Pan Tealight i Wił…

„Wił wianki wił, bo lubił…

… wiecie, no ono plecenie, ono wiłwenie.

Powtarzalność ruchów, gładkość materiałów, zdechłość treści wiłnowijnych… one kawałki, one ciągłości, rwania się materiału nie lubił, ale jak się trafiły dobre i giętni cudowności, to po prostu brał je i wił. Nie bacząc na to, czy krzyczały i się wyrywały mu z dłoni, o długich palcach i kręcących się, ale giętkich paznokciach. Po prostu musiał wiłciować i wić. Zwyczajnie, i tworzyć cokolwiek, już nawet nie baczył, czy to użytkowe, czy jednak nie, czy tylko będzie stało na półce, czy przydasię…

… wił…

Wił rano i wieczorem, nawet jak robił coś innego, to jednak wił.

A jak nie miał tworzywa, jak skończyli się ci chętni i niechętni, to brał słowa i myśli i marzenia, i cienie i jeszcze promienie wszelakiego światła, oraz dźwięków intensywności, i wił, wił, wił… po prostu nie umiał inaczej. Musiał to robić. Musiał być tym, który wije, w końcu był Wiłem. Jednym z ostatnich, aczkolwiek podobno, jak głosiły legendy i przepowiednie, oraz taka tam plotka, co to przyszła do niego i już została na dłużej, wwiła się w koszyk miniaturowy i postanowiła z nim zostać, na zawsze.

Dziwił się temu, ale nie protestował jednak.

W końcu przyniosła wieści o nowych wiłach…

… którzy się mieli wywić…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niewierna” – … okay, okay, okay…

Erm… Dobra, niech będzie.

Tak, myślałam, że zwyczajnie ona niewierna po wszystkim będzie ponosić pewne konsekwencje, będzie się zmieniać, może po prostu zakończy związek, w którym jest, może coś zmieni? Może… tych pytań było tak wiele, chociaż ona „przygoda na jedną noc” zdawała się być czymś więcej, może czymś bardziej, ale… niewierna, jak krzyczy tytuł, od razu wiemy, iż komuś obiecała oną wiernosć, więc…

Czy się przyzna, czy jednak…

Tia, to ta druga opcja. Intrygująca, fascynująco pokrętna, przez co otrzymujemy opowieść wciągającą. Krótką, a jednak momentami szaloną. Prawdziwą, by nagle rąbnąć nas z obucha i postawić wszystko na rzęsach. Bo ona, bo on… oni, tutaj tak naprawdę chodzi jednak o coś więcej…

Dobra powieść.

Z cyklu przeczytane: „Idealna rodzina” – … erm… Ta książka jest niesamowita. Jest fascynująca, ale niełatwa. Wielu narzeka na tempo, inni na rozmiar, jeszcze inni, że przecież można było inaczej wszystko przedstawić, ale dla mnie jest świetna. I nie pozwala o sobie zapomnieć. Na długo. Bo to nie głupiutka opowieść o spadku, to historia o dwóch kobietach, o cierpieniu, o światach, w których wymarzona przyszłość jednak się nei wypełniła. W których ból jest czymś tak dobrze znanym, iż trzeba je zranić inaczej… skomplikowana, ale też i tak bardzo prosta…

… logiczna…

Fascynująca.

Niesamowita.

Tutaj zwykłe życie się zmienia, to przerażające odmienia, ale czy na lepiej? Czy dla nich obydwu, i jednak, co mają ze sobą wspólnego, dwie różne kobiety. Inne życia. Inne światy kompletnie inne… i pies…

Dobra powieść, zaskakująca.

Lekko mieszająca w glowie i pozwalająca na coś więcej niż tylko czytanie, na ono słodkie zamyślenie się w fabule…

W połowie sierpnia zakwit i ilość alg po prostu przerósł Wyspę.

Nadwyczajnie.

Takich ilości tego to jeszcze nie było i to przez tak długi czas, a przecież, poza kilkoma bardziej wrzącymi dniami, to raczej chyba nie do końca nasze algi, albo nie nasze morze, nie nasze ciepło?

Może?

W znaczeniu, iż to nie myśmy to wyprodukowali, oną dziwną farbkowatość wody, plastycność prawie, dziwność nadwyczajną; oną zielonkawość, w całkiem interesującym odcieniu… bo zwykle to było żółtawe, kanarkowe najwyżej, ale nie taki sage green. Nie tak mocne, nie tak gęste, specyficzne, intrygujące, ale i jednocześnie przerażające. Siediałam w porcie i spoglądałam na niewielkie fale bujające oną doskonałą mieszankę… i dziwiłam się. Bardzo…

A pogoda?

Nie, no normalna, bardziej tchnąca jesienią, która zmusiła mnie do przycięcia wszystkiego wcześniej, bo zwyczajnie rośliny przestały kwitnąć, rosnąć, produkować owoce. To, co powstało, próbuje jakoś nabrać masy lub się skolorować…

… poza figami, oj tak, dla fig to czas wspaniały.

I jakie mają kolory.

Może z zewnątrz nie wyglądają oszałamiająco, niewielkie i nie do końca ciemne, ale w środku… nom nom nom!

Czasem tam coś popada. Raz w tygodniu, może ra na dwa, chwila, moment, człowiek nagle uświadamia sobie, i z nieba coś leci, ale czy to deszcz, czy ino złudzenie optyczno audiobitne? Już nie wiem…

AI rządzi…

Gramyr oczywiście przeszedł z końcem sierpnia w tryb jesienny, a raczej umęczony, dziwnie spokojny. Jeziorko jest malutkie, płytkie, ale za to lilie na wyciągnięcie ręki, niczym one nenufary… ino zbierać… znaczy, nie wolno, ale wiecie, scena zrywania ich głęboko siedzi w mojej głowie. W końcu to nawet lektura była…

Chyba?

Na pewno…

„Noce i dnie”? Czy to było to?

Mniejsza… spokój w onym malym lasku. Parku właściwie, kij wie jak to zwać, ale cudowny spokój, baśniowy, jesienny, chrupki i diwnie smaczny… chociaż Turyścizny wszędzie wydawałoby się, iż masa. No ludzi jak mrówków, co się zleciały do jakowegoś słodkiego oklejku. Zadziwiające to… przecież już koniec sierpnia, co tu jesce robicie? No rozumiem Polaków, czy Niemców, ale reszta? Do szkół won!!! Tak, wiem, przywrócili wam długopisy i papier, o jejku, jejku, jejku, też mi wielce nie wiadomo co… trza było o tym pamiętać, by tego nie porzucać!

Ameno!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.