Pan Tealight i Dziewczynka ze studni w odpływie…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, która znowu wyjechała, znaczy, nie żeby robiła to często, ale jednak, jakoś tak, zawsze to zauważali, zawsze, gdy jej nie było czuło się oną Pustkę. Wielką i wciągającą, narzucającą się oraz proponującą dziwnie tanie usługi oraz produkty…

No serio, choć to zakazane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarny lampart, czerwony wilk” – … to jest dzieło na miarę dzieł. Zderenie  mitami, które osobnikom eeee… białym, sporadycnie są oferowane przez literaturę. Nie mówię, że nigdy, sama zaczytywałam się w legendach o dziewczęgach i krokodylach, ale to… to niesamowita powieść. Piękna, buzująca kolorami, kształtami, pełna wirów i niebezpiecznych skrętów, pełna odpowiedzi, ale często skrywająca pytania… opowieść z innego świata, tak… wiem, iż wielu aspekt seksualny, który tutaj jest zwyczajny, normalny, może odpychać, ale błagam, więcej seksu znajdiecie w pornnych wiadomościach.

Opisy?

Że dosłowne… no sorry, to nie bajeczka dla grzecznych dzieci… a jak Maas kopuluje na prawo i lewo, to jest okay?

Nie to nie romantazy, i nie historia dla onych współczesnych, zakochanych w barwnych elfach, które czasem lubią w akcie rozkoszy tłuc się po tyłkach, tutaj magia jest brutalna, prawdziwa i naturalna. Coś, o czym zapomnieliście… wielu z was. Coś, co niegdyś istaniało w literaturze naturalnie.

Autor jednocześnie jest barokowy, a z drugiej strony niczego nie ma tu w nadmiarze… istnieje historia, o nim i o niej i o nim… O miłości i rodzinie, pragnieniach, dziwności dorastania, potrzebach, które często są niezaspokajane… o wszystkim. Jest też inny świat, inni bogowie, inne zaklęcia i inne ich reperkusje. Wszystko jest cudownie  odmienne i spójne, chociaż, należy przyznać, i powieść wymaga uwagi. Wymaga onego acytania się w niej… oddania się jej.

I warto.

Z cyklu przeczytane: „Krystyna córka Lavransa” – … ha! Oto jest książka. Coś, co pamiętam  dzieciństwa i musiałam odzyskać i się udało. Coś, co czytałam jako nastolatka tak wiele razy, że teraz, chyba nie powinnam być zdziwiona tym, gdzie mieszkam i gdzie jeżdę na wakacje. Co wybieram?

Jak myślę…

Saga.

Powieść, która się nie zestarzała, dla tych kochające historyczne, rodzinne, pełne pasji i magii, ale też… dziwnie swojskie, bo w końcu nihil novi, jeśli chodzi o człowieka. Opowieść o dorastaniu, przemijaniu, zakochiwaniu się i nienawidzeniu… o człowieczeństwie w onej przeszłości, w której jeszcze starzy bogowie dychali… i o walce. O to, w co się wierzy. W co się wątpi…

Skandynawska, no w końcu to saga. LOL

Tiaaaa… ostatni dień sierpnia zaczęliśmy od szukania ładowarki w Motali. Śliczne miasteczko, kanałowe… LOL warto zobacyć, ale nie w panice osobnika fotografującego, któremu baterie wychodzą i prostestują przeciwko diecie, czy też raczej braku diety… znaleźliśmy coś, przy okazji mnie uświadomiono, iż jestem antyczna jeszcze bardziej niż bardzo, no ale…

… w drogę…

Najpierw czerwona stodoła.

Nie, nie ma jej na mapie, nie jest sławna, chyba, po prostu zobaczyłam ją, ona mnie, w tym świetle, pod tym kątem, no prawie omdlałam, razem z tymi moimi protestującymi bateriami i dziwną ładowarką, która wciąż była wielką niewiadomą – spojler alert, okaże się, że diała, ale jest dziwożoną straszliwą! – no ale sesja fotograficzna, a potem jeden z bardziej malowniczych kręgów kamiennych, datowany na epokę żelaza – skibet… miodzio… i ten dąb w środku, takie to wsio magiczne, aż trudno się na science skupić! Tak cicho, tak jakoś pusto, ale i pełno, podobno krowy tu straszą, ale my trafiliśmy ino na suche placki… więc nie wiem…

… duchowe krowy?

Ciekawe jakie dają mleko?

Nassja, bo o tym 44 metrowym kolosie mowa. 24 kamienie i resztki młyna, ma niesamowite ułożenie i głazy, które zgadzają się ze stworzonym przeze mnie profilem, więc wiecie, ech te emocje… tia, wiem, kamienie na polu pełnym kup, a tej się podoba… no jak Chanel, czy coś. LOL

Alvastra kloster przeraziła mnie na amen… po wszelako nie aż tak długiej podróży, pośród niesamowitych nieboskłonów i barw wszelakich natury, spod butów wyskoczyła mi dłuuuuga żmija. Chyba żmija, no nie wiem, wężowate, na poświęconej ziemi, no ja już tutaj mam teorie… Oj mam. Ale ruiny klasztoru Cystersów piękne. Niesamowita kamieniarka, średniowieczna robota, wciąż do użytk, no ino dach dać… jakąś podłogę… aczkolwiek węże, Adam i Ewa, jabłka chodowane w ogrodzie, oraz inne dziwne roślinki, i jeszcze ta inna lawenda, to mi pachnie czarną magią… ekhm, szczerze. Pięknie tam i trochę obezwładniająco zarazem. Ale polecam, na sesję zdjęciową, ślubną, czy zaręczynową, no te łuki!!! Ten kolor kamienia!

Röksten i Hästholmens…

Rök stone… kamień runiczny, po prostu powala. Cicho stoi pod kościołem, pod daszkiem, ma swoje open museum… wszystko wydaje się być zbadane, ale… Ale ten tekst, te znaki, no ja rozumiem, że autor miał horror vacui, ale serio jakoś tak po prostu powala… Jedno z tłumaczeń tutaj:

„In memory of Vámóðr stand these runes. And Varinn coloured them, the father, in memory of his dead son.
I say the folktale / to the young men, which the two war-booties were, which twelve times were taken as war-booty, both together from various men.
I say this second, who nine generations ago lost his life with the Hreidgoths; and died with them for his guilt.
Þjóðríkr the bold,
chief of sea-warriors,
ruled over the shores
of the Hreiðsea.
Now he sits armed on
§B his Goth(ic horse),
his shield strapped,
the prince of the Mærings.
§C I say this the twelfth, where the horse of Gunnr sees fodder on the battlefield, where twenty kings lie.
This I say as thirteenth, which twenty kings sat on Sjólund for four winters, of four names, born of four brothers:
five Valkis, sons of Ráðulfr,
five Hreiðulfrs, sons of Rugulfr,
five Háisl, sons of Hǫrðr,
five Gunnmundrs/Kynmundrs, sons of Bjǫrn.
Now I say the tales in full. Someone …
I say the folktale / to the young men, which of the line of Ingold was repaid by a wife’s sacrifice.
I say the folktale / to the young men, to whom is born a relative, to a valiant man. It is Vélinn. He could crush a giant. It is Vélinn …
§D I say the folktale / to the young men: Þórr.
§E Sibbi of Vé, §C nonagenarian, begot (a son).”

Inne…

„The Rök stone text translated, and the answer to the nine riddles with textual parallels on Old Norse or Anglo-Saxon poetry.

After Vamoth stand these runes. And Varin, the father, made them after the death-doomed son.

Let us say this as a memory for Odin, which spoils of war there were two, which twelve times were taken as spoils of war, both from one to another?

Answer: The sun and the moon

Riddle 29 in the Exeter book: The monthly battle between the sun and the moon over the lunar light

This let us say as second, who nine generations ago lost the life in the east but still decides the matter?
Ride the horse did the bold champion, chief of men, over the eastern horizon. Now he sits armed on his horse, his shield strapped, foremost of the famous.

Answer: The sun

Vafthruthnismal 46–47: The wolf kills the sun after it has given birth to a new sun
Vafthruthnismal 11–12: The rise of the sun is a ride
Grimnismal 38: The sun has a shield

Let us say this as a memory for Odin, who because of a wolf has suffered through a woman’s sacrifice?

Answer: The sun

Vafthruthnismal 46-47: The wolf kills the sun

This let us say as twelfth, where the wolf sees food on the battlefield, where twenty kings lie?

Answer: On the battlefield of Ragnarok

Vafthruthnismal 17–18: The last struggle on the battlefield

This let us say as thirteenth, which twenty kings were on the vast battlefield, of four names, born of four brothers?
Five Valkis, sons of Rathulf, five Hraithulfs, sons of Rogulf, five Haisls, sons of Haruth, five Gunnmunds, sons of Bern.
And for Odin a memory . . . (partially unreadable)

Answer: The warriors of Odin

Vafthruthnismal 40-41: The warriors of Odin practice for Ragnarok
Grimnismal 23: The warriors of Odin meet the wolf
Eiriksmal 7–9: Five kings accompany King Eirik to the battle against the wolf

Let us say a memory for Odin, dare!
[Who is] a protector of sanctuaries for a brother?

Answer: The sun

Vafthruthnismal 22–23: The brother of the sun is the moon
Lausavísa by Skúli Þorsteinsson: At the setting of the sun it retires to its sanctuary

[Whom] does the wolf redden with blood?

Answer: The sun

Vafthruthnismal 46–47: The wolf kills the sun
Voluspá 41: The wolf reddens the abodes of the gods with blood

Let us say a memory for Odin to the young man, to whom is born an offspring? It is not a lie.

Answer: Odin

Voluspá 55: Odin’s son Vithar

[Who] could beat a giant? It is not a lie.

Answer: Vithar

Vafthruthnismal 52–53: Vithar kills the wolf
Voluspá 55: Vithar kills the wolf

Clash!

English translation of the inscription: CC-BY Henrik Williams, Per Holmberg, Bo Gräslund, Olof Sundqvist”

Stoicie przed pięciotonowym głazem i zastanawiacie, czy w tym zakopanym końcu, no na nim też coś jest, ukryta prawda… czy runy mogą kłamać? Chyba nie? Ale wiadomo, runy to jednak epoka wczesna, jak dla mnie, więc po tym jak człowiek się napodziwiał, naczytał i tak dalej, do Hästholmen.

To jednak 3000 lat… i helleristningery! LOVE!

Ryty niesamowite, rozrzucone, na płaszczyźnie, trochę inaczej, z widokiem na jezioro, które zdaje się być morzem… wzywa… i piękne jest, jak już się nazachwycam tymi statkami, postaciami, tą ilością „dołków”, łapą misia. Tą różnorodnością. To pojedziemy nad one jezioro i będę żałować do dziś, że jednak nie weszłam do wody, ale wracanie taki kawał z mokrym zadkiem. Ale ta woda wzywała. Czysta, inna od morskiej, tak bardzo inna… a jednak podobna…

c.d.n.

I tak zakończył się sierpień.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewczynka ze studni w odpływie… została wyłączona

Pan Tealight i Niewybrana…

„Pod onym twardo koronowanym zadkiem, czy też raczej tiarowanym? Oraz koronkowymi gaciami ze wstawką z batysty i szermierza, kryła się księniczka… co wierzyła we wszystko, a specjaliowała się w ogrodnictwie. Jej szczególnym odkryciem był sławetny… kompost z wrózek…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dzieła zebrane Jane Austen” – … no tak… powiem szczerze, do badań nad literaturą się to nadaje marnie, z prostego powodu… ręce. No chyba, że serio macie je spore i zdolne ciągle trzymać spore tomiszcza, wtedy to nie ma rozmowy. Ale ja nie chciałam powieści, tomików do badań nad literaturą Austen, tylko zbiór jej dzieł… zwyczajnie, po prostu, no i to zakupiłam.

Jeśli zamarzy mi się sypianie z Rozważną, to roważę nabycie miękkiej okładki. Po prostu… to moja wygoda. Ładna oprawa, ale tak szczerze, jakoś tak, jako ktoś, kto od poczęcia karmiony był onymi książkami, przynam, że tak, te okładki obecnie to cuda i wianki, ale… czy mnie ruszają? Intrygują, jednak… i tak lepiej obłożyć okładkę, wiecie, jak się toto targa w naturę, czy podróż…

Chcialam mieć JĄ! Autorkę ONĄ w pełnej postaci. Dziwnie to może brzmi, ale pewne powieści po prostu musę mieć, więc… wiecie, tak na wszelki wypadek, jak mi się zachce czytać… jak mnie najdzie.

I to tym jest… siadacie sobie, jesiennie jest, wrzesień szumi i deszczowi… spojler taki, że jak najbardziej wrzesień w końcu zazielenił Wyspę. I tak, przegapiłam to, bo mnie tutaj nie było, ale już jestem… więc jest romantyczna aura, kubek parujący i takie tam i lecicie, od Darcy’ego po dostojne rozkoszności, czy te ponure opactwa… Opowieści o kobietach, świecie, o wszystkim tym, cego ju nie ma.

O przeszłości, która jeszcze tak niedawno była wspomnieniem, wciąż żywym, a teraz, wszystko AI. Tak, cięta jestem… ale mi chyba od początku nie do końca po drodze było  tym wiekiem… jakoś tak.

Piękne wydania, i czyta się!

Wiecie jak to jest, gdy budzicie się w łóżku, całkiem trzeźwi, ale jedak nie do końca kumacie gdzie jesteście, dlacego i który jest? Na dodatek premenopauza daje się we znaki, spuchnięciście jak po wielkim… nie wiem czym, nawet lycra się buntuje, tak reaguję na te leki na chorobę lokomocyjną, nic na to nie poradzę, a lepiej brać, więc… no dobra, więc budzi się człek wcześnie, ale bez przesady, i nie wie gdzie jest.

Nie ma pojęcia.

Następuje ona dziwna chwila, gdy mózg przystosowywuje się do nowości…

Do innego.

I w końcu zaskakuje, że się kurna umówił i musi się ruszyć, chociaż wczoraj nałaził się jak głupi, dodatkowo przebył kawałek świata, więc… jest zrąbany… dupsko boli od siedzenia, przebodźcowanie i tak dalej… wolałby ostać w łóżku, tym bardziej, że pada, miło i chłodno, w końcu, po tych letnich saleństwach, kurde, no mógłby człowiek porobić nic, ale nie jesteśmy w tym dobry, więc po względnym doprowadzeniu się do porządku ruszamy do Örebro!!! Polecam!

Serio!

Nawet z onym deszczem blednącym, te widoki takie inne, piękne, ono niebo, te zielenie, domki, pola, drzewa, no wszystko no, a i potem się przetrze, więc bez boja, zresztą, człowiek ma plany. I tych planów nie będzie zmieniał, przynajmniej na razie tak myśli, ekhm, no co? Skąd miałam wiedzieć, że ten skansen taki wypasiony, no i słońce wylezie, ale nie będzie paliło…

… i w ogóle!

Ale… Örebro!

Ktoś by pomyślał, no ot miasto jak inne, no i prawda, ale ten park, skansen i architektura domków, slott oraz wszelaka swoboda ruchów – AKA uważajcie na rowery!!! – albo join them!!! Do tego rzeźby! Sztuka tutaj jest wszędzie, swoisty horror vacui, ale… najpierw umówione spotkanie, na szczęście w skansenie, gdzie znajdziecie naprawdę przesłodkie sklepiki ze wszystkim, piekarnię czy kowala!

No co…

Pamiętajcie jednak by poza kartą, czy telefonem, mieć jednak przy sobie gotówkę. Bo często tylko nią zapłacicie. A! Ważne, wejście na teren skansenu jest bepłatny, ale już do wnętra amku zabulicie za bilecik, ogrody ocywiście dla populis, więc polecam sczególnie, bo mnie oczarowały!!! Ale od początku… najpierw slep „glad!” bo mają tam Smiski i Sonny Angels i inne cuda. Takie tam pierdolety z Europy i Azji, niektóre handmade, super chruper… tutaj mieliśmy spotkanie, ale też wydałam cenne dinary, więc… ekhm, no wiecie, jedni wolą te tam all inclusive, a ja mam dziwne upodobania. I fajno! A co! Trzeba być sobą w końcu… i powiedzieć, że na ten skansen warto zarezerwować cały dzień. Bo nie dość, iż domków w nim cała masa, sztuki też, to jeszcze mają miejsce na wyżerkę, wszystko nad rzeką, no po prostu cudo do pooglądania, dokształcenia się, do tego zamek na wyciągnięcie ręki, kroków kilka, parki, po prostu raj…

I ten park, ten pod samym zamkiem… ekhm, no cudo, te drzewa, kwiaty, rabaty, rzeźby stapiające się z naturą, albo zaglądające w wodę, po prostu… i ten stary drzewostan!!! OMMI Na dodatek na diedziniec zamku wejść możecie za darmo i naleźć wyrąbany pewno z okna żyrandol… taki tam manisfest artystycny… może się jej nie podobał, wyjebała, a stary i tak nie chciał kupić owego, więc…

W tym mieście jest tyle opowieści.

Takich już opisanych i takich, które sami sobie tworzycie w głowie! Po prostu chodzicie i one w was się wykluwają.

Jak ten alien rąbany.

Kształty, kolory, cienie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewybrana… została wyłączona

Pan Tealight i Księżniczek w Wieży…

„… bardzo długo nie byl świadom tego, co tam robi i dlaczego.

Po prostu kiedyś się obudił z guzem na czaszce w dziwnie różowej garderobie, gdzieś na szczycie szczytów, w górach, ale i pośród drzew, z migoczącymi jeziorkami, nicym oczami potworów, które wiedziały, ale wrednie nie chciały mu powiedzieć jak i co się w ogóle, tak naprawdę, wydarzyło…

O nim w końcu one cudowne, wielkie i barwne mity i baśnie nigdy nie opowiadały, które czytywali mali i duzi, a to, że go ubrali wtedy w tę kieckę, no nie dało się tego odwrócić, durne przebieranki… to pamiętał, przecież nie miał takich konotacji w sobie, ale zabawa była i dziwnie smakująca nalewka, może i naprawdę chłopaki popiły, on też był azaliż li raczej mało trzeźwy i tak jakoś to wszystko wyszło.

Nawet go księżniczkiem nazwali…

… śmiał się wtedy…

… cały lud królestwa zrozumiał opacznie wszystko co mógł, a resztę sobie dopowiedzieli, więc miał przerąbane. I jeszcze nałożyli mu to ustrojstwo metalowe na włosy, rzecz prawdziwa, no długie je miał i złociste, wszyscy zazdrościli, nawet ona… a jak nie zazdrościli, to ciąć chcieli, że na zaklęcia, czy coś… Ona też. I perukę z nich przecież nosiła, warkocze plotła; kiedyś się przyjaźnili, ale potem lata mijały, dzieci przekształcały się w dorosłych, coś się zmieniało…

Zmieniło?

I on skończył tutaj, z tym smokiem wielkości chihuahua’y.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay, droga była interesująca.

Wiecie, inna część Szwecji jednak, ielona, płaskawa, ale nie do końca… awse jakoś tak, wiecie, no ja tam muszę do morza, przy morzu i tak dalej, ale jednak, te lasy, te dziwne części świata, który lekko znam. Östergötland jednak ledwo liznęłam kiedyś tam, przejazdem… a teraz, tia, miałam plan, ale plan znowu sie zmienił, więc najpierw będą dwa kamienie, a potem…

… cuda wianki!

W końcu nie można tak od razu, no wiecie, do sedna sprawy… a i na siku się trzeba zatrzymać, czy coś w ten deseń?! I tak w sobotę przed objechaniem kawałka jeziora Vättern zaczynając od Jönköping po Nykyrka, przez Motala. Zaraz, a może nie, Motala to dopiero będzie, bo się okaże, że fotograf nie wziął czego? a no ładowarki nie wziął do baterii. A wiecie, takich jak ja potrzebuję to już podobno nie robią, a na zadupiu, a i jeszcze w weekend, czy li nawet po nim, to trudno będzie o pomoc… ale będziemy szukać, jak szaleńcy. Google górą!

I tak, Chowaniec miał wziąć, więc oficjalnie to jego wina! LOL

Ale, kamienie.

Wypasione, runiczne, do tego grobów kilka kilkanaście, wiadomo, to, co Wiedźmy lubią najbardziej obok innych najbardziej lubianych rzeczy. Te wiecie, antycznie ustosunkowane. Najpierw Replösa… niesamowite miejsce, ieleń, pole, kamień runiczny, krąg kamienny, wspomnienie życia z młodszej epoki żelaza. Jak to mawiają, z Wikingów ery, no wiecie… wszyscy zapomnieli, iż iść na wiking to jedno, a być Nordyckim osobnikiem, to drugie i tyle… Ale, kamień, jak głosi sam on, postawił Gotrad swemu ojcu, Astradowi, co to wielkim wojem był! Poza tym jednak są pozostałości grobów, życia, domów, a wszystko pod taką zielonością skrapianą mżawką, że moja wysuszona dusza aż się zadziwiła mocno…

… na taki deszcz.

W ogóle, cała ta okolica, wdłuż onej drogi warta jest objechania i obejrzenia. Ruiny, kręgi, megality, runy, co komu w duszy świszczy, do tego drzewa, rzeki, tyle tych rzek, takie one inne… takie tajemnice, rusałek i wodników na pewno pełne. Drugi kamień, pochodący z XI wieku, więc względnie, jak dla mnie, młodzian, postawiony został przez kogoś (nieczytelne) bratu imieniem Fare. Oby bóg mu dopomógł, a dokładniej jego duszy… Może nabroił coś, czy coś innego stawiający miał na myśli, nie wiadomo? Toftaholm było miejscem, w ktorym na chwilę zaświeciło słońce…

… na one runy, na ten krzyż.

Ale…

… w końcu po tej całej drodze, dniu, onych wertepach i ich braku, po tym objeździe jeziora, które było niesamowite, nawet tylko z okien auta, po widoku onych płaskości oraz wszelakich wypukłości, czy nawet górowatości… i jeszcze te rzeki, czy ja wspomnałam o rekach? To taki dziwny, całkiem inny świat, chociaż wciąż jazda tutaj  duńskimi blachami nie jest bezpieczna. W IKEA oberwaliśmy od Szweda w drzwi… no serio, no weź no kurde… i co teraz? Wgniecenie, krecha biała, serio musiałeś?

Dobrze ci teraz, lepiej jakoś?

Satysfakcjonująco?

Ale… to zawsze jest taki dreszczyk niepewności, strach prawie, refelksja zaprzeszłych błędów, wiecie, gdy człek podjeżdża pod domek, który wynajął. Opłacił miesiące wcześniej, zaklepał i tak dalej, obejrzał na mapach, podejrzał w innych opowieściach… i odetchnął jak podjechał, bo rzeczywiście prawie nówka nie śmigana, podłączenie dla auta jest, do tego drewienko, okay, bateria i dach obłożony panelami słonecznymi, lodówka wielka jak w Hameryce… na bogato… ale pokoiki malutkie, na szczęście łazienka jest, kibel nie jest wybuchowy, AKA ekologicny… no co, się nie chcę stresować w kibelku! Nie dla mnie one przenośne toalety!

… więc teraz w kimę, a jutro oglądać to, co tylko widzieliśmy z okien!

Albo i czego nie widzieliśmy…

Serio?

Deszczownica jest, ale nie działa? Naprawdę? Helloł?! Ja zapłaciłam! LOL Może to w subskrypcji… buahahaha!

PS. Ktoś wie co to za zapach drewna, który rozpylają w onych drewnianych domach? Bo chcę kupić do swojego!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżniczek w Wieży… została wyłączona

Pan Tealight i Komar Wiedźmi…

„Najpierw miała kota, nagle jakoś tak go miała, i nie miała, potem kot zniknął, a teraz objawił się Komar, który wybrał ją i tylko ją… pragnął jej, czego nikt inny nie rozumiał, nawet, co warto wspomnieć, zwyczajnie ich to trochę brzydziło, takie wybieranie, dobieranie się, one pryszcze, bąble i całe to ssanie, wysyanie, się karmienie Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane…

A może byli zazdrości, tylko i wyłącznie, anormalnie zawistnie choć i dość zwyczajnie, też chcieli kogoś, kto chciałby ich tak dotykać, tak bardzo i wybitnie pożądać, i godzić się na bycie tylko tutaj, przy niej i tylko w godzinie jej, i tak skomplikowanego, zasypiania, no wiecie, miał jednak swój głęboki i dopracowany rytuał smakowania onej wspólnotnośi? Moe tak było? Ale nikt by się do tego nigdy nie przyznał, w końcu ona była wiedźmą a on komarem…

Wiecie, to niezroumienie dla uczuć…

Chociaż, jeśli chodzi o uczucia Wiedźmy Wrony, a ona je miała, wielkie i potężne, z żelaza, stali i żelbetonowych podpór, obwarowane może, nie do końca dla wielu zrozumiałe oraz naszkpikowane dynamitem… miała je i w tym prypadku były nadzwyczaj widoczne, nadzwyczaj wymowne i często kończyły się wulgaryzmami.

Gdy tylko zaczynała słyszeć ten dźwięk serfując na granicy snu i wszelakiego czegoś, co ludzie zwali rzeczywistością…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedzenie…

Tak dawno nie kupowałam książek, że po prostu czuję się głodna, wyposzczona oraz wszelako niespokojna… Bo tutaj, gdy kupujesz, to wiadomo, trzeba sprawę przemyśleć logistycznie. I to mocno. W rejonie cen, ceny przesyłki i w ogóle, na ile sobie pozwolić i co kupić… tyle tego AI i badziewnego pisania wychodzi, przy którym dawne Harlequiny to wprost poemy… że jest trudno… Serio. Ale coś mam.

Wyczekane i całkiem niespodziewane…

Nom nom nom!

My precious LOL

A jak już jest co czytać, to można jechać na wakacje…

… okay, te będą szalone, a przynajmniej takie są w planach. Cenowo na pewno będą dołujące po powrocie, ale człowiek uskładał, głodował i tak dalej… No i przecież tak dawno nigdzie nie był… i tak, jedziemy na Północ. No sorry, ale ja nie jestem ciepłolubnym stworzeniem, ja chcę zimna, koni, łosi, reniferów, oraz chłodnych wód Morza Północnego i jezior, onych niesamowitych czarnych oczek… tej niepewność, co a kraken tam siedi… jeziorny oczywiście, ale jednak.

Zeżre ofiarę, czy jednak nie?

A może się nadam na trochę nadgryzioną zębem czasu dziewicę? No co? Czasy są ciężkie, może i ofiary mogą być lekko po best before. LOL Dziewica po przejściach, ale ofiara ofiarnie się ofiarująca?

Nie ma to jak dobra reklama!

Ale…

… oczywście jak mieszkasz na Wyspie, no to najpierw obserwujesz ceny biletów. Wiecie, trzeba zamówić wcześniej, by było taniej, no i by w ogóle było. W sezonie często jest tak, iż można zostać na lodzie. Się znaczy na rozgrzanym parkingu, tudzież w ogóle nie mieć nawet szansy, wiadomo… Tubylcowi i katamaran sola w oko! No ale wyjeżdżamy 29tego, więc właściwie już po sezonie… ale i tak nie udało się najtańszej taryfy… Ech… No nie lubią Wyspy politycy, nie lubią, chyba że trzeba odpady radioaktywne walić, czy też inne odpady… ekhm…

I tak, jak wracasz do domu, mas bilet, ale będziesz daleko w kolejce, to mogą cię nie zabrać… tia, chociaż jedziesz do domu. Yup… I nie, nie chodzisz po wodzie i nie, nie ma innego promu… nope.

Ale, my jedziemy tam…

… poranek zawsze wygląda tak samo, czyli chaos…

Wstaje człowiek w okolicach czwartej, lub może trzydzieści minut później i stara się pamiętać o tym, co zapomniał, chociaż starał się spakować wieczorem, przygotował sobie herbatkę, termos i tylko oną wodę musi tam nalać. Sprawdził oczywiście fale, ma nie bujać, lekko kropi, ale to nic… tosz człowiek nie z cukieru. Samochód przygotowany, do tego oczywiście lista pod szumnym tytułem: co zrobić, co zobaczyć, co przywieźć z powrotem. Wiadomix. Tam mają inne rzeczy i ich więcej, często dwie, trzy za jedną, tudzież z innej parafii, no całkiem inny świat.

Ale to nie jest elementem wakacji, to element powrotu do domu, a w tym momencie, gdy prom pożera cię w Roenne, to nie wiesz co się wydarzy. Wszystko jest możliwe. I tak, możesz w drodze do Ystad zaliczyć mały zgon, szczególnie, jeśli bierzesz leki na chorobę lokomocyjną, Możesz też zjeść posiłek nader wystawny, za dopłatą, oraz zaliczyć pierwszą klasę, kiedyś tam będę LOL pewno nigdy…

… no ale…

Jedziemy…

I tutaj wsio się rypło, bo mi się nagle zmieniły plany. Nie wiem dlaczego… ale achciało mi sie najierw do Kopenhagi, a wiecie ile ten most kostuje… więc najpierw Banditten, Karusela i Illum i Popmart… no co? Niektóry jeżdżą do syrenki, a ja, w inne miejsca. Też mają sztukę. Ta w Illumie piękna, one oczy, odpychające zło oczy… mieniące się, migające i wszelako dyndające… A! Masa ludzi! No serio, co wy tu wszyscy robicie? No ale… Polecam siku w Illumie, parking drogi, ale wiecie, to Kopenhaga… most drogi, parking drogi, wszelako jednak zaraz można wrócić do Szwecji… Podobno też niedawno ktoś próbwał zawracać w tunelu, wiecie, tym, co na most prowadzi, bo się pomylił… Jak można tyle zjazdów pominąć? Choć tyle ludzi ile ja widziałam gapiących się w telefon podczas jady. JPRL!

Wracamy…

Tak, jedziemy teraz do IKEA. Tak, to szaleństwo robić zakupy przed wycieczką, a potem to targać, ale tych rzeczy jest mało, no i się kończą, więc… no weźcie no!!! A zresztą, możecie oceniać… zawsze jadę wyładowana, muszę mieć swoją kolderkę!!! Na dwa tygodnie, tam… na Północ.

Ale jeszcze Malmo, a potem, potem wielkie jezioro! c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Komar Wiedźmi… została wyłączona

Pan Tealight i Wił…

„Wił wianki wił, bo lubił…

… wiecie, no ono plecenie, ono wiłwenie.

Powtarzalność ruchów, gładkość materiałów, zdechłość treści wiłnowijnych… one kawałki, one ciągłości, rwania się materiału nie lubił, ale jak się trafiły dobre i giętni cudowności, to po prostu brał je i wił. Nie bacząc na to, czy krzyczały i się wyrywały mu z dłoni, o długich palcach i kręcących się, ale giętkich paznokciach. Po prostu musiał wiłciować i wić. Zwyczajnie, i tworzyć cokolwiek, już nawet nie baczył, czy to użytkowe, czy jednak nie, czy tylko będzie stało na półce, czy przydasię…

… wił…

Wił rano i wieczorem, nawet jak robił coś innego, to jednak wił.

A jak nie miał tworzywa, jak skończyli się ci chętni i niechętni, to brał słowa i myśli i marzenia, i cienie i jeszcze promienie wszelakiego światła, oraz dźwięków intensywności, i wił, wił, wił… po prostu nie umiał inaczej. Musiał to robić. Musiał być tym, który wije, w końcu był Wiłem. Jednym z ostatnich, aczkolwiek podobno, jak głosiły legendy i przepowiednie, oraz taka tam plotka, co to przyszła do niego i już została na dłużej, wwiła się w koszyk miniaturowy i postanowiła z nim zostać, na zawsze.

Dziwił się temu, ale nie protestował jednak.

W końcu przyniosła wieści o nowych wiłach…

… którzy się mieli wywić…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niewierna” – … okay, okay, okay…

Erm… Dobra, niech będzie.

Tak, myślałam, że zwyczajnie ona niewierna po wszystkim będzie ponosić pewne konsekwencje, będzie się zmieniać, może po prostu zakończy związek, w którym jest, może coś zmieni? Może… tych pytań było tak wiele, chociaż ona „przygoda na jedną noc” zdawała się być czymś więcej, może czymś bardziej, ale… niewierna, jak krzyczy tytuł, od razu wiemy, iż komuś obiecała oną wiernosć, więc…

Czy się przyzna, czy jednak…

Tia, to ta druga opcja. Intrygująca, fascynująco pokrętna, przez co otrzymujemy opowieść wciągającą. Krótką, a jednak momentami szaloną. Prawdziwą, by nagle rąbnąć nas z obucha i postawić wszystko na rzęsach. Bo ona, bo on… oni, tutaj tak naprawdę chodzi jednak o coś więcej…

Dobra powieść.

Z cyklu przeczytane: „Idealna rodzina” – … erm… Ta książka jest niesamowita. Jest fascynująca, ale niełatwa. Wielu narzeka na tempo, inni na rozmiar, jeszcze inni, że przecież można było inaczej wszystko przedstawić, ale dla mnie jest świetna. I nie pozwala o sobie zapomnieć. Na długo. Bo to nie głupiutka opowieść o spadku, to historia o dwóch kobietach, o cierpieniu, o światach, w których wymarzona przyszłość jednak się nei wypełniła. W których ból jest czymś tak dobrze znanym, iż trzeba je zranić inaczej… skomplikowana, ale też i tak bardzo prosta…

… logiczna…

Fascynująca.

Niesamowita.

Tutaj zwykłe życie się zmienia, to przerażające odmienia, ale czy na lepiej? Czy dla nich obydwu, i jednak, co mają ze sobą wspólnego, dwie różne kobiety. Inne życia. Inne światy kompletnie inne… i pies…

Dobra powieść, zaskakująca.

Lekko mieszająca w glowie i pozwalająca na coś więcej niż tylko czytanie, na ono słodkie zamyślenie się w fabule…

W połowie sierpnia zakwit i ilość alg po prostu przerósł Wyspę.

Nadwyczajnie.

Takich ilości tego to jeszcze nie było i to przez tak długi czas, a przecież, poza kilkoma bardziej wrzącymi dniami, to raczej chyba nie do końca nasze algi, albo nie nasze morze, nie nasze ciepło?

Może?

W znaczeniu, iż to nie myśmy to wyprodukowali, oną dziwną farbkowatość wody, plastycność prawie, dziwność nadwyczajną; oną zielonkawość, w całkiem interesującym odcieniu… bo zwykle to było żółtawe, kanarkowe najwyżej, ale nie taki sage green. Nie tak mocne, nie tak gęste, specyficzne, intrygujące, ale i jednocześnie przerażające. Siediałam w porcie i spoglądałam na niewielkie fale bujające oną doskonałą mieszankę… i dziwiłam się. Bardzo…

A pogoda?

Nie, no normalna, bardziej tchnąca jesienią, która zmusiła mnie do przycięcia wszystkiego wcześniej, bo zwyczajnie rośliny przestały kwitnąć, rosnąć, produkować owoce. To, co powstało, próbuje jakoś nabrać masy lub się skolorować…

… poza figami, oj tak, dla fig to czas wspaniały.

I jakie mają kolory.

Może z zewnątrz nie wyglądają oszałamiająco, niewielkie i nie do końca ciemne, ale w środku… nom nom nom!

Czasem tam coś popada. Raz w tygodniu, może ra na dwa, chwila, moment, człowiek nagle uświadamia sobie, i z nieba coś leci, ale czy to deszcz, czy ino złudzenie optyczno audiobitne? Już nie wiem…

AI rządzi…

Gramyr oczywiście przeszedł z końcem sierpnia w tryb jesienny, a raczej umęczony, dziwnie spokojny. Jeziorko jest malutkie, płytkie, ale za to lilie na wyciągnięcie ręki, niczym one nenufary… ino zbierać… znaczy, nie wolno, ale wiecie, scena zrywania ich głęboko siedzi w mojej głowie. W końcu to nawet lektura była…

Chyba?

Na pewno…

„Noce i dnie”? Czy to było to?

Mniejsza… spokój w onym malym lasku. Parku właściwie, kij wie jak to zwać, ale cudowny spokój, baśniowy, jesienny, chrupki i diwnie smaczny… chociaż Turyścizny wszędzie wydawałoby się, iż masa. No ludzi jak mrówków, co się zleciały do jakowegoś słodkiego oklejku. Zadziwiające to… przecież już koniec sierpnia, co tu jesce robicie? No rozumiem Polaków, czy Niemców, ale reszta? Do szkół won!!! Tak, wiem, przywrócili wam długopisy i papier, o jejku, jejku, jejku, też mi wielce nie wiadomo co… trza było o tym pamiętać, by tego nie porzucać!

Ameno!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wił… została wyłączona

Pan Tealight i Marzeniowa Bimbrownia…

„A może zacząć pędzić marzenia?

Bimbrownia taka…

co wiele zmienia,

opić się można,

nawet po taniości.

Ale spełnienie

nie zawita w gości…

Siostry ze studni miały nowy pomysł, ale Pan Tealight, po tym, jak musiał naleźć miejsce na zbiorowy grób dla ostatniego pomysłu, jakoś nie do końca był przekonany o tym, co chciały mu przekaać, do czego dążyły. Jednak, gdy pojawiła się Wiedźma Wrona Pożarta Prez Książki Pomordowane wszystko się zmieniło. one ucichły, jakoś tak ostatnio to się jej bały, to jakoś je onieśmielała, by w końcu wpędzić je w doła… depresję i wszelaki angst. Ale jednak wola i pragnienie stworzenia kolejnego cudu, popychała je tak mocno, że jednak, ta najchudsa i najwyższa, wyglądająca jak brzoza, która ma zaraz się złamać, wyprysnęła z onej zbitej gromadki i zaczęła tłumaczyć.

Trochę się jąkała, ale oni słuchali tak cierpliwie i w milczeniu, czasem spoglądając na siebie, że nabierała odwagi, odchodiła od niej ciemność i wszelaka niepewność, wierzyła w siebie, była prawie pewna, iż jej się uda, zarażała oną pewnością, onym zapatrzeniem w swoją nową pasję…

Wiedźma Wrona słuchała… znaczy naprawdę się starała na początku, ale potem coś ją rozproszyło. Coś aczęło swędzić w nogę, dokładnie prawą łydkę, ale kiwała głową, potakiwała, starała się wyglądać na zaintrygowaną, nie chciała ich urazić… nie chciała im uświadoamiać, że marzeń, to była cała masa, w siódmej warstwie piwniczki Białego Domostwa, tam za Prawie Mikołajami, a dokładniej onym składem na Ogrodowe wciąż dobre Gnomice, te, co to poprosiły o pewną prywatność i mocną rozdzielność płciową…

Że problem był w spełnieniu…

… i gryzieniu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rewitched” – … oj nie. Po prostu nie… bo oto mamy opowieść, w której bohaterka jest aż nazbyt dorosła, a zachowuje się jak piętnastolatka. Nie dość, opowieść jest napisana, jakby pisała ją wysoce ugrzeczniona autorka, i może sama autorka jest taka, ale historia, ona opowieść, ten świat…

… nie, po prostu nie.

… więc, wkraczałam w tę opowieść skuszona historią o dorosłej babeczce, magicznej, do tego pracującej w księgarni… a dostałam historię dziwnie niepoukładanego babska, które „kurwą” rzucić nie potrafi, do tego przynależy do jakiegoś dziwnego, magicznego kowenu, nie kowenu, kij wie dlaczego tak ją strofują… Z punktu widzenia wiedźmiego, no sorry, ale kto się daje tak opętać… no i… ta pinda przez całą powieść nie maca książek! Serio? Jak tak można, przecież kochasz czytać!?

No ale… tia, oczywiście, iż pojawia się osobnik, w którym można się zakochać. I egzamin magiczny, do którego się nie przygotowała, więc… mamy te tak zwany problem, czy być właścicielką księgarni, czy nie, oraz zły charakter, AKA: syna właścicielki, który książki pojmuje wyłącznie jako: money money money… I tak, to mogłoby być interesujące, ale ona jest tak mdła i tak ugrzeczniona… w ogóle, wszystko w tej powieści jest grzeczne, nawet one tak zwane złe persony. Do tego język, wszelako prosty, jak krowie na miedzy. Od początku wiecie co i jak, kto do czego, po prostu… nawet to, co niespodziewane, nie jest niespodziewane. I…

Tak, rąbnęłam książką o ścianę dość wcześnie.

Potem zmęczyłam ją na szybkim czytaniu.

Nie polecam, chyba że wrażliwym dziewojom, którym wszystko przeszkadza. Chociaż może im przeszkadzać brak jakiejkowleik akcji. I nie, nie mówię o spicy kontencie… Nie. Mówię o pewnej dorosłości. O onej wszelakiej normalności trzydziestolatki! O doświadczeniu, o… nosz kurna, osobowości bohaterki! Jakiejkolwiek widocznej i pulsującej. I jęyku, bardiej rozwiniętym niż proste zdania.

Po prostu… no czegokolwiek!!!

Z cyklu przeczytane: „Morderca jest wśród nas” – … okay. No dobra. Niby prosty wypad, niby Szkocja, więc chyba kurna potworów nie będzie, ale jednak… grupa przyjaciół wybiera się w zimowy czas na coroczny wypad. Znają się, podobno. Czy się lubią? Tak naprawdę? Cóż, w takich grupach, no wiecie, nigdy nie wiadomo. Ale, przecież ośrodek nie jest pusty, jest właścicielka, dwójka pracowników…

Ale, czy naprawdę jest bezpiecznie?

Spoglądając na tytuł, cóż, raczej można się domyślić tego, co się wydarzy, to kryminał  elementami thrillera, ale wierzcie mi, no będzie interesująco. Niby z jednej strony prosta opowieść, ale jednak, gdy zbiera się tyle osobowości, coś w końcu musi wybuchnąć. Poza tym, minęło tyle czasu… czy oni się znają? W ogóle, czy tylko po prostu czują się w obowiązku być tutaj…

I jeszcze właścicielka i ten dziwny pracownik… cóż, wiele nad tym jeziorem postaci, które mają coś do ukrycia.

Dobra powieść.

Prosta, naturalna i spowita śnieżną zawieją…

Zawsze mi się wydaje to takie niesprawiedliwe, że ono morze zakwita. Albo chociaż nie ciepłe, to jednak nagle pokrywa je gęstawa ściółka żóltawego pyłku… niby normalność, ot natura, ale jednak, szkodliwa. Od pewnego wypadku z udziałem onych pyłków, no wiecie, już raczej nie kozaczę.

Raczej nie…

Chociaż, ponieważ to wszystko wydarzyło się w pierwszej połowie sierpnia, więc wiecie, to większy… no ten smuteczek. Chciałby człowiek popływać, ale nie może. Znaczy, nikt mu nie abroni, no ale, lepiej nie. Raczej nie polecam. W szczególności nie pozwalajcie zwierzakom pływać, co jak co, ale to nie dla nich.

Śmiertelnie nie dla nich…

Poza tym ciepło, zimno, temperatura szaleje. AC się spierdol… no poszło się dmuchać za tęczowy most, więc cierpię. I to wybitnie cierpię. Jak się trafia takie nocne nikłe naście, to aż się oddychać chce… i wdychać oną już owocującą pięknie figę. Kto by pomyślał, że na środku Bałtyku człowiek może akochać się w skałach, wodie i figach… liściach, soku i owocach. No kurna, jak w Środziemnomorskich klimatach… nawet niektóry mają niebieskie domy… Problem? A no jest, o owoce trzeba walczyć z milusiowymi może, i oczywiście potrzebnymi, ale wkurzającymi obecnie właśnie oną nadgorliwością w wyżeraniu onej mej cudowności, tej luksusowości…

No wiecie…

Kocham ptaki.

Wrony zawsze były przy mnie, ale…

… dzielenie się figami tutaj? Te śpiewy o trzeciej rano? A raczej trzeciej w nocy? Dobrze, że chociaż to się skończyło. W końcu powraca szarość i noc… w końcu. I od nowa trzeba się uczyć ciemności, od nowa człowiek musi sobie przypomnieć swoje rytuały, one zwyczajności innej pory.

Pory ciemnej.

Mojej pory.

Tej ciemniejszej, chłodniejszej, bardziej specyficznej, bardziej chrupiącej, szepczącej, pełnej kolorów i wolności… zwolnienia. Onego czegoś… czegoś specjalnego, zachwycającego, a potem… zimy! I tak, jak wykle zmienili się oni Turyściźnowni. Mamy więcej starszych osób, szczególnie z Niemiec… często wiele, tak zwanym bladym świtem: tam nie żaden blady świt, w końcu jasno robi się po czwartej, ale w okolicy siódmej godziny wyłażą w szlafroczkach i wskakują do wody. Może i mieli przerwę przez zakwit, no ale… dzięki chłodnym nocom mamy zimną wodę.

Zimna najlepsza.

Oj tak…

Codziennie mroczności przybywa około 4 minuty… intrygujące. Czuć to. Naprawdę… Choć od onego prawie pełnego dnia minęły dopiero dwa miesiące, gdy to piszę, nawet niecałe. Jarzębiny zaczęły być gotowe już w pierwszym tygodniu sierpnia, razem z figami, jakby, wiedziały, że trzeba. Że trzeba już, bo potem… no właśnie, co potem? Boję się o jabłka, bo choć malutkie, zdają się być gotowe… a to za wcześnie.

Bardzo za wcześnie.

Jest sucho, rzeki zniknęły… kiepsko.

Jaka będzie jesień?

Wrzesień, październik? Czy w ogóle można cokolwiek planować, jeśli przyroda zdecyduje, iż świat musi przejść jakąś obróbkę bardziej cieplną? Klimat zmieniał się zawsze, nigdy nie był stały, ale… cóż… może choć to morze mogłby, tak po prostu być niekwitnące przez dłuższy czas…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Marzeniowa Bimbrownia… została wyłączona

Pan Tealight i Deszcz…

„Padało…

… w znaczeniu definicji deszczu jako takiego, tak, padało i Pan Tealight był tego pewny, a jednak, jakoś tak… nie mókł. W dziwny sposób one widoczne krople rozmywały się w powietrzu, lub docierały do jego koszulki i znikały nim jej dotknęły. Wirowały w powietrzu, tańczyły w rytm muzyki, której nie słyszał, ale był nią zaintrygowany, a potem, wyparowywały, jakby nacieszyły się życiem… jakby wszystko dla nich przebiegło tak szybko, ale i wystarczająco, że nie miały już jakiejkowliek potrzeby, jakiegokolwiek marzenia, czegoś w sobie, co trzymałoby je w powietrzu… nawet nie pragnęły dotrzeć do ziemi, trawy spalonej, liści zbrązowiałych…

Susza… tak, ona się miała bardzo dobrze.

Deszcz był nieznajomym, o którym krążyły legendy, a to coś w powietrzu, cóż, to było marzenie… ale nie kropel, nie, racej roślinności i zwierząt, wyschniętych drzew i niespowiadającyh nikogo wodospadów…

Tak, wodospady wycofały się ze swojej religijnej powinności, tak jakoś, po cichu, znikając. Nie chciały, ale nie mogły nic robić, gdy tylko zostawały cieniutkimi ciekami. Gdy próbowały przetrwać.

Tylko przetrwać.

Pan Tealight marzył o Deszczu. Prawdziwej mokrożci, karmiącej, sprawiającej, że wszystko pękało i wypuszczało korzonki, że pleśnienia dokarmiały ziemię, ropadające się próchnienia stawały się nią samą a w nich, ponownie pojawiało się życie, ktore chciało pić… wszystko było spragnione.

Wszystko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Plan emerytalny” – … ech. Oczekiwałam abawnej, lekkiej historii, moe i jakiejś tam komedii pomyłek, może i szaleństwa pań starsych, które w końcu czują wiatr w skrydłach nagle rozwiniętych… a dostałam mdłą, lekko pomieszaną opowieść. I to… szczerze nudną. Z bohaterami, którzy właściwie mogliby nieistnieć. Z tym, który wie jak zabijać bardziej intrygującym, niż ofiary, z historią, która… okay, rozumiem, każdy ma problemy finansowe, ale kurna no…

A mogło być dobrze.

Można było bardiej uwypuklić oną fascynującą boahaterkę drugoplanową, właścicielkę kasyna, jako jedyna daje się mieć jakąś osobowość, bo pani, które mają być onym głównym obrazem, są doprawdy nijakie. Nawet nie nudne… A może to ja oczekiwałam jurnych, południowych, potty mouthed beings?

Może i tak…

Wolno mi…

Książka, która, cóż, pewno, oczywiście, można przeczytać, ale nie warto. Nie ma w niej nic, co zawróciłoby w głowie, obiecany komizm właściwie nie istnieje, a postacie są miałkie i szczerze wprost prześwitujące. Widać przez nich „całą panoramę Tater”, a tam na pewno dzieje się więcej… Komedia pomyłek? A tak, jest… durnych i wybitnie nieskutecznych we wzbudzeniu choćby miałkiego rechotu… to raczej rzeczywistość, ale trochę… no taka, nie taka. A przecież są takie książki. Ktoś po 60tce może być i bardzo często właśnie w literaturze jest oną niesamowicie intrygującą postacią… dla niej się czyta. Czeka się na bycie oną babcią, czy dziadkiem, bo wiecie, wszystko wtedy wolno!

Nie w tej książce.

Z cyklu przeczytane: „Szmaragdowy ogień” – … tom 5. Seria Ukryte dziedzictwo. Ta jej część, w której bohaterka główna się zmienia, obiekt westchnień również, ale świat… świat jest wcią ten sam i się rozwija. Staje się większy, bardziej skomplikowany, ewoluuje… Niby straciliśmy naszą Nevadę, ale nie do końca, Szlony Rogan to już niby nie nasza broszka, ale czy na pewno się nie wtrąci? Catalina Baylor jest Magusem, Baylorowie rodem, a Alessandro… cóż…

… odszedł…

Ale spoko, spojer alert, nikły spoiler…

… wróci…

Jednak, czy tylko jako ktoś na chwilę, jako przyjaciel, może sojusznik zaatakowanego rodu, a może jednak uczyni Babcię Baylor szczęśliwą. Ech! Widzicie, to nie jest romantazy i trochę jest. To opowieść detektywistycna i trochę thrillera, coś lekkiego, ale też… ech, te rodzinne połączenia, no po prostu… komizm sytuacyjny i jeszcze trochę przebojowości z nutką dobrej prozy, która sprawia, iż pochłaniacie tę powieść i chcecie więcej! Oj tak, więcej! Na szczęście można czytać wielokrotnie.

Co więcej!

Należy czytać od początku, więc macie trochę książek przed sobą…

Ech… gdyby tak żyć tam i mieć moc…

Okay, to lato przejdzie do historii jako dziwne, pełne larw z piekła rodem oraz kleszczy… i suchości, chociaż akurat jeśli chodzi o koniec lipca i początek sierpnia, to było i wrząco i było trochę deszczu, ale ono „trochę” przygnębiło – jeśli chodzi o upał… i o laboga! Zepsuła nam się varmepumpe, więc nawet powiewu chłodu nie będziemy mieli, jeśli i sierpień się rozbucha w temperaturach nazbytnio wzwyż – przygnębiło temperaturowo, nadzieję dało jeśli chodzi o wodę z nieba, ale…

Wszystko jest tak bardzo umęczone.

Rośliny, zwierzęta i ludzie… choć ci ostatni, to powiem wam, że raczej dziwnie wściekli i jacyś tacy bardziej zombiowaci…

… idzie człowiek do Svaneke a tam tłumy…

Niby już ich nie powinno być aż tyle, ale są, wcią tutaj są!!!

Ale dziś chyba podlewać nie będzie trzeba… Zapach lekiej wigoci dziwnie sybko anika, wszystko paruje w mig mimo i, wcale nie ma słońca. Gęste chmury zwisają  nieboskłonu po prawej, po lewej idealna denimowa szarość niebieskości…

Ech!

I chłodniej… i tak, gdy to piszę, wciąż jesteśmy w pierwszej połowie siernia, ale… ona druga może nam przecież spłatać psikusa i nas zaorać bardziej… może, co nie? Ale może lepiej nie, no proszę, ładnie proszę!!!

Gdy pewnego chłodniejszego dnia, oczywiście, że to była sobota, dzień w Svaneke targowy, przemykałam się wierząc we własną niewidzialność przez ten nasz ryneczek… po pierwse wyłowiłam cudone perełeczki ceramicne w cenie bardzo aturystycznej, potem spróbowałam lodów rabarbarowych – średnie, by w końcu nic nie kupić na przecenie w Manestenie… ale… najważniejsze, iż usłyszałam, że: co jak co, ale jeśli tam są obrazy, to serio nie wchodzimy…

… LOL no cóż, rozumiem.

Widać ceramika w tym roku bardziej ceniona, no i też… czy ludzie w ogóle wieszają na ścianach coś poza tapetami, czy sobą… znacy włąsnymi zdjęciami? Szczerze pytam, bo ja mam obrazy, mam własne i reprodukcje artystów, któryh poznałam…

… i kilka z IKEA. Ale to w końcu też artyści…

… ino pewno im inaczej płacą za one obrazy…

Ciekawe jak?

Chyba łatwiej przywieźć z podróży kubek niż obraz… chociaż, one występują w różnych rozmiarach, więc… no nie wiem… Czy w ogóle ludzie jeszcze kupują takie rzeczy jak sztuka? Gdy AI ich zdaniem może wszystko i to lepiej? Nie wiem… ten świat mnie przeraża, gubi we własnych myślach i doprawdy miesza pod kopułką. Jest diwnie nieznajomy i wybitnie okrutny.

Nawet tuaj, na Wyspie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszcz… została wyłączona

Pan Tealight i Mimozownicy…

„Świat dla jednych był żarem, dla innych mokrością…

Dla jednych był zabawą ciąglą i wiekuistą, a przynajmniej tak wierzyli, dla drugich był umartwieniem, a cała reszta zwyczajnie robiła, co mogła, by tylko dalej oddychać, choć nie wszyscy. Niektórzy siedzieli pod powierzchnią lekko pofalowanych wód w zamyśleniu i wypuszczali bąbelki. I nie, nie było to jacuzzi, czy też wszelako inaczej zwana wanna z podgrzewaną wodą i bąbelkami.

A jeszce inni… no tak, byli też Mimozownicy.

Osobnicy wszelako akuratni w swojej specyficzności. Wiecznie skuleni, w deszczowych płaszczykach i kaloszkach nawet w najlepszą pogodę, nawet w tę żarową, plażową, której to w tym roku wielu miało tak bardzo dość. Nawet przy budce z lodami, tej, z przecenionymi, czy też promocyjną gałką gratis.

Nawet przy piekarni,w której rozdawali próbki.

Oni tylko stali, ze skrzywionymi minami, nieodpowiadając na zaczepki, nawet odmawiając chusteczki, czy parasolki, gdy zzaczynało kropić… mieli w końcu swoje plaszczyki, kaloszki, mieli wszystko… i mieli siebie i swoje myślenie, mimozowe…

… wystarczało im to do życia. Widać, nawet zadowalającego, jeśli można było to tak nazwać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Coś się dzieje w naszym domu” – … ja pierdziu, ja pierdziu, ja pierdiu… Pamiętacie scenę z „Przyjaciół” – Friends? Tę, z chowaniem książki w zamrażarce… no więc to taka książka. Naprawdę. Szczerze. Niesamowita książka, z narracją prowadzoną z punktu widzenia dziecka, z już krążącą w sieci reklamą filmu nakręconego na jej podstawie… przerażającą.

Po prostu straszną… ale też, dającą tak wiele do myślenia.

Ta książka jest niesamowita i zasługuje na uwagę!

Zasługuje na poznanie, na przeszukanie swojej własnej szafy, tej pełnej demonów…

Cokolwiek powiem zdradzi fabułę, a nie chcę. Nie mogę. Zresztą, wciąż się boję… czasem coś widzę, czasem słyszę ten szept, czasem… tak, mam problem i ze strony tatusia i mamusi, więc może dlatego moje traumy uruchomiły we mnie wszystko, ale… aż tak mocno? Przecież… to dziecko. To nie dorosła wyobraźnia, to dziecko, więc narrator odczuwający wszystko inaczej…. a może właśnie dlatego? Bo przypominasz sobie jak bardzo dużo czerpałeś z onej naiwności dziecięcej kiedyś…

… jak wiele…

Bardzo dobra książka…

Z cyklu przeczytane: „Niewykle szlachetne stworzenia” – … nie. Oj nie. W znaczeniu, że najprawdopodobniej nie dla mnie… Dlaczego? Bo to jest zwyczajnie miałkie. Takie rozwlekłe, takie przewidywalne, takie kurde milusie, kochane, nikt tutaj nie przeklina, życie seksualne starszych osób to taboo… no po prostu zgroza i wszelakie niemoralności. I tylko Marcel jest fajny… ale… sam nie dźwignie tej dziwnie rozwiąłej narracji. Słownie rozwiązłej, bo książka jest tak ugrzeczniona, że serio…

Musę po niej komuś przypier…

I znowu, film już gotowy…

… pewno będzie lepszy niż książka, ale, czy w ogóle się skuszę? Pewno nie. Bo to jest wymiotne. Nudności mnie naszły i nie był to schabowy z pamiętnej komunii. Coś w tym całym opowiadaniu, gawędziarstwie, pisaniu, jest zwyczajnie nudne. A nie powinno. Powinno mieć trochę jaj, bo starsze panie są zabawne, z nimi można konie kraść, a nie piec mdłe zapiekanki i druciarować… no właśnie, tutaj tłumacz też się nie popisał… serio? Druciary… ekhm, w polskim to dość… w znaczeniu… określenie perjoratywne! I trąci tutaj…. i oczywiście, że jest kot, no przecież…

… ja pierd…

No sorry, ale nie.

To mogła być dobra książka, gdyby dopracowano bohaterów, opowieść… gdyby autorka się postarała… a może to AI? Hmmm…

Wiatr…

Czasem wydaje mi się, że przestawia nam coś w głowach, że dotyka części naszych ciał, o których nie mieliśmy pojęcia, muska one aury, rwie je, jakby miał zamiar niszczyć stworzony przez siebie ciuszek i przeszyć go w coś nowego… czasem… wiatr jest tylko na Wyspie. Nie dotyka morza, nie wzburza fal, bawi się ludźmi.

A my możemy zrobić nic… ono oględne i mało wygadane nic… nic.

Po prostu.

Ona świadoość kompletnej bezsilności sprawia, iż nie walczymy. Tak, niektórzy mają odpowiednie ziółka, inni leki, jeszcze inni nadużywają czego się da… a reszta liczy, że jakoś to będzie… ale niektórzy pękają. Dają się porwać wietrznej melodii, onym wkurzającym czasem szeptom i podszeptom, onej muzyce i liryce, dramatowi, poezji, która zdaje się pulsować w rytmie tętnicy szyjnej…

… i to tej z prawej strony…

Bo to Wyspowy Wiatr…

… jedyny taki, ale po kądzieli z halnym spowinowacony, a po mieczu, pewno z onym sławetnym El Nino.

… więc znowu wieje…

… i ma tak wiać przez dni kilka.

Ostatnio to jakaś dziwność dodatkowa, w onej całej pogodowości Europy i tej tak zwanej reszty świata. Zwyczajowo wietrzny czas, to jakoś październik i listopad… początek grudnia może… ale to sztormy, nie ten wiatr, nie taki. I tak, oczywiście, i tamten zimny wiatr może doprowadzić cię do szaleństwa, ale jednak ten, ten dziś, jakoś tak, miesza w głowie inaczej, specyficznie bardziej.

Domagając się większej uwagi.

I może czegoś na ból głowy?

Może…

Ale… jak na to zważać, gdy wiatr narzuca mi obrazy, dziwne jakieś, myśli, które na pewno nie są moje i jeszcze, jeszcze… Coś niepokojącego. Coś trwożnie trzepoczącego się w duszy, coś… o czym nie chcę rozmawiać, czego się boję. A przecież to tylko wiatr. One masy powietrza: szkwał, bryza, flauta… W końcu wiatr ucichnie i wiem, że będzie dziwnie. Bardzo dziwnie. Zawsze tak jest. Wiatr męczy, chcesz, by zniknął, a potem a nim tęsknisz, szukasz go, czekasz…

Pragniesz.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mimozownicy… została wyłączona

Pan Tealight i Rozmyślacz Narcystyczny…

„Nowa odmiana, nowy gatunek może i nawet…

… Pan Tealight z ostatnio nieodłączną lupą, większą niż on sam, zdolną swym promieniem spalić wszystko dookoła, szczególnie w tak suchej suszy, że ta już sama się biedaczka w swojej wielkiej mocy tak się pogubiła, i nie była w stanie znaleźć ni początku, ni końca swoich zachowań… bali się jej… Tak, zaczęli się jej bać ju kilka lat temu, ale teraz, gdy skala przestała istnieć była tylko ona, a on… no więc on sam i samo jego, miał intrygującą go w nim, i jątrzącą, nową pasję…

I nie, on nie szukał, on po prostu, z czystego chaosu, którego tak wiele było ostatnio dookoła, tworzył nowe…

… nowe i straszne!

Strasne i nowe… jakby ten świat nie miał już dość onych mikrobiznesów, onych wszelkich pomysłów ludzkości, które prowadziły wyłącznie w jedną i to całkiem mało zabawną stronę… on jednak musiał. Po prostu coś jego, Przedwiecznego,więc nie ludzkościowego, a to oznaczało tylko JEGO, pchało, prowadziło, a czasem i podkładało nogę, bo miało dość dziwaczne poczucie humoru. Podobno… nikt nie byłby w stanie powiedzieć ONEMU to w twarz, pomijając prawdopodobną, w końcu nie było dowodów, nieistniejność onej twarzy.

Tia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sherlock Holmes” – … Księga Wszelkich Spraw. Z barwionymi brzegami, zwyczajnie nadzwyczajna, pięknie wydana, wprost okrutnie zachwycająca… i trudna w czytaniu.

No nie oszukujmy się!!!

To gigantyczne tomiszcze i tyle!

Tia, zbiór spraw, jak najbardziej, spisane, tłumaczone, połyskuje złoceniami… i tak dalej. I tak, to niesamowite uczucie, gdy człowiek otwiera takowe wielkie tomiszcze i się w nie zagłębia, gdy jest to specjalna chwila, całkowite zanurzenie, ale nie weźmiecie go w podróż, ani nie będziecie tak, po prostu, zwyczajnie czytać. Jeszcze jak jesteście mikrego wzrostu i krótkie macie członki, to już w ogóle… więc dlaczego mieć? Bo jest piękna. Bo ma one wszelkie sprawy i dodatkowo, jest w niej coś z przesłości, z onych ksiąg, które dostępne były ino bogatym, uczonym, lub… w skrytporium się chowały. Dlatego… dlatego warto ją mieć. Nie dla codziennego czytania, ale dla onych specjalnych, może jesiennych chwil, gdy powtarzacie lekturę. Może nie na pierwszy raz, ale wiecie, na ten kolejny i kolejny, taką bym chciała i Agathę Christie.

Z cyklu przeczytane: „Co żeruje nocą” – … hmmm… poległam. I to pry uubionej autorce. Po prostu i wyczajnie. Winię tłumaczenie, oraz moją awersję do onych zaimków, wszelakich feminatywów, i tak dalej… Uważam, że akurat tej powieści taki wybór nie posłużył. I tak, to jest piękne wydanie, niesamowity pomysł autorki, jak zwykle, ponownie baśń, ale i połączona z thrillerem… gdzieś tam, zanurzona w zieleni lasu, w kamieniach… w nocnej pomroczności, ale i cieniach…

… więc muszę dorwać oryginał.

I tyle…

Bo to, zwyczajnie trudno się czytało po polsku.

Krew z nosa, uszu i oczu, wszelakie wstrząsy i potknięcia, i jeszcze zgaga na koniec. No nie dałam rady. Tak na szybkim czytaniu skończyłam, w końcu to właściwie broszurka z twardą okładką, poszło, ale ten ból!!! Nieee!!! Zaimki niszczą mi życie i przyjemność  lektury!!! Szczególnie tutaj…

… można było inaczej.

Koleś na tratwie, prądu brak i deszcz…

To tak z rozrywek dostarczanych nam przez tak zwane otoczenie, czyli coś, co istnieje poza Wyspą, często jest trochę nietypowe, jeszcze częściej zdaje się być ułudą i tak dalej, myśleniem nawet, oną nicością, która wypełniła się bez naszego działania, zgody, czy też, co gorsza, wiedzy i przyzwolenia, no wiecie… te miejsca, które istnieją za wodą. Tam, gdzie smoki żyją, żrą i srają, a co więcej, zapewne się rozmnażają i zamrażają i rozmrażają, no mrzą się… smoki…

… ech te smoki!

Bo tutaj żyjąc łatwo zapomnieć, jeśli odłączysz się od brzęczących i pipkających mediów, iż istnieje co więcej. A przecież one ogórki z Hiszpani, czy pomidory z Chile nie mają określenia DK, czy Wyspa. Nie są made in Danmark… a jednak, mimo spożywania tych produktów, które przybywają tutaj na onych wielkich paletach, na tych pokładach katamaranów, potem ciągnące w przyczepach przez szybkie ciężarówki, czasem nazbyt szybkie, serio, zwolnijcie!!!

… więc… mona popaść w oną diwną myśliwość, iż istnieje ino to i teraz, i nic poza tym. Tak, ozywiście, że niebo znaczą kreski, czasem helikopter brzęczący przeleci, samolot Turyściznę oblatujący… ekhm, zboczenice jedne no! To pewno ten Sky Club?! Hihihi! No co? Żartuję! Nie ma takich usług, znaczy, nie żebym pytała, wiecie, na pewno są, ale oficjalnie nie ma, protestancko, nóżki złączone.

A, że każde dziecko z innym, no kto by patrzył… ale łatwo zapomnieć, że jest jakiś tam świat… świat poza, no ale, dygresja…

… więc tratwa.

Była sobie tratwa, na tratwie coś na kstałt szopy, a w niej koleś stwierdził, że przepłynie ten kawałek Bałtyku od Ystad do Wyspy… wariat. I to szkodliwy! Szkodliwy w wymiarze akcji ratowniczych, do których na szcęście nie doszło, bo go zawrócili, gdy dotarł do linii tak zwanego morza otwartego, co jest dość dowcipne, gdy mówimy o Bałtyku… i skrajnie niebezpiecne, jak mi tłumaczyli ci, co żeglują… Po prostu go zawrócili. I dobrze, bo nagle morze, jakby mu się wcale ten pomysł, człowiek, czy sama konstruckja tratwy nie spodobała, wzburzyło się i zafalowało…

… więc nic z tego.

A deszcz… no cóż, troszkę popadało.

Dziwnie tak, jakby nie do końca dotykając ziemi. Jakby tylko w powietrzu polatało… obiecali znowu urwania chmury, postraszyli, że i podtopienia, a spadło tyle o ile, ale, można zaznaczyć, iż lipiec miał w sobie i deszcz. Zawierał w wymiarze widokowym i słyszalnym, wraz z ochłodeniem…

… ale z nikłym namokrzeniem.

Może to nowość jakaś?

Suchy deszcz?

No co? Taki to dziwny świat, więc i AI deszcz może być przecież. I tak, wiem, że inni mają gorzej, że płoną kraje i zwierzątki mają przerąbane, ale co mam robić? Zorganiować armię aniołów z pęcherzowymi problemami? Metatron w końcu pokazał, iż oni tam nic nie mają, więc… nie wiem, czy to by zadziałało. Tylko ile można powtarać: oby gorzej nie było? Bo co jak co, ale to lato, jak na razie, to chyba u nas jest jednym z suchszych, ale i chłodniejszych. Tak, wiem, wielbicielom smażenia nie odpowiada taka forma letniości, ale akurat was mam gdzieś. Przynajmniej morze chłodne i nie kwitnie. Ino farfocle spoza Wyspy przypływają i straszą swoją osobowością… Bo jak nienasze, to pewno od tych smoków, wiecie. Jaj skorupki, jakieś tam płyny…

Kto to wie, dziwny ten świat.

Wszystko w nim zdaje się być realizmem magicznym.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozmyślacz Narcystyczny… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki świat…

„Świat czuł się wielki…

… tak wielki, że aż myślał o rozpuknięciu się, a potem zeszyciu w innej formie, ale jakoś tak było za ciepło na takie pokrętne, wielc filozoficzne działanie, lecz nie na myślenie, więc dalej puchł, rósł i się wydymał. I dumał… czy w innej formie byłby bardziej intrygujący dla tych, co podglądali go spoza zasłonek, woali i wszelakich zakątków Wszechświata? A może byłby mniej intrygujący i w ogóle przestaliby patrzeć… moze jednak należało się nie nadymać, nie żreć w niemym nieopamiętaniu, lecz przejść na odchudzanie, ozempikowanie i te wszelkie tam, modne obecnie nadmiernie, choć ukazujące piękno kostnej konstrukcji…

… one marnotrastwa kubków smakowych i innych zmysłów…

… oraz energii… onej pięknej, cudnej, słodkiej energii…

Kochał energię.

Tak, wielbił ja i jej ciągły pęd, orusanie się i gnanie, ono zapamiętanie się w ruchliwożci i bystrość… mimo suszy… bo tak, nawet susza oddziaływała na energię. I na świat też… tak w ogóle, to na imię mama dała mu Tytusiluś, ale w niektórych językach brzmiało to kiepsko, więc rzadko go używał… po prostu mówiłi mu świat… ale nie Świat. Oj nie… podobno na to jeszcze nie zasłużył.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dom pogrzebowy Cottona” – … okay… w końcu coś interesującego, intrygującego, coś co jest na poły magiczne, potem psychologiczne, thriller, ale i iwna łagodność. Traumy, jednak i ucieczka od powtarzania błęów tych, którzy mieli cię wychować… normalnośc i szaleństwo. A wszystko w otoczce supernaturalnych klimatów. Realizm magiczny, ale i zwykła potrzeba zarobienia kasy. Gdzieś w USA, na południu… gdzieś tam… gdzie istnieje miejsce, w którym balsamuje się i ciała i dusze, jeśli tylko jesteś w stanie uwierzyć, jeśli możesz, umiesz, po prostu chcesz, ale też i cię stać, bo w końcu, chodzi o pieniąde i władzę jaką dają…

Książka zdaje się być jednocześnie łagodna, ale i targa za wnętrzności.

Obserwujemy bohaterkę, to, co z nią robią, to, co dzieje się z jej umysłem, to, jak inni reagują na startę najbliższych, jak działa pocieszenie, jak dziwne może być… obserwujemy Cottona i jego wspólniczkę… oną fasadę, ale też uaje się nam wejść głębiej, a przynajmniej tak myślimy i… nagle wszystko się zmienia.

A potem znowu…

Tę powieść się czyta i się jej doświadcza. Jest piękna, ale też wymaga od czytelnika uważności, pewnego obeznania z cierpieniem, ze smutkiem codzienności. Z jej traumatycznością, bólem, który zadaje. Niesamowita…

Z cyklu przeczytane: „Rozległy świat” – … Hunger Games… i jeszcze Osada. Tak, tak opisałabym tę powieść. Odkryty nowy ląd posiada dziwne wiski i straszności, które rogrywają się w tak zwanej dziczy. problem polega na tym, że ci, którzy polują na osadników, czerpiących zyski z interesujących drzew, są nie do końca, la wielu, realni. Ale la naszej boahterki są widocni, wycuwalni, szepczą o niej, stąpają w snach, kryją się nie tylko w cieniach… dla niej, kartografki.

Prosta opowieść, delikatna, przewidywalna.

Dobrze początkowo wydaje się być napisana, ale raczej dla bardzo młodego czytelnika. W znaczeniu onego czytania nastoletniego, choć bohaterka jest przed trzydziestką. To zmyłka. Dziwnie niedoświadczona, głupia? A może tylko cała powieść jest zwyczajnie źle rozpisana, jakby brakowało w niej kilku rozdziałów, jakby…

… czegoś zapomniano dopowiedzieć.

I ona przewidywalność.

Ile już było takich historii.

I w jaki sposób to wszystko jest tak płaski, a miało być magiczne. Miało być… a może nie miało być? Może jednak chodziło o tę prostotę. I… tak serio, o co w ogóle tutaj chodzi? Tak naprawdę? Tylko o miłość, czy jednak… coś innego? Bo przecież cała mitologia tego świata chronionego przez kamienie, te granice, magia, ona nadnaturalność jest skopiowana ze znanych opowieści…

… więc…

Nie no. Tia, czyta się, ale jakoś tak… nie wiem… spływa po czytelniku? A moe to ino naiwność, która we współczesnym świecie jest samobójcza.

Okay… lipiec…

… gdy to piszę jest imno i deszczowo.

Cudownie po prostu!!!

Dookoła niczym mokre zombie łażą, tłukąc się o siebie osobniki Turyściznowe. Nie wiedzą co zrobić, jakoś tak, nie potrafią chyba po prostu siedzieć i gapić się w telefon w mokrym namiocie, czy co? No serio? Tia… u nas raczej trudno znaleźć mało wilgotne miejsce, jakoś darmowe, jakoś rozrywkowe… wiecie, takie tam centrum kultury, czy coś i jeszcze otwarte… gdy pada. Mimo suszy, większość domów zmaga się z wilgocią, więc… zapach jest zawse wyczuwalny, przerażający dla mnie, toksyczny…

Boję się go.

Bardzo…

Turyścizna, jeśli z Kopenhagi, może coś poejrzewać, reszta Danii też wie, o co chodzi, czy Skandynawia w ogóle, ale jednak… po prostu łażą… a jak ino przestaje paać lecą na plażę, ale woda zimna… więc marudzą, nie potrafią po prostu być. Jakoś tak, nie wiem, znaleźć sobie rozrywki w sobie? No przecież nie mówię o niczym nazbytnio opisowym, ino natura… LOL ino wyobraźnia!

Deszcz jest piękny, gdy na świecie pożary, wstrząsy, powoddzie… a u nas zdaje się, iż „ino” mega susza, więc dla nas deszcz jest wybłaganym cudem. Podobnie chłód. Sorry, ale co jak co, jak na razie jest ino normalnie ciepło. Nie wrząco… było wrząco z końcem czerwca i pocątkiem lipca, nie wiemy, czy wróci to, czy nie, ale…

Boję się…

Mam w sobie tak wiele niepokoju… szczególnie, gdy wychodzę na zewątrz i widzę ludzi, doświadczam innych… zmagam się…

Lipiec powoli odchodzi, ale odcisnął swoje piętno na świecie.

I na tej Wyspie…

… gdy wychodzę, co zdarza się sporadycznie w lipcu i sierpniu, doświadczam tak zwanej „normalności”. Jest brutalna, straszna i chamska. Nawet, gdy udaje mi się zrobić to rano, właściwie nocą jeszcze, bo 5 rano, to w moim języku noc. Na szczęście, kiedyś człowiek musiał wstawać o 4tej i dylać tramwajami, autobusem do dziwnego miejsca i nazywać to pracą… kiedyś, w innym świecie.

A teraz porankiem wybyłam na spacer.

Podobno dla zdrowotności. Podobno, od razu powiem, że – spojler alert – nie wyszło mi na zdrowie, ni fizyczne ni psychiczne. Przez chwilę było okay, nie było ludzi, ino dwa rowery, kilka zombiaków, które nie umieją nic powiedzieć. Pusta droga… a potem zaczął się ruch i to było szokiem. Bo poza sezonem, tym głównym, to samochoów jest mniej… a już poza sezonami, to stoisz i widzisz jeden na kilka minut. A czasem nic… no i ludzie, co jest z parami homoseksualnymi, co to robią sobie dzieci, a potem zajmują się sobą i omal nie topią tego dzieciaka? Nie mówię, że heteryki są tacy cudowni, ale jednak zawsze jeden rodzic jest w wodzie z dzieckiem. Mnie odcięli od lądu na półwyspie dwaj po czterdziestce, jeden puszczał kaczki, drugi rzucał głazami, a dziecko, około lat dwóch polewało mój plecak wodą z piachem… powiem tyle, hałas, jaki wytwarzali, i cuchnące auto, którym odjechali – pewno zabytek… nie, państwo niech odejdą, na zawsze. I tia, można mnie wyzywać od homofobów, ale to moja obserwacja i trochę plot z mediów… Wiecie, one opowieści o odpoczynku od dzieci…

… ech!

Jako skrzywdzone dziecko, mówięc NIE!

Znalazłam fajne kamyki, było pochmurnie i dwie panie też bawiące się kamykami zaproponowały mi torbę… były przemiłe. Z tych wszystkich ludzi ino one były… człowiecze… reszta była… cóż, z Kopenhagi. Chowaniec mówi, że burżuje przyjechały, sąząc po samochodach. Jakoś mi trudno autem zaimponować, więc… wierzę na słowo. W one Bentleye. Ale… lipiec się kończy, sezon się zmieni na Niemców, Polaków, oraz bardziej dorosłych. Jak co roku.

Jeszcze miesiąc…

Ech.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki świat… została wyłączona