Pan Tealight i Biernik…

„Nie mogli go zrozumieć.

Onej, pewnej robotowości, chociaż był miękki i krwawił, sprawdzili… wielokrotnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Taaaak!!!

Sąsiadka wyciągnęła swoją metalową, namiotową choinkę i się odpaliła!!! Taaak!!! W końcu nie jesteśmy jedyni w okolicy, co w ogóle coś robili. I tak, rozumiem, że nie wszyscy mogą pojmować oną potrzebę światła, ale tutaj jest inaczej, najpierw pół roku zbyt jasno, potem szaro, deficyt światła, witaminy D… normalność. Uwielbiam ten ciemny czas, ale jednak, jednak… jakoś tak wiadomo, deficyt witaminowy to nie żarty. Człowiek słabnie, dziwnie szarzeje… znika.

Niby chłodno, niby nie…

Zima czy jesień, czy to w ogóle ważne?

Tak wiem, ona kalendarzowa to jeszcze trochę, ale jednak, jednak jakoś tak, po prostu wszystko jest dziwnie nijakie. Dziwnie wiejne i mocno, o szyby coś wali, grad, a może ufokowie coś tam na nas zrzucają?

Kto to wie?

W tym dziwnym świecie wszystko jest możliwe.

Wszystko?

Po raz pierwszy są problemy z Kalendarzem Adwentowym w Gudhjem. Wiecie, takie coś, że ludzie stroją okna i chodzą codziennie pod te okna w okresie adwentowym i jakoś tak, no po prostu, śpiewają i piją i jedzą, lulki palą, nie tańczą, chociaż, kto to tam wiem? No kto? Nie byłam na czymś takim…

Zbyt wiele ludzi.

I picie…

No więc wciąż nie ma, chociaż może w tym momencie, w tej chwili, może… może się ktoś zdecydował… A druga sprawa to oczywiście Bornholmenbussen. Założyciel zmarł. Był wiekowy, więc nie ma teorii spiskowej, ale… miał marzenie, miał marzenie by po prostu ta nazwa jesnak została.

Było to dla niego ważne.

I… no właśnie, okazuje się, że chyba się poprzewraca w grobie, bo oczywiście prawo pierwokupu miało Molslinjen. Dlaczego? Ponieważ umowa podpisana niegdyś z poprzednim właścicielem promów… wciąż ma moc, więc… kolejna rzecz, ważna dla Wyspy, symbol kurna, idzie się jebać. I wiem, wulgarność to oczywiście też język przekazu, ale… możnaby inaczej, może i by można, ale wiecie co, nie da się. Się nie da, gdy tak człowiek patrzy na to wszystko.

Na te zmiany.

Na niszczenie czegoś, co było… moje?

Czy to wciąż moje miejsce?

Wycinane drewa, krzaki dewastowane. Niepilnowana linia brzegowa, plae, które niegdyś były takie dzikie, ujmujące, teraz straszą czasem doskonałością. Dziwną doskonałością. Niepasującą tutaj.

Bardzo.

To wszystko jest bolesne… po prostu. Ale jednak, boli jakoś tak, dziwnie, wewnętrznie, jakoś tak… smutno mi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biernik… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Burakko…

„Miał interes.

Miał interes i to może wątpliwy, ale jednak dziwnie nęcący i intrygujący… interes wciągający, chociaż tak niepewny…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Hammershus…

Poranny spacer w niedzielę chmurną i deszczową.

Cudo!

Przyznam, że gdybym nie musiała wyjść, wiecie, znajomi z internetów nas nawiedzili, bo człowiek taki dziwny i znajomych ma w sieci i oni przyjeżdżają z takiego Singapuru… serio, to się dziwię, zmarzli… okay, dla mnie to cudowne, wspaniałe miejsce! Po prostu niesamowite, ten widok, i błękit i jeszcze one skały i cienie, ta linia brzegowa, no po prosu bajer i to powietrze, ale jednak, jednak… czy im się poobało? Wiem, oni takich spraw u siebie nie mają, ale jednak…

Marzli.

Ale, sami wybrali listopad.

Wiedzieli co ich czeka, chociaż, czy na pewno? No nie wiem… ale, dzięki nim człowiek polazł na spacer w ruiny w niedzielę rano i poza nami nikogo nie było. Chociaż później pojawiła się jakaś para, ale wiecie, nie ważne. Kompletnie… bo ta szarość była w niedzielę taka niebieska, morze spokojne, okryte jedwabistą mgiełką… i jeszcze ona jesienność, która powróciła z tej zimowości zwodniczej.

Ech…

I ta bryza!

Ale… wracamy do znajomych z internetu.

No więc…

… zdarzają się nam takie spotania, kilka razy w roku jakoś, ludzie piszą że przyjeżdają i nagle człek rozumie, że robi coś, czego nie zrobiłby kiedyś. I chociaż może bierze leki na te swoje szaleństwa, by jakoś jak człowiek się zachowywać i jeszcze… się szykuje i tak alej i spotkanie jest z pluszakami, ale jednak… robi się coś, czego w przeszłości by się nie zrobiło. Zderza się z inną kulturą…

… a jednak z kimś takim samym.

No dobra, takim bardzo bardzo bardzo podobnym.

I jest to fascynujące, chociaż oni się śmieją, że mówię, iż ciepło dziś, bo 7 stopni, a oni na to: to co oznaca gorąco, a ja, że ponad 25 i się śmieją. Bo u nich to chłód. A najzimniej… ej, przypomniały mi się czasy podstawówki, więc walnęłam 25C… ale pobledli. Nosz kapitalne to jest. I te prezenty. Człowiek zawsze robi wymianę prezentów, jak za czasów plemiennych właściwie… i tyle. Zderzenie światów, planet…

Zachwianie, zaburzenie.

Nagle uświadamiasz sobie, że świat jest pokręcenie intrygujący wciąż.

Wciąż!!!

A na Wyspie… dziwna cisza. Ludzie błąkają się po pobooczu drogi, w lasach pląsają, bo wiecie, ciepło. Śniegu nie ma, choć podobno w Nexoe w ogóle nie było, za to gdzie niegdzie jeszcze można resztki w rowach spotkać…

Może będzie więcej?

A potem rozumiesz, że oni nie wiedzieliby o Wyspie, gdyby nie ja… i nie wiem, dobrze to, czy jednak mało dobrze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Burakko… została wyłączona

Pan Tealight i Marchewkowy Król…

„Był tym, który pozostawał w ziemi, zawsze, niezależnie od pogody, temperatury i wszelakiego nawodnienia. I nie gnił. Był tym jedynym, onym pierwszym i ostatnim zarazem, dawcem nasion…

… ekhm, oraz innych tam spraw i rzeczy, o których naprawdę wielu wolało nie myśleć i nie brać tego na poważnie, chociaż jakoś tak, no wiedzieli, że te rzeczy i sprawy się dzieją, i on jest ich prowodyrem, więc…

Ale nie, dokładnie nie chcieli być wprowadzeni w sprawę.

Nie.

Jednak Marchewkowy Król nie był takim, który uwielbiał trzymać język czy korzonek za zębami. Czy w natkę innym nie dmuchać. Wiecie, otwarty był bardzo. Na wszystko. Na rozmowy, kawkę, herbatkę, wspólne pieczenie pierniczków, ciastecek innych, może maślanych, nawet marchewkowe ciasto, z chęcią, nie widział w tym nic z marchewkobanilizmu. Kompletnie. Mógł jeść, piec, kroić… w końcu tak naprawę niby był jenym z nich, czy jeną… ale też i nie.

Kompletnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowa moda…

Chociaż nie, nie moda, raczej przymus… taki, iż pomiędzy 17tą a 20tą światła w oknach znikają, jakoś tak mniej ich, wszystko się zamraża, jakby, ludzie kumulują się niczym one roboty w „I, robot”… w miejscach, gdzie dają światło za darmo, chociaż zaraz, nie obok lodówek, tam powyłączali światło, w sklepach też półmrok dziwny, jakoś tak… obrydliwie, smutno, depresyjnie…

Wsystko oczywiście dlatego, że w tych godzinach prąd jest najdroższy.

Każdy teraz liczy one kilowatogodziny, ile i kiedy, co i jak. Czy mogę czy nie, ale jakoś nie liczą jak gdzieś lecą ile tych CO2 wydalają, no ale, co ja się będę tam… więc… sprawdzaliśmy w Nexoe jak to ze świątecznością. Na miasto około naście domostw było oświetlonych i nie mówię o czymś szalonym. Nie. Po prostu sznur lampek przy dachu, oknie, krzaczki… i tylko na przeciwko młyna w Aarsballe jest jeden co się po prostu nie będzie przymusom kłaniał.

Co się sprzeciwia ciemności i jednobarwności…

Bo…

Powiedzmy sobie szczerze, kochamy buntowników. Tych, sprzeciwiających się systemowi, a dokładniej nie systemowi, bo system zrozumiał, iż sobie pęta coś na szyję i nagle piszą, żeby włączać lampki, bo to tak mało zżera, że nie warto, że depresja, że u nas i tak przecież ciemno, że…

I jescze nagła, nachalna reklama ukraińskich rzeczy w sklepie…

FYI i tak mnie nie stać.

A… jednobarwność.

Bo widzicie, Duńczycy kochają niekolorowe lampki. Preferują one, zwane przeze mnie obsikanymi… no sorry, ale taki to odcień niebieli nieżółci.

Bleeee…

Czyli z jednej storny kolor, logiczne, ale jednak, nie. Podobno to warm light, ale nie no, weźcie no, nie. Kolor jest yyyyy dla mnie bardo wkurwiający. I tyle, ale la innych widać nie i to tyż fajnie, ja se go nie wsadzę do domu, chociaż, wróć… wsadzę, bo inny tu zdobyc nie jest łatwo, więc… ale wróć, przecież i tak nie wolno się oświetlać, kurna, jak w stanie wojennym… no co?! Kupiliśmy i butlę z gazem, myślicie że co? Że jak to działa? Kula strachu się napędza…

Jak kawał bałwana.

A!

Jeśli zauważyliście brak literek, to tak, mój komputer wciąż zdycha, a ja z nim… sponsorzy mile widziani. Wypłacalni. Paypal tam, gdzie zawsze… no jest tam taki przycisk na stronie, po prawej na górze. Uczę się to mówić, walić to! I tak, azroszczę innym tych pięknych sklepów, wystaw, światełek, kolorów, piosenek… wczoraj byliśmy na jarmarku w Nexoe i było strasznie. Nie tylko dlatego, że padało…

Nie…

Po prostu było żałośnie i smutno, dodatkowo, co  tymi palaczami!!!

Bleee!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Marchewkowy Król… została wyłączona

Pan Tealight i Szkoła dla Dorosłych…

„Pierwsi uczniowie przybyli jeszcze jak liście się zieleniły…

… ale wiadomo, przedwcześni tacy, najgorsi, najbardziej upierliwi, więc musieli poczekać. Niekiedy nie było najmądrzejszym by być pierwszym, może i nigdy, w końcu ostatni będą pierwszymi, czy jak to tam… I najważniejsze, pewne rzeczy i sprawy trzeba najpierw wypróbować, a znalezienie królików doświadczalnych, no cóż, nie było w smak niektórym…

… milusie królisie…

A oni, cóż…

Byli za darmo, sami chcieli, a nawet niektórzy za dopłatą nawet, ino brać, więc aż wstyd byłoby nie skorzystać. Lepiej nie marnować takiej okazji, lepiej ich wykorzystać, przydadzą się też oczywiście pomoce szkolne, dydaktyczne mocno, wiecie jak to jest, drogie takie szkielety i inne bajery, więc…

Nic się tutaj nie marnuje.

Nic się nie może zmarnować, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki bardzo o to dbała, ale też i uwielbiała wyrzucać! Uważała, że jak coś już zaczyna człowieka, czyli niby ją? wkurzać, to najlepiej to wyjebać i tyle.

Po co się męczyć.

Kosz cię wyręczy.

… ale nie, nie pozwala w nim grzebać innym, klątwy nakładała i wywalone musiało być wywalonym i zniszczonym… ale może oni o tym nie wiedzieli, może chcieliby mieć taką opcję w życiu, więc… napisała im poradniczek, jakby co, mogli się uczyć, ale powiedziała, że profesorem nie będzie!

Za nic!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźma opiekunka” – … drugi tom przygód Wolhy Rednej… Wiecie, powrót do znajomego świata, zabawy, romantyczności, przygody, wszelakie potwory, rozrywki i rozgrywki…

Nasza bohaterka kończy szkołę, koniec z tymi zabawami i wolnością… może to i było pokrętne, może i naprawdę ktoś w tym maczał palce lub pazury, ale jednak, może sprawdi się jako część Dogewy? Odbycie stażu w takim miejscu może i będzie dosyć… zaskakujące, ujmując najmilej, ale jednak, chodzi przecież o dyplom. Ukończenie Uniwerku to jedno, ale papier jest ważny!

Tylko… te wampiry!

To takie przyjemne czytanie. Nieciężkie, nieprzeginające, magiczne, zabawne, prawie komiczne miejscami… osobowości drugoplanowe są niesamowite. Tę powieść czyta się też i dla nich, a może i często przede wszystkim dla nich? No wiecie, jedni wolą wiedźmę, inni otoczkę i choć jedno bez drugiego żyć nie może, to jednak… ech, no po prostu, jest zabawa, jest przygoda, magia i wpadki wszelakie…

I sekrety…

Oj, te sekrety!

W sklepach ludzie… dziwnie by było gdyby były to zwierzaki, no jednak… jeni polują na przecenione masło, inni na jakieś bibeloty, a jeszcze inni czekają na julemarkety, które w tym roku jakoś tak późno się zaczynają, no ale… ten w Nexoe podobno ma być na wypasie. Się zobaczy, albo nie.

Ale…

… śnieg stopniał, nagle zrobiło się dziwnie cieplej i epidemia katarków szaleje.

Normale!

… więc może jednak zrezygnować z miejsc, gdzie gromadzą się ludzie? No bo kij wie co to za katarki poprzynosili z onych zagramanic? Przecież wszyscy ciągle gdzieś latają, ale lampek powiesić to nie. Kurna no! Wszędzie ciemno, wszędzie szaro, wszędzie… gdzieniegdzie tylko ktoś coś zrobił, rzucił lampki, nawet media zaczynają się rozwodzić nad tym, iż jeden sznur lampek przez rok zaświecony, to ino ileś tam koron, a jednak… tia, ludzie… ludzie mają to do siebie, że łatwo przechozą do linczu. Jak ktoś chce, to zapraszam, bo ostatnio depresja mnie dojeżdża, ale tak na wkurwie i płaczu jednocześnie, więc spróbujcie się z tym zderzyć.

Tak naprawdę, wszystkim co zrobicie, obecnie szkodzicie innym, więc…

Po co się starać?

Po co ich słuchać?

Po co się innymi interesować?

No weźcie no, szczerze… odpuście sobie.

Ale…

Śnieg stopniał, smuteczek. Wiem, że to jeszcze nie zima, ale jednak… jednak jakoś tak, dziwnie. Chociaż, z drugiej strony wracają szare pogody, w wolnym tłumaczeniu bardzo… a one są super. I można świeczki kopcić. I tak, wiem, złe są świeczki, ojojojjj… czy mnie to interere? Nie, ani fiku miku!

I już.

Spokojna wasza roztrzęsiona!

Nie bójcie się.

Można żyć i nie dbać o to, czy ktoś to zaakceptuje, czy nie. I tak, mogą rzucić jajem, mogą na was napaść, ale jednak, cóż, wy możecie nie marnować jajek. I nie słuchać innych, słuchawki to cud techniki. Nawet wyłączone.

LOL

Taki myk!

Tego uczy Wyspa… mienia wielu rzeczy w dupie. I to dosłownie czasami, wiecie, jak komuś przyjdzie i się zachce gdzieś w lesie głębokim mniej lub bardziej, to co ma zrobić. Nosz przecież, no… co ma zrobić, musi zrobić?! Co nie? LOL Tak więc miejcie święta jakieś, nie miejcie ich w ogóle…

I do not care!

Szczerze.

Dobra… teraz tylko przekonać o tym wszystkim mój mózg i zwyczajnie nauczyć się mówić nie… to prede mną. Bo widzicie, to mi jeszcze nie wychodzi, ale to miejsce uczy. Rani i niszczy też. Nie wiem w czym jest lepsze…

I nie, nie chodzi tylko o ludzi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szkoła dla Dorosłych… została wyłączona

Pan Tealight i Liście…

„Bo chodziło o to, że na drewach wciąż jeszcze były liście!

Zima wkroczyła w Jesień, ta się obraziła, niewykolorowała i wszelako splunęła i tak dalej… i zrzuciła na Zimę klątwę jakąś, a że w tym roku baby się trafiły, no to… cóż, poleciały iskry i zapłonęły sprawy. Ale przecież to tylko usiąść przy oknie i patrzeć jak się baby leją, poza tym, kto by nie chciał cudownej, śnieżnej pierzynki w prezencie bez okazji. Bo tak… bo czemu nie?

Ale najlepsze to były w tym wszystkim liście…

Jakoś tak nie chciały spaść, nie chciały na ziemię, mimo tych śnieżnych czap i rękawiczek, mimo chłodu i wiatrów, jakoś tak, postanowiły to przeczekać, a patrząc na nie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane utwierdzała się w przekonaniu, że zima to zawsze to jest to…

… oj jest.

Ale jesień też kochała, oj tak.

Po prostu to był jej czas, te dwie pory roku… reszta mogłaby nie istnieć, ale jednak, bez onej reszty jakoś to, co kochała najbardziej traciłoby moc. Znikałoby powoli… może i zaczęło się przemieniać? A lepiej nie. To w końcu nie było jej zamysłem. Jednak, lato ją wykończyło, naprawdę mocno i ona ciepła jesień, mokra, dziwnie niejesienna też nie poprawiała humoru… więc jak się te kilka ni zimowe jawiły, oj, odetchnęła w końcu bardziej i mocniej i jeszcze…

Znowu.

Wiedziała, że zima musi być…

… musi…

… i liście i drzewa i jeszcze wszelakie chłody i wiatry, może nie te głowobolące, ale te… które przynosiły intrygujące nowe. Intrygujące i zmieniające, ale nie tak boleśnie, nie. Raczej tak, z głaskaniem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To jest takie… niewyobrażalnie oszałamiające.

Ten śnieg.

Ta jasność pojawiająca się znikąd lub z niego… jakby skondensował w sobie światło księżyca, chłodne, niesamowite, i oddawał je wieczorem czy rano… gdy jest śnieg one szare dni nie są już szare nawet jak niebo zasnuwają grube warstwy chmur. Nie. I to, że śnieg wciąż jest, od kilku dni, wciąż, na dachach i gałęziach… temperatura może i w tydzień postanowiła przelecieć od 15C o minus 5C… ale, co tam… śnieg jest. Co wciąż tutaj jest dziwne. Bardzo dziwne…

Ale i tak piękne…

Problem?

No cóż, widzicie, cięcia budżetowe, więc drogi nie są odśnieżane. Główne w sobotę nie były czarne do popołudnia… potem już trochę lepiej, ale wciąż na głównych leży błoto pośniegowe. Dodatkowo na bocznych to już w ogóle dramat, chyba tylko posolili, jakby ten śnieg potrzebował jakiś przypraw…

Dobry jest jaki jest.

Ale… oczywiście to też problem, dla wielu.

Ceny prąu to nadal kosmos. Sprawdzasz sobie na stronie www, czy cię stać na godzinkę grzania, czy nie. Czy ciepła woda może być użytkowana, czy jednak poczekać godzinkę. Tu już nie chodzi o to czy człowiek marznie, ale czy domy, nieogrewane, zwyczajnie się nie rozpadną. Szczególnie tu.

To jest przerażające.

A tymczasem w Katarze, co nie…?

Jako człowiek, który nie zna się na niczym współczesnym rzuciły mi się w oczy jakieś mundiale na piasku? I to teraz, w tych czasach, gdy wszystko się… nawet nie toczy. Zamarło. Nosz kurna maciogwąda, no!!! Czy was ludie już naprawdę  roumu wybebeszyło? A jeszcze w szczególności was, potomków plemiennych, zawsze w ruchu, wędrownych, karawaniarzy… kiedyś to woda była najważniejsza, skarb najwyższy, a teraz wylewacie jej litry na trawkę po piłkę?

Ja pierdolę, ludzie są pozbawieni drugiego sapiens… ogólnie mówiąc, to już nawet nie sapiens, a raczej kurna zgarbiony, lekko zombie, nawet nie wiem czy homo jest odpowiednie…

… w końcu czy to wciąż homo…

Serio chodzicie z telefonem do klopa?

Naprawdę…

… mieszkam w innym świecie. Tam, gdzie morze wciąż bardziej intrygujące i potrzebne niż telewizor, czy inne tam wynalazki, śnieg, spada właśnie z dachu, co w połączeniu z mrokiem prawie już nocy jest dość creepy, no jednak. Wciąż… ta natura jakaś bardziej normalna i miła sercu i duszy… Chociaż i u nas są jakieś jęczybuły miauczące, że ojoj, tacy oni kibice, ale tym razem ich nie stać na te Katary.

Ojojoj… ale mi kurna was NIE szkoda.

Wstydzić się powinniście za to wszystko, ale nie… ludzie chyba już nie posiadają czegoś takiego jak wstyd w sobie…

Jakieś szersze widzenie, myślenie, pragnienie nauki… też odeszło do lamusa.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Liście… została wyłączona

Pan Tealight i Zawiejek…

„Oj się napracował…

Wstała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane o siódmej rano, porą bandycką, gdy jeszcze światło nawet ocząt swych nie przetarło, zajęła się swoją robotą wsłuchana w deszczowe kwilenia… coś się potem zmieniło, ale o dziewiątej wciąż był deszcz… a ona przysnęła i…

I obudziła się w bieli.

Obudziła się w onej bieli, ale myślała, że wciąż śni. Jakoś tak jej się wydawało, iż to wszystko nie mogło być prawdą. Nie mogło. Bo przecież to wciąż jeszcze jest jesień i liście nawet się buntują przed kolorami innymi niż zielone. Tak jakoś… po prostu nie mogło się zdarzyć to, co przynosiło jej ukojenie.

Jakoś tak…

A to był tylko Zawiejek

Lekko nietrzeźwy, lekko śmierdzący, jakoś taki lekko lekki, ale też i śmiały, wiedzący czego chce. Chce wszystkiego na biało… białych ulic, białego nieba, dachów białych, białych ścian i gałęzi, pni drew i krzaków, róży wciąż czerwonych i innych kwiatów, znowu białych, bo przecież biel tak bardzo pasuje… on to umiał, ułożyć ona fałdy na miękkich liściach, zamrozić krople, jeśli takie się znalazły, to dmuchnąć, tam uklepać, wszelako, jakoś tak wyrzeźbić świat od nowa…

Dorzeźbić do codzienności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I spadł śnieg…

Jakoś tak rano był tylko deszcz, a potem nagle, w ciągu dnia spada temperatura i pyk… budzi się człowiek, w nocy nie spał, więc wiecie, zrąbało go w połowie roboty, budzi się, a tu biało. I to nie tak lekko biało, ale gruba warstwa bieli. Lekko mokrawej, ale jednak… bieli. Rąbany śnieg 19tego listopada.

Cud wszelaki!

… więc zakładam gacie, jedne, drugie, no i lecim. Walić sobotnie sprątanie, odpuszczam obowiązki, żeby nie było, zęby umyłam! Ale lecem… się okazało, iż powoli bardzo, co oczywiście dla fotografa jest naprawdę torturą!!! Straszną torturą! Bo światło mi uciekało, ale droga nieodśnieżona, więc wiadomo, po drodze co najmniej 3 samochody w rowach… nosz kurde no…

I potem zagwozdka… udało się dotrzeć do Almindingen, ale…

Gdzie zaparkować?!

Tu zaspy, tam zaspy, tutaj widać pierwszy raz pług jechał, więc dodał jeszcze śniegu, jest niby parking, ale na nim z 40 centymetrów śniegu, więc… no kurcze no, co teraz? Jak to obejść? Jak?! Wywalić żonę na poboczu, nic nie jechało, więc wiecie, podniesie się i pójdzie w długą, a ty Chowańcu biedny szukaj miejsca na zaparkowanie, a potem zaczniesz szukać żony…

Ekhm…

Serio.

I potoczyłam się w Ekkodalen, patrzę w prawo, w lewo, dookoła patrzę, a tam kurna nikogo. No serio… nikogo nie było!!!

Pewno też problemy z parkingiem.

No ale… ja mogłam po prostu iść… czasem i do kolan w śniegu… sama, pierwsza, jedyna, jakby to wszystko było tylko dla mnie, te małe drzewka, ona dolina, biel, niebo ze znikającym słońcem, i jeszcze ona mgła dziwna. Gdzieś tam nad onymi pastwiskami. Gdzieś tam pod skałami…

Dziwna.

Niesamowita.

Miękka, otulająca.

Piękna taka, niesamowita, właściwie niemożliwa. Przecież, jak, skąd? Co to było? Jak to się wydarzyło? Śnieg, mróz i mgła… taka jakaś atypowa? A może nie mgła? Może to jakowyś byt dziwny, nowy i zimowy?

Może?

Ale to, że byłam tam tylko ja, niszcząca oną delikatność śnieżną… z jednej strony zabawa, z drugiej… no jakoś tak, trochę czuję się jak heretyk czy coś… wiedźma. LOL Oj tam, pięknie było, i w tą i tamtą. I jeszcze potem powrót już w lekkiej szarości do auta… i to, że Chowaniec mnie znalazł i jeszcze samochód się nie zakopał. No po prostu cudowne to wszystko. Drzewa oblepione śniegiem, wciąż, ludzi nie ma… pojawili się dopiero jak szarość opadła…

Nie wiem po co?

Widzą coś?

Najważniejsze, że ja widziałam ten chrzaniony Winterwonderland. Taki, jak tutaj sporadycznie się zdarza… marzenie ziszczone, ucieleśnione, czy jakoś tak, no wiecie, uśnieżone czy co… bo jutro to nie wiadomo czy wciąż będzie… nie wiadomo co jutro, co pojutrze co… w ogóle?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawiejek… została wyłączona

Pan Tealight i Deszczowa Starucha…

„Przybyła w końcu.

Dziwne… ale trzymała się od Wyspy z daleka przez dłuższy czas.

Jakby ktoś lub coś ją odganiało, jakby… bo wiecie, jak przyszła, to dziwnie taka zahukana, jakoś jak nieona. Nie ta staruszka z siwymi, długimi, kręcącymi włosami, którą znali, w onych ciuchach może i wilgotnych, ale pachnących płynem do płukania, kolorowych, we wszelakich odcieniach bieli, szarości, niebieskości i zieleni, z plamami czerwieni, tak gdzie niegdzie tak…

Nie ona…

A jednak ona.

Bo przecież włosy wciąż tam były, ale pełne wodorostów i jakieś takie, pokręcone, wszelako zamotane. Gdzieś tam jakaś muszelka, trochę piasku w kulkach splątanych z brązowymi niciami traw… a szaty…

… wszelako szare.

Dziwnie smutne i nijakie.

Jakby to nie była ona… a może jednak ona, tylko coś się jej przytrafiło? Może w końcu coś do niej dotarło i powiedziało parę słów za dużo? Czy przetrwało? Czy trawiły ją wyrzuty sumienia, a może było w tym coś więcej? Może po prostu się zmieniała, z motyla w jakąś tam, no wiecie, ćmę?

Może…

Albo to z wodą coś było nie tak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zawód wiedźma” – … oj. Pamiętam, znaczy miałam ono pierwsze wydanie z Fabryki Słów, jednak pamiętam larum jakie podniosły „internety” by jednak dalej ciągnąć cykl, bo to pierwsze wydanie nie było wydaniem całego cyklu. Był w tym Zawód Wiedźma, Wiedźma Naczelna i jeszcze chyba Opiekunka… ale u mnie pożarła to pleśń i gomóły jakoweś, wstrętny i koszmarne…

Znaczy pamiętny 2019 rok.

No co… wciąż cierpię, ale…

Olga Gromyko, naukowiec, kochająca szczury autorka, a tak, nawet powstały o tym książki jej autorstwa, szczerze polecam, ofiaruje nam rudowłosą, zawadiacką uczennicę… no wiecie, takiego Potterowego Uniwersytetu. Uczennicę bardzo pracowitą, ale też oczywiście kochliwą, no wiadomo, a co do tego, to… ekhm, kochliwą jeśli chodzi o pewnego… osobnika, który okazuje się być kimś…

Znacznym.

Na wielu poziomach.

Ale najpierw ona, Wolha Redna, bohaterka cyklu Kroniki Belorskie, powalająca swoją niezwykłą umiejętnością pakowania się w każdy problem w odległości, serio tak dnia jazdy koniem? Wozem może półtora? Magiczka, absolwentka już wydziału magii Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa… wysłana zostaje do Dogewy. Do miejsca, o którym naprawdę krążą opowieści.

I to jakie!

Zabawna, właśnie taka swojska, niesamowita opowieść. Genialne tłumaczenie!!! Inne wydanie niż pierwsze – Papierowy Księżyc. Trudno dostępna, ale dla sprytnego, no sami wiecie, może się wam uda!

Bo świetne są…

Każda z nich!

Zima…

Po raz pierwszy śnieg zaobserwowano w tym roku w listopadzie 18go!

Nieźle, co nie. Nagle temperatura ociera się o ono mistyczne zero i już wszystko jakby się naprawiało, ale, ale człowieka nie stać na ogrzewanie. Wciąż myśli i myśli, co wyłączyć, co zlikwidować, koce, skarpety i takie tam. Ale w końcu zaczyna cię dopadać dziwne otępienie, nie zmęczenie, ale taki kompletny brak chęci i sił. Bo wszystko kołuje dookoła tych rąbanych słupków mocy…

Czy o tej pore mogę włączyć ogrzewanie…

Czy jest tanio?

Wystarczająco tanio?

No dobra, człowiek oczywiście jest zdolny pokonać większe zimna i tak dalej, ale jednak nie jest wtedy produktywny. A na siedzenie pod kocami nie mam czasu, nie nadaję się do nieruchomości. W znaczeniu onej własnej nieruchomości. Wkurza mnie to. Muszę się ruszać, coś robić, tworzyć, działać…

A teraz herbata stygnie w mgnieniu oka!

No ale…

Pierwszy śnieg, czy raczej zmrożone, dziwnie styropianowe kuleczki opadły i stopniały. Ot tak. Wiatr wciąż duje, wymyśla nowe piosenki, próbuje z tej strony i tamtej, a potem nagle z tej, z której wieje najrzadziej.

Dziwne to…

Takie zajmowanie się wiatrem, ale tutaj nie da się inaczej.

Tak, to zwykłe miejsce na ziemi, gdzie żyją ludzie i mają problemy jak inni, ale odcięcie, izolacja, morze, ciemność i tak dalej, sprawia, że czuje się tu więcej. Więcej natury. Dociera ona do ciebie dziwnymi, nowymi zmysłami, jakbyć nagle zamontował sobe i barometr… albo coś w ten deseń. Wiesz kiedy zacznie wiać, kiedy przestanie, ból głowy to doskonały wyznacznik.

Ale w ogrodzie wciąż zielono i kolorowo.

Wciąż coś kwitnie, coś szaleje w wymiarze liści…

… a jak już o nich mowa, to za przeproszeniem na tronie siedząc, robiąc to, co ludzie robią, tak jakoś dziwnie coś zaczęłam słyszeć, a może to omam jakowy… No co? Jakby, wiecie, tupot białych myszek, czy coś, wszelakie bieganie… jakby nisseny ikrokoniki ujeżdżały, wyłążę na zewnątrz – tak, podciągnęłam portki – a tam one cięższe o innych, suchawe, ale wciąż w formie, figowe liście.

Kurcze no!

Jak żywe balety odprawiają!!!

A ja miałam nadzieję na coś więcej, chociaż, ciemno, więc może mi się tylko wydawało, że to liście, może suszone havfrue’y gotowały się do ataku, ale jednak… do niczego nie doszło? Zemsta jakowaś…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszczowa Starucha… została wyłączona

Pan Tealight i Zimowanie…

„Nakupili makaronów…

… przede wszystkim wiadomo suche i takie, co to każdy zje, a klucha to jednak klucha, zawsze dobre, nawet be niczego, bez sosu i posypki z serów… do tego jeszcze puszki, niestety z fasolką, więc niektórzy przewidywali powrót maseczek, ale nic to, ważne mieć jedzenie, jakby ta zima stała się…

Prawdziwą.

Bo spadł śnieg i wszystkich zadziwił. Nie zaskoczył, ale zadziwił, no wiecie, jednak to koniec listopada, więc…

Wiadomo też, iż możliwym jest, że się mu stopnieje od razu, po chwili i może, no i to w całości i szybko, ale jednak jednak przecież spadł i nadszedł Dziad Mróz i usiadł sobie na mostku by giry pomoczyć we wciąż płytkiej bardzo rzece. Bo jakoś tak, mimo deszczów i śniegu, to wciąż kiepsko było z wodą…

A już morze w ogóle było w kiepskiej kondycji…

Choć wiało.

Wciąż wiało.

Ale… te zakupy to nie tylko zima. Coś nadchodziło, szykowało się i nie był to wszelaki Jul. Czas obżarstwa i czas lenistwa i jeszcze sprzątania, stawianie choinek, bombki, prezenty… czyś dobry czy nie, i dla ciebie i dla ciebie jakiś Mikołaj się tam stanie, sprawi i wszelako zobrazowi. I źli i dobrzy za swoje będą wynagrodzeni… jak się nie pomyliliście w modlitwach oczywiście.

Nadchodziło Zimowanie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje i wieje i wieje…

Casem człowiek myśli, że ten wiatr się nigdy nie skończy, a potem sobie przypomina, iż był ten czas, gdy tego wiatru nie było, wcale, w ogóle, przez wiele miesięcy… tego powietrza, onej zmiany, wiania, skrzypienia dachu, uderzeń niczego, a jednak czegoś. Zmian. Kontynuacji, rozpoczęcia nowego, zakończenia.

A potem wieje przez wiele ni i już przestajesz myśleć.

Adaptujesz się jakoś.

Robisz, co masz zrobić, niczym nakręcana maszynka, ale tak naprawdę jesteś kimś innym. Kimś zaeżnym od kierunków wiatru, deszczów i tego momentu, gdy nagle, bez żadnego sensu słońce wychodzi zza onej szarości i już nie wiesz, czy to ono tak całe na biało się wyjebało przed szereg, czy ty…

A sąsiedzi patrzą…

Chociaż… czy tutaj mnie obchodzi co i czy w ogóle o mnie myśli? Obawiam się, że nie. Tak samo jak nikt nie zwraca się per: pan, pani… tak zwala mnie z nóg pismo z polskiego banku, co to w końcu widać cierpliwość stracili, wprost krzyczące: wypowiadamy CI umowę… a, widać i w Polsce już się nie tytułują. A może zwyczajnie… bo widzicie, problem jest taki, nie jedziecie do Polski, nie macie dowodu osobistego, brak dowodu oznacza problemy, częste rozmowy międzykrajowe, a ty nie chcesz, czasu nie masz… zapominasz, i tak cię zaskakują.

Brutale.

Z drugiej strony na kij ci to konto?

Tak właściwie…

Przyznaję, iż świat i ona cała nowoczesność to o kant tyłka potłuc. W szczególności jeśli chodzi o tak zwaną „rezydenturę”. Nie żebym się na tym wyznawała, bo w końcu jakoś tak nie uważam się za rezydenta… Mieszkamy tutaj większość swego dorosłego życia, więc… tak, spoglądając w internety, to jakoś nie, nie chcę do Polski. Nie, nie skusicie mnie jedzeniem, z moją dietą i tak kiepsko, ceny tyż wysokie jakieś… a ludzie, nie no, wciąż siedzimy w onych internetach, pamiętajmy, jacyś straszni. Wredni i obok inteligencji mało stojący. Jakoś tak…

Dla Duńczyków niejeżdżenie do kraju narodzin to dziwna sprawa… nie żeby sami odwiedzali stare miejsca, ale zwyczajnie, jakoś trudno im to skumać, że nie, dziękuję, sami przecież nie chcecie już tam jeździć…

Tak, to chyba największa zmiana.

Ale ci Duńscy Szwedzi, jak ich nazywam, wiecie, urodzili się tam, ale mieszkają w Danii, robią podobnie. Tutaj znika problem z żarciem, ale różnice są widoczne i to nie tylko w języku, czy akcencie… jakoś tak… inni są. Homogenizowana może i jest ona Skandynawia, ale nie homogeniczna.

Wielu w ogóle się nie przyznaje, że rodzeni gdzieś indziej.

Pod inną królową…

Ale oni to problemów z bankami nie mają. Szczęśliwcy. Jedni mają dwa obywatelstwa, inni wyrzekają się szwedzkiego, a tak, są tacy i choć można już od kilku lat mieć dwa… więcej niż kilku lat, to jednak, jakoś tak to dziwne. Jest w tym wszystkim jakieś i trzecie i piąte dno, a potem betongi!

Trzeba by pokopać, ale… na razie czuję się opuszczona przez bank, który nawet nie był mój… i to jeszcze tak do mnie, nie, że szanowna… a wróć, to do Chowańca było, to mogą. Wiecie… LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zimowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Bogówdar…

„Żłobek był, były i owieczki, kózka jakaś i kilka osiołków…

Była szopa i dziwnie odziani kolesie, a pizgało… jak zwykle w listopadzie tutaj, więc dziwne były te ich okutania skromne i cienkie, samodział, nic z poliestru. Wszystko takie od razu wzbudzające odrazę, mocno i grubo dziane, na pewno drapiące, ale wiecie, w sto procent eko! Z owcy, kury, barana czy innego kozła. I te sandałki. No model Jezusek 3000. Nie do zdobycia. Wyłącznie dla wybranych.

I te dwa wielbłąy…

Lekkie przegięcie w pierwszych podmuchach zimowego powietrza, chociaż włochacze chyba jakoś miały to gdzieś. Dziwnie skołtunione, dwugarbne jak nic, ale jakoś tak, no jakby i trzy te garby były, a może i pięć… a może ktoś tam siedział, mieszkał w nich czy coś? W końcu… to było dziwne, więc dlaczego nie pójść dalej? Nie dać im mowy, myślenia i innych przymiotów, umiejętności, oraz kłód pod nogi, w końcu raczej na pewno bardziej inteligentne były to stfory niż one ludzie…

I ta kobieta z tym dziadkiem.

Ledwo stał…

I ten wrzeszczący bachor.

Sama wyglądąła raczej na jego siostrę niż matkę, ale nad głową miała wielki napis w dymku, więc nie się kłócili kto kim i zacz… teraz w ciążę i babcie zachodzą, więc mogą i dzieci, widać… chociaż… nie, wcale ale wcale się im to nie podobało. Ani jako wystrój ogrodu ani towarzystwo.

A ci trzej odziani tak jarmarcznie bardziej.

Świetliście… ciągnęło od nich i gorzałą i zielem jakowymś… A te ciuchy, jakie mieli fajne klapki i szlafroczki. Nosz po prostu Gucci 2020. Albo inne Luivitony. Tudzież… wiecie jak to jest z modą teraz…

I na to wszystko, lśniące i wrzeszczące, beczące… weszła ona, cała na czarno, dziwnie blada, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowana… i puściła pawia na dzieciątko. Bo wiecie, krótkowidz…

… ale było larum!

No ci w szlafrokach zaczęli coś w jakimś jęyku, ci od owiec, że trzeba przetworzyć, mateczka, że jakoś tak ona nie chce już tej ciąży i w ogóle, a pan starszy przysnął więc… Pan Tealight, dotąd obserwujący wsio zza węgła wkroczył do akcji i zajął się Wiedźmą Wroną… a jak go zobaczyli, a potem innych,bo wszyscy chcieli popatrzeć… no cóż, na obiad było pieczyste, weki zrobiono, suszone odoby na choineczki, coś do wykarmienia dicyzny, eko…

I fajny dywanik jest teraz w Wygódce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, duje… i tak dalej.

Czyli najlepsza pogoda, tylko odpalić świeczki, wziąć koc, walić robotę i zwyczajnie przejść w hibernacyjny ciąg. Bo dlaczego nie? W końcu na zewnątrz nie wyjdziesz, bo araz zatoki, bo araz korzonki czy inne mrzonki i jeszcze porwie cię wiatr i gdzieś poniesie, wiadomo co to teraz z tą naturą się dzieje? A może i smoki jakoweś się spojawią, albo i wielkie karakany, co niczym autobusy ludzi wozić będą…

No co?

Jakby co, to kolejny szot szczepionki już gotowy, ale tym razem jest już dobrowolny i… nie darmowy. Należy becalen za oną przyjemność, więc… więc apteki u nas nie będą nawet sprowadzać, bo zainteresowanie zerowe właściwie. Jak ktoś chce się kłuć, to proszę bardzo, na prom i do stolycy.

A co…

Oczywiście ci w wieku starszym mogą się zaszczepić za darmo i podobno były kolejki, ale podejrzewam, że w pakiecie były te frikadele z listerią, co to ostatnio na ludzi polują, więc wiecie, tutaj na darmowe żarcie ludzie łasi. Aż czasem mnie to fascynuje. Tak od razu brać i nie pytać z czego to?

Co do świąteczności…

No wiecie, cięcia budżetowe.

Ale poa tym, wieje i pada, pada i wieje.

Dziwnie niekolorowe liście i zielona trawa, kwitnące krzaki i tak dalej prez cały czas w modzie i trendy. Jak na razie ludzie przemykają się jakoś tak, jakby niepewni tego, co się wydarzy i myślą wybiegając tak te dwa lata wstecz, to sobie myślę, bo myślę jak widać nazbyt wiele, że dla wielu to mogą być one zwyczajniejsze święta… albo racej być miały, ale przyszły podwyżki i znowu gówno.

Jak nie plaga z maseczkami, to taka bez.

W Szwecji te trochę jakoś tak ciszej, ale wiecie, oni się rozkręcają dopiero w grudniu, więc… może dać im jeszcze trochę czasu?

Na razie wszystko staje się tylko pytaniem: jaka pogoda?

I fajnie by było mieć ino takowe zmartwienia, wiecie, aurowe… zewnętrzne. W końcu uciec od onej plagii, wyłączyć komputer, zawinąć się w koc i czuć świat, ale jaby go nie było. Jakby się skurczył znowu, jak to drzewiej bywało, gdy raz w roku listy z Hameryki przychodziły i kilka dolarów zawinięte w papierek… jak oczywiście nie zwinęli na poczcie, To był proceder nagminny w końcu.

I tylko… tylko tak naprawdę ona jedna myśl się we mnie kołacze… cóż ten nowy rok przyniesie? Jaką kolejną plagę?

Lepiej…

… nie myśleć, mieć tylko ten wiatr, książki, fale na horyzoncie… lepiej nie myśleć. Tak czasem zdaje mi się, iż niewiedza może być idealną beztroską.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogówdar… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Tealight…

„Ostatnio Pan Tealight przyjmował wielu nietypowych gości, co w przypadku tego miejsca, tej Wyspy i tej Wiedźmy Wrony bylo raczej określeniem dość kuriozalnym… i naprawę mocnym. W końcu jeżeli ktoś przebijał, czy wyglądem, czy zachowaniem, one wszelakie postacie z Białego Domostwa, to musiał być naprawdę ciekawy, albo kosmicznie nudny…

… więc…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane uwielbiała Pana Tealighta. Właściwie równolegle i równomocno się uwielbiali od samego, pierwszego i dość dziwnego spotkania. Wtedy, tam przy Złotej Hałdzie. Gdy fale uderzały o tę część Wyspy, która choć piękna, nie była tą, przy której chciała mieszkać, nie była tą, której zawsze pragnęła… zwyczajnie, chciała tam mieszkać, tam – machnięcie paluchem – gdzie na skraju mgły rysuje się wybrzuszenie i światło jakoweś, gdzie ląd zakręca, skały podnoszą się… zawsze tego pragnęła.

I się udało.

Wtedy mu to powiedziała, a on skinął tylko głową i wiedział, że czekają go zmiany po raz pierwszy… od tak bardzo dawna, iż nie wiedział, czy nie będzie potrzebował nowych skarpet, a może i pary bamboszy? Ale nigdy by nie pomyślał, że będą to aż takie zmiany… i na dodatek, że tak się do niej… przywiąże. Niczym rycerz bezbłędnie błędny… ale ona nie była księżniczką, żadną tam princeską…

Oj nie…

Dlatego stał się bardziej brytanem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jest ciemno…

I ma być ciemno…

I w końcu ma nadejść ochłodzenie, znaczy temperatury poniżej 10 stopni, co oznacza, że może natura w końcu jakoś do siebie dojdzie… chociaż, czy to jest jeszcze możliwe? Wszędzie się rozpisują na temat wzrastających kwiatów, kwitnących drzew i innych roślin, więc… Wyspa to nie jedyne miejsce, które rzeczywiście szaleje, wszystko wszędzie stoi na rzęsach i trzepie uszami.

Albo gaciami.

Wszyscy mówią o cenach, budżetach, podatkach… prąd kurna człowiek sprawdza na stronie – ile kosztuje, a potem decyzja, czy stać go na uprane gacie, jak już jesteśmy w temacie… ale mi się zrymowało, czy jednak poczekać godzinkę, to będą i uprane i wysuszone… a co do suszenia, no to już kurna odrębny temat. Nic nie schnie, i to u mnie, gdzie zawsze każde zioło ładnie zmieniało się w szusz.

Jest źle.

Drewniany dom skrzypi i protestuje pod nadmiarem wilgoci, a ty nie możesz go ogrzać… jakoś nagle nie myślisz o sobie, ale właśnie o nim, o tych ścianach i dachu, oknach, szybach, drzwiach i podłodze…

Niech przyjdzie to ochłodzenie.

Ona normalność jakaś.

A poza ochłodzeniem wiatry mają wrócić.

Mocne wiatry, sprawiające, że człowiek szaleje, że coś się z nim robi, coś się zmienia, nagle inne sprawy są ważne, sny szalone, albo spać nie można, po prostu natura… jesteś jej częścią tutaj, czy tego chcesz, czy nie. Jesteś bardziej lasem i morzem, słonością i słodkością powietrza, niż onym człowieczeństwem miejskim.

Miejskim i znajomym wielu bardziej niż korzenie i skały.

Czy nawet bardziej wiejskim, przyzwyczajonym, zdawałoby się, do pól, lasów i onej zwierzyny, żywiny wszelakiej…

Chyba…

Ludzie odeszli od natury na rzecz wygody i mniejszej ilości robaków, no sami wiecie, ile można z siebie strzepywać pająki, a jeszcze ostatnio ta paranoja – no dobra, nie paranoja, ale jednak – w temacie kleszczowym. Wiadomo, borelioza i inne choroby przenoszone przez nie to koszmar, często długo ukryty, a gdy już wyłazi, jest, może być zabójczy nawet, ale jednak… nie da się niechodzić do lasu.

Nie da się…

A może jednak tylko ja nie mogę?

No więc siedzę tutaj, o czwartej już ciemno, więc widzę nic… trochę światełek odbijających się w oknie, moich własnych, znaczy wiecie, ekonomicznych, bo przecież nikt nie będzie oświetlał domu na zimę. Nie w tym roku… a wróć, Chowaniec puścił światełka… mniej, ale jednak… w końcu po dokonaniu obliczeń, wyszło, iż włączane tylko na kilka godzin wieczornych nie zaszaleją z koronami, więc…

Jakoś tak milej jest, powinno być… dlaczego się ich boję?

Szaleństwo jakieś.

I smutku tak wiele…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Tealight… została wyłączona