Pan Tealight i Księżniczek w Wieży…

„… bardzo długo nie byl świadom tego, co tam robi i dlaczego.

Po prostu kiedyś się obudił z guzem na czaszce w dziwnie różowej garderobie, gdzieś na szczycie szczytów, w górach, ale i pośród drzew, z migoczącymi jeziorkami, nicym oczami potworów, które wiedziały, ale wrednie nie chciały mu powiedzieć jak i co się w ogóle, tak naprawdę, wydarzyło…

O nim w końcu one cudowne, wielkie i barwne mity i baśnie nigdy nie opowiadały, które czytywali mali i duzi, a to, że go ubrali wtedy w tę kieckę, no nie dało się tego odwrócić, durne przebieranki… to pamiętał, przecież nie miał takich konotacji w sobie, ale zabawa była i dziwnie smakująca nalewka, może i naprawdę chłopaki popiły, on też był azaliż li raczej mało trzeźwy i tak jakoś to wszystko wyszło.

Nawet go księżniczkiem nazwali…

… śmiał się wtedy…

… cały lud królestwa zrozumiał opacznie wszystko co mógł, a resztę sobie dopowiedzieli, więc miał przerąbane. I jeszcze nałożyli mu to ustrojstwo metalowe na włosy, rzecz prawdziwa, no długie je miał i złociste, wszyscy zazdrościli, nawet ona… a jak nie zazdrościli, to ciąć chcieli, że na zaklęcia, czy coś… Ona też. I perukę z nich przecież nosiła, warkocze plotła; kiedyś się przyjaźnili, ale potem lata mijały, dzieci przekształcały się w dorosłych, coś się zmieniało…

Zmieniło?

I on skończył tutaj, z tym smokiem wielkości chihuahua’y.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay, droga była interesująca.

Wiecie, inna część Szwecji jednak, ielona, płaskawa, ale nie do końca… awse jakoś tak, wiecie, no ja tam muszę do morza, przy morzu i tak dalej, ale jednak, te lasy, te dziwne części świata, który lekko znam. Östergötland jednak ledwo liznęłam kiedyś tam, przejazdem… a teraz, tia, miałam plan, ale plan znowu sie zmienił, więc najpierw będą dwa kamienie, a potem…

… cuda wianki!

W końcu nie można tak od razu, no wiecie, do sedna sprawy… a i na siku się trzeba zatrzymać, czy coś w ten deseń?! I tak w sobotę przed objechaniem kawałka jeziora Vättern zaczynając od Jönköping po Nykyrka, przez Motala. Zaraz, a może nie, Motala to dopiero będzie, bo się okaże, że fotograf nie wziął czego? a no ładowarki nie wziął do baterii. A wiecie, takich jak ja potrzebuję to już podobno nie robią, a na zadupiu, a i jeszcze w weekend, czy li nawet po nim, to trudno będzie o pomoc… ale będziemy szukać, jak szaleńcy. Google górą!

I tak, Chowaniec miał wziąć, więc oficjalnie to jego wina! LOL

Ale, kamienie.

Wypasione, runiczne, do tego grobów kilka kilkanaście, wiadomo, to, co Wiedźmy lubią najbardziej obok innych najbardziej lubianych rzeczy. Te wiecie, antycznie ustosunkowane. Najpierw Replösa… niesamowite miejsce, ieleń, pole, kamień runiczny, krąg kamienny, wspomnienie życia z młodszej epoki żelaza. Jak to mawiają, z Wikingów ery, no wiecie… wszyscy zapomnieli, iż iść na wiking to jedno, a być Nordyckim osobnikiem, to drugie i tyle… Ale, kamień, jak głosi sam on, postawił Gotrad swemu ojcu, Astradowi, co to wielkim wojem był! Poza tym jednak są pozostałości grobów, życia, domów, a wszystko pod taką zielonością skrapianą mżawką, że moja wysuszona dusza aż się zadziwiła mocno…

… na taki deszcz.

W ogóle, cała ta okolica, wdłuż onej drogi warta jest objechania i obejrzenia. Ruiny, kręgi, megality, runy, co komu w duszy świszczy, do tego drzewa, rzeki, tyle tych rzek, takie one inne… takie tajemnice, rusałek i wodników na pewno pełne. Drugi kamień, pochodący z XI wieku, więc względnie, jak dla mnie, młodzian, postawiony został przez kogoś (nieczytelne) bratu imieniem Fare. Oby bóg mu dopomógł, a dokładniej jego duszy… Może nabroił coś, czy coś innego stawiający miał na myśli, nie wiadomo? Toftaholm było miejscem, w ktorym na chwilę zaświeciło słońce…

… na one runy, na ten krzyż.

Ale…

… w końcu po tej całej drodze, dniu, onych wertepach i ich braku, po tym objeździe jeziora, które było niesamowite, nawet tylko z okien auta, po widoku onych płaskości oraz wszelakich wypukłości, czy nawet górowatości… i jeszcze te rzeki, czy ja wspomnałam o rekach? To taki dziwny, całkiem inny świat, chociaż wciąż jazda tutaj  duńskimi blachami nie jest bezpieczna. W IKEA oberwaliśmy od Szweda w drzwi… no serio, no weź no kurde… i co teraz? Wgniecenie, krecha biała, serio musiałeś?

Dobrze ci teraz, lepiej jakoś?

Satysfakcjonująco?

Ale… to zawsze jest taki dreszczyk niepewności, strach prawie, refelksja zaprzeszłych błędów, wiecie, gdy człek podjeżdża pod domek, który wynajął. Opłacił miesiące wcześniej, zaklepał i tak dalej, obejrzał na mapach, podejrzał w innych opowieściach… i odetchnął jak podjechał, bo rzeczywiście prawie nówka nie śmigana, podłączenie dla auta jest, do tego drewienko, okay, bateria i dach obłożony panelami słonecznymi, lodówka wielka jak w Hameryce… na bogato… ale pokoiki malutkie, na szczęście łazienka jest, kibel nie jest wybuchowy, AKA ekologicny… no co, się nie chcę stresować w kibelku! Nie dla mnie one przenośne toalety!

… więc teraz w kimę, a jutro oglądać to, co tylko widzieliśmy z okien!

Albo i czego nie widzieliśmy…

Serio?

Deszczownica jest, ale nie działa? Naprawdę? Helloł?! Ja zapłaciłam! LOL Może to w subskrypcji… buahahaha!

PS. Ktoś wie co to za zapach drewna, który rozpylają w onych drewnianych domach? Bo chcę kupić do swojego!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.