„Z drewa był, ale nie na biegunach… jakby północny i południowy nie zajmowały mu miejsca w grzywie…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Łowcy skarbów” – … Jurgen Gottschlich i Dilek Zaptcioglu – Gottschlich… erm, no tak. Muszę przyznać, że zaintrygowały mnie nazwiska, więc wpadłam w Google i się okazało, iż podróże i świat mają chyba w małych palcach, ale ta opowieść… no cóż, opowieść jest prosta. Taka trochę ograna. Rozdział po rozdziale. Co kto abrał, kim był, jak go chwalili, a teraz nienawidzą… Dobrze napisana i jeśli to kogoś pierwsza książka tego typu, to mu „styknie” wiadomości, dla tych co co nieco wiedzą o archeologicznych przypadkach, cóż, powtórka z rozrywki, pięknie wydana, z obrazkami… ale trochę niedkończona taka…
Po łebkach… no i ograniczona mocno.
Rozumiem, iż pojęcie orientu może narzucać ostre ramy, ale serio, tylko tyle, tylko Niemcy… z tego co pamiętam, to byli i inni. Jednak, cóż, może i oni dla autorów najważniejsi, a może o innych lepiej nie pisać? To jest ważne pytanie, zastanówcie się o ilu nie napisano… o ilu milczą wieki…

Nusnäs… konie po betonie poszły…
… czyli podróżowanie dalej.
Najpierw jedziemy w górę Szwecji, się znaczy na północ, i to w końcu serio na północ, taką bardziej północną, ale wciąż to nie do końca północ, raczej dla większości środek, no ale… Po drodze są drzewa i widoki. Jeziora i drzewa i skały i kolory. Wczesność jesienna zmienia się powoli w jesienność, pada właściwie codiennie, ale nie tak ciurkiem dzień cały i noc, ino w porywach i szaleństwie… ale te drzewa… te rzeki, szerokie, pełne Utopic i Utopców, tudzież whatever się tam mianują, wiecie, te gendery dziś, idzie oszaleć… gdyby tylko człowiek nie był już szalony. LOL
Drzewa…
… drzewa tutaj są piętrowe.
Jakby drzewne blokowiska dookoła was.
Wszędzie. Wszystko wydaje się być drogą i masą onych zielonych drzew o wszelakiej jednojasności, ale i też różnowysokości… no wiadomo, uprawne, ale jednak, wciąż piękne… w końcu trzeba się gdzieś zatrzymać. Na chwilę tylko, no dobra, na dłuższą, bo stąd do Salen już ino godzina…
Nusnäs…
Miasteczko, osada, niby wielce na mapie, ale ludzie zatrzymują się przy sklepach, a dalej… nie wiem, jezioro, dekoracje ścienne i okienne, konie, łosie za ramami, znak informujący całkiem oficjalnie, ostrzegawczo, z trzema kotami w trójkącie żółtym z czerwoną obwódką… iż koty tu mieszkające nie znają zasad ruchu drogowego… więc sam na nie uwaaj. Tak serio… często w Szwecji mają koty w znakach, albo uwaga, szalone krowy… albo łosie… wiadomo!

Jedziemy tak docelowo do Sälen, ale najpierw w rok konia dwa sklepy, dwie fabryki, struganie, wsędzie zapach żywicy, a ceny pod niebiosa hosanny trelują. Ja pierdziele, no nie, no serio? Przecież wiem, że ta wasza robota to maszyny, to widać, sami to pokazujecie, więc za co tyle simoleonów? Za co? Ale z drugiej strony, no tradycja, więc… można se nabyć konie n0 nie zmuszają, takie niemalowane, co to im coś nie tak, więc są na rozpałkę, więc… no co? Trzecia jakość, czy coś… Do tego nożyk i już, w domu se dostrugam… Okay, przyznaję się, że nabyłam też konia malowanego od jednego brata i drugiego, i takiego miniaturowego… i takiego… no właściwie to raczej nie od braci, ale chyba raczej ich potomków, bo przecież to szaleństwo końskie tutaj, to trwa od jakichś stu lat… Dawno temu dwóch braci zaczęło je strugać jakoś tak bardziej komercyjnie i teraz każda część Szwecji ma swój kolor…na koniu go ma!
Sälen ma zielony…
Ale… jezioro w miasteczku końskim zwie się Siljan, jest też czerwone… logiczne, tutaj wszystko jest czerwone, Falun grzmi i buczy. Dalarna. Po sezonie cicha i cudowna. Ciepłe wody, spokój, wszędzie te drewniane domki, no magia! I pomyśleć, że były se dwa Olssony, a przynajmniej tak wieść gminna niesie, które se strugały… ale dlaczego Nils ma jeden shop, a Grannas to sklep Jannasa? I tak obok siebie, niby konkurencja, a jednak, czy na pewno? Eeee… cóż, nie wiem, ale wiem, iż najważniejszy jest kurbits. Znacy, każdy głupi wie, iż robienie zabawek z drewna istniało zawsze. Kto nie miał jakiegoś pradziadka, cy praszczurka, co to se dłubał? No ja nie miałam, ale… weźmy to romantycznie… siedi se, pyka fajeczkę i struga. Lecą wiórki, a kawałek drewna nabiera kształtów bestii… podobno w XVII wieku struganie akurat koników było bardzo popularne, ale ono malowanie i fabryczność tych bestii to stworzono tutaj.
I kurbits… czyli marzeniowy kwiat na ich grzbietach, który sam w sobie jest legendą i zaklęciem?
Wymarzony…
Nie wiem, babka w Grannas nie umiała powiedzieć, w ogóle muszę powiedzieć, iż ufni są tam strasznie! Koleś dał nam konie i powiedział by zapłacić gdzieś tam… no przecież mogłam uciec? A może tutaj do akcji wchodzą te koty?
Mniejsza… bardzo miło, pięknie, drogo i tyle. Przyroda jednak za darmoszkę, patrzenie też i wąchanie drewna i stara łódź, to jeioro, ten jakiś spoków, jakaś taka usypialność, coś więcej w onej architekturze, malutkich smaczkach zdobień. Ale… bo zapomnę, u drugiego brata, czyli tam jego praprzodków, czy kogo tam, dostaniecie nie tylko one typowe konie, ale też i świnię, koguta, oraz konie w typowym „starym stylu”…
Dlatego warto zajrzeć w obydwa miejsca, w końcu patrzenie jest za free.
Ale nam samochód sosną pięknie pachniał!
Miodzio! c.d.n.









































