Pan Tealight i Panny z Wanny…

„… bąbelki.

Naprawdę.

Dobra, nie no, oczywista, że to nie było jakieś tam jaccuzzi czy inna wanna z bąbelkorobem, ale po prostu, jakoś się robiły one bańki i bąble, pykające kulki lekko tęczowe, a niektóre to po prostu kolorowe, że aż oczojebne… I chociaż żeliwna była, prawilna taka wanna, wiecie, ona wszelako i mocno pradawna, ale i przerdzewiała nawet miejscami, to jakoś tak, magicznie li i może…

… działała

… więc raz w tygodniu wszystkie były pannami. Pannami z Wanny.

Ale tylko raz w tygodniu.

Musiała, a raczej potrzebowała chyba aż tygodnia by się napełni, naczarować, narobić, no i wiecie, wszelako znowu być użytkową, one tylko przynosiły zapałki i chrustu trochę, zapachowych gałązek, ziela sypkiego, ziela w mazidłach, ziela w kulach… a cała reszta robiła się sama… Kwiatki ddokoła się pleniły, różne plącza łapkami dziwnie nazbyt ludzkimi masaże oferowały wyciągając najpierw kartoniki do podpisania, ale druk mały i jeszcze te czarne maszynki, coby karty płatnicze wsadzić… no wiecie, w tym świecie nie ma nic za darmo… nawet las chce teraz by mu płacić nie tylko powietrzem. Oj nie. Za takie traktoanie, to on musi jakoś coś dostać…

Więcej?

Ale one… jakoś im to nie przeszkadzało.

Właziły ostrożnie, dziwnie każda miała wodę jak chciała, w takiej temperaturze, a nie innej, nawet jak grupowo, jak kilka chciało się bardziej zabawić, to w tym miejscu chłodniej, tam cieplej…

Dziwne to było miejsce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mama muminków” – … ona. Taka niewielka, na zdjęciach szczuplutka, właściwie maciupka, bardziej Mała Mi niż mama Muminka… bardziej ona eteryczność, niż człowiek zdolny stworzyć coś takiego. Coś, co czytane za dzieciaka uczyło żyć, a za dorosłego…

Pozwala odetchnąć od onego życia.

Napisała i narysowała wiele. Miała rodzinę. Kochała, była kochaną, miała wyspę, chatkę, ale przede wszystkim w tym malutkim ciele wciąż dymiła i szalała wyobraźnia. One spostrzeżenia, oglądania świata zmieniały się w słowa, a te w postaci, przemyślenia, zdania, któte akturalne do dziś niosą mądrości i pocieszenie… bo przecież choć była mamą Muminków…

To nie tylko.

Oto jest… wielka opowieść. Twarda okładka sprawia, że wygląda to jak mega cegła, ale jednak te niebieskości, skromność, ale i bogatość okładkie, czyste szaleństwo barw jasnych, wodnistych niczym i śnieg i wody letnich jezior i jeszcze… skały Finlandii i ona przyroda, te lasy i ciemność i jasność…

Oto opowieść o kobiecie i o tym w jaki sposób postrzegała świat.

Ale oczywiście nie tylko o niej. Bo ludzie jak ona mają też takich, którzy ich albo ukształtowali miejscami, albo kopnęli w tyłek, zranili, dobili… zmieszali… i oto są opowieśći tych ludzi. I jej historie. Cytaty i pomysły. Podróże i… oto biografia, którą czyta się trochę jak jedną z jej książek. Zaskakująca, gdy człek liznął trochę wiedzy o tym, jak traktuje się jej pamięć teaz w Finlandii. Jak czci się ją wprost w Japonii! Wiedzieliście o tym? Park rozrywki, zabawki, wszelkie merchendise czy nawet nowy film i książki… zdjęcia, obrazki…

Oto opowieść, którą warto przeczytać, ale… i nie trzeba… bo w końcu my, ci, którzy kochają Muminki i ich świat, identyfikują się częściowo nawet z niektórymi postaciami, może i konstrowersyjnymi… znamy ją. Wiemy, że była odważna na tyle, by mówić nie. By walczyć o swoje i zrozumieć… miłość i jej wszelkie odcienie. I nie, nie mówię o jej życiu osobistym, chociaż pewnie to was bardzo intryguje.

Oto opowieść…

Ciekawie i spisana i złożona, pełna rycin i zdjęć. Piękna w wydaniu i zawartości… genialny prezent dla każdego właściwie…

Morze…

Gdy człowiek nagle dostaje to, co dla wielu jest marzeniem, czyli dom i morze w bliskości zaskakującej, ale nie przerażającej, to… wielu mówi, iż codziennie by było na spacerze. Że codziennie łaziliby po piasku, ciągle by spacerowali, wdychali i słuchali i jeszcze… nie wiem jak to jest, ale się chyba ludziom coś popiętroliło, bo przecież morze morzem, może być, jest znaczy się… ale zwykłe życie życiem zwykłym i tak… oczywiście, że wschody i zachody słońca są niesamowite. Iż mogę sobie posłuchać fal i tak dalej, że czasem sztormy mnie wykańczają, łeb mi pęka…

A piasek to jest taki, iż włazi wszędzie, więc…

Nie, nie chodzę na spacery nad morze codziennie. Gorzej, chodzę nad nie sporadycznie. Chodzę, bo chodzę, ale wiecie, tak naprawdę, by ino nad morze… Chowaniec mówi, że czasem się zatrzymuje jak jedzie do pracy, albo po robocie, no wiecie, na nerwa to super rzecz, ja mogę w ogrodzie się wyżyć. Wkurwić na chwasty czy coś… pobić się z kamieniami, ale… tak, chodzę nad morze.

I jak już tam polezę to wiem, że mnie wołało.

Dziwnie to brzmi? Może… tutaj, to nic dziwnego.

Tu morze woła, i wtedy musicie pójść, niezależnie od pory dnia, niezależnie i od tego, co się ma na sobie. Ale przecież u nas i tak mało kto zwraca na ciuchy. Byle by było w jednym kształcie i w chodzeniu czy robocie nie przeszkadzało. A najlepiej to żeby to było ono robocze wdzianko, bo przecież…

Czemu nie!?

A morze…

Spokojne.

Wszelakość kolorów, odbijające się w nim niebo, kamienie wystające, zieleń i czerwienie alg i innych roślinnych… no roślinności. Już postawili pomost, znaczy no teraz w Melsted mamy ten nowy, ale dołożyli mu te drewienka, po których można łazić i się może nie zabić… bo wiecie, barierek nie ma, więc jest jakieś prawdopodobieństwo. Wody w końcu mało. Serio, te lodowce się roztapiają, więc gdzie ta woda? Miało się wsio podnieść, a tutaj wciąż i wciąż… wciąż sucho.

Wciąż wody niewiele.

Podobno trolling fruwa, ale co ja tam wiem o tym postpandemicznym świecie. Świecie, co to się ma stać pandemiczny znowu? Serio? Nie wiem… może i to logiczne, może nie, tak wiem, że w Chinach zamykają ludzi, ale… mieszkam na wyspie, u nas to właściwie zamknięcie jak promy nie pływają, więc… pewno, że możemy pójść do lasu, ale co jeśli go wycięli? Idziecie, a drzew brak…

Nie mogę już kurde.

Chcę drzew… ale zamiast nich mam morze, które kurna też znika?

No sorry, ale o co chodzi?

Mniejsza, oddychajmy, to już maj, więc Turyścizna… już tu. Podobno pełno ich w miejscach różnych, ale jako człek bez dni wolnych od pracy, wiecie, się nie znam. Na pewno zjechało się głośnych aut.

I ludzi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panny z Wanny… została wyłączona

Pan Tealight i Serce Biegacza…

„… co wyskoczyło, bo przecież co mogło zrobić innego?

Co mogło?

Ono spacerować kochało. Nasączać się onymi aromatami powietrza, spoglądać przez mikrodziurkę w klacie i bluzie na morze, szumiące morze, albo ono stojące i czasem cuchnące, ale mu to nie przeszkadzało i podobnie jak Ojeblika – małą, uciętą główka, jakoś tak wolało być…

Samo.

Bez kadłubka.

Bez człowieka, a jednak bijące. Bez nóg i żył, bez tętnic i ramion, jakoś tak… wciął biło. Bez mózgu i onego człowieczeństwa całego, bez myśli i marzeń, zwyczajnie, po prostu… biło, żyło, ino poruszało się tak, wiecie, ciaplato jakoś, więc zrobili mu wózeczek i dali małego yorka i tak jeździli sobie po nabrzeżu. Czasem z płozami, czasem z kołami, czasem zaś, z wózka wychodziły dziwne małe stópki i pomagały, albo macki… wiecie, no co tam było widać do wyboru.

Wiele opcji.

I wtedy… pojawił się człowiek.

Ta, ten od serca… i nie, wcale nie zażądał jego powrotu, ale przyszedł podziękować, że w końcu mu nie tętni, że w uszach nie ma szmerów, że jakoś się nie męczy… Przez cały czas nogi mu chodziły, dziura w koszulce była zaszyta dość nierówno i jeszcze, miał jakąś mniejszą bluzę, kaptur… może i był bladawy, ale wyglądał dziarsko, zresztą, po swoim wywodzie, jakoś tak…

Pobiegł.

Szybko…

A Serce? Cóż, nie było go… spacerowało w swoim wózku, czasem z niego wychodząc i taplając się w rzece, wąchając zawilce, które pachniały i jeszcze ostatnie żonkile i narcyzy. I po prostu… biło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i się człek dowiedział.

Nagle klapki opadły z oczu i tak dalej… ale ugodziła mnie ona wieść w serce, że aż nie mogę… bo mi się tak cni za tymi czasami, gdy to poczta była duńska i z koroną i w ogóle, jakaś taka, znajoma, ale nie, musieli sprzedać pocztę. Kurde, szczerze, w Danii wsio jest na sprzedaż i już. Akceptuję to i będę korzystać, ale cknienie pozostało… bo ja kocham listy. No i nie oszukujmy się, to wyspa, więc rzeczy niewiele, poza sezonem ogólnie brak, no chyba że się wam uda któregoś z artystów dorwać… wtedy może coś wam ulepią, ale jednak, no weźcie…

No więc chodzi o pocztę.

Czekamy na coś, pisze jak byk, że jest w Danii od dni 3 co najmniej, wiecie, to co oni piszą, a jak jest naprawdę, to ino Mistrz Niedopowiedzeń wie. W końcu co nie napisane, wklikane w intenety, to nie istnieje, Czyż nie? Widać jak najbardziej tak, więc… chodzi o przesyłkę, ze Szwecji, wiecie, kraj jakiś taki ta Szwecja, daleki strasznie, wszelako nie wiem, nigdy nie byłam #sarkazm…

Ekhm, no więc ona przesyłka w Danii se leży, a dokładniej zaraz obok promu, którego odbicia od brzegu pewnie widuje codziennie i się zastanawia dlaczego jej nie zabrali, jak ma napisane na opakowaniu BORNHOLM.

No jak byk.

BYK!

Może nawet łka po onych zalepieniach, wiecie, chce być tam, gdzie jej przeznaczenie, a oni, że nie, bo raz w tygodniu i tyle. Nie ma bata, a może… kurde, teraz tak sobie myślą, że może oni tam maltretują te moje przesyłki, biją je, głodzą i wszelako nie chcą ich wypuścić, bo kogo by bili?

No co?

Ale… o co chodzi?

Otoż, i to chyba jest jakiś najnowszy zapis, poczta przetrzymuje do 5 dni paczki po ich przybyciu do Danii. Bo tak, bo może. Bo właściwie są ich i co im zrobisz, co? Wsiądziesz na prom? Pierun wie, czy w ogóle dziś płynął, przy tych wszystkich problemach, a i bilet, nie stać mnie by walczyć o przesyłkę…

Ale pół godziny na czacie Chowaniec z jakimś sztucznym bytem spędził i się dowiedział, że będzie jak kurna będzie. Czyli pewno jutro, ale może pojutrze i jeszcze, w ogóle, czasu zabieranie, no nie no…

Jak tak można?

Okay, rozumiem. Jestem uzależniona od poczty, od onych kartek i listów, od wszelakich kontaktów papierowych, kartek na święta, urodziny i inne tam okazje, albo bez okazji, onych pocztówek z podróży jak we Fragelsach. Ech… znaczek, pieczątka, kraje dziwne… cóż, obecnie i tak można od razu sobie kraj taki obejrzeć, nawet niektórzy łażą po nich i pokazują wsio… nie wiem, czy ja chciałam wiedzieć, że w Wenecji śpiewają wam, że dosolą w mijo, ale jednak… balasek se płynie obok łajby i szczerzy się radośnie na one pragnące instagramowej przejażdżki osobniki…

No kupcia no!

A! Jak pływa to mięsna chyba… jak to było?

Bezmięsna tonie, co nie?

Podsumowanie tej opowieści jest takie, iż lepiej kurierem, ale nie FedExem! Tego nie polecamy!!! Szczerze!!! Ze Szwecji szło przez jebany Paryż, no serio, czy ja się na to zgadzałam? Nie!!! Ale UPS jest super. Tfu tfu, cobym nie zapeszyła jakby co, wiecie, lepiej nie jednak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Serce Biegacza… została wyłączona

Pan Tealight i Beatrycze z Piekła…

„Czy to przez one pomarte książki Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, czy po prostu coś znowu gdzieś pierdyknęło… nie wiadomo… ale zaczęły się spojawiać.

One postacie z napisania.

Wiecie, te niepamiętane, zapomniane, gorzej, one często pomijane oczami, bo przecież ten świecący wampir, ten wilkołak, ona dziewka z bujnym cycem, co to i tak z łuku napierdala, mieczem macha, jakby zamiast dówch ośmiornicze macki miała albo i… tak, tych jest wielu, powłóczyste spojrzenia, tors szeroki, w zależności od uwielbienia gładki czy włochany, wiecie, dla każdego coś miłego…

Mniej, lub bardziej.

Kiedykolwiek stworzone, ułożone ze słów na kartkach papieru… tak, papieru, bo raczej ten komputerowy twór tak łatwo się nie uwalniał. Jakby go piksele trzymały, jakieś dziwne tryby wiązały do siebie, ekran może nie przepuszczał, łącza miały jakieś blokady, nigdy nic nie wiadomo… co tam siedziało w tym opłacanym ciężko sieciowaniu. One internetowe bogi wciąż jeszcze były dziwnie nowe, choć i stare zarazem, ale wciąż i nowe, wciąż i jakieś takie… obce.

Ale były.

I nie puszczały tworów z ich świata w ten zewnętrzny.

Może to i lepiej… już dość było na przykład tej bandy, czy plemienia juz raczej, trzynogich kozłów o ludzkich twarzach, ale nie do końca, bo zamiast różków niewielkich miały one ogromne, ciągnące je w dół poroża i to było dość… zabawne, jak chciały się wciskać w trykoty i balet uskuteczniać.

No co?

Jak każdy może wszystko…

No i była ona… trochę bardziej znana, dziwnie i wyniosła i znajoma i jeszcze, jakaś włoska taka, wiecie, pizza… Beatrycze. Pachnąca winogronami i kawą i jeszcze słońcem, starymi kamieniami, chociaż one zawsze stare były, więc… powiedzmy, iż tchnąca mocno antykiem i jeszczeepokami romantycznymi, w których przeznaczenie było wszystkim. I miłość tragiczna, a czasem i komiczna.

No… wiecie, ta Bea!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zewnętrze robi się powoli zielone i białe i żółte i jeszcze… to niebieskie niebo i jeszcze… no wiecie, niewielkie chmurki, koleś dymi…

Wróć…

Koleś dymi, a tak, sezon na wypalanie się zaczął.

Jak nic pierdyknie znowu jakiś pożar, nie oszukujmy się, wsio suche jak… no możnaby tutaj pokusić się o jakieś pokręcone porównania, wiecie, bardziej lub mniej świńskie, no możnaby… ale może lepiej nie? W końcu taka wszędzie teraz cenzura i tak dalej… no wszędzie! Człek już nie wie czemu wierzyć, czemu nie wierzyć, czy w ogóle wierzyć, bo jak nie można być pewnym onej wiosny?

No co?

Wiosna w tym roku dziwna dość, nie żebym narzekała, bo brak skwaru i słoneczne chwiejności jakoś mnie nie bolą. Wprost przeciwnie. Naprawdę. Zimno w nocy, chłodno w ciągu dnia, wiem, że przez to wolniejsza wiosna, ale komu się kurna spieszy? No weźcie no, powoli, spokojnie.

Zdążymy.

Ale ta zieleń… powolna taka, sucha ziemia, która pęka pod stopami, chwycenie w dłonie tej kupnej, czarnej i mokrej jest takie dziwne. Takie lekko zaskakujące, ale w końcu czas coś przesadzić. A co. Przesadzać można, pięknam jak lelyja i wysoka jak Burż K. I do tego obcasowa i perfumowana… przesada? Czy kłamstwo? No właśnie, kiedy ktoś przesadza, a kiedy kłamie?

Gdy nadmeirnie przesadza?

Ale w ogrodnictwie to chyba nie o to chodzi?

Chodzi o ten dotyk prawdziwości jakiejś.

Dokonanie czegoś, co widać, w odróżnieniu od klepania w klawiszki, rosnące roślinki widać. Kwitnące krzaki, drzewa dłuższe, wyższe… odradzające się ciągle i ciągle jeśli tylko się je kocha. Jeśli się z nimi rozmawia, podlewa, czasem podetnie to czy tamto i jeszcze,,, wsadza się cebulki pod korzonki…

Wiosna.

Kwitnienie kiepskie może, ale to na pewno wiosna. Nie da się od niej uciec, na pewno alergia się uruchomiła. I to na wiele stron, frontów i końców wszelakich i tak dalej. Bo przecież, oto wiosna. Tak szczerze, oczywiście, że tęsknię za jesienią i zimą. Bo przecież czemu nie, wolno mi nie lubieć wiosny i lata. Ha ha ha! Wiecie jaki hejt można otrzymać pisać o tym na social mediach?

Orany!

No ale… pola zlane gówienkiem, zboża i te tam, no wiecie, olejodajne cuda działają. Rosną mimo chłodnych nocy, ciesząc się chyba onym światłem perlącym się już teraz do 21ej. Może to tak na nie działa? A może kupa? Kto to wie? Nie pytałam, choć może by się tak przejść, może w tym tygodniu?

A może nie…

Bo przecież, czy ma to znaczenie?

Wyspa na pewno wie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Beatrycze z Piekła… została wyłączona

Pan Tealight i Bogini Niepewności…

„Zawsze tutaj była, cicha i pełna oczekiwania…

Zawsze miała wysypkę. One jątrzące się małe czerwonawe wypryski i krostki, mikro wulkany, wszelakie szczeliny zła, chcące opryskać mazią żółtawą o specyficznym, odurzającym zapachu… erm, wszędzie ją miała i na twarzy i dłoniach… a cała reszta zakryta wielkim, rdzawym namiotem, tchnęła maścią cynkową i zasypką dla dzieci, więc można było pozwolić wyobraźni… siedzieć raczej w jakimś karnym zakładzie, tudzież mocnym zakonie, wiecie, co to nie wolno ni w prawo ni w lewo ni wszelako nie… no wiecie, żeby nawet nie zaczęła.

Bo wiadomo…

… wyobraźnia potrafi, a maść cynkowa to maść cynkowa. Naprawdę wyobraźniobudząca. A zasypka? Wiecie, tym czymś, co chyba do pieluchy i już.

Gotowe.

Znaczy nie żeby przed pieczeniem, to nie. Bo raczej to i potem jakieś opryski z ziół i masełka, nie, to nie to. Raczej nie. Ale, z drugiej strony współczesne dzieci to raczej dieta mocno ciężka, więc…

… a  czym to było, a… pryszczulka.

Była nie tylko oną swoją osobowością wyczuwalną na wszelakich poziomach stymulacji, ale przede wszystkim boginią była. Boginią Niepewności. I taka była niepewna, wszelako i mocno. Znaczy, powiedzmy sobie szczerze, że to akurat ta, bo onych bóstw od niepewności, ich awatarów, wcieleń i wszelkich, mocnych uczłowieczeń, oj była tego cała masa. Może to i sprawka czasów, a może…

Czegoś niepewnego?

Planety Niepewności zbliżającej się do Ziemi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Odruch” – … matka i dziecko. Wciąż pokutuje ono myślenie, że miłość zwyczajnie istnieje. Ona miłość matczyna. Wciąż wielu nie rozumie depresji poporodowej, czy też uczuć innych niż roztkliwianie się nad obsrańcem. W końcu przecież, no jak tak można…

Przecież kobiety…

A co biologia na to?

Cóż, ma wiele do powiedzenia. Psychologia i psychiatria też… ale to nie jest opowieść o depresji poporodowej. Oto opowieść o matce i córce. O biologii i genach. O dziedziczeniu i braku wiary w one matczyne uczucia. Kolejna opowieść o tym, że dzieci nie są niewinne. Kolejna, uświadamiająca może wielu, iż kilkulatki popełniają morderstwa. Ze świadomością, czy bez?

Cóż…

Oto opowieść, która sprawi, że zmienicie zdanie w połowie, by potem rąbnąć się w łeb, a potem… no chyba że przeczytaliście takich już kilka, to od początku zapali się wam świeczka pod deklem i mózg podgrzeje. Ale jeśli to wasz pierwszy taki tom, to możecie się zszokować. A… i ono zakończenie…

Przewidywalne, ale super!!!

Może to i krótka książka, szybkie czytanie, ale warto.

Żonkile i rosną i przechodzą. Hiacynty chcą chyba pozostać na dłużej. Kwitnienie drzew raczej jest ino mruczeniem natury, a co do liści, to chyba jesteśmy w tym roku mocno opóźnieni. Ale tam… nic to przecież. Zimno, fajnie… tak wiem, mi się ono zimno podoba, ciągłe temperatury nie przekraczające dwustopniowych i tyle. Można jeszcze oddychać. Da się żyć!!! YAY…

Nie jak kilka lat temu, gdy to w połowie kwietnia patelnia się zaczęła.

Ale… w ziemi oczywiście wsio buczy i się tam pleni. Chwasty mają się super, pozdrawiają wszystkich, którzy juz teraz wiedzą, że kurna nie da się tego gówna wyplenić i poduszą kwiatuszki… czas jednak na jakieś decyzje. Czas na sprzątanie, okien mycie, tak wiem, w innych częściach świata robili to na Wielkanoc, ale zaraz, ortodoksyjna to chyba dopiero minęła, co nie?

He he he!!!

Trawa odmawia rośnięcia, no ale… po niej tego nie oczekuję nawet, bez urazy, ale susza w pierdut!!! Trzeba podlewać i tyle. Inaczej niczego nie będzie… chociaż, one zawilce w lesie, może jednak się rozwiną, w końcu słońce wali jak szalone, ale noce wciąż mroźliwe, więc, może jednak uciekną? Czy będą one dywany zawilcowe tego roku? Nie sądzę… czosnek za bardzo się rozrósł.

Może już nigdy ich nie będzie?

Smutne to.

Co mnie najbardziej wkurza?

Ech…

Te motory.

Bo wiecie… ekologia, ha ha ha! Wszyscy mają ją gdzieś i już. Moje uszy też. Już nie starczą te bombowce nad głowami, czy serio trzeba jeździć jak wariat tutaj? Na małych uliczkach, gdzie cisza i spokój winna być? Szczerze no? Motory, które, gdy stoją są super, przy odpaleniu wydają dźwięki takie, że człek myśli, iż wojna. No weźcie. Tak wiem, one tak mają, ale wyobraźcie sobie małą wyspę, gdzie natura winna rządzić i te ich wszelakie spotkania… jak się ich zjeżdżają tysiące, to naprawdę wkurwia. Nie da się żyć. Bez urazy, ale tutaj mieszkają ludzie, zwykli ludzie, a najczęściej tacy, którzy uciekli od czegoś, kogoś, ludzie, którzy mają problemy…

Tak nam powiedzieli, wyprowadźcie się…

I co?

I sprowadzili nam na łeb wszelkiego rodzaju triggery. Nigdzie nie da się uciec? Czy naprawdę? Tak…

I spoglądam sobie na zachód, który wybarwia się różami i fioletami, w oddali gdzieś tam, przecież prawie na wyciągnięcie ręki fale szumią, ale jednak, ale jednak przecież jak to? Jak to się da? Czy się w ogóle da? Być i żyć. W ciszy i spokoju. We wszelakiej powolności, jakimś takim… rozluźnieniu.

Przestać pędzić.

Nie słyszeć tych wystrzałów, silników… nie słyszeć, jakoś tak milczeć samemu też… dotknąć ziemi, przesypać ją między palcami, wybrać dżdżownice i spokojnie umieścić je w zagłębieniu, tuż pod nową lawendą, która zastąpi stare, zmęczone onym życiem, kwitnieniem i liścieniem chyba patyczki…

Cisza jest fajna.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogini Niepewności… została wyłączona

Pan Tealight i Wróżkowy Wóz…

„Pojawił się na niebie…

… no wiecie, na onym zwykłym, zwyczajowym, nudnym nawet, ten idealny błękit, ten perfekcyjny, bez żadnej chmurki, skazy ptaszkowej nawet, wszelakiego zaciemnienia na bokach, wszelakiego…

… na początku myśleli, że się przewidziało jednemu czy drugiemu. Ptaki z zadziwieniem unosiły łebki obudzone dziwnym blaskiem. Nie chciały już pleść gniazd ni wysiadywać jajek, nie… unosiły się w onym nocnym blasku, fałszywym i prawdziwym jednocześnie… gdzieś tam, w górę, gdzieś w oną stronę, której, jak dotąd tylko, leciutko nader, dotykał, muskał skrzydłami.

Myślami…

… o robakach.

Albo o onych błyszczących kulkach. Onych czarach i obietnicach w nich zaklętych, ale dziwnie niedostępnych, chociaż, przecież by mogły. Gdyby tak się zebrały całym stadem, napadły na te człowieki, no dałoby się dobrać do onych kulek. Do onej dziwności, tak bardzo nęcącej… w legendach lśniącej. Onej potrzebie zrobienia czegoś takiego, choć przecież tyle padliny było dookoła…

Też i ocznej, ale jednak… ludzie…

Ptaki.

I to coś na niebie dziennym.

Nie nocnym, chociaż, przecież noc zapadnie za kilka godzin… a może jednak nie… ale na razie, wpatrywali się w ten lśniący bardziej niż słońce, inaczej, zimno i mrocznie, ale też i słodko, nęcąco… ułożone w wóz. Wóz wprost idealny, z taką nadbudową, bardziej jak wędrowni kuglarze, którzy chcą schować coś, ale i coś pokazać… przespać się pod dachem, pod wozem, nad wozem i w wozie.

I ten pyłek…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Boomboxy i Turyścizna

Cały problem z tak zwaną naturą na Wyspie jest taki, że ludzie jej nie chcą, choć mówią inaczej. Z jednej strony wielce zachwyceni, z drugiej, tutaj błoto im na ścieżce przeszkadza, czemu ścieżki nie wybetownowane… ale przecież oczywiście, wszyscy znają się na ekologii, wiedzą co to różnorodność i tak dalej… naprawdę wykształceni. Niektórzy nawet po kursach, a inni znowu z certyfikatami, a jednak…

Jest jak jest.

Boję się iść do Almindingen, ponieważ mimo wcześniejszych deklaracji, tną na potęgę. I sorry, ale to nie sa przecinki, tam juz jest goło!!! Ludzie no! Właściwie powinnam zacząć od miast, gdzie tną wsio i czyszczą do gleby. Potem cement… ale zawsze jest opowieść o tym, że przecież tak było ileś lat temu, więc to na pamiątkę. I tak nagle krzyczy we mnie ino jedno pytanie: czy im się z oną gołością betonu żyło dobrze? Nie było cienia, prażenie i pylistość… zero wilgotności…

Serio?

Pieprzycie jak potłuczeni!!!

Ale… nie możesz się odezwać. Zresztą, jedyne co możesz, to w doniczce pielęgnować swoje sadzonki. One zapomniane brzózki i świerki znalezione w rynnach i na podjeździe. A potem iść znowu w las i łkać nad gołymi pniami… łkać i przepraszać, bo w końcu jakoś tak to i twoja wina. Człowieku. Dziwie nad dziwami. Obrazie onej okrutności natury najlepszy. Najdoskonalszy…

Śmieciu.

Czasem się zastanawiam, w jaki sposób, w dobie onych wszystkich Youtubów i innych platform, ludzie wciąż wierzą w polityczne bajki? Jak im to przechodzi tak, normalnie przez życie? Jak oni…

Trwają?

Raju nie ma nigdzie, jest tylko świat, w którym można trwać.

A przynajmniej spróbować. Albo… mieć tyle pieniędzy, by wykupić masę ziemi i obsadzić ją drzewami i jakoś tak, cieszyć się z tego, chociaż, oj gwarantuję wam, że innym by się to nie spodobało. Ludzie jakoś nie lubią drzew, a ponieważ Wyspa wzbogaciła się o onych bogtych, ale wiecie, niemyślących, no to jesteśmy w tyłku. I są łkania, że koty się zgubiły i niezrozumienie dla szczurzych utarczek i jeszcze… a tak, wciąż mamy na Wyspie szczury. Jak zawsze…

Ale betonowanie ścieżek?

Serio?

Dobre buty, laska, kijek, weźcie przemyślcie sprawy spacerowania. Naprawdę to nie jest wyższa nauka mocy nabywania wszelakich. To natura. Budzące się w końcu zawilce. Powoli, bo powoli, ale jednak. Ciekawe czy będą trwały tylko chwilę jak rok temu? Czy znikną nagle czy…

Nie rozumiem tego świata.

Żadnych światów już nie rozumiem.

Czy to miał być raj? Nie, ale gdy tutaj się przenieśliśmy było inaczej, teraz… wiecie, jest jak w innych miejscach, ale wciąż, to to miejsce, tylko boli ona deradacja i ludzka głupota. Sprawy załatwiane nocą… niknąca zieloność.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wróżkowy Wóz… została wyłączona

Pan Tealight i Ona Ze Złamanym…

„Właściwie, to chodziło o Złamanego, ale tak naprawdę… wszystko wzięło w łeb, kolejny byt, kolejna opowieść, znowu rozmyślania, kolory i kształty, słowa i smaki, odcienie i cienie, tańce promieni… nadzieje i oczywistości, które doprawdy nie chciały ze sobą współżyć, jakoś tak jedno wystawiało kolce inne od razu ogniem zionęło, jakoś tak, naprawdę i wszelako…

Ale jednak były razem, były w jednym i pasowały do siebie pomimo onych kolorów, szalenie zróżnicowanych, puzzli, które nie miały dopasowywujących się końcówek, ale jednak, jakoś pasowały. Nowe historie już zaczynały się pisać, bo przecież gdy tylko coś się spojawiło, od razu wpływało na całe otoczenie, świadomie mniej, bardziej, a może i w ogóle w pewnym momencie nie dbając o ono otoczenie, pozwalając sobie na wszelaką niewinność zachwytu, ale i sikania gdzie popadnie…

No cóż.

Nowe…

Nowe jakoś ostatnimi czasy bardziej było w cenie. Jakoś tak się złożyło, a może jednak zawsze tak było, bo przecież jak inaczej? Jak inaczej miałoby powstawać, jak nie z marzeń i pragnień starego? A staremu na nim zależało, więc wkładał w nowe wszystko. Ile mogło i jeszcze więcej, więc… może to wina starych?

Może…

Ale ono nowe, takie błyszczące i inne. Takie niby wyzwolone, bo w dupę jeszcze nie dostało, działało wyzwalająco na stare, które nie gnuśniało tak szybko, a może przestawało się liczyć i też miało to gdzieś…

Po prostu było nowe i chciało wszystkiego, miało wszystko…

Ale też i stare było istotne. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane powróciła. A przynajmniej takie słuchy chodziły, ale i… coś w powietrzu takie było, jękliwe bardziej ale i stanowcze. ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer?

Idziecie?

Oj, no chodźcie… co prawda zauważalne jest u nas ono opóźnienie w stosunku do innych części świata w podobnej szerokości geograficznej, ale jednak… wiecie, w las warto, zawsze. Szczególnie teraz, jak te wszelakie mendy jeszcze niedobudzone do końca. Chodźcie tam, gdzie niewielu chodzi, bo i się boją pobrudzenia i jakoś tak, wiecie, trochę to ukryte miejsce, no i możliwe, że nie da się przejść…

Że gdzieś po drodze zatoniemy.

Wyspa nas w końcu pochłonie i nic z tego nie będzie… zostaniecie tutaj na zawsze. Dziwnie związani, jak ja. Dziwnie niemogący oddychać w innych miejscach, zbyt długo… Dziwnie dziwny. Gdzieś indziej, a tutaj… gdzie w sklepach nagle nie ma roślin, a zawsze o tej porze były… Kurcze, czy u was też tak jest, że onych bratków i ziół małych sadzonek nie ma? Że nie dało się w święta w ogrodzie poszaleć?

Ziemia jest, to najaważniejsze…

I plany.

A te warto zawsze mieć.

Dlatego poszłam w las. Po drodze zabierając ino kilka lawend, dziwnie poturbowanych, jakby przyjście na świat i zobaczenie go sprawiło, iż bardzo chciałyby wrócić tam, gdzie były wcześniej, ale wiecie, to najczęściej bilet w jedną stronę. Niestety lub stety, bo przecież czas oznacza, iż rzeczy mogą się zmienić…

Mogą, ale nie muszą.

Coż…

Nie oszukujmy się, tutaj sytuacja shoppingowa to często loteria. Szybko człowiek się uczy, że jeżeli czegoś chce i to jest dostępne, to musi teraz od razu. Bo inaczej, po kolejnym zakręcie dookoła półek, alejki, już jej nie będzie… albo… macie gazetkę, a w niej obietnice, tylko obietnice, bo przecież nie gwarancje, iż one przedmioty będą dostępne do kupienia i to jeszcze w takiej cenie…

Jak na przykład masło, albo 6 albo prawie 30 koron.

I co jeśli nie masz czasu by podjechać na drugą stronę Wyspy po ono tańsze? No tak po spacerze? I jak tu spacerować spokojnie, jak nie wiadomo czy masło będzie, czy go nie będzie. Czy stać cię na nie jeszcze, czy już nie… nie stać, więc idę dalej w las, koło dziury w skale, w której woda jak zwykle prezentuje swój nieskazitelny look. Oną piękną jasność i odbijalność… ale nie prześwit. Bo przecież pewnych spraw się nie ujawnia. Jak zamrażarki z masłem… wiecie, pudełek z makaronem w kształcie łosiów… no zwyczajnie, lepiej nie, nie pokazywać, nie chwalić się, bo zabiorą.

Im dalej w las tym mokrzej.

Mimo suszy, która przerwała się ino na kilka deszczowych dni, wszystko dziwnie jednocześnie i suche i mokre. Strumień po lewej, skała po prawej, uważaj, wciąga. Wciąga mocno… ona refleksyjność podłoża, te pozginane gałęzie… taki to wszystko Tolkienowki look ma. Dizajn jak do jakiejś baśni czy filmu fantasy, a przecież to wszystko, to natura. Natura, której jeszcze nie zniszczyli.

Patrzcie na nią, oddychajcie nią póki jest.

Bo za chwilę… już widzę te obalone pnie i wiem, że Skandynawia to jedno wielkie ekologiczne kłamstwo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ona Ze Złamanym… została wyłączona

Pan Tealight i Krzywystop…

„No nie dwie a jedna…

Wiadomo, gdyby obydwie były takie same mogłoby się wydawać, iż wsio jest okay, ale jednak teraz, gdy jedna prosta i smukła, prawie że dziewczęca, prawie że niewinna. Nawet i one paznokietki perłowe… no dobra, prawie, nie oszukujmy się, młódką przecież nie był! Może i pomógł sobie jakimś lakierem, może i hybryda, czy inne tam gówno, ale jednak… było w tej jego stopie coś takiego, takiego innego… niż w tej drugiej. Takiego aż wyzywająco odmiennego od tej dziwnie wyciągniętej, od tej owłosionej na każdym paluchu z ciemnymi paznokciami, jakby paliły, czy coś…

No co?

Ta druga taka była. Owłosiona, żółtawa, ale jeśli chodzi o samo poruszanie się, to nie, nie kulał, nic. Po prostu chodził i tyle. Niby nikt by tego nie widział, gdyby nie to, że on rok cały na bosaka.

Ależ to przecież fakt.

Niezwyczajny, prosty właściwie. Jedno takie, drugie inne, więc to drugie, zwykle odbiegające od normy, jakiejś tam, narzuconej przez wariatów, którzy lubią prosto i okrągło i na dodatek jeszcze kuliście.

Ale w normie.

On nie był w normie. Był bosy i prawa strona była inna od lewej, nawet i włosy jakoś tak po prawej bardziej kręcone, jakieś takie ciemniejsze, jakieś takie dziwniejsze, twardsze, jakby coś sobie dokleił, ale wołali go Krzywystop. No jednak w dół to każdy może, mimo wzrostu, jak chodzący a nie latający, a w górę… w górę to nawet i latający miałby problem. No przecież osrać łeb na pewno, ale reszta…

Hmmm?

Ciekawe jak oni określają normalność?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarna owca medycyny” – … psychiatria. Okay. Przyznaję, że nigdy nie myślałam o tym, szczególnie gdy w końcu sama, dorosła i świadoma zaczęłam się łomotać po gabinetach. O tym, że psychiatra to wariat. Znaczy, nie no, pamiętam cytacik z Agathy Christie: „lekarzu lecz się sam”, ale no… okay, dobra. Rozumiem. Wiem, że psychiatrię traktuje się tak, a nie inaczej, ale…

Nie wiedziałam, że aż tak kiepsko.

No błagam.

Może za wiele czytał człek i uczył się o szamaniźmie, pojmuje ciało raczej w onych kształtach azjatyckiego myślenia o nim, tudzież ludów pierwotnych, a nie że tylko kości i mięsko. Czy tylko ja tak miałam, pewno tak. Jakoś tak ostatnio mi się zdarza. Ale… oto jest opowieść o psychiatrii. I nie tylko o Jungu i Freudzie. Dostaniecie opwieści o dziwnych mocach psychicznych, wiatrach i tak dalej… o maszynach, które miały ludzi naprawiać, nie nie tylko o elektrowstrząsach, jak się okazuje onych cudów było więcej, aczkolwiek pewnej maszyny mi zabrakło.

Nie wiem, czy jakoś przegapiłam, czy co…

… ale ona dla kobiet, no wiecie, na histerię… ekhm, ach ona moja wstydliwość…

No ale.

Powieść jest mega ciekawa, ale to powieść naukowa. Okay, język miejscami jest o wiele lżejszy, są i anegdoty, lekko przerażające ryciny czy zdjęcia, ale też informacje, w które warto się zagłębić. Opowieści o neurologii, o walce psychiatrii o uznanie i od razu kopaniu pod sobą dołków. Może i miejscami lekko przyciężka, ale czego się spodziewacie po takiej pozycji?

Chyba nie komedii?

Czego mi trochę brak, to onych najnowszych odkryć, ale jako pacjent zdaję sobie sprawę z tego, że wiele z nich… no cóż, wiele nie wypaliło. Sama robiłam za królika doświadczalnego… i w tym momencie pytanie podstawowe… czy książkę winni czytać pacjenci?

Tak!

Jeśli wiecie, że dźwigniecie i szaleństwo i niezrozumienie, oraz wszelakie zagmatwanie, rozwój… jeśli wiecie, że to gałąż medycyny, która wciąż się rozwija, to wiecie… wiecie czego oczekiwać.

Paske jak paske…

Czwartek i piątek to raczej dziwnie było, w piątek jeszcze wietrznie i deszczowo. Zjechało się Turyścizny masa, od razu poleźli wiecie, na spacery, na zwiedzania, wyjść się nie da, bo zwieźli ze sobą onych zarazków, że człek aż czuje jak krzyczą: o nowy, brać go… nie, ja nie mogę tak egzystować. Lepiej nie wychodzić. Lepiej się schować i wszelako udawać, że las jest w środku i dzicza jest tutaj. I jeszcze… wszystko człek w domu ma i ogród ma i jeszcze lodówkę i kibel, więc…

Po co wychodzić?

Nie no… wiadomo.

Wciąż są jeszcze miejsca, gdzie mało ich. Bo nie wiedzą, albo nie chcą wiedzieć, sklepów nie ma czy wiecie, inne tam alergie. Tudzież ubrudzą się, czy coś. I na pewno dodatkowo umęczą mocno, a wiadomo, na Insta zdjęcia dane, ale w rzeczywistości… w rzeczywistości to wszystko wygląda inaczej. Naprawdę wszystko. Aż to zaskakuje, bo wydaje się, że jak ktoś wybiera Wyspę, to raczej z powodów wyłącznie eko sreko, a jednak przecież nie. Oj nie…

Ale… weekend.

Oczywiście bez przesady, żadnych palem i święceń. Łapanki jajek mogą być, ale nic poza tym, zresztą, słńce wyszło, więc naprawdę można poszaleć było przez weekend. Nie żeby jakieś opalania czy coś, ale jednak, no wiecie, z drugiej strony, jak ktoś naprawdę i mocno bardzo chce.

Czy ja mogę bronić.

Jeszcze popchnę.

LOL Oj tam, delikatnie!!! Pan będzie zadowolony. Ojej, to pani, wybaczy pani, ja niedowidząca mocno i wszelako.

Taki wystrój i klimat.

No ale…

Wiadomo, że tutaj raczej nikt się konwenansami nie przejmuje, sklepy są pootwierane… tak w rzeczywistości, jak macie kasę, brak wam jakichś obowiązków, czy nie macie OCD i nie pędzi was ku tworzeniu, czegoś nagle, może i na siłę… to możecie robić nic. I wiecie co… zwyczajnie, nie wiem jak to się robi wciąż, ale będę próbować, bo człek już stary stareńki, antyczny właściwie…

… więc czas na więcej odpoczynku.

Tak by się pomyślało, że w kopalni i tak dalej… ale przemyślcie to? Czy my współczesni nie meczymy się jakoś bardziej? Szybciej i mocniej? Czy zwyczajnie ono zmęczenie nie krąży tak dookoła nas… wciąż i wciąż bodząc różkami? Co jedyne, to odchodzi ono wtedy, gdy idzie się do ogrodu. Pomaca ziemię. Nie zostanie zeżartym przez kleszcze… coś zasadzi, coś się wyplewi… urobi się po łokcie i tak, czuje się zmęczenie, ale jednak… ale jednak inaczej, dziwnie bardziej normalniej…

Bardziej.

Poprawnie?

Może to natura upomina się o nas? Może nas chce, pragnie… chce nas odkleić od onych maszyn, wydłubać ze ścian, błaga, by w nią się zapatrzeć… może to o to chodzi onym wronom i mewom, które krzyczą dookoła mnie. Patrzą się, strzegą dachu, jakoś tak… no oczywiście, że obsrały mi dom dookoła, kurde, będzie padać jutr czy to znowu zaschnie, ja nie mogę, romantyczność ptasich konwersacji nagle znika jak widzicie wielki splash gówna na świeżo umytej szybie…

I na kolejnej.

Ekhm… natura.

Ważna jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krzywystop… została wyłączona

Pan Tealight i Pastuch Myśli…

„… bo je wyprowadzać trzeba, jakbyście nie wiedzieli, to już wiecie. Nie dziękujcie, po prostu rozprzestrzeniamy tutaj oną wiedzę i tyle. Za darmo. Nie musicie wysyłać podziękowań finansowych, ale wiecie, paypala znacie… to tak, jakby co. W końcu tutaj też jeść trzeba, rachunki opłacić…

No więc macie.

E! Voila!

Ale też wiedzcie, iż to naprawdę nie jest tak, że każdy swoje może wyprowadzać, znaczy, no kto mu zabroni, w końcu jego myśli, jego pejcz i jego nogi czy psy i wrony, a może i dziwny kot, mutant jakiś popromienny, wiecie, co krzyczy: na potęgę posępnego pazura, ja mam moc!!! No ale nie no, to jednak, nie, to doprawdy nie jest to samo. Spacer i smaganie się inspiracjami, a Pastuch Myśli

Dziwny.

Znaczy, nie że ktoś tutaj kogoś ocenia, czy coś…

Dobra, nie oszukujmy się, oczywiście, że został oceniony, jak ino przylazł i zażądał… serio, nie, że oferta taka i taka, że opłata do tego i czy może skorzystać z kibelka, bo mu się chce, a nie chce podleać tej oliwki, co to na stoliczku czarnym przy drzwiach stoi… nie zeby nie mógł, serio, dosięgnie, ale jednak…

W końcu jest tutaj nie po raz pierwszy.

Ale po raz pierwszy mu otworzono i nic to, iż przez pomyłkę.

To nic nie znaczy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mgła otuliła Wyspę.

Ale najpierw ciekawostka… obok nas, znaczy Gudhjem, przebiega południk… i w przeszłości było coś takiego jak czas Gudhjemowski – w dowolnym tłumaczeniu – 15 stopień – miernik czasu. No wiecie, ten co się krzyżuje potem, niżej, z tym 55 przy młynie. Na południu, tam gdzie się krzyżują południk i równoleżnik i tabliczka se stoi i tak właściwie, to przecież niczego to nie zmienia, i moje pojęcie o tym wszystkim znacząco skąpe jest i w ogóle… ale kiedyś mieliśmy inny czas niż połowa Wyspy. Co wydaje się pokręcone, ale jeśli podrzucimy do tego cztery co najmniej dialekty językowe, to jednak… no bez urazy, ale…

… u nas zdarzają się inne cuda.

Nie tylko geograficzne.

Szczególnie, gdy mgła owija Wyspę, samoloty są opóźnione o kilka godzin i jeśli myślicie, że dostaniecie się na prom, to myślcie – marzcie dalej – nie ma biletów. Wszystko wyprzedane, przecież to święta, a tutaj one święta oznaczają przede wszystkim wypoczynek. Pierwszy dzień wypoczynku, czyli czwartek, odbył się we mgle. Cudownie niesamowitej.

Wilgoci, ale cieple…

Nie, nie ruszyłam do ogródka, okna nie umyte…

Tak właściwie, to wszystko to jest dla mnie tylko czasem na wyłączenie się. A przynajmniej staranie by się wyłączyć. Odłączyć od świata, zajęcie się własnym gniazdem i kupami w środku. No co? Nie ma w gniazdach kup?

Są!!!

Nie?

Ale przede wszystkim…

… przyznaję, że wciąż nie pozbyłam się onego pokowidowego shitu. Nie mogę oddychać, skrzypią mi płucka i wszelako czuję się kiepsko. Doprawdy kiepsko. Podobnie Chowaniec, żadne z nas nie jest wyspane, zdrowe, czy jakoś tak, wiecie, choć trochę mniej zestresowane…

Tylko jak to zrobić?

Kiedy mgła pomagała. Ono pełne uczucie odcięcia się od wszystkiego. Ten dziwny spokój, ona wszelaka miękkość i poczucie bezpieczeństwa i jeszcze… nie no, serio mewa? Jedna jest taka, że w okresie godowym przychodzi i puka mi w okno. Na moje nieszczęście ma wielki i mocny dziób i puka w róg, więc… kurde no, nie powinna przecież zbić szby, ale jednak, to już zaczyna być nadmiernie nachalne, a jednak nie chcę jej odpędzać, jakoś tak… wiecie, jakby mieć psa, ale takiego, co niby możez głaskać, ale raczej dziobnie i w oko wceluje na pewno, więc…

Ryzyko.

Może i zawodowe.

Trzeba się przyznać przed samym sobą, że się jest chorym, coś skrzypi, coś przeszkadza, coś nie jest tak, więc… czas na odpoczynek. No więc… tup tup tup nogą w tle – jak to się robi? Powiedzcie mi jak to ludzie baterie ładują i wypoczywają? Jak mogą odrzucić ten ogień, w płucach i sercu, duszy i tchnieniu palące pragnienie by najzwyczjaniej w świecie tworzyć, nowe słowa, w planach mam 3 książki, jedną z kartami… śliczne, zabawne, mądre – mam nadzieję, że na pewno – i dodatkowo nadzwyczaj wyjątkowe, bo w końcu co jak co, ale ja jestem unik.

LOL

Nie mogę tego rzucić, nie mogę przestać, obrazy do skończenia, a jeszcze dom, ogród, Chowaniec i inne tam… cztery blogi i SM. No błagam, jak to wszystko zrobić i jednocześnie odpoczywać?

Jak?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pastuch Myśli… została wyłączona

Pan Tealight i Kompleks Kompleksowości…

Ten od Niższości, Ten od Wyższości… od Nóżek Krótkich, od Drapieżności. Kompleks Istnienia, gdy innym go zbyło, Kompleks Bycia i Miecia, chociaż Pan Miecio prosił, by przypomnieć, że jemu jest Mieczysław, znaczy sławny z powodu miecza posiadania i on nie chce by go tak targać.

Żaden Miecio.

Nawet Pan Miecio… plaskacz.

Nienazywać jak szmatę do podłogi, bo mu to ujmuje godności i w ogóle, a tak naprawdę, to ponieważ podobno Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane powróciła, więc on ją będzie bronił, bo Wyspa bez Wiedźmy to tak nie można. Zwyczajnie i po prostu, nie, no naprawdę…

… się nie godzi.

Ona nie może być sama.

Po prostu jakaś taka winna być ochrona, bodyguar i tak dalej, i mocna widoczność obrony. Że wiecie, zależy wszystkim i tak dalej, ale to wciąż nie znaczy, iż on będzie od miecia Mieciem. Co to to nie. On jest rycerzem z mieczem Wielkiej Niewidzialności Napierdzielającym Grzmotami… i nie, no, dlaczego wciąż się z tego inni śmieją, znaczy z imienia onego ostrza, najpiękniejszego, jednego z najstarszych, ino cztery takie wykute były, albo sześć…

Nie wiadomo dokładnie.

Legendy czasem się mieszają…

A że sam nie mógł tak warty pełnić, więc było ich kilku. Bo w końcu komuś takiemu obstawa się należy. I parady!

Za Wiedźmę!!!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna…

Pączki zdają się w końcu decydować na wyjście. Wiecie, wciąż zamknięte, niby nawet niektóre ściśle, ale znowu w ogrodzie pojawiła się dziwna gałązka, kwaity żółte, niby forsycja, ale nie do końca… i teraz kurna myśl se człowieku coś ty wsadzal za patyki… bo wsadzałam co znalazłam no… byłam też na szaberze. Znaczy się, no wiecie, pomagałam sąsiadowi zza miedzy zbierać to co ściął z wierzb, co to serio puściło te tam, no wiecie korzonki, ale potem to chyba nic z tego.

No i może po prostu rok temu nic a teraz coś.

Następnie, obcinając oblegających mój czarny bez, który biało kwitnie, wiadomo, zaraz obok sirenów… wiecie, bez obok beza, no więc obcinam, bo go dusi coś, a tu mnie jakaś dzika róża, czy coś… naprawdę, co ja wsadzałam w tę glebę?! Rozumiem, że z biedy człek wsio weźmie, no ale to lekka przesada, no weźcie! Kolce rozrywające skórę, włażace jak drzagi… koszmaru!!!

Aaaaa!!!

A mówią, że przyroda tak uspokaja.

Uspokaja może, ale też i boli i tyle!!!

No ale, pączki się pączkują, słonko świeci, pizga nieźle, nie wiem jak tam one winne grona czy coś i co to za dziwne ludzie przyjeżdżają i mi widok auokarami zasłaniają. Bezczelnosć no, dobrze, że zoom w aparacie, bo człek ślepy.

He he he!!!

Wiosna…

Co prawda podobno zimno wraca, nie żebym narzekała, ale czy oną łąkę mogę se już zasiać, na tej mojej dziwnej spłachetce ziemi, co to na niej nic nie powinno rosnąć, a jednak dziwy się dzieją. Dowód na to, że nic nie powstrzyma natury. A już ludzkiej natury to w szczególności.

Oj tak.

Na zioła nie patrzę, one jakoś lubią te klimaty i mają gdzieś to, że na pudełeczku czy woreczku napisane było, że kwitną wiosną czy jesienią. Oj nie, one tutaj zimą, a co. Przecież kto im zabroni. No weźcie no… pełen bunt przeciwko systemowi. Tym razem pisanemu i narzucanym normom.

Boskie są.

A już ten rozmaryn… a tymianek z mackami…

Ech!

No co, u mnie te rośliny po prostu rosną, nikt ich nie bije poza deszczem, nikt nie tarmosi poza wiatrami, nikt też nazbytnio nie zżera poza podcinaniem czasowym, ale to już wiecie, lawendę głównie… no i wiadomo, ziemia jaka jest taka jest, więc raczej ino roślinki które lubią i sucho i raczej może słonecznie.

No chyba…

Chyba że lata nie będzie?

Nie bijcie!!! Tosz przecież było tak kiedyś, zimno było i lało, pamiętam, że pleśniało wszystko… cudne to lato było poza pleśnieniem. Ale poza tym chłodek niesamowity, woda jak to woda, wiadomo, ale żadnych przesadnych szaleństw temperaturowych i tak dalej. Dziwne to było… ale…

Było.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kompleks Kompleksowości… została wyłączona

Pan Tealight i Panny z Wyjścia…

„No bo szczerze…

… w tych czasach, dziwnie feministycznych, a jednocześnie poganiajacych kobietami,z ezwalajacych na wszelakie umniejszenia i desperackie próby zaistnienia… no wiecie, w czasach, gdy to tworzą się kolejne IZMY… naprawdę… Powiedzcie mi, jak powiedzieć/opisać/nazwać inaczej goryle w formie żeńskiej przy drzwiach? Wiecie, takie obronne i odganiające…

Selekcjonerki.

No jak…

Nie można wyzwać kogoś od małpy, bo to małpom się nie spodoba, a one mogą wszystko, no chyba że są banany, to nagle mogą zmienić zdanie, ale są i takie, które nawet bez bananów trochę się rozproszą… wiecie, z małpami nigdy nie wiadomo, ze świniami też. Dziwne to trochę, że małpy albo świnie. No i krowy czasem chyba? Tak, te trzy zwierzaczki zostały tymi, które mają określać ludzkie strony. Dobre, złe, neutralne, negatywne, minutowe, stałe i jeszcze…

… włochate.

Nie no, te to chyba od trolli, co nie?

Mniejsza.

… więc gdy jeszcze małpy można biologicznie uzupełnić i uczłowieczyć, to taka słodka świnka, prosiaczek cudowny błotnisty, toż to czyste stworzonko, a że wie, iż błoto dobre na cerę, tosz przecież i ludzie od nich przejęli. A krowa? No tyle teraz tych trawożernych pomiędzy ludźmi, że to wprost faktu stwierdzenie, a nie jakaś obraza. Zresztą, krowa, czadowy zwierzak i żołądki ma…

Taaaak…

To jak?

Właściwie w ogóle jak nazywać ludzi nim powiedzą ci jak chcą być nazywani… w tych podobno wolnych tak czasach…

Dziwnych?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Chemia śmierci” – … no tak. Nowe wydanie, nowy wydawca, ta sama powieść.

Niesamowita.

Tak, oczywiście że mam… wróć, posiadałam tę serię w wydaniu Amberowym. Białe takie okładki, ktoś pamięta? Jakby co, Google podpowiedzą. I pokochałam autora od pierwszych słów. Nie wiem dlaczego… może dlatego, że w odróżnieniu od innych antropologów sądowych jednak umie pisać?

Albo ma dobrych redaktorów?

No i te opowieści z Anglii… ech… mniam!

Choć nie, MNIAM w przypadku zwłok brzmi lekko atypowo? A może aż ohydnie? Nie wymiotujcie, zwłoki to zwłoki, okay, robiłam ino w takich przedanionych, ale wciąż, człowiek w innej formie to człowiek, ale i nie do końca, jakby człowiek, ale nie ludź… dziwne to, ten bra iskry… więc… ja o tym, że uwielbiam tę powieść i te, które po niej następują. I wielbicielom CSI i Kathy Reichs polecam. Szczerze. Też i tym, co lubią zagadki kryminalne i niezbyt ciężkie książki…

Ale też i niegłupie.

Beckett ma fajne pióro, dodatkowo jego bohater jest nie tylko narratorem, ale i tłem niektórych wydarzeń, jednak, nie zawsze, na ostatnich stronach to on obrywa, jak to bywa w innych powieściach… chodzi o to, że nie ma w tych tomach sztampowości, ale jest jakaś miła znajomość… po prostu… w pewnym momencie nawiązuje się kontakt z bohaterem i już tak zostaje.

Na dobre i złe.

Wieje i pada, pada i wieje.

Raz śnieżyca, potem wiosenne słonko i krótki rękaw, prawie… a potem od nowa, za tydzień znowu ma być przygruntowo zimno? I jak tu w ogóle ogródek planować, pomijając subtelny fakt, że i tak mnie na niego nie stać, więc może trawa i mleczyki. Będzie choć ekologicznie? Ale ja chciałam krzaki i drzewa i więcej jeszcze drzew i jeszcze więcej, ale to w końcu moja obsesja.

Moja własna.

Gdybym mogła obsadziłabym wszystko, a nie celowała w winnicę… a tak, na polu prawie pod moim nosem winnica stanęła. Się nagle komuś wydaje, że można ot tak, na zwykłym polu… i patrząc na przeszłość, to tak, oczywiście, można, ale nie na polu męczonym lekko, ostatnio mniej, nieosłoniętym, gdzie pizga tak, iż można po prostu odlecieć. Tak ot zwyczajnie i już. I oczywiście, że daję jej sezon, bo tyle tutaj zwykle pomysły trwają, ale jak ktoś trzy lata przetrwa ma szansę na więcej…

Ale forever?

Czy coś tutaj, na Wyspie jest na stałe i na zawsze?

Zwątpienie… na pewno.

Po prostu… patrzenie na ona zagłądę natury, którą nazywają ekologią, boli. Chyba po trzydziestce człowiek widział już wystarczająco, a dobiegając czterdziestki jest już pewien, że za wiele i nie wierzy… nie wierzy w nic. Żadne tam zmiany w człowieczym istnieniu, żadne tam zrozumienia i myślenia…

Nie.

Jeżeli tutaj to nie wyszło, nikt nie potrafi się dogadać, na tak małej przestrzeni… to czy jest w ogóle jakaś nadzieja na przyszłość?

A może nie mamy prawa do nadziei?

Myślę, że problem istnieje, tudzież zagrzęził się w onych kopenhaskich nocach, marzeniach o jakiejś tam zieleninie, znaczy, jak się dorobić na wciskaniu innym kitu, że eko i vege i w ogóle, cudownie i dziewice przy tym pląsały, ugniatały to półdupkami swymi różowymi i jeszcze… no co?

Nie oszukujmy się.

Sezon się zaczyna, pomysły bogatych ze stolycy przybyły na Wyspę.

Dobra, część najpierw się dorobiła na zakupionych tanio domach sprzedając je drożej rok i dwa lata temu, a teraz ciesząc się, że to już mają za sobą, o ceny znowu oklapują na rynku nieruchomości do onych… że to tak ujmę, bardziej znajomych. Ponieważ wciąż nie wiem jak nam udało się wejść w posiadanie… bardziej kredytu, ale jednak domu z ogrodem i to tam gdzie chcieliśmy… nie no, trzeba odmalować teraz i okna i sam dom, ale w zeszłym roku sami taras zrobiliśmy, może damy radę?

Może?

No ale…

… chodzi mi o to, iż spoglądając na 2019 i 2022 jestem… zrąbana.Ludzie, ja pierniczę, no kurde no… mam dom, który oczywiście bardziej należy do banku, ale jednak, mam dom. Jest w nim pracy wiele, wiadomo, ale to nie jest ważne, bo mam ten dom. Dobra, sąsiad to buła a sąsiadka kocha muzykę na drzwi i furtkę, ale jednak… mam kibelek i prysznic, więc… nie marudzę. Szczególnie jak sobie patrzę na innych. I na to, że nie dostałam w prezencie mieszkania po studiach czy przed, a już na ślubie, to bez urazy, ale przecież nawet człek niczego nie oczekiwał…

W końcu był dorosły.

Może za wcześnie?

Może dlatego teraz taki dziecinny? Ale jednak… może teraz se nawet popatrzyć na winnicę. Znaczy… z lękiem w oczach zamknietych, bo jak to wsio poleci, a jak pisałam… wieje! Co ja gadam, pizga no!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panny z Wyjścia… została wyłączona