Pan Tealight i Zapomniany Wiersz…

„Zapomnieli o nim… a miał przywołać miłość.

Zapomnieli o nim… bo okazał się być niepotrzebnym…

Ona spojrzała na niego, on na nią, potem sobie coś uświadomili i tak po prostu… od siebie odeszli. W przyjaźni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Podobno morze dzika wyrzuciło.

Podobno trzecia fala pandemiczna z początkiem 2021…

Hmmm?

Podobno też maseczki nie działają. He he he… żeby nie było, oto wynik opublikowanych badań. Oczywiście, że zwlekali z publikacją, no weźcie no… i teraz twierdzą, że tak serio to nie do końca takie są wyniki, ale… więcej, coraz więcej zachorowań, o których trąbią media, co gorsza, więcej zachorowań u nas. Wiecie, łącznie z odsyłaniem dzieci do domu ze szkoły, z ludźmi w końcu nie zaprzeczającymi, że coś się dzieje. Z tymi, którzy szczerze w końcu mają tego wszystkiego… szczerze…

… mamy dość.

I chyba w końcu ten strach na Wyspie, który lekko zamroczył się w okolicach lata, teraz znowu wraca. Ze zwiększoną siłą.

Inny…

Agresywny.

Przerażający.

Wiecie… podobno, może to i tylko moje odczucia, ale popytałam i chyba jednak nie. Poczytałam i raczej na pewno nie.

Co do minków… znaczy norek.

Wiecie, norek gate się z tego zrobił.

Ludzie wyleźli na ulice, rządają podania się rządu do dymisji. Rząd na to… niemożliwe. LOL Bo przecież to dobro ludzkie ble ble ble… są wkurzeni, że nakazano im wybić zwierzątka, a potem przyszli i mówią, że może nie trzeba było, a w ogóle to ta mutacja chyba nie istniała, chociaż możei istniała i nagle zniknęła, wiecie, tajemniczo i tak dalej, a może po prostu… i podobno wszyscy wiedzieli, a i tak…

No i…

Ludzie i tak są wkurzeni, a jeszcze to…

Za wiele tego.

Wynik na pewno jest jeden. Po założeniu maseczek zachorowalność wzrosła. LOL Taki bajer. Nie no, oczywiście, że ludzie źle je noszą, nie zachowują czystości, wszelako same maseczki są o kant tyłka. Cuchną i bolą. Odstęp poszedł w zapomnienie… nie wiem, może to to. Może coś innego, a może zwyczajnie ktoś nas seryjnie, ale i umiejętnie bardzo, no robi w konia?

No i badania.

Oczywiście, że są.

Za darmo.

Wjeżdżasz i masz. Pewno, że to wszystko plus jeszcze czas oczekiwania, ale jednak. Wiecie… W czasach wakacji każdy mógł je sobie zrobić. Czy robili, nie wiem, podejrzewam, że nie… ale możliwość była.

A teraz, teraz po prostu…

Wiem jedno.

Jabłka pod jabłonką wyżarte, a na dachu jednej z naszych szop zamieszkała sobie mewa. Wiecie, a czemu nie. LOL Właściwie większość jagód wszelakich w okolicy, które nawet rok temu wisiały do wiosny, teraz już zjedzona. Możliwe, że populacja ptaków się zwiększyła, ale jednak, jak jest naprawdę? Co się dzieje? Czy to brak śmieci? Ale przecież ludzi było tak wiele, aż nazbyt wiele… nie wiem.

I jeszcze to…

Same trupy na plaży…

No sorry, 3 to już tłum…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany Wiersz… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmiczna Kraksa…

„Znaczy gwiazdka wjebała sie w gwiazdkę, jednej odpadł rożek, druga dziurkę zarobiła, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie miała srebrzystych nici… znaczy, oczywiście, że zaproponowała, że kogoś oskalpuje z odpowiednich włosów… ale wiecie, Gwiazdki lekko pobladły na te słowa. Jakby już nie były przygaszone widocznie… i jednak nie.

A szkoda…

Miała doświadczenie, ale na wieść o tym, którą oczywiście nie omieszkał pochwalić się Pan Tealight, kompletnie im się na chwilę zgasło. Cienkie bicze, no. Weźcie no. Przecież myślicie, że skąd to wszystko się bierze. Pierdzi Junikorn i już? Nie, wszystko to ciężka praca.

Najczęściej czyjaś.

W końcu jakoś je pokleili i Smok z Komina, czyli Smoczyca matka bliźniętom, wszelako lepsza niż jakaś tam Daenerys czy inne jasnowłose niebożę… rany, jak ona klęła jak jej ktoś pokazał odcinek GOT.

No naprawdę…

Do dziś lepiej jej o tym nie wspominać. Miała zamiar lecieć i nakopać tym ludziom od scenariusza, ale wiecie, Koronki do Najświętszego Serca Chorobowego nadeszły, więc w końcu ospuściła, ale wciąż wkuta wyniosła Gwiazdeczki w górę. Na jasne niebo, bo trochę to trwało, więc zobaczyli, że krzywo wiszą dopiero następnej nocy, ale jakoś tak… nikomu to nie przeszkadzało.

A na pewno nie Smokowi z Komina.

Hmmm…

Magiczne stworzenie z niej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pamiętacie, że miałam problemy z zamówieniem z Empiku?

No więc… oddali kasę, dodatkowo mieli 3 książki w cenie 2, więc… hihihi… kolejne dwa Pratchetty… tia, wiem, jeszcze jakieś 40 przede mną.

Ech.

Åremyr wygląda dziwnie.

No ale… ulepszyli go.

Znaczy je, wiecie, jezioro.

Co po duńsku oznacza wjechanie ciężkim sprzętem w lesistość i rozpierdolenie wszystkiego. Niby rozumiem, jest teraz po bokach ścieżka i pewno z czasem to się jakoś, może jednak rozrośnie, odrośnie… chociaż, nie, nie oszukujmy się, bo ja już się nie oszukuję. Dlaczego? Bo po tym jak porządki na Gråmyrze robili kilka lat temu, ona mała lesistość się nie podniosła, wprost przeciwnie…

I gdy to piszę, wyskakuje mi reklama jakiegoś czegoś, co to obiecuje oczyszczenie się w ramionach natury… na wyspie pewnej… no oczywiście, że dostaję reklamy Wyspy, jak dojechać, jakie są bilety, gdzie zamieszkać, przecież… to wszystkotakie inteligentne. I tak, wiem, że jest coś takiego, jak wsadzanie reklam niepasujących by nie podejrzewać ich o szpiegowanie…

Błagam, mnie nikt nie musi szpiegować.

Nie umiem kłamać!!!

Wsio powiem!!!

A ta reklama w obliczu tego, jak zniszczono Wyspę przez ostatnie kilka lat, to coś prześmiewczego. To okrutne!!!

Ale, idziemy nad jeziorko.

Bo czemu nie, no dobra, głównie dlatego, że choć mokro, to tutaj względnie ziemia ubita, więc człek nie zamoczy się za bardzo. Może? Może nie? Kto to tam wie, co będzie. Ludzie jakieś dziwne.

Co oni domów nie mają?

A myślałam głupia, że tylko ja wpadłam na ten pomysł jak durna zapominając, że Duńczycy, jak ino coś w gazecie, to od razu muszą to obejrzeć, a ponieważ powstały dwie ścieżki nowe, ta tutaj i ta w Ekkodalen, no więc…

Ech!

Blech!

Ludzie…

Zachód słońca.

Nie no, przecież dopiero 13ta, więc… zresztą, tego słońca to w ogóle jak na lekarstwo. Kilka dni temu mieliśmy słoneczny dzień. Od 8ej do 14tej. LOL I fajno, wiadomo, zimowo się robi, ciemno i kocham to strasznie.

Jakoś chyba tylko ja, więc wiecie, na razie tuptamy.

Na wodzie oczywiście nie ma lodu, ale jest ona cisza.

Tak właściwie, nagle gdzieś ludzie znikają, wspinamy się na wzgórek i leziemy w kierunku, w którym mało kto idzie, bo tam i woda i bagnisto i najpiękniej. To takie miejsce, gdzie co prawda teraz zrobili miejsce na rozbicie namiotu, które mnie ubawiło, bo po pierwsze, to skała lita pod spodem, więc nieźle, powodzenia życzę, a po drugie, ludziom się to nie spodoba.

Serio…

Ale jednak co jak co, w poszukiwaniu ciszy, to tylko tutaj.

I liści i grzybów zabawnych…

… i jeszcze innych wszelakich cudów natury. I chyba kilku kurchanów, no ale… jak odważycie się wejść trochę opłotkami dalej, spotkacie stojący kamień, któdy nazywam Dziadkiem, wielce pra pra pra… taki z grzywką mszaną, zniszczony grób, prawdopodobne pozostałości po miejscu, które wciąż święte jest, które…

… tak kocham.

A potem, jak już z kamieniem, kamieniami właściwie, pogadam… zauważam, że robi się ciemno, no wiecie… nagle już 15ta, a jeszcze droga z powrotem, w dół, koło kolejnego krowiego dziurzyska, które też jest cudem prawidzym, między pniami, na których przyjęły się, zakiełkowały zeszłoroczne nasionka sosenek…

Między drzewami, resztkami światła i tak…

Załapię się na zachód słońca.

Ino na niebie, coś tam w kolorach, w końcu z powrotem…

… między drzewami, w kolorch, coś odbija się w Lilleborgu, a potem szosa i oczywiście znowu jezioro. Walę tę ścieżkę. Nie będę jej dziś macać. Oj nie. Wciąż chyba na niej ludzie, a i ciemność szalona już. Niby niebo wciąż kolorowe, odbija się w jeziorze barwami znajomymi, ale jednak…

Wiecie, Chowaniec głodny!!!

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmiczna Kraksa… została wyłączona

Pan Tealight i Pająk Dzwonnik…

„No dzwonił.

Serio.

Siedział na Wiedźmiej Willi zwanej potocznie Misio i dzwonił, nic sobie nie mając z tego, że dzwonka Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… nie miała. Nienawidziła zegarów, dzwonków, zegarków i telefonów, telewizorów… wszelakich bimbaków i takich tam…

I tak dalej.

Ale on, on był seryjnie okay.

Chociaż tak naprawdę zazdrościła mu tych cieniutkich, długich odnóży. Oj jak bardzo, sama miała raczej wersję kaczuszkowatą, ale z małą płetwą. Wiecie, małe tu, potem szerzej, no ogólnie mówiąc nie najlepszy wybór, ale DNA nie oszukasz. No, chyba że masz kopę kasy i wytrzymałość wielką, to możesz się kroić i rzeźbić i takie tam sobie robić, że potem znajdują ciebie, znaczy kości, osiągasz idealną wagę, a na kościach silikony i inne cuda dzwonki…

Dzwonki?

No mniejsza.

Chodzi o to, że Misio dzwonka jako takiego nie miał, ino taki prostokątny ślad bardziej żółtej materii, farby, wiecie, gdzie kiedyś on był…

A teraz stał tam sobie długonogi on, dzielnie stawiając czoła i resztę wiatrom wszelakim, on najwierniejszy, pewno do większego podmuhu, abo wiecie, jak się mu znudzi, czy coś, przecież mu nie płaciła…

Pająk Dzwonik.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kwiaty nad piekłem” – … o Matko Wyspo!!!

Nosz Holy Moly!!!

W końcu!!! Złożę dziewicę w ofierze, jak ino jakąś znajdę… naprawdę. W ofierze za przywrócenie mi wiary w to, że ktoś jeszcze potrafi pisać. Wiecie, tak po staremu, z opisami, postaciami, które po prostu zwalają z nóg, historią, która wciąga, niesamowitością otoczenia, przyrodą, architekturą, światem tak niedalekim, a jednak…

Zdającym się egzotycznym.

A przecież to TYLKO Alpy.

I morderstwo, które porusza wszystkich. Nowego w zespole zgranych przyjaziół, aczkolwiek specyficznych, Massimo Martiniego oraz ją, dla której… naprawdę… Teresa Battaglia to osoba, która wpływając na oną młodą, zadufaną w sobie jednostkę, która oczywiście, że skrywa jakąś tajemnicę, no musowo… jest ino dziwną kobietą o czerwonych włosach…

Matroną pozbawioną rodziny, a może mającą ją w pracy?

Zbrodnie, które… no przecież nie mogły być popełnione nikogo z okolicy, weźcie no, tyle turystów, tu wszyscy się znają, więc…

Zaczyna się śledztwo i w tym momencie, właściwie od pierwszej strony musicie się przyszykować albo na przeczytanie całości za jednym posiedzeniem, albo, okrutną rzecz, czyli wydzielanie sobie książki po kawałku. Ale od razu mówię, to będzie bolało. W momencie, w którym uświadomicie sobie, że te zbrodnie są wstrząsające, niesamowite, kurde ale pokręcony umysł autorki… ale jednak, te zbrodnie są eee tam w obliczu jej osobowości.

Pani inspektor.

Po prostu… nie wiem.

Na szczęście miałam tom drugi pod ręką, zaryzykowałam od razu kupno obydwu i się opłaciło, bo gdyby przyszło mi czekać, wkurniczyłabym się mega!!!

Bo w momencie, w którym uświadamiacie sobie, że nie obchodzi was kto zabił, ale jak potoczą się losy jej i jego i tych, którzy ich otaczają, jeszcze do tego ta przyroda… no zwyczajnie… czy to thriller, kryminał, czy jednak opowieść o człowieku? Człowieku rożnorodnym, człowieku się zmieniającym, inteligentnym, ale poddającym się upływowi czasu…

Polecam od razu kupić obydwa tomy!!!

Znowu idziemy na spacer…

No wiecie, jak tak tydzień przy kompie mija, przy zdjęciach i tak dalej, to wiecie, człek musi wyjść, zresztą… zresztą las to najlepsza sprawa. Na wszystko. Kompletnie wszystko. Nawet na moją zjebaną nogę… cóż, przecież się nie poddam. Chcę zdjęć, chcę do lasu, chcę… wiele chcę, niewiele mam.

Może nigdy to się nie zmieni.

Depresję mam.

Jakby ktoś chciał, to taki nadmiar mam, że zacznę pakować w woreczki takie fancy, z koronką i perełeczkami czy tam diamencika i ze sznureczkiem z jedwabników wciąż dychających i jeszcze…

… może złocenia…

Sorry…

Ale znowu wiatr wieje i znowu wiem, że spania nie będzie, więc mi odbija.

Mocno.

Tym razem spacer w część Almindingen, którą mimo obietnic, że nic już nie wycinamy i w ogóle, to wiecie, zczyścili. Znaczy tak nie do końca niby, no ale… najpierw jednak zatrzymamy się przy onym oczku wodnym, co chyba nazwy nie ma, a może ma? Kto to wie? Pewnie myr jakiś, bo wsio tu mrówka, a może to starobornholmski. Jeszcze tego nie rozwiązałam.

I jeszcze… a raczej i już, nie wiem, czy mnie to w ogóle obchodzi.

Nie wiem.

… więc jakoś takoś, by tam trafić musicie drogą główną poruszać się w kierunku stacji – byłej – kolejowej. Mijacie rozwalony gaard, czasem tam i koń jest, no i takie zabudowania bardziej stojące i najpierw po prawej stronie macie większy staw czy jezioro, a potem, ukryte, zarośnięte bardziej, cudowne, malownicze, ale niebezpieczne… tak, to to, w którym tonęłam, uważać należy naprawdę.

Mocno i wszelako silnie.

Bardzo!!!

No ale…

Jest sobie ten stawik, i dookoła niego szeroka ścieżka i są te drzewa… właściwie od miesiąca gołe już, a słysząc ten wiatr, to pewno znowu ileś się powali, pewno na pewno… więc cieszę się, że choć one kilka liści widziałam poukładanych na błotku w one cudowne wzory, wszelakich, chwilowe niebo błękitne, ino chwilowe…

Bardzo chwilowe.

A w niedalekiej, lecz bezpiecznej oddali ta wodnistość…

Szczerze, to ten spacerek jest króciutki.

Większość w lesie, potem drogą do auta. Ale warto, bo to miejsce ma w sobie coś. Ma one korzenie i wszelakie zakamarki, ma oną prostotę i w górze ostatnie barwne listki i to wszystko jest takie magiczne, tak bardzo niesamowite, tak bardzo… wydaje się być ostatnim, odchodzącym w przeszłość…

Jak cała lesistość na Wyspie.

Wciąż torturowana…

I tak idzie się i liściejowuje się i jeszcze po prostu oddycha i jeszcze zwyczajnie oddycha i jeszcze nazdwyczaj się jesienniuje.

I jeszcze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pająk Dzwonnik… została wyłączona

Pan Tealight i Mała Wyjaśniona…

Mała Wyjaśniona wszelako nie chciała być na językach.

Ostatecznie nie ciekawiło jej bycie ni na językach, ni na wszelakich innych częściach ciał wszelakich osobowości, ale jakoś tak się stało, że nagle stała się nazbytnio obecna… i jakoś takoś, nagle sama, w całości swej, stała na przeciwko ich wszystkich, nie miała w rękach kubka z mleczkiem i mleczami, oraz kroplą miodu wielkości piętnastu wielkich łyżeczek… tak lekko, wiecie, no dobra siedemnastu, ale ino takiego twardego miodu, żaden się lejący, bo to jednak nie to samo.

Co jak co, ale tego była pewna.

Wiedziała po prostu.

Serio!!!

Nie chciała już być mała ni wyjaśniona, pragnęła być tajemnicza i ogromna, z wielkimi pośladkami i gignatycznymi cycami, które przysłaniałyby jej dodatkowo wszystko, zapewniając kompletną i cudowną prywatność. Bo czemu nie… w końcu czasem można mieć dość. A czasem i na zawsze nawet…

Bo przecież można decydować o samym sobie.

Bo chyba nawet należy…

I miód zawsze miał być twardy, a nie jakieś dziwadła płynne, co to jak sraczki pszczele wyglądały… czy też raczej nawet o pszczołach pojęcia nie miały… A kubeczek zawsze ogromny, choć, jeśli miała być wielka…

To może wiadro?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W mieście…

No dobra, nie do końca, ale to wciąż Gudhjem…

Nie każdy wie, nie każdy dociera tutaj, wszelako nie każdy ogólnie nawet zdaje sobie sprawę z tego, iż istnieje coś takiego jak Dolne Gudhjem i Górne Gudhjem. Wiecie, one obydwa, ale te wszelkie linie, które wyznaczają granice są tak płynne i mocno ruchome, że naprawdę, naprawdę szczerze wszystko nie jest w stanie do końca stwierdzić gdzie one przypadają. Co należy do góry, a co do dołu i jeszcze, czy w ogóle jest jakiś mityczny, sprawiedliwy środek?

A może to właśnie o to chodzi, że go nie ma?

Nie wiem, tego jeszcze nie rozwiązałam, ale…

… ale wiadomo, że Gudhjem dzieli się na górne i dolne i ci z górnego to ludzie całkiem inni, niż ci co to zamieszkują dół. Wiecie… każdy ma jakieś problemy, może tamci bardziej słoni, a tamci liściaści, no nie wiem… nie wiem.

Czasem lubię, po prostu nie schodzić w dół.

Zwyczajnie.

Bo góra jest intrygująca, naprawdę.

I ma zamek…

No dobra, może i pałacyk, czy coś, wielokrotnie zaprawdę powiadam wam, iż sprzedany i tak dalej, posiadający ogród, czy raczej połać zieleni, na której czasem coś rośnie, no i kilka drzewek, ale dziwne uczucie jest, gdy się dookoła niego chodzi. Jakoś tak dołująco, wszelako depresyjnie i mocno łajająco i jeszcze…

… no nie wiem…

Po prostu nie.

Jakoś ta część Gudhjem straszy.

Jakoś ta część Gudhjem po prostu zastraszająco zaskakująco… straszy.

Nawet mnie!!!

I nie do końca rozumiem dlaczego…

… bo przecież… tutaj jest tak ślicznie. Może to poprzez one idiotyzmy, które wyprawiają z Gråmyrem? Może coś w tym wąwozie pięknym teraz straszy, bo przecież ciągle coś wąwozowi robią, no i sypie się wszystko, więc wiecie… może to to? Może te duchy jakoś tak niespokojne tutaj?

Może?

Nie wiem, ale spacer był lekkim koszmarem.

I nie tylko dlatego, że moje kolano wciąż nie doszło do siebie…

No ale… domy wciąż stoją, pojawiły się nowe ogródki, na dodatek oczywiście wszystie drzewka gołe i jeszcze niektórzy postanowili swoje posesje oczyścić, więc drzew ubyło mocno. Zastraszająco mocno. Boleśnie mocno!!! No ale… tupu tupu, co nie? W końcu jakieś pseudo słońce wylazło, więc trza się dotlenić, czy coś… pierniczą wszyscy o tej witaminie D, więc spacer jakiś kilka razy w tygodniu winien być, ale kiedy, no weźcie, no jak?

Serio?

No wiem… wiem, gdzie mieszkam, ale nie mam czasu.

Ech…

Mniejsza, idziem. I się bojem. Bardzo. Nie wiem dlaczego malowniczy wąwozik, bo to mikro wielce, to wiecie, no sypie się. Ino czekać, aż komuś coś się stanie. I jeszcze na dodatek ten czerowny dom, to aż po prostu stoisz i widzisz jak on tak, milimetr po milimetrze leci w dół…

Ale dołem Gråmyra czerwień liści się łyska…

I nikogo tutaj.

Cudo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Wyjaśniona… została wyłączona

Pan Tealight i Foczy Kadaver…

„Leżał tam.

No oczywiście, że chciała go pomacać, weźcie, w końcu przede wszystkim była sobą, naukowcem, co to zawsze musi mieć i próbkę i opis, no i oną wszelaką, bogatą inną dokumentację… co prawda zapachowo już tutaj odczuwała, iż obiekt jej westchnień jest raczej zmarły od dawien nie do końca strasznie odległych, lekko gnijący, ale wciąż napuchnięty, więc wiecie…

Wrony były zachwycone.

Mewy też.

No dostać taki kawał mięcha… i to właściwie za darmo pewno, no chyba, że ktoś im ofiarę z takiego zezwłoczka, za coś… hmmm, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczynała nazbytnio myśleć… a nazbytnie myślenie u iwedźmo-naukowców nigdy nie kończylo się dobrze…

Tym bardziej, że nie mogła go tym kijaszkiem…

No po pierwsze Chowaniec i Pan Tealight obydwaj stwierdzili, że nie idą z nią TAM, gdzie właściwie nie wiadomo czy to woda czy piasek jeszcze, czy ino ułuda, po drugie cuchnie straszliwie, a po trzecie…

Nie ma kijaszka!!!

A tego nie dało się przebić!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plaża…

Wiecie jak to wygląda.

Gdzieś tam jest woda, gdzieś jest piasek, albo kamyczki, wiadomo, że plaże są różne. Wszelako ich stratygrafia oraz systematyka musi być intrygująca biorąc pod uwagę ciągłą zmienność… ale ta plaża, zwykle jest sobą. Czyli piaskiem. Dużą ilością piasku dość ubitego, wywianego, wiecie, prawie skałka, ale jednak nie, więc po prostu super się chodzi, czy biega, czy też… no na przykład rowerem czy koniem, wiecie…

… jak to jest.

Oczywiście, że mówię o Dueodde, choć czasem się zastanawiam…

Zastanawiam się, czy to wszystko tak się nazywa, czy jednak ten pas piaszczystości i zróżnicowanego dna morskiego dzieli się na jakieś mniejsze, bardziej intrygujące nazwami byty? A może… może podzielone jest to na mniejsze cząstki, które w bornholmskich dialektach noszą jakieś dziwne, brzmiące zabawnie albo magicznie… nazwy, wszelkie słowa?

A może?

Morze?

No właśnie…

… bo tutaj ono morze jest bardzo zdywersyfikowane. No wiecie, różnorakie takie… By popływać idziecie kilometr w wodę, kilometr w prawo sprawi, że wyjdziecie w miejsce dość dzikie i przez wielu nieznane, w lewo znowu, powoli teren będzie się podnosił i powoli zmieni się w kamienne płyty przypominające mi zawsze te sceny z The X Files, gdy Scully odkrywa one zapisane płyty statku, czy czegoś tam…

Wiecie?

Ale…

Dueodde.

Obecnie w weekend szczególnie dowód na to, że wciąż mamy tutaj jakąś Turyściznę. Tudzież, że domki są wciąż pozajmowane i tak dalej. Nie zazdroszczę im. Opowieści o wybijajacych szambach są po prostu mityczne w tym rejonie. Nie zazdroszczę, bo ludzie zrobili się jeszcze bardziej dziwni, creepy i wszelako…

… boję się ich.

Nie zazdroszczę.

Ja chciałam na plażę, bo wiecie, trochę wiało, ale niezbyt, słonko trochę przez one chmury przebija, pewno, że zaraz zajdzie, bo przecież dzień się zaczyna często w okolicach 12tej i kończy po 16tej, więc nie ma wiele czasu na spacer. Na dodatek zmieniła się plaża znowu i Chowaniec stwierdził, że nie, nie skręcamy tam, gdzie ja mu pokazuję, bo wyjście jest gdzieś indziej, no i… serio, nie używajcie GPSów, używajcie żon… przestroga na przyszłość… no więc nam się przedłużyło. Ono chodzenie. Po dziwnym piasku, grząskim takim, ale miejscami tworzącymi malownicze płaskorzeźby… można się zakochać, potem lekki zapaszek, no ale słońce odbija się w spokojnej wodzie, więc co tam, takie to romantyczne… LOL…

… i myślałam, serio, że to kamień.

Ale przecież nie podeszliśmy do trupa. No weźcie, pewno że chciałam, ale mi nie dał. Szczerze!!! Ja pierdziele, nie pomacałam se zdechłej foki, a tak ładnie wrony jej oczy wyjadły i sznureczek jelit malowniczo, niczym świąteczną niespodzinakę ją okalał i w ogóle… przy podkręconych kolorach była piękna, jesienna.

Barwna…

Tak wiem, śmierć.

Ale sorry… to natura.

Smród się zwiększył, więc człek wyminął pięknego, upadłego anioła, młodą mewę, mocno świeższą, jakby dopiero spadła z nieba… mam nadzieję, że to nie jest przepis na 2021… Naprawdę. Foka oczywiście wzbudziła wszelakie zainteresowanie, będą zdjęcia. Ale poza tym najbardziej uderzało morze, które wdarło się daleko pozostawiając rozlewiska, niektóre dzięki wodorostom krwawe mocno… serio, o co chodzi. Czy już koniec świata, czy nie?

Bo jak zaraz, to biorę kredyt i jadę na północ.

Serio!!!

No ale… na razie złażę z plaży, przedzieram się przez las i miejsce, które Turyścizna ukochała se na kibelek, wciąż czuć… i plącząc się między ścieżkami docieramy do samochodu i jest ciemno.

Wiadomo, zima, co nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Foczy Kadaver… została wyłączona

Pan Tealight i Podrażnione Ryzyko…

„No bo zeżarło coś…

Problem był w tym, że nie miało pojęcia co, a co do historii uczuleń, to wiecie, niby nigdy jej nie miało. Całkowicie. Zawsze zdrowe, żarło co chciało, ale może i doszło już do tego wieku, kiedy to po prostu nie da się inaczej, zwyczajnie już powinno się zaciskać pasa, niczego nie luzować i wszelako, wszelako i mocno, wytrwale wszelako… patrzeć i liczyć co się w siebie wsadza.

Nie tylko żarcie.

No wiecie, z czasem ciało się zmienia, czy też cokolwiek, w czym toto chodziło i się innym pokazywało. Wiecie…

Tak właściwie, to niby wyglądał jak człowiek. Mężczyzna w średnim wieku, lekko łysiejący, ale wiecie, niemiejący z tym problemu, a może jeszcze nie? Lekko blady, ale wiadomo, źle się czuło… no i eeee, hm, jakoś takoś dziwnie ubrany mężczyzna, ale czy w dzisiejszych czasach istnieje jeszcze dziwność…

I zamiast brody miał gałązki wierzbowe…

Kwitnące baziami.

Podobno to wcale nie było obrazem jego chorobowości… podobno, no wiecie, przecież dopiero się poznali?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Minas Warsaw” – … eee.

Nie.

Z każdej strony nie.

I tak, znam twórczość autorki i wiem w czym się specjalizuje. Spodziewałam się ustawień zbrojnych opisów wszelakich, ale… w końcu miał być mag w PKiNie… no tego nie można było zepsuć. A jednak… się myliłam.

Hmmm…

Początek jest straszny… po prostu. To taki, wiecie, niewypełniony, niezauważony potencjał, światy połączone, problem w tym, że ani ten ani tamten nie jest spójny, logiczny, jakiś wciągający. Bohaterowie, oj tacy męscy, i te heroiny, takie kokieteryjne… i jeszcze… no właśnie Mag… tia, nie oczekujcie go. Znaczy podobno tam jest i robi zabawne rzeczy, dziwnie, że na jakiś taki renesansowy szyk… kurde, czemu nie średniowiecze albo epoka kamienia, come on!!!

Potem człek czeka aż się coś rozwinie, ale nic z tego…

Niby gdzieś tak pod koniec coś się porusza i już masz nadzieję, rozumiesz, już wiesz, ale jednak… nic z tego. To tylko kilka stron…

Naprawdę nie warto.

Jestem na siebie wściekła, że dałam się podpuścić opisowi, który nie odpowiada zawartości. Naprawdę wkurwiona, bo nie stać mnie na zabawy z finansami. A to… nie, nevermore!!!

Podobno, że mimo wszelakich obostrzeń, Kopenhaga wykupiła wszelkie mieszkania, apartamenty, pokoje i chcą się tutaj zwalić. Bo wiecie, mniej zachorowań. Jakoś nikt nie myśli, że oni opaleni, prosto z jakiś Malediwów czy innych Ibiz, przyniosą tutaj to gówno i to pewno w keszcze większej ilości, możliwe, że inne…

… więc…

Nie wiem.

Wiem jedno, nadal pochmurnie.

I nie było dotąd ani jednego dnia by zrobić fajne, liściaste zdjęcia… no wiecie, ni słońca ni liści. Tego pierwszego, to wiadomo, za chmurami, a to drugie, sztormy z września i października zrobiły robotę i nic nie dynda. No dobra, przesadzam, znajdzie się kilka, ale tak niewiele, że właściwie, jakoś takoś to przygnębia…

Bo w końcu one spacery liściowe są tak ważne.

Istotne dla duszy i ciała.

Wiecie, one szelesty, te kolory i kształty, one wszelakie ciapki, plamki i inne tam.. te układy, zawiewania wiatru, one deszczowe opady… jak idziecie wąską, leśną ścieżką, a tam deszcz liści. A raczej coś na kształt baletu, bo przecież one… tańczą. Tańczą w powietrzu nie bacząc na powiewy wiatru, zdaje się, jakby w tym ostatnim spacerze wybierały same kroki. Jakby były tak bardzo świadome tego, co się dzieje, że wiedziały obok kogo i czego chcą leżeć.

W jakim układzie…

W jakim miejscu.

Jakby w tych liściach, które skończyły odgórną robotę na ten rok było tak wiele więcej. Tak bardzo wiele więcej!!!

Liście…

Nie ma ich.

Ten potwór, który pojawia się prawie co roku na Wyspie, w tym roku serio zeżarł je, wciągnął niczym najlepszy zasysacz, i zostawił nam ino kilka, troszeczkę. Odrobinkę i ociupinkę. Szczerze… tak naprawdę jesieni nie mieliśmy. Wiecie, onej jarzębinowo-kasztanowej. I jeszcze żołędziowej. Ciagłe wilgotności, ciemność dziwna, tóra nagle spadła na Wyspę

I jeszcze ten wiatr.

Okay, nie wieje jak rok temu, gdy zaczęło we wrześniu i napierdzielało do późnej wiosny, ale wystarczyło, że zawiało z końcem września i po liściach na drzewach. Nie zdążyły się wybarwić tak jak potrafią.

A teraz…

Zniknęły.

Szukałam ich, ale ich już nie ma.

W końcu na jednej ścieżce znalazłam jakby zagubione, szukające swojego miejsca, ale nagle, jakby za jednym podmuchem, połowa z nich wzleciała do góry, spojrzałam w dół… nie spadły. Pewno rozeszły się gdzieś w trawie, może i zagłebiły się w ciemność iglastego lasu, a może…

Nie wiem.

Serio.

Ale co do jesieni, widać jak wiele spraw, w tym roku też odwołano oną słoneczną, zdjęciową… chociaż, z drugiej strony, ona mgiełka nad wszelkimi wodnistościami, one pojedyncze liście…

Coś w tym jest magicznego.

Oj jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podrażnione Ryzyko… została wyłączona

Pan Tealight i Okruszka…

Okruszka Drobinka naprawdę była przemiłą i upierdliwą osobowością.

Naprawdę.

A przynajmniej nikt nie chciał powiedzieć przy niej czegokolwiek innego. Wiecie, głupio tak przy takie blondyneczce malutkiej, wdzięcznej, z tymi loczkami, usteczkami wydętymi, ale jakby zaraz miały się spodkówić i zacząć trząść, więc nic nie mówisz, tylko potakujesz, wolisz by nie zaczęła…

… no ta woda by nie płynęła z migdałowych w kształcie, onych oczętów błękitnych, otulonych tymi długimi, zakręconymi, czarnymi rzęskami, tak dziwnymi pod łagodnie wygiętymi, lekko jaśniejszymi brwiami… no i ten malutki, lekko zagięty ku górze nosek, no i jeszcze wiecie, te policzki, dołeczki… tak bardzo niczego nie chcesz w niej zakrzywić, zasmuciś, jakoś tak…

Po prostu.

Nie.

… więc siedzisz, gdy ona podchodzi coraz bliżej z tym koszyczkiem zdobionym haftowaną serwetką, w onej kloszowanej dołem sukieneczce w błękitno-różową krateczkę, tak po prostu, nie boisz się, bo przecież jest tak idealna, tak cudowna i nieba chcesz jej przychylić, lub i piekła, zależy, co bardziej jej odpowiada i obsypać ją puchowymi zabawkami, puchatymi króliczkami…

I jeszcze słodycze, musowo.

A wiatr rozwiewa jej one loczki, te kokardki maluśkie na jej głowie się telepią, jakby żyły, jakby chciały coś ci powiedzieć…

Nagle się potyka, oj kamień w onym białym buciku, skarpeteczka z rąbkiem rzeźbionym w stokrotki, malowanym ręcznie… i pochylasz się by jej pomóc, by tylko się nie zraniła, może i nawet nie potłukła, bo taka cera, porcelanowa, zdaje się oną najcenniejszą bombką na choince, której nie wieszasz nigdy, nie, przechowujesz ją w pudełeczku, bo za piękna i tylko patrzysz czasami…

Czasami…

A ona w tym czasie, gdy ty jak idiota nie robisz nic poza potakiwaniem niczym one pieski, co to je wożą w autach, zwyczajnie kosę ci zapodaje w nerkę. Bardzo sprawnie, wyuczonym, wyćwiczonym, właściwie leniwym ruchem… jakby to nie był jej pierwszy raz, jakby znudzona już była swoją perfekcyjnością nabytą. Oną swobodą, że myśleć nie musi, że wie, ma pewność…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kryzys futerkowy nadal trwa.

I to z dnia na dzień zmieniają się wiadomości, podobno jedno jest pewne, minister nie poda się do dymisji, ale do szczegółów. Najpierw wszystkie zwierzaki miały być wybite, bo wirus zmutował, północ Danii zamknięta, dzieci ino do roboty, znaczy szkoły, wiecie, muszą jednak rozwalać system i coś robić, jak na przykład oną wielką, już legendarną zarazę roznosić…

No tak, ale co do onej zarazy, to widzicie…

Coś źle wyliczyli.

Albo raczej teraz wyliczyli dobrze, że te wszelakie odszkodowania pierdykną w skarbiec, więc zrezygnowali? Nie wiem, ale kolejne wiadomości są takie, że ci co już zabili, grzecznie się poddali rządowym rozkazom, to wiecie…

… mają przegibane, bo przecież nagle się okazuje, że może jednak nie trzeba wszystkich wybić, a może i nawet nikogo, a może…

No i w ten sposób wkurw w narodzie wzrósł.

Podobnie jak liczba zachorowań na Wyspie.

Było 6, teraz jest 9 i nie wiem. Seryjnie nie mam pojęcia, czy to jest 6 plus 3 czy jednak teraz sumujemy i mamy 15? Jak to jest? I oczywiście, jak najbardziej maseczki są, ale to tylko zwiększy wszelakie choroby skóry i tak dalej. Sorry, ale to nie są maseczki przeciwwirusowe, to raz, a po drugie, wiecie, nikt nie przestrzega tego, co napisane, jak napisane, jak to robić, kiedy i dlaczego dostaję napadu wszelakiego strachu, gdy mam ją na sobie?

I duszę się…

Umieram po kawałku…

Tak wiem, dziwne to dla wszystkich.

Ale nasz rząd też zmienia często zdanie. I często też mamy jakieś wpadki i tak dalej, ale wiecie, pijar skandynawski działa.

Hola!

No mniejsza, poza tym… przyznaję, że spoglądanie na to wszystko, na ten cały świat, wiecie, nawet poprzez one skromne wiadomości, które do mnie docierają… jakoś spoglądanie na to wszystko z poziomu Wyspy, z miejsca odosobnionego… jest inne. Nam wolno iść do lasu, ale maseczki dobiły ludzi. Coś się robi wkurwionego w powietrzu, coś się tworzy dziwnego…

Nieznajomego.

Strach?

A może tylko wkurw?

Nie wiem… ale się boję. Przyznaję się, że się boję, bo jeśli ludzie się wkurwią, to wiecie, nie ma ucieczki. Prom do Niemiec nie pływa, bo wiadomo, jesteśmy skażeni i wszelako persona non grata. Niby do Szwecji wciąż można, ale wiecie, jak inaczej mamy dotrzeć do Danii? No jak?

Ale ta pogoda…

Kocham szarość i ciemność, rozluźnia mnie i naprawdę inspiruje, ale wiem, że większość ludzi dobija. I to mocno.

Bardzo mocno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Okruszka… została wyłączona

Pan Tealight i Niezbywalnych Patron Rzeczy…

„On był nadzwyczaj dziwny.

Goły, ale bez określonych, widocznych cech płciowych.

Nieowłosiony, jednak o tak dziwnie malowanej skórze, może i tatuowanej, jakoś nikt nie chciał się do niego zbliżyć mocniej, bliżej, bardziej… wiecie, żeby sprawdzić, tak pomazać poślinionym paluchem, czy coś w ten deseń. No wiecie, jak to się robi zazwyczaj, jak one Tomasze Niewierne, co się ostatnio pod jabłonką wykluły i lament taki robią, że cholery dostać można i innych zaraz też. Co tam pandemia obecna, one wywołają lepszą, bo czemu nie… mogą w końcu.

No ale…

Zwał się, czy też raczej był… no bóstwem był, wiecie, logiczne, w końcu kto inny by tutaj przyłaził do Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i Pana Tealighta. No kto? Ino takie obudzone, czy też dopiero narodzone byty, przywołane przez ludzkie pragnienia lub, wiecie, zwątpienia… może i te drugie w szczególności jakiejś… mocniejszej, większej…

Może?

Niezbywalnych Patron Rzeczy.

Pięknie się nazywał.

Ale wciąż wyglądał co najmniej dziwnie. Naprawdę dziwnie. Nawet aż nazbyt pokręcono dziwnie… no i do tego miał ze sobą masę bagażów. I to jakich! Na pewno na zamówienie robionych, bo choć różniących się wymiarami i kształtami, czy też wstążeczkami przy rączkach, to jednak każda z nich w oną dziwną krateczkę, taką oczy mącącą, a może i pepitkę… dziwne…

Jakoś nagle niczego nikt nie widzi, ino te czarne i białe paćki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świąteczne…

Bo wiecie, jak tak dalej pójdzie, to i książek nie będzie spoglądając na to jak trudno dostać je on line, zaczynam panikować. Udało mi się nawet 3 Pratchetty skołować, YAY… ale Empik zrobił mnie w balona i najnowsza Kojocica Fabryki Słów wyleciała z zamówienia, bo mają w dupie klientów…

Teraz ta książka jest znowu w ofercie i mogli poczekać, wysłać, wiecie… frontem do klienta, ale woleli to mieć w dupie.

No dobra…

Tak, wiem, duński kryzys futerkowy. Dobra, mocno szokujący wszelako tych, co to wciąż nie wierzą, że istnieje coś takiego jak pijar duński, no ale… to sie załapuje dopiero po kilku latach, więc rozumiem. No tak jest. Trzeba przywyknąć i tyle, problem futerkowy jest, są i protesty i tak dalej…

Jest zmutowany wirus, cudnie…

I tak się zastanawiam, czy czasem tak nie jest wszędzie ino Dania po prostu za jednym zamachem, wykorzystując oną pandemiczną osłonkę nie pozbawiła się problemu, wiecie, coby szczerze być zieloną. Ekologiczną i tak dalej… tudzież, zwyczajnie zamydlić innym ślepia, bo to nic innego.

Przecież.

Niemcy dzięki temu nasz nie kochają, ponownie, wiecie, im ta miłość tak przychodzi i odchodzi, podobnie zresztą Norwegia. Czyli Duńczykom tam nie wolno, nu nu nu… złe Duńczyki, paskudy z minkami… kurde, wciąż nie kumam czy chodzi ino o jeden sort tych futerkowców bidnych, czy wszystkie, ale wiecie, takie to zagmatwane, więc, nez urazy no… ale tak jak do Norwegii daleko, tak prom od kilku lat miał cały rok pływać do Niemiec… więc znów nie pływa.

No wiecie, no love no prom!!!

Zresztą, i tak Duńczycy słabo wierzą w maseczki.

I ja ich rozumiem.

Powiedzmy sobie szczerze, większości nie stać na to, by wciąż kupować one cuchnące jednorazówki, więc jadą długo. No wiecie, nawet widziałam jak sobie pożyczają, więc lekko mi słabo… nie wychodzę, więc szczerze ich nie oceniam. Mnie nie stać na jednorazówki. Mam jedną materiałową, więc teraz ino piorę i zakładam… mogę wyjść ino na chwilę między ludzi…

I wiecie co, więcej nie chcę…

Ale jakby trzeba znów promem, będzie jazda.

Ale…

Jest ogólnie dziwnie pogodowo.

Naprawdę…

Jak na Wyspę, wciąż pochmurnie, nie żebym narzekała, bo lubię ono zachmurzenie, ale wiecie, tu zwykle przynajmniej było kilka dni słonecznych, takich mocno i zimnych i liście, choć miejscami, zostawały na drzewach, a teraz… teraz zawiało mocno zaraz na początku jesieni i liście poszły się jeb…

No poszły.

Szczerze.

I wszystko jest takie gołe. I wszystko jest takie ciepłe… bo jest strasznie ciepło, ale też i wilgotno, co mi przypomina zeszły rok i moje proroctwa, że z takiej pogody ino choroby się lęgną, więc wiecie, sami sobie dopowiedzcie resztą. Nie będzie lepiej… a już tekstów w stylu, że z nowym rokiem będzie cudnie, nienawidzę. Telepią mnie. Po prostu wprowadzają we wkurwa.

Jakby magicznie ktoś 31go migał czarem i tadam!

Żadnych chorób, wojen, czy czego tam.

Tia… sami zacznijcie od sprzątnięcia własnego podwórka, wiecie, to może być szczerze naprawdę cudowne. Rewolucyjne wprost. Albo wybranie się do pobliskiego parku czy lasu i tam wyzbieranie śmieci, no i wyniesienie ich. Nie, że je zostawiacie… nie ma tak łatwo, znowu widziałam dyndające gówno w woreczku w lesie, po prostu cholera mnie bierze… wiecie, teraz to nawet nie można tego sprzątnąć bez odpowiednich ustrojstw, bo to odpad właciwie taki zakaźny!

… więc, szczerze.

Zasiejcie, zasadźcie drzewo.

Olejcie plastikwe gówna, kupujcie na przykład od dziewczyny, którą znacie z Facebooka i drukujcie sobie jej zdjęcia na ściany, by mieć sztukę jedyną taką… no co, mówię o sobie. Zdjęcia czekają. Są też obrazy, ale wysyłka nadal dobija. I szczerze nie polecam jej chwilowo. Chyba że kurier…

No tak.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niezbywalnych Patron Rzeczy… została wyłączona

Pan Tealight i Sir Hryzantem fon Nos…

Sir Hryzantem fon Nos… pochodził, jak już sama nazwa wskazywała, z dziury, która zwała się Nos i, o której, naprawdę nikt nie miał pojęcia. Ot tylko dwie chatki i to bez zabudowy, jakieś ogródki, króliki, kury i tyle…

Ale nazwisko se zrobił.

I podstawy ku niemu miał.

Bo wiecie, podstawy, to czasem serio wszystko. Papierek, jakaś babinka ze świetną pamiętcią i garścią pożółkłych fotek oraz wszelakich, notatek, kościelne archiwa, tudzież czyjeś inne, ale wiecie, ino te płatne… chociaż i te czasem mogą zachachmęcić, ale jednak… jak już płacisz za poród, chrzest się znaczy, to kwitek musisz mieć, a i wpływy winny być odnotowane… tudzież odnotowani ci porodzeni i ochrzczeni, co to wiecie, no przyszłościowo myśląc, którzy jeszcze winni w trakcie życia dopłacić, no sami wiecie jak to jest…

No więc on je miał.

Miał wszystko…

… tylko że świat miał to gdzieś.

Miał gdzieś jego konia, kopię, zbroję lekko pogiętą, jakby z puszek zrobioną, choć trzeba przyznać, że dość równie zesprejowaną na złoto, aż kurna się tak świecił, jakby mu za to płacili, a przecież błędnym nie płacą… wiecie, bycie Błędnym Rycerzem było wyzwaniem dla umysłu i serca…

No i nóg.

Szczególnie kolan!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ech…

Nie no, pewno, pandemia.

Podejrzewam, iż jakimś porąbanym dekretem zaczęli sprzedawać świąteczność wszelaką już z końcem września. I serio, u nas to się nie zdarza. Lepiej, najczęściej zdarza się dopiero w grudniu i bardzo szybko mija, więc… więc naprawdę trzeba się spinać by zdobyć coś lepszego. Albo w ogóle coś zdobyć… ha ha ha! No ale, w tym roku, najpewniej z powodu Sami Wiecie Czego, wszystko zaczęło się wcześniej. Dom ustrojony i tak dalej, ale to akurat w miejscu takim wyspowym, to nic dziwnego… ludzie chcą światła, wiecie, nazywam to „syndromem domowej latarni”.

A co.

Ciągłe analizowanie homo sapiens novinkus naprawdę mnie wciągnęło.

I małe torebki!!!

Dobra, rozumiem, to nie ma sensu. W znaczeniu takiej torebki, ale czemu te cholerstwa czasem są takie słodkie… no dobra, sporadycznie, raz na miliony, a cała reszta to syf i mogiła. I już. I jeszcze jakie to drogie!!! I niby jak to w lesie nosić? Albo jak się szuka grobów, wiecie, archeologiczne życie…

… to co z taką torebką wtedy?

Ech…

Po prostu zero ogłady we mnie.

Wiecie, pozycji damy nie dostanę.

To na pewno.

Nie dość, że u kosmetyczki byłam ze 3 czy 4 razy, ale wyłącznie w sprawie przekłucia uszu, a u fryzjera dokładnie dwa razy… raz za dzieciaka, nie mogłam się wybronić, a drugi raz przez przypadek przed własnym ślubem, bo się Chowaniec musiał, wiecie, wystroić nagłownie, bo wtedy miał jeszcze nagłowność jakąś…

Teraz ma ino mnie…

No i jakoś tak, ponieważ i tak miałam na niego poczekać, ślub był po studencku, więc wiecie, zero imprezy, no i też nie miałam jak uciec. Ten fryzjer się mnie uczepił, nie pytał o nic… koszmar…

… więc damą nie będę…

Nie jest mi za damostwem tęskno.

Ale… co do maseczek, to wsadźcie je sobe w zadki. Po pierwsze mnie wypryszczyło tak, że nie macie pojęcia. Nie miałam takich problemów od… eee czasów pradawnych i nastoletnich. Po drugie człek dmucha se w oczy, a po trzecie… czuję się dziwnie pamiętając debaty dotyczące noszenia kapturów i zasłaniania oczu i ust…

… takie niedawne.

Hmmm…

Jak to czasy się zmieniły.

Na razie oczywiście kolejne obostrzenia. Już nas nie lubią w wielu miejscach i nie wolno nam gdzieś tam lecieć, nie żebym miała w planach, ale coś, co było zwykłym – raczej nie polecamy – zmieniło się w – oni nas nie chcą. Oczywiście Szwecji znowu się obrywa i obecnie, co mogło się już zmienić, przyjechać można z dwóch części Szwecji do nas… co dowcipne, by dotrzeć do Ystad przejeżdżacie przez one pasma o podwyższonym ryzyku, ale kogo to obchodzi.

Wycofają was z promu, albo z granicy i tyle.

Ciekawe kiedy zaczną znowu kontrole paszportowe?

Świąt nie będzie na pewno, więc one dziwne polskie wycieczki, co to planują wyjazdy do polski, a tak obiło mi się o uszy, niech sprawę przemyślą. Bo tak, jak najbardziej, w Szwecji nie ma spiny. Ale w Szwecji też ludzie chorują. To nie jest jakiś łosiowy raj opuszczony przez spiczaste nakrycie głowy, wielce metalowe…

… i nie, nie będzie fety.

Obecnie już tak wiele muzeów, które nie były zamknięte, jest zatrzaśnięte. Odwołano masę spraw, spotkań, wszelakich imprez…

… więc czytajcie wiadomości.

Ale niekoniecznie polskie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sir Hryzantem fon Nos… została wyłączona

Pan Tealight i 2000 mil bez żeglugi…

„Tęskniła…

I było jej z tym naprawdę dziwnie, bo przecież przez tak długi czas jej wystarczyło, ono się nieruszanie… coś się zmieniało, coś w niej ewoluowało i Wyspa nie była już tym, co jej wystarczyło. Musiała myśleć o innym, o więcej, o onej północy, o tej dziwnej żegludze, której przecież w ogóle nie lubiła, wiecie te wiatry, bujania i potrząsania… bleee, no i jeszcze tłumy ludzi…

Czy gdyby mogła szła by po wodzie?

Na pewno.

Po drodze spotkałaby tego czy innego krakena, może i pomachałaby do onych Morskich Ludzi, wiecie, tych niby mitycznych, a jak siedzisz w promie, to po prostu jakoś tak, nie da się ich nie zobaczyć.

Po prostu nie.

Są raczej dość żądni atencji. Chcą być widzeni, chcą być podziwiani, chcą tak po prostu jakoś, jakoś zwyczajnie opisywani, ale wiecie… tak nie do końca, delikatnie, tak by wciąż otaczał ich ten nimb tajemniczości. Ona cudowna, przesłodka, ale nie mdła, wzbudzająca dreszczyki wszelakie… niepewność.

A czasem nawet zadziwienie jakieś.

Bo w końcu nie chodziło o to by ktoś o nich trzasnął rozprawkę, doktoracik i habilitację… nie, to już było, na szczęście nikt nie uwierzył. Wiecie, takie rzeczy zwą bajkami, a potem, lekko ocierają z krwi i pazurów i serwują dzieciom szczególnie wieczorami, albo wtedy, gdy zwyczajnie mają dość tych swoich bachorów. No przecież od czegoś one wszelakie urządzenia dzieciaki mają…

Wiecie, kto teraz wychowuje…

Hmmm… nie, nie wychowuje, raczej kształtuje, buduje ułudę człowieczeństwa… no kto? Przyznajcie się sami przed sobą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmie drzewo” – … ech… No dobra, znam autorkę, więc powinnam była się tego spodziewać, ale że aż tak, szczerze?

No naprawdę?!!!

Oto jest opowieść o osobniku, co zapomniał.

I to tyle, bo dość szybko wpadniecie na to co kto i dlaczego i jeszcze, jak to wszystko się skończy, a jątrzenie mistycznością wiedźmiego drzewa, sprwy prawdziwej z przeszłości zajmuje dwa zdania. Reszta to opowieść o dzieciństwie w niesamowitej posiadłości, o dorastaniu, popełnianiu błędów, wiecie, taka tam obyczajówka.

A potem trup i wsio upada.

I jakoś tak wiecie jak to się skończy, zbyt szybko.

Przynajmniej w moim przypadku.

Chodzi mi o to, że główny bohater jest takim zadufanym w sobie fiutkiem, że od początku znienawidziłam gnojka. Nie mogłam znaleźć w sobie onego współczucia dla niego, co już, było we mnie współczucie dla drewa, ścian starych… i tych, co opis robili, który szczerze, adekwatny jest do mniejszej połowy onej opowieści.

Po prostu nie tego się spodziewałam i nie na to miałam ochotę.

Jako opowieść o rodzinie, jest w tym jakaś intryga, jest sekretność, ale tak sztampowa i łatwo domyślna, że aż mi drzewa szkoda. Wiem, że nastawiłam się na choć odrobinę spirytualizmu, tudzież, wiecie, inne duchy i tak dalej, ale to… to było trochę po bandzie. Oj pewno, że zaskoczenie jest mega, autorka potrafi pisać, chociaż odrobinę dla wielu rozwlekle pewno, ale jednak…

… jednak kurde, jakieś to takie…

Niemoje czytanie.

Spacer wzdłuż onego zbiornika wodnego w Ro jest czymś niesamowitym.

Wiecie, taką drogą przez zmienności.

Ale najpierw mały link do reklamy, o której wspominałam kilka wpisów wcześniej. Serio… z jednej strony zabawne, ale z drugiej… Niemcy przecież bliżej. Just saying. No i o co chodzi z tym „Pomóż mamie”?

Przecież to nie ma sensu…

A potem do opowieści o tym, jak to wirus mutuje i… wiecie, no trzeba zwierzątka wybić. Z drugiej strony kto z was wiedział, że Dania, taki pro eco i w ogóle kraj wciąż klatkuje zwierzątka? No przecież mi ludzie nie wierzyli kilka lat temu…

Pamiętam.

A teraz…

Nie wiem, ale wydaje mi się, iż ona mutacja wirusa stała się po prostu w tym momencie wygodna. Jeśli rzeczywiście przestaną klatkować zwierzęta, to super, ale co, jeśli zaraz wrócą do starych nawyków? Bo Duńczycy często tak robią. Jak nie zawsze… prawie. Się obaczy, albo i nie.

Będzie podziemie futerkowe, czy co?

Ale, chodźcie dalej na spacer, bo świat…

Świat zaczyna coraz bardziej kształtować się w miejsce, w którym jak najszybciej, jeśli jeszcze nie macie, należy wykształcić sobie dziurkę i zwyczajnie się tam schować. Jakoś tak. Mocno i na zawsze. Jak się da, dostać rzeczy pocztą, jak się nie da, to w końcu zdechnąć. I tyle… wiem, że to koszmarnie brzmi, ale naprawdę, sami wiecie jak jest… nawet w tym miejscu, gdzie błękit nieba odbija się w niebieskości wody, jakby zderzały się dwie niebieskie przestrzenie i człek wierzy, że jeśli zaczerpnie wody, to będzie ona niebieska… i jeszcze te lilije wodne, a raczej pozostałości po nich, liście, po których dziwnie tłusto spływają drobniutkie fale…

Bajka…

A do tego jeszcze te kolory.

A raczej nie, te wysokie sosny, ku którym się idzie… chociaż najpierw kręta ścieżka, w górę i w dół, w prawo i lewo, nad wodą ona dziwna cisza, wyżej lekki drzew poszum… i ona miękkość podłoża i wszystko to…

Wszystko to takie niewyobrażalne.

I te iglaki wysokie, takie oddalone od tego wszystkiego, dumne i ogólnie mówiąc wszelako ode mnie starsze, mądrzejsze, a to ja się o nie boję. Tak strasznie, że je zetną. Że jacyś idioci wpadną na debilny, kolejny pomysł o rezurekcji pustki wszelakiej, tudzież upiękaszaniu otoczenia…

… tumany kurzu kurna!!!

Ale nic to…

Nie teraz, nie chcę o nich myśleć, wolę iść. Oddychać. Jakoś tak czuć się z daleka od tego czasu. I wiecie, wszelakiej polityki, która maca człeka jak on nawet TV nie ma, czy mediów nie gilga, wiecie… jak nie chce, jak odmawia…

I tak go dopadną.

Mocno.

I przyznaję, że mam tego dość.

Szczerze. I chyba, chyba najlepszą człeka decyzją było znalezienie Wyspy, którą wielu uznaje za miejsce z dala od wszystkiego, Narnię mityczną, gdzie paczki nie dochodzą, bo przecież… ale dzięki temu, choć zawiadywaną przez idiotów, nie oszukujmy się, wielu nóż się odsprężynia… no ale, wciąż mamy jakąś dzicz. Jakąś tam niewielką, ale mamy. I wodospady i rzeki i liście…

I mało ludzi.

Fajne jest bezludzie.

Za bardzo fajne, wam powiem.

Ale… dochodzimy powoli do kompletnego zalesienia iglastego, a potem stopniami w dół i właściwie koniec wycieczki, chociaż jeszcze przez mostek, pomacać skałę, przejść się w górę do drogi, a tam wciąż niektórzy jedzą, a może to już nowi? Nowe koszyki? Nowe wina? Wiecie, bo jakoś tak ludzie lubią tutaj w przyrodzie jeść.

Ja nie umiem tak bez ruchu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i 2000 mil bez żeglugi… została wyłączona