze dobrze pamiętam. Chyba mieli więcej drzew wtedy i cienia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas w Międzyczasie… została wyłączona

Pan Tealight i Meteoryt Rozpaczy…

„… bo płakała…

Ostatnio właściwie ciągle…

Zaczynała rano, pozwalała sobie na trzy i pół wiaderka łez, a potem na chwilę, dla pozorów, udawała, potem w południe, po południu, przed herbatą jedną i drugą, przerywała by udawać, a potem nocą znowu… już nie zważać na ilość, jakoś tak… po prostu być tylko i wyłącznie łzami.

Czasem w onym czasie pomiędzy czasem mierzonym coś tam jeszcze jej poleciało, ale już nawet nie zwracała uwagi, już nawet nie myślała o tym, nie zauważała, pozwalała soli wyżreć linie w jej skórze, tworzy wadi, które wypełniały się jednak zbyt często… zbyt często niż ich piaszczyści kuzyni…

Wiatr próbował coś z tym zrobić, ale jednak…

Nie podołał.

Próbowała jakoś tak nawet przekonać samą siebie, bo przecież ile można pić, w końcu co wylezie, to musi uzupełnić, była w końcu wiedźmą z onej dziwnej strony, co to i ogień i wodę tolerowała. Ogień paranoicznie może i kochała, ale i wodę, chociaż może… nie, nie ugaszała się jakaś…

Nie…

… i wciąż, płakała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ten temat powraca co roku…

Co robić na Wyspie.

Jakoś… wiecie, gdy człek się tutaj sprowadzał, szukał miejsca artystycznego, spokojnego, oczywiście, że poprzez sesony zmiennego, ale jednak, jakiegoś takiego swojskiego. W sklepie znało się każdego po sezonie, jakoś może i niektóre domy pustką waliły, ale teraz… nie poznaję tego miejsca.

No dobra, pytanie o to: co tutaj robić, powraca jak boomerang jebany, który to zapomniał, że nie płacą mu za one latanie, powracanie i tak dalej, rok w rok, niezależnie od pandemicznych wyskoków. Sorry. Powinieneś już wiedzieć kolesiu pytanie, żeby odpowiedź zapamiętać, że tutaj najważniejsza jest natura i spokój, ino że ostatnio go nie ma i wszędzie wsio próbują zrobić…

Głośno.

W szczególności oszołomy ze stolycy… wiecie, z wizją…

Ech… a człek chciał spokoju, duńskiej bornholmskości, no i tak dalej… zawsze chciał tego właśnie, onego życia trochę inaczej, a może i właściwie tak, jak zawsze myślał, że żyć trzeba, bo przecież, przeniósł się tutaj nie dla kasy, nie dla perspektyw, ale z powodu Wyspy… tylko, że teraz…

Ona nie jest sobą.

Nie poznaję jej.

Człek myślał, że ludzie serio przyjeżdżają tutaj z powodu onych ścieżek rowerowych, spacerów, lasów, plaż i skał, no łażenia. Obecnie też powstało tyle centrów wszelakiej jogi czy mindfullnesu, że głowa mała. Pewno, niektóre sprawy się zawalają, inne znowu kompletnie zamykają, bo ci, którzy je stworzyli zwyczajnie chcą iść na emeryturę i tyle, mają dość pracy…

No, takiej pracy, bo jak się ma dom i wsio dookoła, to codziennie jest coś do pracy. Nie oszukujmy się.

Codziennie.

Ale… zamyka się między innymi Munkholm, który, jak dobrze pamiętam, tak bardzo rozkwitł zaraz po naszym przyjeździe. Te ciuchy, kremy, cała kosmetyka z mleka koziego, ej, nie tam karmiłam kozę butelką? Chyba tam, potem załapałam, że mam uczulenie na wszlekie mleczne i dodatkowo na filc, więc… wełnie musiałam powiedzieć papa i zrobiło się dziwnie… no ale…

W końcu u nas tyle owiec!!!

No ale, jest problem, więc trzeba unikać pewnych spraw i się unika, ale jednak… głupio tak powiedzieć pasjonatom, że nie, ja nie mogę i zacząć kichać, szczególnie w dzisiejszych czasach, naprawdę. Jakby co, to oczywiście u nas maseczki ino w niektórych miejscach, ale wiecie, testy, paszporty i tak dalej, nadal w knajpach i podobnych im placówkach… po prawdzie nie mam pojęcia gdzie, bo…

Mnie nie stać.

… więc po kiego mnie takie wieści.

Mogę wam za to powiedzieć, że przez suszę jak nic już są dostępne borówki hamerykańskie, znaczy te nasze borholmskie jagódki, he he he, a i na pewno żniwa będą wcześniej, bo ciągle gorąco i nic nie pada, nawet aniołki nie sikają, czy nie podlewają sobie kwiatków, no nie wiem…

Dziwnie jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Meteoryt Rozpaczy… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmiczny Dostawca…

„Niby zwalali na pandemię, no bo to wszystko było takie wygodne, że poczta nie dowiozła, czy też raczej nie doeciał, dopłynęła, bo wciąż przecież nie potrafili po tej wodzie chodzić, a co dopiero jeździć…

Chociaż taki ślizgacz, tak to by można jakoś rozkminić? Na przykład do rozwożnienia paczek może i mniejszych, ale jednak obarczonych oną pilnością wszelaką, znaczy, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane się nie mogła jej doczekać. Znaczy, iż potrzebna była na gwałtu rety i jeszcze z przytupem i oczywiście 100 pompek, 200 przysiadów i co najmniej pół godziny planka, a co… nie ma litości dla tych, co paczki opóźniają, nie ma!!!

A jeszcze do tych, co mieli wysłać, a nie wysyłają!!!

Toż to energia kosmiczna zwana zwyczajowo Elką, była przygotowana, by im przypierdolić z jakiegoś rozbłysku, czy flary rozpierdzielającej ich wszelakie zabawki elektroniczne mniej lub bardziej, a najlepiej w czasie użytkowania, wiecie, ekhm… docielesnego użytkowania, bo co? Bo biała magia, czarna magia?

Obudźcie się!

Magia nie jest rasistką.

Ha ha ha… a co, prawda jest taka, że magia to siła, a naginanie jej ku sobie i przymuszanie, by wydarzyło się coś… niestety marnie działa na paczki i finanse jak się jest wiedźmą. Wprost przeciwnie, nawet lepiej nie próbować, ino się chronić, ino zapobiegać i takie tam, ale nie więcej…

Dlatego była chyba taka zdziwiona, gdy go zobaczyła przed drzwiami.

No i ta srebrzysta rakietka… z budą dla kosmicznego psa.

Z trzema łbami, które się uśmiechały symultanicznie, choć nie do końca sympatycznie, a przecież, listonosz i pies… czy to nie miało być…

Inaczej?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco…

A przecież termometr pokazuje 21 stopni?

Jednak… jest gorąco, wrząco i duszno, nie można oddychać, chociaż słońce zakryły chmury. Gdy znajdziecie się w cieniu, w znaczeniu drugiej strony domu, nie za chmurami, jakoś tak wszystko się zmienia. Nagle nic już nie dusi, nagle wszystko staje się jakieś takie… znośne…

Ale jednak gorąco.

Gorąco od tak dawna, że człek nie pamieta innego uczucia, jak tylko to, by nie mieć na sobie nic, stać pod prysznicem i łkać, bo właściwie, co innego zostało? Czy do tego można się przyzwyczaić? Do onej suszy, czy tygodnia takiej wilgotności, że rzeczy w domu zaczęły pokrywać się pleśnią…

Nie wiem… ostatnim razem coś takiego wydarzyło się, gdy było bardzo deszczowe lato. Wiecie, lało cały czas, serio, dwa miesiące deszczu, wtedy zauważyłam, że dziwne rzeczy pokryły się białym puszkiem… teraz było inaczej, drewniany dom jednak chowa suchość w sobie, ale… dopadło i nas…

… więc…

Wracamy obecnie do suszy.

Choć obiecują deszcz właściwie co tydzień, że w przyszłym tygodniu, może za kilka dni, może nawet już jutro, rano, może…

Sucho.

Karetka jeździ właściwie codziennie.

Do tego cholerni bikerzy, którzy… serio, cholera jasna, przecież tutaj jest ograniczenie prędkości, gdzie wy się kurna rozpędzicie, popierdoliło was? No i co z normami dźwiękowymi? Przekraczają je, ale są nietykalni, czyż nie? Podobnie jak stare samochody i ich wyziewy dobijajace każdego… serio, lepsi i lepsiejsi… ale podatek dojebią biednym, co z życia mają tylko pracę…

No bo przecież…

Są sprawy, których nie ruszy nikt?

Są sprawy, które tylko się psują.

Nowy… kurde, jak to nazwać? Pomost? Wiecie, takie drewniane coś wychodzące w morze, z którego się schodzi, czy skacze do wody – tego drugiego nie polecam w Melsted, bo czasem jest tak płytko, że można skończyć na wózku lub w M1 – zbudowali nam na plaży, więc fajno, co nie? Eeee… a raczej powinno być fajno? Nie wiem, ludzie tam są, więc wybaczcie, ale widziałam tylko na zdjęciach.

Pomost składa się z cementowych grzybków, na których mamy drewniany mostek bez barierek. No właśnie, wcześniej yła ta barierka, jakoś mogłeś się chwycić z jednej strony, a wiadomo jak jest z wodą, czasem po wyjściu człowiek się zakręci, no i o wypadek, szczególnie na płyciźnie pełnej skał, raczej nietrudno, więc… po co to? A bo wcześniej co jesień składali, ale ostatnio zapomnieli, no i się ZNOWU rozpadło – sprawa nagminna w Sandvig. Co roku się im rozwala…

… więc z jednej storny super, że jest pomost.

To świetne miejsce na pływanie poza sezonem lęgowym i poza kwitnącymi algami, no i hotel zaraz obok, piaseczek… ale jednak, jakoś nie widzę by ten pomost wytrzymał pierwszy sztorm. Sorry. Pewno, że beton zostanie, ale cała reszta… a może o to imchodzi… nie wiem…

Zwątpiłam we wszystko już…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmiczny Dostawca… została wyłączona

Pan Tealight i Ciałka Laleczek…

„Wysychające…

Rozsypujące się… niektóre jednak na nowo zpuszczające korzenie…

Śniły się jej.

Wołały ją. Gdzieś tam z onej przeszłości, pośród której jej życie wypełniał las, ścieżka, droga, autobus i szkoła, która siedziała gdzieś z daleka w tym wszystkim, jezioro i piasek, wszechobecny i jeszcze małe choineczki i maślaki między nimi… i jeszcze, te dziwne budynki, a raczej ich brak…

A raczej pustka wszelaka, która zdawała się wypełniać one nieistniejące właściwie w niej, wiecie, one szczeliny między książkami, bo przecież już wtedy była nimi, a one nią i jeszcze bardziej, ale lepiej się w to nie wtapiać za mocno, naprawdę lepiej nie, bo to brzmi głupkowato i czasem, z czasem, obrzydliwie nawet, czy jakoś tak… no naprawdę lepiej nie i tyle… lepiej…

Ale laleczki…

Bo wszystko to wydarzyło się po czasie, gdy to zabrano jej pluszowych przyjaciół, gdy miała mniej niż nic i nikogo to nie obchodziło, że potrzebowała czegoś więcej, niż wody i powietrza i na dodatek, wszystko się zmieniało, książki w niej były niespokojne i toczyły ze sobą bitwy krwawe i jeszcze…

Wszystko się zmieniało.

I miało być jeszcze inaczej, więc nie dziwota, że je powoływała do życia, one trawiaste laleczki, zazdrosna o ich korzeniowe, długie włosy, o oną wolnosć postrzegania siebie, a gdy tylko już był czas, by znowu udawać coś na kształ wciąż jeszcze dziecięcego człowieka, oddawała je ziemi, ale one nie chciały do niej wracać… nie z tymi warkoczykami, nie z nóżkami i rączkami, które im ofiarowało, z oczami i uszami, z imionami, które pobrzmiewały tak szeleszcząco w onych zapiaszczonych trawach… w onych lekko się rozpadających ciałkach…

Ale ona ich nie zauważała, onej potrzeby bycia w nich nie wyczuwała, a może nie chciała, za młoda, za bardzo zraniona…

I tworzyła je nowe.

I tworzyła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiara, miłość, śmierć” – … ech. Nie wiem… po prostu to wszystko było takie dziwnie przewidywalne i jakoś tak… ten ksiądz, ech… nie wiem, po prostu znowu ksiądz?

Jakoś tak, przy tych poprzednich wypada słabo.

Naprawdę.

No i te jego problemy domowe, jakoś tak, nie wiem, czy chodziło o pokazanie bardziej człowieka, pracy duchownego jako pewnej normalności, czy też… zwyczajnie ponownie wariata, który nosi koloratkę, czy co tam oni noszą. Wiecie, taki jestem niepokorny, ale bozia wszystkich kocha… to już było. Było za często. A scena początkowa, no błagam, kto nie myślał, że tak się to wszystko skończy? Naprawdę ktoś… ale, sama treść, ponownie ten koflikt ja reszta komendy, przyjaciel w żeńskiej postaci, no banał lekki, do tego cała reszta, ech… nie, nie mówię, że to nie może wciągnąć, może, ale dla mnie to wszystko jakie takie było za płytkie. Na pewno nie jestem zainteresowana kolejnymi opowieściami tego bohatera. Kolejnych śledztw i tak dalej.

Nie, on nie jest dla mnie.

Na pewno.

Jednak jeśli szukacie czegoś niegłupiego, ale lekko sztampowego, może i odmiennego, bo jednak wychowannym w jednej tradycji religijnej taka „duchowość” może się wydać aż nazbyt otwarta… I dlatego warto przejrzeć tego cienkusza, bo powieść jest naprawdę niewielka, ale może wciągnąć.

Loppemarked…

No właśnie…

Tak szczerze, jak nazwa wskazuje, zwykły pchli targ, ale w rzeczywistości, natykając się na taki znaczek po drodze, możecie trafić na skarby… nowe rzeczy, kogoś, kto się wyprowadza, zwykłą sprzedaż garażową…

Albo koszmarek.

Pierwsza wersja, no wiadomo, nigdy nie wiecie co będzie co, chyba że podpytacie miejscowych, to wam powiedzą może, że ci czy tamci, to napis ów mają od zawsze i śmieci tam są, a nie kurde coś użytkowego, no i że lepiej nie iść, bo zapach, a i właścicielka odstrasza… no chyba, że zatrzymacie się przy takim, gdzie wsio na stolikach wystawione zaraz przy ulicy.

Oj, pamiętajcie, by parkować bezpiecznie, bo w sezonie ludzi wariatów więcej. No bo wiadomo, w ogóle ludzi więcej…

Ale… natykacie się na one stoliki i co teraz, co jeśli nie odstraszą was, a jednak czegoś będziecie chcieli? Oj, no cóż, jeśli nie macie duńskiego numeru, to często możecie się posiłkować wyłącznie gotóweczką. Nie ma innej opcji, choć w niektórych miejscach widziałam, że nie chcą gotówki, wyłącznie ten dziwny numer, na który należy przetransportować kasę. Takie samo cudo FYI znajdziecie też w Szwecji i nie, nie da się tego połączyć…

Taka ta Skandynawia wspólnotowa, że ech…

Ale… numer, o którym mówię, to mobilpay, czyli zwykła płatność mobilna, eee masło maślane, no wiecie, jak paypal ino duńskie, cudne, lepsze i tak dalej… nie, nie żartuję, serio tak się tutaj myśli.

Co… dziwne? LOL

No ale…

Są też antiki…

He he he.

Ukochane miejsca niemieckich turystów. Tak się dowiedziałam. Szczerze… podobno przyjeżdżają tutaj nawet z przyczepkami, ale wiecie, teraz to trochę się zmieniło, no ale… zbyt wiele ale, jednakowosz, nie każdemu antyk antyk. Wiecie jak to jest. Najczęściej staroć to staroć, a tak właściwie, to jaka jest definicja antyku? Znaczy, oczywiście poza antykiem antykiem…

Kurde no!

„…potoczne określenie zabytkowego przedmiotu sztuki dawnej, mającego wartość zabytkową, historyczną, estetyczną lub materialną.” za Wikipedią. Hmmm, czyli tak naprawdę, to wiecie, jakoś tak wsio podchodzi, bo kto komu zabroni estetyczność, czy materialność w szczególności, dla własnych gaci z zeszłego tygodnia przypisać? Co nie? Kurde, mogłabym, czemu się tak źle wychowałam…

No i właściwie, to tutaj w ten sposób działa.

Ale, podejrzewam, że wprawne oko skrzynię z końca XVIII wieku wypatrzy. Ja kiedyś wypatrzyłam. Z duchem była…

Nie polecam.

To jak?

Lubicie używane, czy nie? I nie, nie mówię o gaciach, raczej o szafkach po czyjejś prababci, czy też… oooo… już wiem, kiedyś oglądaliśmy tutaj mieszkanie, a dokładniej domek i w środku na ścianie była wielka, czerwona plama. Tia, w tym odcieniu czerwieni i pokazywał nam to koleś od czyszczenia…

… więc… ekhm…

Wolę IKEAę. Ale jesli wy chcecie czegoś, to pamiętajcie, jak flaga dumnie powiewa na wietrze, albo nie powiewa, bo wiatr diabły wzięły dla siebie, cholernieki egoistyczne, to można włazić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciałka Laleczek… została wyłączona

Pan Tealight i Miecio Bóg…

Miecio Bóg miał się super.

Siedział pod Sosną Zabujaną, oczywiście w nim, wiecie, jak się zabuja taka sosna, świerki to już mniej, jednak coś jest w tych długich igłach…

… wieciem na pewno, znacie oną prawdę przedwieczną, azaliż wżdy, każdy rozmiar ma znaczenie.

Ale…

Długie igły, wielkie szyszki, pień prosty z idealnie spękaną korą, w coś na kształt klejnotów, oprawionych w nicość, jakby niczego nie potrzebowały by je trzymało w tym miejscu, jakby czuły potrzebę, bursztynowe od zaklętej w sobie żywicy, ciemne, jaśniejsze, burgundowe, winne, żółtawe miejscami nawet, jaśniejsze, w miejscach, gdzie słońce je zmieniło, czy też doceniło… białe…

Lepkie, jakby nage postanowiły zmienić stan skupienia.

Do tego ta korona, wysoko, taka niedostępna, a jednak dająca cień, a jednak potrzebna, jednak wpływająca na życie maluczkich pod nią, a i tych lotnistych, którzy siadali na jej pochylonych gałązkach, na onych chropowatych kształtnościach, które przydawały jej onych artystycznych rysów, które dodawały, ale też i łatwo łamały się, gdy tylko sztorm nadchodził… zrzucały i igły i szyszki, jakby szkowały się na coś nowego, jakby wiedziały, widziały więcej…

Ale z wysoka przecież patrzyły, więc…

Nie dziwota.

A sam Miecia Bóg, wiecie, ten od stanu posiadania wszelakiego, od chęci miecia i tego i tamtego, choć czy to przydatne nie wie nikt, ale ładne, niech se stoi, przetrze się szmatką kilka razy i już… może kiedyś się wyrzuci, może, no przecież ile można nagromadzić… tego to od Boga Gromadzenia się dowiecie, że wiele można… znali się, oczywiście, że się znali, bliźnięta jednojajowe z jednej matki i zbyt wielu ojców, wiecie, niby tacy sami, ale jednak, nie do końca, bo mięcy pragnieniem miecia, a zbytkiem wielkim, śmieceniem wszelakim, naprawdę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Hotelarze…

W moim jezyku to ludzie, którzy chcą hoteli i onej sztampowej, typish amerykanish „cywilizacji” wszędzie. Jakby dzikość plaży była zła. Kamienie złe, brak knajp zła, gdzie obejrzeć mecz? Ja się tu sprowadziłem z Kopenhagi, ja tu mieszkam, dlaczego nie mam tego i tamtego…

Bo to nie Kopehaga tumanie!!!

Ale to zawsze my będziemy ci obcy.

Ona roszczeniowość ludzi ostatnio stała się jeszcze bardziej namacalna, wprost bolesna! Nie trzeba szukać daleko, wystarczy wleźć na grupy, na przykład Gudhjem na Facebooku i znajdziecie od razu coś, czego nie było. Czy ktoś mógłby, czy ktoś ma, czy dacie mi, kto wynajmie, bo chcę, bo tak ma być…

Ja, ja, ja…

Rozumiem, że grupa ma może lekko niesprecyzowaną tematyczność i czasem są tam takie kwiatki, że szok, ale serio, pytania, które zadają… czasem ktoś się spyta uczynnie, czy googla może nie mają, bo to naprawdę przydatne i można sobie samemu znaleźć odpowiedź, ale…

Jaki hejt wtedy!!!

Blech… ludzie…

Ale… hotelarze.

No właśnie, jak jedziecie na wakacje, sorry, kompletnie się na tym nie znam, ale… wybieracie hotel i siedzicie tydzień czy dwa nad basenem, czy jednak chcecie coś zobaczyć? Sorry… czasem mi się wydaje, że nigdy nie byłam na wakacjach, znaczy, coby tak nic kompletnie nie robić?

Albo nad basenem ino czytać i te tam drinki z palemką… a właśnie, wiecie, że myślałam, że chodzi o jakieś palmy w tych drinkach. Szczerze jestem niekumata jeśli chodzi o tak zwane czasy współczesne. O one hotele, w życiu bym nie potrafiła… wróć, byliśmy kiedyś w hotelu, malutkim, rodzinnym, więc żadnych basenów, ale… ekhm, było ono sprzątanie, no i… wywiesiliśmy by się bzykali, znaczy uprzejmie się uprasza o niedesperowanie… no co, na Ibizie to było…

I tak baba wlazła.

Otworzyła sobie.

Tak czasem człek wyjeżdża. Może raz na ileś tam lat… ostatnio rzeczywiście udało się częściej, nie raz na 20 lat, ino na kilka, ale jednak… nie do hotelu. Lepszy domek. Namiot nawet. Szczególnie w Skandynawii…

Ale jednak… czy zwiedzacie?

Czy leżycie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miecio Bóg… została wyłączona

Pan Tealight i Poborca Nie do końca Podatkowy…

„Oni to już w ogóle wstydu nie mają.

Naprawdę.

Po prostu gdzieś go zgubili, nie zakupili nowego, może i z jakiegoś Alibaby do nich ten wstyd idzie, czy coś? Albo na cle go zatrzymali, wiecie, jako zakaźny? Ale przecież od kiedy to wstyd taki zakaźny ma być? Nie no, to nie może być to, na pewno nie chcieli zapłacić cła i tyle, wiecie, zbyt wiele, a toto prawie za darmoszkę było, jak zwykle, cokolwiek się kupuje z tych dziwnych chińskich przybytków… no i tak pozostali z niczym? A może jednak było inaczej? Może…

Wiecie, wszelako różniste można wymyślać scenariusze efekt tego był jeden, że wstydu nie mieli ni za grosz, ni za miliony, ni z metką, czy też co gorsza, przez jakiegoś popierniczonego twórcę szaleńca, masowo produkowany… taki Szanel Wstyd… wiecie, to na pewno było coś bardziej niszowego… Bo przecież każdy jakiś tam wstyd posiada. Ci nie powiedzą tego, czy tamtego słowa, tamci znowu nie pokażą ni kawałka dupki, nie żeby ktos ją chciał oglądać, no ale…

Nie mieli wstydu, więc mieli…

Wszystko inne.

Bo tak to dziwnie jest z tym wstydem. Masz go, to coś cię nagle hamuje, ciągnie w inną stronę, no i chamuje też, wiecie, ponieważ nie możesz tego, czy tamtego, nawet do końca nie wiesz z jakiego powodu, to jednak… od razu lecisz w inną stronę i cham z ciebie i prostak nagle się robi…

Ale tak naprawdę nim nie jesteś… to ino ten wstyd.

Z nimi było inaczej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I niby nie jest aż tak gorąco, ale jednak, gdy słońce wylezie zza chmur…

No właśnie, one chmury, wiszą nad człowiekiem i aż duszą.

Niby nie jest przerażająco gorąco, ale w domu nie można oddychać… co jest pokręcone, bo przeciąg jest, przewiew, cug czy jak to zwał, ale jednak… coś hamuje dotarcie pożywienia dla płucek. Męcząco… i nie daje się wyytrzymać. Chyba tak już od miesiąca. Oczywiście, wiem że to lato…

Ale chyba wszyscy zapominają, że to Skandynawia.

Zresztą, co ja mówię, jak chcesz chłodu, to obecnie dostępny jest na Owczych Wyspach, łącznie z Królową, która chyba odwiedza wciąż tamtych, nie do końca, poddanych oraz Grenlandia, wiecie… wiadomo…Tam naście niskich stopni i wieje… czasem pewno i duje, a tutaj, no właśnie.

Podłam pewnie, bo przecież zwalam to na wycięte drzewa, nie nawet globalne ocieplenie, takich mieliśmy już wiele, ale bardziej na tą… wielość wszystkiego. Ja pierdziu, też ciągle kupujecie gacie?

Tylko ja zaszywam dziury w spodniach?

Oglądam właśnie opowieść o oczywistości, przemądrą babkę z Globstory – YT – mówiącą o sprawach, które wiezm, ale jak sie okazuje, wiem ja, ale jednak, nie reszta świata. Uwielbiam ten kanał. Jest bardzo wyciszający, szokujący zapewne wielu, różnorodny, ale też i…

No właśnie…

Podróżniczy…

I tak sobie myślę, że w ogóle, to jak to jest z tym podróżowaniem? Jesteście klub – ej, jak możesz tu mieszkać, przecież nie ma McDonalda, czy też – chcę się tutaj przeprowadzić, jak to często dzieje się w Gudhjem. Ludzie przyjeżdżają, zakochują się, no i większość stać by po prostu tutaj coś wynająć, szczególnie teraz, my nim dotarliśmy do celu, do domu własnego tutaj, minęło wiele lat… nawet samego mieszkania na Wyspie… czekania, męczenia się…

Cierpienia.

Strat.

Ale… podróżowanie dopada nas co roku. Tutaj się przecież żyje sezonami. I teraz słucha popierdolonych – nie przeproszę za język, bo sorry, gorąco, susza, i tak dalej – bikerów, którzy z głównej ulicy robią sobie jebanego motocrossa. Ściganki, jeżdżanki, wskakiwanie na one tereny mieszkalne. Nie, to koszmar. Tutaj ten dźwięk jest straszny. Nie przenoszą się tutaj ludzie, którzy chcą hałasu miasta, smrodu miasta i tłoku… nie, a nawet jeżeli, to wiecie, po roku uciekają…

Ciekawe kiedy się wyprowadzą…

Zwykle to tylko rok.

Pewno, łapia cię ludzie i mówią, że tu jest cudownie, że dobrze, e jesteś turystą, przyznajesz się czasem, że tu mieszkasz i kurwa stoisz w tej samej kolejce po tych 8 godzinach roboty i szczerze jesteś zmęczony.. albo już nic nie mówisz, kiwasz głową, nie zauważasz, że znowu mówią do ciebie w sklepie po niemiecku, bo bez przypadek odezwałeś się do kogoś po polsku, a oni…

… nie odróżniają…

Zresztą, kto ci uwierzy, że tu mieszkasz.

Tak po prawdzie, to jakoś tak wydaje się, że Turyścizna żyje w przekonainiu, że tutaj nikt nie mieszka… wiecie, tak naprawdę. Jestem tym zmęczona. Mocno. Bardzo. I tymi pytaniami, gdzie najlepszy hotel, spa, czemu nie macie Burger Kinga i pierun wie co… i pierun wie co jeszcze…

Nie wiem.

Nie znam się… ja tu tylko mieszkam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poborca Nie do końca Podatkowy… została wyłączona

Pan Tealight i Bogi Jelitkowe…

„O ja pierdziu, jak one się na nią wkurwiły.

Ale to tak na maksa, z przytupem, twisterem, chorobami wenerycznymi, potrójnym Axlem, szpagatem, piruetem i dwiema parami nożyczek, belą materiału bardzo gryzącego, no i pchły, pchły zawsze temu towarzyszyły… oraz wiadrem pomyj i jeszcze kanką paliwa rakietowego…

Aż tak.

A potem wyszło, że się pomylili.

Bo wiecie, jakoś tak, no zwyczajnie nie ten twór, nie te dziurki, wszelakie moce przerobowe i tak dalej, plany mieli, ale no jakoś tak, nie te GPSy czy coś. Podobno teraz Jabłczane Fantasy porobiło mapy, może to ich wina, może to jednak jakieś tam ich coś… nie wiadomo było, znaczy nie, no pewno że się tłumaczyli, ale jednak, jakoś tak, jakoś tak się to tutaj wszystko popiętroliło, zwindowało i jeszcze, jeszcze jakoś tak pokrętnie machało wstążkami kolorowymi…

No co, w tym świecie wsio takie opisowe.

Ale jednak… Bogi Jelitkowe się jakoś zbuntowały, wkurwiły na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane i zrobiły jej kuku. Mega kuku na stałe… i cierpiała ona… i jakoś tak, przy tym wszystkim nagle zrozumiała, że straciła nawet to, co myślała, że może jednak uda się ocalić, ale Bogi Pleśniowe były po jej stronie. Kochały ją i wielbiły jako swoją, więc…

Przegrała znowu.

A ci ją jeszcze dobili, skurw…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia triumfuje” – … oj. Ale jak to? Nie fair… ale, ja chcę więcej i więcej i… nie, nie znudziło mi się i nie, nie uważam, że temat wyczerpany, czy inna jakaś głupota!!!

Chcę więcej…

Ale nie ma.

Za to pamiętam, jak trzeba było walczyć o kolejne części… pamiętam te pisaniny, pamiętam i wdzięcznam, że jednak Wydawnictwo się zdecydowało. Naprawdę wielkie dzięki. Wydacie więcej? No przecież oni piszą… piszą i piszą, no weźcie no, są fajni, pewno, że to taka pocieszaczka książka, ale jednak, świat teraz taki, jakby zaraz miało nastąpić Przesunięcie, więc…

No?

Ale… co w ostatnim tomie, oj domyślacie się, więc po co mówić. Ale ostatnie strony, nom nom nom… jakoś tak nasza główna bohaterka dziwnie niknie w tej opowieści, wiadomo, wszyscy odeszli, przecież, to już całkiem inny świat, pozmieniało się cholernie… czy wolałabym by niektórzy znów byli samotni, a nie szczęśliwymi matkami, w tej opowieści, no tak… chciałabym jeszcze opowieści z czasów sprzed dzieci, mężów i tak dalej. Onych kryminalnych story… ale, to już koniec. Ostatnia bitwa. I tak naprawdę, cóż, nie oszukujmy się, wiemy, że ktoś musi zginąć…

Wiemy…

Cała seria to majstersztyk. Właśnie taki, fantastyczny, lekko fantasy lekko urban fantasy, lekko wszystko, niesamowity, z jajem, poczuciem humoru, czymś tam buzującym między bohaterami, no wiecie… i dodatkowo dobrze napisany… taki cykl to coś, do czego się wraca. Chyba powinnam sobie kupić drugi zestaw, bo stare tomy tyle zniosły, że… hmmm, niegłupi pomysł… pamiętam pierwsze wydanie…

Ech… pamiętam tak wiele.

Wrócę do Atlanty, może tego lata?

A wy jak nie znacie, a takie klimaty was kręcą, cóż, zajrzyjcie… bo tutaj balans damsko-męski jest perfekcyjny. Mity, opowieści, legendy… ech, z każdego zakątka, bo czemu nie. Niespodzianki?

Na każdym kroku!

Keramik…

No właśnie, podobno ten napis najbardziej ludzi przyciąga. Znaczy, no rozumiem, właśnie wyczyściłam swoją szopę i chyba też se trzasnę taki… sama wymyśliłam… KUNSHED. Eee! Dobrze brzmi, co nie? W końcu galleri to mają wszyscy, a szopkę mam ja. Niewielką, ale się zmieści wszystko, a malowanie, wiadomo, gdzie się da, podobnie ze zdjęciami. To w końcu taki dziwny świat…

Ale, co do ceramiki, to tutaj jest jej masa.

Mamy formy takie bardziej względnie użytkowe oraz szalone, mamy zdobione mnaturalnie, albo bardziej pojechane. Zwykły kubek, coś niby z IKEA ale i też takie, która po prostu, jakoś tak do was pasują, no i… kubek łatwiej przywieźć z walacji niż obraz, więc… może powinnam…

Ale to nie moja bajka.

Jak już, to marzy mi się srebro!

Ale… człowieka nie stać, więc niech se ino marzy, na to go stać, znaczy, wiadomo, marzenie jest za darmo i tyle. Nudna jestem. Najważniejsze, że jedna ze spraw załatwiona. Moje marzenia odeszły w przeszłość. Niszczenie własnej sztuki jest oczyszczające, ale też i boli… niczym niechciane dzieci…

Jak ja…

Ale miało być o ceramice…

I będzie, nie ma boja, to co oglądaliśmy mieści się w Allinge, znaleźć łatwo, bo malutkie studio, skryte pod rusztowaniem mieści się na przeciwko onych kolorowych domków… wiecie, tam, gdzie każdy se fotki strzela.

No idziecie od portu w stronę wschodzącego słońca… po lewej.

I tutaj, w Allinge znajdziecie właśnie taką ceramikę użytkową.

Piękne szkliwo, cudowna w dotyku, widać przez okna trochę szaleństwa i chciałby człek o nie zapytać, ale głupio tak zajętego człowieka męczyć, co nie? Paudal’s Keramik Værksted mieści się przy Havnegade 37. I warto wejść… ceny są zwyczajowe, jak na taką ceramikę, czyli… po prawdzie, to jak patrzę na ceny w Polsce, jak ktoś mi o czymś blebla, to mnie to szokuje, że właściwie, tak szczerze, śliczna rzecz, możesz mieć one and only, a i tak ludzie wolą masówkę…

Hmmm…

Nie no, pewno że bardziej boli zbicie 150 DKK niż 10 DKK, choć nie, mnie chyba tak samo, bo te moje talerze są mega. I były ma wyprzedaży w Netto, a wyglądają, jak takie za kilka stówek… kto to widział płacić w sklepie, nie że sztuka, za talerz kilkaset złotych? No szczerze? Przez ponad 20 lat mieliśmy 4 białe talerze, wymieniliśmy dopiero teraz, szczerze, takie to tłukące się?

Przy tylu przeprowadzkach?

Za to w Sandkaas… gdzie trudniej dotrzeć, bo warsztacik domowy schowany jest w cudownym ogroddzie z niesamowitymi niebieskimi hortensjami, są już te cuda kompletnie one and only… zdobione odciskiem lawendy i oczywiście helleristningerami, no przecież… i to szkliwo lekko ino rozlane…

Mniam!

Bardziej mój klimat.

Facebook, strona i Instagram dostępne, a tam wiadomości o nowościach i oczywiście kiedy można wpaść i gdzie kupić.

To tak z moich ostatnich i pewno jedynych zabaw w turystę w tym roku… serio, nie daje się oddychać… i zresztą, nie oszukujmy się, nie ma za co… w końcu też jestę artystą!!! No weźcie, dokarmiajcie. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogi Jelitkowe… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg od miecia, posiadania…

„O żesz kurde, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane chciała go poznać. No jak się chciała przyjaźnić z nim, tak naprawdę, może nawet wiecie, nie że jakieś fejstajmy, ino eye to eye nawet, desperatka… Oj jak się chciała, wiecie, w jakiś barter może wejść, czy coś… ale nie…

… nic z tego.

Niby był, istniał, czasem jego cień ją omiotnał, coś się szakalsko zaśmiało w krzakach, a potem i dźwięk nie istniał i krzaku nie było, zamiast niego był jakiś tam dziwny cień, który potem był dymem, potem mgłą, a potem, coś się w niej dziwnie krzywiło, jakieś dreszcze, jakieś myśli…

I tyle.

Kurde… nic nie pomagało, ni ofiary, ni pisane listy do Mikołajów, wszyscy rozkładali ręce, inni chcieli rozkładać namioty czy coś, wiecie, cyrk zajechał… pchli, ale poza tym znikąd pomocy, wysyłała one światełka do nieba i do piekła bo w końcu u niej balans w tym rejonie być musiał.

Zawsze.

Ale nic z tego.

Nie pomagały nawet jakieś tam, wiecie, sprawy takie dorosłe. Zawołania. Ogniska, dymne znaki, wieńce z kwiatów rzucane w powietrze, czasem źle wycelowane, ale sąsiedzi już chyba przywykli, albo woleli udawać, że nic się nie dzieje, a może jednak prawdą było, że jej nie zauważali…

Nie żeby się domagała zauważania.

Po prostu, tak jakoś, lepiej by nie widzieli gdy krwią obelisk oblewasz, nic to, że ona lekko rozwodniona i soku z buraka dodane, wiecie, to ino dla smaku i wrażenia zewnętrznego, no jakoś tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A na zewnątrz…

Chyba havgus?

Bo zwykle havgus oznacza jednak jakiś chłód, a to mleko, które zdaje się być możliwym kroić nożem, czy nawet ostrzejszymi słowami, to coś… dziwnego, jakby otworzyły się bramy innego świata i wiecie, coś się zmienia, coś zostaje naruszone, coś… się zmienia, jakby… ale tylko na chwilę…

Już po kilku minutach chłód wkracza i powinieneś się nabrać, że to ten sam znajomy havgus, ale jednak…

No właśnie…

To wciąż coś dziwnego.

Coś bardzo przerażającego, ale i fascynującego zarazem, coś takiego bardzo przytłaczającego, ale jednak i coś, w co chcesz wleźć i olać to wszystko, dostać różków, ogonka, może i skrzydełek, choć to wiecie, będzie fizycznie jak u bączka, ekhm, w moim przypadku, ale jednak…

Coś…

A wczoraj było dosć ciepło, choć wiało.

Ciepło, ale wiecie, tak nie do końca, w końcu pojechaliśmy do Allinge i, no wiadomo, turyści i tak dalej, tłok szum… no właśnie… eee, jakby to powiedzieć, nie no, wszystkie miejsca pod Netto zajęte a dzieciaki kowidowe dookoła latają, ale jakoś tak… nie ma wypełnionego portu, co więcej, na powierzchni wody unosi się zakaz kąpieli. Sprawa, która załatwiła mnie jakieś dwa lata temu…

Boleśnie.

Tak, algi zakwitły.

Kurde no…

Niby człowiek raczej mógł to przewidzieć, bo te jebane upały naprawdę dobijały i były obecne nie tylko tu, ale dookoła tego, jednak w końcu dość wewnętrznego morza. No i wsio zakwitło. A co się będzie opierniczać. Przecież może. Pewno na wybrzeżu Szwecji pojawią się one rzadkie potwory…

Ech…

Ale, jeśli chodzi o Allinge, to mimo poniedziałku ludzi niezbyt wiele. Jedna mała sesja zdjęciowa, wiadomo, coś trzeba zrobić, zakupy, człowiek jednak nazbyt dobrze wie, że u nas ceny są jeszcze wyższe, więc… no oczywiście, że wyprawa na Marken też… czyli przejazd przez miejsca, które są gotową sceną dla kolejnej części „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” czy czegoś podobnie zabawnego… naprawdę, kurna, jakie zadupie. Kościół w Olsker stąd widać, ale tak szczerze ino pola, jakieś cudowne nieużytki, gdzieś zabłąknaa krowa w dziwnym, szarawym kolorze, no wiecie, jak mięso się gotuje i takie coś pływa, no w takim…

Pewno upał…

Ale, Marken ma warzywa. To coś, co powstało kilka lat temu i chyba dzięki internetowi mogą sobie pozwolić na sprzedaż w większości z onego zadupia. Ziemniaczki pycha, mają i marchew i wszelakie zieleniny i jeszcze oczywiście są i cuda jak koper włoski, czy buraki, ale… ilość tego i cena…

Ech!

Ale i tak wciąż lepiej wziąć tutaj niż w sklepie, gdzie żarcie jest z Hiszpanii.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg od miecia, posiadania… została wyłączona