„… tak…
… od jakiegoś czasu wszystko było jakoś tak nie tak. Było okay, ale nie do końca, było spokojnie, ale był i hałas… były problemy, ale przecież zawsze mogło być gorzej, przecież mogło. Świat opanował oną umiejętność do perfekcji, torturowania jednostek, a jednak nie do końca, w końcu wcią żyli, czyż nie? Swojej własnej perfekcji… I Wiedźma Wrona Poąrta Przez Książki Pomordowane miałą dość…
Miała dość do tego stopnia, w którym milkła, zanikała, rozmazywała się na brzegach, wtapiała w tło, wpadała pod pojazdy, i jakoś tak odchodziła sama nie wiedząc do końca gdie i po co? Co ją tam czekało? Co tutaj?
Zbyt wiele pytań, byt mało odpowiedzi…
Bez pragnień, pełna zawodów, niepewności…
Nicość.
Przestawała zwyczajnie chcieć. Zawód po zawodzie, stracone marzenia, załamane pragnienia, rozmazane chcenia… spoglądała na swoje życie, i choć widziała w nim naprawdę dobrą powieść, to jednak nie taką, w której chciała być bohaterką, i to cholernie główną!!!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Balkony i demony” – te nówki… Lśniące nadzieją, że staną się przebojem, albo po prostu, iż ktoś je pokocha. One postacie, które aż proszą się by je zaprosić do swojego życia… oto taka opowieść. W szczególności, jeśli mieszkacie gdzieś tam, w blokowisku, balkon w balkon z sąsiadem upierdem. Oj tak, pamiętam… palacza mieliście? A może macie?
Albo zwolennika kadzideł i dziwnych aromatów, lub kuchni przypalonych?
Oj, ten był wystrzałowy, dosłownie…
Ale, do bregu. Oto opowieść swojska, jakaś taka normalna. Zwyczajna, niektórzy by rekli, może i odrobinę prewidywalna, ale… Bogowie! Kot Grażyna jest od dziś moim nowym spirit animal!!! Nie może być inaczej. A ja przecież nie lubię kotów. Opowieść oto jest o młodej, ale dojrzałej, z problematyczną matką i magią balkonową wiedźmie, która… no cóż, widzi i cuje, że coś się dzieje… Powiecie, że widać pattern, no widać. Młoda i niezbyt mocarna jako jedyna zauważa zło, ale tak się dzieje w życiu, więc mamy oną normalność codzienności i suszę i upierda za ścianą, i sąsiada z dołu i… i gdyby tak pozostało, a nie nagle wprowadziła się Sarah J Maas… byłoby lepiej. Ale, to moje zdanie. Początkowo siedzimy w Polsce, słonko pali w betonozie, wiedźmy i magiczni zła nie widzą w ciągle znikającej ieleni poza nią… za młodą, za pyskatą, z niesamowicie szaloną nie tylko oną matką, ale i koleżankami mamuni…
Czy w ogóle z niej wiedźma?
Czy musi co udowadniać?
Bardzo zabawna, z twistem i korkociągiem, postaciami pobocznymi, nagłymi zwrotami, bitwą i wiecie, no tym wszystkim co w fantasy urban mieć miejsce musi, z charakterną bohaterką, niesmarkatą, co doceniam… ale też i onym wejrzeniem za zasłonę, która o tej porze roku zdaje się być już lekko cieniejąca… i kot, cy wspomnałam o kocie… ja pierdiele, przecież nie lubię kotów!!!
Kocham go!
Czyta się szybko, bezboleśnie, docenia słownictwo, pomysłowość i spostrzegawczość, choć pewno rodzina może mieć za złe portretowanie ich… co nie? Bo te postacie muszą istnieć, na prawdę!!! Mam rację?
Okay… Człowiek się albo zakochuje w tej książce, albo nie, ja wiem, że chcę ciąg dalszy, nawet zromantyzowany, ale i w nim więcej onej polskości, a mniej dziwnych światów. Bo balkony i lokowiska, miasteczkowa magia i zwyczajowe starsze panie na ławeczkach, zawsze miały i mieć będą MOC!!!
Wielką!
Powodzenia w pisaniu!

Dinozaury, labubu, wypadki, wpadki, bakterie i datowania…
Czyli, dzieje się… po pierwsze się okazuje, i jako archeolog askoczona jestem ich zdziwieniem, że Lilleborg jest starszy niż przewidywano. AKA znaleźli pod nowszym stare. Jakby kurna nie było tak zwykle, przeca do calca się nie dobrali? No ale… jest o czym pisać. Hurra! Po drugie, na granicy ponad 3 tysiące fejkowych labubu zatrzymali, czyli onych tam lafufu… bo wiecie, prawo w Danii nie lubi podróbek.
A udowodnić, że niektórzy chcą lafufu, a nie labubu jest trudno…
Szczególnie tutaj.
I nie, to nie moje były zabawki…
W ogóle mam pytanie, widzieliście u siebie ludzi z onymi stworkami przy torebkach, albo w ogóle w Europie? Bo ja w swojej części nie. A my mamy moc Turyściny z całego świata. Może jacyś wybrakowani byli… LOL

Poza tym wypadków drogowych moc… ja już nie rozumiem. Ludzie wkurwieni, dziwnie zestresowani, jakby naciągnięte cięciwy, ino czekają wypuścić strałę, palce się trzęsą, krew barwi grot… ekhm… coś się dzieje z ludźmi, a ja nie mam pojęcia co? Może to jednak ono odcięcie od mediów robi swoje?
Albo nie jestem człowiekiem?
Bakterie… wklejam na dowód… Oto nowa bakcyla odkryta została, nazwana Gudhjemibacterium septentrionale. Mazełtov! Jakby ktoś nie widział, to dopisali, iż nazwana jest po naszym miasteczku, co ubawiło mnie stokrotnie, bo to jak napis „peanuts” zawiera na opakowaniu orzeszków…
… ale, zawsze coś.
Hmmm…



Najdroższy dom oraz inne atrakcje mocno muzealne.
Z takiej innej mańki, to mamy w końcu najdroższy dom na Wyspie. Znaczy jakbyście chcieli kupić, ale nie polecam… gdy tylko światło dzienne ujrzały zdjęcia posesji służby wszelakie ruszyły do akcji… okazało się, iż nikt nie zauważył, że sobie Norwegowie, którzy go kupili i przerobili, i teraz sprzedać chcą, wycięli kawał lasu od strony mora. Erozja is coming happili i w podskokach. Oczywiście oni się tłumaczą, że tak już było, potem, że tam były poskręcane gałęzie, korzenie, itp… Kłamać to my, a nie nas. Sama posiadam zdjęcia onego lasu, więc… ale, nie polecam kupna z powodów nalotów Turścizny w sezonie, oraz zapachów… ekhm, mocnych… i mało przyjemnych. No gówno no! Co tutaj owijać w toaletowy! Nie da się nawet, bo płynne.
Za to muzeum się przenosi na rynek w Nexoe. Tak, ono mueum z Roenne, które miało się przenieść tutaj bliej nas, ale wiecie, nie pykła rozbudowana na klifach… choć podobno kasa jest, jednak.. no nic z tego nie będzie… więc przeniosą się na rynek, co onacza brak meblowego i księgarni? Zaraz, ale oni mają się przeniść, no nie wiem. W końcu jeszcze tego nie zrobili, więc… jest na co czekać.
Tylko… no na pewno będą mieli więcej odwiedzin, ale klimat już nie ten sam. Stare mueum w nowoczesnych murach… hmmm…

A teraz dokończmy opowieść o podróży…
Bo ta opowieść w pewnym momencie dziwnie się zawiesiła… i tak po prawdzie, jakoś tak, nie chciałam wracać. I chciałam. Część mnie pozostaje zawsze gdzieś na wybrzeżach, krętasach i wysepkach środkowej i północnej linii brzegowej Szwecji. Onych skał okrągłych, dziwności w morzu już północnym…
… zasoleniu.
Tym razem chciałam tam tylko być…
Ale też łazić i przydarzył mi się łoś. Pierwszy taki, wiecie, dziki full wypas, Sotetorp, oczywiście Tjurpannan. I Mała Mi! To pierwsze, to taka spacerówka, ale nie dla słabych. bo nie dość, że treba na górkę, potem z niej czasem na dupsku, to jeszce łoś na nas wyskoczył krzaków… Najpierw był hałas. Byłam pewna, że będzie miś. No kurna, nic tak głośno nie chodzi… ale widać w dziczy łosie tak chodzą. Głośno. łamią się one drzewka niczym zapałki, czy te tam, wykałaczki.
Staliśmy na skale, na samej górze, przed ejściem w dół, w onym miejscu widokowym, gdzie lekko pizgało… i nagle był on, ciemny taki, wielki… ekhm, popatrzył i poszedł. Poczułam się dziwnie… i tak, nie ma zdjęcia na dowód, nic nie mam. Uczucie ino mam… i rozmazany – ślepa kura ze mnie – obraz w pamięci.
Kurcze… łoś!!! YAY <3
Tjurpannan jak zwykle był piękny, cudowny, dech zapierający… słony i wietrzny i jeszcze… no kocham to miejsce. Aż nadto, a najlepsze, że jadąc w tamtą stronę potrebowałam łańcuszka, więc wleźliśmy do sklepu jubilerskiego w Grebbestadzie, a tam mała micro Mi! Na szyję!!!Jedyna taka, z jakiejś starej kolekcji. Jakby ktoś jeszce nie wiedział, jestem w pełni misiowa, polarna, mocno pluszowa, Muminkowa i tak dalej. Nie tylko artystyczna, ksiąkowa i naukowa. Mam fioła… na wielu punktach: mikro, kamyki, gałązki, dziwne kształty i zapachy… Widokowych punktach też… z łosiami!!! Aaaaa!!! To jednak są bestie, nawet Volvo się ich boi.
One ich też.
Sotetorp to oczywiście archeologiczny raj, ale… tym razem łoś był największą atrakcją, chociaż one ryty… miodzio! W ogóle, wsio było takie miodzio. Wiecie, z onym czasem wolnym i powolnym, który daje brak kasy na wszelakie wyjścia i wejścia. Gdzie się zatrzymujecie i przez kilka godzin trzaskacie miliony zdjęć jednej skały, bo taka piękna, taka cudowna i w ogóle…
Kocham zachodnie wybrzeże!!!
Chcę tam już teraz!
PS. Mamy też nowego dinozaura!!! Nasz własny, wyspowy!!! To drugi ju chyba, jak się nie mylę, ale może trzeci?




































