Pan Tealight i Zielona Czarownica…

„Spotkały się na pylistej drodze, gdzie wiatr akurat miał próby do nowego musicalu, w którym występowały: Powiewy, Liściowie i Małe Kamyczki… Trzy Bardo Niskie Wiedźmy, które zainteresowane były wyłącznie jesienią i wszelakimi, z nią związanymi sprawami: oną wczesnością słoneczną, kolorami, liściami i owockami, nasionami i oraniem, a potem deszczem, mokrością, dnia brakiem, czy też i długością mroku, no i oczywiście całym tym…

… lenistwem.

Może i wymuszonym przez jesień, a może zwyczajnie upragnionym…

Wybaczalnym.

Ciemność była najlepsza. Najbardziej wybaczała, najbardziej skłaniała się ku wszelakiemu przytakiwaniu… lub też po prostu była, czasem to wystarczało. Czasem… czasem coraz rzadziej. Zielona Czarownica kochała w szczególności właśnie to. Oną ciemność, wtedy nie było widać kim jest i nikt nie wrzeszczał: Elfaba, Efaba, Ephaba… dlaczego nigdy nie naucyli sięjej imienia?

Zenobia kurna!

Czy to takie trudne?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe, stare, wszelakie, jesienne trochę może…

Hammershus…

Prawie jesienny.

Otwarty zawsze, aczkolwiek jeżeli to muzeum, ten dziwny budyneczek skryty w skale i drzewach… to się zamyka. Z końcem miesiąca. Wyspa ogólnie się powoli wyłącza mając gdzieś one święta zimowe niezimowe… i tak jakoś rano, w rytmie sąsiadkowych potyczek z koszami na śmieci… serio, nie wiem co ta kobieta robi, ale podejrzewam ją o byciem mafiozem i specjalistą w utylizacji zwłok. Serio. Cigłe zakupy octowe, one polewanie wszystkiego dookoła, no kurde no… Może wmawiać światu, iż to na chwasty, może się tłumaczyć, ale ja wiem…

Nie jest taka nudna! LOL

Poza tym, kosze mamy teraz pastikowe, więc dlaczego u niej wciąż one „alumenium”? Hmmm? Widzicie, główka pracuje… i dziwnie chce w ruiny. W końcu jakoś tak, dawno tam nie była. Jakoś tak… no nie pykało.

Zresztą, jesień to czas spacerów, ludzizny mniej, tłoków brak, drzewa się kolorowią… może i pizga wietrnie stormowo, ale jednak, pięknie jest, więc się jedzie i idzie trochę, bo mam dookoła ruin takie miejsca, gdzie zwykli rzadko się zapuszczają, nie wiem dlaczego, ale tak jest. I siedząc na skale, z tym obiadem w rękach – zwykła buła, bez udziwnień, bida piska, czuję się panem świata. W końcu w tej chwili tylko ja tutaj jestem, więc jest to moje, co widzę, co czuję, czego dotykam…

Mew nie ma, więc można jeść.

A potem w ruiny…

Problem ze spacerem z romantycnego, pięknego, skalistego samego dołu do góry jest taki, że od poziomu morza, depresji miejscami i to nie mojej, idzie się, no wiecie, może nie ciężko, czy coś, ale te schodki mnie wykańczają. Wiem, że mam niewymiarowe stopy i tak dalej, krótkie kończyny, niski kadłubek, ale no kurna, co jest nie tak z tymi schodami, i dlaczego wciąż ich przybywa… no ale, bez zadyszki, a to z chrypą, bo tu piga mocniej jestem na szczycie i teraz jestem władcą zamczyska… serio, nawet w końcu mi tutaj zdjęli one rusztowania.

Serio!

Piękna robota, ino kłaść dachy i można mieszkać.

W końcu.

Nie marudę, ale be onych rusztowań, które tu były od awsze, zrestą, część na zewnątrz jeszcze stoi, jakby podtrzymywała wały i głazy, cegły i wspomnienia, legendy i magię, jakby to wszystko zaraz miało się osunąć do wody… dziwne wrażenie. Zachód słońca jak w mordę strzelił, tak po Osiołowemu, i wszystko jest takie puste i zielone. Jakby jesień naprawdę nie chciała się rozkręcać. A może to późna wiosna?

Już nie wiem…

Jednak… czuć jesień… szczególnie w tej purchawce, co ją znalazłam. Wielkiej jak piłka do kosza. Kurde, no gigant… Gigant żyjący z widokiem na ruiny. Jak one owce, które mają gdzieś widoki i się pasą, choć, może owce są koneserkami widoków? Kto to wie? Może można to w wełnie wyczytać?

Jakoś tak… wiem, że jest w tym coś więcej… poza horyzontem, telefonem przełączającym się na Szwecję, statkami w oddali, niebem, ścianami… ścieżkami i ukrytymi miejscami oraz sąsiadką. Coś więcej… coś…

… cosia coś.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.