Pan Tealight i Ogór…

Pan Ogór miał się świetnie i był nasiennym.

Bogaty w oną grzechotliwość, po prostu leżał na plaży, popijał drinki z palemką z wielkiego kubła i po prostu sobie sechł. Nic go już nie obchodziło. Kompletnie nic. Po prostu nie miał do tego głowy, ani jednego mózgowego ziarenka.

Nic.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ed…

… tym razem obeszliśmy go tylko, znowu, od tej łosiowej strony dookoła i powiem wam, że warto.

Całe ono ranczo łosiowe ma domki do wynajęcia, więc jeśli ktoś coś, to fajnie mieć i wodę i niesamowity las, zwierzaki i jeszcze to niebo ponad… i poza tym cisza. Trochę ludzi w sezonie na pewno, ale wiecie, zawsze można trochę poza seonem, trochę na skraju sezonów.

Dookoła rancza, chociaż wciąż na ranczu, idzie się… kawałek.

Idzie się najpierw prostą, leśną drogą, uważajcie na korzenie, a potem nagle wszystko się zmienia i z jednej strony przepaść z drugiej siatka ochraniająca zwierzątki, bo wiecie, tutaj jak pukniecie łosia, to nie można go leczyć, a tak, dowiedzieliśmy się, iż ostatnimi czasy prawa w Szwcji pomieniały się w wielu wymiarach… jednym lasy zabierają, ale to niby zawsze było problemem, drudzy znowu, nie rozumieją co  tymi łosiami. Bo niby jest ich więcej, odstrzał, okay, rozumiem to, ale…

Ale jednak serio?

Stukniecie łosia, znajdziecie malucha, to od razu w kazamaty, a zwierz na suszone mięsko czy wędzonki jakieś. Nie wiem, są do kupienia… po prostu, jakoś tak, patrząc w ono łosiowe oko człowiek wie, że może i w większości mięsożerny i tak dalej, ale jednak, po kiego ono nadmierne okrucieństwo? Nie lepiej dać im żyć, zjeść, ale nie męczyć… oj wiem, wzdłuż lasów jak jedziecie w szczególności autostradą są siatki w Szwecji. I w pewnym momencie dociera do was, że odgradzają was od lasu, ale… no przecież to dla dobra zwierzątków, oj no przecież, tylko, czy na pewno… nie wiem… w Danii jest artia, która chce odebrania ludziom zwykłym prawa do posiadania ziemi…

Znamy to?

Znamy…

… więc jak jedziesz, idziesz, nagle nie wiesz czy to ciebie chronią, czy trzymają w klatce?

Idzie sobie człowiek, po prawej przepaść, ścieżka zdradliwa, wszędzie czyhają na ciebie korzenie, szyszki i wrzosy i jeszcze jagody! W końcu jagody, zapewne i nawożone łosiową kupą, więc…

… więc super!

Przyznam, że łosia nie widzieliśmy po drodze ale sama droga, te punkty widokowe, wszystko zasłonięte, nic nie widziałam, ale wiecie, jam wzrostu siedzącego psa. A łosie potrafią się genialnie wtapiać w ono tło lesiste. Czasem, jak się nie poruszą, to zwyczajnie ich nie widzicie… a dobre są w nieruszaniu.

Oj bardzo…

No ale… idziemy i po drodze one rewa potężne, ścieżka dla samobójców, chyba podziękuję i jakoś tak człek w końcu się zalesił, że dwa razy tyle nam ta droga zabrała. Ale każdy zakątek sprawdziliśmy, skrótów nie było… te wrzosy, one roślinki i porosty takie inne, jakby świat dopiero co wynurzył się z wody i wciąż na onych iglastych gałęziach włosy topielic i topielców…

Widać łysi nie toną?

Nie wiem… creepy subject? Lub durny żart?

No mniejsza, porosty, włosy, po prostu magia rąbanego elfickiego alfosna, który chce stworzyć sobie gdzieś lekko niedostępną samotnię. Ale wiecie, z dostępem, w końcu interes musi się kręcić… rany mojeskie, co ja mam dzisiaj za skojarzenia… wtedy tam ich nie miałam, butelkę wody miałam i jeszcze za ciężki plecak, i wracając do sklepu by popatrzeć na inne teraz łosie, oraz poczynić zakupy, wiadomo, to po prostu było magicznie. To słońce tak się zniżające, ona jeziorność tak blisko…

Mistyczne wprost wrażenie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ogór… została wyłączona

Pan Tealight i Korzystne Dni…

„Zwinęły się i odeszły.

Spakowały swoje torby i torebeczki, dostane prezenty okreciło folią bombelkową i zapakowało w takie kolorowe tytki. Dorzuciło wstążeczki, ale odczepiło dzwoneczki od plecaków…

… cichaczem odeszły…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ed.

Ale nim powrót do opowieści o wyprawie szwedzkiej, ale nie że potop, czy coś… a tak właściwie, to poza tym, iż ich wielu było, to dlaczego potop? Jakoś zapomniałam. Naprawdę, trza będzie w googla pójść. No ale… na Wyspie wsyscy zaciskają pasa. Wiadomo, że każdego ceny elektryczności dobijają. Jest źle. Ale wiecie, jak to mówią ci, co tu nie mieszkają, przecież macie takie widoki. Cóż. Widoki nas nie nakarmią i nie ogrzeją, czy jakoś tak… mogę pisać na papierze, kocham książki, więc jakby ino światła mi trzeba a przy świeczce też się da, ale…

… no właśnie.

Ale.

Przecież u nas, w szczególności w takim miejscu, gdzie nasrane onych turin wietrznych, nie powinno być problemu, czyż nie?

Wieje…

… one się ruszają, ale prąd, ech, spora część, wiadomo, nie nasza, reszta, która by nam wystarczyła, to nie starcza, bo gdzieś idzie nie wiadomo dokąd… skąd ino wiadomo, że kabelkiem ze Szwecji prąd ciągniemy, czasem go odajemy, ale jednak… jakby nie Szwecja, jak ktoś znowu przyrąbie kotwicą, serio, do cholery, czy to nie powinno być oznaczone? Jak oni pływają… no więc, jak to się stanie, to wiecie…

Czapa.

A poa tym niby trochę popadało, ale… rzeki puste, znaczy wyschnięte koryta straszą swą pustką. Straszą tak mocno i już od tak dawna, że naprawdę nie pamiętam by za moich czasów tutaj tak było. Pamiętam lato tak wilgotne, że wszystko pleśniało, ale jeśli chodzi o takie pustki w wodzie, to nie.

Jest kiepsko.

Bardzo.

Za to jedno należy przyznać, tyle wróbli ile mamy w tym roku, to kurcze nigdy! No serio. I to jakie dowcipne, wścibskie i wszelako… lekko denerwujące, szczególnie gdy pieją o nazbyt wczesnej porze. LOL

… więc wróćmy do podróży, bo przecież co nam zostało?

Ino wspomnienia, wciąż świeże, wciąż nie do końca przetrawione, bo widzicie, tym razem mieliśmy wiedzić Ed. I to tak w znaczeniu onego jeziora, jak sobie popatrzycie na mapę, północnej Szwecji, to znajdziecie tam jezioro miejscami wąskie, miejscami niczym more wgryzające się w klify…

… to właśnie Ed.

No i zaplanowaliśmy sobie kurcze pochodzenie dookoła, bo przecież łosie pewno ino te co były, więc wiecie… i w tym momencie ci, co znają mojego Instagrama wiedzą, że raczej mi nie wyszło, bo łosie. No właśnie. Łosie. Nie dość, że zwykłe młode z matką, tegoroczne, cudowne, wciąż jeszcze nie zgrałam zdjęć… to jeszcze one, rodzeństwo w różnych kolorach, więc no sorry, ale poszliśmy w las i tyle…

Nie dało się, znowu trza wrócić.

No więc tak, łosie były, ale spóźniliśmy się na karmienie dwa razy!

Tak, to jest możliwe, ale wiecie co, to nie znaczy, że było gorzej, wprost przeciwnie, ludzie sobie poszli, człowiek mógł zostać sam… z onymi porzuconymi maluchami, z tymi starszymi panami, z oną lekko znużoną matką, dwójką rozrabiaków. Po prostu… to było niesamowite i tak, znowu na mnie kichnął i patrzył się i w ogóle, nie wiem o co chodzi, ale czasem czuję sięprześwietlana przez takie oko.

Oko łosiowe, z rzęsami długimi… czarne, głębokie…

Magia.

A już dawanie im brzozy, no serio… to jest takie… okay, mokre, w końcu się ślinią, spróbujcie strawić tyle tych liści! Może i zielone, ale jak wydyma, no na pewno, i szczerze moczopędne jest. Tyle sikania i srania… a wciąż mówią, że zielone trza jeść i tak dalej, nie no, serio… nie.

Tylko nie brzozą.

Chociaż nowa miotła by się zdała…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Korzystne Dni… została wyłączona

Pan Tealight i Gwiazdeczka…

„Chciała spaść, ale nie mogła.

Szarpała się, gryzła, machała onymi odnóżami i wypustkami, ale nie… nie udawało się. Patrzyła w dół, chciała tam, ale się nie dawało. Ono tam, którego pragnęła od pierwszej nocy, zawsze było dla niej domem. Domem, którego nigdy nie miała, domem, którego zawse pragnęła, onymi ścianami i dachem, ziemią i płotkiem, malutką furtką  fantayjnym zamknkiem i wielkim, żelaznym kluczem z ozdbną rączką, kilkoma krzaczkami czarnej porzeczki i malin, drewkami oblepionymi wiśniami i śliwkami, oraz koniecznie wielkiemi, soczystymi brzoskwiniami.

Wielkimi, włochatymi owockami…

I jeszcze choinki, koniecznie musiały tam być choinki, bo w końcu była gwiazdką i chciała sobie czasem na czubeczku posiedzieć… a potem w domu pozmywać naczynia, wyczyścić półeczki i bibeloty, bo chciała je zbierać, koniecnie porcelanowe figurki wszelakie, pastereczki i zwierzątka, drewka, domki, czy co tam teraz ludzie mają… no i jeszcze suszone róże. Wszędzie…

I żywe też…

Ale…

Nie spadała.

Obserwowała tylko to co tam, na dole. Ten biały domek i żółty i jeszcze czerwony… i oczywiście te pola i lasy, rzeczki, niebieskie wstążki… Morza i jeziora, czasem tylko kropki niebieskości, czasem mogła się w nich przeglądać, ale zawsze oślepiało ją jej własne, dziwnie niechciane światło…

Wydawało się ono ranić te wodne zbiorniki, stawy i rechot żab, trzepot skrzydełk ważek i skrzek, taki niewinny, więc… uciekała, tam gdzie skały, gdzie była tylko ona jedna, dziwnie dzieląca się między wodę, kamień i lasy…

Dziwna…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Fionavarski gobelin” – … właściwie… Właściwie, to jak opisać pisarstwo G.G. Kaya?

Szczerze?

Jako pełne, magicne i bogate, czy też dziwnie historyczne, opowieściowe, przygodowe, ale też opisowe?

Nie wiem.

Nie wiem, ponieważ większość odstrasza objętość jego książek. Chociaż niektóre – na przykład „Ysabel” czy „Pieśń dla Arbonne”, są dość niewielkimi nowelkami, to jednak te najobszerniejsze są najbardziej znane… a „Fionavarski gobelin” to po prostu coś… na czego kontynuację czekałam wieki!!! I teraz się zdziwicie… bo to po raz pierwszy wydawano w 3 tomach, tutaj macie całość.

W pięknej oprawie.

Coś akurat na te dłuższe, wolniejsze wieczory… i dla tych, którzy kochają wciąż oną fantasy z zeszłego wieku. Coś postTolkienowskiego, coś… no wiecie, o bogach i światach, o prekraczaniu granic, coś monumentalnego, inspirowanego, może i nie ugrzecznionego, ale jednak… i tak, oczywiście, wiem, że na temat tej książki powstały prace, w większości wcale jej nie wychwalającej, ale dla mnie to sentyment. Jakaś taka przeszłość, powolność, znajomość…

Powrót.

Wejście do tej samej rzeki.

Tak, ta powieść nie jest dla każdego, ale jak nie spróbujecie, nie będziecie wiedzieli.

Bornholm – nie daje się niezauwayć tego, iż rzek nie mamy, morze cofnęło się z dwa metry w siebie odkrywając skarby i pada. Znaczy nie cały czas, ale jednak… połowa września to chłodny deszcz. Fascynujące. Można zamknąć okna, okryć się kocem i dygotać sobie w onej perfect hygge atmosferze.

Aż wylazłam z domu pomiędzy burzą, a nagłą lecz krótką, ulewą.

Po prostu.

Pobiegłam nad morze sprawdzić, czy są te no, wiecie, Księżniczki… i są, znaczy meduzy. I malutkie może, niewielkie, ale są, zagubione w onych odkrytych pokładach kamiennych i lekko piaszczystych. Zadziwione, omdlałe, a w większości całkowicie zdechłe. czyli jak zwykle, ale poza tym, w wodzie nic… czyściutko. Zimniutko, więc nadmiaru człowieków chętnych schłodzenia nie ma… zresztą i sama woda nie taka zimna, prynajmniej od naszej strony. Choć mówią, że więcej ochłodzenia idzie…

W Svalbardzie śnieg spadł, więc dlatego.

Ale wciąż, ono morze, już takie jesienne, tang się płoży na piasku, kolorowy w świetle słońca, jak się wam na słońce da ałapać, drapiące w nim mewy znajdują nader jadalne skarby… szałowo wyglądają w tych kolorach…

A w tle rąbany błękit i chmurki jak  fotoszkopa jakiegoś.

A i może ktoś ten świat maluje, wiecie, mocniej… w końcu, czemu nie. Kto mu zabroni, jak i tak nie wiedzą, że to robi?

No…

A tymczasem… pamiętnik ze szwedzkich wakacji…

No dobra, po pierwsze powrót do Vitlycke i Aspeberget.

A potem, no łosie i inne takie… stay tuned? LOL

W Vitlycke musiałam przejrzeć jeszcze książki, więc przy okazji człowiek obejrzał jak działa to mueum po onych perturbacjach i przyznam, że działa, ale już nie tak. Film jest dziwny i malutki, to już nie to… dobrze, że człek se nagrał. Jednak 2018 był inny… a potem wsio upadało, a teraz, sklepik się trochę poprawił, odrobinkę, a po prawej ino produkty z Danii, więc zonk lekki. No ale… najważniejsze, że to miejsce wciąż jest i się rozwija, szczególnie w tej zewnętrznej części.

Nie byliśmy…

… bo widzicie, po pierwsze chciałam zobaczyć jak ten panel zaatakowany prez niewiadomo co się uzdrowił, rok był zasłonięty… a po drugie, no wiecie, łosie… Łosie jednak zdecydowaliśmy się zaliczyć.

Niedosłownie!

Aspeberget udało nam się ułapić wcześnie, więc słońce obmywało skały jak należy. Tym razem adnej wody, wsio okay, bardziej magicznie jakoś tak, bardziej… nawet tutaj wiele się mieniło, zniknęły takie postumenty, na których można było popatrzeć na wszystko z góry, ale… ja już widziałam. Dobra, byłam tutaj tyle razy, nam rozkład, mam papiery, a jednak, to jakoś zawsze mnie urzeka.

Bardzo…

I te postacie i statki i w ogóle… kropki, zagłębienia, gra światła, niebieskie niebo, nikogo w okolicy, jakoś tak… ppierwotnie, prawdziwie…

A teraz do Ed.

Trochę trwa żeby tam dotrzeć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwiazdeczka… została wyłączona

Pan Tealight i Szkielet Morski…

„Oto i był on, Szkielet Morski.

Piękny i doskonały, w całości całkowitej własnej, naprawdę oszałamiał wysokością i szerokością kości… lekko miejscami dziwnie tchnący jakimś takim zatchnieniem, mułowatością, chociaż morski, więc nie powinien… może się gdzieś szwędał, w rejonach rzek nie do końca płynących?

Może?

W końcu Szkielet nie oznaczał istoty nieżyjącej, wprost preciwnie. Żywy był bardziej niż niektórzy, którym się wydaje, iż są żywymi, miał masę pasji, kochał i owady i spady, i opady kochał wszelakie oraz kolekcjonował skamieliny i nadmiernie, oraz nadzwycajnie wybitnie, kochał sobie w ciszy żuć wapień. No wiecie, to jednak na kości dobre, więc raczej zroumiałem.

Bardzo.

Uwielbiał ten dźwięk, tę miękkość, smak a każdym razem inny bo przecież jak nie wejdzies do tej samej rzeki, chociaż po ostatnich upałach to wejdziesz jakoś i to przerażająco spokojnie wejdziesz, ale jednak… w każdej cząstce wapienia inna przeszłość, inne życie, inne kruchości i miałkość, gdy tylko połączycie z cieczą. Tak, to było coś naprawdę wyjątkowego i co zaskakujące, okazało się, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, kiedyś wpierniczała ściany, więc jakoś tak z łatwością ją, gdy tylko powróciła ze swojej wyprawy na Wyspę, i wciąż była lekko skołowaną, nakłonił do spróbowania…

Zresztą, nie musiał jakoś zmuszać…

I połączył ich ten smak i pasja skamielinowo – narzędziowa. On jej znosił krzemienie, ona mu podawała one kamyki znalezione na plaży. Na tej jej plaży, która ostatnio dziwnie odległą się zdawała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wtorek!!!

Mieliśmy odpocząć, ale nam nie wyszło…

… wiecie, nie wyszło być onymi turystami, którzy są między skałami i drzewami i nic nie robią ino drzemią, no dobra, czytają, nie oszukujmy się… ja pierdziu, marna jestem w tych rejonach turyzmu.

Tych all inclusive… czy jak to się zwie.

Ale nic z tego, zmęczyła mnie już sama myśl, zresztą, no weźcie no, jak tak żyć? Domek jest prześliczny, ale przecież nie będę komuś okien myć, a jak nie okna, to wezmę się za robotę, atego chciałam uniknąć, chciałam tego tygodnia bez komputera i to mi się udało i chcę więcej… próbuję… dlatego kompletnie nam to odpoczywanie nie wyszło. Długie spanie też nie, w ogóle ostatnio nam nie wychodzi, więc spokojnie udaliśmy się, z moimi obtartymi nogami, bo se buty uszkodziłam na skałach…

Dalej…

Jednak z powodów finansowych, sorry, dzień wypłaty miał nadejść następnego dnia, dzień dnia? Ja nie mogę, gramatyka mnie po prostu dobija, Z wciąż nie działa, reszta literek wychodi kiepsko też, więc… za oknem ciemności już w okolicach dziewiętnastej już nas otulają. No cudownie jest, tam wtedy wieczorami też było całkiem chłodno. Zapowiadana descowa pogoda się nie wydarzyła…

Dziwne.

Często tak jest.

No więc…

By nie przesadzić, zwyczajnie poszliśmy do miasta, coby popatrzeć na to czego nie mogę kupić i zjeść ryby, na które nas było stać. No dobra, ja jadłam frytki i robiłam zdjęcia, Chowaniec dostał moją rybę.

I tak czasem w związkach jest.

Jedno zjada ryby drugie ziemniaki i  tyle, ważne, by się nie pomylić. No wiecie, głupio by było, nie gryźć ręki, która karmi i takie tam… więc w pewnym sensie, poza onym chodzeniem był to bardziej spokojny dzień i nawet prze chwilę siedzieliśmy w restauracji, a dokładniej pod nią, znaczy na zewnątrz, znaczy nad morzem, prawie na morzu… no wiecie jak to jest… nawodnie trochę… i ryba z frytkami była i dłuuugi spacer, choć miał być krótki, znaczy miało być bez chodzenia, bo najgorsze to usiąść z poranionymi stopami, w butach, a potem się rusyć…

Oj…

Ale… jak zwykle Fjallbacka piękna.

I już.

Cudowna. Jednak te wróble, które ma, dziwny brak wron i mew, gdzie one są? Co oni z nimi robią? Czy to była ryba czy nie? Ale te wróble i kawki… ale wróć, kawka jedna, wróble cudowne, dokarmiane prez wszystkich, kąpiące się w misce z wodą, dla psa, ale kto tam wróbelkowi, cudnemu włochatemu, puszystemu onemu kurczaczkowi zabroni? No kto? Kto będie tak okrutnym?

Nie ja.

Za fajne zdjęcia wychodzą…

A potem to miastecko, te domki, jakieś nowości, tu coś poprawili, tu skończyli, tutaj coś takie samo jak było, tam ten dom, co był za 30 milionów i szybko został kupiony, zazdrość… lekka, może większa, ale czy chciałabym mieszkać przy skale… moje lęki twierdzą, że nie… one by chciały, bardzo by się nasiliły. Ale jednak, przecież cała Fjallbacka przy skale, więc dlaczego boję się tylko jednego miejsca…

I to i tak marnie się boję.

I to morze…

… ta spokojność i cisza zachodzącego słońca, ona ludzi niewielość… taka cudowna, jak ja lubię jak jest mniej ludzi… cytując Kleopatrę? Chyba, a może to była jej służka? kto oglądał Asterixa i Kleopatrę?

Nikt?

Dotarliśmy do domku znowu późno… nie wiem jak nam się to udawało, ale zarywaliśmy noce, nie spaliśmy, wstawaliśmy wcześnie, szaleństwo… żadnego odpoczynku, a jednak, wciąż chcę więcej.

Teraz, już!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szkielet Morski… została wyłączona

Pan Tealight i Obce skały…

„Niby były obce, niby ju się kiedyś spotkali, ale jednak, to inny czas, inne skały, inne miejsca, nawet i morze jakieś inne. Inne było niebo i wiatr chłoszcący onym słonecznym żarem, ale też i chłodzący, nie wiadomo, ubierać się czy nie… ale lepiej nie ciemnieć, na starość nie…

One skały może i obce, ale jakoś tak swojskie.

Jakoś tak lekko znajome… jakby w innym życiu, poprzednim, tworzyły coś na kształt tła, w którym się odbijało, wtapiało, działało… ale z innym życiem pojawia się i niepamięć, a w niepamięci i strach ten…

I jeszcze…

Skały.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane kochała one Obce Skały. Kochała w nich oną inność, to nieodkrycie i jeszcze tą gładkość, tak aksamitną, oną lekkość i ciężkość, poddawanie się żywiołom innym i stawianie się im. Dotykanie wody i jej odychanie. Podziwianie wietrznych mocy i jeszcze… tylko podziwianie. One, co tak niedawno z wody wyszły. Pokazały się temu światu i wciąż się mu dziwowały. Wciąż rozpamiętywały swą oną przeszłość, więc gdy tylko przyszedł ktoś je wysłuchać, te opowieści, od rau się poddały…

Może nie urokowi osoby, co raczej, dziwnej potulności…

Wiedźma Potulna i Obce Skały… tak nie do końca, a jednak, trochę na pewno, a jednak, jakoś tak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tjurpannan…

Wciąż poniedziałek.

Ale najpierw powiem, że kilka dni temu już było 10 stopni w nocy!!! Ja pierdziu. Nagłe przejście ze strefy tropikalnej w znajomy chłodek, to jest takie niesamowite, a wtedy, w tamten dzień, końcówkę września, wtedy właśnie… te wiało. Też było chłodno, ale nie popadywało jak dzisiaj…

Nie…

Słońce grzało, nawet i paliło, ale na skałach było dziwnie, z jednej strony naprawdę było chłodno, z drugiej ono palące słońce, ta żarówka z nieba… i jeszcze te dziwne… nieodgłosy. Kompletna cisza. Nikogo dookoła. Kamienna pustynia, ale nie gołoborze, a raczej dziwnie pofalowane dno pozbyt wody.

Dno smagane niegdyś falami, magmami, mocami i siłami, temperaturami, ale też i głazone, jakby wielka dłoń po prostu je utuliła, zwyczajnie jakoś tak, przytuliła, ugłaskała, niczym w śnieżne kule, ale lekko się do siebie tulące i tak szliśmy… przez kilka godzin. Noga za nogą, łapiąc cień w tych kilku kępach onych karłowatych iglaków, bo wiecie, brutalnie tutaj wsio czyszczą…

Jakby nic nie miało prawa tu rosnąć, a jednak…

Rośnie!

To miejsce jest rezerwatem przyrody i tak, odwiedzilśmy je rok temu, jednak szliśmy z drugiej, łatwiejszej strony, ale tym razem chciałam skał, onego dziwnego, pustynnego ucucia, onego tchnienia mocy wiatrów…

I spalonej pewnej części ciała.

Ryj też mi sfajczyło, może jednak maska na ryj to byłoby dobry pomysł? Ale co  oczami? Worek? Dziury?

Nie wiem…

Idziemy…

… a tam i załamania i kształty i jeszcze więcej. Ona sarość, miejscami prawie biel rażąca oczy, od któej odbija się słońce. Fascynujące miejsce… w oddali morze, ale po godzinie już bardziej obok, ju idziesz inaczej, zastanawiasz się, czy wciąż jesteś na szlaku, czy nie, czy ściągać gacie i skakać w oną widoczną wodę, czy jednak nie ryzykować. Z jednej strony droga się dłuży, z drugiej…

Nagle zakręęca i ruiny w dole, jakieś takie miejsce, gdzie na pewno mieszka smok, który biega to, co morze mu wyrzuci… piaszczysto/kamienista plaża i jeszcze trochę drewna. Możnaby tutaj zostać, na zawsze, ale tęskniłabym za drzewami. Nie mogłabym tak, więc idziemy dalej odkrywając miejsca, których wielu nie zobaczy, przynajmniej od tej strony… od morza może? Ale idziemy, dookoła morskiego jeziorka, przez róże dzikie, w górę, w dół, przysiadając na chwilę i pijąc woę bardziej z rozsądku niż potrzeby ciała, bo ciało postanowiło sie wysuszyć…

… przynajmniej moje tak lubi.

Nie wiem dlaczego.

Może jednak ze mnie camel?

I w końcu, po kolejnym zakręcie i zwątpieniu jest… ona chatka dwuolorowa, gdzie można odpocząć by pójść już w znane części Tjurpannan, skoczyć na oną wysepkę, sprawdzić czy są muszele – nie ma, zdobyć sól – nie ma… tutaj jednak padało. Nie jest aż tak gorąco, choć w morzu wielkie, parzące meduy są…

Sama już taką jestem gdy wracamy do domku z dwoma krabimi szczątkami… widzieliście jak fascynujące są one kraby, jakby ćmy miały na plecach… och nocy, bądź zimną… na szczęście była…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obce skały… została wyłączona

Pan Tealight i Matka Matek…

„Była Tą Jedyną…

… oną niesamowitą Matką Matek, największą, najważniejszą, oną pierwszą, wszystkowiedzącą… i wszelako miała dość swojej roboty i tego przeznaczenia całego i w ogóle. Wszystkiego miała dosyć, a już matek w szczególności. I ich bombelków, Niewychowane skurczyszony no… Rozumiała Babę Jagę, jakbyście nie wiedzieli, to i ona była matką… a tak…

Ale.. nie wyszło jej.

No i tyle.

Dlatego się umówiły razem i tak od słowa do słowa jedna się drugiej zwierzyła. Wylały się z nich one prawdy, zatoczyły koło ponad stołem, nad paterą z kanapkami z masłem i ogórkiem, nad koperkiem, ponad onymi pomidorkami pokrojonymi w cząstki – cebulka osobno, w końcu miały rozmawiać, więc będzie na potem, ze śledzikiem, ale przezroczysty… okay, nie do końca przezroczysty płyn, lał się do niewielkich kielisków często… zapełniał je, pryskał dookoła, moczył paterę, moczył one słowa, a te wirowały coraz bardziej i bardziej, i w końcu zawirowały tak, że stworzył się z nich całkiem inny wszechświat… niewielki… ale inny.

Bardzo inny.

Nie było w nich matek ni wiedźm, dzieci nie było, ogólnie mówiąc było w nim wszystko, ale tak jakoś inaczej… i lepiej było… jednak świat ten nie potrzebował ludzi, więc nikt nie pona onego smaku i zapachu, uczucia wszelakiego tych samotności, bycia i niebycia, muszenia i niemuszenia… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Hygge” – … okay. Tak wiem, dorwałam ją po tym jak była popularna i maltretowana przez wszelakich infuenserów i tak dalej… no ale, jakoś nigdy mi z modą nie było po drodze, najpierw idę ja, a moda ze mnie ściąga. Naprawdę tak sądzę i mam na to dowody!!!

Ale wróćmy do książki.

Jest śliczna.

Wiecie, niebieska i tak dalej… w środku ma obrazki i jeszcze… i w ogóle, ładnie na półce wygląda. I tyle. No co? Hygge się czuje, o nim się nie czyta, no ale, wiadomo, książka jest, wytłumaczenie co i dlaczego też jest, ale, chociaż to po części naukowa sprawa, to jednak, nie, no weźcie no…

To trza czuć!!!

Nie da się inaczej.

Ale książkę przejrzeć warto… czy kupić? Hmmm…

Po łosiowym szaleństwie oczywiście późno wróciliśmy do domku i szczerze, zrobiło to na mnie takie wrażenie, że nie sądziłam iż trzeci dzień, którym był poniedziałek… jakoś mógłby mnie zaskoczyć. Mieliśmy plany i do wyboru to lub tamto, woda czy skała, wiać miało, więc może lepiej nie fale?

Ale…

Tutaj należy wspomnieć, iż na stacji benzynowej, gdzieś pomiędzy światami nabyłam bukiet kwiatów, który wciąż żyje, czyli ma dwa tygodnie… znaczy się kilka kwiatków przekwitło, ale naprawę, przeżył drogę w dwie strony z klimą, prażeniem i bez i deszcami i bez… i wciąż chryzantemy w nim zawarte lśnią…

Wodę im wymieniłam…

No ale…

… poniedziałek, wrzesień już puka do drzwi, a my jedziemy najpierw do Grebbestad na ciastki. No co? Jak się człowiek wyrwie z zadupia zwanego Mniejszym Krańcem Świata, to chce zjeść ciastków. A oni tu mają piekarnio-ciastkarnię, w której też i śniadania i zupy i kanalki i w ogóle, no zjeść można i popracować i posiedzieć i pogapić się w dal. Dal jest obecna, albo na zewnątrz albo wewnątrz… znaczy nie dal wewnątrz, a siedzieć można… my w środku, bo chciałam tym razem w pokoju cerwonym… Bo oni tutaj mają taki szał z tymi tapetami, bibelotami, no po prostu…

A jaki kibelek!!!

Matko Wyspo!!!

Te tapety!

Siedzenie tutaj, jeszcze jak akurat się trafi, że ludzi nie ma, to jakieś takie nasiadówki między epokami. Z jednej strony wiecie, hałas sztućców, normalnych, żadne tam nowoczesne dziwactwa, talerzyki różne… jakbyście do babci ulubionej przyszli na ciastko, a ona wyciąga dla was ukochany was talerzyk z dzieciństwa… ino teraz porcja dziwnie wydaje się mniejsza…

Ktoś na przeciwko może siedzi z laptopem, ale przecież równie dobrze mógłby w kajecie coś notować. Coś słcyhać i nic nie słychać. Co prawda pod oknami droga, ale w oddali port i morze i skały i one kolorowe domki, chociaż tutaj w większości jakieś takie białe. Fascynujące, drewniane małe domki.

Jakieś takie maksymalnie bajeczne.

Jak te ciastka… jedno z kremem, obłożone ciastem na poły francuskim, lekko kruchym, w środku krem jak krem, ale śmietana prawdziwa i prażone migdały… no i oczywiście budapesztańskie ciasto, takie tutaj normalne, że w sklepie je znajdziecie. I wcale nie smakuje ono sklepowe tak źle.

Sprawdziliśmy…

To z piekarni lepsze… oczywista.

Do tego chleb w torbie papierowej, na potem, bo przecież jak człek najedzony i w takiej przepięknej kiblownacji ustępowej załagodzony, twarz opłukana, to można iść… tylko może jeszcze chwilę pozostańmy. Poczytajmy te listy na pożółkłym papierze pisane, popatrym na one fotografie, gdy lustra taksują nas mocno krytycznie po spożytym posiłku… ale od tyłu… a od tyłu wiadomo…

Nie widać. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matka Matek… została wyłączona

Pan Tealight i Medialność…

Medialność odmówiła bogowania i wszelakiej łorszipowości.

Nie chciała obrazków i relikwi ni darów…

Nie chciała…

… nie prosiła o nie. Ale bez urazy, wcale nie była taka skromna, czy coś… zwyczajnie… nie musiała przecież prosić o cokolwiek. Była oną najbardziej pożądaną, chcianą, wymarzoną i upragnioną przez prawie każdego… poza Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane. Ta jej kompletnie nie rozumiała i wciąż będąc całkiem gdzie indziej, nie życzyła sobie żadnych kontaktów, jeśli wróci…

… więc nie ostali sławni.

Wybrali.

Wybrali Wiedźmę Wronę ponad Medialność.

Ją samą przerobili na kompost i poszła pod przyszłoroczne stokrotki i truskawki mutanty, które kochały poezję śrendiowieczną i podściółkę z sianka. W szczególności taką z wigilijnego stołu. I niby nie żałowali. Wiadomo, jednomyślność nie istniała w tym miejscu, a już szczególnie pośród tych, który zostali, ale co zrobią dwie osobowości, nawet nieuczłowieczone, nienawzwane… wciąż… bardziej będące mgłą, niż jawnością. Może i sprawcze, ale jednak…

Jakoś tak nic więcej  tego nie wyszło.

One te wkrótce zniknęły, a truskawki, gdy tylko Pan Tealight powrócił do Białego Domostwa, ponownie zaowocowały. Smak jednak miały tak słodki, tak rumiany, że wprost lepiły się do ust. Jedzenie ich wcale nie było łatwe, zresztą, dziwnie rymowało potem w brzuchu, więc…

… zgniły.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rok temu oczywiście było inaczej, ale wiecie co? Spało mi się już jak w znajomym łóżku. Na szczęście człek bierze ze obą kopę prześcieradeł i własne pościele. Znaczy kocyk. I poszeweczka i kilka prześcieradeł…

No co?

Pierun wie kto i co robił na tym łóżku!!!

O Bogowie, wyobraźnio idź spać!!!

Ale… było inaczej, bardziej jesiennie, puściej, jakoś tak, no nie wiem… może to przez one zniesione restrykcje, może są inne powody, ale ludzi wciąż masa. I tak od razu ruszamy w kilka miejsc, które są przeze mnie musowo odwiedzane po pryjeździe. Nic to, że niedziela, się da przeżyć. Pamiętajcie, że w Szwecji często to poniedziałki są niedzielami i wtedy są pozamykane sklepy czy placówki.

Serio serio.

Po pierwsze szybki rzut oka na miasteczko, no wiecie, musowo, kocham je strasznie… a potem muzeum w Vitlycke i macnięcie chociaż kilku helleristningerów. Niestety, tak trzeba, się nie da inaczej, a potem… no właśnie, zastanawiałam się czy kąpiel, czy odpocząć po podróży, czy stare kości jakoś tak gdzieś ułożyć, no i wiecie, tak po prostu być i wszelako nie być jednakowo…

Ale mi się nie udało.

Bo nam się przypomniał łoś na skale stojący przy drodze…

A stał taki. Się okazuje metalowy… widzieliśmy go kilka razy, ale jednak jakoś tak nas ona myśl w muzeum napadła, no i chociaż plany miałam inne, to jednak zawsze w większości większej kierujemy się onym tchnieniem komórek mózgowych, które nagle decydują się zrobić coś innego.

Na przykład popatrzeć na łosiów…

Ale zaraz… moglibyście powiedzieć…

Przecież miałam zajrzeć znowu do Ed… no miałam, ale w tym momencie, na onym parkingu,  chmurkami i lekką dusnością w powietrzu… jakoś nas pchnęło w Googe i znaleźliśmy Moose of Anneröd.

Trzeba co prawda trochę jechać od Tanum, ale powiem wam, że… warto. Jest to spory park, skalisty, właściwie górka, więc dobre buty i raczej nie dla małych dzieci. Spokój i cisa z dyskretnym łomotem autostrady, która biegnie niedaleko. Ale za to te drzewa, chociaż wróć, te drzewa za płotem, do tego jeszcze bilecik najpierw treba kupić, no a potem… potem się idzie… pod górę. Mówią wam niby by pójść tak, a potem tak, a potem jeszcze, ale nie dostajecie tych łosiów na tacy…

Oj nie.

Se sami musicie je znaleźć.

Niby okay, idzie se człek wydeptaną drogą, potknie się czasem, gapi się w oną przestreń i tak serio to nie wie jak te łosie wyłuskać zza płota, a nagle, z nienacka jakieś poruszenie, poszum… i jest, sterta brzozy zwalona i wielkokoronny byk wsuwa te liście. Żre oną całą brzozowatość, a ty się człeku gapisz… a potem zauważasz dziwnie nieruchomy kształt… jest i ona… siedi na gołej skale i chowa młode.

Pierun wie gdzie, inni mówili, że młode trudno zobaczyć, no ale…

Ważne, że mamy już dwa, a nie, czekaj… jest i młodszy pan rogaty i ten… kurde się patrzy, ale on się patrzy… się boję, bo idzie do mnie, posikam się z wraenia jak nic, więc w tym miejscu powiem, że o siku trudno, jakby co, ale jest tutaj jakby co chatka i kilka takich przystanków jaby ulewa czy coś… zbirowie? Albo zombiakowie? Czy inne tam niełosiowe ladaco was chciało podejść. Ale… w międzyczasie jak ten młodsy do mnie szedł, to omal mi kamera nie padła tak się telepała, a on podchodzi do siatki, łypie i…

ŁAPS!

Za młodziutką brzezinkę za płotem…

No oczywiście, że jestem dobrze wychowana i mu pomogłam. I w ten sposób przeszliśmy kawał siatki szukając gałązek i bawiąc się z łosiem. Znacy wiecie, on przyzwyczajony, my przeskoleni co wolno, a co nie, ale oczywiście, że na mnie kichnął, a potem parsknął, więc… obsmarczył mnie maksymalnie.

Nie wiem… baptyzm czy olanie… a nie, olanie inaczej, to widziałam…

Z łosiem gadać mona długo.

A i łazić po tym miejscu też. Kupujecie bilet i guzik ich obchodzi kiedy wyjdziecie. Po prostu. Parking pod budynkiem, który zostaje zamknęty, chyba że wynajmujecie pokój, to pewno wtedy możecie wejść, a no, tam też knajpka jest, ale ino w godzinach otwarcia… więc, jak się dacie załosić, a łatwo się dać, to wracacie szarówką, stąpając stromizmą w dół i nagle… widzicie JEGO… czwartego gościa… chyba najstarszego, jak ściąga sobie oną skórkę z rogów.

A w dotyku ona taka miękka, macałam…

Ale nie u tego kolegi.

Ten był dość daleko i zajęty sobą, niczym wielka kozica ocierał się o wszystko z taką mocą, że krople krwi ściekały po wszystkim, a resztki tej skórki zwisały mu niczym dredy i wkurzały go maksymalnie. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Zresztą, to było moje drugie spotkanie z łosiami, więc…

Nie żebym miała doświadczenie…

Kurcze… bolało go?

A w ogóle, to jak one po tych skałach chodzą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Medialność… została wyłączona

Pan Tealight i Na skale…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wyjechała w celach całkowicie wiedźmowych, domagając się samotności i tak dalej, więc logiczne, że pojechali za nią!!! No przecie, jednakowoż i w ogóle, mogła im spierdniczyć… znaczy, miała takie plany, wiedzieli o tym, więc woleli trzymać się blisko swojej wiedźmy. Jakoś przyzwyczajanie się do nowej… nie no, jeszcze dostanie się im gorsza jakaś, albo porządna. To by dopiero było!

Sprzątająca i pieląca?

Nie, trzeba było trzymać wsio na pulsie, a jeszce lepiej zwyczajnie i na oku i w odległości nie mniejszej niż 3 metry… i tak była ślepawa więc raczej ich nie zauważy, no ale… lepiej nie ryzykować. Trzeba było jej pilnować, bo ostatnio jakoś tak się oddalała. Przestała przychodzić do Białego Domostwa, tak naprawdę miała gdzieś kto i co się sprowadziło, tudzie, czy kogoś ubyło, w końcu ktoś mógł kogoś zeżreć, czy ino nadgryźć, a potem te gangreny i inne klimaty…

Ale…

Musieli za nią pojechać, chociaż dobrze wiedzieli gdzie będzie.

Znowu z Nią, u Niej, otoczona inną magią, skąpana w innych mocach… Pani Wyspy czuła się trochę porzucona, ale z drugiej strony, to jakoś tak, tam też była przecież wyspa i to nie jedna. Wiele… skał rzuconych w morze, tudzież miejsc, które morze odrobinę odsłoniło… takie dziwne miejsce.

Nie mogli mu jej oddać.

Nie chcieli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc droga do Fjällbacki była deszczowa.

Ale no tak deszczowa, że po prostu… człek marzył o deszczu i go dostał, co prawda w dość niebezpieczny sposób, no ale… jednak dostał. I mówić tutaj, że życzenia się nie spełniają, no jak się spełniają. Po drodze oczywiście masa wariatów, bo dlaczego nie. Szaleńcy niedostosywujący swojego stylu jazdy do pogody i wszelakich wzorów wselakiego bezpieczeństwa, czy jakoś tak…

Tym razem z Malmö jechaliśmy już ciurkiem…

No wiecie, jednak pogoda, ale jak tylko przyjechaliśmy do Fjällbacki, to od razu jakoś tak, nie wiem, miałam przeczucie. Miałam przeczucie, że będzie okił. No musi być, może i znowu miasteczko łka na nas widok, znaczy wróć, no happy tears, ej, happy tears for sure, co nie? Dobra… przestało padać, więc od razu stwierdziłam, że rozpakowujemy się i Plaża Grubych Dam być musi.

No zwyczajnie…

Nie może być inaczej.

I nie było… po prostu niby jeszcze chmury, niby kilka kropel, a jednak jak tylko dotarliśmy na miejsce, to… ech… no właśnie…

Nie było tak cudownie.

Po pierwsze komary.

To jest wprost zaskakujące, i one krwiopijceskurkowańce wciąż jeszcze w tym roku były aktywne. No weźcie no, killersi momentów wszelako romantycznych… po drugie, no tak, ludzie. Nie wiem skąd się wzięli i dlaczego, tyle razy tam człek przyjeżdżał, a teraz co to? Pop spot?

Czy co?

Banda pijanych babeczek, muzyka na żywo, powariowały? Człek tutaj sobie przybywa by pomedytować, pomyśleć, li przemyśleć sprawy, popatrzyć się w naturę i tak dalej… a one sobie imprezkę tu urządziły. W onej dziczy. No rozumiem niby one spotkanie, może urodziny, rozwód, zgon teściowej, nie wiem, ale jednak serio… muzyka do tego? I to jebanie na całego? Przyznam, azaliż wżdy zaznaczę, że małpy jedne ściszyły te swoje pijackie głosy i one bijące basy z maszynki, ale jednak…

Za to zachód słońca był po prostu…

Breathtaking!!!

Wyspa Hamburg się zmieniła… Hamburgsund też. Pobudowało się ludzi, dom na domu, aż straszno, czy za rok będzie tam już knajpa? Oczywiście na pewno już zamknięta, bo ja zwykle posezonowa jestem, no ale… Szwedzi mają to do siebie, że kochają zaklejać wyspy domami. I to maksymalnie. Tak by się przejść nie dało… i mieszkają tam albo tylko w weekendy, albo przez cały rok.

Nienawidzący miast?

No nie wiem… za to ja i zachód i Chowaniec… bosko!

Chłodno, cudownie, no dobra, komary, ale jednak jakie zdjęcia mi wyszły. „Miodzio lodzio szeregowy!!!” Oj tak! I nawet wkurzające babeczki mi nie przeszkadzały w onym chłonięciu skał i morza i nieba i skał… i onych w oddali skał i jeszcze tajemniczych plusków i huknięć tępych, i oczywiście mniejszych dźwięków, dziwnych…

Magicznych…

Takie leżenie na skale jest po prostu doświadczeniem samym w sobie… a potem powrót do domku. Do tego samego co rok temu. Wyczyścili niektóre rzeczy, na szczęście, żarówki jednak spalone… no cóż. Sam domek niby taki sam, a jednak… nie do końca, kilku drzew brakuje, szkoda… ale, za to widok na sąsiada… dla tych co lubią oczywiście. Ja niebyt… i wiecie co, jarzębiny wciąż zielone!!!

Zdziwko!!!

Bo rok temu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Na skale… została wyłączona

Pan Tealight i One Wyjące…

„Ostatnio miały dużo pracy, nie dość, że pogrzeby, to i wesela, uciekające panny młode może nie były już tak popularne, ale panowie, oj ci to dopiero sobie radzili. I to jeszcze jaka recydywa. Wszelako były oburzone, ale robiły swoje, wiadomo, praca to praca, a jeśli jeszcze praca jest pasją, to już wtedy…

Po prostu były w tym dobre.

Naprawdę dobre, więc wszyscy ich chcieli, a ruch w interesie oznaczał, że nadawały się do wszystkiego. Na chrzciny i rozwody, na miesięcznice i rozdania świadectw, w szczególności tych bezpaskowych. Oj we wciórności, po prostu no chcieli je wszędzie, zwyczajnie… oczywiście nie za darmo.

A jakie miały stawki!

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… no tak, ona całkiem dobra była w wycie i łkanie, wszelakie płacze i jęki, empatyczności i nasiąkanie wielkimi i mniejszymi smutkami… ale brać za to kasę?

Ale jak to?

One się nie cykały…

Wprost przeciwnie, nie chcesz to nie. Przecież nie zmuszają wcale a wcale, każdy może świętować jak chce, chociaż… one dziwne dymki jakiejś magicznej energii wokół nich, to uczucie, że musisz powiedzieć tak, chwycić za kawałek plastiku… musiały coś kombinować. A może nie?

Może to one?

Tak naprawdę wydzielały z siebie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pakt królowej” – … bałam się. Bałam się ją otworzyć, wejść z powrotem, nowu w ten świat. Nie wiedziałam co tam będzie, przerażenie onymi kontynuacjami stworzonymi na siłę dawało o sobie znać… było ich w przeszłości tak wiele. Zbyt wiele…

Ale…

Ten pomysł, oj, tak, naprawdę.

Właściwie to tak, jak najbardziej ciąg dalszy. Logiczny i ciekawy. Wciąż trzymający poziom i fascynujący, chociaż JEJ tak brakuje, ale przecież to nie do końca ona zawsze rozdawała karty, czyż nie? Niektórzy mieli innych ulubieńców… może jeszcze żyją? A może spodobają się wam nowe pokolenia Krwawych? Noszących Kamienie. Magicznych mniej lub bardziej, kierujących się w życiu uczuciami, pasją, wszelakimi siłami, onym CZUCIEM, odczuwaniem, poznawaniem, zrozumieniem… albo tylko i wyłącznie knowaniem. W końcu to nie raj…

To wcią Piekło.

Wdowy i Wojownicy, Czarownice i Wiedźmy, Silniejsi i Słabsi… a może tylko inni? Sprytniejsi i ci, którzy nie potrafią sobie radzić? Czy będą w stanie poprosić o pomoc? Bo przecie tutaj zawsze jest ktoś, kto pomoże. I jakaś przepowiednia i jeszcze ułamek preszłości, który teraz właśnie zaczyna błyszczeć…

I…

Tak, to ten rodzaj powieści, który tak kochałam… dziwnie nieskomplikowany, a jednocześnie ukaujący tak bogaty świat. Pełen intrygujących osobowości, ale też i onych dobrotliwych, współczujących… nie do końca. Fałszywych suk i zawistnych skur… Okay, ale naprawdę. Oni tacy są… i tak, to nie jest książka dla dzieci. I tak, jak najbardziej najpierw przeczytać pierwsze tomy serii.

Może ubogie w słowa, ale i tak wciąż kreujące TAKIE światy, obray i postaci, że… ech, zwyczajnie człowieka to kręci!

Dobra kontynuacja.

Budzicie się rano, a tutaj noc za oknem!!!

W końcu…

Aż prawie się na prom spóźniliśmy tak nam ona mroczność chyba do łba uderzyła… no po prostu, żeby wjeżdżać ostatnim na pokład, no wiecie, co?! Moje miejsce zajęte? Jak tak można… kurcze, gdy to piszę właśnie za oknem pierwszy od dawna sztom, ale rozwala mózg, no mniejsza, wróćmy te dwa tygodnie wstecz. W inny dzień, poranek, mało jasny, wszelako jednak wciąż parny. Na sczczęście morze względnie płaskie, ino lekkie telepanie, więc dobre choć to, podróż wodna zaliczona, całkiem szybko poszło, aż sama siebie podejrzewam o przyśnięcie…

No szczerze!

A potem w samochód.

Ystad przywitało nas i słońcem i deszczem, a potem to już wszystko tylko rozjeżdżało się w deszczu. I to jakim! Ulewa jak się patrzy, aż wycieraczki skrzypiały. W sklepach, co było lekko zaskakujące, wcią jeszcze party krabowe poostałości. Oczywiście krewetki i inne tam morskie twory dostępne są wszelako rok cały, ale ten charakterystyczny zapaszek, oj nie dla mnie on… ale wiecie, siku trzeba zrobić w kulturalnych warunkach, więc polecam ICAę pod Ystad. Tak z drugiej strony, wiecie, tak jak na Malmö się jedzie, no to tam. Duża taka, po prawej!!!

Fajny kibelek.

I poczta…

Droga do Malmö deszczowa, ale jeszcze względnie spokojnie, dopiero w mieście się rozpadało, a człowiek sobie zaplanował akupy do kalendarza światecznego… wiecie, robię go od kiku lat, jakoś tak, wolę na zapas, nigdy nic nie wiadomo, a wcią w ciągu tych kilku miesięcy człowiek zapomni co kupił…

No mniejsza, odwiedziny w Polonusie.

Tak, kupiłam chałwę…

… no co, guilty pleasure! Ale przyznam się, że coś z tym jedzeniem z Polski jest nie tak, jakoś tak awsze ląduję potem w kibelku i ogólnie mi niesprzyja mocno ono… nie wiem, osukana się czuję. O wiele lepiej rozejrzeć się w miejscowych sklepikach, a jak ju traficie na coś z ogródków, to skarby panie i panowie, no po prostu skarby wszelakie i niesamowite! Tylko… tylko że w tej części Szwecji, onej brzeżnej, to takich miejsc mało znalazłam. Dlatego poleźliśmy do księgarni. Zarąbistej księgarni SF z Tardisem w środku, albo na odwrót, kto ich tam wie…

No i potem miała być herbata, bo Chowaniec uzależeniony od angielskiej torebkowanej, wiecie, tej od księcia Karola… kurcze, jak to piszę, to wszyscy się w Balmoral spotykają… więc moe już króla? Złe myśli… może jednak nie, może dotrze do setki i w ogóle wszyscy jakoś przetrwamy ten kryzys i…

Nie wiem, ale trzeba jakąś butlę z gazem skołować jak za dzieciaka.

Na te wyłączenia prądu, czy coś, już zapowiedzieli bezlampkowe święta. Jul po ćmoku, hygge bez światełek, tosz przecież to jest okrutne!!!

No weźcie no… ale…

Wracamy do wycieczki… więc kądujemy w brytyjskim shopie, bierzemy te herbaty i inne tam, nie wdajemy się w sczegóły i moją obsesję dotyczącą pewnych postaci literackich z UK. Tudzież… ten fudge… pomarańczka czekoladowa i to miętowe coś z Lake Districk! No genialne!!!

Chcę!!!

Nie było…

Świat jest okrutny i uświadamiałam to sobie jednocześnie moknąc smutnie, ale też i ciesząc się wodą z nieba, gdy tak stałam pod platanem na rynku, widząc parę nowożeńców z parasolkami – hmmm, kurde, raz nowożeńcy wychodzący z ratusza, potem para szykująca się na ślub i nasza rocznica ślubu… symbolizm? – czekając na Chowańca, co to ma nogi dłuższe, który poleciał po samochód, bo przecież ze mną to będzie drobił jak kaczuchna i obydwoje mchem się i wodorostami pokryjemy…

I w ten sposób resztę drogi byłam mokra…

I to z klimatyzacją w aurze deszczowej jadącą.

Przepis na koklusz i suchoty!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i One Wyjące… została wyłączona

Pan Tealight i Ten Odważnik…

„Ważył ludzi nie piwo warzył, ino ludzi, koszmar dietetyczny… onych napchanych pulpecikami  pseudomięsa nie będącego mięsem, z sojowych paścideł, chrupek zero kalorii i tym podobnych.

Wszelako jedzących, a jednak zawsze będących głodnymi.

Umartwionymi wiekuistą czytaniną co to się na etykietach tliła, onymi literkami, cyferkami, liczbami i tym podobnymi, oznaczeniami bliższymi potomkom Mendelejewa… chociaż wróć, czy on miał potomków? A może nie… może to sprawka kogoś innego, te wszelkie okresowości, tabliczki niemnożne i tak dalej… pierwiastki, widział ktoś jakiś, jakiegośc? Znał?

A może był w związku z jakowymś?

No i ono jedzenie niejedzenia?

I jeszcze… normalnoś abnormalności?

Ten Odwanik był skrupulatnym, łysym, starszym panem w prochowcu z nieodłączną, nicym do dłoni przyczepioną, teczką lekarską: czarną, czystą, ale już tak znoszoną, że otarcia ukazywały wielokrotną kolorowość podszewek i zaszewek, szwów naciąganie ponowne, a potem znowu, dodawanie innych sznurków, niteczek, ćwieków i zamka smarowanie, cerowanie, klejenie… ale gustowne. Stara, dobra szkoła, gdy to miało się jedno i o jedno się dbało…

… bo jak inaczej się mieć miało?

Cokolwiek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedziemy na wakacje?!

No dobra, to nie do końca wakacje, bo przecież i jakaś tam praca, ale nie będzie internetu, będzie tylko dzicz wszelaka, starocie, możliwe są łosie, oraz deszcz, bo go zapowiadają, ma być też zimno… dziwnie, znaczy, zimniej niż u nas, a może tak samo, bo przecież koniec sierpnia wciąż był na Wyspie dziwnie zbyt ciepły, nadmiernie parny i wszelako męczący, no ale… jednak jedziemy…

Żeby nie było, w obecnej sytuacji wszelako światowej, wszystko jest droższe, mniej dostępne, dziwnie zastraszone, więc… zbieraliśmy na te 8 dni poza Wyspą. No wiecie, szczere mówiąc, jakoś tak dorosłość nie pobłogosławiła człowieka opływaniem w finanse. Winię za to tylko siebie, bo nie podczepiłam się pod social media wcześnie, a teraz robić z siebie pajaca na TikToku…

Nie dla mnie.

Ale… coś planuję.

Czy z tego będzie finansowa hossa? Nie wiem, pewno więcej stresu, zachodu i roboty niż mamony, no ale, coś trzeba. Trzeba coś zrobić, bo marzenia może innym się spełniają ot tak, mi nie. Trzeba cisnąć… trzeba im wciąż przypominać, że mają się spełniać. Mają i już, bo ja tak chcę!!!

Tak.

I jak najbardziej, to nasa taka jedyna wyprawa. Jesteśmy nudni i wyspowi cały rok… czy bylibyśmy tacy z większą ilością kasy w kieszeni? Możliwe że nie, wróć, chyba nie, na pewno nie, ale tylko w kierunku Północy…

Bo piękną jest.

Chociaż zdrożała…

W świecie tych przecen i wyprzedaży letnich jakoś tak, kurcze no, jakoś tak drogo. I tak wielu rzeczy nie ma. Widok pustych półek mnie przeraża, jest aż nazbyt znajomy. Aż nazbyt, obecnie, świadomy. W końcu wtedy człek był dzieckiem, teraz przez moment zaznał jakiejś tam spokojności konsumpcyjnej, chciałby popaść może i w jakieś szaleństwo, ale po co, na co…

Choć może…

Tak spróbować, zabawić się, sprawdzić, czy to rzeczywiście działa?!

Na wszystko, na spokojności.

No ale… od początku miało być, więc… jeśli planujecie wyprawę, należy najpierw zabookować sobie jakieś miejsce tam, no w moim wieku to już kibelek być musi, bez urazy, robię w lesie jak trzeba, nawet lubię, wiecie, ta poprawna postawa i tak dalej, ona naturalność. Ekhm, z naturą obcowanie, ale jednak prysznic wieczorem jest musowy. Nie mogę inaczej! No więc najpierw trza coś znaleźć, a jak planujecie już tak poza sezonem, to pewno i będzie tanie AKA w końcu mnie stać. Wyjazd z Wyspy oczywiście oznacza też prom, w końcu samochodu nie weźmiemy do teczki jak George Jetson. Zresztą, z dwojga złego wolę prom.

PS. Wiedzieliście, że George urodził się latem 2022 roku?

Hmmm…

No ale… wracamy do promu, wcześniejsze bookowanie oznacza, że możecie się załapać na tanie bilety, tanie onacza 99DKK za auto i dwa człowieki… i tyle, to jest najważniejsze. Nie macie wpływu na pogodę, na fale, na nic.

A potem… treba rano wstać… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten Odważnik… została wyłączona