Pan Tealight i Rurzeczka…

„… tak…

… od jakiegoś czasu wszystko było jakoś tak nie tak. Było okay, ale nie do końca, było spokojnie, ale był i hałas… były problemy, ale przecież zawsze mogło być gorzej, przecież mogło. Świat opanował oną umiejętność do perfekcji, torturowania jednostek, a jednak nie do końca, w końcu wcią żyli, czyż nie? Swojej własnej perfekcji… I Wiedźma Wrona Poąrta Przez Książki Pomordowane miałą dość…

Miała dość do tego stopnia, w którym milkła, zanikała, rozmazywała się na brzegach, wtapiała w tło, wpadała pod pojazdy, i jakoś tak odchodziła sama nie wiedząc do końca gdie i po co? Co ją tam czekało? Co tutaj?

Zbyt wiele pytań, byt mało odpowiedzi…

Bez pragnień, pełna zawodów, niepewności…

Nicość.

Przestawała zwyczajnie chcieć. Zawód po zawodzie, stracone marzenia, załamane pragnienia, rozmazane chcenia… spoglądała na swoje życie, i choć widziała w nim naprawdę dobrą powieść, to jednak nie taką, w której chciała być bohaterką, i to cholernie główną!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Balkony i demony” – te nówki… Lśniące nadzieją, że staną się przebojem, albo po prostu, iż ktoś je pokocha. One postacie, które aż proszą się by je zaprosić do swojego życia… oto taka opowieść. W szczególności, jeśli mieszkacie gdzieś tam, w blokowisku, balkon w balkon z sąsiadem upierdem. Oj tak, pamiętam… palacza mieliście? A może macie?

Albo zwolennika kadzideł i dziwnych aromatów, lub kuchni przypalonych?

Oj, ten był wystrzałowy, dosłownie…

Ale, do bregu. Oto opowieść swojska, jakaś taka normalna. Zwyczajna, niektórzy by rekli, może i odrobinę prewidywalna, ale… Bogowie! Kot Grażyna jest od dziś moim nowym spirit animal!!! Nie może być inaczej. A ja przecież nie lubię kotów. Opowieść oto jest o młodej, ale dojrzałej, z problematyczną matką i magią balkonową wiedźmie, która… no cóż, widzi i cuje, że coś się dzieje… Powiecie, że widać pattern, no widać. Młoda i niezbyt mocarna jako jedyna zauważa zło, ale tak się dzieje w życiu, więc mamy oną normalność codzienności i suszę i upierda za ścianą, i sąsiada z dołu i… i gdyby tak pozostało, a nie nagle wprowadziła się Sarah J Maas… byłoby lepiej. Ale, to moje zdanie. Początkowo siedzimy w Polsce, słonko pali w betonozie, wiedźmy i magiczni zła nie widzą w ciągle znikającej ieleni poza nią… za młodą, za pyskatą, z niesamowicie szaloną nie tylko oną matką, ale i koleżankami mamuni…

Czy w ogóle z niej wiedźma?

Czy musi co udowadniać?

Bardzo zabawna, z twistem i korkociągiem, postaciami pobocznymi, nagłymi zwrotami, bitwą i wiecie, no tym wszystkim co w fantasy urban mieć miejsce musi, z charakterną bohaterką, niesmarkatą, co doceniam… ale też i onym wejrzeniem za zasłonę, która o tej porze roku zdaje się być już lekko cieniejąca… i kot, cy wspomnałam o kocie… ja pierdiele, przecież nie lubię kotów!!!

Kocham go!

Czyta się szybko, bezboleśnie, docenia słownictwo, pomysłowość i spostrzegawczość, choć pewno rodzina może mieć za złe portretowanie ich… co nie? Bo te postacie muszą istnieć, na prawdę!!! Mam rację?

Okay… Człowiek się albo zakochuje w tej książce, albo nie, ja wiem, że chcę ciąg dalszy, nawet zromantyzowany, ale i w nim więcej onej polskości, a mniej dziwnych światów. Bo balkony i lokowiska, miasteczkowa magia i zwyczajowe starsze panie na ławeczkach, zawsze miały i mieć będą MOC!!!

Wielką!

Powodzenia w pisaniu!

Dinozaury, labubu, wypadki, wpadki, bakterie i datowania…

Czyli, dzieje się… po pierwsze się okazuje, i jako archeolog askoczona jestem ich zdziwieniem, że Lilleborg jest starszy niż przewidywano. AKA znaleźli pod nowszym stare. Jakby kurna nie było tak zwykle, przeca do calca się nie dobrali? No ale… jest o czym pisać. Hurra! Po drugie, na granicy ponad 3 tysiące fejkowych labubu zatrzymali, czyli onych tam lafufu… bo wiecie, prawo w Danii nie lubi podróbek.

A udowodnić, że niektórzy chcą lafufu, a nie labubu jest trudno…

Szczególnie tutaj.

I nie, to nie moje były zabawki…

W ogóle mam pytanie, widzieliście u siebie ludzi z onymi stworkami przy torebkach, albo w ogóle w Europie? Bo ja w swojej części nie. A my mamy moc Turyściny z całego świata. Może jacyś wybrakowani byli… LOL

Poza tym wypadków drogowych moc… ja już nie rozumiem. Ludzie wkurwieni, dziwnie zestresowani, jakby naciągnięte cięciwy, ino czekają wypuścić strałę, palce się trzęsą, krew barwi grot… ekhm… coś się dzieje z ludźmi, a ja nie mam pojęcia co? Może to jednak ono odcięcie od mediów robi swoje?

Albo nie jestem człowiekiem?

Bakterie… wklejam na dowód… Oto nowa bakcyla odkryta została, nazwana Gudhjemibacterium septentrionale. Mazełtov! Jakby ktoś nie widział, to dopisali, iż nazwana jest po naszym miasteczku, co ubawiło mnie stokrotnie, bo to jak napis „peanuts” zawiera na opakowaniu orzeszków…

… ale, zawsze coś.

Hmmm…

Najdroższy dom oraz inne atrakcje mocno muzealne.

Z takiej innej mańki, to mamy w końcu najdroższy dom na Wyspie. Znaczy jakbyście chcieli kupić, ale nie polecam… gdy tylko światło dzienne ujrzały zdjęcia posesji służby wszelakie ruszyły do akcji… okazało się, iż nikt nie zauważył, że sobie Norwegowie, którzy go kupili i przerobili, i teraz sprzedać chcą, wycięli kawał lasu od strony mora. Erozja is coming happili i w podskokach. Oczywiście oni się tłumaczą, że tak już było, potem, że tam były poskręcane gałęzie, korzenie, itp… Kłamać to my, a nie nas. Sama posiadam zdjęcia onego lasu, więc… ale, nie polecam kupna z powodów nalotów Turścizny w sezonie, oraz zapachów… ekhm, mocnych… i mało przyjemnych. No gówno no! Co tutaj owijać w toaletowy! Nie da się nawet, bo płynne.

Za to muzeum się przenosi na rynek w Nexoe. Tak, ono mueum z Roenne, które miało się przenieść tutaj bliej nas, ale wiecie, nie pykła rozbudowana na klifach… choć podobno kasa jest, jednak.. no nic z tego nie będzie… więc przeniosą się na rynek, co onacza brak meblowego i księgarni? Zaraz, ale oni mają się przeniść, no nie wiem. W końcu jeszcze tego nie zrobili, więc… jest na co czekać.

Tylko… no na pewno będą mieli więcej odwiedzin, ale klimat już nie ten sam. Stare mueum w nowoczesnych murach… hmmm…

A teraz dokończmy opowieść o podróży…

Bo ta opowieść w pewnym momencie dziwnie się zawiesiła… i tak po prawdzie, jakoś tak, nie chciałam wracać. I chciałam. Część mnie pozostaje zawsze gdzieś na wybrzeżach, krętasach i wysepkach środkowej i północnej linii brzegowej Szwecji. Onych skał okrągłych, dziwności w morzu już północnym…

… zasoleniu.

Tym razem chciałam tam tylko być…

Ale też łazić i przydarzył mi się łoś. Pierwszy taki, wiecie, dziki full wypas, Sotetorp, oczywiście Tjurpannan. I Mała Mi! To pierwsze, to taka spacerówka, ale nie dla słabych. bo nie dość, że treba na górkę, potem z niej czasem na dupsku, to jeszce łoś na nas wyskoczył  krzaków… Najpierw był hałas. Byłam pewna, że będzie miś. No kurna, nic tak głośno nie chodzi… ale widać w dziczy łosie tak chodzą. Głośno. łamią się one drzewka niczym zapałki, czy te tam, wykałaczki.

Staliśmy na skale, na samej górze, przed ejściem w dół, w onym miejscu widokowym, gdzie lekko pizgało… i nagle był on, ciemny taki, wielki… ekhm, popatrzył i poszedł. Poczułam się dziwnie… i tak, nie ma zdjęcia na dowód, nic nie mam. Uczucie ino mam… i rozmazany – ślepa kura ze mnie – obraz w pamięci.

Kurcze… łoś!!! YAY <3

Tjurpannan jak zwykle był piękny, cudowny, dech zapierający… słony i wietrzny i jeszcze… no kocham to miejsce. Aż nadto, a najlepsze, że jadąc w tamtą stronę potrebowałam łańcuszka, więc wleźliśmy do sklepu jubilerskiego w Grebbestadzie, a tam mała micro Mi! Na szyję!!!Jedyna taka, z jakiejś starej kolekcji. Jakby ktoś jeszce nie wiedział, jestem w pełni misiowa, polarna, mocno pluszowa, Muminkowa i tak dalej. Nie tylko artystyczna, ksiąkowa i naukowa. Mam fioła… na wielu punktach: mikro, kamyki, gałązki, dziwne kształty i zapachy… Widokowych punktach też… z łosiami!!! Aaaaa!!! To jednak są bestie, nawet Volvo się ich boi.

One ich też.

Sotetorp to oczywiście archeologiczny raj, ale… tym razem łoś był największą atrakcją, chociaż one ryty… miodzio! W ogóle, wsio było takie miodzio. Wiecie, z onym czasem wolnym i powolnym, który daje brak kasy na wszelakie wyjścia i wejścia. Gdzie się zatrzymujecie i przez kilka godzin trzaskacie miliony zdjęć jednej skały, bo taka piękna, taka cudowna i w ogóle…

Kocham zachodnie wybrzeże!!!

Chcę tam już teraz!

PS. Mamy też nowego dinozaura!!! Nasz własny, wyspowy!!! To drugi ju chyba, jak się nie mylę, ale może trzeci?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rurzeczka… została wyłączona

Pan Tealight i Polująca na krasnali…

„Wbrew obiegowej opini, biegały bardzo szybko… miałe krótkie nóżki, ale dobre buciki, obeznane z każdą nierównością stópki i wszelako jednak obłe, nie stawiające nazbytniego oporu powietrzu ciałka… ale ona była szybka.

Była też sprytniejsza, była z Praczy!

Tych Praczy!!!

Okay, może i nazwiska rodzina nigdy nie miała psującego do wykonywanych zajęć, ale tak właściwie wszyscy wiedzieli kim byli i są i będą. Czasem się ino zdarzał idiota i pytał, czy magiel też dostępny? Lub ktoś chciał pradawną sztukę krochmalenia sobie przyswoić, jednak poza tym, ludzie wiedzieli, że Pracze od wieków, właściwie od zawsze, zajmowali się ino jednym… znaczy, żeby nie było, gacie prała sobie sama, ale nie jakoś dziwnie, w zwykłej pralce…

Tak, mieli ego… nawet dwa.

Wielkie były to bysiory o takich samych imionach, które strzegły posesji. Miały wymiary słoni, ale ruchliwość pchieł… i te zębiska… Bo widzicie, mimo fachu, obeznania i dumy nazwiskowej, to jednak miała wrogów.

I to w różnych rozmiarach.

Czasem wstydliwych…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dania końca lata.

Cóż, dokładniej początku września, ale tutaj to to samo… więc popłynięcie w sprawach konsulowych do stolicy było… łatwe, aczkolwiek obfitujące w coś, co określa się obecnie mianem prebodźcowania… Ja pierdziu, ile tam ludzi, te rowery, każdy che cię amordować, na dodatek ulubione sklepy dają się być w cora bardziej odległych od centrum dielnicach i przeciskanie się przez traffik, to jakaś metamorfoa codzienności. Zbyt wielka dla mnie… zostałam oficjalnie dzikusem, serio…

Na szczęście nie bujało, więc wiecie…

Ale… o tym już kiedyś pisałam, iż konsulat RP posiada jeden z większych budynków,  dokładniej kilka, wraz ze sporym trawnikiem i oczywiściem dostępem do mora, wiecie, wszelakie tam dobrostany. Ale kurna, wygląda to jak jakaś hamerykańska plantacja, ino Scarllet brakuje, wołającej Butlera… Najśmieszniejsze jednak jest to, iż do konsulatu, wiecie, dla plebsu, wejście jest kawałek za… i jest to ino ono maciupkie pomieszczenie, w którym są dwa okienka, bliziutko siebie, przedzielone pleksi, ale i tak stoicie ramię w ramię, no i wrzesczycie, co tam macie za sprawę. Ci, co czekają, oraz pacjent obok, LOL, oczywiście dowiadują się wszystkiego. Niby prywatność i te sprawy, a tutaj wszelkie brudy na wierzchu. Człowiek dowiaduje się kto się rozwodzi, kto paszport zmienia, komu wisą z kasą… ale… najbardziej ubawił mnie kibelek.

Nowy chyba…

Kwadratowy…

Okay, przyznaję, prawie 20 lat w Polsce mnie nie było, ale czy teraz macie tam ino takie? I jakie to udogodnienie? No siedzi sie pełnie, pryznaję, stabilnie, tronowo nawet, jakby człek miał przyjąć delegację, a nie ją wypuścić… jak na krześle, czy tronie, ale to więcej powierzchni do sprzątania, no i zabrudzenia, więc…

Ale… nie to jest najbardziej… ekhm, intrgujące. Otóż, poniważ drzwi są oczywiście w tym pomieszczeniu dla petentów, więc… chyba wyciszenia nikt nie założył, bo wszystko, ale wszystko słychać. I tak jak mówię wszystko, to wszystko, od najmniejszego piernięcia, bo upadek bomby zadniej, przez złocisty deszcz… niby nic to, wiadomo, każdy to robi i lepiej kibelek mieć, czysty, miły pokoik, niż go nie mieć, jednak…

To konsulat.

LOL

Ale wracamy do opowieści… 23 czerwca… Oczywiście Fjallbacka, bo przecież ja nie mogę inaczej. Włąsciwie, poprzez to, e pierwszy tydień był dość aktywny, to pozwoliliśmy sobie na odrobinę lenistwa… wiecie, mniej wiedzania nowego, więcej bycia w miejscach, tak naprawdę, na dłużej… oczywiście w piekarni w Grebbestedzie, cudowne miejsce. Zwyczajnie kocham. Chodzenie dookoła domku,który wynajmujemy od pięciu lat… ten sam. Z wanną, której używam, co jest dziwne, bo w domu tego nie robię… jakoś tak, być, wiecie. Dzięku temu w końcu zobaczyliśmy jak wyszlifowali nabrzeże miastecka, co nowego postawili, co zniszczyli…

… wycinka drzew dookoła idzie mocno, ale…

Potem Vitlycke, no sorry, to jest stały punkt programu. Musi być… może już nie muzeum, widziałam je kilka razy i teraz, po wprowadzeniu onych opłat, no zwyczajnie mnie nie stać… smuteczek… ale mają tam książki, a to ważniejsze, i inne sprawy archeo, więc wiecie… mus, to mus.

Oczywiście wypisywanie kartek, zobaczenie co tu i tam…

A dnia nstępnego Lysekil.

I znowu się zakochałam… w nowym miejscu, nie dokładnie mieście, ale okolicach, onych skałach, morzu tak słonym, że aż pali, falach, tej całej konstrukcji wybreża, która wygląda jakby upadły tutaj mury jakiegoś zapomnianego królstwa i ich bogowie obecnie, a może ino ich podobiny, leżą tam, a malutkie ludzinki, żyją… jednak, architektura tego miejsca zniewala. Nie cała, nowoczesność razi w oczy i nos, ale te stare domy, jak carny dom, czy posiadłości nadmorskie i tory zarastające… i oczywiście mały, biały domek latarnika na skałach, zaprzeczający fizyce… po prostu cudo.

Ale wiało strasznie, fale były, więc…

Ino popatrzyłam.

Ale… już wiem, że wrócę… muszę. Willa Curmana… ech, może uda się ją zobaczyć od środka, rodzina robi takie imprezy… fascynujące, że od XIXtego wieku, to wciąż jest w rękach rodziny… jakieś to takie, polepszające uczucie… A sam budynek, opowieść, uzdrowiskowość, no bajka… Niczym Baby Jagi potomek jakowyś, że tak rzezał one drewienka… kurcze…

Są tam tajemnice i warto szeptania posłuchać.

Spędziliśmy tam dzień… za mało.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Polująca na krasnali… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Łykend…

„Chodziło o to, że nie lubił się z sir Piątkiem… ale kochał pannę Poniedziałek… miał względnie obojętny stosunek do Wtorku i żadnych stosunków z oną Środą. Czwartek był nawet względnie użyteczny. Czasem spotykali się na pilatesie, w końcu co, chłopcy nie mogą? A mogą! Potem macha i dalej w kierat codzienności. Mijających godzin, dni, miesięcy…

… byle tylko, zwyczajnie się nie nudzić…

Tak Pan Łykend nie lubił się nudzić.

Nie uznawał nudy za coś potrzebnego, czy użytecznego, od razu przechodził z pomysłu w pomysł, z zabawy w zabawę, nawet piosenki ulubione zapętlał do usranej… żeby tylko nawet ona mgiełka nicości nie zmęciła mu jego poukładanego świate Onej po sobie następowalności. Bo jakoś tak…

… kochał ją.

Czuł się z nią bezpieczenie i nie zamierał z niej rezygnować. Dla nikogo i niczego… a nawet bez tych elementów. Po prostu nie. Nie był gotowy na miany, reztą, jak na razie nikt mu nie groził, czy coś tam… nikt nie wymachiwał mieczem, czy podatków nie nasyłał, a te skurczybyki umiały kąsać, niczym wyrośnięte pchły, i to w miejsca, w które trudno się podrapać… i choć cieszysz się, że swędzi, bo znaczy to, że się goi, to jednak… moe patykiem, łyżką?

Kopyścią?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wojsławicka masakra kosą łańcuchową” – … okay Jakub, niech ci będzie… jedziem dalej… w końcu jeszcze żyjesz. Ekhm, chociaż, tak jakoś już zaczynasz mówić o jakimś końcu, jakimś odchodzeniu, nie, to mi się nie podobało, się domagam nieśmiertelności Wędrowyca i Semena!!!

Tak ma być!

Ale, myśli dziwne na bok… oto 11sty? tom przygód naszego egzorcysty, który chyba nam trochę się ukulturalnił, trochę nawet odbardaczył, no nie wiem, ale jakiś grzecniejszy jest, piesków już na hotdogi nie przerabia… jakby serio się zestarzał. I jakiś zrobił się bardziej śmiertelny… no ale, rozwija się chłopina. Wiecie, z wiekiem pewno tak jest? Nie wiem, może u chłopów bardziej?

Jak zwykle autor odnosi się w swoich opowiadaniach do czasów współczesnych mniej lub bardziej, do tego, co modne, co jakieś znane, internetowe. Mamy krótkie opowiadania, jedno długie, mamy zwyczajowe schematy, odnośniki do mitologii, wierzeń, wszelakich wizji po pijaku… ekhm, i mamy coś nowego… mamy też sporo Bardaków. Oj. Przyznam się, iż skurczybyki trochę show kradną, no ale… jest trochę ugrzecznienia w tym tomie, ale jest też stare, dobre, wojsławickie pierdolowo, więc…

Ja jestem zadowolona! LOL

I kamienie… to dla nich tutaj przyjechałam… nie dla Sztokholmu, chociaż te Muminki, nie dla kamieniczek, chociaż… no dobra, ale najpierw chodziło o nie… o miejsce… ono… Anundshög…

Powiem jedno, pojechałam tam w Midsummer i…

… nic nie poczułam.

Okay, ból czułam, bo baby tak mają, ale poza tym, czuję się zawiediona, onym brakiem cucia. Czasem tak się zdarza w niektórych miejscach, onych nazbytnio wybebeszonych, nazbytnio wyeksploatowanych przez ludzi… a to tutaj przypomina łąkę rekreacyjną, z przyciętą trawką, gdzie pikniki odwalają, pieski wyprowadają… gdzie świętość? Wielki kurchan, kręgi kamienne, dwa połączone statki z megalitów i ten słynny kamień z runami, który wciąż adziwia badacy… bo choć odczytać treść łatwo, to jednak symbolika onego połączenia… no i datowanie, weźcie no, kurde, tosz to problem…

Brąz czy żelazo?

Obydwa?

Ciągłość chronologiczna miejsca jest zachwycająca, bo w rzeczywostości trwa nadal. Nie chodzi tylko o archeologię… Ludzie, tacy może bardziej jak ja wciąż przybywają i składają ofiary. Pamięć, choć i tajemnica, wciąż są obecne. Te głazy… tak, na pewno lepiej być tu jesienią, czy zimą nawet, ale… czy żałuję? Nie… jednak nie wrócę. Wolę te cichsze, zapomniane, gdzie przeszłość wciąż jest namacalna…

… bardziej.

Jakoś…

Niedaleko obok jest Badelunda kyrkan i polecam… tak jak przerażają mnie kościoły, tak zobaczenie tej dzwonnicy, no naprawdę. Ten kształt, to drewno i one zabudowania tchnące czerwienią obok. Do tego kwiaty, krzewy…

Po prostu cudo…

Resztę dnia niestety odwołałam i chyba padłam… tak dosłownie i do końca. Czasem po prostu trzeba, inaczej się nie da, mus to mus i tak dalej… No nie wiem. Domek, który wynajmowaliśmy niestety znajdował się w ogródku właścicieli, więc ich spokojne obchody Midsummer, które zaskakuje mnie wciąż, że nie toleruje daty, ale musi być przedłużeniem weekendu, grillem i piciem, były… nie wiem… wolę ciszę i one miejsca bliżej dziczy. Nie żeby było oszałamiająco głośno, wprost nudno, ale sama tego nie robię, więc nie chcę sluchać tego czy wąchać… To jednak wciąż było miasto. Na szczęście następnego dnia, z samego rano, wyruszyliśmy na zachód. I z każdym kilometrem było lepiej. Mi zwyczajnie wschód Szwecji nie podchodzi.

Ja potrzebuję inności i słoności zachodu.

Inne skały, inne zapachy, trochę mniej kolorów… skóry.

Wracając odwiedziliśmy łosie w Ed. To polecam niezmiennie, bo chocia wszystko się tam zmieniło, to patrzenie jak prawie biały Brzoza dorasta jest takie rozczulające. No i ten ich las. Lekko padało, więc odświeżająco… chłodno i przyjemnie. Łosie, drzewa, jakoś tak… to jezioro… te zwierzęta, cisza i radość dziwna, sklepik… no i ta podróż była szybka i tak bardzo chciana.

Do domu… do Fjallbacki.

Aż dziwnie chciana podróż… aż obsesyjnie oczekiwany odcinek trasy. Następny dzień spędziliśmy w domku, po raz piąty tym samym, który tym razem mocno byl zabrudzony, no ale… miotła w dłoń, śmieci wywalić, zmywarkę opróżnić… czy serio teraz wszyscy zaczynąją budowę od zmywarek?

Tak one potrzebne?

Ja podziękowałam.

Ale… dzwonienie do Novasolu nie ma sensu, serio… standardy wsędzie lecą na łeb na szyję, naprawdę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Łykend… została wyłączona

Pan Tealight i Zakochana w szkapie…

„Pan Tealight ostatnio naprawdę nie chciał oglądać tego świata, więc chował się i ukrywał przed wszystkim i wszystkimi. Przesiadywał w swoim Białym Domostwie nie zwracając uwagi na piętrzące się rachunki, wewania do apłaty, ceki… wselakie papiery w końcu postanowiły same rozwiązać sprawę i stworzyły swój klub, ten, o którym się nie mówiło. W pełni krwawy i ringowy. Be rękawic, na plaski i trzepnięcia, zacięcia karteczek i piknięcia numerków po prostu, walczyły i dochodziły swoich praw, a on milczał. Czasem całkiem sam, czasem z nią i nią, i innymi…

Gdy przychodziła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, ożywiał się, nawet piekł ciasteczka, a one nie do końca, lub ino próbowały, miały mu za złe te wielce dziwne, lukrowane wzorki i guziczki, którymi je zdobił, zupełnie z zapoprzednich epok. Były dość nowoczesne, wiecie, choć często krótkożyjące, i zwolennikami były raczej beżów niż brązów, wiecie, niektóre nawet szarości, a on…

… cóż… inny gen.

I tak przy ciasteckach, tego nadzwyczajnie szarego, jesiennego prawie dnia, zobaczyli ją. Dziewczynę, młódkę. Wiecie, szczupła wybitnie, długowłosa jeszcze tak naiwnie niewinna, niezmącona prawami i obowiązkami przynależącymi z tytułu obywatela świata… i szkapę. Ale, jaka to była chudzina! Nawet przez to dziwnie powiększające wszystko Okienko w Kuchni Białego Domostwa było widać kości i skórę i nic więcej…

Właściwie na obu… i włoski.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki, książeczki, tomiczki!

Tomiczkowie?

LOL W znaczeniu nowe i stare, stare i trochę nowsze, wszelako są. I już. W znaczeniu jest co czytać, do jesieni powinno styknąć z zapasami, które mam w domu. Chociaż, gdyby tak popatrzeć na moją listę życeń, to mało tego LOL

Sztokholm… ech…

Powiem tak, na to miasto, wiadomo, to z tydzień by się przydał. Te uliczki, one cudowności… te sklepiki, one rzezania, ta księgarnia, te elementy i ona nadmierność ludzi… nie no, serio, tyle ludzi… Kręcą się to tutaj, to tam, niektóry ino kradną, inni podziwiają, większość się snuje odbębniwszy obowiązkowe selfie i takie tam internetowe… a ja, mi udało się znaleźć hobbitowe drzwi, rzeźbiarza, oraz Muminki. No wiecie, w końcu Finlandia tak daleko… Szwecja w dziwny sposób czci oną 80tą rocznicę narodzin trollich opowieści. Ale, oj tam, ważne, że w przeliczeniu jest taniej… ale, tak do końca, to bylo taniej… raczej było.

Powiem jedno, tutaj dobrze przyjechać jesienią, gdy ludzi mniej, gdy słońce nie tak agresywne i tak na tydzień… by zaliczyć one okoliczności miasta też, bo są fascynujące, chociaż, wciąż, nie tak jak druga srona kraju. Ech! Nie pozbędę się onej obsesji dotycącej zachodniego archipelago.

Oj nie…

Oczywiście nadmiar tak zwanych imigrantów znaczny. W niektórych miejscach jest jak najbardziej niebezpiecznie, jednak… jak wchodzicie do SF Bokhandel, to po prostu wszystko opada, z oszołomienia. Trzy piętra… książki i wszelkie SF pierdololo, które kocham, wyznaję i uwielbiam. Żyrandol, kocha je Skandynawia, sklane sufity, one tony książek, jakby mieli wszystko…

Jakby…

Tutaj zakochać można się w kostce brukowej, wycięciu okna, drzwiach, rancie, po prostu układzie roweru i okna, widoku na morze, wyspach, tylko nie w hałasie, onym dziwnym pędzie, choć można się tutaj zatrzymać, można iść pod prąd, uciec, naprawdę da się, ale tak poza latem, a najlepiej poszeptać z mieszkańcami, onymi wyznawcami stolicy… a potem uciekać… tylko nie do onego Westeros… a dokładniej Västerås. Choć zdaje się piękne i szczerze, ma kilka czarownych uliczek, jednak populacja… ekhm… no właśnie, ona populacja.

Nie chcę religijnych fanatyków różnej maści, mam dość… dodatkowo dziwne mają eRBandB. Kurcze, a może tylko jeśli o mnie chodzi, to Szwedzi lubią gadać. Podobno nie lubią, a ja jakoś tak wpływam na nich, że otwierają dusze, serca i może aorty. I pierun wie co jeszcze… jednak chciałam kamieni… Midsummer…

… więc…

… więc co z tą wschodnią Szwecją?

Nie wiem… muszę tam raz jeszcze… ale chyba „nieszybko”.

Chyba? A może jednak, tylko z szybkim planem ucieczki do chociaż środka Szwecji, a najlepiej od razu na zachód… od razu…

Jeżeli chodzi o Wyspę, to już 20tego oznajmiono zakończenie lata i tyle. Tak jak zwykle, w Skandynawii kończy się ono z pierwszym września, to jednak, to lato, jak dotąd było łagodne, w wymiarze temperatur oczywiście, nie cen i strachu. Cudowne nawet. Ale ta suchość, żeby w domu było 40 procent… hmmm, something is afoot… something’s rotten in the state of Denmark…?

Cóż, be Szekspira treba się obyć… bez nadmiernych upałów żyje się lepiej, a słońce jak bolało tak boli… za to widoki są piękne, na ono niebo poznaczone obłoczkami jak z reklamy, wysuszone trawy, mniejszą ilość Turyścizny, no aż chce się oddychać, serio, wiosna i lato doprowadzają mnie do obłędu, ale pierwszawichura jesienności, choć za panowania lata, jakoś tak, wyzwala…

… może nie endorfiny, ale jednak, coś…

Innego… nawet miłego?

Ech, może to ino premenopauza? LOL

Prawda jest taka, że wciąż wszystko się zmienia. Może i inni uważają, że wciąż wsio takie samo, ale jednak… w powietrzu czuć odchodenie i nie dlatego, iż jesień się zbliża. Te niszczejące domy… to mnie boli. Wycięte drzewa – to powoduje wkurwa… te żaby na Gramyrze! Takie niesamowite.

Przynajmniej tam wciąż woda…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakochana w szkapie… została wyłączona

Pan Tealight i Bezalt bo tenor…

„No wiecie, nie można mieć wszystkiego.

I altu i tenoru i sopranu i jeszcze tych mezzo… nie można było, choć niektórym się wydawało, że mogli. Wydawało się im, że naprawdę im to wychodziło, ale nie, nigdy nie wychodziło. Zawsze przegrywali… jednak ostatnie wieści z bogosfery donosiły, że AIowe bóstwa miały się świetnie i wydawały na świat swoje nowe i szalone coraz bardziej offspringi… dlatego, nikt nie miał już niczego do stracenia. Jeśli byłeś artystą, naprawdę… mogłeś być ino takim zwyczajnie, w pełni ludzkim. W pełni pełnej szalonym i nie do ogarnięcia. W pełni nieobliczalnym i nie do opanowania… poskręcanym i popieprzonym z zasmażką i panierką.

Co innego zostało ludzkości, gdy technol0gia zabierła wszystko… rzeczywistości nie było już w tak wielu miejscach. Palce ludzi zaczęły nie tylko większać lub zmniejszać swą liczbę, ale przede wszystkim dziwnie się wykręcać, a Bezalt był dopiero na początku swojej kariery. Od czasu, gdy mu powiedzieli, że nie jest tenorem. A preceiż był nim od zawsze… od kiedy pamiętał, a pamiętał wiele.

Zbyt wiele.

Wiedział, że nastanie czas, gdy ludzie nasycą się oną technologią i sztucznością złożoną z ich własnych doświadczeń i dzieł, wiedział, ale nie miał czasu by na nie czekać. Nie teraz, nie nigdy!!!

Nie on!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Meanwhile…

… na Wyspie chwilowy gorąc. Znaczy ja mam nadzieję, iż chwilowy, bo wymęczeni oną suszą odczuwamy wszystko bardziej i mocniej… Oczywiście, jak to się często zdarza, po jednej stronie większy, po drugiej mniejszy, ale… woda piękna. Turyścizna zmieniła typ na spokojniejszy, starszy i tak dalej. Spacerując po Gudhjem zauważylam jednak coś dziwnego… pustki w sklepach. Braki w onych biżuteryjnych zakamarkach, gdzie dotąd znajdowałam cuda z mniejsych firm…

O co chodzi?

Wiem, że biznesy upadają, niektóre w ogóle sie nie podnoszą, są miejsca, dość wyeksponowane, z którymi wciąż nie zrobiono nic, od lat! Wszystko marnieje, niektóre budynki zdają się obumierać w oczach, inne znowu niby odnowili, ale czy na pewno, a może to ino fasada?

Za to Gramyr wciąż zielony, ale zbiornik, choć upiększony kwiatami onych lelyji wodnych, tudzież nenufarów i tak dalej, wiecie, liście i wiele kumkania, no żaby zieloniutkie jak jakowyś absynt, czy coś… do tego sesję akuurat para miała, ślubną chyba… romantycznie, jednak gorąc… susza… ścieżki zanikają, obsuwają się w niebyt. Ciekawe jak wygląda ona kyststi? Czy już jej nie ma…

Miejscami…

Ale… podróż…

Pogoda po drodze, to był kosmos!!!

W naczeniu, e wszystko było…. i jasne niebo i ciemne, chmurzaste, jakby dotykające swą łapą dachu samochodu – no piękne, potem słońce palące, zwyczajne słońce, słońce prze chmury i pokropujący deszczyk, sam deszczyk, nawałnica, grad i mordobicie… ekhm, no dobra, wyobraźnia stój… a potem wiatry z tej i tamtej… no ja nie wiem, ale to było kilka godin kompletnej meteorologicnej szakszuki!

Nawet stojąc na parkingu gdieś na odludziu, gdzie wielu ludi było akurat… polazłam na mikrospacer dookoła i nagle musiałam uciekać przed nawałnicą, okna w samochodzie zamykać, wiecie, panika człowieka nienawykłego do wody z nieba, bo w końcu u nas wciąż ona susza… wciąż…

Ale… w końcu dotarliśmy! Stwierdziłam, że co jak co, ale z onej nawałnicości i doskonałości wselakiej archeologii rytej/stukanej to chociaż to… czyli Himmelstalunds. I jest to miejsce… ekhm, gdzie imprezy robią i psy na gówienko wyciągają… wiecie, skałki i trawa, kilka drzewek. Parking obfity… ale, nieważne one kupy czy puszki po piwie, nieliczne, ale jednak… cudowne misiowe łapy ryte! Te łodzie takie inne, one wszystko… po prostu… I tak, oczywiście, większość wyblakła, czerwona farba poszła się pinkolić, ale spojrzyjcie pod światło, na grę cieni i może je dojrzycie…

… a potem się zamyślcie…

Nad przesłością… albo i nie.

Oto Norrkoping. Miasto dziwne… bo jakby składające się z onej starszej części i potem reszty. Oczywiście barwność ludności zauważalna i dziwna. No co? Przeraża mnie to i mam do przerażenia prawo. Ja chcę dzieci z Bullerbyn, a nie meczetów! Ale… muzeum archeologiczne, w ogóle ona okolica tego kanału, po prostu miodzio, dodatkowo wsio ubrane było na Midsommar – flagi i kwiaty ze szmaty. Na niebiesko i żółto… Piękne, delikatne… polecam szczerze. Oną starą część, malownicą, oczywiście i wszelakie ryty, ale resztę można ominąć, jednak przycupnijcie przy dziwnej rzeźbie, gdzie czycą złotego cielca… serio, świnia złota i człowieczki… bo jakoś tak, nagle, po tej stronie Szwecji każde miasto zdaje się mieć jakąś korespondującą odmianę onej sztuki… złoto i beton. Ludzie i ono COŚ. Magia, kasa, seks, włada, marzenie, kijwieco…

… ciekawe…

Trza odkryć co to…

A potem był Sztokholm. c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezalt bo tenor… została wyłączona

Pan Tealight i Dziewczynka bez zapałek…

„Stała tam…

… w łachmanach i to całkiem wyglądających jak one łachmany, nie jak współczesne ciuchy z Shein, czy innego Temu, które to kładą kłam krawieckim mocom i wszelakim umiejętnościom. Z dziurami wypalonymi przed mortem, znaczy nim ktoś je założył i zaczął się drapać, na kolanach, w koszulkach, niczym zwolenników zabaw z ogniem tudzież topiącymi się materiałami…

Łachmanach, które udowadniały, iż kiedyś były naprawdę mocnymi, dobrymi ciuchami. Postrzępionymi teraz, ale wciąż trzymającymi się grzbietu, wychudonego i skręconego, lecz jednak… to wciąż była koszulka i kurteczka, raczej na wiosnę późną niż późnojesienne powiewy, na jakiś wypad, samochodem, nie na teraz, nie na tu, w nadmorskie siekania słoności. Spódniczka, długa, z falbanką lekko obstrzępioną, ale wciąż ukazującą piękno haftu i kolor, przybrudzony, ale burgundowy, mocny… o wiele tonów ciemniejszy niż bluzka, lekko przylegający do zieleni chusty, którą dziewczynka miała zarzuconą na głowę i barki… świąteczne wszystko, takie choinkowe, pomyślał.

I te zapałki…

W świecie, gdzie tak rzadko korzysta się z ognia wyglądała raczej jak filmowy props niż prawdziwa osoba, pracująca, problematyczna dla wakacyjnego rozmarzenia, w onej toni błękitów, barwności domków małomiasteckowej społeczności… może zwyczajnie, pomyślał, w tym świecie chcieli w ten sposó wyciągnąć ode mnie peniądze, ale przecież nawet i ich nie miałem.

Karty tak, nawet stary czek, ale pieniądze…

Nie widział ich od lat, uświadomił sobie.

I zapałek i pieniędzy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zwierzyna” – … kolejny tom serii „Alfa i Omega”. Jednej z tych, w których intrygujący balans pomiędy energią żeńską, a męską, zwyczajnie zniewala. Kolejnej z tych, które są za kótkie, za mało i ogólnie mówiąc… zbyt szybko się kończą, bo… bo tutaj jest tak wiele więcej  tego, co chciałoby się zobaczyć, bo jakoś tak… w te książki się wchodzi, jest się tuż obok głównych bohaterów i cierpi się, cieszy wraz z nimi, czy też zwyczajnie… zastanawia nad tym, co się tutaj robi. W końcu nie jesteśmy wilkołakami, no przynajmniej niektórzy z nas…

… chyba…

Charles i jego fascynująca małżonka, to wprost para doskonała, ale jednak jakoś nigdy nie spoglądałam na tego bohatera od tej strony. Morderczej. Tylko i wyłącznie. Opętanej przez demony… demony własnych ofiar i wspomnień. Brakuje mi tej jego nativowej cęści, opisów większych, jakichś opowieści… ale też zdaję sobie sprawę z tego, iż jest to opowieść prosta, wzruszająca, raczej mająca na celu one dobre uczucia, niż opisy historycznych prawd północnoamerykańskich rdzennych plemion, ale jednak, chciałabym… Ta książka, niewielka, za krótka, to część z życia jego i jej. Dwójki, która obdarzona swoimi demonami, jakoś tak znajduje czas na ratowanie świata, oraz samych siebie…

I trochę uśmiechu, lekkiego komimu, człowieczeństwa… w onej wilkołaczej otoczce. I tak, jak najbardziej urban fantasy, ale też i trochę magii. I jeszcze… miłości… no wiecie, nie wszyscy pewno pomijają te części książek tej pary autorów – tak, pary. LOL Prawda jest taka, że lubię wszystko, co napiszą…

… mniej, lub bardziej czasem, ale jednak tak.

Tym razem z mocniejsą nutką psychologii…

Okay… nadal Olandia, nadal czerwiec, Midsummer… i zwiedzanie.

Długa latarnia była okay, spacery też, ale Trollskogen… ech… powiem jedno, oczekiwania, a rzeczywistość. No po prostu jak z durnych tiktoków. Wiem, że nie wszystko widzieliśmy, ale jakoś tak mi wystarczyło, naprawdę. One sztucznie utworzone ścieżki, twarde, dziwnie nieleśne, drzewa piękne, no logiczne, drzewa, to drzewa zawsze fascynują. Ale jakoś tak to wszystko sztuczne. Dziwne, pozbawione onej magiczności… okay, kamieniste plaże piękne, no ale plaże, jak plae, troll drzewny genialny, wiedza o dębach też, ale wciąż… na dodatek napadła na mnie jaszczurka!!!

Idę spokojnie, lekko oszołomiona, bo przecież słonko wali mocno, choć niezbyt gorąco, ale pali, jest kiepsko, i nagle na jasnej ścieżce, ubitej i mocno wpływającej na stopy mała jaszczurka, żerta chyba… naciera na mnie. Wrzasnęłam, znaczy się normalna reakcja i tak dalej, ale jednak… czuję się trochę urażona. Poza tym, w tym niby dzikim lesie i tak dalej, cała masa diwnych budynków. Takich jak z horrorów! Jak z onych chat w lesie, czy innych tam cube i ten tam, no escape roomów.

Dziwny vibe…

Sosny piękne, no ale… uczucia dziwne, ten statek na brzegu, ekhm, powiem tylko, że wygląda jak łajba mała, rybacka, a nie rzucony przez fale szkuner czy coś tam… dziwne drewienka, pewno, taka tam rzeźba…

… nie wiem…

Następne to ruiny, czyli Sankt Brittas kapell… czyli Kapelludden.

Powiem tak… nie rozumiem dlaczego niczego nie pozuałam, chociaż to miejsce jest o wiele bardziej pogańskie niż chrześcijańskie. Ono źródło tam, zakryte, tylko jedna ściana i obudowa, ten krzyż, czerwonawe domki i ta czerwona latarnia jak na Pater Noster… to wszystko sprawia, i ona pustka terenu dziwna, niepokojąca, pole, płaskość, woda w oddali niedalekiej…

… że czujecie oną jakąś świętość, ale jednak…

Poza tym nic?

Nie wiem…

Nie rozumiem chyba tej wyspy, w ogóle. Wiem jedno, że zobaczyliśmy jeszcze jeden z runicznych kamieni, ten, który dwóch braci dwóm braciom ofiarowało, więcej wiatraków, trochę nabrzeża, wszelakiej przyrody szalonej, pięknej, odważnej i dzielnej, mogącej wszystko i tyle… zwinęliśmy się. Znaczy najpierw sen, ale poranek był tak poranny jak tylko się dało… szybkie pakowanie, posprzątanie i tyle. Bo zwyczajnie… zaczęłam oddychać dopiero w drodze do Sztokholmu.

Dopiero wtedy.

Naprawdę nie wiem co jest w tej innej stronie Szwecji, ale to nie moja strona. Fascynuje mnie, chcę ją poznać i to robię, te ryty, archeologia i ruiny wszelkie, rzeki i wodospady, jeziora, ale to po zachodniej stronie czuję się jak w domu. Na onych obłych skałach, w Fjallbace czy Lysekilu. I oczywiście na tych wyspach od Goeteborga w górę… oj tak, są takie fascynujące… brzeg i solność, fale i światło, drzewa i fikuśność brzegowa… i jeszcze ta woda, zawsze ta woda…

Woda… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewczynka bez zapałek… została wyłączona

Pan Tealight i Pazernak…

„No był kim był, nie dało się tego inaczej powiedzieć. Opisywanie go, jako wielkiego hipokryty, czy też na przykład gigantycznego filantropa, bogacza i wielbiciela win, tudzież zwolennika takiej, lub innej, partii, seroluba, ukochanego wiatrów, błogosławionego przez bogów, tudzież przez nich karanego, obdarzonego klątwą, tudzież szczęściarza… nie było nawet ważne. Choć z wymienionych, coś pasowało do niego, coś w tych słowach mogło w nim wybrzmieć, w tej osobowości i układzie zaczeski, oczach maleńkich, skrytych za grubymi szkłami małych okularków…

… jednak ona piękna pazerność… oj tak, pazerny był na wskroś i dookoła.

Pod i nad.

Wszelako wczoraj i jutro…

Chciwy, zachłanny, małoduszny… był tym wszystkim. Zapatrzonym w siebie egoistą, dumnym z tego, kim był. Bo w końcu stworzył z siebie oną idealną definicję czegoś… słowa. Już był chwilę, moment, moe i nawet dni kilka od tego, by je wymieniono na jego imię. By mówiono… że ktoś jest Zyguś, a nie pazerny.

Nawet nie pazerny jak on, lecz… więcej.

W ten sposób, moe niekoszerny, miał odcisnąć się w pamięci onego Wszechświata, a potem planował przenieść się w inny wymiar. Ot tak, po prostu, jak to robił od wieków… bo takie miał hobby, wakacyjne. Maleńkie takie coś swoje. W rzeczywistości codziennej był nudnym księgowym Królowej Pierwszej, tym z prawego kąta komnaty, zawsze ubranym w różową koszulę i ciemne spodnie na kant zaprasowane.

Milczącym… ale tutaj był Pazernakiem!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kanion śmierci” – … yyy… niby to nie jest problem, serio, naprawdę, nie tym razem, jakoś tak dziwnie… nie. To nie było problemem, iż od razu wiadomo było kto jest a to wszystko odpowiedilany, gdyż ona osobowość naszej bohaterki – znaczy bohaterkii tego cyklu tej autorkii – pozwala jakoś tak być bardziej zainteresowanym nią samą niż… resztą, ale… przede wszystkim cała historia przypominała mi przez cały czas o innej, pewnego duetu autorskiego, męskiego, co to też się wiązała z campingiem i takimi tam… i wciąż się gubiłam w myślach… Ale… jeśli nie czytaliście, to was to nie dopadnie, a prawdopodobnieństwo jest spore…

Do brzegu.

Kolejna opowieść o samowańczej ratowniczce zaginionych, Frankie Elkin. Czy to żywych, czy martwych dzieje się w całkowitym bezludziu, ale też i w uroczym miasteczku, które niebezpiecnie jakoś tak staje się dla niej domem. Przerażający pomysł dla wolnej duszy? Może… Odnalezienie, czy też raczej wyjaśnienie zaginięcia sprawy sprzed lat wydaje się być rzutem dość desperackim, ale jednak grupa poszukiwaczy udaje się w oną nicość dziką, gdzie wszystko może was zjeść i każdy ruch decyuje o egzystencji. Oczywiście nikt nie chce jej w grupie, ale jakoś jej się udaje wkręcić. I oczywiście dopina swego! No bo precież… jednak nie to jest ważne, a to, co dzieje się pomiędy stronami. Ona wyobraźnia rozbuchana, która widzi te kamienie, jaskinie, dzikość drzew, ból, niezłomność i strach mieszające się ze sobą.

Decyzje… śmierć.

Oddanie…

Nie wystrzałowa, miejscami lekko może nie do końca dopracowana, ale dobra powieść, bardziej psychologicna, niż kryminalna… Można czytać samą, lub w cyklu… zastanowić się, czy moglibyście tak żyć. Bez niczego. Oddawać siebie innym. Wtrącać się, dla dobra nie swojego… hmmm, czyż nie taki jest współczesny świat? Wtrącanie, owszem, ale aniołów wiele nie ma.

Z cyklu przeczytane: „Niepewność” – … tym razem cykl o Tessie Leoni. Kobiecie, która w poprzednim tomie z D. D. Warren jakoś się nam, krwawie, przedstawiła. Widać, jej historia jest, czy też była, na tyle dobra, iż… zdobyła swój cykl. Samotna matka po przejściach. Niegdyś policjantka, matka i żona, teraz wdowa, często mimo wszystko wciąż oskarżana o śmierć małżonka, teraz śledcza do wynajęcia. Oj, nie będzie jej po drodze z policją, chociaż, D. D. raczej przymknie oko na to, czy tamto…

Jednak, czy jej przejścia i szkolenie wystarczą, by rozwiązać koszmarną sprawę porwania, a może i mmrderstwa? Morderstwa po randce? A może jednak tylko porwania? Może chodzi wyłącznie o okup, a bogaci ludzie raczej nie mają z tym problemu… tylko, gdy nikt nie dwoni, czy wtedy nie jest to morderstwo?

I gdzie są ofiary?

Dwie kobiety, zbrodnia, wielki dom… masa pytań i sekrety wypływające na powierzchnię niczym ona oliwa na wodzie… intrygujące, ale też przerażające uczucie, gdy słucha się historii rodziny idealnej.

Z pozoru idealnej.

Ale… czy idealność w ogóle istnieje? Może jednak oni są idealni, w stosunku do posiadanych zer na koncie i ubezpieczeń na życie? Strachu i zwątpienia we wszystko. Miłości, która jest, lub była…

Tak, najpierw należy przeczytać „Kochać mocniej”, czyli pierwszy tom serii z tą bohaterką, a chyba piąty D. D. Warren. Dla kontekstu… i pewnego zrozumienia tego, co obydwie kobiety są w stanie uczynić. Jak są budowane, jak bardzo silne, mocne… a jednak i wciąż kobiece. Inteligentne i silne, ale też pragnące czegoś więcej… ten tom, choć może i przewidywalny momentami, bo przecież jakoś tak, no ogniwa się spajają, świetny jest jako psychologiczne rozpisanie na części małeństwa, tego, czym jest, czym być powinno, czym… nie może dla wielu być…

… ot, opowieść o rodzinie… mniej kryminał, bardziej powieść psychologiczna.

Co do lata na Wyspie, zacznijmy od tego, że nie pada. Jeśli widzieliście prognozy pogody dla Danii, cóż, najczęściej one oberwania chmury nie dotyczą Wyspy. I jakkolwiek nie chciałabym onego oberwania, to deszcz, normalny, kilka deszczowych dni… tak suchych rzek nie widziałam nigdy…

A sprawdzam co roku!

Turyścizna jest, oczywista sprawa, a cas miany turnusów nastał. Dzieci do szkoły, teraz cas na seniorów, Europejczyków, dziwne wycieczki, niemieckie wycieczki i takie tam… chociaż, przyznam, iż moja ostatnia wyprawa do Svaneke i Nexoe przypomniała mi tylko o jazzie i wyprzedażach w niektórych miejscach, więc… nie wiem… mniej tych ludzi, czy jak zwykle? Więcej Czechów?

Może…

Polaków mniej… oj chyba tak.

Ale nasze ceny prerażają i nas samych!

Ale, wracamy do podróży… wyobraźcie sobie oną pogodę palącą, ale lekko bardziej łagodną… drogę, tym raem inną, moje oczy cierpiące, ale nie jak rok temu i inną wyspę, zbliżającą się… jakoś tak dość szybko poszło, dziwne, a zatrzymaliśmy się by popodziwiać Kamień Freda… tak, nazwałam go kamieniem Freda i nie wiem dlaczego, ale naprawdę zdziwiło mnie, że nie był to obelisk postawiony ku pamięci onego Freda, którego wymyśliłam, kompletnie zapominając przez jak długi czas, historycznie, tym, co teraz jest południową Szwecją, władała Dania…

Tak, chodzi o duńskiego freda, czyli pokój. Tak, fred to pokój… ten od braku wojen… wiem, można się pomylić, no co? Znalazłam wam stronę fajnie opisującą południe Szwecji, ale my, pamiętajcie, jesteśmy na wschodzie… a tu Fredsstenen. Fredsstenen stojący w urocym Bröms. Ale… w mojej głowie, która uciekała od wojny, pokoju, bólu… znalazła się opowieść o mitycznym Fredzie, który na obelisk zasługiwał, ale go oszkwapili. Woleli wojnę, niż uczczenie jego osoby.

Pamiętajcie, że jestem na lekach, które pozwalają mi zachowywać się jak człowiek, ale nie zawsze myśleć jak zwykły… Kowalski. LOL

Popodziwiawszy kamień, zieleń i czerwony domek w niedalekości, dotarliśmy w końcu na wyspę, którą lekko nadgryźliśmy rok temu. Widzicie, pomysł był taki, by tutaj zatrzymać się na dwie noce i potem ruszyć dalej. Przy okaji zaliczyć kilka miejsc, ale, wyszło jak zwykle… po pierwsze domek: uroczy, mikroskopijny, czerwony, w którym się zatrzymaliśmy, miał te swój zapach starych belek i specyficznego traktowania drewna… czyściutko, słodka łazienka, z prysznicem i innymi udogodnieniami, ale jednak, ten zapach. Zapachy mnie trigerują niesamowicie, więc… tak w ogóle, to już tydień pred wyjazdem dostałam ataku paniki, no i on sobie tak trwał oferując mi tylko 3 dni snu na dobę, dziwne napady ruchowe i wselakie otępienie…

… na Olandii mi nie przeszło…

Tak wyspa chyba mnie nie lubi.

Naprawdę nie lubi… Na szczęście nie było tak gorąco, ale cała reszta, ech… z drugiej strony wschody słońca, te kwiaty, brzozy, kurde, zapomniałam, że nawet te brzozy mnie przerażały… mniejsza…

Zobaczyliśmy czerwone wiatraki, wiatraki inne, jeden całkowicie DonKiszotowy, potem kilka gromad wiatraków, jakby wojska szykowały na kogoś, pewno Duńczyków, bo dziwnie się poczułam… w ogóle, Szwedom odbija trochę z nienawiścią, tak tylko wspomnę. Nawet powstrzymywanie splunięcia na tablice rejestracyjne, bo zobacyli mnie, misia i więcej misia… było dziwnie. Był Długi Erik… ma 32 metry, mona wejść do środka, na balkon, co kosztować was będie mamonkę, oraz 138 schodków, ale jest położony niesamowicie malowniczo. Na mikro wysepce z plażą kamienną, gdzie ludie ustawiają one kamienie w stoki i nikt im w tym nie przeszkadza…

… szaleńcy.

Macie tam mały kiosk z kartkami i lekko mało ogarnięte dziewczęta go obsługujące, ale przemiłe. Myślę, że zwyczajnie było im ciepło… dookoła szaleństwo dzikiej roślinności, tej co nosi piach i suchość, barwnej, łącznie z robalami romantycznie tańcującymi w powietrzu, oraz pierwszym kiblem na kartę.

Dla mnie to była nowość…

Wielka – telefonem się nie dało.

I te czerwone domki, po prostu cudo piękne, warto spędzić więcej czasu niż tylko zobacyć patyk murowany, fallicznego boga ze światełkiem na czubku…

… ekhm…

Prawda jest taka, że planowaliśmy zwiedzanie jeszcze w dniu przyjazdu, ale nie daliśmy rady. Wykończeni i przytłoczeni zapachem, zajęci wietrzeniem padliśmy na mordę i niektórzy zaznali trochę snu, ja swoje kilka godin, a potem szaleństwo zdjęciowe przerywane bólem kolana. Prawego! W końcu jak już wiedźmie spać nie dali, to skorzystam, no co mam zrobić… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pazernak… została wyłączona

Pan Tealight i Zboczeniec…

„No kompletnie nie umiał w prosto!!!

Jakby ono „prosto” w jego głowie nie istniało, onej środkowej głowie, razem je bo trzy miał. Tak jakoś mu wyrosły, nie narzekał, ale jednak czasem czuł się z nimi dziwnie, tym bardziej, iż chciał mieć na każdej taką samą czapeczkę, a one nie chciały. na dodatek każda miała inne preferencje włosowe, żadna nie chciała iść w łysość no i uszy, jedna klipsy, druga piercingi, a trzecia całkiem goła w tym rejonie.

Bezwstydnie nawet.

Czasem, zimą, jakoś udawało się dogadać, bo jedna kochała zimę, druga zasypiała na zimę, więc nie trzeba było pytać, a ta trzecia, cóż, po prostu przyjmowała swój żywot za pewnik i caem nic jej nie intersowało… kompletnie nic.

No ale… ta prostota, chyba nie była mu pisana.

Wiedział, że prosto było najkrótszym wynikiem i rezultatem, ale jakoś wolał zbaczać w kierunku choć chwilowego zwątpienia, przygody i anormalności. Bo i czemu nie miał tego robić? Jak już tu był, jak miał, co miał, nie krzywdził nikogo, to dlaczego nie? Dlaczego nie miał po prostu sobie zbaczać, z drogi, tematu, szlaku nie… ale zbaczać z drogi mody, teraźniejszości, czy też onej cudownej rozmowniości.

Bo prosto było, zwyczajnie, za proste.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak więc… był 17sty czerwca, pogoda normalnie ciepła, ale bez przesady, nie bujało za bardzo, więc aviomarin w ilości normalnej… tak, jestem osobą, która ma swoją pościel, kocyk i inne takie dziwne rzecy, z którymi inni nie podróżują. Tak wiem, może trochę tego sporo w małym samochodzie, ale uwierzcie mi, z powrotem wdusimy tam jeszcze szafkę z IKEAi. LOL Tetris!

PS. Póki pamiętam, no i na świeżo, to u nas, na Wyspie, ostatnio ciągle ino policja coś kombinuje. Znaczy, zajęci są. A to wypadek radiowozu, a to szaleniec za kółkiem zjeżda na zły pas, potem na niego wraca, gdy ten z naprzeciwka już chcąc uniknąć zderzenia wykonał podobny manewr… no po prostu hałasy!!!

I gorąc!

I śmierdzi, algi kwitną, chociaż u nas koszmarnych upałów nie było… ale tak zwykle jest, jak nam grzeje, to woda czysta, jak u innych żar i tropiki, to nam wody zasmradzają… ciekawe, czy jak Polska zapragnie onej ropy naftowej, to wyjebią ten Bałtyk kosmicznie w kosmos całkowicie już?

No weźcie no!

Ale, wracamy do wycieczki…

… więc zapakowani po korek jedziemy jak zwykkle, najpierw do Malmo po biały ser, no weźcie, ja muszę kilka razy w roku mieć tydzień serowania! To stare smaków przyzwyczajenia, ja stare drewo, się mnie nie przesada z półtłustego lub chudego twarogu jedzonego łapą, brutalnie i po zwierzęcku… a co… na jakieś nowomody jak awokado. Bleee!!! Nie chcę!!!

… więc najpierw sklep z polskim żarciem, a potem Lund, w końcu Muminki mają 80 lat, więc trzeba fanty znaleźć. I to markowe, się znaczy najepiej. A co do Malmo, to tam dwa sklepy polskie są, w dzielnicy… ekhm, że tak powiem imigranckiej, czasem mocno niebezpiecnej, więc jakby co, będziecie wiedzieć, że obok chustek na głowę i takich tam barberów, co od razu z usami…

No wiecie.

Spacer po Lundzie to zawsze rozrywka, tym razem była to rozrywka remontowa.

No niestety, nie wiem dlaczego, ale właśnie na okres letni postanowili sobie rozkopać one wszelako urocze uliczki… te w centrum miasta. I to całkowicie. Uniemożliwiając ruch, tamując przepływ mamony i takie tam. Nie żeby to bardzo spowolniło ludzi, ale jednak, chaos totalny… za to Muminkowe utensylia, które narodziły się z okazji 80tej rocznicy ich narodin… znaczy urodzin, znaczy, no wiecie… rocznica! A rocznice oznaczają nowe pierdolo, które moe podkarmić dopaminkę, lub też w końcu udekorować wam dom. Ja tam dumnie na ścianie mam i Bukę i Małą Mi.

A co!

W planach mam jakieś dłuższe posiedziny w Lundzie, ale tak najlepiej, moim zdaniem, to jesienią. W końcu tutaj sezon turystycny raczej trwa rok cały, nie jak w innych miejscach Skandynawii, gdzie otwierają i zamykają się dokładnie z planem letnim… może dłuższy weekend? W końcu w podziemiach są tutaj cuda cudowne, są i dookolne megality i inne archeologiczne cuda, muzea… naprawdę, to taka mniejsza wersja Krakowa… a może i dokładnie taka?

Tylko…

No nie wiem, ostatnio, AKA wczoraj, preraziłam się ruchu u nas na drodze. No samochód za samochodem, czyste wariactwo!!! I uświadomiłam sobie, że nawet odwiedzając miasta, jestem oddalona od takiego ruchu. Raczej widzę tylko auta szukające miejsca parkingowego, albo autostradę, którą staram się przespać. Jakoś tak… Nie kręcą mnie one cywilizacyjne szaleństwa i odgłosy. Wciąż… kocham się w koła powstaniu. LOL Wciąż to mnie kręci… no co? LOL c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zboczeniec… została wyłączona

Pan Tealight i Majanica…

„Problem?

No był…

… w końcu mieliśmy już połowę, i to drugą, lipca, a ona wciąż tutaj była i się maiła… aż furczało. Jakby nie do końca była świadoma tego, że się skończyła. Już, tak po prostu. Slut i tyle! Mówili jej o tym, krzyczeli, śpiewali, listy długie pisali, telegramy tworzyli, znaki dymne, niektórzy z tym dymem to trochę przesadzili, znaczy z ogniem, bo wiecie, choć są dymy, co ognia nie potrzebują, to jednak… czasem ogień nie musi być dymiącym… może być ino ogniem.

Bo tak.

Ale nie w tym przypadku.

Czerwiec nie miał jej tego za złe.

Może i coś do niej czuł, jak to plotki donosiły, a może zwyczajnie ją olewał, jak inne plotki krzyczały, jednakże Lipiec miał jej dość. Wiedział, że tak właściwie, to ma jeszcze tylko tydzień, by coś z tym zrobić, w końcu pogoda była, jaka była, wkurwiające osobniki dwunożne narzekały na zbyt niskie temperatury, a i chociaż glony oraz algi kwitnące morze im zasmradzały, to jednak im wciąż był mało… nieodpowiedzialni głupcy. Ogólnie mówiąc, nie wiadomo czy to przez Merkurego w retrogradacji, czy też zwyczajnie był zawsze w bojowym nastroju, ale postanowił sam, i to z hukiem najlepiej, ukrócić to ono jej szaleństwo barwne i śpiewne.

No ile można?!!!

Co powie na to Sierpień!

Ona nigdy nie była z tych wyrozumiałych!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W końcu jakieś książki!!!

Nowe, stare, znaczy no wiecie, to i tamto…

Pewne rzeczy trzeba było dokupić, inne znowu…

… krew i flaki… mniam! LOL Trochę nauki, akurat była dostępna…

Miałam zacząć opowieść o podróży, tam i tam, i jeszcze w inne miejsce, czyli do Szwecji, bo przecież człowiek jakoś tak wciąż uważa, iż nie widział wszystkiego, no i blisko, znaczy nie do końca, to jenak długi kraj i wysp ma sporo, ale jednak, jakoś tak swojsko trochę jest… i w końcu udało nam się dotrzeć na Midsummer, taki spojler… ale najpierw chyba zacznę od samego lata. Lata się znaczy tu, na Wyspie które trwa już od ponad miesiąca i jak dla mnie, jest całkiem niezłe…

Znaczy zimne.

Znaczy… wróć, no mieliśmy jeden dzień, co to był upalny i nawet kilka parnych, ale poza tym nie jest przez cały czas w okolicach 30stu! WOW, w końcu! Mieliśmy te ze dwa deszczowe dni, bardzo interesoujące… i tyle. Tak w ogóle, to jest nawet chłodno, wciąż nocami nastoletnie temperatury, więc człowiek nie zdycha ino śpi… względnie, oględnie. Albo nie śpi, w końcu bezsenność to koszmar!

Tylko to słońce, pali tak strasznie, że aż boli!

Nazbytnio boli!

Powiem jedno, takie lata pamiętam sprzed nastu lat. Ciepłe, ale z oną bryzą, zimną, czasem nawet kąsającą mrozem dziwnym, jakimś takim nieznajomym… w Kirunie podobno 30 stopni, czy tam w Norwegii, we Francji słyszałam, że skwierczą… i nie, to nie dla mnie. Oj nie… wolę nasze wiatry i fale, może zimne, ale przynajmniej nie palą! Płuca mają lepsze prez to może? LOL, no co, nie palą… palą?!

Ech…

Lato, to zawsze trudny czas, ale one chłodności jakoś chyba Turyściźnie nie przeszkadzają… pełno ich. Nie żebym widziała wszystko, wolę się chować, jak normalni wzglęnie ludzie, czy oni szaleni, no wiecie, czasem trudno nas rozróżnić. Pamiętam to z pierwszego przyjazdu tutaj… miejscowi pochowani w domach, tłumy szalały… a jeszcze wtedy nie było ich tyle aż…

Ogólnie mówiąc, Turyścizna jaka jest, każdy wie. Nic dziwnego, iż niektóre państwa podejmują pewne środki i tak dalej… oberwą jak zwykle ci normalni, co to chodzą i podziwiają i płacą i sprzątają po sobie, bo ich na przykład gdzieś nie wpuszczą, czy skądś wygonią, albo… przeniesie się na nich one uczucie…

Nienawiść…

Nienawiść, którą poczują na sobie Duńczycy jadąc o Szwecji… oj, i to wybitnie. Mam na myśli nie tylko spojrzenia, gesty i pewne słowa, ale też… coś więcej. Bo jak nie można wkopać tym, który niszczą ci kulturę, to chcesz wkopać tym, co to setki lat temu byli z wami jednym… wiecie, zadawnione rany są i tutaj. A biały to biały, jemu łatwiej… że rasizm powiecie, ano rasizm, jak najbardziej. Bo ta podróż, którą odbyłam w drugiej połowie czerwca i początku lipca, jakoś tak mi udowodniła wysoce mocno, że nienawiść w narodzie Szwecji kwitnie i się rozwija, może już i owocuje nawet, a nawet z owoców przetwory robi… nie dziwię się, ale nie do końca to rozumiem, ponieważ wróg, czyli ono niszczenie kultury wygląda inaczej.

Tak, mówię o onych „imigrantach”.

Tak ONYCH!!!

Bo tym razem nie pojechaliśmy prosto z Ystad na północ, nie, udaliśmy się znowu na Olandię. Bo przecież nie wszystko człek zobaczył rok temu, a i wspomnienia z AKUTa widać mu nie starczyły… no mniejsza, to naprawdę cudowna wyspa i warto ją zobaczyć… ale chyba mnie nie lubi.

W ogóle wschodnia część Szwecji jest…

Inna!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Majanica… została wyłączona

Pan Tealight i Odwrotna ouija…

„Bo przecież świat była tak bardzo za: równość, wolność, braterstwo, każdego uznać, po główce klap klapu klap… miesiąc tego nawet mieli, więc wymyślili wyczajnie, tak dla balansu wględnego, coś dla tamtej strony, wiecie, by się tam też mogli zabawić… w końcu, jak inacej równowagę Wszechświata zachować?

… bo też i co to za równość, jak ino jedni jednym przeszkadzają, swobody naruszają? Wywołują, wrzeszczą, jak opętani, a potem zwalają winę na biedne Labubu! Albo inne trollowate. Ostatnio właściwie one nordyckie, dla wielu okrutnie brzydkie i przerażające normalności, jakoś tak odstępowały od cukierkowatej, tęczowej szaleńskości. A przecież one były tutaj od awsze… gdy tylko Pan Tealight zrozumiał, iż problem pośród onych Ukrytych i tych Niedokońcawidocznych, jakoś tak się nienormował, wzrastał i wselako ewoluował w okrucieństwo i wrodzony krwi głód, postanowił coś z tym zrobić… I to coś wielkiego.

Stworzył w zaciszu swojgo cybucha tabliczkę niepozorną, wzbogaconą o znaki tak potężne, iż nikt ich nie znał, więc początkowo myśleli, że zmyśla, ale szybko przeprosili. I to nie czekając, aż zaboli… Czasem im się wciąż wydawało, iż on był pokojowym, spokojowym i wszelako miękkim osobnikiem… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wiedziała, że zawsze będzie im się od czasu do caszu tak wydawać, ale… w końcu nie wiedzieli… znaczy nie wiedzieli wszystkiego.

Tak wybrali…

Ona, nie miała wyboru.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Encyklopedia wróżek i elfów” – … a miała być szmira… miało być coś całkiem przewidywalnego, nudnego, źle napisanego… a przynajmniej tak czytałam, jednak, jakoś nie uwierzyłam do końca i dobrze!

Bo ta książka, to jest hygge!

W jakiś ziwny intrygujący sposób, ona opowieść o młodej pannie naukowiec i jej zainteresowaniach, a wiosce, do której przybywa, o istotach, o magii, którą z taką łatwością odkrywa, jest czymś przyjemnym. To się czyta na jedno posiedzenie i tym karmi się swoje sny! A poza tym książka zwyczajnie, ładnie wygląda. Może to nie moje klimaty kolorystyczne i estetyczne, do końca, ale jednak… coś w tym jest. Na dodatek, nie jest to kolejne romansidło z pikantnymi scenami dla nastolatek – EUREKA! I elfem… a tak, no właśnie, uwaga: książka zawiera elfy i nie tylko. Nosz wiecie, ale jak chwytacie po fantasy, to czego się spodziewaliście?

Ale…

Poza elfami i panną w opałach jest tutaj jakowaś inteligencja, wola badania, naukowość, którą kocham w takich powieściach. W końcu sama jestem naukowcem. Chcę badań i rozrysowanych prekrojów!

Potrzebuję tego!

To moja rzeczywistość i też zawiera magię, więc… no dobrze, jest tutaj i pewne zauroczenie i przyszłość, którą i tak widzicie spoglądając na dorobek autorki… przyszłość dla tej opowieści. Spisanej lekko, ale z rozmysłem, miejscami dowcipnej, miejscami lekko wkurzającej, porywającej, potem trochę spowalniającej. To nie ideał literacki, ale miło spędzony czas.

To tak… KFC.

Trzy literki, które wielu zna, trzy literki, które niegdyś serio były czymś, Muminki nawet mieli i w ogóle, te kubełki, którymi można było nakarmić tak wielu… ale z czasem i firma się zmieniła i one dziwne normy wkroczyły i wiecie… tia, nie jestem poprawna politycznie. I mam do tego prawo. HA! No ale… KFC i Pizza Hut wracają do Danii. Nie do końca rozumiem dlaczego i kiedy to wszystko się poplątało, ale… po tym, jak wyszło na jaw, że nikt nie dostanie uśmiechniętej buźki, czyli syf jest straszny, a na dodatek przedłużali sobie jak się im podobało ważność kurczaka, o czym wspominało nawet WP… ale… to nie oznacza, iż z KFC koniec.

Podobno mają znaleźć inną derekcję inne pieniężne wsparcie…

… no wiecie, ono inne wszystko…

Podobno…

Zastanawiało mnie zawsze to, że w Szwecji, za mostem obie firmy są, nie żeby były jakieś oblegane, ale istnieją, jednak u nas tego nie ma. Nawet na Wyspie McDonalda zamknęli… i to jak dawno temu… Może to moc koronnego hot doga? No wiecie, dwie kiełbaski nawet w jednej bułce. LOL

A może Fika, nie tylko swedzka?

Może chodzi o to, że ludzie wolą pójść do piekarni, zjeść bułę z budki, czy też po prostu mają swoje kanapki? Szwedzka Fika to u nas inna odmiana onego sławetnego żarcia o 12stej. Świętowania narodzin, urodzin i innych rodzin… pewnego rodzaju kultura gromadzenia się, ale nie do końca w takich knajpach? Ludzi widuję u nas z koszykami piknikowymi w lasach, parkach, wszelako zielonych miejscach, na plaży po pływaniu… zawsze mnie to fascynuje, iż im się chce.

No serio…

… robić żarcie i targać je o lasu…

Ale…

Ale… pojedźmy do Szwecji…

Wyjeżdżamy tym razem w drugiej połowie czerwca, bo tak… bo trzeba zobaczyć to i tamto, a ja nie toleruję gorąca… chociaż, no nie wiem… gdy to piszę, już wróciłam, ale przecież nie będę zdradzać jak było tak na początku, a to powiem, czego się dowiedziałam, co jest dla mnie intrugujące…

Okazuje się, że do 1 lipca tego roku, Szwecja prawnie w architekturze nakazywała posiadanie tak zwanego światła zewnętrznego w każdym pomieszczeniu, dlatego też łazienki i kibelki mają w domkach okna… co kocham. Też mam, bo dom szwedzki. Podobno chodziło o dopływ naturalnego światła, ale mi od razu przychodzi też na myśl bezpieczeństwo, drewniane domki, pożar…

… no wiecie…

Jednak teraz już nie trzeba… szkoda…

No i trudniej będzie wietrzyć, ale pewno chodzi o te koszmarne urządzenia, które nie pozwalają na otwieranie okien i buczą tak bardzo przeraźliwie chłodząc lub ciepląć domy, kosmicznie je wysuszając… nie chcę tego! Okna są ważne!!! Ale… druga sprawa jest bardziej intrygująca…

… wyobraźcie sobie chirurga mózgowego, neurochirurga, jak nagle rzuca swoje narzędzia w środku operacji, zdejmuje ciuchy, myje się i jedzie do domu, bo dziecko chyba ma gorączkę… albo coś mniej drastycznego… koleś, który miał dowieźć chirurgowi żarcie dzwoni do niego do domu, że dzieciak mu się rozchorował, więc niech se pan sam przyjedzie po żarcie, wziąłem je do domu, to tylko godzinka…

Tia, nowe prawo rodzinne…

Jeśli masz dziecko i ono nagle zachoruje, masz prawo rucić wszystko i pojechać do domu, czy gdzieś tam. Z jednej strony wizja romantyczna, potrzebna, jakaś taka normalna, z drugiej widzę, jak faceci biorą tutaj wolne, no i spędzają czas w siecie olewając bachory, jeśli w ogóle te bachory są chore… Nadużywanie prawa to norma, chociaż, o tym rzadko się mówi… Skandynawia jest naiwna i dziwnie łatwowierząca…

… ale nie zawsze…

… popatrzymy jak to się rozwinie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Odwrotna ouija… została wyłączona