Pan Tealight i Spokojny Dzień…

„Obiecał jej go.

Nie do końca wiedział co mówi, dopiero później Ojeblik – mała, ucięta główka go uświadomiła, co tak naprawdę jej obiecał, no i przede wszystkim komu obiecał. Jej. A jak jej, to musiało się spełnić.

Musiało być tak, jak ona to widziała.

I zadbać o NOC!

Prawda jest taka, że by poznać noc, trzeba najpierw przetrwać dzienność i odwrotnie, by zatopić się w dzień trzeba skąpać się w mroku, więc… jakkolwiek by to brzmiało poetycznie, takoś jakoś milusio i wszelako górnolotnie, do tego w szklance kostki lodu i napój w kolorze siuśków datowany na lata, o których nikt już nie pamiętał, nikt taki codzienny… przynajmniej… i jeszcze koc, koniecznie w krateczkę i fotel skórzany walący jakimś bydłem, wszelako nie czworonożnym.

latego najpier musiał zająć się nocą…

Ale z nocą to już nie jest tak łatwo, z dniem jednak łatwiej, nie oszukujmy się, dla większości łatwiej bo podobno i widzieć lepiej i jeszcze jakoś tak naturalniej, w końcu wiadomo, dzienne byty lepiej czują się za dnia, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane to raczej wyłącznie pochmurno coby było i jeszcze dodatkowo żeby śnieg walił, a już snestorm, oj tak!

Tak chciała.

Dla niej Spokojny Dzień to był wyczyn.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przysługa dla czarnoksiężnika” – … oj. Oj tak. Oj, tak dobrze, że wzięłam od razu obydwa tomy a i trzeci pojawił się wkrótce, więc wiecie, jakoś tak… miałam kilka dni tylko z nią. Specyficzną wiedźmą/czarownicą, jak zwał tak zwał, widać, tutaj to za jedno?

To mój jedyny wąt!

Naprawdę.

Kolejna książka po Kołysance, to jej oczywista kontynuacja. Właściwie możnaby było przewidzieć, że tak to się rozwinie, no ale, te wszelakie wstępy, zakręty, one opowiedzenia i niedopowiedzenia autorki, te osobowości, ale też i nienarzucanie ich do końca bohaterom, oj tak, to się czyta. Szkoda tylko, iż o samym świecie tak mało. Za mało by naprawdę się wtopić w oną Warszawę.

Ale… mi i tak bardziej nie o Warszawę a chatkę chodzi, ale wiecie…

Każdemu co tam se woli… O woli tu wiele nie ma, jakby co, ale wiecie, ja z Wrocławia, więc, ekhm, no… mniejsza. Oto ponownie należy zmierzyć się ze złem i złamać parę klątw, kilka ropątać i jeszcze uczyć i zająć się tym kolesiem i tym drugim też. Kurcze, żeby nie było, to czyta magia, żadne tam miłostki…

Chyba?

No mniejsza, wciąż nasza boahterka ma tajemnice, wciąż chyba do końca nie wie kim jest i jakoś tak, no nie do końca sobie z tym radzi. Ale też nie ma czasu by się nad tym zastanowić, gdyż za chwilę cały jej świat może legnąć w gruzach a z nim ci, których… no chociaż znosi, czy lubi… kocha… więc rusza do boju. Nie do końca myśląc o tym co robi, nie fo końca ZNOWU dbając o swoje dobro. Na szczęście ma przyjaciół i rodzinę… Na szczęście? A może tylko ma farta?

Ech… zaczytałam się, przyznaję.

Jakoś tak fajnie to wszystko spisane, jakoś tak wchodzi w człowieka łatwo, nasza bohaterka nie ślini się na widok każdych portek – miła odmiana w przypadku tego rodzaju książek – jakoś tak, naprawdę dobrze jest. Jęyk niesamowity, wyczuwalna nutka wprawy lingwistycnej i obycia w terenie. Oj, miła odmiana. Ale te o tego jakaś taka babskość nienachalna. Wiecie… urban fantasy w przypadku bohaterek często wiąże się z mnogością stosunków… ekhm, i nic w tym złego, ale często one nic nie wnoszą do tekstu, a tutaj, jakoś tak… dziwnie normalnie. Bardziej powoli wszystko się dzieje. Jak trza dorwać złoczyńcę, to na niego polują, a nie migdalą się w krzakach…

Miła odmiana! LOL

Polecam!

Temperatura szaleje.

Najpierw śnieg, wiatr bolącogłowy, potem ciepło, nosz po prostu szaleństwo. Niczego nie możesz być pewnym, jak się ubrać, czy brać rękawiczki, czy nie? Czy będzie drapanie szybek w aucie, czy jednak się upiecze?

A może wodę trza ściągnąć?

Z jednej strony wiadomo, wszędzie natura szaleje, ale jednak tutaj jakoś tak to się ostatnio inaczej czuje. Jakby coś w powietrzu łkało, jakby domagało się posłuchu, już nawet nie groziło, a błagało, by go posłuchać. Wysłuchać onej pieśni, błagalnej tak naprawdę, ale o czym prawiącej? Nie wiem, nie mogę rozpoznać słów. Coś je dusi, miażdży, jakby gdzieś tam zmagały się ze sobą dwie siły… Czy jedna jest dobrą, czy złą, to nie ma to znaczenia, bo przecież i zło i dobro tak naprawdę zależą wciąż tylko od tego gdzie i na czym się siedzi, nie oszukujmy się…

Zło i dobro.

W tej kulturze to jest złe, w tej neutralne, a w tej w ogóle nikogo nie obchodzi… proste. Dobro wszelako pojęte może prowadzić do zła, więc… jak to rozwiązać? Kogo słuchać? Siebie? Hmmm… a może jednak wsłuchać się w ten wiatr? W oną przyrodę, w której o równowadze można tylko pomarzyć? A może jednak i w siebie, w końcu jesteśmy częścią natury… jak te fale i drzewa…

… połamani, zabrudzeni.

Pełni plastiku.

Ale z drugiej strony, czy tylko o plastik chodzi… czy o oną nienawiść w ludziach, może i niegdyś drzemiącą, ale teraz wyłażącą na wierzch… i do czego zmierzam? A oto ludzie zaczęli się u nas, no dobra, nie tylko u nas, ale w ogóle w spokojnych wszelako miejscami krajach Skandynawskich, niespokojnie i nadzwyczaj werbalnie, pieklić. I to o co? A bo chleb się skończył, czy ciastka ulubione już wykupione. Bo robią tylko tyle i tyle, a popyt przewyższył sprzedaż… i ludzie lezą tak specjalnie, wiedząc, że nic z tego nie będzie i drą się na piekarza czy cukiernika.

Wiecie…

Jest ten wkurw w narodach.

I wyłazi… i plecie swoje historie i mami we łbach innym. I jeszcze jakby obdarzała ich oną siłą, która dotąd ino działała w internetach… wiecie, ten cały hejt, cancel culture i tak dalej. To wszystko już niby od dawna jest na zewnątrz, ale ostatnio, jakoś takie jest bardziej i namacalniej widoczne.

Jakoś tak…

Ciągłe trąbienie o kryzysie elektrycznym, ludzie dostający rachunki tak wielkie, że nie sposób tego myślą objąć… jeśli ktoś się nie przestawił na zmienną i nie siedzi po ciemku po ćmoku i w zimnie, to wiecie, szczerze bardzo ma przejebane – sami jesteśmy tego przykładem. I nie, przeklinanie jest tutaj jak najbardziej wskazane. Bo jak inaczej oną bezsilność wydostać z siebie? Co zrobić? Ile można tłuc w kamienie na plaży… zresztą, nawet one mają uczucia.

A rząd… ich nie ma.

Bogaci… mają je dla siebie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.