„Odpowiedzi nie miał, tylko pytania.
Pytania długie, pytania krótsze, pytania, które były wyłącznie uniesieniem brwi i takie, które rozkładały ręce. Wypowiedziane i wykrzyczane, oraz te, które jakoś zaschły w gardle… Pytania, jedne nie wymagały odpowiedzi, inne tak bardzo jej pragnęły, że próbowały wydzierać je pazurami, które specjalnie ciosały z zapałek i zdobiły igłami świerków. Chciały ich, onych wyjaśnień, odpowiedzialnych wszelako zwrotów… jasności umysłu, który jakoś tak chyba posiadały, ale jednak, jakoś tak… może nie? Może je miały, może i nie… w końcu to były pytania. Byty wyższe, zdolne skonstruować słowne coś, co mogło zatrzymać świat, albo wpędzić go w ruch!
I był jeszcze Zapytajnik.
On.
Ten, który zawsze stawał na końcu każdego z onych zdań, wskazań i ruchów gałek ocznych i wydobywał z tego sens. Był ważny, ale też i był tylko znakiem. Machnięciem pióra, czymś, co zawisło w powietrzu, czymś, co może było nie do końcu wybrzmiałe, szarawe, niemocno zaakcentowane. Czyli on. To był on…
Zapytajnik.
Osobowość nie do końca zorganiowana, ale pewna siebie. Byt i uprawomocnienie, ale też pewna zbędność, coś, o czym wielu zapomniało, by potem… gorzko i boleśnie za to zapłacić, bo on nie tolerował nieumieszczania go tam, gdzie być powinien. Oj nie… i karał za takie pominięcia swojej znaczności wysoko i mocno.
Znacząco…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Brahehus, Habo kyrka i zapałki…
Wiedzieliście, że zapałki mogą mieć urodziny?
No patrząc tak korporacyjnie, to każdy kiedyś się narodził, czy też tam został wynaleziony, tudzież stworzony, więc, mu się należą, co nie? No chyba tak, bo szwedzkie mają trochę lat. Takim babcinym wiekiem trącają, ale wciąż chodliwe i w ogóle! I z tej okazji mają pudełeczka z napisikiem…
Tia, wiem, pewno nikt obenie nie używa zapałek, ale to Skandynawia, więc sorry, ale zapałki to ważna sprawa. I to życiowa!!!
90 lat! WOW!
Meanwhile na Wyspie, w końcu, po tak zwanym: deszczowym wrześniu, ogłoszono, iż trwająca rok susza się skończyła, znaczy trochę, znaczy, jak na razie… jest zielono! I dość ciepło! I są chełbie morskie i… jesień zaczyna się dziwnie! Zielona, miejscami goła, bo spalone liście opadły, a kolory nie zdążyły się spojawić, ale… pogoda złoto, w nocy wystarczająco chłodno, w dzień marudy nie jęczą, że im za zimno, wciąż można pływać… no co? Ja lubię chłodne klimaty…
… i zimne!
Ale, wracamy do zapałek, ponieważ w Jönköping jest Muzeum Zapałek! Niestety kurcgalopkiem je obiegliśmy dookoła tylko, ale wystarczyło, by się zakochać… cudne jest, muszę wrócić. I w ogóle, ta architektura, szczególnie tej dzielnicy, po prostu urzeka. Ona miniaturowość, a same zapałki, historia tragiczna wprost… wszystko to wpływa na człowieka szczególnie po tym, jak się minęło właśnie Brahehus. Oficjalnie określane jako: ruins… serio, taki napis prowadzi was tunelem pod wielopasmówką do ozostałości po posiadłości i widoku, po prostu zapierającego dech… widoku, co ma wiele widoków pod sobą! Widoku, który rzuca wam w twarz pytanie: ale dlaczego po pożarze nie odbudowali, przecież ta miejscówka, no nawet z tą cholerną autostradą, magiczne wprost robi wrażenie… najpierw drzewa po prawej i lewej, przed wami kratki pól i malutkie domki, i widok na błękit… i wyspę na onym błękicie i do tego przemykające chmury, które rzucają cienie, które igrają z waszą wyobraźnią…
… po prostu cudo!!!
A wy stoicie na skałach, na zgliszczach, w onym kamiennym otoczeniu… i się dziwujecie, jak to wieszka pisała…
Gdy to piszę kończy się wrzesień, ale ten widok, siedziałam na skałach długo patrząc na te domki, pola, na chmury, na wodę, na cieniutką, białą wyspę na wielkim, długim jeziorze… po prostu… a potem słyszę mój raj, morze szumi, wrony jak zwyle strzegą, siedzą na dachu, drą się by dolać im wody… to morze…
… kocham.
Muszę mieć morze, jednak jezioro go nie zastąpi, ale na chwilę… cóż… działa!

Czerwień.
Podjeżdżacie pod kościól i widzicie ino oną czerwień, głęboką i mocną, wysoką, specyficzną dzwonnicę i samą formę kościoła… a potem wchodzicie do środka, co dla mnie jest dziwne, bo przy kościołach zwykle dymię, ale ten, coś w tym jednak sprawia, iż czuje się pierwotność… nmoże to jego baza, wczesnośredniowieczna, wciąż stoi chrzcielnica, elementy widoczne w małej zakrystii… a może jednak to ta kurwa, która się mi wymknęła, gdy tylko weszliśmy… po prostu jakoś tak… bo oni dwaj, malarze, opętani horrorem vacui, na pewno, po prostu stworzyli drewnianą, miniaturową bazylikę… i to mimo ilustrowania katechizmu Lutra, to jakoś tak, czy do końca zgodne to z protestantymem? Czyż on nie miał być taki, no wiecie, minimalistyczny?
A tutaj…
Kolory… wszędzie.
Każdą powierzchnię zajmują obrazy, różne, różniste, a jak się nie zmieści obraz, to jest coś w formie zwierzęcych ciapków… po prostu szaleństwo!!! Opętanie. Mania zapełnienia kolorem i kształtem każdego milimetra kościelnego drewna. Przy tym robota konserwacji zabytków, no naprawdę mega! W końcu wszystko aż płonie kolorami, a sam kościół nie posiada jakichś wielkich zabezpieczeń… i tak, robi wrażenie nawet na tych, co za sztuką sakralną nie przepadają… jak ja… boję się jej…
Tych…
Których przeraża… jakby było w tym wszystkim coś więcej…
Coś… c.d.n.











































