Pan Tealight i Grób…

„Właściwie był to Grób Znanego Nieznajomego…

… wiecie, poznali się, ale nie przedstawili się sobie, potem coś spadło, coś się rozlało, foliowa torebka, a raczej wielki wór na śmieci, czy cała rolka onych worków, chociaż… wszystko działo się w lesie, więc…

… ekologicznie.

Wcale nie trzeba było sprzątać, w końcu zamówiony był deszcz, chociaż wcale się nie spodziewali, że tak się stanie, ale jenak, wiadomo, lepiej zamówić, na wszelki wypadek, pewne sprawy się dzieją i mogą zawsze przybrać inny obrót, albo i kilka obotów i jeszcze kierunek i się zachwiać, obalić, uderzyć w ten dziwnie wystający kamyk, granitu kawał, jakby specjalnie tutaj postawiony, no i jeszcze te liście, takie na miejscu, niczym koc jakowyś, wyciszyły wszystko…

Miło.

Pamiętajcie, las zawsze z wami współpracuje, zawsze.

Może pomóc i wam zniknąć, tak po prostu… nawet i grób nie zostanie, jak sobie życzycie, no chyba że nabroiliście, wtedy zwycajnie będzie tak, jak się lasowi chce… lasu? No las wie zawsze lepiej. I już!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Prom, Szwecja, święta…

Tia, trzeba przyznać, że w tym roku święta mnie zaskoczyły, głównie dlatego, że ich nie obchodzę, więc… po prostu Chowaniec pracuje z domu, życie jak zawsze się toczy, tylko sklepy otwarte krócej i tak dalej, poczty nie ma, no wiecie, tutaj jednak ludzie mają prawie cały tydzień wolny, więc wyjeżdżają na wakacje i tyle.

Odpoczynek…

Ale dla większości to po prostu czas ogródkowy i tyle. Tutaj coś posprzątać, przyciąć drzewka, jeśli pogoda pozwoli, ale wiadomo, ostatnio pogoda raczej szaleje, więc może jednak w końcu człowiek się prześpi, wyśpi czy coś w ten deseń? Nie wiem… wiem jedno, rzeczywiście ludzie się zjechali… czosnek niedźwiedzi już wyłazi, więc mogą się pożywić, gdy fale przestaną szaleć może i nawet popływają, w końcu woda jest, a że zimna, oj weźcie no, cieszcie się, iż jest…

Przyroda nieśmiało wypuszca to i tamto…

Ptaki szaleją, ćwierkanie doprowadzi nawet najspokojniejszego na granice szaleństwa.

No wiecie, ta tam, wiosna czy jak to nazwać, w końcu wciąż nocą przymrozki jakieś niezapowiadane, już człowiek niczego nie może być pewny. Wciąż nie przycięłam jabłonki, boję się coby grzyba nie załapała, ale w końcu trzeba będzie. Niech ino przestanie tak… no powiedzmy to szczerze: pizgać.

Się stormować znaczy…

Buja…

No właśnie, ale jak wieje to i buja, nie oszukujmy się… czasem nawet dość przypadkowo, ale od początku… wybraliśmy się do Szwecji – no co, świeczki się skończyły, a Szwecja bliżej, więc… nie jest już jakoś taniej i człowiek sprawdza ceny w te i wewte, ale jednak oni mają rzeczy, których u nas nie ma.

Jak właściwie prawie wszystko.

Serio…

Ostatnio czuję się mocniej jak ten dzikus wpuszczony do jakiegoś Walmartu i dziwiący się, iż wsio na drzewach nie wisi, a jeszcze dodatkowo, że w ogóle jest, ale… co do Szwecji, to jak zwykle na gałęziach ma piórka, to zawsze w modzie, one kolorowe piórka, wszelakie jajeczki i zajączki oraz kolory pastelowe, które mi nie pasują. Wcale, więc w końcu dostałam swój wymarzony od kilku lat plecak, czarny na czarnym pod czarnym i już. Równowaga zachowana we Wszechświecie.

Ale, o Szwecji napiszę następnym razem, dziś będzie ino o promie.

W jedną stronę, chociaż na lądzie pizgało, to jednak fale były na niebiosko, znaczy na apce od fal, wiecie, od wszystkiego są apki… i nie bujało. Dość spokojna podróż, niewiele ludzi, ale wiadomo, wcześnie i tak dalej, za to powrót, nie dość, iż wsio na kilka dni wykupione i jakbyś miał jakiś problem, to nie wiem jak sobie radzisz… szczerze. Przecież ludzie poróżują częściej niż ja, znaczy raz na miesiąc czy dwa…

Ale… w drugą stronę, w Ystad deszcz i wiatr, ale morze dość spokojne i na początku, szczerze powiem, że przez godzinę no raj. Płasko, bez bujania, dzieci obżarte cukierkami i czekoladą cichły, siedziały, a Chowaniec zjadł swoją bułkę… spojler alert, pożałuje tego za chwilę… bo po godzinie nagle zaczęło promem rzucać z prawej na lewą. Dopiero po kiku minutach odezwał się kapitan, grzecznie informując, że będzie rzucać prez 25 minut, potem przestanie, zresztą i tak już jesteśmy niedaleko, więc wbijać pazury w siedzenia i cierpieć. Torebki są dostępne…

Ja pierdziu, po raz pierwszy widziałam na tych promach zielonych dorosłych. Niby mam tabletki, ale kto weźmie od obcego, no i nie oszukujmy się, nim zaczną działać… ale, najgorzej miał niemowlak… ciągłe 25 minut darcia się. Musiał cholernie cierpieć. I przyznam, iż nie wiem dlaczego, przecież bujało na boki, jak w wózku, wystarczyłoby, jak to mówią: do cyca… ale to są inne czasy, może, a może zasysał strach od rodziców. Nie wiem, walczyłam o własne niepanikowanie.

I bałam się… właściwie wciąż się boję.

Dziwny jest ten strach.

Ludzie, sprawdzajcie apki i bierzcie leki i nie jedzcie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grób… została wyłączona

Pan Tealight i Milczek…

„Pan Milczek był starszym panem z laseczką… melonik miał i niewieki woreczek na kupy w prawej ręce, a w lewej, w skórzanej rękawiczce miał drugą rękawickę ze smętnie obgryzionym kciukiem i oczywiście linkę jakowąś, która po bliższej inspekcji okazała się być odgryzioną smyczą…

… ale po kim?

Zwykły pies na pewno nie pasował do grubego, skórzanego garnituru bardziej przypominającego pancerz, dziwnej maseczki, niby hokejowej, wiecie, takiej grubszej wersji siateczki jak na pogrzeb damy zakładają, by nie było widać ich jakże kpiącego uśmiechu, braku onych łez, tudzież wyrazistej radości z powodu odejścia tej durnej świekry… i z powodu nadejścia na konto okrągłej sumki… mniejszej lub większej, to jednak zawsze cieszy.

… maseczki, woalki, ale jednak z grubszego drutu.

No i jescze ten plecaczek, w kolore jaśniejącego, neonowego, no nadgorliwego współpracownika Marii S.-C. Znanej  tego, iż się radowała ponad przeciętnie… oj była z niej dusza towarzystwa, Einstein świadkiem, że nawet się uśmiechała. Ciekawe, czy woalkę nosiła… hmmm…

… no ale…

Stał tak, z dziwnie zakłopotaną miną, jednak widać było to wyraźnie, pochylony, jakby chciał preprosić, ale jednak jeszcze nie był na to czas, jaby czekał na ten moment, ale jakoś tak, był askoconym, iż on wciąż nie nadszedł… i spoglądał na Pana Tealighta w koronkowym fartuszku, stojącego przy ognisku do szaszłyków – miał taki do grilla i wszelakich prac, wiecie, z elfickiej materii, odporne na wszystko: miłość, nienawiść, tłuszcz, ogień, ziemię…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kocham wrzask mew… może nie rano jak tupią mi w dach…

Nosz kurna, skubane no, jak lądują, to jakby coś spadło na dachówki, już człek leciał, w czym akurat był odziany, bez butów, ratować swoje domostwo, no i co, a tam siedzi ta rzeźba na dachu i się gapi. Czeka na jedzenie, oklaski, czy pierun wie co… i jeszcze tak przestępuje z onej błoniastej jednej łapy na drugą. I na zewnątrz w ogóle tego nie słyszycie, ale jednak… w środku, pod dachem, pod sufitem, niczym stado obutych w jakieś tam metalowe trzewiczki do tańców wszelako irlandzkich, no wiecie, stepowania, czy coś tam… te takie dźwięczące…

… a może jednak mają te buty…

Kto to tam wie, tak mrużysz oczy, chcesz spojrzeć bardziej, a ta mewa co, prycha i odlatuje, nosz kurna, no, zrobiły sobie jakiś meeting na polu, świeżo zaoranym… jest ich tam właściwie cała masa, przez chwilę wydawało mi się, że rozwinęły się one kulki trawy i siana, co to, wiecie, się tam kwaszą.

No te marshmallowsy no…

Nie widzieliście ich na polach?

No więc ten biały welon, na onej świeżej ziemi, dziwny taki, mocno kontrastujący z czerniawością przyszłych wzrostu, przyszłej zieleni. Co robią, o czym rozmawiają? Czy tylko chodzi o robaki, a może jednak planują jakiś tam przewrót, a tutaj człowiek całkiem tego nieświadomy obiera ogórka, który na pewno przybył z jakieś zbyt dalekiej zagranicy… i patrzy przez okno…

Czy powinien się bać?

Królowa nie przyjedzie.

No niestety, jeśli chodzi o naszą Królową, to chyba jednak pooperacyjnie wciąż nie doszła do siebie. Człowiek zaczyna się martwić, bo przecież… ech, Europa już straciła jedną Królową, a po nasej, to chyba tylko Wiktoria Szwedzka na tronie będzie zasiadać z żeńskiej populacji… choć, czy mi wolno w ogóle użyć tego słowa, onego wielkiego, obraźliwego dla tak wielu…

… czy tak wielu?

No mniejsza, panowanie dam się kończy, powiedzenie Król Karol kupił królowe Camilli korale nabiera teraz lepszego znaczenia…

Miejmy nadzieję, iż nasza Królowa jeszcze poszaleje i popali trochę na tym świecie. Bo serio, jest cudowna. Niesamowicie intrygująca jako człowiek, pełna pasji, artystyczna dusza… ma jeszcze tyle do stworzenia, ma na pewno tak wiele pomysłów… kurde, martwię się, ale, na Wyspie jej nie będzie.

Co do innych pojawień się i spotkań, na razie niepewność.

Czasem się zastanawiam nad onymi cjami i izmami. No wiecie, demokracja, władza jednostkowa, panowania tyranów… czy istnieje jeden, idealny ustrój? Nie, na pewno nie, ale demokracja, jak mawiali starożytni, to ten z najgłupszych, widać to doskonale… no ale… widać też i to, że święta idą. Znaczy przyszły, piórka wiszą na gałęziach, wszelako wieje, chłodno, jakoś tak dziwnie smutnawo…

Ceny powalają…

Jak tak dalej pójdzie, to kurde dogadam się z mewami w sprawie diety i tupania… worny też na pewno mają swoje sposoby, więc…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Milczek… została wyłączona

Pan Tealight i Psikuśnik…

„… i dlatego czasem lepiej niektóre księgi przed kobietami chować i nie edukować ich wszelako w onych manieryzmach, które to dosłownie i wszelako obficie biologię człowieka opisują, i jeszcze, w ostrzeniu noży i może… wiadomo, jednak nie zezwalać im zawsze na zaponanie się  instrukcją obsługi, na używanie onych rzedmiotów, morderczych już w swym wyglądzie, a już w szczególnych momentach miesiąca na, dostęp bezlimitowy do ostrzy, broni, wideł, mioteł, patyków ostrzonych…

… nawet…

Mężczyzna winien jednak oną władzę nad płcią słabszą, szatanom wszelakim i diabolicom, sukubom znajomą, władzę oną winien posiadać. Władzę, o której jednak nie wolno wspominać. Władzę namacalną, wpisaną w jego postępki, ale jednak nieujawnianą płci onej słabszej, gdyż…

I cisza…

I wykładu koniec.

Spodziewali się tego. I tak długo właściwie wytrzymała, w końcu jak szli, a ona na końcu, to słyszeli ono orzące ścieżkę dziwne szemranie, metal i ziemia, małe kamyczki uskakujące spomiędzy widelcowatych ostrzy…

… oj tak, znali je.

Czerwone Widły.

Też chciały posłuchać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Demon luster” – … tom drugi, jak na razie trylogii, prawdopodobnie cyklu, się obaczy, wciąż nie mogę dorwać pierwszego, a takie mam cudowne o nim wspomnienia…

Ech.

Mniejsza…

Drugi tom to oczywista kontynuacja pierwsego, więc czytać lepiej od początku. Nasza bohaterka właśnie dowiaduje się, że kurde, to co zrobiła raczej przysporzyło jej i wrogów i przyjaciół, ale też mocno zamieszało w mocy, więc szamanka o umarlaków musi się uczyć. Ale jak być szamanką i jeszcze studentką? Czy to w ogóle wykonalne? Przecież to wszystko wymaga czasu, a złożone przez szamankę obietnice mogą mieć śmiertelne konsekwencje. Możliwe, iż i dla niej samej, więc…

Co to będzie?

W rolach głównych ona, duch ciotki, Gryzak i mężczyzna… a raczej ich kilku i jeszcze gromada funkcjonariuszy i takich tam… ni wiecie, i oczywiście lustra i duchy i barwna ama, jedna z moich ulubionych postaci…

I magia.

I Wrocław.

Człowiek wychodzi…

… i znowu widzi one łkające na trawę wzrastającą drzewa ścięte, one dziwne drogi, domy pobudowane tam, gdzie być ich nie powinno, bo przecież prawo, ale prawo jak widać w Svaneke i Listed ominąć można łatwo. Można… i nagle już budowa na terenie zalewowym możliwa, i wróć, będą tam i mieszkania i domy i coś na wakacje ino i na zawsze… ale jak to? Precież miało być nigdy?

A w Listed…

… las wycięli, rzeka zaczyna szaleć, ale co tam, najwyżej ich zaleje i tyle… who cares? Only me?

Na znaki trzeba zwracać uwagę, było 40 jest nagle 50, kurde, niby żadna różnica, a jednak w płaconym mandacie raczej sporawa. Ale pewno wszystkich stać, znowu, who cares… wszyscy i tak jakoś tak wkuci… i spoglądając na świat, to raczej chyba tak wszędzie jest. Protesty, zwiększanie liczby dni pracowniczych, obcinanie przywilejów, nic ino pracuj, do domu spać, od rana to samo… i bądź zadowolony… nie jestem. Ale też moje życie się jakoś tak dziwnie pokręciło… że sobie niezadowolona mogę być. Po prostu mogę sobie być, w końcu i tak nikomu nic nie powiem.

Ci szaleni często widzą on brak sensu w takowm się skarżeniu.

Widzą…

Świat się burzy, faluje, marszczy w miejscach, które nie przywykły do takich zachowań… wszędzie. Jakoś tak. Jakby nie do końca było to coś nowe, ale jednak, one miejsca zapomniały już że tak może być…

Jakby…

Nie wiem, przeraża mnie ten świat, ale stojąc na środku ulicy, wsłuchując się w morze, wdychając oną nicość po drewach, po lesistości, po onych dzikich kwiatach, które już się nie pojawiają, bo podłoże zostało zryte kołami maszyn i innymi tam, trochę wygląda jak po wojnie światów, no ale… idzie nowe. Pewno staną tutaj domy, w końcu Listed połączy się ze Svaneke i po co?

Tyle domów czeka na odnowienie…

Po co nowe?

A może… może jednak pójdą po rozum do cudzych głów? I posadzą drzewa, pozwolą naturze się odrodzić? Jakoś tak… ha ha ha, dowcipne to jak nic. Żałosne i smutne, żałosna ma nadzieja… i ona pustka, bo przecież już lata temu Listed miało zmienić swoją grupę  miasteczka na coś w okolicach osady? Nie pamiętam już, ale ponieważ tak niewiele osób tam mieszka, więc…

Cóż, może liczą tylko na te kilka miesięcy turystycznych?

Może?

Ale co poza nimi… a wydaje się, iż coraz częściej ludzi coraz mniej, wielkie hotele niszczeją, to co ma sens bytu to tylko sommerhusy, wynajmowane domy i mieszkania… tylko to, no i jeszcze namioty, wiadomo…

… ale jak długo?

Coraz częściej zjawia się coś niebezpiecznego, w tym miejscu zostawianych rowerów i niezamykanych drzwi, coraz częściej… ale przecież, przecież już tak wielu tego nie robi. Już od dawna zamyka się drzwi, dzieci nie śpią na zewnątrz w wózkach… i oczywiście pilnuje się baczniej swoich plecaków.

Coraz częściej…

… smutne to, ale oto jest i postęp… cywilizacja.

Upadek.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Psikuśnik… została wyłączona

Pan Tealight i Społeczna Presja…

„Świat zmierzał ku zagładzie i Pan Tealight o tym wiedział.

Zagłada też była tego świadoma, ale jeszcze kompletnie na cokolwiek niegotowa, wiecie, nieposprzątane miała w domu i w ogóle, jakoś tak, wiecie, wiosna, więc inne sprawy miała na głowie. No wiecie jak to jest. Pozimownie jakoś tak, wciąż leniwie, wciąż jeszcze jakoś tak powolnie, a tam już rosną, burzą się, krzyczą… ludzkie głosy przeszywają dookolność swoimi szponami i niszczą cenną ciszę i oną niesamowitą spokojność. Oną gładkość wszelkich głosów…

Mógł tylko patrzeć.

Mógł, ale tego nie robił, szukał przyczyny onej zmiany, bo przecież jeszcze niedawno, ojejku, przecież on inaczej spoglądał na ten czas… całkowicie inaczej, więc coś przegapił. Przegapił moment, w którym coś upadło, coś się złamało, ktoś się pojawił, kogoś zabrakło, ktoś się zmienił… to wszystko, jeszcze w czasach, kiedy nie było Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, a od jej przybycia, tak, wtedy, od tego momentu zaczęło mu zależeć…

Nie na sobie…

Na niej.

Dziwna była ona troska w nim, jakaś taka niepasująca do rysów twarzy, czy też ich braku, oczu, które widziały, ale nikt ich nie widział… onych papci i kubka, fajki, w której się układał, onej mocy… pryzwyczaił się do tego wszystkiego, jakoś tak, nie chciał tego zmieniać, nie chciał przywyczajać się do czegoś innego. Zdziwił się tak strasznie onej myśli, zachwiał, zroumiał, że nie może na to pozwolić.

Po prostu nie mógł, bo nie chciał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kwiecień…

Śnieg, zimno, ciepło…

Znaczy wróć, no bez przesady oczywiście, nie ma 20 stopni, ale w okolicach 5, jednak nocą, gdy spada o minus pięciu jest już dziwnie. Nie dość, że ta egarowa kołomyja w głowie, to jeszcze na odatek to… ta pogoda, ta cała aura, wietrzność nieustająca… i nagle, wieczorem, wychodzisz spod prysznica i czujesz to coś… chociaż w domu jesteś i tak to czujesz. Czujesz zimę. Spoglądasz przez okno, machasz do sąsiada zapominając, że masz na sobie mały ręcznik i właśnie miałeś się wytrzeć w newralgicznzch miejscach i… widzisz oną zimę. One wsio obklejone. Oną wiosenność oblepioną i jeszcze, jeszcze… to światło z niewielkiej lampki i spadające płatki…

A wcześniej, w ciągu dnia, w pełnym słońcu spadały takie wielkie…

Niczym dyski, rąbane opłatki, kurna komunia z nieba prosto, ona manna może, kto to wie? No kto, ten co wyjdzie i złapie kilka śnieżynkowych zlepieńców? Wychodzisz, ale zmarudziłeś, bo buty, bo bluza, bo znowuś nieubrany i nie ma już śnieżnych płatków, ot kilka jeszcze kołysze się gdzieś wysoko, ale nawet nie sięgną ziemi. Nie dotkną kamyczków, onych krokusów i wyłażących winogronek, no wiecie, muscari… nic z tego nie będzie. Nie dotkniesz ich…

Może rzeczywiście wszystko tylko mi się przewidziało?

Może…

Wcześniej powlókł się człowiek do lasu, tak po prostu, by być gdzieś tam, gdzie jest jakaś tam normalność, zwyczajność… wiecie, kroki i drzewa i niebo, wszelakie cieki wodne, wszelakie liścieje zeszłoroczne, a może i nawet sprzed dwóch lat, może… i jeszcze te kształty, bezlistne wciąż oczywiście, ale jednak…

Byłam tutaj jesienią, teraz wczesna wiosna, ledwo wyczuwalna…

I co…

… i znalazłam niezłe składowisko śmieci i wycięte połacie drzew, i zrobiło mi się jeszcze gorzej. Nie wiem co ta Skandynawia odpierdala, ale serio im odwala w klimacie i gestii onych wycinek. I to tłumaczenie, że przecież to czy tamto… nie, nie kupuję tego, nie chcę tego słuchać, widzę co widzę, zniszczenie w imię dziwnych idei, które jeszcze podobno są ekologiczne… I tak, wiem, meble z drewna wolę i metalu nie z plastiku, ale jednak, jednak nie wymieniam ich kurna co sezon.

Kupione są tak na zawsze.

… więc jak to jest?

Kto marnuje, kto wycina tylko dla widoków, a kto… po prostu jest stuknięty i zwyczajnie uznaje drzewa za wrogów numer jeden?

Czy płaczę bardziej nad drzewami niż ludźmi? Tak… człowieka zrobić względnie łatwo, a takie drzewo, by było stare musi oprzeć się żywiołom wselakim, między innymi onemu ludzkiemu, głupiemu.

… więc w lesie było smutno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Społeczna Presja… została wyłączona

Pan Tealight i Naguski i Pylenice…

„Dwie panny w szatach zwiewnych, niebaczące na zimno, zacinający deszcz i wiatr sztormowy, mające gdzieś one pogodowe niepewności, jakoś tak… a może tylko nic niemówiące? Może… może po prostu jakoś tak nie chciały z nikim rozmawiać? Nie żeby głowę wysoko nosiły, chociaż były wysokie, ale jednak, raczej były lekko pochylone, jakoś tak, jakby szukały czegoś?

Jakby coś zgubiły, a może…

Może jednak robiły coś, o czym nikt nie miał pojęcia?

Może były czymś nowym, co sprowadziła na siebie ziemia ot tak, żeby po prostu to mieć, żeby zwyczajnie było inaczej, by coś się pojawiło nowego… Naguski i Pylenice, siostry i siostrzenice. Pociotki i ciotecznice, mateczniki i matczyne powierniczki, babcinki i wszelakie szwagierki i inne tam… no baby, wiecie, ale te takie, co to już trochę życia liznęły i wiedziały co którą stroną wychodzi.

Czasem aż za dobrze…

Ale Pylenice… oj, z tymi to już było dość specjalnie, gdyż jak tylko gdzieś przeszły, boso zawsze, z onymi ogonami wystającymi spod wielkich sukien… z pazurami rysującymi świeżą, wilgotną ziemię, trawę plączącą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, jak to jest… jak to jest żyć normalnie. Wiecie, normalnie w onym normalnym świecie, za który inni uznają normy normalności, o których często nie mam nawet pojęcia. Bo i dlaczego miałabym mieć? Po co mi one normy? Żyję w dziczy, na Mniejszym Krańcu Świata. Ubieram się w to, co mam. Posiadam jedną lub dwie pary butów, do tego takie gumiaki pod prysznic, bo wiecie, czasem człowiek wyjeżdża a i w domu jakoś tak, no jakoś… lepiej mi w onych gumiakach.

Inaczej wywijam orła i umarł w butach.

W końcu łazienka to miejsce bez miękkich stref… no dobra, poza gąbką… ale powierzchnia mała. LOL No i gąbkę ma ino Chowaniec, więc nie mogę tak jakoś ino na niej polegać. Nie mogę. Po prostu… ale… okazuje się, iż to problem w takiej Polsce, a przynajmniej tak piszą na różnych forach. Prześledziłam to i uświadomiłam sobie, że podróż do Polski mogłaby być dla mnie wielkim, gigantycznym szokiem kulturowym. A może i nawet wstrząsem jakimś, czy czymś…

I tak się zastanawiam, czy ze mną coś jest nie tak, onymi internetami, czy jednak… ludzie naprawdę są tacy?

Naprawdę?

Nie no, to chyba na pewno jest ze mną coś nie tak. Zawsze czarne ciuchy, zawsze właściwie te same, do tego jeszcze żadnych fancy torebek, butów na obcasie czy garsonek, na dodatek jeszcze po prostu żadnego makijażu. Ale przecież jestem już stara, więc co tam, wolno mi, co nie? Przecież nie jestem panną na wydaniu, zresztą, nawet panny na wydaniu nie muszą się układać w oknie wystawowym.

Szczerze.

Skandynawia w ogóle jest jakaś taka, modna inaczej.

Nie no, na pewno są one damy wszelakie obwieszone metkami, ale ja ich nie rozpoznaję. Sorry. Wszyscy raczej tak jakoś na luzie i panie w wieku babciowym w spodniach. Piękna sprawa. I jeszcze… one cudowne laski w wieku emerytalnym o ciałach takich, że krótka kiecka to mus.

I pięknie!!!

… więc nie wiem czy Skandynawia ma swoje normy. Na pewno ma za to zwiewność w ich olewaniu. Bo i dlaczego mieliby, no i po co… ważne jest to by o siebie dbać, ale bez presay, chociaż… Szwedki są raczej szczupłe i biegające… Dunki często w onych prostych krojach i jogujące się, ale też i biegające, pływające, po prostu ćwiczące. Jakoś tak. Wysokie też, często, ale bez przesady… w końcu mamy różnorodność.

No wiecie…

Ale jednak Wyspa to coś innego. Tutaj moda to raczej jakaś cudza wizja. Na pewno nie moja, a może po prostu to tylko ja? Nie wiem… może jestem modna? A może nie. A może zwyczajnie mam to gdzieś?

Nie roumiem zabijania się dla mody.

Robienia wszystkiego by wyglądać jak ktoś tam z social mediów.

Co złego w wyglądaniu jak ty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Naguski i Pylenice… została wyłączona

Pan Tealight i Kastrator…

„Ostrza…

… dwa ostrza złączone, a kluczyk od nich, się w znaczeniu ten no, wiecie, śrubotręk, ćpnięty w morze, ale jednak… działają, więc, jakby co, chyba raczej nie chcą się rozstać ze sobą, więc… po co on w ogóle…

Ale żeby mieć kolekcję nożyczek i brzytew?

Pan Tealight miał ich wiele… kolekcji.

Międy innymi kolekcjonował ostrza wszelakie z onej zaprzeszłej przeszłości i onej przyszłej i jeszcze wszelako onych wizji świata, które wtedy mieli, wtedy, gdy to wszystko się zaczynało i tworzyli na tyle, na ile mogli, a mogli bardzo, więc wiecie, dali upust wszelkim swym wizjom i jeszcze tam onym, które nagle im przyszły do głowy, czy narząu innego, którym myśleli, wiadomo…

Bo myśleli.

Ale te nożyczki.

Tak, były jego ulubionymi.

Fikuśne i pieruńsko ostre, ze sporymi oczkami, na każdy paluch, ale ostrzem niewielkim i onymi zdobieniami, które każdemu się wbijały w skórę. I pozostawiały one wielkie ślady, które nie znikały… a czasem wiadomo, znowu te zwyczajowa lekcja mocy, nożyczki to nożyczki, więc tną…

Ciach.

I jeśli nie jesteś uwany, a one nie są w gablotce zamknięte, onej metalowej z okienkami dziwnie zamglonymi, skrzypiące drewnem, łańcuchami potrząsające… bo trzeba je było trzymać na uwięzi. Nie mogło być inaczej. Nie z nimi, ale… nawet Pan Tealight nie pamiętał dlaczego i dla kogo je stworzyli.

I czy to był on…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Fałszywy pieśniarz” – … olalala. Po pierwsze, oczywiście, że miałam dwa tomy w mojej umarłej biblioteczce. Oj, pamiętam ono pierwsze wydanie,człowiek był wtey jeszcze młodszym krytykiem… a tak, blogów nie było, a raczej opiero się rodziły… ale już były internety i wszelakie opinie…

„Szamanka od umarlaków” jest dla mnie obecnie nie do zdobycia, ale udało mi się dostać dwa kolejne tomy serii… No właśnie, serii czy trylogii?

Nie wiem…

Ale jak psycholog/kryminolog/neurobiolog bierze się za książkę wiadomo, iż będzie dopracowana. Wiecie, to jednak świadczy o jakichś obsesjach. Wspaniałych obsesjach i pragnieniu wiedzy, więc od razu się skusiłam. Pamiętam, że pierwszy tom był dla mnie okryciem, podobnie drugi, ale trzeci… trzeci czyta już inna ja. Ja, która zapomniała co było w poprzednich częściach, więc…

Co czuję?

Czuję…

… lekkie zmęczenie materiału, lekkie pomieszanie i nie do końca wszystko rozumiem, ale to nie znaczy, iż się nie bawię. Bo obiektem wszystkiego nagle jest nasza bohaterka i wydaje się, że przecież jako wiodąca postać, to tak być powinno, ale jednak, jednak… kurde no, tak nie lubię jak bohater, którego się polubiło, jakoś tak, cierpi. No wiecie… jednak się człowiek przywiązuje do onych postaci. Mocniej czy słabiej, ale nie chce by cierpiały… ale… poprzednia sprawa, wiecie, lustra, jak najbardziej wciąż jest na topie, a dokładniej jej odbicia… ajacki rucone, a może raczej korzenie?

Bo przecież wszystko zaczyna się od trupa…

I snów.

Dobra powieść, ale trzeba się i wczytać i znać poprzednie tomy. I dać sobie czas na przemyślenie, co się tak właściwie dzieje… od początku. I nie ma nic złego  pokochaniu onych postaci pobocznych.

Bo piękne są!!!

Jasno…

Słońce wyłazi często po to, by człowieka wkurzyć wczesną pojebanie radosną jasnością i oną późną… ale nie ma zachodu słońca, kolorków i tak dalej, nie ma… jest tylko i wyłącznie ona jasność… i już noc nadchodzi dziwnie późno i już mi jakoś tak źle, bo to wiosna, ale… podobno ma śnieg padać.

Podobno…

Tak właściwie to ino onej jasności człek może być pewny. Ona już z nami zostanie. Nadchodzą jasne noce i nic z tym nie zrobisz. Wróć, mam zamiar nabyć ciemne żaluzje, przynajmniej od onej wschodniej strony… no bo nie da się inaczej. Wrzątek oczywiście w zimowe dni ładnie tnie rachunki za prąd, ale jednak, bez przesady. Nie da się tak żyć z nadmiarem światła i gorąca.

Tak wiem, wybrałam sobie najbardziej nasłonecznione miejsca na Bałtyku do mieszkania i marudzę… ale prawda jest taka, iż w ciągu mego dziwnego życia wszystko naprawdę czuć bardziej jak się zmienia. Bardziej, mocniej, gorzej… nie można tego wytrzymać, szczególnie, jeśli jest się właściwie wystawionym wciąż na jego działanie. A tutaj, chcąc niechcąc się jest…

No bo jak tak w domu…

A może jednak zostać w domu?

Ale…

Nie bójmy się już lata, jak jeszce wiosny nie przeżyliśmy.

Spokojnie dni moje nieutracone jeszcze, urodziny wpierw musę jakoś pretrwać. Znaczy, nie żebym cierpiała, wcale… ostatnio oszłam do wniosku iż obchodzę wszystkie dni, mamy, taty, babci, dziadka, choroby psychiczne w scególności, no wiecie, ogronika, cichodajki, wielodajki, jak i co tam jest… obchodzę oczywiście oczekując prezentów. A co. W końcu, po onych 40 latach życia dotarłam do miejsca, iż domagam się płacenia za usługi… znaczy, zawsze musiałam się domagać, nawet o wypłaty wykłe walczyć, opraszać się umów, no wiecie, zwyczajność… nie wiem dlaczego ludzie patrzą na mnie i wydaje im się, iż wszystko będzie za darmo…

A ni uja więcej. #buymeacoffee

Pierniczę to, nie robię za darmo, a to co za darmo robię, robię dla siebie!!!

Exterminate!!!

A nie, to nie ta bajka… a może ta? W końcu wraz ze wzmocnioną siłą słońca, popandemiowym popierniczeniem i tak alej, z oną wściekłością wselaką codzienności, jakoś tak, może i Doctor Who się znajdzie? No bo dlaczego nie? Co to ja gorsza? Nie dostanę swojego?

A dlaczego nie…

Ha! Dyskryminanci!!! Ci tam… no, przemocowcy…

Nie, mi się powinno odebrać nawet ten nikły dostęp do mediów, za wiele na mnie przechodzi onych nowych idei. A już to, co w UK się dzieje. Nie, nie dla mnie te części świata, które aż tak oszalały i one poprawności… chcę lasów, morza, skał i wszelakiego odlunienia. I już… i więcej książek, notesów, naklejek, taśmy, ołówków i jeszcze może trochę herbaty i… misia.

I…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kastrator… została wyłączona

Pan Tealight i Kozak…

„No grzyb no.

Całkiem grzybowy.

Miał i trzonek, korzonek, grzybnię dołem, kapelusz górą… więc zdawałoby się, iż całkowicie poprawny i może nawet popularny, wszelako pożądany przez kuchmistrzów i smakoszy czy innych tam, zwykłych bardziej pożeraczy? Może i miał w sobie smaki takie jakieś, któe dopiero uwalniały się po podsuszaniu i obgotowywaniu i dorzuceniu jeszcze trufli jakiejś… a może i trzech.

Ale jednak był i człowieczy jakoś…

… twarz miał i nos nawet duży i jeszcze czapeczkę, skarpetkę, czy też pończoszkę, bo długawa, no i jakby spódniczka czy też może kilt jakiś, a może jednak, nie wiadomo, moda jakowaś inna… do tego skórzana kurteczka, a zamiast rączek, włoski jakieś, pojedyncze, ale z końcówkami rozcapierzonymi…

Macające wszystko.

Jakby widział, ale wolał jednak dotknąć.

A może nie widział, może te oczy były tylko dodatkiem, cała twarz ino kreacją? Może jednak był czymś więcej lub mniej, innym lub tylko odmiennym… może w rzeczywistości trzeba go było zostawić tam w lesie…

… pod śniegiem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Havgus zawładnął Wyspą.

A dokładniej to macał i maca ją raz z prawej strony, raz z lewej, czasem zakrywa prawie całą, czasem ino połowę. Czasem powala się desczom rosić, czasem zlać nawet, a jednak, nic go nie rozrywa… a potem znowu, jakoś tak, przemieszcza się w formie postaci, duchów i kulistych stworzeń, które zdają się buczeć… wiem jak to brzmi, to trzeba zobaczyć i poczuć, inaczej człek nie wierzy… ale uczucie, jedno z najrzadszych. Dziwny chłód, przejmująca siła, szepty i wspomnienia… niby zimno i mokro, a jednak sucho i miękko, niby mgła, a jednak twór na poły boski, a może i w całości?

Nie wiem, ale wciąż mnie fascynuje.

Ale, do początku… znaczy, nie będzie to wykład o havgusie, ale o filmach w stylu byłem w dziczy, urodziłem się tam, zawieźli mnie do miasta i niczego nie rozumiem… taka jestem. I stało się to właściwie z dnia na dzień, jeszcze mieszkając we Wrocławiu jakoś tak, kochałam go, wciąż coś czuję, ale jednak nie mogłam… mieszkałam w okolicach parków nie znosząc dobrze onych sklepów i ulic, hałasu i spalin, a już kałasznikowy słyszane dookoła, dźwięki z wojskowych zabudowań…

Koszmar.

Niby miało być prywatnie, nawet anonimowo, ale nie, to mrzonka, więc… uciec, ale gdzie… na Wyspę? Ha ha ha, tutaj też człek nie jest prywatny. Chociaż ostatnimi czasy jakby ona znajomość wsystkiego się rozmyła. Po tych latach nagle pojawiają się psy napadające na ludzi… ale rzeczy się zmieniły…

… prawa zrzucono, ale chociaż były to dziwne prawa, to jak widać, potrzebne.

Potrzebne.

W Gudhjem psa terroryzującego ludzi szukają, a ja uczę się niewychodzenia z domu, w ogóle. Napadnięto mnie zbyt wiele razy, psy, ludzie, atak werbalny… nikt mnie jeszcze nie uderzył… jeszcze?

Jak to brzmi?

Przecież wszyscy piszą, że ludzie tutaj tacy mili, kochani… zapominacie, że jeśli przyjeżdżacie, to po prostu zwyczajnie płacicie. A klient sprawa ważna i tyle. Z czasem… z czasem widzi się więcej, ale, nie liczyłam nigdy na jakieś specjalne traktowanie, wprost przeciwnie, wiedzałam, że będzie dziwnie, ale nie do końca uzmysławiałam sobie jak bardzo szybko jakieś zmiany zajdą. Wiadomo, wszędzie one zachodzą, szczególnie po pandemii, ale żeby ludzie byli aż tak okrutni?

Przerażająco wkurwieni?

Gotowi wyżyć się na innych?

Nie wiem, ale jakoś tak ostatnio mniej Turyścizny. Może to i one obostrzenia zniesione, może jednak jakieś inne miejsca poruszone, otwarte, zamknięte, nie wiem… może się ludziom znudziło to wszystko?

Może…

Nie wiem, nie wiem czy mnie to w ogóle jeszcze interesuje, zresztą, bez urazy, ale jednak wiosna, to nie mój czas, więc staję się dziwnie wątpiąca. Nienawidzę Wielkanocy od dziecka, więc wiecie… mam uraz w kierunku bazi, wypadek dziecięciem będąc jak se w uszy wsadziłam bazie… kolczyki chciałam mieć!

No co…

… więc, jakoś tak, nie wiem, może ludzie też zwyczajnie już wszystkiego nienawidzą? Wiecie, po tych wszystkich czasach dziwnych nadeszły dziwniejsze, więc jak w szalonym świecie nie być mało zrównoważonym… nawet tutaj, widząc morze, słońce zachodzące… one pola, a no tak, znikające drzewa…

… no widzicie i już się wkurzam!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kozak… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Kaszel…

„Ale churchlał.

Jak jakiś astmatyk, wszelaki zaprzeszły suchotyk spod pełzającej w powietrznych wirach wierzby nader zaryczanej, niczym grajek jakowyś, biedny od zawsze, w pełni literacki, wykorzystany przez wielu, niepytających się o zdanie i nie mający wizji swej przysłości, tak w ogóle… palacz, azaliż wżdy lub i po prostu gruźliczny gruźlik, tudzież ktoś, kto w ten sposób słowa z siebie raczył wydobywać, mowę swą wybrzmiewać… No wiecie, z językami jest tak, iż różne są. Naprawę wszelako skomplikowane, splątane, pełne mokrych parsknięć, dźwięków bardziej, nie słów opisywalnych, rąbanych onomatopei i takich tam, wiecie, aleksandrynów.

Ale on to już naprawdę soczyście… choć sucho…

Może i by go zrozumieli o co chodzi, gdyby nagle nie upadł, a w plecach nie sterczała mu strzała z zielonkawą lotką, mieniącą się pozłotkiem, mazana w czymś, widać było, że ktoś na pewno chciał załatwić kolesia… do końca. I raczej gdzieś miał grupy dochodzeniowe, albo wiedział, że w skarbcu pusto, więc… ułatwiał im pracę, czy coś? W końcu i mordercy mają jakoweś kodeksy…

… chyba.

Albo mieli?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane kochała niebieski. Kobaltowy, oczywiście… ale były takie, które wolały zielenie, one morskie, one turkusowe, one liściaste… ale to nie one…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Havgus…

Przyszedł nagle, nie no, oczywiście, że ostrzegali, że będzie mleko, zero widoczności właściwie, ale miało się rowiąć, a tutaj co… znowu kawałek Wyspy ma słońce, a resta otoczona bielą. Niczym panna młoda welonem. Jakby chcieli ją zakryć prze onymi wszystkimi złymi duchami, co to dziewicę… ekhm, chcą nadpsuć. No co? Kiedyś to były dziewice… teraz podobno też może się trawić, ale najczęściej: to state of mind. I tyle. Inaczej tego się nie da raczej opisać.

I tak, kiedyś druchny robiły za zmyłkę, lub odganiać miały one duchy, żeby nie było sama niedawno oną wiedzę dziwną posiadłam… w ogóle to ciekawy temat, wiecie: śluby, zaklęcia, przesądy z tym związane, wszelkie prawdy pradawne, rodzinne, plemienne, części świata, odmienne tu, inne tam, szokujące mniej lub bardziej, a ja co, prawie uciekłam i tyle… ale miałam stare… kości…

… LOL… ze sobą na ślubie.

A może to był pył z popielnicy?

Niebiesko w głowie… i tyle. Wystarczyło? Nie wiem. W końcu kiedy się to wie, że wystarczyło, a kiedy się nie wie? A może niczego się nie wie, bo czasem pewne rzeczy muszą się stać, chociaż mogłyby bólu oszczędzić, ale ten havgus, oj, ależ piękny on, zmienny… prawie mleko, a potem coś wiać, znowu zmienia się, buzuje, nagle one mglistości zbierają się, kulkują w ogromne kule, jakby chciały bałwwana postawić, no i otaczają cię, przesuwają się obok, między tobą, a onym welonem świata innego… a może i wnikają w ciebie? Może?

Havgus… siła i moc.

Niby wilgoć, a jednak nie wiem, nie do końca. Raczej dziwnie rozproszone zimno… maskujące to, czego nie chcesz widzieć, czyli właściwie wszystko i gdyby nie ci psychopaci zabijający w niedzielę czereśnię, to może i byłoby milej, ale wiecie, nie jest… oni zabijają drewo, więc nie da się ciesyć takim odcięciem.

Nie jestem wiedźmą w onej wypełnionej mgłą kuli.

Nie…

A że w niedzielę? A no widzicie, podobno tyle jest ostatnio zajęć dla tych pracujących rękowama, że muszą. Nie ma innego wyjścia. Znaczy, oczywiście iż sobie liczą za to, no weźcie no, to Dania. Tu płaci się za wszystko. Jeśli nie od razu, to rozliczą was a chwilę, lub ich kilka… i okay. Okay, jeśli to się wie i jest się na to gootwym, bo jeśli nie, no to mogiła. Sorry, ale takim oczywiście, że często płaci się do kieszeni. Znaczy do łapy. Wiecie, takie i to czasy… znaczy te czasy z pracownikami tak zwanymi fizycznymi, jakby inni byli nienamacalni, to zawse takie były. Układy, układziki. W końcu nikt nikogo nie podkabluje, ale wróć, to Dania…

Tu kablują!

I kablują dosłownie i w przenośni.

A kable dosłowne, jakby co, to mamy w ziemi, bo się ktoś kiedyś mnie pytał, gdzie kable od prądu, no to wkopane. Wiecie jak mnie słupy w Szwecji stojące, szokują. No po prostu kulturowy mózgopierd jak nic!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Kaszel… została wyłączona

Pan Tealight i Zostań…

„Nie został.

Odszedł.

Nawet się nie pożegnał, ni liściku nie pozostawił… ni jakiegoś kwiatka, prezentu, nie wiem, okruszków, wiecie, drogi okruszkowej by go odnaleźć…

… nic…

Kompletnie.

Nie żeby coś mu powiedzieli, nawet nie mieli szansy, bo gdy przybył, to od razu zamknął się w takiej bańce, że podobno przemęczony, a może tylko tak sobie wmówili? Głodny nie był, nie chciał z nikim romawiać, nikogo nie chciał odnaleźć, nikogo nie pytał o nic, zwyczajnie przybył, a może jednak nie… może się mylili? Zbiorowa halucynacja? A może jakaś magia wysokich lotów, a może…coś więcej? Coś wszelako nieznanego jeszcze, coś… może i przerażającego?

Może?

Może się bali?

Może w rzeczywistości była to ich wina, iż wyjechał… chociaż, nie byli tego pewni, po prostu zniknął. Wraz z oną bąblową strukturą, która mieściła się w piterku przypinanym do pasa… chyba… no bo przecież. Nie no, na pewno tutaj był, przecież widzieli go, ten zapach, ta kolacja…

A może…

Nie było nikogo?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sticker Book” – … okay. Wiem. Nie książka, ale jednak, jak ślicznie wygląa na półce, a jeśli zdecyujecie się zużyć stickersy możecie wkleić tam swoje zdjęcia i tak dalej…

No dobra, nie książka.

Ale ładne.

Coś innego, co w przypadku onej popularności journalingu na pewno się sprzedaje, no i, jak sprawdziłam, to już chyba trzeci tom tej serii, a sama pozycja wydana jest pięknie. Twarda oprawa, twarde strony, po prostu…

Jak fantasy…

Tylko w środku stationery, a nie one opowieści. Chociaż, tak patrząc z drugiej strony, no przecież to też opowieści. Sztuka…

Dla wielbicieli.

I nagle ni z tego ni owego, temperatura zaczyna rosnąć, dociera w okolice 10 stopni i człowiek się budzi nie wiedząc co się dzieje. Nie wiedząc jak sobie z tym poradzić. Pod czaszką grają mu i wiatr i strumienie lejącej się wody, na szczęście na zewnątrz… budzisz się, chociaż nawet nie spałeś i oddychasz, dziwnie ciężko. Boisz się. Strach, to nieodłączny element stormu.

Może i pierwotny, może i…

A potem wszystko się zmienia.

Siedzisz, obrabiasz, co masz obrobić i czujesz, że jest ci zimno. Nawet rozgrzanie się przepisową gimnastyką nie do końca poranną nie pomaga, zresztą nie lubię rano, rano wolę się wyciszyć i popracować mózgiem, po południu można pomachać łapami i innymi odnóżami.

Ciepło jest…

Dziwnie ciepło i nie wiesz co z tym zrobić, plewić, sadzić, czy jednak jakoś tak odpuścić i nie wierzyć pogodzie. Bo przecież ostrzegali w prognozie, że coś się stanie, że coś się zmieni, że po prostu… nie będzie tak cały czas, że to tylko chwila, moment szaleństwa temperaturowego… i ten wiatr…

Obcy jakiś, pachnący Saharą.

Może to jednak alien jakiś… może i UFO?

Pławisz się w onym cieple w dzień i w nocy… i jakoś tak, nagle, dziwnie, po prostu w ciągu chwili robi ci się zimno, bardzo zimno, coraz bardziej. Wszystko ucicha… wiatr odchodzi, pojawia się deszcz, ale dziwnie skąpy, jakby się pomylił, jakby po prostu zaczął, ale o razu go odwołali i znika… nawet te krople na i tak wilgotnych deskach znikają. Jakby ktoś zacierał ślady. Jakby…

… to wszystko było pomyłką.

Jak ona pogoda.

Jak ta temperatura.

Ono ciepłe, dziwne, duszące powietrze znika. I to w takim tempie, że zapominasz, iż tutaj było, tylko ból głowy przypomina o tym, że jednak coś z tą aurą nie tak. Ale jednak jest zimno, noc prymrozi, rano szron pomaluje szyby samochodu, a dokładniej ino przednią, jakoś tak wybiórczo, ale wystarczy wystawić auto na wschodzące słońce i już po problemie, skrobać nie trzeba…

Nosz ekologia zachowań ludzkich!

Ale co robić, jak taka aura?

No co?

Radzić sobie trzeba i tyle. Natura oszalała, więc i człowiekowi się udziela. Nie śpi, nie wie czy oddycha, czy nie, może tylko pierdzi, może teraz tak to będzie wyglądać… może i może i morze… szumi czasem… czasem nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zostań… została wyłączona

Pan Tealight i Porannik…

„Wieczornik, Nocnik, Północnik, Południk i jeszcze ten Popołunik… ale co do niego, to mieli pewne obawy, że wiecie podszywał się pod oną Armię Braci Czasu Nietamowanego. Znaczy, wiadomo, byli jeszcze inni… ale, czy wymienie wszystkich coś da? Tak naprawdę? Nie… więc po co to komu. Jak przyjdą do was i odgryzą palec u nogi, ucha kawałek, albo wyrwą włoski, to będziecie wiedzieli jaki to. Wiecie, w wyszukiwarce można, po prostu. No trza sobie radzić no, a nie, że ciągle pytania i pytania, no ile można… bandażować ratować się, a potem…

Potem jakoś będzie.

Albo nie.

Od rau zarućmy tutaj mądrością ludów wszelakich, brzmiącą: będzie lepiej, albo nie i to ono nie jest najczęściej boleśnie najbardziej prawdopowodbne. Niestety i stety. Wszelako. Ale wiecie, nie jęczymy… niezależnie od tego kim jesteśmy i dla kogo robimy, z którego łona wyszliśmy i takie tam.

Ale Porannik… miał przepierdzielone.

W pełni.

Jemu już nic nie mogło pomóc i wiedział o tym, więc jakby co, to raczej nie spadło wszystko na niobeznanego z prawami i wszelakimi obowiązkami. Wiedział. Wiedział dokłanie co go ceka i co go może czeka i jeszcze, czy w ogóle cokolwiek się z nim stanie, więc… nie, nie wyglądał nawet na zadziwionego, gdy stary, skórzany kapeć z wyleniałą Wyściółką, wredną babą, o której mówiono, iż kompletuje w sobie zapachy wszystkich stóp, w ramach takiego hobby, wiecie, by na starość mieć się jak rozrywać i potem każdemu po równo… no co?

Byle nie zgnuśnieć!!!

… więc gdy złapał go zębami, to po prostu, przyjął to… a oną codzienność. Poranną. Nikt jakoś nie rozumiał jego ekscytacji onymi wczesnymi godzinami i usypiania w okolicach południa. Nikt!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A gdyby tak wszystko opisać wiatrem…

Spokojność domowego zacisza oną bryzą lekką, dodającą ochłody i wytchnienia. Znajomą dziwnie, oczekiwaną, za którą się tęskni, jak jej nie ma. Po prostu. Codziennością, jak one wschody i zachody słońca. Pewno, że nie zawsze je widać, nie zawsze są spektakularne, ale jednak, jakoś tak… no wiemy, że są.

Podobnie z oną bryzą.

Morska, lekko słona, powiewna, osuszająca czoło, przewiewająca myśli. Zwyczajnie, będąca częścią życia. Oczywista. A raczej taką powinna być. Wiecie, ona spokojność domowego ogniska, wnętrza, ścian, dachu, okien, przez które niekoniecznie musisz być widziany, w końcu od czegoś są zasłony i żaluzje wszelakich maści. Możesz się schować, jak bryza zwinąć dookoła drew, nie chcieć do ludzi…

Albo to właśnie do nich się przyczepić.

A potem nadchodzi wiatr.

Taki, który przewróci pustą, plastikową butelkę, pogoni ją w dół drogi, której niedogonisz, zły na siebie wrócisz… oto jest takie podenerwowanie. Codzienne też, bo przecież codzienność często nam kłody po nogi rzuca. Otacza cię ono podenerwowanie. Napada. Jest nagłe, powiew, trząśnięcie. Możesz przejść bez niego przez cały dzień, a potem, gdzieś w okolicach wieczornego mycia zębów cię łapie…

I ma.

A myślałeś, że nie, nie dopadnie cię dzisiaj…

I w końcu nadchodzą burze i wichury.

Niektóre przeczuwasz, niektóre cię zaskakują.

Niby ktoś ostrzega, a nic nie ma, potem nie ostrzegają i nagle z niebios spadają i wody i powietrza masy i jeszcze… więcej. To jest życie. Ono wszelakie niespodziewanie, trząsące tobą, mieszające w codzienności, odbierające i bryzę i wiaterek zwykły… po prostu. Odbierający wszystko. Mogący zwyczajnie odebrać ci czy życie, czy tylko przedmioty… ale za przedmiotami też możesz tęsknić przecież.

Te nagłe sztormy, które zmieniają statkom kursy, które odwołują promy, które po prostu odcinają nas od świata, w dawnych casach pewno te zabierając prąd, ale teraz tutaj wiecie, wszystko pod ziemią, więc… jak i nikt nam w kabel kotwicą nie walnie, to będzie dobrze… może będzie dobrze? Sztormy przynoszące mgły, miotające krzakami i gałęziami, zrywające dachówki, bawiące się światem małej Wyspy, niczym jakaś… piłeczką  wypustkami. Niczym czymś nieważnym…

… nieistotnym.

Tak się czujesz…

Małoistotny.

Wiatr, niby tylko powietrze, a jednak, takie prerażające. Niczym pięści tlenu i innych gazów, a w rzeczywistości siła natury, z którą trzeba się liczyć. I z którą nikt nie wygra. Przychodzi i zmienia powierzchnię piłeczki jak jej się pooba. Bo może… bo taką jest, bo nie ma jakiś tam… wartości.

Albo ma, ale inne…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porannik… została wyłączona