Pan Tealight i Kurka Nienioska…

„Ostatnio ktoś usłyszał koguta, ale ponieważ inni niczego nie zarejestrowali, czy uchem, dziurą w głowopodobnym naczyniu na szyi, słuchawką, maszyną… no wiecie, nikt nic, więc sprawa ucichla. Potem rozszczekały się psy i to już usłyszało więcej osób i bytów, postaci oraz kurzowych duszków pod szafkami…

Po kolejnym chmurnym i mokrym tygodniu nagle coś się w okolicy zmieniło, pojawił się w powietrzu jakiś taki ciężki, męski, tudzież kojarzony z testosteronem smrodek, lub i jakiś tam, no ten… jak go zwą, feronom… i pióro… zaczęło tańczyć nad Sklepikiem z Niepotrzebnymi, to się unosiło, to już prawie było przy ziemi, potem znowu skakało nad drzewa, ku chmurowm…

Nikt nie chciał go dotknąć.

A co jak to z anioła?

Jeszcze się czymś zarażą… psalmami czy inną tam hosanną…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wilczy trop. Alfa i Omega tom 1” – … wiem. Tom drugi właśnie wylazł, a ja tutaj o pierwszym, no ale… trzeba od początku. Wiadomo, tamten straciłam, udało mi się kupić ten, przeczytać raz jeszce i wciąż uważam, że jest słabszy niż inne powieści/cykle tej autorki. Na „Polowanie” co prawda poluję, bo zawsze słabsze, to jednak wciąż fajne…

Znajome wilki, ona, wiadomo, serduszko puka… okay, w tej serii, to już szczerze nazbytnio puka, no ale… wiecie, jednak te powieści fantastyczne mają to do siebie, i są raczej skierowane do kobiet… chociaż, wróć, przecież Mercy wcale nie jest taka. Tylko dla kobiet, więc dlaczego tę powieść tak odbieram?

Za bardo seksualnie, romantycznie.

A może mam dość właśnie onej romantyczności, chcę więcej pasji, przygody, oczywiście że uczucia zawsze bedą, ale jednak, kurde no, nie mogą dominować. Tutaj, jakoś tak te wilki są nazbyt, skupione tylko na jednym, ale… pamiętajmy, iż to pierwszy tom, więc… mam nadzieję, że się rozwinie.

Lubię autorkę, dam jej szansę.

Czasem łapię się na tym, że wszystko milknie poza morzem…

Jakoś tak…

… nie stukam w klawiszki, siedzę, stoję, nic nie gra, nic sztucznego, jest tylko ten wiatr i jeszcze morze, fale uderzające w Wyspę i wygrywające najbardziej dziwną muzykę, niby szum, a jednak coś więcej. Jakby tylko tutaj szum był czymś więcej. Bo przecież w innych miejscach, na innych wyspach… tak, wychodzi na to, iż jestem koneserem wysp. Byłam na wielu, mieszkałam łużej lub krócej.

Chociaż ich dotknęłam.

Wyspy miastowe i te takie bardzo wiejskie.

Wyspy geograficzne i ekosystemowe, wiecie, wzgórza otoczone wąwozami, gdzie żyła garstka luzi, coś w lesie, osada, oddzielona od reszty, wszędzie chodziło chyba o oną separację, nie do końca odcięcie, ale jednak…

Te nie bycie razem.

A teraz, tak, teraz mieszkam na wyspie Wyspie, ale jeżeli wyjeżdżam, nie oszukujmy się, zawsze na północ, LOL, jakoś tak, to wciąż ląduję na wyspach. Albo obok wysp. Dotykam ich, patrzę na nich. Muszę być blisko wybrzeża, musi być morze, inaczej jakoś tak, nie wiem… chyba…

… przestaję odychać.

Wyspy sprawiają, że się nie wstydzę…

Siebie.

Chyba?

Sprawiają, że jestem normalna, znaczy normalna ja, nie żeby jakoś tak, nagle wiecie cud się stałam i bum… jestem zwykłym człowiekiem, oj nie. To nie ja. To już się nie stanie, to nie wróci. Po prostu. Ono ograniczenie terenu, którego nie czuje, jakoś tak, chyba na mnie dobrze wpływa, a może wciąż, chodzi tylko o ono morze. O ten szum, światełka na horyzoncie, znowu info o tym, że Express się zepsuł i płynie powoli… no cóż, oby naprawili, bo chcę gdzieś popłynąć.

Bo muszę…

Jakoś tak, wciąż muszę otykać nowego, innego… jakby to, że przeprowadzano mnie jako dziecko tak często sprawiło, iż prawie co 8-10 lat jakoś tak czuję, że muszę gdzieś się przenieść. Uciec z miejsca zamieszkania w inne miejsce. Jakbym… paliła za sobą mosty, a może jednak nie chodzi o palenie mostów a o to, i nauczyłam się niezakorzeniać. Wyrwano moje korzenie za młodu i choć próbowałam je gdzieś tam zapuścić, to już było za późno, one nie potrafią się zaczepić i być…

A może jednak…

Ona bezkorzenność daje mi pewne poczucie wolności. Wiecie, nikt mnie nie zna, nie pozwalam też się poznać… tak mi lepiej, łatwiej… a może tylko się oszukuję? Albo, jestem kimś, kto jest z takiego plemienia, które właśnie w ten sposób przetrwało. Ale rozpadło się, bo przecież nie lubimy być razem…

… i tylko ten szum fal, tak, słyszymy go wszyscy… on nam przypomina o nas samych, tyle nam wystarczy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kurka Nienioska… została wyłączona

Pan Tealight i Nowe Leki…

„Choroby mieściły się w rzeźbionej, malowanej na złoto: z gryfonami i rzygaczami, szklanymi wstawkami i kureczkami w kształcie zlepionych listków, rzezaniami naturalistycznymi, a i naturszczykami chyba robionymi, wszelakimi drzewnościami, listkami, kwiatuszkami, płatkami i onymi owockami, co się je aż chciało rwać… malutkiej szafeczce, a może li i tylko iluzji w onej niedrewnianej zmowie… no niby tylko szafeczce na lekarstwa, ot tuż nad lustereczkiem w łazience wiszącej, tej łazience, której nikt nie używał, bo poobno tam straszyło, ale nie do końca.

Wiecie, tam, gdzie nawet pająki nie wchodziły, nawet te jaowite i węże, ale jednak dziwnie czysto byłow niej. No tej onej szałwiowymi kafelkami i złotymi kurkami dobionej, gdzie zlew dawał się zawsze nucić tylko jedną pieśń, a kibel i bidet byli w poważnym związku, nader głośnym… i poza tym był tylko dywanik, ale małomówny, więc szafeczka nie miała wlaściwie z kim i do kogo, tym bardziej, że zamiast prysznica wanna była, a z wannami, to wiecie… nigdy nie wiadomo.

Jak już jest wanna…

… to jest i inna magia, której nie wolno przeszkadzać.

Ale jednak, łazienka była, ona szafeczka też, a w niej i Pandora nie chciałaby mieszać. Chociaż z nią to wiecie, nigdy nie wiadomo… szalona baba to była, kurcze! Znaczy się, podobno nikt jej nie otwierał, łazienki, Pandorę otworzyło wielu, zbyt wielu, jak to wiecie, z onym sarkofagiem, w którym zbyt wieu faraonów bywało… no taka dygresyjka, ale co do łazienki i szafki, to dziwnie tak jakoś wszyscy wiedzieli, że i pudełeczka i buteleczki były tam tylko ceramiczne i szklane, oraz na proszki tytki fikuśnie i ostrożnie dmuchane z najcieńszych szkliw w różnych kolorach.

I muzyczka grała, jak się szafkę otwierało…

I nocnik tam był, na nóżkach.

I lustro…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Miesiąc od przesilenia i od razu widać.

Czwarta po południu, a mimo iż nie było słońca, to wciąż jasno… szaleństwo no. Ale na szczęście w okolicach 17tej znowu ciemno, więc jakoś tak mi lepiej. Tak, ja, jedyny człowiek na planecie, który cieszy się z pogody pochmurnej i tak dalej… wiecie, zima, jesień, te sprawy. Po prostu wszystko to, co wiąże się z oną hyggowatością mnie ujmuje i cieszy i wszelako ujmuje…

Czyli nie depresuje.

No wiecie…

Inni nazywają to okresem wszelakiego doła, a ja mogę oddychać i pracować. Bez słońca. No nie mogę ze słońcem. No weźcie no. To mi odbiera energię. Oczywiście nie jeśli chodzi o zdjęcia, chociaż… tak po prawdzie to po prostu światło naturalne jest potrzebne, ale nie musi to być pełna lampa, nawet lepiej bez takiej pełnej lampy, bo wtedy ścianę trzeba robić, a wykorzystywanie Chowańca jako cień wykańcza go już serdecznie, widać, że się chłopak nie odnajduje… no dość ma, zresztą, za każdym razem się nudzi jak robię piętnaście zdjęć jednego obiektu.

Nie rozumiem co w tym nudnego…

Różny kąt, różne ujęcie, od dołu, góry, z prawej, lewej… no wiecie.

Chyba że jesteście jak ja z drugiej strony obiektywu, no wtedy to wiadomo, wiecie co znaczy listek, który akurat tak się zakrzywia, odbicie w wodzie, kałuża z liśćmi, no wiecie, cokolwiek takiego… zwyczajnego…

Zrobiło się chłodniej…

Ale nie żeby jakieś minusy, po prostu pogoda na granicy temperatur, cały czas pada, co w końcu naprawę sprawia, że człowiek czuje się jakś tak, no wiecie, namoknięty… jakiś taki podmokły i wylewowy.

No jakoś tak.

Nie wiem, jakoś tak jest, no mokro jest. A gdy człek sobie pomyśli, iż padanie i minusy dałyby śnieg, to się mu jakoś tak smutno robi. Jakoś tak naprawę niesamowicie kiepsko. Dodatkowo, oczywiście, że ludzie niezbyt radośni. Niektóry podchorowani, inni znowu wątpią już w egzystencję… wiecie, świat jest wszędzie podobny. W znaczeniu problematycznym. Ludzie też raczej tacy sami… nawet jeśli tworzą jakieś pozory, to wszystko trzyma się ino na pijarze jaki kraj ma i jak udaje się go mu wtłoczyć w umysły innych, chociaż… jakoś tak, jakoś tak, tak jakoś po prostu nie ma kościoła. I nie, ludzie nie są prez to zwariowani, wciąż przeciwnie, zamiast do kościoła idą do lasu lub do ogrodu i tyle. Z rodziną…

… albo sami…

Jedna rzecz, która ostatnio mnie dobija na polskich SMach, to pogląd, iż 40 lat u kobiety, to ju serio trumna… tutaj laski po 50tce zaczynają często życie od nowa, piękne 60tki czy 70tki chodzą sobie na zimne kąpiele, razem, w szlafroczkach, a potem wiecie, wino  z kartonika i różne takie… no co, można też pędzić maryśkę w szklarence malutkiej między pomidorkami. Różne są rozrywki…

Ale przyroda najważniejsza.

I bycie samą wcale nie jest czymś dziwnym… okay, dla obniżenia kosztów wiele osób decyduje się na zamieszkanie razem, ale raczej ona wolność osoby jest mega istotna. Tak, spotykają się, chodzą na spacery, specjalnie dla seniorów są i różne tam dancingi w naturze. Życie… a jak one wyglądają, te kobietki, można się rąbnąć o 20 lat określając wiek, spokojnie!!! … więc…

… dlaczego tak nie jest w Polsce?

Bo Kościół?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowe Leki… została wyłączona

Pan Tealight i Antyparty…

„Tak to miało wyglądać.

Bez czapeczek połyskujących, gwizdków z frędzelkami, wszelakich fajerwerków, napoi sprawiających, że zależało ci mniej na czymś, o czym już dawno tak naprawdę zapomniałeś, ale wciąż masz ono uczucie potrzeby, zrobienia, zajęcia się… bez onych fascynujących używek, których wszyscy przecież używali, więc czemu nie, jak wszyscy… choć mówili, iż nie używają, ale potem, że tacy czyści i eko, jakby te roślinki były czemuś winne, jakieś takie nie eko, nie naturalne…

Biedne ziemniaczki.

Biedne sałaty!!!

Mordercy!!!

Przecież rośliny też czują, uczucia mają, rodziny, kochają albo nienawidzą, a wy je tak ino na surowo albo do wrzątku, albo co gorsza z octem i olejem jakowymś, oliwą, której nie lubią, ale przecież, kto by słuchał roślin płaczu…

Liści łkania.

Kwiatów jęków…

Dlatego postanowili nie imprezować. Dlatego najzwyczajniej w świecie spać poszli i tyle, a co, w końcu nie ma przymusu bycia zadowolonym… a może jednak jest i łamią tym prawo? Tacy nieimprezowi, ona i on. Wiedźma i Pradawny. On może by i jeszcze pohasał, ale ona nigdy nie miała takich ciągot, więc… wiecie, jak kto z kim żyje tym się staje… może. A może jednak nie? Może w rzeczywistości w końcu odkrył siebie, a wcześniej się pozwalał sterować systemowi.

Temu Systemowi?!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No cóż, nie oszukujmy się, człowiekiem imprezowym nie jestem…

A może jestem, jednak moje imprezowanie nie jest uznawane za ono normalne. Wiecie, jedyne uznawane za imprezowane. Potańczyć, spić się, zeszmacić… nigdy nie byłam w tym dobra, nawet za czasów, gdy staralam się udawać normalnego człowieka. Naweet wtedy, to było jakieś takie… bezsensowne. A teraz, gdy czas ucieka tak szybko i to wszystkim, niezależnie od wieku, tak rzadko się słyszy, że czas się komuś dłuży… że czekanie, marnowanie, nie wiem… ludzie się zmienili.

Ale i czasy mamy przecież inne.

Tylko…

Ile razy już te inne czasy człowiek miał na swojej głowie? Za dużo. Wiadomo, nasi dziadkowie często mieli wojnę, albo byli onym pokoleniem powojennym, rodzice wchodzili w tak zwany okres prosperity, a my… hmmm… pamiętam, że gdzieś tak w okolicy studiów zniknęły pieniądze, pojawiły się konta w bankach dla wszystkich, plastikowe karty, czeki… potem to się zmieniło, telefony. Jak to pędziło, czyste szaleństwo, a teraz, ludzie chcą tylko o tego uciec. Od ciągłego pikania, bręczenia, głośności…

… więc moje imprezowanie to cisza, albo wybrany dźwięk. Natura i muzyka. I jeszcze stron szeleszczenie.

I już.

Plus herbata!

Ale… jakoś nigdy nie dałam się wciągnąć w oną nowoczesność.

Prysznic i kibel muszą być, bierząca woda, ale już zmywarka, a na co mi to? Albo taka mikrofalówka… indukcja mnie preraża, zawsze jest mi przy niej niedobrze, tak jak wielkie telewizory. Kiedy ci ludzie mają czas na oglądanie tego wszystkiego? I tak wszystko to takie podobne, nudne… a jak już coś fajne, to nie kręcą więcej… ech, walić to, poczytam sobie, albo popatrzę w ścianę…

Ostatnio uznaję to za mus, chwila patrzenia w ścianę o poranku…

No dobra, w mój obraz, ale jednak. LOL

Po prostu patrzę… i staram się robić nic… oczywiście, że myśli zwyke wtedy mają miliard pomysłów, przynoszą najlepsze kolory, treści, marzenia, ale jednak nie, nie tym razem, nie… niech sobie płyną, niech płyną, a ja tylko posiedzę… Kilka dni temu za Roenne zdarzył się wypadek. Choć to tak głupio brzmi, zdarzył się wypadek, jakby kurcze nic się nie stało na onym skryżowaniu, gdzie z jednej strony pola, z drugiej pola i morze w oddali, spokój, szeroka droga, mały samochód, ciężarówka.

Nie mógło się skończyć dobrze.

Nie mogło.

Jedna ofiara śmiertelna…

Dlatego patrzę w ścianę, bo jakoś tak, na tak małą Wyspę, to akurat poruszyło wiele osób. Wielu widziało w tym samochodzie swojego krewnego, krewnych, telefony się rozdzwoniły… jedni usłyszeli głos, którego szukali…

… ktoś nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Antyparty… została wyłączona

Pan Tealight i Mydelniczka i Pędzlarka…

„W życu Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane wyznaczyć można było pewnego rodzaju okresy… okresy okresów oraz te odpowiadające za wszystko dookoła nich. Wiadomo… jak gąbka wchłaniała uczucia innych, duchy zjawiały się właśnie pod jej drzwiami, oknami, obok komina, który dziwnie manifestował się, bo przecież nie miała kominka… a jednak ten komin, na wschodniej ścianie, gdzieś w rejonach miejsca, które miało być sypialnią, a stało się biblioteczką.

Mydelniczka i Pędzlarka były jak najbardziej prawdziwe i kompletnie dla niej nieprzydatne, więc gdy pojawiły się pod oknem wyglądającym sobie radośnie na taras, zastanowiła się, czy jednak tym razem ktoś się nie zagubił… a jednak, nie… były z przeszłości, jej własnej przeszłości. Z miejsca, gdzie czuła się i dziwnie i bezpiecznie, jednak sikało się na zewnątrz lub do wiadra, więc i miejsca przerażającego, ale miało kotki, małe i psa na sznurku, który czasem jej sięgał…

Jej, Małej Wiedźmy.

Tak, to były wspomnienia Małej Wiedźmy, wtedy uczonej co jeść, a czego nie, jak wić koszyki, ale i cudze marzenia, jak zamykać wspomnienia w klatkach, rozbijać lustra, by innych duse nie mogły się w całych preglądać, ale składały się na powrót z onych kawałeczków… tak… to było wtedy…

Dawno temu…

Gdy magia orzechów i jaj, gdy barwienie się sokami i okładanie domów liśćmi, było jakieś takie, normalne. Gdy kury zdawały się naprawdę nazbyt gadatliwe, a kogut zawsze próbował ją zaczepić… i gdy można było znaleźć piórko perliczki bażanta niewychodząc zbyt daleko poza miejsce, które się znało…

Tam, gdzie nazwa była jedna, a jednak były ich dwie.

Daleko teraz… i w czasie i przestrzeni, gdy książki jeszcze nie były wszystkim, prawie tylko wszystkim.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Faceci w gumofilcach” – … czekałam. No co? Wiem, nie jest to literatura lotów najwyżsych, aczkolwiek wiecie, to jak kto soie ustawia one definicje… ale jednak nie da się odmówić naszmu bohaterowi onej fantaji ułańskiej, onych wspomnień wszelakich, tego życia prygód pełnego, a wnuk jest, więc wiecie, jest komu opowiadać… oj jest. Ile Semen może słuchać?

Czy coś się w Jakubie zmieniło?

Moim zdaniem tak… lekko zgłupiał, a przynajmniej tak mi się zdaje. Semen chyba na dobre się przeprowadził do chaty, więc trochę taki Sherlock i Holmes, ale który który, no wieicie, granice się zacierają…

Ale jest zabawnie, jest współcześnie i jakoś tak, bardzo szybko czytanie zlatuje. Jest trochę Wojsławic, Niemców, Ruskich, no wiadomo… do tego formy krótsze i dłuższe, wypady do miasta, przeczucia, anioły i inni tam znani nam z historii.

Wiadomo.

Z jednej strony jak drzewiej bywało, z drugiej Jakub wciąż żywy!!!

Dla wielbicieli tematu! Nie brać na trzeźwo!!! Pamiętać, że cykl ma tomów wiele… najlepiej zaczynać od początku!!!

Zaprawdę powiadam wam, Skandynawia zamyka się poza sezonem…

No co?

Prawda jest taka, iż poza sklepami w większych miastach, to do muzeów nie wejdziesz, co możesz oglądać, to to, co w naturze, tudzież sztukę mocno użytkową… architekturę, jak nie jest remontowana… ale knajpki, czy budy z żarciem, no u nas zamykają się we wrześniu, potem czasem niektóre w okresie przedświątecznym się otworzą, ale nie ma co na to liczyć, że na pewno… wiecie…

Nawet sami Duńczycy się z tego wyśmiewają…

Oczywiście, że w miejscowościach kręgu śnienego nie napotkacie tego problemu, ale dla nich sezon, to troszkę inna definicja, a tutaj, cisza, sąsiad co zapomniał sobie drewna narżnąć może przez chwilę powkurzać, ale jednak… cisza, spokój, jakiś durny pies, serio, tutaj… i pomyśleć, że jeszcze lat kilka wstec nie byłoby takiego problemu. Ciach i po kłopocie, a potem, że niedowidzisz i dlatego sąsiad, a nie jego cudowne szczekadełko. No weźcie, tak psa, jak tak można?

Ma się jakiś kodeks moralizatorski… bo moralnego, to nie tutaj.

Weźcie, jednak protestantyzm chowa swe dzieci inaczej. Znaczy wychowuje, nie że do ziemi, to raczej jak w większości miejsc europejskich, ale chyba z naciskiem na popiołki… no wiecie, mniej miejsca zajmuje.

Sama takie mam plany…

… mniejsza…

Odejdźmy od onych myśli i zagłębmy się w 2023ci, czyli rok… uszatego.

Podobno królik to siła, pewność i determinacja, więc kurna, przemy do przodu, albo patrzymy, jak inni za nas odwalają robotę? No nie wiem, ale tak grzmi jedno źródło, inne zaś dorzuca, iż królik jest wodny, a to oznacza spokój. I wiecie co, ja chyba jednak pozostanę po prostu przy walce o swoje marzenia nie zwracając uwagi na uszatego poza naszym domowym zającem.

Czy raczej ogrodowym…

Mniejsza… zając wodny to samorozwój i współpraca z ludźmi? A co z kulturą ja ja ja ino ja się liczę, ja mam traumy, ja jestem najważniejszy, ja ja ja, i w ogóle won, ja, moja przestrzeń osobista, ja nie mogę tak… jak nic internety i social media się rozpukną, co wtedy, wróć, ja mam ino instagrama i facebooka, a i tak na tym drugim już mnie nie chcą, więc co za zgroza?

Ekhm, rozpędziłam się.

Ale… wyszło na to, że rok tygrysa mi się sprawdził, bo podjęłam ważną decyję i dokopałam się o tego, cego chciałam, Może potem okopano i mnie, ale wiecie… to jak z tym królikiem? Wodny on i spokojny, czy umyka? Mniejsza, jako smok mam mieć podobno niezły rok i się mi powiedzie. Niech zgadnę, nie da się tak, że będę siedzieć i nicnierobić, co nie? Ech, no to sorry, do roboty!!!

Samo się nie spełni!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mydelniczka i Pędzlarka… została wyłączona

Pan Tealight i Podświadomość…

Podświadomość była ostatnio nie dość, że bardzo poirytowana, to jeszcze chodziła wciąż w butach na ogromnych obcasach, których nienawidziła, ale stwierdziła, że trzeba rozchodzić… wiecie, te kryzysy i tak dalej… i jak je rozchodzi, to w końcu jakoś zaczną do siebie wzajemnie pasować i już tak zostanie… a ona w końcu chodzić z wyżej frunącą głową będzie mogła.

Bo widzicie, Podświadomość miała kompleks niższości.

Dosłowny.

Pan Tealight przez dłuższy czas starał się jej wpakować do głowy, tej nisko położonej, że przecież to nie ma znaczenia, szczególnie przy jej umiejętnościach, tych manipulacjach, przy jej mocach, właściwie opisywanych jako magiczne i jeszcze… no wiecie, w końcu była sobą… SOBĄ!!! Kimś, kto się byle komu nie kłaniał, a na tych obcasach wywijała już orły, mewy, wrony i ogólnie mówiąc, każdy ornitolog by bielika zaliczył, gdyby zobaczył one ptactwo… naprawdę.

Ale nie dało się…

… więc chodziła w tych butach, a one ją piły w palce i pięty obcierały, i coś do kostki się jej przylepiło, więc skarpetki, więc bandaże, plastry i inne tam, maści jakoweś, listki, nielistki, nawet rozgnieciona ważka z wodorotlenkiem mniej określonego metalu… lepiej nie mówić, niebezpieczne to…

… jak zapałki i gaz.

Albo wiecie… benzynka.

I tylko Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, która ostatnio znowu bawiła się kryształkami jakoś tak wcale się temu nie dziwiła. Spoglądała na swoje kobaltowe, własciwie prawie purpurowe w onej kobaltowości buty i stękała. Powinna była coś zrobić… ale bolało… kryzys bolał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Może skromnie, ale to udało mi się zdobyć. Niewiele, ale jednak, ważne, że jest… wiem, iż nigdy nie będę mogła swojej biblioteczki odrodzić… nie odzyskam tych książek, ale chociaż część… chociaż… smutne to…

Poranki zaczynają się już coraz bardziej wcześnie.

Dotakowo wschodzące słońce bezczelnie znajduje każdą szparkę w zasłonach czy żaluzjach i sprawia, że wydaję dźwięki jak jakowyś wampir czy wąpierz. No wiecie, pierun wie jak to jest, mało doświadczenia mam, ale syczę pięknie. Czasem nawet dymię… jakoś tak nie rozumiem dlaczego tak musi być. No wiecie, jasno… oj wiem wiem, wiem… no przecież zdaję sobie sprawę z tego, iż rośliny potrzebują promieni słonecznych by przeżyć. Właśnie próbuję uchronić pieprzniki moje. Znaczy się, jak one się nazywają, no takie rośliny, co to wiecie, nie a bardzo wodę lubią, słońce też nie do końca, ale jednak internet kłamał, bo kazał mi trzymać je bez słońca, a się wydaje, że jednak potrzebują… w końcu znalazłam odpowiednią stronę.

Tyle to kurde zacodu z tymi roślinkami… ale… lubię je.

Bardzo.

Czy ludzie tu mają fioła na punkcie roślin? Oj tak, w szczególności storczyków wszelakich tam, do których takie fikuśne patyczki są. Ale spogądając na sklep ogrodniczy, to przede wszystkim gotowe bukiety wychodzą. Czy dla teściowej, żony, matki, kochanki, tudzież żyjącej, czy już nie. No co? Na grobach to może nie jak w Polsce, ale jednak casem coś stoi, leży, czy kwitnie.

Wychodzi na to, iż więcej wiem o wystroju grobów niż domów.

Ale można sobie domy pooglądać na stronie boligsiden. LOL

No wiecie, znowu, więc wiedzcie…

Świat się kręci, tu sprzedają, tu kupują. Tego stać tamtego nie stać i tyle. Większość jednak wciąż spogląda na ceny i się dziwuje. Ale, drugiej strony, jakoś tak, jakoś… nie widać popłochu. Wszyscy mówią, że drogo, ale jakoś tak, po prostu, starają się chyba przeżyć.

No i wyjazdy zagramaniczne nadal w modzie.

Bo przecież…

Nie, nikt się nie boi zarazy, chyba, nie wiem… raczej wszyscy mają już wszystkiego dosyć. Kompletnie dosyć. Jakby zwyczajnie byli już na onej granicy mocy wielkiej czy mniejszej, jakby już mieli wszystkiego dosyć.

Wszystkiego!!!

Ale…

Jak na razie, po dniu ciszy znowu wieje, więc wybaczcie, ale będę smarkać i kichać i zapewne mnie wysyfi… właściwie, to dlaczego mnie wysyfia na sztormy? Wiatry przynoszą jakieś kokistrepto? Czy inne tam prądki tudzież wiecie, no wiecie, co nie? Ale przecież… przecież na logikę to teoria jest prawilna, ale z drugiej strony…

Z drugiej strony miesiąc wiatru to przegięcie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podświadomość… została wyłączona

Pan Tealight i Mur…

„To nie był welon, jakaś zasłonka…

… nie była to nawet pajęcza mglistość, czy jakowyś dziwny zbiór wszelakości oddzielający jedno od drugiego… dziurawy albo tylko takim się zdający, falujący, jakby oddychał, jakby przemeniał tlen w dwutlenek węgla, a może jednak nie? Może ino udawał, by upodobnić się do tego, który na niego spoglądał…

Na pewno był dziwny.

Albo nie, raczej atypowy, lub raczej, dopiero co poznany, więc po co się od razu tak jakoś tak uzewnętrzniać, negatywne myśli w sobie wzbudzać i tak dalej, nie lepiej po prostu podejść? Pokłonić się i przedstawić, przywitać, porozmawiać o pogodzie i jakoś tak umiejętnie, mniej lub bardziej wstrząchnąć do rozmowy: a po kiegu tu stoisz? Ale wiecie, poprawnie politycznie, poprawnie i grzecznie…

Bo oponent czy współrozmówca, czy cokolwiek tam, może jednak ugryźć.

I to jadowicie.

Zapewne w przypadku takowych zasłon, murów czy innych parawaników ono gryzienie i kopanie nie musi być czymś, co jest pewnością ale przecież nigdy nie wiadomo… a co jeśli to jedna z tych innych, zaskakujących? Może i nawet przed torturami poda ciasteczko z bitą śmietaną i konfiturą, herbatkę, spodeczek i do tego malutką cukiernicę, bo przecież czemu nie… jak już, to na całego iść.

Niech ofiara tłustą będzie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zrobiło się chłodniej i zanurzając się w oną lekką mroźność, czy też raczej coś, co ją przypomina, oszronione szyby, lekko śliska nawierzchnia, którą  łatwością roztapia podeszwa, jakoś tak człowiek czuje się normalniej. Jakoś tak… i chociaż oczywiście śnieg nie pada, bo przecież i po co, na co? Dlaczego miałaby być jakaś tam zimowa zima, to chociaż ona chłodność jest taka, jakaś taka znajoma.

Wrażliwie sondująca myśli i duszę, jakby sprawdzała, czy tęskniliśmy…

Tęskniliśmy.

Ale nie zostaje na dłużej, znika, odchodzi, nagle najpierw zauważasz dziwną ciszę, która była do niej przywiązana. Tak, nie zauważyłeś, iż zrobiło się i chłodniej i ciszej zarazem, wiatr na moment odszedł, by znowu powrócić… ale masz jeszcze kilka godzin, więc wdychasz i zimno i ciszę i mrok ten, taki kojący…

Noc nadeszła, a ty znowu nie zauważyłeś jej najścia wgapiony w ten cholerny komputer, który odmawia posłuszeństwa… kolejne literki odchodzą w niepamięć, a wielokrotne sprawdzanie tekstu sprawia, że wątpisz w swą poczytalność… tym razem naprawdę. W pełni i do końca…

Nie wiem po co?

Oczywiście, że takie pisanie jest łatwiejsze, w końcu kto by rozcytał moją demotykę w notesach, sama mam problemy… i jak przesłać to komuś? Chociaż, czy wciąż chcesz cokolwiek komukolwiek pokazywać?

Chyba już…

Chyba znowu już nie…

I nagle, w otoczeniu onej mroczności i ciszy prawienocy, jakoś tak… dochodzisz do wniosku, że znaczenie naprawdę ma niewiele rzeczy… jak list od kogoś z daleka, amówiony notes, książka, którą świetnie się czyta, prawie smakuje…

I jeszcze ktoś obok.

Może i nie do końca cię rozumie, ale jednak, jest i czasem to wystarczy.

I do tego jeszcze może te małe rzeczy, które niosą ze sobą wspomnienia, wszelakie. Wspomnienia zimne i ciepłe, światów odwiedzonych, dziwnych niereczywistości, podróży, pogłaskanego łosia, skały, drzewa… miejsc na Wyspie, do których chcesz wciąż wracać… wciąż i wciąż, i wciąż. Tak po prostu, jakbyś nie mógł się nimi nasycić, ale też i tych, których unikasz, bo przecież i takie są…

… tutaj…

Mówią, że by pozostać we względym psychicznym zrowiu potrzebujesz poprawnego odżywania i diety, rozwoju umysłowego i ćwiczeń oraz jakiegoś wsparcia społecznego. W moim przypadku to ostatnie oznacza, że państwo zezwala mi na brak kontaktu z innymi ludźmi. Wiecie… dziwne to, ale fajnie mieć taki papier jak się jest mną… ale ty może wolałbyś one spotkania przy świeczkach, picie wina  kartonu, może robienie piwa w domu, te popularne…

Bo teraz, wciąż jeszcze Wyspa jest dla nas, mieszkających tu, więc nie przerażają nas wieści o tym, że coś się tam fajczyło w sommerhusach. W końcu kto przyjeżdża teraz? Tylko… tacy jak my? Czy raczej nikt? Koniec stycznia, zaraz będzie znowu lato, więc trzeba korzystać z ciszy i bycia sobą.

Bycia sobą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mur… została wyłączona

Pan Tealight i Kociołek…

„Czarny, na nóżkach, ale bez bucików.

Dziwnie niewielkich nóżkach, ale z onymi pazurkami, z całą fascynującą komplikacją kości i skóry, która się nośnym częściom ciała przydarza, ale jednak, no wiecie, że też mu zimno nie było… znaczy przydarza się i one osobniki chodzą, biegają, maszerują, skradają się czy nawet uciekają, ale… dlaczego bez butów?

Właściwie, przecież te buty są takie nieobowiązkowe.

Może chodziło o pewnego rodzzaju naturyzm, a może brak czucia, chociaż jak drapnął jedną z Wiedźm z Piecyka, to było takie ajwaj, że cała Wyspa słyszała i kraje dookolne. Niektórzy nawet mówili, że jakieś wstrząsy były odczuwalne, czy coś… no cóż, co kraj to wytłumaczenia, a tutaj ino ałka. Zabandażowali, dali plasterek z kucykiem, tak, to jedna z TYCH Wiedźm… i zapomnieli o tym.

Potem wiele rzeczy się wydarzyło, ale to już inna sprawa.

Inna.

Co do Kociołka, to był gotowy. Naprawdę. I bardzo zadowolony, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane go w końcu znalazła. Jakoś na tych małych trzech nóżkach trudno mu się chodziło, wiecie, i stąd te pytania o buty, bo gdyby były… ale lepiej nie wspominać, zaraz robiło się dziwnie…

Drażliwy.

Wiedźmie Wronie to nie przeszkadzało.

W ogóle…

… dlatego tak do siebie pasowali. Tak dziwnie, mocno… chociaż był czarny, nie kobaltowy, to jednak, od razu było wiadomo jak połączyć kropki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śmierć mrocznego lorda” –  … tia… takie stare fantasy. Wiecie, w takim typie, jak to rewiej pisano. Jak to niegdyś się czytało. Powieść niewielka, nowela właściwie pisarki znanecj z cyklu o Anicie Blake, światach w tym świecie, światach równoległych, wróżkach, czarach, magii…

Tym razem znajdujemy się w nie do końca określonej prestrzeni, ale określonym mieście, gdzie żyje dość specyficzna „rodzina”. Bardziej zlepek ludzi, którzy mają swoje uprzedzenia, traumy, umiejętności, których charakteryzuje to, w jaki sposób przetrwali swoje dotychczasowe życie, ale nie tylko… też i niechęć w kierunku…

Magii.

Ale oczywiście ona familia, to nie jedyne osoby, które poznajemy… jest ono dobro i zło, są siły, którym można się poddać lub z nimi walczyć, oraz świat, może lekko tchnący przeszłością, może i prawie wiktoriański, może nawet wcześniejszy… no i ta okładka… nie no, to wszystko to takie lata dziewięćdziesiąte…

… i niestety w onej gorszej odmianie.

No co?

Ksiąka jest po prostu kiepska. Od razu wiadomo co i jak, dialogi są sztywne, sztampa, wszelaka nagminność występowania tego, co niepotrzebne, durnych wypełniaczy zamiast podać nam bardziej na tacy bohaterów. Ale… jednak jakoś tak, wiecie,  sentymentu… zabawne to było. Nie żeby to była komedia, chodzi racej o fabułę, o oną historię, której tak naprawdę… nie ma. Znaczy jest, ale jakoś tak nie ma. Jakoś tak została wypłukana, iż choć wiemy, co ma się stać, od pierwszych stron, to jakoś i guzik nas obchodzi, a przecież powinniśmy coś czuć…

… więc niezbyt polecam, ale jak ktoś lubi liznąć onej zeszłowiecznej, ale nie klasycznej, przeszłości fantasy, można poczytać… taki to trochę, z jenej strony niewykorzystany potencjał, z drugiej tragedia.

W ramach podróży poślubnej, wieki temu, polecieliśmy na Ibię i tak, oczywiście, że powiązałam to z pracą, ale się nie liczy, bo skarabeusze, archeologia i tak dalej… po co gdzieś jechać jak nie ma staroci? No weźcie no, nie można tak. Ja nie umiem leżeć na jakiejś plaży i nicnierobić. Nie potrafię i uważam to za marnotrastwo wszystkiego. I tak, jak czytam też czasem chodzę, lub stoję… No jak nie , jak tak. LOL Pionizacja to fajna sprawa, a czasem można i dwa w jednym osiągnąć…

Ale…

Polecieliśmy na Ibizę…

Taka tam podróż poślubna, jak człowiek po ślubie już był dwa lata chyba, a i studenci kasy na podróże nie mają, ale wiecie, człowiek był w tym dziwnym świecie i ten świat mnie przeraził jeśli chodzi o oną plażowość, gołych ludzi, jakoś ona golizna tam jest inna, no nie wiem… tutaj przecież… ale, dygresja… chodzi mi o to, iż jeszcze w wieku zeszłym Baleary były częściowo chronione jako park narodowy, czy coś w ten deseń. Wiadomo, iż Ibiza miała być imprezowa, że cała reszta też, ale pewne wyspy, elementy ich… można było tam być tylko przez kilka godzin.

Sporadycznie zanocować… po chmurką.

Teraz człek patrzy, a tam wszędzie ludzie!!! Nosz zrozumcie moje zgorszenie oną ludzką durnością. A miało być tak pięknie, ale… o co chodzi i do czego nieudolnie kręcąc zmierzam, a o to, by mieszkali na Balearach, wiecie, ci co tam naprawdę mieszkają, a nie ino kurna wille bogatych przyjednych…

Poobno mają zmieniać prawo i tak mi się skojarzyło z Wyspą

Bo mamy problem.

Problemem są oczywiście bogaci, co to pokupili domy, a teraz nie wiedzą jak to umiejętnie sprzedać czy też podnajać, ale w miarę legalnie. Okna puste, ciemne i ściany niezabane, już nie malowane raz w roku, nie bielone, nie ółcone, straszą… kiedyś tak nie było, wiadomo, wsystko się zmienia, ale to…

Koleś, który pół Gudhjem wykupił oberwał z karmy, ale wiecie jak to jest z tymi kasiastymi, na pewno się wygrzebie… a ty wykły człowieku co chces tutaj mieszkać nie możes łatwo nabyć posesji w znośnej cenia, chociaż… Jak usłyszałam ile kosztuje mieskanie w mieście, to po prostu… tutaj za taką cenę dom z ogródkiem! No ale… co miasto, a co pustkowie, pewnie dla wielu depresyjne… jednym odpowiada powietre świeże, morze, widoki i takie tam, a inni mogą mieszkać z kimś okno w okno.

No więc…

… jak już kiedyś pisałam mamy ono prawo, w niektórych miejscach Wyspy, iż kupić można wyłącznie domy. W znaczeniu trza tam mieszkać cały rok i tyle, gotować tam i srać, a jeszce najlepiej dzieci robić. Nie żadne tam sommerhusy – choć tam dzieci chyba też wychodzą, co nie? Nie wiem, nie próbowałam… Nie że kupujecie coś, co wynajmiecie i tak dalej… jednym z takich miejsc jest właśnie Gudhjem, ale jak masz kasę, wsio można wyminąć. Problemem jest też zauważalny i dla mnie bardzo dziwny kult milionerów-miliarderów, czy jak to ich teraz zwą.

Wiecie, tych, co mają…

I teraz koleś ma, właściwie nie wiadomo po co mu, pewno, jak to hotele, to firma działa, przynosi zyski, ale robienie z domów knajp, nie tutaj! I po protestach, oraz biciu tych, co protestowali prez wyznawców konsumpcjonizmu miejscowego, tudzież mających w dupie spokój jakowyś codzienności… bo przecież to jest tak, że oczywiście, to jest miejsce turystyczne, ale nie przez cały rok. Zresztą, nawet w miejscu turystycznym, a jeszcze tak bliskim naturze powinny być mocniejsze obostrzenia pomagajace miejscowym, bo bez miejscowych to wsio się zapadnie i zgnije…

Ale…

No właśnie… w Danii każde obostrzenie ma swoją cenę… niestety.

I wielu na obejście go stać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kociołek… została wyłączona

Pan Tealight i Jedna nóżka…

„Zwykle pojmowało się je jako parę.

Czasem ktoś narzekał, że jedna dłuższa, ale to i tak w związku z oną drugą, która jakoś jej nie dorastała, albo jakoś tak ta pierwsza zmalała czy coś, więc tak, były jednością, jak uszy czy dłonie… wszystko, co parami występowało. Wszystko, co zwyczajnie miało się razem, co chciało występować podwójnie…

Ale nie do końca widać wszystko…

Bo ona chyba nie.

Tak stała koło wideł z czerwoną rączką, wiecie, tych Wideł Wiedźmy… wideł, które wiele widziały i w wielu miejscach były, wszelako wszystko słyszały i wszystko zapamiętywały, a co więcej, no właśnie, same potrafiły też puszczać w eter różnorakie informacje i skomlikowane opowieści. Ale czy z tego towarzystwa były zadowolone, Pan Tealight nie był pewien. Wprost chyba przeciwnie, ale jakoś wolał nie podchodzić, tam, pod śliwkę… gdzie coś się zaczynało kłębić…

Coś, nie ktoś.

Ktoś stał obok niego i podobnie się dziwiło ono ktoś.

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane miała zagwozdkę i wcale nie paliła się o jej rozwiązania. Z jednej strony taka noga, to wiecie, oj tam, może się przydać, do wymiany, czy coś, ale z trzeciej strony, pomijając drugą, o której lepiej nie mówić… no mogła zacząć wonieć.

Mogła…

Albo co gorsza, kogoś przywołać, bo niektórzy lecieli na nóżki, a już na stópki to leciało ich tak wielu ostatnio… podobno, Pan Tealight w końcu zajmował się ludźmi wyłącznie hobbystycznie, więc… nie wiedział wszystkiego.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Kurcze, chyba już dawno tak nie było żeby nawet promy się pochowały. W końcu jest Anker, wielki i ciężki, wiecie tam z żelaza i stali, a nie jakieś auminiumy, znaczy, nie żebym się znała, ale jest takiej starszej formy i prezencji, więc… to on zwykle w stormy wypływa, ale tym razem zatrzymali go dłużej, no i… wynik tego taki, iż i tak będie bujało, ale wiecie, jakby ścisną dwa kursy w jeden, znaczy cztery w dwa, jakoś tak, czy inaczej. No będzie się im opłacało, chyba… ale to dziwne, że nawet on został zatrzymany w porcie na te kilka godzin, przecież…

No mniejsza, miejmy nadzieję, że znają się na tym, co robią?!

Miejmy?

Promy kursujące między Wyspą, a resztą świata, czyli Koge i Ystad, to katamarany. Lekkie, szybkie, wiecie, siadasz i ma być po prostu ino o kawce i dotarciu z punktu A do B, a jednak… ech, wciąż te sny o Pomeranii… wiem, wiem, wiem, jest już w formie żyletek, ale jednak… jakoś tak.

Ech… sentymenta!

Fale jednak będą wyższe niż zapowiadali, wszystko na zewnątrz lata, dziwne dźwieki, trzaski, stuknięcia, pukania… nie moja bajka, a jednak, moja jakoś. Tylko ta inna. Innej mniej, która… wie, że trzeba wiąć leki i po prostu to przeczekać. I już. Nie da się inaczej, chyba, że wiecie: na Dorotkę?

No co?

Ino gdzie mój Toto?

Byliście kieyś na promie, tudzież na różnych promach podczas sztormu?

No więc byłam.

Ja we własnej, dziwnej osobie, durna taka, na początku myślałam, że przecież duży, wielki właściwie statek, to mnie nie wybuja, ale leki miałam i ocywiście… bardzo szybko zmieniłam zdanie na takie, by brać je zawsze przed wyruszeniem w morze. Po prostu. Z czasem/wiekiem wcale mi się nie polepsza stan błędnikowy, więc…

Przeżyjemy to jakoś.

Ale utoksykowani!!!

Bez urazy, ale nie będę się męczyć, bać idiotycznie, miotać się niczym w grypowej gorączce, pocić, próbować wydalić z siebie wnętrzności, nie, to nie dla mnie, a tak… popatrzy se człek na zielonych ludzi, pewno że widok niezbyt miły, ale jednak, jakoś tak, no szkoda mi ich, ale wybrali tak. Pamiętam, że za pierwszym sztormowym razem, na Pomeranii, co to jest już żyletkami, a była taka piękna i pływała między Polską a Bornholmem, więc wtedy, onego czasu, dnia, sztormu… wiecie, mieliśmy kajutę, ot szalone doświadczenie, prom płynął wtedy kilka – 6? godzin, więc można się było i wykąpać i coś zjeść i przespać… no więc raz bujało, a sala jadalniana była na czubie, gdzie wielkie okna ukazywały one fale i dziób w dół i górę, górę i dół i znowu góra dół…

I wiecie…

A ja tutaj te frytki.

Wtedy to nauczyłam się, że woda tak, ale nic poza tym nawet jak jesteś na lekach w przypadku pożądnego sztormu. No sorry!!! Na szczęście człowiek jadł tuż przed wysiadką, więc… jakoś przetrwałam.

YAY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jedna nóżka… została wyłączona

Pan Tealight i Stary Kucharz…

„Stary był i to było widać, ale że kucharz… Pan Tealight bardzo długo patrzył na niego z dziwnym niedowierzaniem… no wiecie, suchy, jakiś taki szczupły bardzo, kościsty, jakby jakiś wysuszony kurczak, wiecie, oblepione gnaty skórką, niczym rąbana mumia, więc jak to kucharz? Dla takich suszonych? A może specjalista od wszelakiej niejedzeniowości? Może w onej współczesności właśnie o to chodziło?

Może właśnie od tego był?

A może zwyczajnie miał truniejszy okres, się pochorował, czy coś, no przecież to każdego może dopaść. Zupełnie i w ogóle. Może należy dać mu szansę, w końcu papiery miał i to francuskie, azjatyckie jakieś i jeszcze w języku, który naprawdę nie był zrozumiały dla nikogo, póki nie podłączyli tego do prądu…

I wtedy to zaśpiewało.

Ale wciąż, jakoś tak, wciąż po prostu nie umieli mu zaufać… nawet jak zbudował sobie kuchnię, tam, pod złamaną sosną, obok wezbranej rzeki, która karmiona ostatnimi ulewami i wichurami rozbrykała się i tańczyła tak jak jej głazy i piaski grały. Po prostu w końcu miała w sobie wodę.

Oj miała!!!

I nie chciała jej oddać nikomu.

Ale z nim chyba jakoś się dogadała, bo miał się gdzie umyć, miał z kim pogadać, a zapachy z jego kuchni, oj tak… choć wyglądało to jak mocno obalona rura bardziej, wycięta z jednej strony, z dobudowanym, drewnianym paleniskiem, kamiennym kominem, wysoko, niknącym wprost w niebiańskich ostępach, ale i dziwnymi dziurkami w nim, które jakby… odychały… jakby otwierały się i zamykały, niczym skrzela…

Jednak te zapachy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Chory człowiek patrzy na świat inaczej…

Na przykład wkurza się, bo nie może iść wysadzać cebulek, a kurde już można… ciepło. No i się wkurza, nie dlatego, iż nie może się doczołgać do rękawiczek i spodni, wiecie, do szpadla i tak dalej, ale pizga na zewnątrz i duje i leje tak przeraźliwie, że mnie to zaczyna przerażać. Naprawdę. Nie wiem dlacego, ale wiatr z pewnej strony jest jakiś taki, araz, to chyba wiatr z zachodu…

Hmmm…

Wiedźmą, to ja chyba jestem z Północy Środkowej, z Mniejszego Krańca Świata, ale dokładnie tak się określić… nie, nie określam się. Postanowień noworocznych nie mam. Pragnienia, marzenia, tudzież raczej, w moim języku: to ma się wydarzyć, bo tak, bo jak nie, to się kurna tak wkurwię, że…

No… i wtedy to się zdarza.

Bo umiem się wkurwić tak, że aż grzmi.

Poobno nawet piorunuję oczami, no ale… nie będziemy sprawdzać, wiecie, lepiej nie, co jeśli inni mają rację? Wiecie, ci co to widzieli? Hmmm… z lustrem bawić się nie będę, naprawdę. Oj nie! Tam się coś wypowie ze trzy razy i to wyłazi jak dziewczynka z telewizora… a jak się nie ma telewizora, to wiecie, z komputera, laptopa czy nawet telefona wylezie, podobno…

Booo!!!

Ale… nie o tym chciałam, chciałam o tym, że coś nas złapało.

Pierun wie co, bo to w dzisiejszych czasach wiadomo, raczej się cierpi i to wszystko. Nic poza tym. Chowaniec pracuje z domu i tyle. Już nie można se pochorować, tak wiecie, na płasko… no dobrze, kiepska w tym jestem, ciągle gdzieś mnie nosi, serotonina mnie męczy i po prostu jakoś tak, jakoś tak naprawdę chciałabym wysadzić te cholerne cebulki hiacyntów, które to oczywiście nabyliśmy w celach kwiatowo-dekoracyjnych, no i teraz mają iść w trawnik, na za rok, coby pięknie było…

Wiecie.

Ale… to może poczekać, oczywiście, moje smarki ważniejsze i bóle wszelakie i jeszcze oczywiście te całe trolollololo… ale te cebulki. No zwyczajnie, nie lubię bałaganu no!!! Kurde!!! Nie znoszę!!! A tutaj poświąteczne pierdołki do pochowanie, a choinkę naszą całoroczną trzeba przestawić już na raczej nieświąteczną, ale jednak, jednak jakoś tak… w połowie roboty człek nie może oddychać i już…

Koniec.

Nagle do niego dociera, że jednak jest chory, ale trzeba robotę robić.

… więc może wolniej?

Pół choinki dziś, pół jutro? W końcu to nie prawdziwe drzewko, prawdziwe kupujemy w lecie lub na wiosnę, wtedy, kiedy to wiadomo, że większa jest szansa ich na przeżycie i izie do ziemi, a nie teraz, jakoś tak… okay, małe w doniczce mieliśmy, ale to nasze, to takie drzewko, co ma lampki i co jest lamkpą…

Fajnie na nim zabawne rzeczy bimbają się.

I można je mieć cały rok!!!

A na zewnątrz apokalipsa, a na ulicach nikogo… fajnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stary Kucharz… została wyłączona

Pan Tealight i Mechanik Umysłów…

„To było chyba w nim najdziwniejsze, wiecie, takie uderzające od razu, jakoś nie zaskakujące klapkami w umyśle, jakoś tak, smęcące, że ale dlaczego on tak i czy zawsze tak, a może to model specjalny, czy fashion taki?

Mechanikowy?

Bo miał na sobie kombinezon, razem z pasem, za którym powsadzane miał zwyczajne klucze, te takie obcojęyczne jak francuski, czy ten zaciskowy, jakieś wkrętaki, jakieś młotki, no rzeczy, których używał zwykły mechanik czy monter, do tego skrzyneczka, w której masa śrubek i nakładek, do tego jeszcze te plamy z oleju. I włosy, jakby je dopiero napędowym popryskał i grzebieniem przeczesał, bo miał go: w prawej, górnej kieszonce… miał, czerwony taki, spory nawet, ale o cienkich ząbkach…

Cienkich, wrażliwych, ale ostrych ząbkach.

Jadowych zapewne… w końcu tutaj nic nie było takie, jakim się wydawało.

Ani on, ani jego narzędzia, ani to, co o nim myśleli, jeżeli w ogóle pozwalali sobie na jakiekolwiek myśli, gdyż w końcu był tym od nakręcania umysłów, od luzowania ich, w sobie tylko znanych miejscach i oliwienia, wszelakiego nastawiania, przestawiania, dociskania, doklejania nalepek z ważnymi datami przeglądów, czy też dawania ostrzeżeń, co do złego prowadzenia i oprowadzania się z onym urządzeniem.

Mózgowym.

To on wiedział gdzie puknąć, gdzie nie pukać, w ogóle, a gzie naprawdę lepiej było nie pluć i wsadzać paluchów…

Wiedział, a przynajmniej taką mieli nadzieję, gdyż…

… nie wyglądał, ale mówią, że nie powinno się po wyglądzie oceniać, ale jednak, jeśli nie po wyglądzie, to kurcze w jaki sposób mieli osiągnąć i mieć ten pierwszy i ostatni zapewne, oka rzut? W końcu to on miał ostatnie zdanie…

Zapewne?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zauważyłam, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy naprawdę wraz z pierwszym stycznia zyskują jakąś dziwną nadzieję, plus tysiąc do pewności siebie, wiecie, mają te plany i tak dalej, rozpisują sobie listy, szykują się na to czy tamto, podsumowania robią, wyciągają jakieś wnioski…

… nie wiem, szaleńcy…

Jakby się nie nauczyli poprzez poprzednie lata, że serio nie warto. Wróć, właściwie nie powinno się sobie tego robić, bo potem jeszcze bardziej boli, jak się po dupie dostaje. To zwykły kolejny rok. Dzień z dnia poprzez noc przechodzi i tyle… jak wczoraj, jak jutro, no chyba że nas w końcu ta apokalipsa dojedzie to wiecie, inaczej pewno będzie, ale na razie… no zwykły dzień, więc jak?

Dlaczego?

Co ćpają?

Ale… to a nich pewno wydają te kaledarze i tak alej. Chociaż, przyznaję się, że sama sobie nabyłam, w charakterze notesu taki, jeszcze w zeszłym roku, ładny był i na przecenie, no co? Niebieski! A pisać w czymś trzeba, to dlaczego nie? Ale nie znajdziecie tam goalsów na 2023. Nie. Dlaczego? Bo wiem czego chcę i wiem to od jakoś dawna. Jakoś tak bardzo dawna. Nie potrzebuję mody, coacha czy czegoś w ten deseń, a tych naucycieli życia to się namnożyło… ja pierdziu, u nas to po prostu jak one grzyby… a wiecie, pada od wielu dni, więc się mnożą… może przez pleśniowe sprawy?

Nie wiem…

Nie wnikam.

Unikam!

… więc coachów nie chcę, onych rad, że trzeba sobie jakieś mapy marzeń rozpisać, też nie chcę. Bo wiem, co chcę. Oj, aż za bardzo, nawet w jakim kolorze, chociaż co do tego, to wiecie, raczej można się jeszce dogać, ale ogólny zarys… kurde no, patrząc na siebie z onej przestrzeni lat, to szłam przez cały czas onym torem, z jednym zawirowaniem, ale ono musiało być, może zbyt wiele bólu, ale na to często nie miałam wpływu, więc nie trza się biczować, olać to…

Wykorzystać rzucając onym przemądrzałym mordom prosto w nosy, pewno chirurgicznie poprawione, niech się zadziwią…

Jestem.

Mam.

Nie mam… ale wiecie, to jest na liście, a tak, mam taką listę jeszcze z czasów spred internetów, czego chcę, wiecie, onych marzeń największych i takich mniejszych, by pamiętać, a potem może i wymazać… zmienić zdanie, bo co do onych pobocznych spraw, to zawsze można je zmienić.

Właściwie…

Ech.

Wiadomo, że cozienność rzuca w nas bobkami i to nie takimi suchymi, ale tymi, co się rozbryzgują i cuchną, ech, antybiotyki, czy co… szparagi w moczu? Erm… TMI. Chodzi mi o to, że świat i tak jest nieprzewidywalny, więc zawsze trzeba być gotowym na to, iż by spełnić marzenia, tra będzie iść po trupach. I modlić się o to, by były już zeschnięte, bo takie miękkie, nie no, padlinka wali mocno! Wystarczy po lesie się przejść i poczujecie. Wystarczy… no dobra, bez obrazowości… chodzi mi o to, że tak wielu zdaje się podążać drogą cudzych marzeń…

I nie rozumiem tego.

Cudzych nosów, cudzych rysów twarzy, figur i zachowań, mimiki, mebli, kolorów, szat, w które się odziewają…

No zero zabawy w tym świecie i wyjątkowośći! A tego optymimu noworocnego nie kupuję. Schowajcie biały proszek i powiedzcie prawdę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mechanik Umysłów… została wyłączona