Pan Tealight i Zaszeptywacz…

Zaszeptywacz… wszelkich myśli i uczuć.

Zaszeptywacz wielkich i mniejszych spraw.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay, po szaleństwie z facetem od okna oczywiście poleźliśmy sobie w dal, znaczy pojechaliśmy i w ogólę… przecież to nasz przedostatni dzień… olewając sprawę. Nosz przecież weźcie no!!! Ktoś jakby coś, to zadzwonią, co nie, tym bardziej, że ja mam plan. A dokładniej kilka planów, a co…

… chodźmy na obiad może?

Najpierw jednak Aspeberget i Vitlycke.

I tutaj możecie się zdziwić, bo przecież już tam byłam, znaczy w Vitlycke… ale jednak, widzicie, nie wierzę ludziom. Co więcej, ona moja niewiara coraz bardziej się umacniająca od lat, jakoś tak wybiła się pod niebiosa i sorry, ale jak ktoś mi mówi, że to wszystko, to przybywam za dni kilka i…

… widzę, że kłamali.

Ale… poza tym uświadamiam sobie, że to muzeum, które było tak specyficzne, coś zagubiło w sobie. A ten sklepik to już w ogóle…

Niestety.

A było to takie moje miejsce…

Ech… no nic, idę wypłakać się na górę, a tam ZONK, bo jeden z głównych paneli jest chory. Znaczy, jak mówię paneli, oznacza to widoczną skałę z pomalowanymi na czerwono rytami. Leczą go, zakryty jest płachtą i tyle… więc można obejść wszystko, a że ja mam swoje ukochane ryty, to idę dalej i…

Włażę w mrówki.

Kuźwa, co one takie wielkie!!!

Już któryś raz Szwecja mnie mrówkami obłazi!!! Ała! Pierniczona Telimena ze mnie, czy coś… no weźcie, gdzie mój Tadeusz?

Kämpersvik.

To właściwie… no widzicie, kurde no, jakoś tak, zwyczajnie… no szukałam pewnej galerii. Okazało się, że właścicielka ogromnego studia nie ma czegoś takiego jak godziny otwarcia, ma oczywiście warsztwaty, dziana jest niemiłosiernie, zazdro mega! Sama bym chciała tak, ale jednak… dziwnie tak polować na malarza?

Akwarelystę.

No jakoś tak…

Ale chciałam, więc pojechaliśmy do Kämpersvik… miałam nadzieję, że może jednak, jakoś tak, ale nic z tego, nie udało się, pocałowaliśmy klamkę, ale obejrzałam sobie fajne rzeźby metalowe… no i umówiliśmy się na następny dzień. I wiecie co, nie wiem, ale jakoś tak… czuję się lepiej, gdy artysta jest dostępny w wyznaczonych godzinach. Wtedy jakoś tak nie stawia się bariery między sztuką a zwykłym człowiekiem. Na przykład ja jestem kompletnie i zawsze niedostępna… z powodów psychicznych.

I tyle…

Spojler alert, uda nas się artystkę poznać.

Obiad.

No a teraz obiad… bo się Chowańcowi zamarzyło, że smażone zmiemniaki i jak polazł za nosem, to wylądowaliśmy z czymś co okazało się być baked potatow, sałatką zieloną, grzanką z masłem i czosnkiem oraz sałatką typową dla Szwecji, tego regionu… znaczy się robale w sosie białym.

Skagenröra… wymyślona przez Szweda Tore Wretmana, kucharza, ale w czasie jego przygody w rejsie dookoła duńskiego Skagen – Skagen Runt. Dlatego nazwa. Jest to połączenie majonezu, krewetek i koperku, którego Chowaniec nienawidzi. A który w tej sałatce pokochał. Nie znaczy to, że koperkową, która prześladuje go od dziecka, zeżre, ale to mu podeszło.

Nie najadł się jednak i zeżarł ciastko…

I większość mojego jedzenia, bo… ja trafiłam na coś o smaku zapachu morskiego z miejsca, gdzie śmieci pokrewetkowe wywalają… no i tyle. Ale miałam dobre chęci. Wiecie, nie jem mięsa, od dawna, bo zwyczajnie smak mi nie podchodzi, źle się czuję i tyle… chciałam spróbować i… nie żałuję, ale nie powtórzę tego.

Oj nie… jednak samo pieczywo i zielona sałatka super, pyra dla mnie za wielka, więc jeśli chcecie, to w miejscu z ciastkami dostaniecie to. A… czy ja powiedziałam gdzie to było, kurde, jak to się nazywało… Sjogrensibacken. Znaczy tak znajdziecie ich na instagramie, w rzeczywistości Sjögrens I Backen.

W Grebbestad.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaszeptywacz… została wyłączona

Pan Tealight i Fjällbacka…

Fjällbacka była tym, czego Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane pragnęła. Chciała, pożądała i jeszcze… winna się czuła, że jakoś tak ją chyba kocha… wiecie, nie jak Wyspę, ale jednak…

… kurcze, nie umiały się ostatnio dogadać z Panią Wyspy, a nawet mocniej, nie tyle dogadać, co się lekko unikały…

I chyba tak było lepiej.

Pan Tealight dosypywał sobie ciągle coś do herbaty, dolewał do wody i jeszcze pogryzał jakieś groszki lepione przez Skrzacińce, co to się na zimę sprowadziły do Sklepiku z Niepotrzebnymi. Nerwowo już nie wytrzymywał, wiedział, że coś się wydarzy, zdawał sobie z tego sprawę, że Pani Wysp może przybyć do Wiedźmy Wrony Pożartej, ale jednak, nie wiedział, że to ona sama ją przyzwie…

I to aż tak głośno i donośnie.

Z taką rozpaczą i obietnicą zakończenia… jeśli nie przybędzie. Jeśli obydwie nie zdecydują, że ona w końcu zadecyduje o sobie… tylko, czy naprawdę tak było? Czy w ogóle mogła jeszcze o sobie decydować? Czy jeszcze może w ogóle myśleć nawet, że jest w niej jakaś wolność… odrobina jej?

Może?

Pani Wysp, Władczyni Zzamorskich Skał przybyła i wysoka, aczkolwiek też i postawna, w szatach morskich, powłóczystych… i niczego nie powiedziała, tylko spojrzała na wszystko i wszystkich, jednym, poważnym rzutem oczu spokojnie oszacowała sytuację i wszyscy już wiedzieli co i jak będzie. Po prostu wiedzieli. A ona sama, cóż, zapewne o czymś pomyślała, czegoś może i oczekiwała, może nawet coś dostała, ale jednak, tak… zabrała ze sobą Wiedźmę Wronę

Nie obiecała, że ją odda.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ślad dymu” – … kolejna część… kolejna i od razu napiszę, że nie najlepsza. Niestety…

A wszystko to wciąż kontynuacja wydarzeń z poprzedniego tomu, czyli „Klątwa burzy”, jedenastego, ale kontynuacja niezbyt oczywista… dziwna. Mamy znowu zagmatwania z jakąś dziwną, nie do końca opisaną watahą, mamy i magię, pradawnych i tajemniczego osobnika, który… no cóż, w europejskich opowieściach przedstawiony jest całkiem inaczej, całkiem…

I chyba dlatego, że wszystko jest takie wrzucone do jednego gara i wpływa na naszą bohaterkę zmieszane z problemamy małżeńskimi, to wszystko sprawia, że jakoś tak, no jakoś… się gubimy? Nie wiem, ja się zagubiłam. Nie oznacza to, że opowieść nie byla pomysłowa, znowu trzymająca w napięciu, ale tego wszystkiego było za wiele. I przeszła żona i córka i jeszcze…

Nie, za wiele i za mało przez to…

Niestety.

Ale wiecie, jak cykl się kocha, a przecież nie będziecie zaczynać od tego tomu, to dobrze się będziecie bawić. Bo to przecież oni… ci, których kochacie, chociaż… tak skupiona na Mercy opowieść, dziwna, miejscami nielogiczna…

Nie, najsłabsza na razie część serii.

No więc tak, po pierwsze dzień kolejny zaczął się od tego, że przyszedł facet okna nam wymienić… ekhm…

Serio.

No dobra, sprawa była taka, że po zarezerwowaniu domku odezwał się ktoś z Novasolu i poinformował Chowańca, że może zrezygnować z rezerwacji bo jednego dnia mają być wymieniane okna dachowe. Ale jednak to ma zająć tylko jeden dzień, może dwa, ale ponieważ dom jest dwupoziomowy i tak dalej, to serio, oni nie będą przeszkadzać i tak dalej… kurde, człek nie miał czasu, zresztą, chciałam ten domek, chciałam wyjechać, wróć, nie chciałam, musiałam!

Nie było innego wyjścia.

Ma być to i już, więc przyznaliśmy, że nam to nie będzie przeszkadzać i tak dalej… mieli przyjechać we wtorek, pojawili się dwa dni później, kurde, to mnie zaskoczyło, ale ponieważ i tak miałam problemy ze spaniem, to wiecie… przyznać należy, że dziwnie ustawiony domek jednak nie był dla pracownika firmy problemem i nie wleźli do salonu – drzwi były otwarte, ale zasłonięte zasłonką, ale zapukali do onych, tak zwanych drzwi głównych. Wiecie, w Skandynawii w ogóle ta sprawa z drzwiami, to czyste szaleństwo, szczerze. No ale…

… więc pukanie, Chowaniec goły, więc zwlekam się z sofy, na której chciałam się przespać po pisaniu jakąś godzinkę, w koc zawinięta otwieram, ten se tam śpiewa, młodzian takowy, po szwedzku… a ja mu na to, że no comprende, więc przeszliśmy na angielski. Spoko poszło do miejsca, w którym on zadał pytanie: czy tutaj mieszkam… no i poczułam zaskoczenie, bo… i tutaj spojler alert – jeżeli rozejrzycie się po okolicy tego domku, link był wcześniej, to zauważycie zabawną rzecz… i tak, chcę kupić to cudo, ale… nie ma simoleonów!!! A zabawna rzecz to to, że gdy obejrzałam wystawione domy w okolicy tej dziwnej miniosady między skałami na zalewowej sferze… to one w większości takie same i to… ŁĄCZNIE Z MEBLAMI.

Serio?

Jak to?

Czy to było stworzone tak pod klucz kompletnie, z meblami, z saunami, nawet tapety, łóżka, ja pierdziu, kible i rozwiązania – śmieszne – hydrauliczne… wsio takie samo. Jakbyście zwariowali…

Ekhm…

No dobra, domek chcę kupić, chcę mieć sommerhus w Szwecji, dokładnie w tym miasteczku, ale już od razu teraz. No co? Pewno, że fajno by było mieć działkę i wpływ na domek, ale chyba nie do końca jest to możliwe. Prawdopodobnie jest tutaj ten haczyk, jak ono miejsce na wyspie, gdzie domy mają być ino takie, nie inne, ale… oczywiście, jak zwykle… wsio zależy od finansów.

A za tę kasę, to chyba nawet to by było fajne

No ale… gość od okien się zmieszał, jak usłyszał, że nie, nie mieszkam, ale przecież wiem, że mieli to robić i tak dalej i czy on czegoś ode mnie potrzebuje? On na to, że nie, nej tak… i w ogóle… potem zaczął gdzieś dzwonić nerwowo i w końcu, po jakiejś godzinie odjechał. A raczej odjechali…

Chyba ich dwóch było.

Nadal nie wiem o co poszło.

No i w dziwny sposób skończyło się na pisaniu nie tylko o dziwnym wydarzeniu, ale też i o pragnieniach wszelakich posiadania czegoś więcej… kiedyś to się dacza nazywało. LOL Albo jakoś tak… domek na wsi?

No ale… jak już w tym temacie, to zależało mi na zobaczeniu domu za prawie 6 milionów koron. I przy okazji tego za 9 milionów. No tak, takie cuda można znaleźć i poczuć się jebniętym w łeb. Mocno…

Dom za 6 mln… i ten za 9 milionów.

Okay, zaczynamy od Rödhammar 17… czyli prawie 6 milionów, płaski teren, dojazd koszmarny… do tego, zwróćcie uwagę na działkę, na co pewnie niewielu uwagę zwróci, wiem z doświadczenia… nie macie dostępu do wody!!! To czyjaś działka, czyli, kurna no… ktoś może tam se jebnąć pomost!!!

Albo i szopę.

Pomijam fakt tego, że to zwykłe szopa, więc płacicie za teren, tylko i wyłącznie… i za możliwość wdychania niezłego smrodku oraz ciągły lęk o to, czy nas zaleje, czy jednak nie. Jak oglądałam ten domek, to waliło nieźle. Niski poziom wody, wodorosty, zupka, kąpać się nie da, no szaleństwo, chyba, że do sąsiada pójdziecie pożyczyć pomostu czy jakoś tak… wiecie, trza se radzić.

Drugi domek znajduje się zaraz obok, ale w górze od tego.

I to sporej górze, czego na zdjęciach nie widać. Miejscówka super, widok, smrodek nie tak wielki, ale… ech, widać rozrysowane działki, widać szaleństwo, które tam się dzieje… ekologia, tia, pierdu pierdu… oczywiście sama szopa, bo to nie dom, nie oszukujmy się, jednak do wymiany i tyle…

I jak się wam ceny podobają…

PS. Jest i za 19… O rany! W sercu miasta. W onej ciasnocie szalonej, kurde, dom z XIX wieku!!! Historia, duchy, hałas z knajpy, cena jak z jakiegoś… ale z drugiej strony, no weźcie, tosz to kopalnia złota, dzielicie na 3 odrębne mieszkania i wynajmujecie w sezonie i interes się zwróci po roku na pewno…

Chociaż… nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fjällbacka… została wyłączona

Pan Tealight i Drewniany chłopczyk…

Wiedźma Wrona jak go zobaczyła, to uciekła kląc na czym świat stoi, znaczy nie, że na żółwiu i słoniach, nie no, nie była tak szalona… co jak co, ale nie czepiała się płaskoziemców, szacun za pomysłowość i tak dalej, ale nie rozumiała nigdy czemu nie wspominali o słoniach czy żółwiu, który… miał płeć… no wiecie, jednak należałoby? A oni ino horyzont, horyzont i horyzont.

Osz kurna no!

Chodziło o to, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… ninawidziła Pinokia. Od dziecięcia… znaczy płodu właściwie. Zwyczajnie, nadzwyczajnie, może i wszelako popierniczenie, ale niecierpiała zmurszalca. Długonosego popierdoleńca. Kornikowego BandB!!!

Nienawidziła go jak żadnej innej postaci.

Nie no, oczywiście, że wiedziała iż istniał, kiedyś tam… możliwe, że nadal, przecież drewno posiadało oną wytrzymałość, mogło trwać i trwać i trwać, przy dobrych warunkach, jak go ktoś na przykład zatopił w torfie, ale zakrył mu usta, może ino zostawił oczy i dupsko, coby pierdzenie było, dzięki temu właściwie UFO powstało… znaczy cała ta kultura widzenia onych alienów… no bąki puszczał…

Żarcik.

A może nie?

… więc jak zobaczyła tego rzeźbieńca… nikt się nie zdziwił, ze tak zareagowała. Naprawdę nikt. Tylko… problemem było, kto go tutaj postawił i czy ten kluczyk w plecach naprawdę go nakręcał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

… i człek dociera na miejsce, chociaż tak naprawdę nie wie gdzie miał dotrzeć.

Tak to jest jak się spotyka nowe, coś, co widziało się na zdjęciach, satelitarnie można było nawet obejrzeć, ale jednak, to nie to, przecież, to nie tak miało, ale zaraz, a może jednak… droga się nie kończy, ale my decydujemy się na wejście na Głowę.

Najpierw jednak po prawej ona zatoka dziwna, którą zachwalają by zwiedzić, oczywiście ostrożnie, w czasie sztormów, podobno szaleństwo. Muszele są. Woda niebieska. Niebo się odbija, skały niesamowite przede mną, po prawej, a po lewej… tam jest to coś, co mnie wzywało od tak dawna. Ono magiczne COŚ. Coś nawet więcej… i choć wiemy, że będziemy musieli potem nadłożyć drogi, to przecież o to chodzi, przecież nawet nie zostawiamy odcisku stopy, bo Głowa to skała. Skała na przeciwko której stoją chyba 2 chatki rybackie, zakaz jest rzucania kamieniami, no i szopy jakieś…

Jak nic w tych beczkach zwłoki…

Ale to sprawdzimy później, najpierw wejdziemy na Głowę, by potem z niej zejść i stanąć w miejscu, które widziałam na tylu miejscach, a które czuje się… słono. W zagłębienia krągłych skał, obłych, omiatanych przez wieki wiatrem i wodą, onym uczuciem, słońcem, wszelką myślą i marzeniem… sól się zbiera. Woda tak słona, że aż gęsta, na onych nieprzepuszczalnych skałach… paruje i wytrąca kryształki, niczym na oych eksperymentach w szkole… co się za dzieciaka je robiło.

Jakie to…

Fascynujące.

A słońce pali, jednocześnie wiatr wieje, zimno i gorąco, a w oddali już widzę te skały/wyspy i oną chatkę, schronienie, dwukolorowe, znane mi ze zdjęć, wyglądające całkowicie inaczej… takie czarowne.

Doskonała samotnia.

Ideał.

Mogłabym spędzić na tym poziomie wody, lekko wystających skałach… wiele czasu, kilka bateriii i pamięci by mi zabrakło na zdjęcia. Wraz ze zmieniającym się światłem, mogłabym… ale nie mogę? Albo mogę, ale chcę dziś jeszcze dojść tam, gdzie widzę jakieś pojedyncze istoty.

A może tylko mi się wydaje, w końcu i woda i wiatr, słońce i sól…

Może to już szaleństwo, bo przecież nie ma tu roślin, dziwne pluskanie oddziaływuje na wyobraźnię, coś w tym jest i wiele jest i nie ma tylko nicości i jest ona, ale nie taka, inna jest i jeszcze…

Dziwne to, piękne, oszałamiające, graficzne, artystyczne… niczym tyłeczki i cycki własciwie, brzydko mówiąc? Zaraz, dlaczego brzydko? Co złego w onych określeniach? Na czymś siedzieć trzeba, czymś dziecko karmić… albo machać, jak kto lubi, ja macham. LOL A co? Kto mi zabroni, jak się w oko nie uderzę, to nawet sama sobie nie mogę zabronić… dobra, brak wody zaczyna nam doskwierać, wracamy, z onej odkrytej płaszczyzny, pewno najczęściej zalanej na Głowę, potem wzdłuż ścieżki, spoglądając na łódeczki, na one domki po drugiej stronie, znowu droga i druga strona zatoczki… niesamowicie inna, widok na miejsce, na którym dopiero byłam…

Gdzie mój pot wciąż paruje… a potem, no tak, chatka, chatka z napisem, coby kamieni do wody nie rzucać, woda i skała krągłość jej niesamowita i jeszcze dziwność tego miejsca, niby dla ludzi, a jednak nie do końca. Czy ono chce ludzi, czy ino ich toleruje… dochodzimy do słynnego czerwono-niebieskiego schronienia gdy już tam nie ma nikogo. I moglibyśmy celebrować tutaj zachód słońca w samotności, ale nie znamy tego miejsca, a ciemność zapadnie szybko, więc… tylko przez dłuższą chwilę leżenie, gapienie się w niebo, łódkę w oddali, skały, sól…

A potem z powrotem.

Pies wciąż szczeka.

Dziwne myśli…

Na pewno chcę tutaj wrócić, przemierzyć inne ścieżki, złapać inną pogodę, może znaleźć inną muszlę, zobaczyć innego morskiego potwora… niepotwornego wcale… i może jeszcze chmury i jeszcze… chcę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Drewniany chłopczyk… została wyłączona

Pan Tealight i Pudełko Nieoczekiwane…

„Oj wiadomo było, że Wiedźma Wrona Pożarta kochała pocztę dostawać… znaczy wiecie, dostawać taką, jakiej chciała, a nie zawsze taką, jaką w rzeczywistości częsti dostawała, ale… choć z zakupami nie było jej po drodze, no przerażały ją zbyt często, to jednak… pudełeczko na progu, grubsza koperta… hmmm… to mogło upiększyć dzień. To mogło sprawić, że łatwiej oddychała, że jakoś tak znowu chciała żyć, chciała, z powodu pierdołki, drewna kawałka, muszelki…

Znowu była sobą.

Tylko dzięki pudełku…

A jednak, kurcze, ostatnimi czasy jakoś tak wolała gdy listonosz nie przybywał. No chyba, że magiczne pigułki miały przyjść, na to czekała, tego wypatrywała, to zawsze trzymało ją jakoś przy życiu, ale jednak inne sprawy powodowały, że czuła się przytłoczona, a nawet przerażona… strach był w niej zawsze, ale jednak wiecie, czasem przysypiał, czasem jakoś zajęty był czymś innym…

Czymś…

A nie nią.

Znaczy bez urazy, tylko tymczasowo, jakby był bardziej przyczajony, ale nie, że jakoś tak, od razu sobie iść, gdzieś do innego człowieka czy nibyczłowieka, czy jakiejkolwiek istoty i tak dalej…

… ale… to tamto owamto, psychiczne zawirowania, wszelakie zamyślenia, wszelkie wiedźmie szaleństwa i popierniczone mózgi…

Mniejsza o to.

Pudełko się pojawiło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tjurpannan.

Właściwie, to bardziej czucie, już sama nazwa jakaś taka… szczerze, szwedzki, to fascynujący język jeśli chodzi o zasłuchanie się, o oną muzykę. Niby da się zrozumieć jak człek czyta, da się jeśli znacie duński czy norweski. Po prostu się da. Tutaj z kontekstu, tu, że słowa podobne, bo że tam jakaś literka w środku, a tam, kto by się przejmował… no dobra, to, że na lody mówią szkło trochę męczy anglojęzycznych, ale nie ma boja… zaśpiew, ona skoczność słów…

Mnie urzekła.

Ale weź tutaj na czuja wiedz jak wymówić Kivik czy Kiruna, lub właśnie Tjurpannan. Ciurpanan… tylko, że ta głoska na początku, zetknięcie języka i przody podniebienia, muśnięcie zębów, niczym coś elfiego…

Niczym…

Z drugiej strony, samo miejsce jest takie i choć najpierw mijacie wywalone skały, powalone drzewa, dowiadujecie się, że przemocą tutaj utrzymują ziemię taką, to i tak, stojąc na tych skałach, patrząc na morze, pławiąc się w solance, wytrącając z siebie wodę… i tak nie możecie zrozumieć…

Jak to wsio powstało?

Jak można tego nie kochać?

Albo się tego bać?

Ale od początku.

Znaki prowadzą, nie ma boja, parking spory, wybieramy czerwoną ścieżkę, ale tak naprawdę i niebieskiej trochę i już wiemy, że czasu za mało, że powinniśmy zostać tutaj dłużej, do zachodu słońca, przyjść, gdy jest sztorm, co zalecają, przyjść gdy są chmury, gdy mgły się podnoszą…

Prosto z parkingu – darmowego, spokojnie – idzie się jakieś podobno 2 kilometry? No nie wiem, chyba dookoła, ale… tupu tupu, praży słońce, po prawej jakieś domki, szaleńcy mieszkający na skałach, po lewej pustkowie, gołoborze i wszelakie pastwiskowanie się dla szarańćzy i innej zwierzyny. Nawet konie podobno można spotkać, ale jednak nie tym razem, nawet owiec nie było… tylko droga, potem widok… niesamowity, jakby na wieczność, a za nami ławeczki i kaffe pod chmurką. Serio, przycinają nawet krzaczki, krzesełka, leżaczki drewniane właściwie, są… opisy wszelakie, ino swoją kelnerkę przynosicie i możecie leżeć i patrzeć…

… ale ja nie chcę leżeć i patrzeć, ja chcę macać.

Czuć i dostać muszelę!!!

Albo dwie.

… więc idziemy dalej, pali słońce, droga sucha, woda w plecaku chlupocze zachęcająco, niby człek się kąpał dwa dni wcześniej, pływał znaczy, ale już nagle znowu chce, a woda z daleka migocze… i te domki i dziwacznie nadmiernie podniecony piesek szczekający jakby go wszelakie demony weganizmu opadły…

Hmmm…

Gdzie ja jestem?

Właściwie, wszystko mi jedno gdzie jestem, bo przecież to, co chcę zobaczyć, dotknąć, czego doświadczyć, jest przede mną i jakoś ludzi ino para może dwie, więc tłoku jak zwykle brak, może później będzie ktoś? W końcu onych ścieżek kilka, ale na razie, sucha droga, obniżająca się do morza…

Oj, z powrotem będzie zabawnie… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pudełko Nieoczekiwane… została wyłączona

Pan Tealight i Gnijący Anioł w Rynnie…

„Znaczy, czy on gnił…

Kurde no, chyba raczej nie gnił, no chyba że we własnych siuśkach!

Od dawna nie padało, Wyspa wydawała się jednak mieć skądś jakąś wodę, bo jak tylko przyszedł pierwszy prawie jesienny deszcz, niewielki, żadne tam szaleństwo, to rynny zabulgotały, puste gniazda wypały, a rzeki nagle od nowa stały się rzekami, jakby ta woda tylko gdzieś czekała…

Jakby zwyczajnie wolała nie patrzeć na lato i Turyściznę.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane i jej Chowaniec tym razem postanowili dołączyć do Turyściznowego packu i zwyczajnie pobyć gdzieś indziej, więc nie wiedzieli co się stało. Znaczy, dowiedzieli się jak wrócili, ale w trakcie, to były tylko wszelakie byty ogrodowe, wszelakie byty domowe, wszelakie byty… kuźwa, no tłoczno tutaj zawsze jakoś tak…

Ale…

… więc z gniazdami suszonymi, z liściejami pojedynczymi, pajęczyną ze stokrotek i zagubionym żukiem, Anioł wypadł z rynny, a dokładniej to jego niewielki, lekko zmumifikowany, na pewno uświęcony, wiecie walił kwiatkami i lekko połyskiwał wciąż, ale raczej nigdzie nie miał już wzlecień, szczególnie po tym, jak kurna Chowaniec sprawdzając okna…

… omal się na nim nie wywalił.

Toż to bezczelnosć ze strony tych niebiaskich podfruwców, coby tak człowieka zacnego omal nie ubić. No naprawdę, Wiedźma Wrona od razu rzuciła kilka pierunów w stronę chmurek, ale te na to, że może on piekielny i od razu dorzuciły jeszcze, że ni nie zapraszają, ni też i, że reklamacji nie przyjmują.

A piekielni na to, że co jak co, ale oni po sobie sprzątają.

Zawsze!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I coś na oną jesienność.

Ech, udało się, w końcu kilka kolejnych tomów doszło do mojej biblioteczki. Muszę przyznać, że szalenie mnie to raduje, bo przecież to taki czas na czytanie. Ona szarość i deszczyk nawet właśnie popauje… mało go, no ale…

Najlepsze jest to, że chłodniej w końcu.

A książki… no wiem, rozrzut niezły, od kilku biografii przez opowieść o tym jak zostać zabijaczem po Kubusia P. LOL

Grebbestad…

No dobra, trzeba przyznać, że jesteśmy tutaj po raz kolejny, ale po raz pierwszy zaplanowałam sobie dokładniejsze przeszukanie onej mieściny. Widać, że w porcie ruch, jednostki mniejsze i większe, no pewno że każdy prawie tutaj posiada łódkę, ale jednak, no weźcie no… ślicznie tu jest, za plecami też skała, przed, stojąc na molo też za wodą skała, czerwone chatki one łódkowe, ale nie da się dojść, no to jak mieliśmy w planie, idziemy do góry… bo zaplanowałam dwa spacery na dziś…

Miasto i dzicz.

I dobra, idziemy najpierw architektonicznie, potem myślałam, że polezieny na skałę, bo można, a widok na pewno mega, gorąco, słonko i ino kilka chmurek, znaczy tam gorąco… no ponad 20ścia, ale wiecie… człek już się wychłodził przez ten sierpień, jakoś tak się nastawił na zimno, długie gacie wziął i bluzy i…

Ciepło.

Ale w cieniu pizga, więc…

… więc idziemy…

I co? Nosz kurde, Chowaniec zauważył caffe. Kaffe? Znaczy piekarnię z kawiarnią i półrestauracją taką… I już wiem, że co jak co, ale po tym, to ja nie wlezę na skałę, chociaż, kurde no… jakie te ciastki cudne, wiecie, świeżutkie takie, z owockami, więcej w nich kremu, lekkiego, nic ciężkiego, niż onej mąki, więc można żreć… i weźmiemy te dwa i te dwa i potem po jednym takim i…

No co, myśmy ostatnio w kawiarni byli na początku tego wieku!!!

Taka prawda.

Po prostu, wiecie jak to mówią, musicie tutaj zajrzeć i to koniecznie na początku tygodnia, bo oni większość robią tak na poniedziałek i wtorek, a potem wiecie, już nie ma więcej. Sprawdziliśmy. LOL

Ino małe ciastki zostały…

Ale one tortowe takie, to wiecie, że ciasto i krem i zdobienia i finezja… było coś z malinami, coś z truskawkami i takie coś z orzeszkami i śmietaną w środku, trójkątne takie i jeszcze… oj to było kolejnego dnia, cudo wynikające z połączenia bezy orzechowej z cieniutką ilością biszkoptu… wiecie…

… to geniusz ono cudo tworzył.

Szczerze.

Ale… przesiedzieliśmy tam trochę długo… ale wiecie, te tapety, nastrój wszelaki, nosz kurcze no, człowiek tego nie ma na Wyspie, więc korzysta. Zwyczajnie. Po prostu. Tak, pani popatrzyła się dziwnie na oną chciwość Chowańca, co to na tacę i to i tamto, a potem przyłazi do mnie i mówi: słuchaj, a tam z tyłu to zupa rybna jest. I tak se myślę, patrząc na one ciastki…

… że niby jak?

Na polewkę?

No mniejsza… spuśćmy na to zasłonkę, może nie milczenia, ale zapomnienia. I nie, nie liczyłam kalorii, potem obleźliśmy miasteczko w rejonach górnych i to był szał architektoniczny. Skandynawski, gdzie niegdzie ino coś na kształt miniaturowego ogródka, zwykle dom przy domu, wsio białe albo lekka pastel i jeszcze do tego coś innego i jeszcze, no kurcze no… piękne to, ale nie mogłabym tak…

Tak człowiek na człowieku.

Na skale…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gnijący Anioł w Rynnie… została wyłączona

Pan Tealight i Wzew…

„… wzywało ją…

Coś.

Coś znajomego, ale też intrygująco nowego. Coś wszelako niesamowitego, ale też budzącego oną gęsią skórkę, jakiś dziwny dreszcz, może i mieszanie w żołądku, może i jakieś głowy zawirowanie…

Coś…

Nienazwanego, ale też może i niepotrzebującego onego imienia, nazwiska, numeru PESEL, czy innego obtatuowania. Czipa pod język, strzykawki w dupę i jeszcze… po prostu nie potrzebowało. Zwyczajnie. Było wzewem… zwem, wszelakim głosem, czuciem i uczuciem, które jakoś tak dotykało ją, wszelako mieszało jej w głowie, mocno i nagminnie dziabało ją w mózg i duszę i serce i wątrobę… bo wiecie, nigdy nie wiadomo gdzie kto ma to coś. Ono coś, co odpowie…

Coś…

W Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Ksiażki Pomordowane.

Podejrzewała co to może być. Umiała nawet umieścić na mapie palec, czy też zakręcić kółko dookoła pewnych rejonów, które sprawiały, że jeszcze oddychała, że jeszcze jakoś dawała sobie radę by… być. Jeszcze, na razie, może przez chwilę lub chwil kilka. Może i jeszcze tydzień, czy dwa, może…

Tylko, problem był jeden…

Chciała mu odpowiedzieć.

Pewnie i pozytywnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowy dzień, nowa przygoda…

… znaczy, po poprzednim, wiadomo, trudno przebić łosie, ale czemu nie spróbować, co nie? No weźcie no… a tymczasem w rzeczywistości połowa już września, tak naprawdę, na Wyspie pierwsza połowa była strasznie dziwaczna, sucha i gorąca, chociaż emperatura mierzalna ino powyżej 20C? O co chodzi… spać się nie dało, dopiero po 11tym jakoś coś puściło…

Ale wróćmy do Szwecji…

Bo przecież, czemu nie?

Dzień czwarty, to był typowy wyspowiacz na wyjeździe. Wiecie, gacie są, w różnych rodzajach, a nie jednym, są i portki, są te Fanty w tylu smakach, no wszystko jest i człowiek lekko wydaje się być mocno oszołomiony, a może raczej zaskoczony? Tak naprawdę włazi do sklepu, a tam nie ma wody, znaczy wiecie, tej, co nie robi psyt… bo jak się okazuje, to nawet te, zwane niegazowanymi, to jakoś tak psytają. Wsio ma w sobie sól, czy coś tam, niby pisze woda, a jednak…

Naprawdę.

Okazuje się, że zdatna do picia z gwinta jest tylko najtańsza z ICAy.

Ale dostać ją… to po prostu wysiłek ogromny.

… więc poszukaliśmy wody, potem te portki, nagle się okazało, że łażenie po sklepie z gaiami, które lubię, no sportowym, to zwyczajnie jak wycieczka sama w sobie. Ja pierdziu ile tych marek, kolorów i wzorów i wsio sztuczne, śmierdzi, ogólnie mówiąc parzy mnie już na sam widok!!!

Ale, w końcu są i portki, pół dnia minęło, człowiek zdechnięty, to chodźmy na plażę, bo przecież w Tanumshede to fajna plaża jest. I wiecie co, były na niej meneski!!! Kurde mole!!! Ja ludzi nie widziałam od dawna.

Bardzo…

Oczywiście strachliwe dupy ino włażą do wody i uciekają z niej… więc…

Człek musi się pokazać.

Nic to, że kostki mi od razu wrzeszczą bólem. Włażę…

Wylazłam kontrolnie, rozmasowałam achillesy i jechane, nie ma zmiłuj… ja pływam, kuźwa jaka ta woda słona, ja pierdziele aż w oczy parzy? Czy to tak zawsze było? Czy być powinno? W ogóle nie ma ostryg, a tyle ich było rok temu… żadnych muszli, rzeczywiście bez ludzi było lepiej…

Bo to ich wina.

Kąpiel super, ciało się przywyczaja, ludzie się dziwują, a dziwujcie się, w końcu co… dobra, może w końcu zaczęłam słabnąć, ale się udało. Tyle pływania. Tyle soli. O rany, mogę robić za dosypkę po frytkach. I jaka to dziwna sól. Naprawdę, taka, słona, ale wiecie, nie chemiczna, znaczy pewno że to chemia… no kuźwa, chlorek, a jednak… jednak smakuje inaczej. Naprawdę…

Ale… na dziś, po tym pawiu i łosiach, zamówiłam sobie randkę pod skałą.

I rybe z frytkami.

Zresztą, te wszystkie ludzie to dla mnie za wiele, ja chcę jeść, pić i zwyczajnie połazić po Fjallbace. Po prostu. Bez przymusu, choć kurde, ale gorąco, a ja gacie mam mokre, bo przecież stroju nie używam… bo po co? No weźcie no.

A miasteczko piękne takie, ja pierdziu.

Cudowne jak zawsze mimo onych robót… które oczywiście doprowadziły do tego, że poleźliśmy drogą, którą nie szliśmy i zobaczyliśmy miasteczko z innej strony i naprawdę, piękne to było. Dowiedziałam się, że ludzie sól sobie wylewają na ogródki, czy dookoła domu, wiecie, wodę morską, no i muszele kładą wszędzie i jeszcze, no te domki, okna, drzwi, ogródki, drzewka…

Naprawdę.

To jest magia.

Ryba z frytkami w porcie też magia. Oczywiście w tym samym miejscu, wiadomo, przy wodzie, przy skale, przy wszystkim… słońce wciąż parzy, ale w cieniu to po prostu ulga i wieje mi od gaci strony. Ryba była zajebista i frytki w gazecie też. I sałatka, choć sałatki bym chciała więcej, rybę oddałam Chowańcowi.

A co!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wzew… została wyłączona

Pan Tealight i Kaszanka z bratków…

„Lekko wodnista wyszła.

Lekko bardzo nawet…

Niby dosypali więcej kaszy, trochę nawet żelatyny dodali, ale jednak, wciąż jakoś tak było to wodniste, niby we flaka spokojnie tak jakoś, nie no, wyglądało okay, smakowało też, ale jakoś wepchnać, wlać… no jak to miało działać? Niby mieli maszynkę, ale kurde, one wciąż krzyczały… rany no, ona wodnistość powinna była je trochę przynajmniej no zalać, znaczy… upić może i?

No przecież kurde no…

Bratki!

Ale chodziło im jednak o to, żeby stworzyć kulinarną ekstazję dla paszczy i flaków jedzących. No wiecie, w końcu żarcie ma za zadanie nie tylko smakowanie i tak dalej, ale jednak, też żarcie musi wyjść. Koniecznie nawet winno opuścić osobnika zostawiając ino one cuda dobroczynne…

I już.

A flaki… no właśnie, rany jakie flaki mieli do onego specyfiku, tylko że wciąż wodnisty taki ten cud żarełka, ale jednak, kurcze, no jakoś tak… może zwyczajnie dobrać ich jeszcze? Ale niewiele ich już, jesień się rozbebeszyła za oknami i w domach, więc czemu nie dodać czegoś innego?

Czegoś lub kogoś?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmin. Cykl cały” – … pamiętam. Wciąż pamiętam, jak to się zaczęło, bo książki pojawiły się jakoś kilka lat przed moimi studiami… znaczy, rokiem, w którym studia rozpoczęłam i… nie było nas stać, a każdy chciał przeczytać, wiecie, archeolodzy kochają fantasy!

Oczywiście książki nie wyglądały tak, moje pierwsze wydanie pokryła pleśń… co wiecie… smutne to, ale… wspomnienie zostało…

Wyrywaliśmy sobie, zaglądaliśmy przez ramię… nie pamiętam kto miał kasę by je kupić, ale pamiętam, że… te…

Były pierwsze…

A potem, jakoś tak, po roku, powoli, jakoś wszyscy zaczynali mieć swoje i rok za rokiem… cisza, czytanie, nie przeszkadzać.

Tom po tomie…

Zwyczajnie…

Ludzie przekazywali sobie wiedźminie zauroczenie pocztą pantoflową. Czy tam kaloszową jak o błotnistą robotę chodzi…

No wiecie, właściwie, co powiedzieć?

Książki są niesamowite. Są powalające. Pierwsze tomy opowiadań to raczej wstępniak, może i lepiej zacząć czytać od samej historii, już gdy macie sławną trójcę razem, osobno, znowu razem, ale… przygotujcie się, że to nie to, co może wam ktoś opowiedział, może obczytaliście gdzieś w gazetach, może…

Nie wiem, memy widzieliście, nie…

To jest powieść o świecie, nie tylko Wiedźminie i Dziecku wielu imion właściwie. O Czarodziejce i inności, ale przede wszystkim o państwach, o onych intrygujących światach, polityce, chciwości, pokrętności…

O tym wszystkim…

I właściwie jeszcze więcej, ale… widzicie, za każdym razem czytając serię, człek odnajduje w niej coś innego. I zakochuje się w tej serii. Jakoś tak staje się jej częścią. Jakoś tak… ona staje się częścią was…

Upłynęły lata…

I człek doczekał się filmu, serialu, pierun wie czego tam jeszcze, a gra wyszła… ale wszystko po tak wielu latach/wieku, że to nasze wyrywanie sobie książek… nie wiem, wydaje się być wciąż takie niewinne. Taka czysta fascynacja, wiecie, książki 20 lat temu to wciąż był luksus i czekanie. Dłuuugie często czekanie.

Teraz doprowadziliście do księgarni, których nie ma.

Tak, umywam ręce, bezczelna świnia ja… ojojoj. Gdzieś to mam. U nas w księgarniach też kurde są home decory!

Najnowszy zaś Wiedźmin wygląda tak…

Ed.

I paw obligatorjny.

I jezioro… i łosie… no wiecie, czasem zwyczajnie, coś się wydarza, bo przecież nie planowałam, coś mną szarpnęło, coś pyknęło mnie w ramię i otworzyłam taką zwyczajową gazetkę z reklamami, wiecie, tymi turystycznymi… czyli sklepy, mydło i powidło… i łosie. Kurna, okazało się, że w Ed, do którego można się dostać w niewiele ponad godzinę, są łosie, a dokładniej, łosiowe ranczo…

A przecież.

Ja jestem może w połowie wroną i w połowie polarnym niedźwiedziem, to jednak mam poroże jak nic. Antlersy zmiksoowane z no tym takim reniferowym… łopaty łosiowe są? Tak? Kurde, człowiek głupek, trza się dokształcić. Może jest coś jak: Łosie dla początkujących, chociaż ja nie początkująca, widziałam, wysłuchałam, macnęłam i zostałam opluta…

Łoś się pluskał i sikał, więc… zaliczony!!!

Ale od początku… więc jechaliśmy… droga dziwna, prowadziła przez jeziorne miejscówki, lesistości i stany wszelakiej zagłady ekologicznej. Naprawdę serce rozpierdalające. Rozwalone skały, zdjęte drzewa, wszystko rozjechane, dziwnie już nawet nie błagające o pomoc, zrezygnowane…

Smutne…

Ale miałam zobaczyć łosie.

Przyjechaliśmy na miejsce, mały drewniany domek, sklepik i knajpka w jednym, a babka do nas, od razu od wejścia, coby szybko szybko, bo właśnie się karmienie zaczęło… to bilety, wychodzimy tylnymi drzwiami i…

Łoś.

Dziwne tak ryczeć na widok łosia, ale się poryczałam.

Na widok onego wielkiego, na widok mniejszego, który będzie jego następcą, samicy z młodym, wkurzałam się z ludźmi na one teksty, ale pocieszające jest to, że przynajmniej, podobno, łosiowa populacja się pożądnie zwiększyła a i wilki mają się super i szczerze przy granicy z Norwegią wystarczy rano lub wieczorem wyjechać i łosie normalnie łażą… w końcu są u siebie.

A na ranczo mają oczywiście łosie w ograniczonej liczbie, no logiczne, na sporym terenie, wodnisto-bagnistym, z drzewami, łosie, z których większość to takie pupile, że wiadomo, jak pominąć ruję, jak Holling z „Przystanku Alaska”, pamięta ktoś? Jak mu odbijało? He he he!!! Ten łoś… ech, ten był podobny ino przycięte miał łopatki, coby się biły dopiero, jak wiecie, czas przyjdzie…

Bo przyjdzie…

To było przeżycie, wzruszenie, lekcja… chciałabym tam kiedyś wrócić na spacer, bo można się przejść dookoła i jakby podglądać te łosie w dziczy, ale bezpiecznie, wiecie, nie srając po gaciach, czy nie sprawiać nazbytniej rozróby. I chyba o to mi chodziło… kupiłam łosia i kupę łosia.

Naturalną!

Serio, w słoiczku.

Co was będę oszukiwać, no kupa najważniejsza. LOL Potem się okazało, że sprzedawczyni Dunka, no i sama zbiera kupę… erm, ja to szanuję i rozumiem, zbierałam z Babcią krowie placki do ogródka.

Swoją łosiową kupę jako świętą zachowam.

W słoiczku… wspominałam, że słoiczek i kokardka jest? LOL

Powrót był na początku super, obejrzeliśmy kawałek Ed, czyli jeziora, wąskiego i niesamowicie długiego, więc możecie sprawdzić na mapie. Fascynujące miejsce na wakacje. Stary hotel, pociąg, ech, wszystko… niestety w drodze powrotnej łeb mnie rozbolał i myślałam, że wiecie, niejedzenie, bo przecież ja mam i morską chorobę i lokomocyjną i huśtawkową…

Wiadomo…

… i zamiast wziąć od razu aviomarin, to kurna stwierdziłam, że pewno brak wody i soczku, więc… dotarłam do domu i już zdechłam. Znaczy zdechłam po drodze, ale potem zdechłość była wciąż present. I tak nam się dzień skończył ze mną na tej brudnej sofce, co to miała plany na zdjęcia jeszcze…

I rzeczywistością.

Ale widziałam łosie!!! AAAAAAAAAAAAAAAA!!!

PS. Ranczo to Dalsland Moose Ranch…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaszanka z bratków… została wyłączona

Pan Tealight i Szopy Design…

„To były nowe narodziny, a macicą było miejsce pod Babką Śliwą

Z czego wymownie ona dumna, niesamowita, piękna drzewna bogini nie była wcale a wcale zadowolona, no do skutku, znaczy, do momentu, gdy wsio się poukładało i choć wiedziała, że wciąż jeszcze będzie tego tam więcej, że coś zmienią, że przecież można to lepiej zawsze i jeszcze piękniej i czyściej i mocniej, to jakoś tak, uznała od razu… nowonarodzonego Kunstshed za swego wnuczka.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane jakoś tak się nawet nie dziwiła, nie dziwiła się też wtedy, gdy Śliwa obrodziła tak mocno, że leżące na trawie śliwki wcale nie przerażały. Gdy wszystko na górze było tak obfite, że wyglądało, jakby zamieniła się w gigantyczną winorośl. Wielkie, śliwkowe kiście obciążały i cieńsze i grubsze gałęzie… liście chowały je przed nadmiernym słońcem, ale jednak brak wody oczywiście zrobił swoje, więc…

… niektóre owoce spadały szybko, inne czekały mając nadzieję i remontując Kunstsheda, Wiedźma Wrona martwiła się, że nic z tego nie będzie…

Ale okazało się, że Babka Śliwa, chroniąc swojego żółtego wnuczka, któego przecież wcześniej w ogóle niezauważała, no jakos tak owocowała ze wszelkich miar. Owocowała by pokazać, że jest najbardziej zajebistą. Czyli, wyszłoby na to, że po prostu serio była zadowolona z onych „narodzin”.

Serio…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dzień drugi, znaczy trzecie, ale wiecie… sobota, niedziela…

Nowy tydzień.

Poniedziałek… czyli co? Rzeczy mogą być pozamykane, przedostatni dzień sierpnia, ale nic to, internet niby mówi, że otwarte, ale… widzicie, w Grebbestad istnieje punkt informacyjny. W znaczeniu dla Turyścizny, czyli i nas. Ale, w zeszłym roku była też jazda, jak się okazuje, wszędzie pisze, że otwarte, że pomocne, w środku dziś siedzi baba z ujadajacym pieskiem, która… pomijam fakt, że mnie przeraża, jest odpychająca i czujecie się jak śmieć, wskazała nam tylko malutką gablotkę z ulotkami, bo łaskawie wyszła i powiedziała, że zamknięte, choć pisze, że otwarte… no cóż, machnęła ręką, powiedziała, że to, czego chcemy jest niedostępne… możemy odejść.

Wiecie, królowa przyszła, wyszła do pospólstwa…

Nie, nigdy nie idźcie do informacji tutaj po pomoc.

Oderwą wam pozostałą nogę… więc zrobiło mi się przykro, więcej, tak naprawdę dostałam ataku, ale nerwica to zwyczajna rzecz, więc… po co nam turyści, co nie? Tak – SARKAZM!!! Przecież kurna nie mieszkam w miejscu, gdzie oni istnieją…

Mniejsza, uciekliśmy stamtąd, ale obiecałam sobie jeszcze, że wrócimy do samego miasteczka, bo jest fascynujące. Naprawdę przecudowne. Warto tu przyjechać, warto zajrzeć do restauracji, cudowni ludzie, połazić, popatrzeć, może lekko powstrzymać się od wścibstwa, ale czy się da… jest morze, są skały i domki… no wiecie, prosta sprawa i tyle!!! Ale punkt informacyjny, nie zaczynajcie od tego. A jak już, bierzcie ulotki i uciekajcie, bo aura tej osoby was dobije na starcie…

… więc ruszyliśmy do Strömstad.

A dlaczego? No cóż, po pierwsze chciałam połazić po mieście, bo to jest zwyczajnie szaleństwo… architektoniczne oczywiście. Serio, to jest perełeczka. Może nie w całości, ale mamy takie cuda, że szczęka opada…

No i znalazłam łosie.

Ale najpierw miasto.

Słuchajcie no… zawsze zależy mi na zdobyciu czegoś, co jest naprawdę miastowe, szczególne, naprawdę… najfajniej gdyby była to sztuka, ale…. Wiadomo, koniec sezonu, więc zajrzeliśmy do księgarni, widać problemy takie jak w innych miejscach, księgarni przy kanale, mocno wyschniętym, bo woda wszędzie w tak niskim poziomie, że… nawet w sklepach ino słodkie napoje albo gazowana.

Serio?

ICA uratowała mi gardło.

Sorry, ale z kranu to piję tylko u siebie. Nic na to nie poradzę, herbatę, przegotowaną, mycie, wiadomo, ale z kranu taką do wzięcia ze sobą, oj nie… więc potrzebowałam wody. Wstydliwie się przyznam, bo to dziwne.

Dla mnie…

Wracamy do księgarni, na froncie dziwne rzeczy, widać czytelnictwo jak w reszcie świata, ale… ten zapach książek. Te okładki, szwedzki język taki śliczny, ta książka… artystyczna, bardziej album niż książka, ale tak piękna… kuźwa, jakbyście zobaczyli ceny… książki po ponad 200 SEK to norma. A potem zaglądam na Empik a tam obniżka o 50% na powieść, której pragnę i tylko niecałe 30PLN… hmmm…  Dobra, księgarnia cudowna, wcześniej sklepik z przemiłą babeczką, no zaczynam się leczyć z tej goryczy informacyjnej z Grebbestad… i wpadamy do sklepu, bo wiecie, kupiłam kartki, mam coś specjalnego, więc idę oglądać architekturę, ale się spieszymy, no i ten sklep… Ditt-o-Datt… coś jakoś tak, na instagramie jest…

Ja pierdziele.

Sklep jak muzeum rzeczy, których nie dostaniecie w innych miejscach. Prowadzący go facet, po prostu złoto!!! Jakoś tak niesamowity, chyba zajarzył, że ze mnie po prostu oszołom i no wiecie, jak dziecko w sklepie z cukierkami, czy tutaj, no weźcie no… po prostu szaleństwo. To jest miejsce na godzinę, a wciąż nie zajarzycie, że mają tam coś, czego szukaliście od dawna…

Naprawdę.

I to wsio takie niesamowicie słodkie, cudne, kolorowe, zabawne…

Musicie choć zobaczyć. Aczkolwiek ostrzegam, że może być niebezpiecznie, oj może, jak ktoś ma portfel. Ech… ale no, czasem małe rzeczy potrafią tak bardzo rozbawić… tak bardzo. Mocno!!! Bo czasem coś małego naprawdę może wam zzaczynać dzień. Może, nie nie mówię o pigułkach, rany ludziska…

A nie, to tylko ja! LOL

Potem poleźliśmy oglądać miasto, ale po godzinie, wciąż nie zobaczyłam wszystkiego, promem nie popłynęliśmy, no bo… pojawił się łoś i godzina jazdy, więc… seeyalejter. W Ed. Z łosiami.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szopy Design… została wyłączona

Pan Tealight i Smok Zlękniony…

„No był niebieski i mały i miał maciupkie skrzydełka…

I jeszcze chciał odlecieć, ale nie wysoko, bo się bał nieba.

Bardzo.

Ale chciał latać, no przecież jak masz te skrzydła, to nie zużywasz ich do wachlowania sobie części intymnych, nie, no chyba… chyba, że właśnie tak lubisz, w końcu co to komu do tego, co se wachlujesz, ale przewiać łatwo można, a to już szczerze jest niebezpieczne. Bolesne nawet…

Naprawdę.

Zresztą, jak się już coś ma, to przecież można znaleźć dla tego inne użycie, zużycie i wszelaką… no żeby tak nie wisiało, czy jednak nie stało bez użytku. Przecież nieużywane zanika, znika, rozwiewa się nawet po nim wspomnienie. Jakby nigdy go nie było, jakby naprawdę nigdy…

Nawet ze zdjeć potrafi zniknąć…

Dlatego chciał latać, nie tylko wachlować stopy Wiedźmom z Pieca. Niby mu płaciły za to, ale jednak, jakoś tak, przecież nawet nie padało… mógłby, po protu, nie musiał wysoko, ale znowu i nie za nisko, coby obciachu nie było…

I wtedy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane powiedziała mu, że można pewne rzeczy robić w ukryciu… i już nic nie było jak wcześniej. I wszystko się zmieniło, bo przecież nawet, jeśli podglądali, to przecież wcale o tym nie wiedział, czyż nie? Wcale a wcale…

… mógł być ślepym na wszystko…

I poleciał.

A potem spadł, ale to inna sprawa… sprawa z sową, słoniem i trzema zapałkami. Wypalonymi…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dzień kolejny…

Wiecie, te nadzieje. Ech… No dobra, oto niedziela. Oczywiście, koniec sierpnia, więc wszędzie REA. Czyli wyprzedaże i przyznaję, po raz pierwszy chyba, zaliczyłam wyprzedaż, no ale 70% na plecak, za który normalnie prawie 800DKK, dla mnie nie do przeskoczenia, plecak chcę, wisi w małym sklepiku w Smögen…

A tak jesteśmy w Smögen.

No przecież obiecałam sobie, że tu wrócę.

Ta architektura… co prawda miał być prom i jakaś podróż, ale pali wszelako, niebiosa szaleją, kolory walą po głazach, większość sprzedawców ma w czubie, ale może to moja wina bo przed plecakiem, który znalazłam i stwierdziłam, że nie no, taka obniżka, no weźcie, piękny taki, a ja mam ino jeden… ponad 20letni… tia, wiem, nie nie mam torebeczek, chcę… szczerze…

Ale…

Najpierw to w ogóle była Bottna, bo tak we Vrångstad ostatnio zapomniałam o dolmenie, a może raczej po prostu zdechły człek był. No i w lesie można siku.

Czy to TMI?

Trochę?

No więc najpierw wleźliśmy w las. I wiecie co, piszą, że blisko, że spoko, ja pierniczę, drogi nie ma, droga jest, zgubiłam się, ale mam to gdzieś, bo to przecież las, piękny i te skały, ja pierniczę, no przeca się nie zgubię, a nawet jeśli, co z tego… te drzewa, wielkie takie, te formy skalne zdające się oddychać…

To wszystko.

Ała, komar!!!

I dolmen… cudowny, niesamowity, z kręgiem kamiennym, po prostu. wiecie, możecie sobie googlnąć wszystko, jedno wiadomo, to miejsce jest magiczne z wielu stron, i onej archeologicznej i przyrodniczej, naukowej i tej czuciowej takiej, mocnej, duchowej nawet, jeśli kogoś nie razi takie nazewnictwo… nawet mnie czasem jednak ono trzęsie, więc wiecie… a ta podmokłość.

Czy ja mam kleszcza?

Kurna chatka, nie, to ino robal…

Smögen…

Z promem nam się nie udało, jest coś na przyszły rok. Wiecie, prom, czy łódka, nawalę się prochami, może nie puszczę pawia, może się uda… a na razie architektura i wyprzedaże. Nie no, plecak człek potrzebował, ale cała reszta, tak człek łazi i se myśli, że dobra, potrzeba mu poduszki, ale… babsztyl stwirdził, że nie dostanę, bo to wystawa, więc mi obrzydziła…

Znalazłam potem taką inną… z rakiem nieborakiem.

A ty babsztylu jeden zostaniesz z tymi poduszkami, zobaczysz, będziesz łkać, że nie sprzedałaś, oj będziesz… sprawdzę za rok. No co? Mogła sprzedać, miała przecież inne wypełnienia no weźcie, a spało mi się kijowo, kark mnie rąbie, do IKEA daleko, na skale jestem, no weźcie!!!

Mniejsza… mam plecak, czyli mam dwa plecaki, jak to dobrze, że nie wzięłam kul do zdjęć, nosz przeca bym się zrąbała, a Chowaniec po 2 godzinach łażenia po uliczkach, nad morzem, bardziej w cieniu, mniej w cieniu… no padł mi i odmówił dalszych spacerów. Wszelako jestem zaskoczona.

Serio.

No to wracamy do samochodu.

Chcieliśmy zaszaleć i coś zjeść, się okazuje, że kuchnia zamknięta tu, tam, więc może jednak ja nie chcę tego różowego zimnego i w ogóle… za bardzo rybnie wali, więc… gorąco, heatwave jak się patrzy, ale ludzie i wczoraj i dziś jacyś tacy jak osy, ale usiąde na skałach i popatrzę w morze i jeszcze na gościa z samochodzikiem, który sobie idzie i wiecie, nim jedzie sobie… no taki na bakterie… ale nie zakaźny… znaczy zaraźliwy na pewno, też chcę taki!!! Się pobawię z misiem, popatrzę na domki kolorowe, na te na skałach, dziwne, bez drzew, na oną skalność…

I wodność.

Tylko…

Wracając do domu zobaczymy dwa rodzaje zebr, obiecam sobie zrobić zdjęcia zachodu i bel siana i jeszcze zamek… serio, dom zamek z kamienia… z basztami, wszystkim, no i oczywiście modele statków w ogródkach…

Szaleństwo…

PS. Zdjęć bel siana nie zrobię, nic z tego, sama się oszukuję… ale wtedy jeszce o tym nie wiedziałam. LOL Brak snu robi swoje, słońce zachodzi, człek w końcu dopija herbatę, wodę, wszystko… i znowu jest w białym domu…

Co jutro?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smok Zlękniony… została wyłączona

Pan Tealight i Biedronka Bezchlebowa…

„… bo widzicie, ona bezglutenowa.

A wszyscy tutaj do niej, że do nieba, że ma przynieść kawałek chleba, ale od razu ją swędzi, drapi, no naprawdę… ludzie są tacy okrutni!!! Jak to tak można? Ubzdurzyli sobie, że masz kropki, masz lecieć do nieba, a przecież jej pradziad był stonką. Ale no szczerze, niech się wzniesie pod siódme niebo one jej wyznanie, że był on, bo już nie jest, zdepnięty został, stonką najprawdziwszą…

… ale jakoś geny biedrończe w niej o wiele mocniejsze, więc wiecie, wszelako czerwono i czarno od razu…

I nie, wcale nie pytają się czy masz alergie jakieś, czy jednakowoż, jakoś tak, no nie pasuje wam pieczywo… zresztą, nawet jeśli, zaciskasz zęby i lecisz, targasz tę pakę, wiadomo, ze to magia i tak dalej, ale jednak… potem się okazuje, że oni chcieli ciemny nie biały, że ten tostowy za miękki, i czemu skórka nie obciachana, a na dodatek, to dlaczego to wszystko takie lekko wilgotne…

Kurna, no z nieba, nie?

Chmury były?

Pizga tam!!!

… więc przestała. Przestała się ludziom kłaniać, zwyczajnie wzlatuje, pierdoli co oni bleblają, nie ma znaczenia dla niej czy im źle, czy dobrze… po prostu z gracją wzlatuje, załącza swojego ajbiedra i słucha bzyków. Uwielbia ebooki. Tak, robale też je mają, wiecie, w dzisiejszych czasach firmy chcą sprzedawać i tylko sprzedawać. Nawet ten gość ze skrzydełkami przy girach… no wiecie…

Hermes?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

… więc jakoś tak oswajamy to miejsce, w którym się mamy zatrzymać.

Może nie robimy z niego domu, ale jednak, gdy wracamy  z wycieczki, łażenia, oglądania, pełni wrażeń, odcisków, z mokrymi gaciami, bo nagle stwierdziłam, że fajnie będzie się wyląpać, mimo iż wszyscy uciekali z wody z wrzaskiem, ale ja w końcu mieszkam na Północy, co tam Szwecja…

Ha ha ha!!!

Ale… oswajamy i żyjemy tam. Przez jakiś okres czasu, duży czy mniejszy, nie tylko składujemy graty, ale i umyć się trzeba i herbaty zrobić czy coś, jak kto lubi. Podobno są ludzie, którzy siedzą w takich domkach, no wiecie, gotują i tak dalej, wypoczywają… bez ruchu… nie wiem… Dziwadła czy coś? A może tylko ja nie umiem tak stanąć… znowu wychodzi na to, że ze mnie shark.

Co wynajęliśmy? A to… czy polecam? Eeee…

Hihihi,

Nie ma to jak nie do końca, a jednak… okay, domek na zdjęciach, to nie to, co zobaczycie, to co widzicie, to sprzed kilku lat co najmniej. Z zewnątrz wsio odmalowane, białe, dobry parking, długi dojazd, zadupie, ale za plecami skała, z przodku zieleni kawalątek, a potem dom na domu. Na skale jarzębina, mały podest z grillem i tak dalej… ale dom… piętrowy, na 8 osób, jednak… no właśnie, dwie łazienki, prysznic, sauna i jacuzzi, tylko… że to wsio zamknięte w dwóch pokoikach, z których jeden maciupki i prysznic w nim rozmiaru pudełka na zapałki do tego wrzący bojler z boku, ciągle gorąco… są i pralki, więc… Druga łazienka, piękniej, mały zlew, problem – zero półek wszędzie – niby prysznic w wannie można wziąć, ale jednak trudno idzie, bo to wielka wanna od jacuzzi, czy jak to zwą, więc nie ma trzymadła, ale…

Chlapi się.

Da się przeżyć, sauny nie próbowałam.

Na górze nie mieszkaliśmy, ale… znowu… brak półek. Cudne miejsce do odpoczynku, ale nie wiecie co zrobić z rzeczami, zdałoby się choć więcej kołków. Niby wsio jest, ale… salon na dole i maciupka kuchnia plus jadalnia. Tu żyliśmy. Lodówka cicha, nie jak rok temu było w innym… Łóżko? Erm… wzięliśmy ze sobą kilka prześcieradeł i z obrzydzeniem zużyliśmy je na to by mieć jakąś ochronę przez onym poplamionym… nie chcę o tym myśleć, no było dziwnie.

Powinni posprzątać, bo ja odkurzaliśmy po sobie, to koty krzyczały, że one tu żyją od dawna i nie chcą się wyprowadzać.

Z kurzu koty…

Ale jednak… śliczny ten domek, więc tak i nie?

Ale… zapomniałam.

Poranek na morzu był niezwykły… człowiek tak bardzo pragnął tego wyjazdu, że… nie wiem, jakoś tak… ludzi masa. Naprawdę, kurde, przecież to już czas powakacyjny, to co oni tutaj robią?

No ale…

Człek dojechał, miejsce oswoił i oczywiście zrobił co zrobił, a potem spotkał się ze złym prysznicem i poszedł spać… obudzenie się o 5 rano po tak wyczerpującym dniu to koszmar! Tak naprawdę chyba spałam lepiej dopiero ostatniej nocy. Nie wiem dlaczego. Żadnych hałasów, spokój, czerń, ciemnosć…

Dlaczego?

No ale… co zrobić z dniem, który, jak się okazało będzie mnie zadziwiało przez całą wycieczkę, był słoneczny i bardzo ciepły!!! A wyjechaliśmy z Wyspy mocno jesiennej, poniżej 20 stopni… szczerze, zabrałam tylko ciepłe gacie. No dobra, moje ciepłe można zmienić na chłodne, tudzież podkoszulek nosić bez bluzy, ale i tak szaleństwo pogodowe. I susza… ech…

Co zrobić pierwszego pełnego dnia?

Kurde, tosz to niedziela!!!

Wyjeżdżamy, a tutaj tłumy. Szczerze, auto na aucie, masa cameprów, masa masztów, słońce wali… co robić? Jak się odnaleźć w tym dziwnym, walącym odstępy i inne takie, no wiecie, w niegdyś normalnym… tłumie? Rok temu było tak pusto, oj pewno, że wszyscy wiedzą dlaczego, ale za kilka dni znowu dla Danii Szwecja będzie strefą żółtą, o czym dowiemy się wracając…

… więc…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biedronka Bezchlebowa… została wyłączona