Pan Tealight i Biały Kot…

„Ekhm… więc jakiś dziwny Kot ganiał Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane. A ona uciekała od niego. Uciekała tak dość nieumiejętnie, iż ten w końcu usiadł na stopniach frontowego ogródka i postanowił zaanektować teren. Czy obsikał dookoła, to nikt nie pytal, a Chowańca nie chciała teraz, we wcią nazbyt jasne pory dnia i nocy targać, by odsikał wsio po jej myśli, no i tak… przez chwilę znowu miała kota… a potem on zniknął. A może to była ona, te dzisiejsze czasy nie są łatwe dla już skonfundowanych od dnia narodzin, naprawdę…

… a ona wciąż jest…

… taka, skonfundowana.

No ale.

Kot biały był z rudą pręgą biegnącą przez całą długość, grzbietowym stylem biegnącą, taką w szpilkach i do tego jeszcze z laseczką. No co, kropecki też tam były… kot wodę pił, domagał się jej, nic więcej nie dostał, więc wróble od niego nauczyły sie bezczelnosci i obecnie rzucają metalową miseczką o drewnianość tarasu, by domagać się więcej, świeższej, czy tej wiecie, z muchą…

Tłustą muchą.

Najlepiej wciąż skrzydełkami trzepającą…

Ale gdzie kot?

Gdzie poszedł? Dlaczego w ogóle przyszedł i po co, i dlaczego już go nie ma… ci, co wolą psy zawsze są mocno skonfundowani kocimi sprawami. A Wiedźma Wrona wolała wrony… no i misie, więc już w ogóle była mało stabilna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ech…

… no więc grzeszyłam kolejnymi zakupami na anxiety bookshelf. I tak, zero sponsoringu, sama znalałam, sama kupiłam, sama czekałam na tę przesyłkę, tym razem prawie miesiąc, więc dość mało cierpliwie, ale…

Ech, ten zapach drewna, one miniaturowe książeczki, dziwne to układanie… nie do końca rozumiem jak to u mnie działa, ale działa, uspokaja mnie i jakoś tak, ładnie wygląda na półce LOL Szczególnie z normalnymi książkami i figurkami, czy pierdołami wszelakimi, które człowiek lubi mieć obok siebie.

Ale, poza książkami były i te książkowe notesy. Tia wiem, okładki niezbyt mój klimat… ale okładki można zmienić i to zamierzam zrobić. He he he, a to małe, to podróżna rozpraszarka myśli.

A przynajmniej ja ją tak nazywam.

I tyle.

Coś książkowego, na pewno nie dla każdego, większość zrobi sobie coś takiego sama, ja mam pewne z onym robieniem problemy, więc… cóż, kupione. I wiecie co, jakoś uspokaja, jakoś tak działa. Mam to już od kilku miesięcy, więc wypróbowane. Czy wolałabym by te mikroskopijne LOL książki były prawdziwe, a nie takie plastikowo gąbczaste, tak, ale jeśli chodzi o to co  nimi się robi, cóż, nie mogłyby być.

Lato…

Rzecz ogólnie mówiąć, dyskusyjna.

Wiecie, są tacy, co lubią, czyli prawie wszyscy, nawet tacy, co ono parzące gorąco wielbią, ale też i jest nas kępka niewielka. Dziwne zbiorowisko oszołomów, którzy stwierzdają, wkurwiając tym resztę, że nie, nie lubimy lata. Gorzej, nienawidzimy onego nadmiaru światła, słonka i plażowania. Nie chcemy kurna teraz wyłazić, pocić się i jeszcze dobrze się bawić. Ogólnie mało się dobrze zabawimy, a nasze zapatrywania na oną dobrą zabawę mogą was, kochających lato, doprowadzić na granice skrajnych rozpaczy. Wielu rozpaczy, nie jednej, nie ma tak dobrze…

Dlaczego nie wolno nielubić lata?

No serio?

Wiosnę jeszcze zauważyłam można nielubić, bo pyłki, ale lato, nie no, przymusowo masz wielbić. Bo jak nie, to foch, hejt i bulling. Podobnie z onymi „ciepłymi krajami”, choć przy tych heatwavach, to co teraz nie jest ciepłym rajem, nawet Norwegia się przegrzewa… zaskoczona, bo od 50 lat tak nie mieli…

… więc jak tam się wam poci?

Bo u nas bryza miła i chłodna, zwana wyspową klimą, wróciła, daje się oddychać, ale nie polecam słonecznej części i cieniu braków… a już w ogóle, to po drugiej stronie Wyspy cieplej… bleee!!!

Wody się zmieniają, morze nie dość, że słodsze, i to jakoś tak w ostatnich 3 latach się bardziej pogorszyło, to do tego nawet onych meduz u nas ostatnio nie ma, choć może w tym roku będą jeśli tak zainfekowana nimi jest reszta wybrzeża i to naszego, jak i szwedzkiego? W Szwecji właściwie obserwuje się już kompletny upadek morskiego hajlajfu, bo coś tam wyżera to, co zwykle w wodach pływa, a mają tam zróżnicowanie niesamowite, łącznie z wielkimi rozgwiazdami i małymi i urchinami, i takimi tam stworami morskimi, co to człowiek ino na rysunkach widywał niegdyś…

Zauważyłam zmiany zasolenia już kilka lat temu, zwykle było tak wysokie, że solanki tworzyły się naturalnie na skałach, ale od dwóch lat prawie nic… ech… czyja to wina? Cóż, złożone zagadnienie. I tyle. Zwykły człowiek, co chce sobie tyłek pomoczyć w wodzie będzie musiał szukać jakichś jezior czy rzeczek, a to przecież już nie to… Kocham morze, a to północne jest tak intrygujące…

… tak przyzywa.

No ale…

… jak na razie nadal lato, głośno, gorąco, na szczęście noce względnie chłodniejsze, więc daje się oddychać. I to jest mega istotne! Czy daje się wyjść na wszelako fajny spacer, cóż, ino w sobie znane miejsca, lub dookoła własnego ogródka i to po zachodzie słońca, bo opalanie, to niezbyt dobra sprawa dla mnie.

I tyle… gdy wieki temu byłam tutaj po raz pierwsy, pamiętam, że zastanawiałam się gdzie są ludzie, ci, co tutaj podobno mieszkają, cóż, teraz wiem: albo na wakacjach w lipcu, albo zwyczajnie się chowają i tyle…

… to się nazywa przetrwanie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biały Kot… została wyłączona

Pan Tealight i Healing Inner Child…

„No zjadł go no…

… ale spokojnie, wypluł prawie zaraz.

Ono podobno definicyjne mocno: „prawie” może i trochę trwało, ale w rzeczywistości dla wielu tutaj, to jednak dość śliska definicja onego słowa, szczególnie jeśli chodzi o timing… więc… definiując, lub nie, trzymając się opisów, lub nie, no chodzi o to, iż zwyczajnie go wypluł. Nie zatrzymał go w sobie, nawet nie nadgrył, i chociaż zarzucali mu, iż zjadł, to jednak, no nie, zwyczajnie, po prostu, przez chwilę ino miał go w paszczy i memlał go sobie, tak lekko spowijal w sobie produkowanymi sokami, może i tam jakiś siniak od kła został, ale nic więcej. Żadnego trawienia, no nie… co jak co, ale ruszających się wciąż nie jadł… i w tym był problem…

… bo widzicie, jak go wypluł…

… gdy wydalił ze swojej czeluści zwanej paszczą, to on się nie ruszał, więc… na co mu to było? Ten cały stres? Czy mógł go zjeść? Czy powinien? Co jednak jeśli się mylił? Co, jeśli nie miał racji i… zaraz…

A może jednak, czy to było mrugnięcie, czy poruszyła się rączka?

A nóżka, czy drgnęła…

Cyżby to jego Inner Child, może i niegdyś bardziej inner niż outer zdrowiało… stawało się częścią zewnętrza?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Taka sama” – … ta powieść ma jeden problem. I to niestety, podstawowy. Ujawnia przestępcę od razu. Na pierwszych stronach. Ot tak, po prostu. Jakby od niechcenia, a może specjalnie?

Może jednak to tylko tak było ze mną?

Może nikt nie zauważył… jedna zabita, wie możliwe ofiary. Ona, ta, która przeżyła powraca do miejsca, w którym wszystko się potoczyło, gdzie rozpostarło się malowidło: krwawe ślady na śniegu, chwile, które wciąż dręczą ją w koszmarach… powraca wraz ze wznowieniem śledztwa, tyko do czego?

Po co tak naprawdę?

Czy po to by zginąć, czy jednak odryć coś więcej… bo przecież one właściwie były takie same, wyglądały tak samo, jeszcze z daleka, w ciemnościach, można było się pomylić… na śniegu, czerwień, marznące dłonie i łzy, które nie spłynęły… młodość przekreślona. Dorosłość właściwie zniszczona. Da tej, która przeżyła? Dla rodziny zmarłej, a może, tak naprawdę policja wie coś więcej?

Może wszystko jest li tylko przykrywką…

Thriller psychologiczny, ale taki na moim poziomie B. Się znaczy, że nie przerazi, właściwie mnie raczej mało zaskoczył, lecz czytał się dobrze. Był intrygujący, ale też i miejscami wtórny, co nie zawsze jest złe. W końcu czasem chcemy przeczytać coś, co jest znajome w jakichś momentach… Osoba bohaterki zdaje się być nie do końca dopracowana, a jej cały związek z mordercą jakiś taki nagły i zniewiadomokąd wzięty… niby się zaczął, ale gdzie się rozwiał przez lata? Niby ona zawsze, on, oni… jej rodzina, ale nie dopuscza się nas do pełnej tajemnicy, a szkoda… wiecie, zawsze jest wyobraźnia.

Przeczytać można, nie trzeba.

Z cyklu przeczytane: „Nie to miejsce, nie ten czas” – … oj tak. Dla mnie to było i nie to miejsce i czas. Chyba czas się pożegnać z autorką, to już jej druga ksiąka, która szczerze nie jest dla mnie. Za mało jej. Za dużo też… poza tym, opowieści o podróżach w czasie, nawet takich, wytłumaczonych traumą, onym „zdawałocisie”, istnieją. I jakoś nigdy mi nie podchodziły, szcególnie tak spisane. Onymi zrywami. Każda część tej opowieści, cienkiej, to powrót bohaterki do jakiegoś momentu w jej życiu. Aż do początku, aż do poznania męża, do czasów młodości, onej może i lekko zniekształconej, jak to zawsze w życiu bywa, ech, te nostalgie…

Obecna matka cofa się w czasie, szuka pomocy, oraz wyjaśnienia tego, co się stało z jej synem, ze świeżym trupem przed ich domem, małżeństwem i… oczywiście, że chce to zmienić… no przecież… ale, czy może? Czy w ogóle to jest moliwe, by powrócić do codzienności, czy może w końcu… zniknie…

Może to ona umarła tamtego dnia…

… wieczoru…

Co byście zrobili inaczej? Gyby ktoś pozwolił wam tak po prostu powrócić do któregoś momentu w przeszłości, gdyby ona przeszłość stała się codziennością, gdybyście wciąż się cofali? Co? Gdzie byście wylądowali? Co zmienili? Czy bylibyście zdolni żyć z tymi zmianami… przecież… Zmiany przeszłości oznaczają też nieistnienie tej teraźniejszości, którą tak dobrze znacie.

Tych, co nie bawili się w takie historie może zaintrygować, innych… cóż, zniechęcić… i to nie koniecznie poprzez ten typ narracji, ale bardziej samo pisanie. Ubogie dziwnie. Jakieś takie strzępkowe. Tej książki jest zwyczajnie za mało.

Heatwave, kot i ręcznik oraz ciuchy na plaży.

… więc tak.

Było gorąco. Ale no, kurde, wrząco. I tak, AC, to tutaj luksus, tudzież odwrotność varmepumpe, które jednak działa dość słabo, więc… jest ciepło. I jasno. Ciepło, za ciepło i za jasno, wciąż jasno i za mocno jasno, i tak dalej… trwało to dłużej niż te pierwsze dni maja, ale było wykańczające… na razie, odpukać!!! temperatury powróciły do względnej normalności i po sztormie, który wiatrem bimbał dłużej niż ino przez weekend, czas na lekki oddech, jak przyroda da. I tak, wiem, wszystko wina człowieka bla, bla, bla… jako naukowiec, westchnę i stwierdzę, iż tłumaczyć mi się nie chce, ale już jako osobnik człowiekopodobny, z chęcią ukręce łby tym, co wycinają drzewa. Ale to z niesamowicie wielką… mam też, jakby co, widły na takową okazję. Tną, bo widok im zasłaniają, tną, bo liście zrzucają, tną, bo…

Bo tak…

Wkurwiają mnie!!!

Sadzę od zawsze, od dziecka, szukam sadzonek, które zostaną zniszczone, bo padły tam, gdzie droga, dach, czy też piach plaży… i sadzę. Jak jakiś psychol. Na Stardew Valley możecie obejrzeć moje farmy.

LOL Zawsze za wiele drzew, i co?

Tam się nie umiera od nadmiernej drzewności, wprost przeciwnie, ino mało widać. A drzewa, są cudowne, piękne, kochane i tak dalej. I tak, trymałam swoją brozę jak pizgało!!! A co?! I tak, same drzewa wszystkiego nie uratują, ale jednak, jakoś tak… drzewa są. Musą być, i to te stare… najważniejsze. Dla chłodu, osłony, dla onych soków, szyszek i innych tam liściówek. Dla kolorów… ale heatwave… no sprawa straszna. Nie znoszę dobrze temperatury powyżej 15 stopni, więc, plus 30ści to dla mnie piekiełko. Ale czujcie to… są urządzenia, jak zwykły wiatrak, które przynosą częściową ochłodę, dla mnie to kolejny dźwięk, który mój móg uznaje za wrogi, więc nie ma ratunku!!!

Hell!!!

Na szczęście tutaj, na razie się ochłodziło.

Do onej letniej normalności… i niech tak ostanie, bo zwykłych problemów wystarcy, jak susza…

Ale… couchy na plaży, już się pojawiają.

Znowu… one buty, koszulki i portki, wszystko ładnie złożone, a człowieka nie widać… nie ma nikogo. I tak, często wzywa się różne służby, ale jak często można? Jak często należy? Ja staram się myśleć, iż to po prostu syreniowie wyłażą z wody, mają ciuchy, by gołym zadkiem nie narzucać się dwunogom i potem, wracają do siebie.

Ino powinni chować te ciuszki, szczerze.

Powinni.

I 700 lat Roenne.

Choć tak naprawdę, to dopiero za rok, ale obchody już zaczęli. Jarmark przyjechał, ten wiecie, co to podobno z rónych krajów i tak dalej. No nie wiem, jedyne, co mnie tam kręci, to one rzeźby z zespawanych śrubek i nakrętek. W tym roku zresztą dziwnie ubogo wyglądał, więc… nie wiem, Chowaniec poszedł oglądać i stwierdził, że nic nie było ciekawego… albo zwyczajnie na oną ciekawość nas niestać.

Pewno i to drugie.

I tyle… zobaczymy jak to się potoczy… Dodatkowo oczywiście już zjechali się głośni, czyli wszelkiej maści motorowcy i hałasują… a ty idioto potem płać za ekologie wszelakie i dawaj się zjebywać z ambon wszelkich polityków i celebrytów, co to lepiej wiedzą, ale smrodzą ciągle swoimi wypasionymi autami, czy samolotami.

Pamiętajcie, influencerzy nie są od was mądrzejsi!

A kasa ni mądrości ni gustu nie kupi, sorry Batory!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Healing Inner Child… została wyłączona

Pan Tealight i Niespalona…

„Ogień ją dotykał, muskał jej ciało, wilgotne, jeszcze pachnące morzem… włosy mokre, poskręcane, poplątane i widocznie skonfundowane całą tą sytuacją, pełne muszelek, nici z rybnych sieci oraz wodorostów… dotykał dłonie, lekko spierzchnięte, jakby zasolenie było byt mocne, albo i pływała tak długo, że aż przestała być sobą, lub stała się sobą naprawdę… Muskał i stopy, do których przyczepiły się mikroskopijne grudki, kamyczki, kryształki i szkiełka, nie bacząc na oną sukienczynę, porwaną, zielonkawą, łataną, która dziwnie żyła, kręciła się, odpowiadała na jego działania…

Dotykał jej niczym kochanek, delikatnie, wrażliwie, ale i stanowczo, pewnie, może i nawet znajomie.

Jakby obydwoje wiedzieli czego chcą, jakby naprawdę się znali, jakby to nie było ich pierwsze spotkanie, jakby nawet się lubili, jakby wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi, ale i z odrobiną pewnej niepewności, pozostawiając między sobą one niedopowiedzenia, ale też i mącąc w oczach obserwatorom, jeśli jakowyś tu byli… Bo on wiedział do czego jest zdolny, a ona, nie chciała spłonąć.

Nie jeszcze. 

A może nie nigdy.

Nie wiedziała jeszcze, czy chce, czy jednak się zdecyduje na taką drogę, na podjęcie takiej decyzji, na jakąś taką, po prostu drogę… czy jednak pozostanie taka, nieruchoma, tutaj, na plaży, tam, gdzie właśnie układali bale na nowe ognisko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mocno śpij” – … opowieść…

… opowieść o Ojcu Ciszy szokuje. Boli i naprawdę miejscami szokuje, bo… wyobraźcie sobie morderstwa, dzieci, wszelkiego rodzaju zło, o którym nawet nie chcemy czytać, odwracamy wzrok, staramy się chronić ukochanych. Za wszelka cenę… Ale czy to w ogóle możliwe, szczególnie w dzisiejszych czasach.

Teraz…

Ta historia zaczyna się sprawą z przeszłości. Kultem, aresztowaniem winnego, brakiem słów, onym niemówieniem… oraz jedynym, który przetrwał. Oraz niepewnością. W końcu nie padły słowa, które winny wybrmieć… Czy czasem policja nie popełniła błędu wiele lat temu? Czy arestowano prawiwego przestępcę? A może jednak, w tym miasteczku istniało coś więcej, coś straszniejsego…

W Twisted Tree?

Straszna książka, przerażająca, ale i wciągająca… niestety. Dlaczego niestety? Ponieważ każde z nas nosi w sobie demony, które ten autor potrafi wybudzić, jeśli drzemią, i wypchnąć na zewnątrz. I sprawić ponownie, że boimy się presłości. Wspomnień. Bo jeśli ten człowiek spisał taką opowieść, to co stało się nam samym…

O czym mogliśmy zapomnieć?

Bardzo dobra, ale nie dla każdego.

Z cyklu przeczytane: „Pan Kołysanka” – … Harrod’s Reach. Miejsce, gdzie dziwny tunel stał się koszmarem. Tunel, tory, dziwne rośliny. Dźwięki, omdlenia, znikający ludzie… czyli taka normalność horrororwa, ale, w tej historii jest i coś więcej. Jest podejrzany, który zdaje się być aż nadmiernie oczywisty… jest i policjantka, którą naprawdę chemy wyciągnąć z tych stron, ochronić, i jest on…

Tak naprawdę jest w tym jakaś baśniowość, koszmarna, bardziej z kart Grimmów baśni, i to tych nieocenzurowanych, jest i miłość, jest horror, thriller, urban legend, oraz prawda. Tylko, czy można w nią uwierzyć?

Nie jest łatwo…

Jest i społeczność. Interesująca, intrygująca, ale Market potrafi tworzyć swoich bohaterów, aż człowiek zaczyna wątpić, czy to tylko iluzja, czy tylko zmyślenie, czy jednak… prawda wyciągnięta z jakichś legend, opowieści starszych, szepty nocy i skrzypienie drzew? Na pewno jest… Ta powieść przeraża, ale trochę inaczej niż inne książki tego autora. Jakoś włazi w nas, rozprzestrzenia się, a potem… wymazuje swoją obecność z naszych myśli. Pozwala zapomnieć o swoim istnieniu. By potem uderzyć…

Bo Market umie wystraszyć i w zakończenia jest genialny!!!

Z cyklu przeczytane: „Gość z Koszmaru” – … rezydencja i pisarz. Mroczne wspomnienia, niesamowite miejsca, i do tego wyobraźnia, która, niestety… staje się rzeczywistością. Zapisane na kartkach koszmary stają się czymś namacalnym. Ale przecież kto, jak? Książka właściwie jeszcze nie istnieje, a jednak… ktoś wie, ktoś ją zna… On sam? Autor? Czy ktoś inny?

Wplątany w sprawy, które zawarł na kartkach, nasz bohater staje twarzą w twarz z własnymi koszmarami i… i książka powala. O razu zabrałam się za całe trio, nie wiem dlaczego? Może zwyczajnie były dostępne, a może to fatum? I wiecie co, gdy skończyłam tę, mam w sobie ogromny głód onego więcej… więcej tego autora, więcej onych opowieści… więcej, więcej, więcej…

Mrok, napięcie i zło, postacie poboczne, które pulsują nadmierną aż intensywnością. To i thriller i koszmar i coś jeszcze.

Coś łagodniejszego…

Może i nie genialna, może kończy się za wcześnie, a może dlatego jest właśnie taka intrygująca, mocna, taka… dobra.

Okay, ostatnie 10 dni czerwca to trochę był szok temperaturowy dla organizmu. No dobra, przynajmniej mojego, który ma niską tolerancję na gorąc. No tak jest i już, to ja, mogę sobie nie lubić temperatur wysokich, ale pływanie… ech, pływa się w onej spokojnej, chłodnej, dziwnie słodkiej morskiej wodzie, świetnie! Kąpiel midsummerowa zaliczona. Tak serio, to człowiek chodziłby pływać codziennie, ale… to problem. Nie, nie w chodzeniu, ale w tym, że zaraz po musisz wziąć prysznic, potem kurde odżywka, krem, no nie… jak inni to robią?

Nie chcę być suszoną śliwką tak przedwcześnie!

I tak, Sol over Gudhjem było, wygrane danie to: makrel-forrel og sausage roll. Zwycięzca ma 28 lat, Julian Elkjær. Tak, danie wygląda na małe… no ale wiecie, to kuchnia, a nie jedzenie! Nie mieszajmy pojęć. LOL Potem mieli impreę, ale oczywiście ino zaproszeni, be plebsu… poimprezowo spali długo, to muszę im przyznać. Cisza nad bliżniaczymi miastami unosiła się do 9ej…

A dziś Sct. Hans…

Czyli chować wiedźmy!

Jak na moje ślepawe ślepia, to raczej za sucho na ogniska, no ale, przecież ja się na pewno na tym nie znam… mniejsza, nie lubię tego święta i tyle. Wolno mi. Fascynuje mnie jednak ona dwoistość przedstawiania/opisywania go, ale figurki na stosach, wiecie, człowiek ma jednak skojarzenia. Jednak, uważam, iż powinny tam zostać. Bo to tradycja, która nikomu nie szkodzi, tym bardziej wiedźmom, które ogień uznają wyłącznie za środek do transportu… i tyle.

Oto ona dwoistość.

Bo… nie palicie nikogo, ino za darmo fundujecie kukiełce podróż…

Ale… idzie lipiec.

Z nim wakacje, lato pełne i dla wielu czas wolny.

Nie dla mnie, no ale, może mi się uda ukręcić coś po sezonie? No co? Też chcę zobaczyć coś nowego, doświadczyć, ale nie jak dwa lata temu, czy nawet rok temu… nie wiem, ale dla mnie odwiedziny szpitala nie są czymś, co mam na swojej bucket list. A kurde mi się trafiło. I nie wspomnajcie mi o tym, że mogłam sobie wschód słońca nad Olandią z mostu podziwiać…

… to był okulista!!!

Ech!

No ale… się zobaczy, na razie człek marzy o tym, by przynajmniej noce nie waliły wielkim żarem, bo sen, to sprawa święta! Kwiaty kwitną, drzewka rosną, znowu ciągle poluje na mnie mały zającokrólik pod furtką. Serio… o co mu chodzi? Ptaszki trelują, wciąż… mewy wyprowadzają młode, cudne i puchate w kropeczki, na spacery… wciąż są dość agresywne, więc uważajcie! Morze może i płytkie, wciąż dziwnie nieruchome, potrebujące trochę przeczyszczenia, no co? Takie to ju morze, prawie wewnętrzne! A biorąc pod uwagę ono niskie zasolenie, to właściwie jezioro!

I tak, wiem, dla wielu wciąż zimne… serio?

Ech!

Lato… tak cłek siedzi na parapecie swoim własnym i czasem się zastanawia, jak to się stało, że to, co widzi z okna, to widzi, że to co tam jest, może dotknąć, że właśnie przejechał samochód Googla? WTF? Podobno jakiś koleś w gaciach śmieci wynosil i tak go złapali… usunęli zdjęcie, ale… Koleś, gdybyś nie powiedział, to nikt by nie widział, a tak… się przyznaj, że chciałeś się pochwalić gaciami…

Markowe były? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niespalona… została wyłączona

Pan Tealight i Moja Pani…

„Była Moja, tylko Moja i wyłącznie Moja!

Nikogo innego.

Nikogo, kto by nawet o niej pomyślał, której istnienie przemknęłoby przez głowę, czy inną część ciała, nikogo, kto by poznał jej opowieść, wysłuchał jej pieśń… zresztą, słuchanie w ludziach ostatnio zamiera, podobnie rozumienie tego, co słysą, więc… Może to wszystko nie było takie trudne, i była Moja, wyłącznie i tylko.

Moja!

Moja Pani!

Ale był i On… wiedział więcej, widział więcej, nawet czasem do niej podchodził, wydawało mu się na pewno, że z nią rozmawia, ale nigdy bym na to nie pozwolił, bo przecież była Moja, tylko Moja. Tylko i wyłącznie. Tylko ja ją słyszałem naprawdę, tylko ja ją rozumiałem, dbałem o nią i ją czciłem, pozwalałem, by oblewała mnie i światłem i ciemnością i… mnie karała.

Bo to robiła.

Robiła ze mną, co chciała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zuchwałe dziewczyny” – … o kobiety… Jeśli chodzi o tę autorkę, to zawsze chodzi o kobiety. Uwielbiam to w niej, ale te, w pewnym sensie kreuje ją to na autorkę pewnego, bepiecznego, rodzaju. I wiecie co, czasem człowiek właśnie tego potrzebuje… Wiecie, sięgacie po książkę i raczej wiecie czego się spodziewać…ale… czy zawsze? W końcu kobieta nie dość, że zmienną jest, to do tego miejsc, w których kobiety można umieścić jest tak wiele. Jesteśmy tak barwnym bukietem, choć media społecznościowe dają się uwiebiać nas szeregować w odpowiednie szufladki… nie, nie jesteśmy segregowalne…

… czasem lubimy grupować się kolorami…

W tej powieści spotykamy Lux. Dzewczynę, młodą kobietę, której coś obiecano. Podróż dookoła świata. Życie całkiem inne, a kończy jako ta, która sprząta i karmi. Która żyje może i w miejscu pięknym, ale w którym nie chce spędzić wieczności, a on, Nico, cóż… jemu pasuje. Łódź kiedyś naprawi… może… mieszkanie, cóż, jest gdzie spać, a że na podłodze, z innymi, czy to ma znaczenie…

Dla niej ma.

Zmiana nadchodzi nagle i wiąże się z parą młodych turystek. Oczywiście pełnych tajemnic, bo przecież tutaj każdy ma sekrety. Lux, Nico, i one dwie. Naprawiona łódź w końcu unosi się na wodzie, ale czy tajemnicza wyspa, na którą chcą się udać przyjaciółki, przyniesie samej Lux jakieś ukojenie? Czy może jednak nowe problemy?

Jak to się zakończy?

Jak zwykle zakończenie zwala z nóg, Hawkins potrafi w zakończenia. Mężczyźni zdają się być siłą natury, ale to kobiety niosą one historie na barkach, zawsze. I jakoś tak, cóż, przecież i tak jest… co z oną szyją rodziny? Tak przytaczając stare powiedzenie? Co ze spracowanymi rękami… dobra powieść. Serio! Może przewidywalna w pewnych postępowaniach bohaterów, ale…

… warto!

Z cyklu przeczytane: „Pokój na piętrze” – … tam. Ona… i ona… i tajemnica. I on… Tak naprawdę, pragnienie miłości, czy też misterny plan… młoda dziewczyna i marzenie… i jak to u tej autorki bywa, kobiecość, która wygrywa. Ale za jaką cenę?

I czy ci, co przegrali zasługiwali na taki koniec?

Czy zemsta, to zawsze jedyna odpowiedź? Wszelaka zemsta… niekoniecnie… nie, nie mówię o morderstwie, chodzi raczej o udowodnienie wszystkim, czy też tylko sobie, że się może… Tak jak w tej sytuacji. Ona, biedna, wyprowadzająca psy, marząca, spoglądająca na oną luksusową dzielnicę, pewnego dnia spotyka jego…

Mężczyznę z przeszłością.

Tajemnicami…  którym się wiąże… a potem, cóż, tak naprawdę go poznaje. Oną jego przeszłość, kobietę, która była tutaj przed nią, w tym domu… Czy stanie się jej odbiciem, czy jednak będzie sobą? Ale czy on chce jej, czy odbicia własnej żony? Tak… to thriller, ale też, cytując klasyka: „misterne działania myszy”. Coś więcej. Psychologia tłumu. Ono, nie mów, nie patr, nie słuchaj, po prostu potakuj… milczenie, które krzyczy.

Książka, która wciąga, ale też od pocątku kieruje nas w pewną stronę, świadomie, byśmy wybrali stronę, po której się opowiemy… i to zakończenie! Miodzio!

Upał musiał w końcu nadejść.

Ona dziwna duszność, wilgotność w suchym powietrzu, moszcząca się, rozpychająca, jakby chcała zapanować nad wszystkim, właściwie w dzień po onych nocach 10stopniowych… nagle ciepło, prawie 30 stopni i duszno… Nie ma czym oddychać i choć słońce nie pali, chmury miłosiernie je zakryły, to jednak… no kurna, duszno mi!!!

Aaaaa!!! I nie, to nie hormony!

Chociaż, może i to LOL

Wszystko zaczęło się na kilka dni przed Midsommerem.

Bezczelność, chociaż, biorąc pod uwagę dotychczasowe temperatury, to jakoś jestem wdzięczna za to, że dopiero teraz wyciągnęłam wiatrak i cierpię. No wiecie, jednak przedwczesne lato, to jak przedwczesne… inne sprawy. Ekhm, no wiadomo. Jakoś tak punktualność w wielu rzeczach pomocną! LOL Po Folkemodecie nadszedł czas na Sol over Gudhjem i nie, nie mam zamiaru tam iść. Po ostatnim dziwnym poparzeniu, jakie zafundowałam sobie przez dziwny zbieg okoliczności, w którym brały udział nie do końca wytarta szyja, ręka słońca i rąbane hiszpańskie margerytki, którym trza było uciąć głowy… no by kwitły bardziej i dłużej i w ogóle… ja do nich z pomocną głową, a one mi w szyję? Świnie!!! Ale nic to, człowiek przez kilka dni wyglądał, jakby go odwiesili ze sznura na czas, ale podczas odwieszania trochę poddusili…

Nie wnikajmy w szczegóły.

Teraz jescze bardziej mnie to lato przeraża.

Może by tak ziemiankę kopnąć? Półziemiankę półdziewicę? Stary żart… Ciekawe jakie mamy regulacje dotyczące czegoś takiego?

Turyściny mnogość.

Hałasy wszelakie…

Skonfundowane ptaki oczywiście pindorzą przez dzień i noc… jakby zapomniały, że jasne noce są i tyle, i można sobie dać na wstrzymanie, no błagam, przecież za darmo tak… nie da się ich wyminąć uszami. Można by tak nie śpiewać, choć z drugiej strony, jak tak człek se prysznic bierze i solsort mu zagląda do okna i pizga tymi nutami, co to by kryształy tłukły, to jest w tym jakaś disnejowska urokliwość… ale… no ile można!!!? Widać chyba dużo, bo wciąż to robią…

Płacą im jak nic, spisek! LOL

Ale… to przejdzie, jak zawsze, taki sezon.

Czasem trwa dłużej, czasem krócej. Ciepło, hałasy wszelakie, kosiarki, potem cisza, mroczność cudowna, za którą tak tęsknię, ale też korzystam jednak z onej jasności. Wiecie, przynajmniej jak se człowiek włosy wyrywa z różnych części ciała, to nie robi tego po ciemku… zimą robi. He he he! No co, ja  tych, co wolą mieć włosy w określonych częściach ciała. Wolno mi… a racej, próbujcie mi zabronić. Nie radzę. Widły zaostrzone… te słowne oczywiście… abo i nie… tutaj człowiek serio po prostu łatwiej o: I do not give a slightly fuck.

A! W tym roku nowa moda, w trawnikach zostawiają kółka…

Nie wiem jeszcze skąd to wzięli, ale nawet sąsiad paranoik przystrzygł wszystko na ono pół milimetra od gleby, ale kółeczka z kwiatkami i trawką sobie zostawił. Nawet królowej naszej kwiatki ukochane powsadzał.

Nawrócił się, czy co?

Albo ino taki trend, moda… pewno to szybko minie, żywopłoty traktują po macoszemu… chociaż, wiecie, w takiej suszy, w miejscu, gdzie trawy się nie podlewa, to miło to widzieć. Prosta rzecz, a cieszy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Moja Pani… została wyłączona

Pan Tealight i Koneserka wrzecion…

„Siedziała w małym okineku zrobionym z drewna naniesionego przez morze. Tuż za skałami, tam za wydmą i płotła coś, szyła lub dziergała… stukając metalowymi palcami, ale nie całymi, ino onymi opuszkami szczytowymi…

… głośno.

Rytmicznie…

… ale czasem się gubiąc, czasem… rozmywając się dziwnie z pieśnią… której nie słyszał nikt poza nią. A nawet ten, co coś usłyszał, to nie słyszał tego długo, ani też, nie oszukujmy się, nie znajdziecie go, by wam coś opowiedział… nie.

Na pewno nie.

Z tych reszteczek, to już nawet rosołku chudego nie będzie.

Nic a nic…

Bo czasem tajemnice tkwią w kościach opowieści tak mocno, że same się nimi stają i jeśli nie chcą by je rozpoznano do końca, jeśli chcą zachować coś tylko dla siebie, a nie dzielić się z onymi niegodnymi, to to zrobią.

Bo mogą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cesarstwo świtu” – … ale czekałam!!!

O rany!!!

Wampirze cesarstwo tom 3.

Po prostu ucta. powieść, którą się czyta tak jakoś zwalniając, by trwała, ale i tak końcy się za szybko, choć tomiszce jak biblia i to ilustrowana! Oto historia po zmartwychwstaniu Graala, która rzuci wami o ściany, rozwlecze wyraziście emocjonalnie, lekko popieści w odpowniednich miejscach, wrał, by w końcu… no nie, to zakończenie… kurcze no! Ja chcę więcej, ale z drugiej strony… przecież…

… nie może być więcej, chociaż…

Kocham tę trylogię i nie rozumiem jak wykorzystując znane nam bardzo dobrze mity, ten australijski autor pomieszał, zamieszał i jakoś utoczył coś kompletnie nowego. Choć wszystko takie znajome, a jednak i nie… nie rozumiem, ale mu się udało. Skurczybyk jeden. I człowiek się nawet nie gubi, choć postaci mrowie! To cenię! Ono pisanie obszerne, soczyste, opisowe, słowne poezyjnie, ale i dosłowne, gdzie trzeba.

Może to wiecie, ten gen, co to pisać umie? LOL?

Czytać nie tylko, gdy lubi się krwiście.

Czytać dla historii, dla wyobraźni, dla czegoś, co już zaczyna zanikać w literaturze…

Poszła baba do księgarni… taka, co kocha i czytać i pisać i oklejać się w naklejki, wiecie, stary typ, ale wciąż na chodzie.

Lato…

… jakie ono w końcu będzie? Nie wiem… zresztą, czy w ogóle ktokolwiek wie? Po prostu sobie będzie i trzeba je jakoś znieść, przynajmniej z mojej strony. Nigdy nie pojmowałam onej radości z powodu upałów i tak, byłam tym dziwnym dzieckiem, co się cieszyło na powrót do szkoły.

No wiem…

… szaleństwo.

I tak mi zostało. No bo poza onymi zachodami słońca z chłodną bryzą i kąpielami w morzu, to szczerze, raczej nic z tego się nie da wyciągnąć… no dobra, arbuzy pewno będą… LOL letnie cudowności. Może i wydymają, ale zamrożone robią genialne lody. Lody z wody arbuowej… nom nom nom. Poza tym Turyścizna, wiadomo, że to raczej upierdliwość i braki w rejonach sklepowych. Oraz kolejki… poza tym obecnie kady ma ten swój main character syndrome, więc…

… lepiej się schować.

Przeczekać,,,

Najpierw przeczekać Folkemodet, potem lato. Takie dwie największe… a wróć, no jeszcze manewry, ale to, to coś, na co nie ma się kompletnie wpływu. Poza tym ostatnio są trochę ciągle, więc… nie chcę nawet o tym myśleć. Człowiek się uczy nie myśleć, nie po to wywalał telewizor, by ładować sobie teraz z internetu, czyli niesocialnych mediów społecznościowych, łeb problemami, których nie może w żaden sposób naznacyć swoim czynem. A thoughts and prayers, to najgorszy shit! Jaki można powiedzieć… albo przepraszam, prykro mi… może być ci przykro bo ci się kotlet z widelca na glebę obsunął i pies go hapsnął, więc 5 seconds rule nie obowiązuje!

Ocywiście, że nie mówię, iż lato nie ma w sobie uroku… ocywiście, że ma, ale to nie moje uroki, to trochę bardziej klątwy, a tych nie życzę sobie. W końcu lato ma w sobie oną cudowność, gdy przechodzi spokojnie mniej lub bardiej w jesień, i jest wtedy dla mnie nadzwyczaj urokliwe.

Jednak… upały i susza, to zło.

I kleszczowie!

Cóż, jednak człek kocha te cztery pory roku. Tak jakoś nie umie bez nich żyć choć ma swoje ulubione i dobrze, przynajmniej wie, co lubi najbardziej. To się liczy. Wiedzieć, cego się nie lubi. Na co się ma nietolerancję i to niekoniecznie pokarmowa, oraz, mieć świadomość tego, że nie trzeba grać w życiu innych tych ról drugoplanowych. Że można zwyczajnie odejść, odwrócić się i uciec…

Tak, jestem eskapistą.

Ostatnio to już nawet ekstremalnym. Zwyczajnie, z wiekiem człowiek po prostu przestaje tak dbać o to wszystko durne, to to, jak: co mam na sobie, co zrobiłem, albo czego nie, i co i kto o mnie myśli w tej chwili, czy też chwilah następnych. Zaczyna się w okolicach trydziestki, a potem to już po prostu z górki! Dlatego tutaj babeczki po 60tce wyglądają wystrałowo! Szczególnie jak chichoczące się niczym podfruwajki w szlafroczkach galopują do wody, potem z niej… a potem to już wiecie, historia!

Albo i wiele!

Nie tylko latem… nie bacząc na Turyściznę.

Są cudowne!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koneserka wrzecion… została wyłączona

Pan Tealight i Siedząca Ona…

„Uważała, że tyle wystarczy, dla życia, dla spełnienia, no i przede wszystkim była wścibska, bardzo mocno przejmująca się znaczy tym, co na zewnątrz…

Zero egoizmu, wiecie… kompletnie!!!

Nic.

Siedziała…

… i nie, nie na telefonie, nie pod telefonem, tudzież obok niego. Nie z laptopem, palmtopem, komputerem wszelakiego rodzaju czy rozmiaru, tudzież może i przed ekranem wielkim, większym niż myśl o wielkości wielkiej, lub też… nie. Ona zwyczajnie siedziała na głazie, gładkim, rzeczywiście, ale nie miękkim, nagim, nieomszonym, zwyczajnie szarawym, z ciemniejszymi plamkami, może z lewej strony nawet obsranym. Głazie, który zimą czasem jakaś fala obmyła, ale poza onymi sztormowymi dniami i nocami, gdy Siedząca Ona gdzieś znikała, ale nie zawsze… poza nimi, ona tam była, i ono gówienko… serio, czy to było gówienko, czy głaz rodził w bólach głaz nowy?

Czy to ważne…

Żyła, zmieniała się, karmiła…

… niektórzy mieli różne w tym temacie teorie, ale większość uważała, że to ryby. Zwykłe sushi. Nic poa tym. Może czasem z kryształkami piasku, no wiadomo, wiatr zawiał na talerz, trawką, czy też morską sałatą i tyle… wielce w obecnej modzie powrotu szkieletowości…

Siedziała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „To królestwo mnie nie zabije” – … okay, tak, oczywiście, że jest w tym trochę bestii i dziewcyny, i serii, którą pokochało wielu, ale poza tym jest też znajomy styl pisania, ona lekkość, komizm sytuacyjny i wszelaki inny, enemies to lovers… no i spice, kurde no, jest i to, aczkolwiek w tym tomie tak no, niezbyt, wiadomo, szanujmy się, zresztą to jednak trochę inna opowieść tego pisarskiego duetu.

Inna…

Bardziej epicka.

Bardziej Outlander spotyka się z piękną bestią… i ma ubaw.

Oczywiście jest haczyk, będie, jeżeli przeżyje. Wiadomo… w końcu wkroczyć w swoją ukochaną serię, ilu z nas by tego pragnęło, czy też raczej, ile z nas, nie oszukujmy się, ta powieść jest jednak pisana bardziej w kierunku babskich serc i słabości ku onym nie do końca grzecznym chłopcom.

Ekhm, no wiecie, tym nie do końca dostępnym… tym… James Dean…

Nasza bohaterka dostaje się w strony powieści, która ukształtowała jej życie. Nie jest smarkatym podlotkiem, ale jednak widząc to, co widzi i uświadamiając sobie, że nie może umrzeć – czy tylko mi od początku się wydawało, że to może być 9 żyć, albo i mniej? – po prostu postanawia pozmieniać pewne rzeczy, oszołomiona jednak łatwo się odnajduje, w końcu wie wszystko. To książka… Ale tak wiecie, też i nie do końca, przecież nie wolno jej, nie może zmienić powieści… niedokończonej zresztą… Nie wolno jej, nie powinna właściwie wścibiać nosa, ale musi przeżyć…

Musi…

Tylko?

Jak?

I jak długo będzie w tym świecie, czy kiedykolwiek wróci do normalności i czy w ogóle… chce tego? Bo jakoś nasza bohaterka, jak niewiele przed nią, nie zamierza opuszczać onych stron… co zaskakuje. Ale… czy naprawdę? I dlacego nie zastanawia się, gdie jest autor? W końcu jeśi ona tutaj jest… cóż…

Miłe czytanie.

Piękne wydanie. Dla wielbicieli tematu i autorów LOL Nie, nie zawiera wilkołaków. Chociaż… kto to wie? To w końcu pierwszy tom? LOL

Szwecja… maj…

Ciepło, płaskie morze… jasność.

Porównując płynięcie z końcem maja, a marca, no noc i dzień, ale wiadomo, jasne noce, dziwny czas. Męczący, ale jak na razie, przynajmniej do pierwszego tygodnia czerwca niezbyt wrzący. Właściwie to tylko dwa pierwsze dni maja dały nam tak popalić, teraz jest względnie… ciepło, casem wrząco w słońu, sucho na pewno, ale jednak, bryza, chłodność, da się oddychać, a to ważne…

Prom już czuje oną siłę Turyścinowego nacisku.

Folkemodet zaczyna się 11go… Lato wali już w odrzwia, niecierpliwe, wody w moru wciąż mało, w rekach ubywa, deszcu jak na lekarstwo, chociaż kilka dni temu była mała burza, ale czy coś nawodniła, hmmm… wyparowało nim dotarło do iemi, lub się od niej odbiło. Miejscami jest jak beton. Nawet w moim ogródku! No ale… czwarta, ju świta, więc trzeba wstawać, by się nie spóźnić na prom. Wiadomo, ci ze stolicy Wyspy mają bliżej, to se pośpią jeszcze godzinę, ale my, ta inna część Wyspy, no my nie… Mycie, siku, herbata w kubkach, woda w butelki i jazda…

Na szczęście morze płaskie, chociaż na Wyspie trochę pizga… przed nami uroczy samochód z wyrysowanymi paluchami na kurzu i brudzie fiutkami. Nosz urocze jak nie wiem co, nosz uroczo tak, jak za dawnych czasów, takie to wiecie, analogowe… LOL a może i to AI? Kto to wie… udaje się nam aokretować, czy też zapromować, dorwać ulubione miejsce, więc jest spoko i teraz półtorej godziny czasu, który wykle składa się z siku, herbaty, wody, potem czasem nowu siku, a wszystko to w rytmie zmieniających się kolorów a oknem, wiecie, onych odcieni niebieskości. I to morze… jak to jest, że jak  lasem, wglapiać się morzesz w toto godzinami…

Serio.

Ale klimę rozkręcili.

Ech… Żeby się z końcem maja w poliestry zakrywać… uwielbiam! LOL

Ale… Ystad lekko zachmurone, jednak już zaraz wyłazi lampa niebieskości i jest ciepło… bleee… no ale, to już czas truskawek w Szwecji! Są zajebiste! O tej porze roku jeszcze lekko kwaskowate, ale jednak, wraz z bukietem róż, z których kilka jeszcze stoi, dotrą z nami na Wyspę. Tia, wytrzymają. Oto moc termicznych toreb i żeli z zamrażarki. Trzeba myśleć nadmiernie, jak chce się kontrabandować z polskiego sklepu w Malmo ser biały. No co? Niektórzy są uzależnieni!

Ha ha ha… i tak sobie myślę, że ino takie mam uzależnienie z Polski, a nie, wróć, jeszcze jedno mam, ale się nie przyznam. LOL

Zakupy żywieniowe, wiadomo, mus… ale też i inne rzeczy, których u nas nie ma, a wiadomo, poctą to… nie ten sam fun! Tutaj książki, tam kamień, no co, niektórzy tak mają, autobus do tego… wszystko w Malmo! No co? I jeszcze zestaw rzeczy z ICA… my love!!! Ostatnio zrobili tam taki duży dział polskich wiktuałów, że aż szok! I nawet no to frugo będzie… wciąż w lodówce.

I tak, wiem, Malmo ma renomę miasta islamskiego… i to prawda, jest źle i niebezpiecnie i ludzie się wyprowadzają… rdzenni, ale na szczęście są pewne dzielnice, na szczęście jest stare miasto, a tam galeria Gustus… boska, polecam! Są one kamieniczki, te kolory, kwiaty zwisają nawet z nieba, poszaleli… jest sklep z angielską herbatą i innymi UKejowskimi delicjałami, gdzie wciąż nie mogą mi sprowadzić tego mentolowego cudu z Lake Distric… podobno zakazane, bo zbyt wiele mentolu… ech!

Jedziemy te do Lundu.

Oczywiście, że zapomniałam, iż to ostatni piątek mają… no przecież… więc i strzelają i w końcu zobaczyłam, nie, Finna wciąż nie, ale za to doktorantów tak, i to całą masę. Ech… te wieńce laurowe, muyka, pompa uniwersytecka… powiem wam, Hogwart spotyka Niewidoczny Uniwersytet.

W morde jeża!

I nabyłam dwa kosyki, brzozowy i wiklinowy.

Tak wspomnę, bo niby nieciekawe, a ciekawe… jak to człowiek zapomina, że wciąż niektórzy mają gotówkę… a ty idioto szukaj bankomatu. Dziwne są one, odpychające takie, zardzewiałe… i poznał cłek miłego, starsego pana. I zniżkę dostał… ale Finna wciąż nie widział. Do następnego razu Panie z Podziemi…

Jak wracamy leje… miejsca nasze ukochane zajęte, więc mamy awaryjne ulubione… zawsze to coś, zawsze inne, zawsze zaskoczy. Zachód słońca, wycieczki młodzieżowe, morze, morze, morze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Siedząca Ona… została wyłączona

Pan Tealight i Zaraza…

„Zaraza Zaraza Po Prostu Zaraza… tak właściwie miała w tym imieniu jeszcze więcej imion zawartych, ale nikomu nie chciało się tak za każdym razem klepać onej formułki, więc.. mówili na nią Zara.

Zara El.

Prychodziła, jak ją tak wołali, na onych trzech, tyckowatych nogach, o diwnie sękatych kolanach i palcach, tułowiu omotanym szmatą, której pochodzenia nie znali, a która dziwnie nie blakła, ale też i nie zmieniała swojego położenia, za to koszulka, no tak, przy tak długich dwóch ramionach, tak dla ścisłości, równie sękatych, cienkich, łamliwych, ale zawsze się zrastających nazbyt szybko, tak, po drodze, z onym pyknięciem w eterze… no więc koszulka zmieniała się zawsze. Albo było to AC piorun DC, Nirvana, Mercedes Benz, Volvo… albo biała, dziwnie męska i świeża, z zaprasowanymi kantami, różowa, pomarańczowa, czerwona, ta z przykrótkim tyłem i dziwnie rozwiązłym dekoltem ukazującym cały garment jej wisiorków, koralików i drewienek, kamyczków i muszelek, liści i kwiatów, które nosiła na krótkiej i mocnej szyi… Tak, miała dość skomplikowaną budowę, ale nie miała z tego powodu kompleksów, chyba…

Nikt nie pytał, tak naprawdę, to chyba nigdy nikt jej nie zapytał, czy choć dobrze się czuje, czy może chce kotleta?

Co by było, gdyby odpowiedziała: TAK?

Zbyt skomplikowane.

… za to one koszulki, ostatnio była taka w paski, potem prążki, potem znowu koszula męska, lekko więzienna, z odciętymi ramionami, falująca na wietrze, znowu tiszercik, dziwnie dziecięcy, ze smokiem, no i ta błękitna  lokomotywą i jakąś datą, której nie mogli dojrzeć, bo ginęła gdzieś w załamaniach…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dzieci lodu” – … nie. Nope, nein, w ogóle.

Yyy…

Widzicie, to by nie było złe, gdyby nie to, że kompletnie nie ma sensu, nie jest konsekwentne, do końca nie wiadomo, czy ufoki istnieją, czy jednak to ludzkie działanie, a tak właściwie, to przecie, no serio… jak by to miało wyglądać? Dostajecie krótki okres casu na preprowadzkę w bardzo małą przestrzeń i co tera? Nie wiem, ale mój mózg podpowiada, iż trzeba zasięgnąć języka u tych ludzi lodu, ktorych posiadamy… ale widać, to tylko ja… Co ja bym robiła, gdyby mi powiedzieli, że mam miesiąc na życie, a potem nic… no chyba raczej bym pożyła i tyle.

Nasi bohaterowie ocywiście lecą i ratują siebie i innych, a potem czas przyśpiesza i dowiadujemy się rzeczy, które musiały już dziać się wcześniej, więcej… czy to ludzie, czy ufoki? Wciąż więcej pytań, pogłębia się we mnie wkurw na głównych bohaterów, one próby tworzenia jebanej utopii…

… nie, nie mogę.

Gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Sukiennice?

Nagle wydaje się człowiekowi, iż ktoś skleił kilka książek razem, a na dodatek pomieszał im chronologie… Niby mamy thriller, niby jest jakaś tajemnica, ale te one machlojki i matactwa genowe, dziwne człowieczeństwo i nowa rasa, ino… gdzie ona będzie żyła? Pod wodą? Na wodzie?

Przecie jak się rozmnożą… serio?

To bardo słaba fabuła, słabe pisanie… niby wciąga na pocątku, ale jednak, jakoś tak, o wiele ciekawsa byłaby ona historia tych, co zostali… nie kolejne tworzenie mutantów i próby klejenia tych tam rąbanych komun… nie…

… wkurzyła mnie.

Maj…

I po maju.

Trzeba przyznać, że robiło się ciepło, bardzo nawet, choć i wietrznie, no i tłoczno, głośno i w ogóle, wiadomo, sezon. Jak nic się zaczął. Ludzie nawet w morzu siedzą, a ono piękne, aczkolwiek, przynam, że lekko chłodne dla wielu. No i ta bryza zimna, cudo! Jednak jak dla mnie byt wiele światla. Jasne noce mnie dobijają i to jeszcze trochę potrwa z jakieś 2 miesiące…

… niestety, no ale, taka natura natury…

Czy też Ziemi?

Zieloność i błękitność moża sprawia, że się chce… ale potem sobie człowiek przypomina, że jest właśnie w Svaneke, siedzi w porcie, a dookoła tłumy, co się na Pinse jechały. Czy to są Zielone Świątki? Hmmm… tak, ale tutaj to aż dwa dni. Podobno hucznie odprawiane i łazi się do lasu… no nie wiem AI, do lasu łazi się zawsze, a huczność przy Turyściźnie nie jest możliwą, więc, raczej wszyscy mają wolne i zapierdalają w ogrodzie…

… i tyle.

Taka to tam religijność pracownicza.

Za to Svaneke, jako betonoza, szczególnie w granicach miasta wewnętrznego i portu, aż kipi wrzątkiem. A pewno, że to wciąż nie to ciepło, letnie i lepkie, ale jednak ciepło. Jak nie chcesz zostać spalonym frikadelem, to musisz się schować… ino gdzie? Większość miejsc pozamykana, trup statku zniknął, mają więcej miejsca do parkowania autobusów… tłumy, tłumy, tłumy, a ty musisz leźć a Chowańcem, z własnej woli nieprzymuszonej, bo w portach coś się zjebało…

Inny punkt widenia.

Jak zawsze.

Turyścizna sobie, a tubylec sobie.

Svaneke to dziwne miejsce.

Często się pali…

… często te coś jest nie tak, a jednak jest urocze. nie jak Gudhjem, no ale, wiecie, niektórzy wyznają wyłącznie pewną architekturę terenu. Ekhm. No co? Mogę mieć preferencję i w nich mieszkać! LOL Wiele osób kocha Svaneke, uwielbiają tutaj żyć, czy przyjeżdżać, lub przypływać… na pewno linia brzegowa się rozwinęła…

… ku kąpielom.

Co do statków, to są…

Sklepy cóż, sporo było zamkniętych, co mnie dziwiło, ale, moe to po prostu sprawa początku sezonu i oszołomienia kwitnącymi głogami i innymi, zajebiście tchnącymi krzewinkami. Aromatyzuje się wszystko, ino morza jakoś mało. W uj płytko! No serio. I tak wiem, za cieśninami gdzieś tam nasza woda, ale co z systemem naczyń połączonych? Nadal wyłączony? Czy jak?

Fizyka się zmieniła, czy połączenie zanikło?

Nie wiem… wiem jedno, czas na chowanie się w domu.

Pamiętam jak mnie to fascynowało na początku onego wieku, a teraz, sama to robię… czyli miałam rację. Znowu i zawsze, niestety? Stety? Ciepło, za ciepło na wszelkie rozwoje, nawet myślowe… ale ta woda w porcie była taka czysta. Tak bardzo słodko wyglądająca… i tak, wiem, to światło, niebo, bla bla bla…

Ale wciąż, zawsze mnie czaruje!

Nawet z Turyścizną dookola.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaraza… została wyłączona

Pan Tealight i Bukszelf…

„Bukszelf miała się dobrze.

Wprost kwitła.

W głębi lasu, który nie miał nawy, nigy nie czuł się w potrzebie by takową posiadać, więc jej sobie nie nadał, a że był pierwszym, lub jednym z pierwszych, którz w końcu może to do końca pojmować w tak wielkim Wszechświecie, więc… był lasem. Znaczy się Lasem. Zwykle tak go właśnie nazywali. Jak ktoś mówił, że piska coś skrzypliwie w tym Lesie, raczej wszyscy wiedzieli, że na pewno chodzi o niego no i Bukszelf, w końcu stanowili nierozłączną całość.

Piękno symbiotycznego połączenia…

Chociaż, czasem się zastanawiał, kto był pierwszy ona, czy on? Czy obrósł coś, co było z lasu, czy jednak to ona wyrosła z niego? Z gałęzi, które powiązały się w zdobione listkami wiekuistej pór zmienności kolorów, one kształtne, miejscami filigranowe, miejscami świadczące o sile, z jaką mogły unieść wszystko, świat cały i jego myśli oraz marzenia… ramy i półki, półeczki, zagłębienia, niewielkie sufladki, gdie chowały się grafitowe ludiki gotowe spisać wszystko oraz skarawki papieru o barwach tak innych od najczystsej z bieli, iż można się było pomylić…

Skąd miała papier?

I czy był to papier, a nie na przykład skóra z mniej upasionej Turyścizny, dobrze wyprawiona, całkiem niezła do spisywania komicznie łzawych opowieści, nieźle też układająca się obok kory brzozy…

Jednak te dźwięki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay, nie miałam w planach zakupu książek, ale to tylko 11ście tomów. Prawie co nic. I zniżka była… co prawda dałam du… znaczy ciała, bo kupiłam Barbarę B. nie w kolejności poprawnej, no ale… Dobra, chciałam Andrews i owce mieć. Guilty as charged. Pierwszą chciałam, bo nowa, drugą, bo poprzednia, obydwa tomu właściwie, zniknęły przez oną okrutną pleśniową zarazę, więc…

… jest jak jest.

Nie będzie jedzenia, będą książki. AKA chór, znaczy… LOL

Poza tym piękne są…

No ale, oprócz tego przyszło coś, co chciałam już od dawna, ale się cykałam, bo wiadomo ile to skamu w tych sklepach internetowych teraz. Niby człowiek poczytał opinie, pooglądał reelsy, ale jednak, wiadomo, oni chcą coś sprzedać, ja nie chcę stracić kasy… Serio, o wiele lepiej pójść gdzieś i sobie coś nabyć, pomacać najpierw, sprawdzić, czy pasuje… na szczęście Anxiety Bookshelf mi pasuje. O rany i to jak! Układanie tych kurna mikro książeczek, na dodatek dostały mi się chyba dwie z tych, które kupiłam… w miniaturze!!! LOL Poza tym, to jest zwyczajnie jak coś, gdzie chcecie zamieszkać. Ino dodać roślinkę, butelkę z herbatą, no i kocyk, musi być kocyk!!! Koniecznie!!!

I obok wygódka, ja to jak piję, to sikam no!!!

Co?

Wy nie?

Ale… moje obawy związane z tym produktem, cóż, po pierwsze bałam się, iż to chamski plastik, no i nie jest to on plastik, raczej taka twarda gąka, jeeli chodi o książki, całkiem to miłe w dotyku, poza tym mikro, ale z detalami, poza tym drewniane jest i planuję zrobić pseudo stain glass z tego frontowego okna… i jeszcze, no wiecie, na tych półkach się mieszczą rzeczy z Mini Brands… i figurki z Moomina, czy Smiski, czy Shirokuma… czy no… ja… LOL w snach!

Powiem jedno, to jest coś, co koi moje rozdygotanie. Inaczej niż plewienie… czy ćwiczenie… spokojniej. I ile pomysłów na nowe obsesje książkowe znalazłam. Bo okładki oczywiście ściągnęli z oryginałów.

Są nawet niemieckie LOL

17go Kongeskibet zawitał do nas… by kibel opróżnić… czuję się… wykorzystana.

Jakoś…

I wiecie co, poniedziałek, Chowaniec przejeżdżał, patrzy, a on nadal tam stoi. Ile tej kupy? I czy to kupa nasza, patriotycznie, czy obska jakowaś, tyle tych zaraz teraz, pierun wie co za magnaty tam srały? No co? Przecież nie tylko koronowane głowy tam robią dwójeczki…

Ale… druga połowa maja.

Pierwsa była dość chłodna, na szczęście, no i jakoś tak bolesna w moim przypadku. Król był na Wyspie, tak na sekund pięć, oczywiście wyszło jak wyszło, czyli jak zwykle… te problemy  zakończeniem II WŚ tutaj to naprawdę punkt zapalny. I wcale się nie dziwię. Ciepieć, gdy wiecie, że inni już się bawią, krzyczą, że po wojnie, a wy… ech, historia. Pełna jest bólu… i zawsze pisana przez zwycięców i tak łatwo przeinacana, sczególnie tera… w dobie AI.

Potem były manewry z Polakami. Zakazali lotów na prawie tydzień: znaczy zabaw z dronami i małymi samolotami. Niemiec jakiś został złapany i poszło kilka tysiączków do skarbu państwa z mandaciku… miło.

A poza tym wiosna.

Jakaś taka mało radosna w tym roku. Zawilce pożera dziki czosnek. Drzewa nie do końca wiedzą, czy można, czy nie… ptaki szaleją, dwa gołębie obrały sobie mój taras za miejsce do amorów, no nie no, get a room!!! Poza tym, kto sra w tym… TYM momencie? No weźcie no! Odrobinę, bleee…

I sucho jest.

W końcu są i bzy i kasztany… ale to wciąż powoli, jakby coś wiedziały, jakby się bały, jakby coś było nie tak?

Kwitnie wszystko w końcu w onej drugiej połowie, jabłonie właściwie już przekwitają, śliwy już dawno ubrały się w liście…

… zapachy…

Pojechaliśmy na spacer do Hasle… i kurde, nie wiedziałam, że teraz to taka mordownia. I to dosłownie. podobno tam najłatwiej dostać kosą, tudzież zwyczajnie mało bezpiecznie… co drugi dom na sprzedaż, to co kiedyś było takie piękne, teraz, wątpliwe… za to ile sobie liczą za bilety do muzeum, no nie, sorry, za biednam. To aż 3 książki na łebka. No co? Każdy ma swój przelicznik!!! Ja tam banknotu 1000 koronowego, o którego tyle ajwaj, nie widziałam nawet.

A tak, jest afera, bo go wycofali i to chyba jakoś półtora roku temu? Teraz jest ostatni termin na oddawanie onych banknotów, ale jak ktoś czekał, to ma problem, bo albo się nim podetrze, albo ma podobno do wyboru ino 3 miejsca? Hmmm… tak, dziwne to, ale z drugiej strony? Podobno łatwy był do prania kasy… ale jak to? Przeca u nas wszystko jest po prawie i zgodnie z przykazaniami… LOL

I jakiś zjazd ciężarówek takich małych był…

Naprawdę nie rozumiem tych ludzi… zobaczenie ich na tych wąskich drogach było dla mnie traumatyczne, oraz zapachowo dobijające jeszcze mocniej! Kuźwa no, tu się buli tyle na ekologię, muszę rozwalać opakowania na mikrony, a wy sobie tak wypuszczacie w eter spaliny? Po chu…

… i zdenerwowałam się…

Idę se przeorganizować książki w nooku.

Nook… fajne słowo… nook. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bukszelf… została wyłączona

Pan Tealight i Cień na Dachu…

„Dachu nie było zadowolone z Cienia, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była przerażona. Najpierw była przestraszona, ale po krótszym namyśle, zmieniła swe zdanie… a może to ta biała pigułka mocy? nowu nie zadziałała? Albo co gorsza, działała, ale słabiej? Pan Tealight od jakiegoś czasu po prostu martwił się o nią bardziej i mocniej…

… i jakoś tak kreatywniej.

A na Dachu siedział Cień… i spoglądał na wszystko, i oceniał.

Życie dookoła toczyło się jak się toczyło.

Nie bacząc na pragnienia Wiedźmy Wrony czy Wiedźm z Pieca, nie słuchając modlitw i błagań onych siwowłosych staruszek, oraz przeklinających starców. Nie chciało nawet wiedzieć, co kto chce, miało własne plany i tyle. I się toczyło. Nie skakało, nie dreptało, ino jak ona kula, miażdyło po prostu plany i pozostawiało płaskie przestrenie. Płasie miało oczywiście wielkie możliwości i można się było spodziewać po płaskim rozwoju, aczkolwiek, cóż…

Też nie miało nic do gadania…

Przez to wszystko Cień a Dachu miał ubaw.

Nie wiedziało, że jest też ino elementem życia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Haul!

Nom nom nom… w większości w końcu kupiłam to, co mi odebrano, ale też Wampirze królestwo, cesarstwo, krew i zbawienie, na które tak czekałam i nowa Andrews i… tak, nom nom nom!!! Na majówkę, po niej, nie ważne, ważne, że teraz ja wybieram kiedy i co czytam. Ja!

Ha!!!

Maj zaczął się ciepłem i kosiarkami.

Ale najpierw spacer… jest ostatni weekend kwietnia i jest względnie chłodno. Serio. Nawet w powiewach zimno, w szczególności w niektórych dziwnych przesmykach i prawie ukrytych ścieżkach, no… Przynajmniej mało używanych, lub też mało znanych przez Turyściznę. Miejscach, gdzie można się ukryć…

… ale najpierw Vang.

Z Vangiem sprawa jest taka, że jest tam między innymi młyn, w reczywistosci są i inne sprawy, rzeczy, oraz magicne miejsca, ale ostatnio na ustach wielu znowu jest młyn. Malutki, bielony, pruski mur… bo chyba nie szachulcaowa, chociaż może… mniejsza o architekturę, najwaniejsze to, iż młyn postanowili znowu uruchomić. Tia, czasem im się dara, takie uruchamianie starszych… LOL No i woda nowu płynie, koło się na razie nie rusa, ale moe… tylko, tak sobie myślę, przy tej suszy… więc… postanowiłam zbadać sprawę u źródła, bo widzicie, woda do młyna pochodzi z intrygującego, małego pojemniczka skalnego, onego niby stawu, czegoś wyżłobionego, wydartego z zieleni, pełnego rdzawości, ale z przejrzystą wodą, przypominającą mi oną ze złotego jeziora w „Opowieścich z Narnii”… pamiętacie? Wszystko zamieniało się w nim w złoto… a potem był smok, choć chłopiec, i opowieść o chciwości i chrześcijańskie tematy, i inklinacje Inklingów. W końcu to Lewis…

Ścieżka do onego biornika jest urokliwa, sczególnie teraz, gdy dołem biała od awilców, a górą ogniście zielona młodym listowiem, skalne kombinacje po bokach, do tego czosnek niedźwiedzi, dzicz prawie… wchodzicie w Wyspę, niby niewiele w głąb, a jednak czujecie się jak odkrywcy.

I tak wzmocnieni mocą tych, co przed nami, idziecie do onego zbiornika, a tam woda przezroczysta, prawie niczym lutro, czasem mącone onym powiewem wietrznym… w niej korzenie, gałęzie, kamienie, kształty dziwne, niczym ludzkie, no mówiłam, jak w onym jeziorze złotozmiennym… z tego co pamiętam, u Lewisa była jeszcze jaskinia, no i młody zabrał bransoletę, i raczej tego pożałował, na szczęście przyszedł Jezusek lew i tak to tam było… ktoś coś? Nigdy nie rozumiałam, dlacego ono rodzeństwo, no i kuyn, nie mogli wrócić do Narnii, gdy stawali się dorośli. Zawsze mnie to wkurzało… ale… ja jedna nie miałam problemu z Akademią Pana Kleksa, że ino dla chłopców.

Cóż.

Te postacie żeńskie, które się tam przewijały, ech, no cudowne!!! Wystarczyły. Jakoś tak… nadzwyczajnie. I ta muzyka…

Ale, wróćmy do lasu, więc…

… las jak las, skały jak skały, zbiornik, woda w nim jeszcze jest, więc przez jakiś czas będzie i w młynie, ale jak nie popada, to będziem w dupie. Właściwie, to od pierwszego zrobiło się aż nadmiernie ciepło, więc, nie jestem w dobrym nastroju. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Dielnie i radośnie marłam sobie i było fajno. Wąska ścieżynka, w górę, prosto, potem nowu w górę, nowu… i wielka droga, znaczy, jak na nasze standardy, bo by wrócić do Vangu, to treba przecież przejść przez kamieniołom. Niby można górą, ale wiadomo, cas gniazdowania, więc raczej nie radzę. Gówno jak gówno, ale można od mewy nieźle oberwać, a to spore koguty są!

Idziemy więc z zieleni nagle światem pełnym kolorów i suchości, kształtów, cieni, pustym i pełnym zarazem, artystyczną miesanką, ale i dziwnie depresyjną dawką czegoś… co zamilkło. Czemu odebrano głos…

… nie wiem, ale jakoś mnie to zdołowało. A przecież kocham skały… potem prosto nad morzem, gdie pizgało milusio i znowu Vang. Brzmi krótko, ale fajny spacer plus ćwiczenia na tyłek. Szczególnie jeśli jesteście zdjęciarobiący. No i kwiaty, zapachy, które znowu odkrywam po tym kowidowym szaleństwie… wciąż coś mnie gdzieś łupie. Maj na pewno mnie nie zauroczył. Ciepło, sucho i nadmiernie jakoś tak, nie wiem, dziwnie. Jakoś tak, nie do końca mój to czas.

Obudźcie mnie na jesień! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cień na Dachu… została wyłączona

Pan Tealight i Anioł Niewiastowania…

„… i Anioł Zdewastowania w jednym stali domu.

Serio, tak ich ulokowano, a potem chyba o nich zwyczajnie, lub też dobre wiedząc, co się robi, zapomniano, jako to o tych tam, no, przeciwnościach wymaganych, aczkolwiek… niezwykle nieużywalnych… I musiały se chłopaki radzić same, wadząc sobie skrzydłami w byt ciasnych pokoikach, z onymi sufitami, które nie przypomnały niebiańskich obszarów, tłukąc porcelankę, czasem coś wybijając, czasem wbijając sobie wzajemnie, na wzajem, może nie zawsze przypadkowo, może i grzech tam zagościł… No bez obaw, przecież nieśmiertelni obydwaj, więc, no żyli jak żyli.

Po prostu…

… ludzkiemu prostu, nawet z podatkami i tak dalej.

Jeden ostał księgowym, by nie wyłazić  domu. Nie lubił ludzi, sczerze, ale łeb miał do liczb, więc stukał wciąż klawisami, szeleścił papierkami i głośno domagał się kolejnej kawy od nieistniejącej służby… drugi zaś zaczął pracować w meteorologii. Podobno miał do tego dryg, choć większość uważała, iż zwyczajnie wysoko się unosił i tyle. No i jako istota raczej niecoboska, miał coś w sobie…

… do burz go ciągnęło.

I właściwie… to mieszkali tak razem już od wieków, dom się zmieniał, praca też, ale oni obydwaj nie, do dnia, gdy ktoś zapukał i to donośnie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Słuchajcie, jak kłamią” – … oni. Ona. Prawda i fałsz. Jeden trup, no, przynajmniej na razie, jeden podcaster wyciągający brudy oraz ta, której nikt nie nazwał ocalałą, ale od razu winną… No dobrze, nie tak od razu, do tego amerykańskie klimaty, specyficzne słownictwo i typowo współczesna opowieść… ale wiecie co, wcale nie w złej formie, o nie… Czytało się ją szybko, cała historia jest spójna, a różne pokolenia, które dość donośnie zabierają głos na jej stronach, dodają cudownego pieprzyku… ech, te starsze panie, które nie boją się powiedzieć co myślą…

Takie to… odświeżające!

Mamy główną bohaterkę, która nie pamięta, co wydarzyło się tamtej nocy, oraz ducha jej zabitej przyjaciółki. Wiecie, dwie dziwne, niepasujące do siebie puzzle, a jednak stanowiące całość, takie były… teraz jeden z onych podcasterów, oj, taki czaruś i ogólnie dla niekórych ciacho – jak Babcia! Love! Slay! LOL Jeden z onych podcasterów, pojawia się w onej zapyziałej dziurze i powoli miesza, we wciąż bublającym kociołku spraw. Czy to jakieś dziwne sprawy, nie, tutaj nie ma bardzo nagłych zwrotów akcji, jest względna przewidywalność, ale też… ona dziwna spokojność, iż na pewno dowiemy się, kto to zrobił. I ktoś mu kosę… ekhm…

… no co?

Ja bym kosiła!

… nie, tutaj nie ma wielkich pościgów, nagłych zwrotów akcji, tutaj jest… cóż, zwyczajność i normalność i to właśnie może dla niektórych być nader pociągające. Dla mnie było. Naprawdę, to nie jest zła książka!

A Babcia głównej bohaterki, miodzio! LOL

Z cyklu przeczytane: „Willa” – … pocątkowo wątpliwości… jakieś wachanie, w końcu sprzeczności, potem, dziwne zroumienie… be zaskoczenia, po prostu pryjęcie akcji taką, jaką jest i odpuszczenie… i wtedy naszło mnie coś, coś więcej, coś większego, coś absurdalnie mrocznego: iż w każdym z nas kryją się wielkie pokłady, zagłuszane, które nakazują nam chronić siebie…

… zagłuszane przez wychowanie, religię, czy też presję społeczną.

Tak, ta ksiąka kłamie okładką, kłamie początkiem i lekko mąci zakończeniem, ale… jest warta onych sprzeczności. Tego dziwnego potykania się ze samym sobą: wywalić ją, czy jednak czytać dalej, czuć, czy jednak przestać, no przecież nic się nie dzieje, ale też dzieje się tak wiele. Te problemy, które w niej są poruszane, one sprzeczności: dorosłość, niedorosłość, bulling, a może jednak brainwashing, czy też zwyczajnie starszy chłop, młodziutka dziewczyna, a potem życie…

Tworzenie…

Ech, ci artyści…

Ból i niezrozumienie, ale też te okoliczności pryrody, a potem, coś dziwnego, niczym oczyszczenie… tak, to powieść psychologiczna, ale i trup. Tak, to historia kobiety, ale też i kobiet, tak, to opowieść o rodzinie, jednak…

… jakiej…

Intrygująca.

Pełna kłamstw, oraz pokrętnych niedomówień.

Tego czegoś i niczego, tego chcenia i zwątpienia, uczuć i ich braku, który tak boli…

Wiosna…

Kwiecień postanowił nieodpusczać swojego plecieniowego mienia i wycajnie, najwycajniej na świecie został niegorącym początkiem wiosny. Wciąż suchym, ale z zimnymi powiewami, no po prostu można się mumifikować nawet bez piasków. I gdyby nie problemy z portami, co to chcą znowu jakiś zmian, tak wiem, temat ważny, ale dla mnie, jako człowieka, który obserwuje Chowańca bawiącego się komputerami, no wiecie, prosty ze mnie człowiek, dajcie mi szpadel, saperkę, łopatkę i może sito z pędzelkiem oraz te tam bajery do cementowania, he he he, oraz zestaw małego stomatologa, no w razie kości… i będę wam odkrywać przeszłość…

… on siedzi w teraźniejszości.

I to mocno…

… a porty AKA nasze bramy na zewnątrz, oraz wasze do nas, to rzecz ważna. Najczęściej słabo działająca… gdy jeszcze byli ludzie i wypisywali papierki, było jakoś tak, no zwyczajnie i prosto, a teraz, one komputery, drukarki niedziałające, tudzież działające krótko, po prostu zabawa na całego…

A wystarczyłby jakiś starszy pan, który przykleja naklejkę…

No podobnie z pocztą, czy też autobusami, wszystko leci na pysk… opony i głębie wodne… tfu tfu tfu na psa urok! No ino nie głębie!!!

Zauważyliście, iż ludzie zwracają się do komputerów dziwnie grzecznościowo. Są wkurwieni gdy nie działają, ale jakoś tak… i dziękują AI… hmmm, przestali robić to w stosunku do innych ludzi, ale do maszyn, jakby… jakby się bali, jakby Schwarzeneger był wciąż wtopioy w zwoje myślowe, jakby…

Chowaniec jest taki miły… dla AI… czuję się z tym dziwnie.

Ale wiosna miała być…

… wspomnę ino o tym, że znowu straszą pestycydami w wodzie, a wiecie, u nas kranówka to źródlany cud i tak dalej, nikt tego nie gotuje, jak wejdziecie do kogoś, to w gościnie dostaniecie wodę z kranu, której wielkość wychwalam i zabieram ze sobą na wyjazdy – jak wariatka, tak, w butelkach… ale podobno z pestycydami. Jakby to było jakieś odkrycie. No nie jest, jednak zawsze jedna rzecz więcej do strasenia maluckich, który i tak mają dość. To straszne patrzeć na to, jak Wyspa się zmienia, na gorsze, nawet to miejsce, które jakby trzymało się kupy po 2020…

Pada.

Na cztery, na pięć i siedem. No ale… ważniejsze, że Królowa spóźniła się na pogrzeb koleżanki. No błagam, przecież ona raczej się nie obrazi, helloł! Już nie żyje, ale oczywiście żywi odczuwają urazę…

Chodźmy na Gramyr…

… posłuchać żab.

Bo koncertują, aż człowiek nie wie, czy to prawda, czy AI. Podobnie z kolorem trawy, jakiś taki neonowy, już nie wiem, prawda to, czy wytwór pokręconego mego umysłu… drzewa jeszcze chowają liście, niektóre tylko, pewno przez one zimne wiatry i zimne noce, wypuszczają malutkie listki bawiące się z promieniami słońca, bo co jak co, ale słońce pali, nawet nad kumkającym stawem, który też wypuszcza… perze wszelkie, pamiętające dinozaury twory, oraz liście lilii wodnej…

… w stawie aż wrze od życia nadmiernego, takiego, który gdzieś ma problemy człowieka.

Dopóty, dopóki ten człowiek nie wpierdoczy się w ich ekosystem…

Zawilce i inne tam sobie kwitną, ale wybijane przez dziki czosnek dają się przegrywać oną wojnę… niedługo już ich nie będzie, i tak, wciąż będę o tym pisać, wspominać i napominać… Znowu coś co znika, obok uprzejmości, wszelakich tam zwyczajów wyspowych i ukrytych zagadek.

Nikt o nich nie pamięta…

Wiosna…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Anioł Niewiastowania… została wyłączona