Pan Tealight i Mała Szafa…

„Wnętrza domów zawsze intrygowały Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomorddowane, zawsze, pewno przez brak własnego, znajomego kąta, to musiało to być, a na pewno w ten sposób opisaliby to oni wszelakich odmian i nurtów lekarze od głów… wiecie, ci szaleni.

Oni.

Interesowały ją oczywiście zewnętrza domów, bo tak.

Ona zróżnicowana czy jednolita architektura: dachy, skosy i podcięcia, fundamenty, drewniane elementy, kolory drzwi, szyby, formy okien, okiennic, jeśli były, stare rzeczy, nowoczesne… takie kochane i lekko już marniejące, obdrapane, ale i wielokrotnie farbowane, miejsca, gdzie było widać wszystkie warstwy, zmienność kolorów posesji, oną dziwną, kobiecą jakże niezdecydowalność… oną rozrzutność, tu czerwień, tam chłodne błękity, musztardowe żółcienie i szałwiowe szare zielonkawości… bo dlaczego nie? Przecież… No dobrze, tak, oczywiście, czasem zapisane w papierach mieli, iż ino earthy tones, ale czasem nie…

Dlatego…

Chodziła, głaskała ściany, robiła zdjęcia i…

Zaglądała przez okna.

To wtedy, onego dziwnie migotliwego dnia, gdy to niebo nie mogło się zdecyować czy chmurą złapać słońce, czy jednak nie, dyskotekowa kula rozpierniczała i tak bolący wiedźmi mózg co chwilę potęgując lęki… to wtedy auważyła oną szafę. W małe, niebieskie kwiatuszki Czerwoną… winnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Właściwie to… link na kawę…

Właściwie to cholery można dostać od onej pogody zmienności. Naprawdę. Tak po prostu. Raz zimno, potem dziwnie ciepło, słońce wciąż przypieka, no ile można? Jak to wytrzymać? Gdzie jakaś regularność, za którą zdaję się wołać, jęczliwie bardzo, głośno wołać tracąc ostatki tchu i tak dalej…

Wiecie, dramatycznie.

W przyrodzie w końcu zaczęło się ono poruszenie, ale wciąż jest ono dziwnie powolne, jakby i rewa i kwiaty, wszelkiej maści bulwy i inne tam sadzeniaki, nie do końca wierzyły sobie… bo przecież to one powinny wiedzieć i na pewno wiedzą czy wychodzić, czy jednak jeszcze nie teraz? Dlatego nie wychodzą. Niektóre zielonymi czubkami macają powietrze, pragnąć wody jakowejś, ale jednak tam nic… sucho… jak nigdy, chyba naprawdę dawno nie było tak suchego przedwiośnia.

A to kiepsko, bo przecież z wodą ogólnie kiepsko.

U tych za wiele, tym a mało…

Tam jakieś tony śniegu, bałwany może i na Wielkanoc będą, ale kogo tam Wielkanoc, wakacje, wolne i ta dalej, cała reszta to tylko otoczka. Temu ceramiczne czy innorobione jajka, tamtemu nowu, wiecie, wegańskie, z plajzdiku… Wstążeczki, króliczki, ale poza tym, to zwyczajność gwiżdże, kolejny sztorm na horyzoncie już o sobie daje znak. A tak, życie na Wyspie właśnie tak działa.

O sztormu do stormu, od sezonu do sezonu…

Ech.

I nie narzekam.

Jako osobnik urodzony w onej turnusowej zmienności i w niej chowany przez te pierwsze lata życia, jakoś tak ją rozumiem, ba, lubię nawet, ale… z czasem jeszcze mniej i mniej, i mniej toleruję ludzi, więc wiecie, tu leży pogrzebany pies, krowa i stadko kucyków, co się zbiesiły… i nad nimi 666.

Chodzi mi o to, że poprzez oną dostępną ciszę i powolność późnej jesieni, zimy i wczesnej wiosny, jakoś tak człowiek, naprawę sobie uzmysławia, i ludzie schodzą… nie no, nie napiszę, że na psy, bo psy są kochane, ludzie schodzą na jakieś dupkowate stworzenia, których nazwy nikt nie zna, ale wszyscy wiedzą, że co jak co, ale one istnieją i to one postawiają nogę byście się wywalili, skórkę od banana rzucają, słyszycie z krzaków: o jaka dupa i tak dalej… no właśnie o to mi chodzi… ludzi po prostu zmienili się w dwunogi, z którymi lepiej się nie stosunkować.

W żaden sposób.

A czasem, to najlepiej od razu uciekać… chociaż często się nie da, jak napanie na was taki kurier na przykład… ma dla was paczkę, checie paczkę, ale on niemiły taki, obślizgły glizdogonowy typ, który akurat was sobie obrał za cel… wtedy zaczynam krzyczeć. I doceniam to, że jestem legalną wariatką. Szczególnie we własnym domu, bo wiecie, tu we własnym domu, to można przecież i nago kosić trawnik. Można… ino kto to robi? Jeszcze nie widziałam, ale jakby ktoś coś…

Ludzie jednak nie reagują już na krzyk jak kiedyś…

Dobra, mrok nadchodzi, idę podlać ogródek… niech się ona wiosenność napije, przecież jej nie powstrzymam, choć bym chciała… może? Chyba? Nie wiem… często już jest tak, że nie wiem czego tak do końca chcę. Ale wiem czego nie chcę.

Wystarczy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Szafa… została wyłączona

Pan Tealight i Wierszoklet…

„Śmiecił.

Znaczy, oczywiście że on uważał, iż nie śmieci, ino wiersze daruje, ale wiecie, każdy miał na to inne spojrzenie, a w szczególności ci, co woleli czysto mieć na trawniku. Pan Tealight wolał. Wolał mieć trawnik, a nie śmietnisko słów łkających o uwagę… na procentach będących… bez terapii.

Czasem ze słowami jest największy problem.

Ludzom się wydaje, iż pisząc, nie robią nic złego. Bo w końcu wszystko zostaje na papierze, ale zapominają, że papier powstał z drzew, no chyba że z bambusa, ale to już wasze zmartwienie, trza było nie używać obskich wynalazków… papier z drzew, a one jednakowo rozmowne, więc jeśli jeszcze poleziecie pisać do lasu, sukać inspiracji, no i tak dalej, to wiecie, bomba gotowa.

Ale kto o tym myśli.

Kupują te notesy i notesiki, naklejki, ołówki i długopisy… a potem się produkują, bo myślą, że im się ua, że im się jakoś tak, po prostu… no przecież każdy może, każdy powinien, każdy może się sztuką bawić, no przecież… małe formy, większe formy, opasłe tomiszcza, nowele, miniatury, wierszyczki, poematy, fraszki, ścierki, szmatki, Hallmarkowe podsumowania egzystencji…

I coś w stylu: każdy ma w głowie swoje szczęście…

Wkurwiające.

A jeszcze taki, co to mniemanie o sobie ma, że jest najlepszy i wszelako spełnia się jako jebany Misjonarz pisanej mowy… szaleniec i upierd swędzący w reczywistości, coś jak opryszczka, wiecie, co ją leczycie, nie ma, ale wiecie, że jeden powiew, jakaś skórka i o razu wróci, więc… myślicie o tym, by nawet zastąpić sobie usta czymś robotowym, ale kogo na to stać, no kogo?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Polowanie” – … okay, no więc przeczytałam raz jeszcze i pierwszy i drugi tom tak od razu, no bo wyszedł niedawno, no i jakoś mi się podoba bardziej, czy to możliwe?

Właściwie…

Możliwe!

Wiadomo, iż ino krowa zdania nie zmienia, chociaż przyznaję, iż muciek o to nie pytałam, wiecie, jakoś tak żują, większe so niż ja, więc człowiek respektuje oddalenie się od nich, jak już żują… jak nieują też. No ale… oto jesteśmy w kolejnej opwieści o jenym chyba z najbardziej intrygujących postaci Marokowego stadła. Oj tak, ten z jego synów jest moim ulubieńcem, i tak, z powodu rdzenności korzennej. I tak, fajno, że w końcu ma kogoś, ale to miałam być ja… ech, pomarzyć… zresztą, USA nie dla mnie no ale… Nasza świeżo sparowana para, która już swoje przeszła wystawiona została na nowe wyzwania. Musi stawić czoła… cóż, on samemu sobie, a ona… musi w końcu poznać kim tak naprawdę Omega jest i co potrafi.

Właściwie, jak działa.

A wszystko w obliczu wszystkich władców watach… hmmm…

Jest mocno.

Oczywiście, iż część z was spokojnie się domyśli co tak naprawdę morduje innych i czego chce, ale ci, który się nie omyślą, będą mieli niezłą jazdę. I jedni i drudzy wciągną książkę i afunują sobie miłość, trupów kilka i niezłe śledtwo, a wsio okrasone sierścią. No co… to w końcu wilkołaki.

Są sobą…

Książka wchodzi łatwo, jest znajomym światem, do którego wraca się, gdy ona codzienność za bardzo da nam po duszy. Zwyczajnie. Bo przecież im nic nie może się stać, prawda? Prawda?!!! Są bezpieczni…

… ale co, jeśli nie?

Jednego wąta mam: wydanie mi się nie podoba, jakoś dziwnie odwalona ta szata graficzna, bez skrzydełek i tak dalej, ale rozumiem, kryzys… wolę wydaną książkę niż świat bez niej. I nie mogę się doczekać kolejnej… to taka przyjemna magiczność, chociaż casem mnie wkurza jak te wilki robią to po wilkołaczemu… no wiecie, nie do końca, podobnie jak nasza bohaterka zapewne, rozumiem… ten świat.

Wciąż… ale to nic, jest co odkrywać.

Miejmy nadzieję!

Zimny tydzień, ciepły tydzień…

… ludzie wyjeżdżają na rowery, łamią se tam co mogą, potem ostają gzieś na połudiu, bo przecież kady prze ku ciepłu. Tylko nie ja. No dobra, kocham kocyk, ale jednak na zewnątrz musi być jednak mniej niż zero. Tylko nie na koncie. Na koncie wolałabym sumy kosmicznie ogromne, w onym ludzkim mniemaniu, coby mnie tu nikt z matematyką nie posedł, że wiecie, 2 i 2 to 5 być może w takim a takim wymiarze. Się nie dam nabrać. Wszystko to ino semantyka, a płacić za prąd trzeba.

Ceny kosmiczne.

Miało być lepiej, a jest jak jest.

Jestem wykończona onymi kolejnymi wieściami z cenowego zestawu pytań i przemyśleń. Wszystko drożeje, płace się nie zwiększają, czyli powiedzieć można, że jak wszędzie, ale u nas, boleśnie, zawsze było za drogo nawet dla nas, więc… nie wiem… nie wiem jak wszyscy mogą wciąż jeszcze, jakoś tak… żyć. W sezonie ceny pewno pójdą w górę jak zwykle, no i co wtedy? Robić dobrą minę do złej gry?

Bo znowu piga.

Miał śnieg padać, nie pada…

Ale dziwne to jest, że jedni mogą sobie pojechać i leżeć na ciepłych piaskach, a inni nie wylezą nawet  domu, przytłoczeni i pracą i obowiąkami, i jeszcze onymi brakami w rejonach finansowych… nie wiem, nielogiczność świata nie jest nowością, a jednak, jakoś ostatnio boli bardiej.

Może to dlatego, iż trwa od końca 2019 roku.

Ostatnio złapałam się na tym, że nie zauważam czasu międy 2019 a 2023… jakby te lata nie istniały, a przecież były, żyło się…

Czas stał się wymiarem kompletnie niezrozumiałym.

Podobnie jak ludzie, którym już raczej lepiej nie mówić cześć na szlaku, a kiedyś, było inaczej… kiedyś. No weźcie no, nie tak dawno, ale jednak, jakoś dziwnie dawno się zdaje, jakby czas naprawę się załamywał, motki z siebie kręcił i plątał wszystko i się mechacił, i w ogóle… miecz Damoklesa ino i ciąć.

A ja spoglądam w czerń, której nie rozświetla ona nowoczesna technologia lampy, co to się rozjaśnia jak się po nią staje, a tak ino niby jakiś dziwny błędny ognik, podobno śnieg miał padać, ale kto im tam wierzy, tym od pogody… co do lampy, to dziwacznie się załączają, pyknięcie jest takie, jak wybuch małego jabłuszka, więc wiecie, człowiek poskakuje i rąbie w podsufitkę. Jakoś tak… do tego nie można przywyknąć. I nie wyłączają tego, bo to te tam, nie żarówki ino ledy czy coś…

Nie wiem.

Wkurzają mnie.

Żeby je zamontować wycięli tyle drzew… idiotyzm lewel hard… drzewa odcinały ludzi od ulicy, a teraz, żryjcie spaliny!!! A tak było miło jak ona ciemność była czysta, ino gwiazdy, na morzu one statki się chowające przed falami i jeszcze te tam, prawdziwe ognie Elma świętego… czy coś.

I jeszcze pełnia, ale dziś takie chmury…

… więc może odwołana?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wierszoklet… została wyłączona

Pan Tealight i Slalom…

„Najpierw wyrosły patyczki.

Białe z czerwonymi i żółymi paseczkami…

… dość wysokie, zaskakujące jakoś tak, wiecie, jakby śniegi miały nadejść, a one wytyczać drogi bezpieczne, ale przecież nie przez łączkę… znaczy łączkę, która nią jest w sezonie łączkowym, no ale… do patyczków, niczym kwiaty doczepiły się wstążeczki i jakieś takie szurawce wszelakie, pewno plastikowe, ale nikt nie chciał pomacać. Tylko patrzyli na to wszystko. Na one dołki, które się pojawiały, na one wzgórki, jakby nagle Kretowce się pojawiły… ale przecież one wciąż śpią.

Sprawdzili.

Potem trawka jakby się zbiesiła i zmalała, zgęstniała i przybrała mocny, zielony jak trawa kolor. Naprawdę zielony. Wiecie, taki jak zza drugiej strony płota. I wtedy zaczęły rosnąć piłki. Ale no naprawdę, mimo wiatru, mimo zimna, braku deszczu, czy też brutalnej siły nagłej ulewy… sztormu. One wzrastały, powoli, przybierały kształty, kolorów nabierały, nawet jakieś się wzorki pojawiały…

Piłeczki wielkości gałek ocznych…

Ale dlaczego?

Po co?

Jeżeli pojawiły się też one ślady i czerwona szarfa, to po co, gdzieś w oddali, gdzieś tam, gdzie już prawie droga się zaczynała, a onym laskiem i rzeczką, bagienkiem, gdzie mieszkały Naguski i jeszcze tą polną drogą, gdzie żyły Pylenice. Po co one? Jeśli ślady się ugładziły na trawie, jakby niewidoczne dwunogi przesuwały się na jakowyś deskach… po prostu. A jednak, nie tak prosto, bo slalomem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pełnia księżyca rąbie światłem dookoła i po prostu jest… jasno.

Nie no.

Ile można z tym jasno? Ja tak bym chciała powrotu do szarości, jesienności późnej, jakiejś mroczności zimowej… naprawdę. Wiem, że to niepopularna opinia, ale tak wolę. Światło akceptuję, jak pracuję i tyle. Poza tym czasem wolę chmury i poszarości, jakieś cudowne wersje mglistości… wszystko to.

Ale… wiosna idzie.

Chociaż, jeżeli o to chodzi, to mamy za sobą zimowy właściwie weekend. Było w nocy mroźnie, w dzień co prawda słonecznie, lekko powyżej zera, ale jednak wciąż jakoś tak, no nie do końca zimowo. Dziwnie jest tak jakoś, jakby wody nie było. Jakby nie było z czego zrobić mroźnych listów, kwiatów i tak dalej. Szczególnie na szybie samochodu, bo wiecie, w innych miejscach raczej nie.

Nie.

Może rzeczywiście ona mroźność nie może rozwinąć skrzydeł, bo wody brak? Może ta susza już się zaczęła? Może tak naprawę mamy wodny deficyt? Spoglądając w morze to raczej tak, ten podnoszący się poziom wody to chyba nie u nas. Oj nie… wszystko jakby się cofa, ale erozja brzegu postępuje.

Co się dzieje?

Kiedy i jak?

Jakby co, to snestorm był…

Krótki bo krótki, ale się liczy.

Spadające  nieba płatki śniegu… kurde, jakby mogły spadać z innego miejsca, wiecie… no ale, spadające one płatki, tańczące w pochmurności czasem przetykanej agubionym promieniem zagubionego słońca. Ech, piękne to było, ale wiecie, jednak się skończyło i już. przez kilka dni w niektórych miejscach mieszkały sobie niewiekie śnieżne wydmy, ale to tyle… nic się nie zzimniło, poza temperaturą.

Szkoda.

Brakuje mi zimy, a tu już wiosna wali do drzwi, niewychowana, nie puka…

No cóż, trzeba wziąć się w garść i za robotę, bo przecież… a może nie, może jednak potrenuję lenistwo, bo mi kiepsko idzie? Wiecie, czemu nie? Przecież co jak co, ale trzeba poznawać nowe. Inaczej człek w jakowejś stagnacji się zanurza, a tego nie lubię. Mam za dużo pomysłów na twórczości i książki i jeszcze pasje i robotę, no i jeszcze dom i to i tamto, pewno i wrony, ale…

Nierozumiem jak ludzie mogą się nudzić.

Nie rozumiem…

Ale ja ostatnio niewiele rozumiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Slalom… została wyłączona

Pan Tealight i Portki…

„Z daleka wyglądały jak typowe dżinsowe…

Wiecie, takie mocno powycierane, całkowicie sprane, jakby chcące ze sił wszelakich, wątku i osnowy, udowodnić, że znoszone, albo kłamliwie, po prostu tylko na takowe wyglądające. Z paskiem, ciemniejszym o kilka tonów, więc może i skórzanym, ale by się przekonać, musieliby się zbliżyć, a jakoś nie chcieli…

Ale najdziwniejsze było, że stały, co oznaczało, iż mogły mieć nogi, stopy nawet, gdy trawa sięgała rąbka szarpanego nogawek… wtedy niewidoczne wszystko. Nawet zimą, kiedy to powinien śnieg wszystko spowijać, dawać ino wytchnienie, rozgrzeszać z win przyszłych, przeszłych i nijakich…

Wszystkich.

No więc stał tam, czy stały, bo wielka gałąź zakrywała wszystko to, co powyej paska, z klamrą, bo coś się łyskało w rejonach nadzipperowych. Nie pytali do kogo należą, nie miało to znaczenia, ważne było tylko to, iż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczęła się bać… niekoniecznie ich, ale może wspomnienia, może jakiegoś snu, dnia sprzed dni obecnych… nie chciała wychodzić nie tylko do Sklepiku z Niepotrzebnymi, ale w ogóle z domu.

Jak wtedy, gdy pożerała ją Nicość Największa…

… jak wtedy.

Ale te spodnie, dżinsy, nie o końca rurki raczej, chociaż dość obcisłe, raczej, uwidaczniające wszystko, ale jednak nie jakieś porwane… może i obiekt w nich się znajdujący był umięśniony, może ino tłusty michelinowo, ale jednak, co, jeśli w nich nikogo nie było…

Nikogo?

Czy tego się bała?

Podświadomie… niebytu w czymś, co wskazywało na bycie, istnienie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Co mi się udało upolować… cóż, trochę starego, trochę nowego…

Znaczy, nie, nie aryzykuję używanych książek w swoim księgozbiorze, po prostu się boję. To paranoja, ale… wiecie, stracenie wszystkiego uczy strachu. Jakbym już nie była nim wypełniona po cebulki włosów, ich końcówki, na szczęście nierozwojone. Na szczęście… ech…

Najważniejsze, że mam co czytać, przynajmniej na razie… i już.

No więc zapowiedzieli snestorm…

I ludzie chyba nie uwierzyli w oną zapowiedź, w wiatr tak, ale śnieg, cóż, raczej nie. Raczej… wiadomo, że może i zimno, coś tam w powietrzu zaczęło rano tańczyć, ale jednak, jednak nie ostało na długo… wiatr po kilku godzinach się zmienił na cieplejszy i wszystko stopniało, ona urocza mroczność się rozwiała, uderzające o szyby płatki zniknęły, deszcz, wiatr… i nagle zniknęło ono magiczne uczucie wszelakigo odcięcia się o świata, który boli i rany stare rozwiera, jątrzy…

Snestorm jest moim ulubionym stanem natury, obok havgusa… niby wieje, ale dziwnie niestrasznie, śnieg zatyka okna, oblepia wszystko, sprawia, iż Wyspa zamiera bardziej, ale też ofiaruje oną dziwną, pokrętną spokojność. Jakieś takie wyciszenie, to wprost katharsis, chwilowy, ale jednak… oczyszcenie z onego współczesnego hałasu, motania się w sprawach, które tak naprawdę nas nie dotyczą, które tylko odciągają nas od codzienności, które odpychają nas od dbania o to, co dookoła…

O siebie i tych, których kochamy, o ogrody, drzewa, lasy, trawniki i łąki…

Rzeki i jeiora…

Od słuchania morza.

Od wsłuchiwania się w oną wietrzną muzykę. Od… natury, której częścią jesteśmy i nie możemy temu zaprzeczyć. Zwyczajnie. Patrzenia w niebo, robienia rzeczy nieinstagramowych i wszelako nudnych może, zwyczajnych, a jednak poprze oną zwyczajność w tym niezwyczajnym świecie… niesamowitych. Po prostu… nagle bycie kimś, kto sam sobie wystarczy jest…

Złem.

Niedzielenie się sobą…

Z nikim?

Nie, niekoniecznie, po prostu… nie robienie z siebie cyrku dla uciechy innych i to właściwie za armo. No weźcie no. Kto to robi? Serio? Pokazówki, zdjęcia i nazywanie tego wyzwoleniem, że można pokazać dupę w mediach… jakkolwiek one media postrzegamy, jednak są one… dziwne. Kiedyś były wyłącznie dla niewielu, diwnie dostępne tylko dla tych nerdów… a teraz…

Śmietnik.

Właściwie, to co jest ważne, tak naprawdę?

Podobno trzeba być sobą, no ale… nie dziwota, iż są ludzie, którzy umykają od internetów. Których nie można nawet wygooglić, aczkolwiek to mnie trochę fascynuje, bo przecież wrzucić nie musisz, ale za ciebie ktoś to może robić. Jakieś listy zatrudnionych, podpisy pod zdjęciami…

Czy można nieistnieć w sieci?

Cóż… w wietrze człowiek się czuje taki trochę nieistniejący. Jakby był poza światem i czuje się, a może to jednak tylko ja… możliwe, że to tylko ja, ale czuję się bezpiecznie odcięta od świata. Jakbym potrzebowała go wyłącznie w przypaku usług, dowozu książek, rukowania ich i tak dalej… no i wiecie, sera sama nie zrobię, jajek nie zniosę, chociaż… LOL wiecie, dla chcącego… LOL

W wietre snestromu jest dziwnie cicho, chociaż duje i stuka o okna.

Chociaż przewraca krzesła i rzuca łopatą do śniegu…

Ale bez śniegu wiatr już przeraża. Bez śniegu staje się tylko niszczącą siłą, zwykle, miotającą przemiotami, falami straszącą… drzewa wyrywającą… jakoś już nie jest tak miło. No ale, cóż… natura. Z nią nie możesz się zmagać, przeciągać lini, struny naciągać, ją trzeba zwyczajnie zaakceptować i odnaleźć coś w tych żywiołach. Coś takiego dla siebie… tylko dla siebie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Portki… została wyłączona

Pan Tealight i Pacjent…

„Miał nawet taki ten fartuszek, wiecie, co to tyłek było widać, frontu się nawet nie trzeba było domyślać, zrobiony z papieru właściwie, wiązany gdzieś tam z tyłu, gdzieś jakoś na zdrowaśkę i jakiegoś ojca nie do końca waszego, do tego miał i bambosze, ale też, wiecie, liche strasznie… tyż jakby z dykty robione, klejone na wieczny niepoczynek, czy z czegoś takiego, nikomego innego wykonane, zlepione… namoknięte były, to na pewno, pełne mchów i cykających derwiszów.

I jeszcze opaskę na nadgarstku…

Zieloną.

Neonową właściwie.

Na niej widoczne były jakieś znaki, ale w jakim to alfabecie, nie dociekali, zwyczajnie wyciągnęli maski, a jak w Sklepiku z Niepotrzebnymi maski są grane, to wtedy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane ma doprawdy używanie… bo ona sobie wrony nie do końca swoje woła, a one zawsze chętne dziwnie, może i przekupione, no robią za całe okrycie ciała… ale to jest widok, prawdziwie niezapomniany i dla wielu ostateczny zarazem.

Czasem tak jest…

On chyba nie zakumał. Pacjent z Niewidocznego Może Szpitala Dla Błąkających Się… ale też raczej tego nie oczekiwali… widzicie, ostatnio było nudnawo co poniektórym, więc się zabawili. I powstał obraz na ścianę, nadmiernie realistyczny, oniryzmy pływały w powietrzu i hieroglify kląskały w błotku rozmokłego śniegu, którego nie było, nie mogło być, a jednak był… i ognisko było, a jakie kiełbaski i kotleciki, nosz po prostu, ju tak dawno się tak nie bawili, nawet wiatr się skusił i ucichł… Ależ no… jak można tak myśleć, oczywiście że go też nakarmili.

Pacjenta.

W stylu starych, dobrych wiedźm… tych z bajek dla dzieci.

Tłustych dzieci.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klątwa dla demona” – … trzy… i kurcze nie mogę się doczekać więcej, bo tak wiele linii tej historii poostałootwartych, nawet nienadszarpniętych, nawet nie napiętych, a inne się lekko zmechaciły, naruszyły, ale wciąż trzymają. Wciąż, jakoś tak, nie wiadomo nic… znaczy wiadomo, że nie wiadomo…

Nasza bohaterka, wiedźma od klątw, po przejściach z Czarnoksiężnikiem, znowu wpada w kocioł spraw, wyzwań… no weźcie no, jak już sama Syrenka coś odwala, to wiadomo, że będzie się działo coś większego, ale jak jescze większego? No i… jak to… ale będzie się działo tylko dla niej i dla jej rodziny oraz jej młodej wychowanki, która w końcu powinna pogadać z rodziną.

Powinna…

Czy inni też dostaną po tyłku?

A może i cały magiczny świat?

… więc mamy przepowiednię, uczucia, fakty, wszelaką, panoszącą się nieależnie od magiczności wolę bogactwa i nepotyzm, no wiecie, wszędzie są ci, co zwyczajnie chcą zarobić i utrzymać zarazem i kasę i władzę. Rodzina to sprawa wielka i ważna, a nasza bohaterka, cóż, pewno wolałaby trochę w końcu wolnić, może i zatopić się w otchłaniach nowej posiadłości… być po prostu, nie bronić, nie chronić, nie rozmyślać o tym czym tak naprawę jest jej dar…

No właśnie.

I czy on wie…

Świetna kontynuacja serii, pięknie napisana, wciąż trzyma w napięciu, dobrze rozłożona, tonowana, wciąż nie wyjaśnia najgłębsych sekretów, nie odkrywa kart… trzyma tam je przy onych swych magicznych orderach… chyba tak to się mówi, co nie? No wiecie sami, po prostu, wciąż kręci… Czytać od początku. Znaczy od pierwszego tomu, bo nie warto tak w środek włazić.

Oj nie.

Pożar, wyprawa do miasta, no i havgus…

Tak można przetłumaczyć ostatnie wydarzenia… a i jeszcze wojsko. No tak, to ostatni dodatek. Może jednak powinnam zacząć od początku? Od tego, że wiedziałam kompletne nic, a fajczyło się podobno nieźle i to całkiem niedaleko od nas. Nie słyszałam karetek, ni onych tam, strażackich syren… nie wiem dlaczego, powinnam przecież. A może to przespałam. Wiecie, snem na jawie?

Nie wiem…

Ale dach i pewno wnętrzności jednego z onych klockowatych domków, białych, z ceglastym dachem, wiecie, z ceną za wynajem taką, że lepiej coś kupić… a no właśnie, co do kupowania, kto mi wyjaśni w jaki sposób aktorka „Emily in Paris” nabyła posiadłość w Kopenhadze, czy pod miastem?

Jak zwykle, jak posmarujesz to możesz… no nie wiem, wymagania mają, ale widać, jak zwykle nierówne… no mniejsza, ona se będzie tu przyjeżdać, albo i nie, a tam ludzie mają problem z remontem podczas ciągłych wiatrów. Widać, że wsio zafoliowali i czekają, ale na co, jeśli ma nadejść zima?

Nie wiem…

Znowu nie wiem.

Niewiedza czasem jest błogosławieństwem. Jednak jakoś tak, nie wiem… wkurzać powinno mnie to wszystko, ale jednak, jakoś tak, nie mam na to siły. Na nic nie mam siły, nawet na tę podróż do miasta, comiesięczną, wiecie, trzeba kupić papier do zadka i takie tam, w cenie morderczej, ale wciąż mniejszej niż u nas. Bo nadal pogrom cenowy na wszystko wszędzie, ale promocje czasem się zdarzają.

Wypłaty niestety tylko raz w miesiącu.

Niestety…

No ale… miasto.

Oto jest i nasza stolica… nie zmieniła się. Wciąż poza sezonem na chodnikach pusto, ale też i w sklepach niewiele. Dziwnie niewiele jak się człowiek napatrzy na one hamerykańskie vlogi, ja pierdziu, te Walmarty i inne tam sklepy jak moja Wyspa, rozmiarowo… ja nie mogę, czy to prawda, no mniejsza… pewno prawda, komu by się chciało kłamać w takim temacie? No komu?

Wielkanocne pierdolety dostępne w Tigerze.

I to tyle…

… ale może na razie, w końcu ta cała Wielkanoc tutaj jest tylko przerwą od pracy – a jak o przerwach mowa, to w przyszłym roku jeden dzień mniej wolnego od pracy, wychodzi na to, iż Dania za mało pracuje – przerwą od pracy, którą ludzie zwykle wykorzystują na wyjazdy, a nie jajeczka i koszyczki.

Taka prawda…

Ale czasem wiszą na gałęziach piórka kolorowe, przy kościołach, gdzie ksiądz baba dosłowna, i nibyjajki jakieś nawet… choć najczęściej ekologicznie nie wiszą. No wiecie, takie czasy.

Ale…

… tym razem chodziło i havgus. Nie o zakupy, nie o oną comiesięczność i kupowanie kartek na cudze urodziny, chociaż tak naprawdę to mój urodzinowy miesiąc… hej no, mój i już! No ale, po drodze ten havgus przewalający się po drodze, potem drzewa plączące w nim nagimi gałęziami i jeszcze… jeszcze… no właśnie, ona pochmurność, wdzięczność dziwna powietrza… taka inna niż słońce nad Gudhjem… bo widzicie, jak nad Wyspą havgus był, tak nad Gudhjem słońce było…

Dziura we mgle… dziwne to.

A tak kocham havgus, dlaczego mnie omijał, aż go gonić musiałam… ech, no cóż, ważne, że go złapałam, i havgus i papier w promocji, i nawet masło dla Chowańca. LOL Są w życiu priorytety. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pacjent… została wyłączona

Pan Tealight i Kamyczek…

„Mały był.

Naprawdę malutki…

Właściwie mikroskopijny, więc nie dziwota, że go połknęła, jak z wiatrem gnał, dzieś tam pęził, mooże i miał umówione spotkania, wiadomo, jak już coś/ktoś tak leci, to po prostu musi mieć jakieś większe powody, a nie tak po prostu… no i wiadomo, raczej już nie mieli się dowiedzieć gdzie… bo jak go teraz zapytać? Jak jest tam w środku… znaczy, tak im się wydawało, bo przecież, nawet jej nie powiedzieli.

Starali się nazbytnio na nią nie patrzeć, ale któreś wtopiło i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wybuchnęła. Co oczywiście nie wywaliło Kamyczka na zewnątrz, ale jednak było intrygująco. Bo nie wywaliło go. No weźcie no. Dokładnie sprawdzili… i nie, nie powiedzieli jej dlaczego taki zamęt robią dookoła jej osoby, ale też nie mogli jej pozwolić odejść.

No na pewno takiej niepilnowanej.

Nie mogli…

Ale jednak Kamyczek… nie dawał kompletnie znaków kamyczkowego życia. Czy też raczej kryształowego, wiecie, pierun wie, jasny był taki, niczym szklany prawie, może i był odłamkiem kryształowego lustra… może był… wiecie, tego od Zimowej Właczyni, co to Kaja męczyła. Zboczona baba…

A co jeśli to było to?

Odłamek zimowego lustra?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe śmieciarki i ludzie drony widzący…

Na niebie.

Znaczy nie śmieciarki na niebie… chociaż, kurde, kto to wie, może to śmieciarki. Ech! Jeśli chodzi, w temacie śmieciarek, to wiecie, nowe mamy. Nie takie kolorowe, czerwone, żołte, z wrednymi kolesiami… kiedyś byli niewredni… ale w czerownych i żołtych. A potem, znaczy wróć, a teraz mają być białe. No wiecie, bo śmieci to chyba takie czyste są, czy coś? No serio? Wciąż nie mamy poziłau śmietnikowego na one, za któreśmy apłacili, no ale… jednak nie, nic z tego. I wiecie co, chyba mi się nie spieszy. Bardzo wcale, a wcale. Wystarczy mi to, gdy w Szwecji trza szukać pojemników by wyrzucić co się podzieliło wykonując magiczne sztuczki z nożami, nożyczkami i zębami… no co… wszystko jest jednak dziwnie łączone, więc…

W okresie epidemii coś się w tej części Szwecji, którą lubimy najbardziej, zadziało, one pojemniki poznikały i teraz to bądź mądry i jeździj z tymi woreczkami. Tak to się zwykle kończy, bo one woreczki malutkie, butelki wiadomo, oddaje się, bo przecież za to się płaci, ale jednak cała reszta… szklane… ech, ile tego człek ma, większość i tak zachowuje, po prostu, jakoś tak sobie coś z tym robi… prawie nic, ino ten papier ma, ale to tylko dlatego, że są gazetki reklamowe, sorry, ceny masła są istotne na Wyspie! Jak człek biedny to jednak trzeba się naczytać i naszukać.

No ale… zmiana kolorów śmieciarek… wiecie, news na topie.

Jak nowy exit, Froxit?

LOL

Ale… co do dronów…

Jakoś przez kilka dni, dni kilka temu, gdy to na niebie odbywał się taniec planetarny… ludzie zaczęli dzwonić na policję, że jakieś drony ich podpatrują… i w ogóle, ruskie pewno, no precież wselakie zło tego świata na nas napaa i w ogóle, więc przyjedźcie i nas uratujcie, i w ogóle zabierzcie ich stąd!!!

Czasem się zastanawiam jak to jest ze szkolnictwem w Danii.

No naprawdę…

Ale…

… planety rzeczywiście szaleją sobie, jednak robiły to już wcześniej, więc… może jednak patrzymy częściej w górę… oglądał ktoś? Naprawę dobry film, jak rzadko. Ale może jednak za dobry, kto tam wie jak to współcześni na to spogląają… pełni onych pozycji serialowych. Wróć, może jednak chodzi o to, iż ludzie za sporadycnie zauważają one zjawiska na sklepieniu niebieskim i… nie no, przecież każdy ma telefon, dobra, ja nie mam, ale ludzie normalni mają telefony i od Chowańca wiem, że jest apka, która pokazuje, co jest na niebie. Jak i pokazuje co jest na morzu, czy jaki to samolot właśnie wam spojój zakłóca, no wiecie, normalność współczesności…

Ech.

No ale, policja miała ubaw.

Ciekawe jak im tłumaczyli co się dzieje? Jeszcze w Danii, gdzie i tak wykli ludzie z trudnością się ze sobą dogadują…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamyczek… została wyłączona

Pan Tealight i Aurorka…

„Upierdliwy dzieciak z loczkami w miejscach, w których nikt by ich nie chciał mieć i tak, można o tym mówić, bo chociaż dzieciak, to tak naprawdę miała prawie tysiąc lat… dziwna, lekko wampiryczna postać… w zwiewnej, krótkiej sukieneczce, niewielkim weloniku, jakby miała zaraz w jakimś mieście Italii do komunii pierwszej iść. Albo i jeszcze kwiatki sypać, niewinność wcielona, chociaż i dziwnie podejrzana…

Jakoś tak, była i nie była czystością…

Chciała i nie chciała nią być, chociaż, kto to tam może wiedzieć tak na pewno czego chciała, czym była, kim, może nawet nie była dziewczynką, w deszczu wiosennym przebiśniegi zbierającą, bawiącą się liśćmi zeszłorocznymi, uchachaną ich chrupkością niesamowitą, do onej rzeki idącą, w niej się przeglądającą i z mostu popatrującą na omszone kamienie, czekające promieni słonecznych…

Może… już nic nie było tym, czym się zdawało?

Może…

Ale przecież wiedzieli czym była, odbiciem tego odbicia, które próbowali nazwać zorzą polarną, ale które nią nie było… rozmytego światła na nocnym niebie, które sprawiało, że Wiedźmie Wronie Podartej Przez Książki Pomordowane przypominało wielkie miasta. Straszne miasta. Miejsca, z których uciekła i o których nie chciała wracać, nigdy, przenigdy… po prostu, koszmary, chociaż i ludzie… a może dlatego, że właśnie ludzie, może dlatego?

Światło pojawiło się na niebie Wyspy.

Onym wyjątkowym… i pojawiła się ona.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No tak, no właśnie i w ogóle…

Nie dość, że jakaś koniungcja czy inne dziadostwo, planety z Księżycem taniec synchroniczny uprawiają. Zaraz, sprawdźmy, co tu mamy: Jowisz, Wenus i kto jeszcze, a tak nikt więcej, chodzi o to, że tak się zbliżyły do siebie 1go i 2go marca, że aż… kurde no, nie mam siły. Nie wiem dlaczego, ale nie mam siły, może ona miłość i zapowiedź wszelakiego finansowego pomyślnościowego się sprawowania jakoś mnie wydudlała… naprawdę… mega to wygląda, szczególnie na onym naszym nadmorskim niebie bez świateł miasta…

Ale…

Zmęczonam.

Sprawdzam dalej to niebo, Marsa wiać, podobno nowu coś ma spadać  neiba, jakaś kometa pod koniec miesiąca się szykuje, ale to mój urodzinowy miesiąc, więc wiecie, jednak mui się dziać… pełnia za kilka dni… i sąsiad napierdala piłą. Chyba go uciszę, potrzebuję ciszy na one kontemplowanie nieba, nic to kurna, że słońce wciąż wali, dzień przecież, ale wiecie… cisza ma być. LOL

I po kiego on te drewienka tak tnie…

Komina nie mają… zauważyliśmy to dość niedawno, właściwie w zesżłym miesiącu i do dziś mnie to jakoś… no wiecie, może jedzą, może są w stanie trawić one sczapki, wolą takie z kleszczami w żywicy czy bez?

A może bez wolą, ale nie kwitnie jeszcze…

Nadal mało co kwitnie.

Wracając do sąsiada, to w końcu się uciszył…

Ech, wiem, marudzę, ale szczerze jakś tak… moe to one planety, a może ta aurora… no wiecie, ludzie poszaleli, siedzą po ćmoku dookoła linii brzegowej i zwyczajnie fotki cykają. Jak jacyś nawiedzeni, a przecież to ino poświata, nie ma się nijak ijak do prawdziwej aurory, ale… cóż…

Kiruna pokazała swoje światła, wiecie, tak w haśle narodowym: „hold my lakrids”, co nie… bo beer tu jakoś nie pasuje. To jednak Szwecja, może hold my fika? Jakkolwiek, więc rąbnęli tym obrazkiem zieleni na górze i bieli na dole i wiecie, jakoś te nasze, dziwnie południowe odpryski światła są skromniutkie, ale są… tylko, jakoś nikt nie myśli, nie pisze o tym, co to znaczy… wiecie, zwiększona aktywność słoneczna i tak dalej… już to poranne słońce tak rani oczy, że nie można wytrzymać…

Potem jest tylko gorzej.

W ciągu dnia ona siła narasta, a przecież to wciąż zima!

Jak to?

I kolejny dzień mija, mrok dopiero nadejdzie, pewnie jak zwykle nagle, pewnie jak zwykle  z nienacka, podnosisz głowę znad książki, czy gorzej, wyciągasz ją z laptopa, jakoś tam utkwiła i widzisz co? Ciemność…

I świeczki u sąsiadów.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Aurorka… została wyłączona

Pan Tealight i Spokojny Dzień…

„Obiecał jej go.

Nie do końca wiedział co mówi, dopiero później Ojeblik – mała, ucięta główka go uświadomiła, co tak naprawdę jej obiecał, no i przede wszystkim komu obiecał. Jej. A jak jej, to musiało się spełnić.

Musiało być tak, jak ona to widziała.

I zadbać o NOC!

Prawda jest taka, że by poznać noc, trzeba najpierw przetrwać dzienność i odwrotnie, by zatopić się w dzień trzeba skąpać się w mroku, więc… jakkolwiek by to brzmiało poetycznie, takoś jakoś milusio i wszelako górnolotnie, do tego w szklance kostki lodu i napój w kolorze siuśków datowany na lata, o których nikt już nie pamiętał, nikt taki codzienny… przynajmniej… i jeszcze koc, koniecznie w krateczkę i fotel skórzany walący jakimś bydłem, wszelako nie czworonożnym.

latego najpier musiał zająć się nocą…

Ale z nocą to już nie jest tak łatwo, z dniem jednak łatwiej, nie oszukujmy się, dla większości łatwiej bo podobno i widzieć lepiej i jeszcze jakoś tak naturalniej, w końcu wiadomo, dzienne byty lepiej czują się za dnia, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane to raczej wyłącznie pochmurno coby było i jeszcze dodatkowo żeby śnieg walił, a już snestorm, oj tak!

Tak chciała.

Dla niej Spokojny Dzień to był wyczyn.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przysługa dla czarnoksiężnika” – … oj. Oj tak. Oj, tak dobrze, że wzięłam od razu obydwa tomy a i trzeci pojawił się wkrótce, więc wiecie, jakoś tak… miałam kilka dni tylko z nią. Specyficzną wiedźmą/czarownicą, jak zwał tak zwał, widać, tutaj to za jedno?

To mój jedyny wąt!

Naprawdę.

Kolejna książka po Kołysance, to jej oczywista kontynuacja. Właściwie możnaby było przewidzieć, że tak to się rozwinie, no ale, te wszelakie wstępy, zakręty, one opowiedzenia i niedopowiedzenia autorki, te osobowości, ale też i nienarzucanie ich do końca bohaterom, oj tak, to się czyta. Szkoda tylko, iż o samym świecie tak mało. Za mało by naprawdę się wtopić w oną Warszawę.

Ale… mi i tak bardziej nie o Warszawę a chatkę chodzi, ale wiecie…

Każdemu co tam se woli… O woli tu wiele nie ma, jakby co, ale wiecie, ja z Wrocławia, więc, ekhm, no… mniejsza. Oto ponownie należy zmierzyć się ze złem i złamać parę klątw, kilka ropątać i jeszcze uczyć i zająć się tym kolesiem i tym drugim też. Kurcze, żeby nie było, to czyta magia, żadne tam miłostki…

Chyba?

No mniejsza, wciąż nasza boahterka ma tajemnice, wciąż chyba do końca nie wie kim jest i jakoś tak, no nie do końca sobie z tym radzi. Ale też nie ma czasu by się nad tym zastanowić, gdyż za chwilę cały jej świat może legnąć w gruzach a z nim ci, których… no chociaż znosi, czy lubi… kocha… więc rusza do boju. Nie do końca myśląc o tym co robi, nie fo końca ZNOWU dbając o swoje dobro. Na szczęście ma przyjaciół i rodzinę… Na szczęście? A może tylko ma farta?

Ech… zaczytałam się, przyznaję.

Jakoś tak fajnie to wszystko spisane, jakoś tak wchodzi w człowieka łatwo, nasza bohaterka nie ślini się na widok każdych portek – miła odmiana w przypadku tego rodzaju książek – jakoś tak, naprawdę dobrze jest. Jęyk niesamowity, wyczuwalna nutka wprawy lingwistycnej i obycia w terenie. Oj, miła odmiana. Ale te o tego jakaś taka babskość nienachalna. Wiecie… urban fantasy w przypadku bohaterek często wiąże się z mnogością stosunków… ekhm, i nic w tym złego, ale często one nic nie wnoszą do tekstu, a tutaj, jakoś tak… dziwnie normalnie. Bardziej powoli wszystko się dzieje. Jak trza dorwać złoczyńcę, to na niego polują, a nie migdalą się w krzakach…

Miła odmiana! LOL

Polecam!

Temperatura szaleje.

Najpierw śnieg, wiatr bolącogłowy, potem ciepło, nosz po prostu szaleństwo. Niczego nie możesz być pewnym, jak się ubrać, czy brać rękawiczki, czy nie? Czy będzie drapanie szybek w aucie, czy jednak się upiecze?

A może wodę trza ściągnąć?

Z jednej strony wiadomo, wszędzie natura szaleje, ale jednak tutaj jakoś tak to się ostatnio inaczej czuje. Jakby coś w powietrzu łkało, jakby domagało się posłuchu, już nawet nie groziło, a błagało, by go posłuchać. Wysłuchać onej pieśni, błagalnej tak naprawdę, ale o czym prawiącej? Nie wiem, nie mogę rozpoznać słów. Coś je dusi, miażdży, jakby gdzieś tam zmagały się ze sobą dwie siły… Czy jedna jest dobrą, czy złą, to nie ma to znaczenia, bo przecież i zło i dobro tak naprawdę zależą wciąż tylko od tego gdzie i na czym się siedzi, nie oszukujmy się…

Zło i dobro.

W tej kulturze to jest złe, w tej neutralne, a w tej w ogóle nikogo nie obchodzi… proste. Dobro wszelako pojęte może prowadzić do zła, więc… jak to rozwiązać? Kogo słuchać? Siebie? Hmmm… a może jednak wsłuchać się w ten wiatr? W oną przyrodę, w której o równowadze można tylko pomarzyć? A może jednak i w siebie, w końcu jesteśmy częścią natury… jak te fale i drzewa…

… połamani, zabrudzeni.

Pełni plastiku.

Ale z drugiej strony, czy tylko o plastik chodzi… czy o oną nienawiść w ludziach, może i niegdyś drzemiącą, ale teraz wyłażącą na wierzch… i do czego zmierzam? A oto ludzie zaczęli się u nas, no dobra, nie tylko u nas, ale w ogóle w spokojnych wszelako miejscami krajach Skandynawskich, niespokojnie i nadzwyczaj werbalnie, pieklić. I to o co? A bo chleb się skończył, czy ciastka ulubione już wykupione. Bo robią tylko tyle i tyle, a popyt przewyższył sprzedaż… i ludzie lezą tak specjalnie, wiedząc, że nic z tego nie będzie i drą się na piekarza czy cukiernika.

Wiecie…

Jest ten wkurw w narodach.

I wyłazi… i plecie swoje historie i mami we łbach innym. I jeszcze jakby obdarzała ich oną siłą, która dotąd ino działała w internetach… wiecie, ten cały hejt, cancel culture i tak dalej. To wszystko już niby od dawna jest na zewnątrz, ale ostatnio, jakoś takie jest bardziej i namacalniej widoczne.

Jakoś tak…

Ciągłe trąbienie o kryzysie elektrycznym, ludzie dostający rachunki tak wielkie, że nie sposób tego myślą objąć… jeśli ktoś się nie przestawił na zmienną i nie siedzi po ciemku po ćmoku i w zimnie, to wiecie, szczerze bardzo ma przejebane – sami jesteśmy tego przykładem. I nie, przeklinanie jest tutaj jak najbardziej wskazane. Bo jak inaczej oną bezsilność wydostać z siebie? Co zrobić? Ile można tłuc w kamienie na plaży… zresztą, nawet one mają uczucia.

A rząd… ich nie ma.

Bogaci… mają je dla siebie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spokojny Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Znośność…

„Znośność Winna przyjechała na wywczas… jakoś tak, niby się zapowiaała, ale wiecie, poczta czy ta czy ta, jakoś ostatnio nadmiernie wiało, bóle głów targały nawet bezgłowymi, więc wiadomo…

… może i coś posłała, może i kogoś…

Nic i nikt nie doszło, dotuptało, doturlało się, czy jakoś tak.

… się więc nie spodziewali, jak nagle zjechały kufry. Wiecie, takie, jakie pokazują na onych filmach sprzed wojen, kufry skórzane, ze złotymi i srebrnymi okuciami,  żelaznymi łańcuchami i kłódkami, wszelakimi dodatkami, oblepione jakimiś napisami, naklejkami, jakby same w sobie były podrónikami i na sobie nosiły znaki miejsc, w których było im… cóż, jakoś im tam było, może źle, może dobrze… tego nie miały napisane na sobie, mogły zapewne się rozgadać o tym jak było tam, czy tam. Na przykład ta nalepka z żyrafą, albo ta z pociągiem i dziwnym słoniem, co jak co, ale trudno było dojrzeć, czy to bardziej słoń niesie coś, czy pociąg gdzieś goni…

Trudno.

Potem były pudła na kapelusze…

… znaczy, wiedzieli o tym tylko dlatego, znaczy okrągłe, ale wiecie, że na pewno na kapelusze, ponieważ te się wysypały, jak nagle cała góra, dziwnie skwapliwie poukładanych w idealną krzywą wieżę rąbnęła na trawnik i się zaczęły toczyć i piórami machać. Przez chwilę myśleli, iż to kury czy inne ptactwo, niektóry przyszli z patelniami, ale nie… tylko kapelusze, może i jadalne, jeszcze nie spróbowali, bo pojawiły się worki, woreczki i torebeczki. Niektóre nawet popisane imionami…

Jakby prezenty…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I tak, nagle, z nienacka całkowicie zapowiedzieli śnieg.

Po kilku dniach wiania, temperatury w okolicach 10 stopni, choć nocami mocno niższej, czasem i minusowej, choć prognoza ostro twierdziła, że nic takiego nie miało miejsca… dziwnego, ciepłego wiatru, może i Sahara pyliła, w końcu teraz to takie całkiem inne reczy w tym powietrzu mamy… może i nie, ale nagle ma być śnieg. Wiara w to, iż prognoza się sprawdzi? Minus siedemset!

Cytując klasyka…

Ale…

Wiatr pojawił się nagle, nocą, załomotał dziwnie, wewnątrz ścian, wybudził wszystko i wszystkich, jakby jeszcze kurcze między nimi jakaś różnica była i po prostu przyniósł strach… dziwne uczucie, ale istnieje. Przynajmniej w moim przypadku. Wiatr z emocjami, logiczne, cóż… logiczne dla mnie. Może być wiatr radosny, może być dołujący, przerażający być może też… jakby zbierał emocje po świecie, magazynował je, a potem zrzucał tutaj, chociaż, pewno nie tylko ale jednak.

Ucucie.

Uczucie i deszcz, który miał być śniegiem.

Cóż, śnieg pojawił się dopiero nad ranem, w niewielkiej, smutnej ilości, wiatr nie ucichł, więc ogólnie mówiąc degrengolada wszelaka. Nie zima, ale kosmiczne oszustwo! Pohukiwanie, piski w ścianach, może i wilcy się tam zalęgli, może i Gaimana porwie ona teraz dziwnie narastająca poprawność polityczna i ju nie będzie wolno wilków w ścianach mieć, bo to nieekologiczne… a że to ścienne wilki, to ich tam rybka, znaczy ość, bo żywych, no wiecie sami… cyrki, jakie te czasy ofiarują przebijają te z czasów komuny, co się z Alternatyw człowiek naoglądał.

Ten świat jest aż nadzwycajnie porąbany… książki znowu będą cenurować, Dahl idzie na pierwszy większy ogień po Potterze, a jakoś Tik Toki mogą epatować sprośnością i seksem nieletnich, być pożywką dla wselkiej maści zboceńców, no bo i w końcu w dzisiejszych czasach możes yć jak chcesz… czyż nie?

A jednak… co wam do książek?

Przecież i tak mało kto czyta.

Już mnie wkurzyło, iż nie można znaleźć starych tłumaczęń takich filmów jak „Coś” czy pierwsi „Ghoustbusters”. Ten odcinek, w którym czarny mówi, że ze strachu bieleć można. Okazuje się, że już nawet jemu nie można, wolno ino osiwieć. Pozostała ino niegrzecna reklama Head and Shoulders czyli „Ewolucja”.

Jak długo?

Oto mamy one oświecone czasy, ten wiek, co to się nie tylko cofa, ale w onym zacofaniu zakręca i zeżera swój ogon twierdząc, że wcale a wcale go nie boli. I już. Tak po prostu. Ugrzecznione „Wiedźmy”, luzie, którzy już kompletnie nie wiedzą co powiedzieć, cy zrobić, pomóc upadającemu, cy go tym obrazimy bośmy nieczyści i dotknęliśmy coś na kształt świętego… niewiedza… nadmiar durnej wiedzy?

Tak naprawdę odbiera się nam wiedzę przydatną, dotyczącą natury, a narzuca oną… no właśnie, nadmierną. Jeżeli istniejecie w jakiejś innej kulturze, chcecie w niej wzrastać, oczywiście, że musicie się wiele nauczyć, ale po kiego mi ta wiedza? Wszystkie określenia nakryć głów kobiet islamu…

Po co?

Ech, te nazbytnie myślenie, gdy wiatry przychodzą… tak to już jest. Na zewnątrz już resztki po śniegu, ale jakby co był śnieg w lutym, zanotowane!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znośność… została wyłączona

Pan Tealight i Laska Mocy…

„Oj, jak tylko wspomniał, że w lesie wyrosła, nosz jaki był rechot na dzielni!

Jakie to wszyscy mieli od razu pomysły… nie takie, jednolite… w znaczeniu wróć, właśnie takie, jakoś tak, może to ona wiosna nadchoąca, może i imy brak, czy coś w ten deseń, ale wszystkim poszło w rejony oczywiste. Wiecie, że laska… no nebeska i tak dalej. Laska i Druidowie, kamienie zakończone…

Okay, wszelkai kult penisowy był od wieków czymś nadwyczaj, aż boleśnie nudnie, rozbieranym na kawałki przez wszelakich badaczy czegotamkolwiek się dało. Wszelako i mocno, we wszystkie strony i na wszelkie kawałki. Wiadomo, przecież było to coś wspólnego dla wszystkich kultur. Każdy był na to zaprogramowany, a jednak niektórym udawało się od tego uciec… sprzeciwić się biologii, właściwie bóstwu najwyższemu, podświadomości i może…

A jednak… Laska wyrosła i od razu była taka, jakoś umajona.

A to dopiero marzec, więc.. przedwczesna.

Stwierdzenie, iż przedwczesna, wyłącznie podburzyło rozmowy i śmichy-chichy. Pan Tealight wiedział o co im chodzi, ale po tych wszelakich czasach, serio, od dawna go to nie bawiło. Wiecie, humor wszelako prosty i nieskomplikowany. Humor humorzasty, dla każego, bo przecież jak się nie uśmiechnąć, jak wszyscy wyją? Nie da się… a jednak on tylko tak siedział i spoglądał w głębię filiżanki z herbatą… znowu zmienił miksturę i mieszanka zdawała się lekko przymroczona, ale coś tam mrugało do niego z dna… czyli działało. Wszystko działało.

Ale ta Laska…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dzień bez wiania i już z powrotem.

Oj, no nawet się nie zdążyłam przyzwyczaić.

I jeszce to słonko, ranniki i przebiśniegi wystawiają łby, szaleńce, do tego żółte krokusy, które wyrosły jak zwykle pod tym jednym domem w Gudhjem… no po prostu wiosna prawie, co nie? Podobno nawet są i te inne wczesne cuda, jakieś śnieżynki, ale nie, nie widziałam… a specjalnie polazłam szukać… polazłam do miasta szukać kwiatków i poza tymi w sklepie, czy w większości sztucznymi na parapetach, to jakoś no słabo. Jedna różowa róża, jakiś zapomniany płatek…

Kurna i nikogo.

Polazłam w tę stronę, do góry, tam, gdzie niewielu zagląda, a jest tam niesamowity mały wąwóz, a którego zboczach – strasznie zniszczonych i przez naturę i człowieka, kępki przebiśniegów rosną. Paprocie niesamowite nieba sięgają… gdzieś tam jakieś domy, jakieś może i osobniki… ale, nie ma ich.

I są te skały…

Niewielkie, a jednak, kurcze… człowiek czuje się nagle malutki. Nagle jakoś tak, dziwnie poskromiony. Ukłon odwala, rąbane curtsy, Królowej by się spodobało, no ale… skałom przecież też się należy. Bo piękne są. Jak one trolle śpiące i śniące, i jeszcze czasem drzemiące i chrapiące i porastające onym mchem niesamowitym, szczególnie teraz, tak wilgotnym, tutaj, gdzie po tych skałach spływa woda…

Miniaturowe lasy…

Zawsze pragnące wilgoci.

I tak możnaby zostać tutaj, ale nie wiem, nie mogę… muszę dalej, do morza, a po drodze mijam domy zaniedbane, wilgoć wszędzie niszczy elewacje… tyle padało, że nawet ściany mają tego dość. I okna i dachy… wszyscy mają tego dość. I wiania i lania… i te torebki plastikowe które spotkałam po drodze, dziwna sprawa, zwykle nie występują w onych okolicznościach nieprzyrody…

Miastowej.

Złapałam jedną i wrzuciłam do kosza, ale reszta… jedna poleciała drogą, inna wspięła się na kraki, zbyt wysoko… niechętne onemu zamknięciu widać, no ale… do morza… tam, gdzie… ale zaraz, przecież to już chyba ferie są? Przecież powinni być ludzie, a tu wszystko pozamykane, oj wróć, jeden człowiek, jeden sklep.

Kurcze, o co chodzi?

No wiem, że promy nie działają, albo działają rzadko… wieje…

Więcej wiatru…

No ale przecież wiosna idzie, tutaj jakoś tak zawsze im ten luty się takim wiosennym zdaje, szaleńcy no. Ale nic to… pustki są dobre, pustki są fajne, ale te orapane ściany, co się dzieje? Gdzie te czasy, gdy co roku odmalowywało się domek? Gdzie te gy szyby myło się, a nie czekało na deszcz…

I Turyścizna była…

A może mnie wywaliło do jakiegoś Zet wymiaru? Zombiowie onowie są ino i ja, ale gdzie mój pies, a wróć, mam polarnego misia… może to to, a to okay. Jak miś jest, to cała reszta mniej mnie obchodzi.

Zdjęcia zrobione, czas do domu… tam są książki.

A nie, w Gudhjem nie ma księgarni, ale biblioteka jak najbardziej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Laska Mocy… została wyłączona