Pan Tealight i Ciszyczas…

„Nadszedł Ciszyczas.

I jak na razie serio miał się nieźle…

Tu było cicho i tam było cicho…

… ludzie pozamykani w domach, śnięci lekko się zdawali, i chociaż pogoda kompletnie nie współgrała z ciemnością, gnębiąc onymi plusowymi temperaturkami wsystko i wszystkich, wypuscając na świat robalów wselakich, więc… jakby bał się wciąż i wciąż, że ktoś odpali jakąś kosiarkę, czy coś innego brmiącego… niektóre baby swędziały łokcie, by ino pójść do ogrodu i buszujące chwasty pounicestwiać, ale przecież był grudzień… pora ciszy, drzemek i onego ciepłego jedenia…

Grzejącego i rozleniwiającego.

Ludzie czuli, że jednak co czas to czas. Jest czas na kosiarki i czas na to, by przyrodzie ich oszczędzić… jednak,

Ale to słońce, te temperaturki, one zielenie kompletnie buszujące w okolicznościąch tego, co powinno być ino brązowością, mokrym snem bejż mamek, było naprawdę denerwujące… I Ciszyczas miał w sobie takie coś, cego nie nał. Coś, czego nie potrafił zdefiniować, coś nowego…

… coś…

Jakby wrzask…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dlatego kłamaliśmy” – … Slaughter. Właściwie nie pamiętam kiedy zaczęła się moja przygoda z tą autorką. Naprawdę… chyba z początkiem tego wieku. W końcu jej książki pojawiły się w pierwszych latach 2000 roku (2003-2009), więc chronologia się zgadza. I Will Trent, który jest nasym głównym gliniarzem w tej części, tudzież jest to ksiąka z jego serii, jak kto woli… był onym pierwszym bohaterem Slaughter, którego nie do końca lubiłam, no ale, jakoś z czasem coś zaiskrzyło i… nie wiem, chyba go polubiłam, jednak  drugiej strony, nie, nigdy do końca, bo kurce, jakoś awsze ktoś inny odwala za niego robotę, więc poznajcie jego świeżą małżonkę.

Just married! heart emoji

Oh, jacy oni są idealni, perfect match! Lekarka sądowa i glina, nosz kurde no! Muszą rozwiązać tę sprawę, która ma miejsce w malowniczym miejscu, które miało być ich ucieczką, miesiącem miodowym, perfekcyjnym! Zieleń i dzicz, no wiecie, takie klimaty, ale jednak w ładnych domkach i z kibelkiem. Chociaż… patrząc dookoła, coś jest nie tak, nagle trup się ściele, policja nie umie sobie poradzić, nie tolerują innych glinairzy na swoim terenie, więc…

… rozpoczyna się walka.

Walka z demonami przeszłości nasych bohaterów, teraźniejsości i niepewnej przyszłości. Intrygująca, ale tylko do pewnego momentu, potem, w końcu, jakoś tak, no wszystko staje się przepychankami, przegadaniem, ciągłym powrotem do ran z preszłości, wymówkami. Cłowieczeństwem. Wychodzące greszki stają się coraz bardziej poważne… prerażające i nasi bohaterowie są oczywiście jedynymi, którzy mogą je rowiąać, ale… czy to ich sprawa, cy powinna nią być?

Jest w tej powieści coś… co sprawia, i czujemy się intruzami.

Tak, dieje się tutaj zło, ktoś coś powinien powiedzieć, ale te jest to tak zamknięta społeczność, iż nagle uderza nas ten etos zbawcy, który przyłazi, nie rozumie zbyt wiele, ale od razu jest gotów sądzić… i chyba też o to chodziło autorce. Bo Slaughter nigdy nie pisze powieści jednowymiarowyh, raczej, często trochę nudząc czytelnika, mamiąc, zmusza go w końcu do myślenia… i dlatego nie mogę czytać jej książek jednej a drugą, muszę robić przerwy, ale zawsze do niej wracam.

Hmm…

To dobra powieść, ale nie szybkoczytalna.

Gdy to czytacie, to już bardziej taki old news, ale wydalono Amerykankę z Danii… taka tam wieci: nagłośniona sprawa, co by uświadomić USA, iż Europa to nie kraj, a kuźwa kontynent pełen krajów… albo pół kontynentu, no zależy jak kto na to wszystko patrzy. W końcu Eurazja jako pojęcie istnieje wciąż, chyba?

Nie wiem…

Takam opóźniona w tym co jest, czego nie ma.

Czas zdaje się pędzić, a ja stoję z boku i zastanawiam się w jaki sposób ludzie wcześniej wrzeszczący na telewizję, że ogłupia, teraz spokojnie wierzą w AI filmiki i dają influencerom robić sobie z mógu kupę. I to taką rzadką srakę, bolesną. Bardzo nie rozumiem świata… ale wiem, że gdy to piszę jest 24ty listopada i pada śnieg. Mokry i za ciepło by się zimował, ale jednak…

… śnieg…

Wróć, za co ją wydalono? A za nielegalne przebywanie od dłuższego czasu. No wiecie, a brak papierów. I kompletnie tego nie roumiem, jak jej się to udało, wiecie, tak bez ółtej karty wszędzie latać, no ale, to ja. Cłowiek prewrażliwiony i przestrasony, googlujący wselkie prawne krucki i starający się robić wszystko, by tylko nikomu na prawo jakiekolwiek nie nadepnąć… prewrażliwieniec, ale jednak. Pamiętam, gdy się przeprowadzaliśmy, prawo było bardziej rygorystyczne, musiałeś mieć odpowiednią ilość kasy, sprawdzali ci przeszłość, liczyło się wszystko, no i musiało być wynajęte miejsce do mieszkania lub praca od razu, w końcu tutaj nie istnieje bezdomność… ekhm… wiecie, jak u Andersena… bajki… dlatego nie rozumiem, jak mogło jej umknąć, że trzeba pewne rzeczy zrobić…

Ale to USA…

Ale… pada śnieg…

Ogólnie zimno minusowo zaczęło się robić dopiero w okolicach 20tego, więc… niezbyt dobrze. Tochę za mokro i za wilgotno, ale jednak… w końcu zaczęło pachnieć zimą i nawet trochę pierza z nieba zaczęło lecieć, ale nie zostawało. Może na środku Wyspy, wiadomo, u nas kurde czasem w jednej części zima, w drugiej jesień…

… co kto chce.

Zaczęła się pojawiać ona miękka cisza i już było okay…

Jakby tym jednym natura sprawiła, i człowiek w końcu przestał pchać i ciągnąć i ciągle piłować samego siebie, zatrzymał się i tyle. Zwyczajnie jest. Przynajmniej ja. Się staram, znaczy się. Być. Na razie.

Jakoś tak spróbować zwyczajnie być i już.

Nic poza tym.

Bo ten świat jakoś boli ostatnio, zbyt bardzo.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.