Pan Tealight i Mrówki Torturówki…

Mrówki miały się dobrze.

Więcej, nawet świetnie. Zupdateowały sobie dom na taki gigantyczny, naprawdę luksusowy, nawet z basenem, sauną i milionem garaży, chociaż nie do końca było wiadomo, czym jeździły…

… lub i na czym?

No wiecie, dziwnie zapytać.

Tak się kurde człowiek czy ino człowiekowaty, to raczej bali wprost zadać jakieś pytanie, jakby to była jakaś wielka tajemnica, czy coś… no wiecie, skąd one to biorą, jak im się powodzi i wszelako posuszy i jeszcze, czy naprawdę mają tak dobrego brookera i polityków przekupionych, no i oczywiście onych… wiecie, wielkich i złych prawników. Znaczy, nie że grubi, wiecie, po prostu wielcy w swej mocy i potędze przekonywania wszystkich, każdego i wszystkiego…

No wiadomo.

Wiecie, niby mrówka jaka jest, każdy widzi, te nie były jakieś ogromne, no spore, ale nie dziwacznie, nie że atomówki, czy coś, ale jednak, kurde, no jakoś tak… emanowały czymś, co odpychało nadmerne pakowanie nosa, kończyn, a czasem, to nawet i myśli… kurde jakby już coś po skórze sie pałętało, jakby wszelakie biliardy malutkich łapek postanowiło znaleźć najlepsze, najbardziej bolesne miejsce, skryte, może i lekko nazbyt osobste, ale przecież nie dla nich, co im tam, one miały tylko jedno zadanie…

… wykarmić, przynieść, pracować…

… gryźć!!!

No więc…

Zdziwiło wszystkich Centrum Mrówczej Konsultacje, które wybudowały pięć metrów i dwa cale, ciekawe dlaczego tak, od swojego mrowiska. Pan Tealight był mocno podejrzliwy, a nawet i więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zdrajca” – … chyba… Tak, to jedna z moich ulubionych części tej serii, jak na razie?

Chyba tak.

No bo jak inczej nazwać opowieść, w której pewna sprawa się zamyka, pewna znajomość się rozwiązuje, pewien konflikt pojawia się znowu i jeszcze… no właśnie jeszcze ten ból głowy, kurcze, jak długo będzie go jeszcze bolał ten łeb. I co to oznacza? Niby oczywiście, zna kogoś o lekko, czy mocniej, lekarskiej profesji, ale jednak… no jednak zbyt wiele się dzieje. Trzeba przecież stanąć ponownie po czyjejś stronie, a na dodatek pojawiło się nowe zło w mieście.

Ech, zawsze tak jakoś się życie mu toczy, czyż nie?

Dresden ma dar, a może i przeznaczenie, by wpadać w każde gówno, co to się mu w mieście zalęgnie, ale też jest wciąż Strażnikiem, więc gdy przybywa on, musi się tym zająć. Jakkolwiek jest to dziwaczne i pokręcone, może i ma przyjaciół, ale jednak, czy nie ciągnie za sobą jakiegoś pecha?

No cóż, wiadomo jedno, zlo znowu jest zbyt blisko, a Mag musi sprostać i zwykłemu laniu po mordzie i konfliktowi buzującemu we włsnej duszy. Szczerze, chyba wolałabym tę mordę. Poboli, ale wiecie…

Naprawdę przełomowa część serii.

A tutaj nowe smaczki, a raczej nowe stare, wiecie, wciąż opłakuję moją biblioteczkę, wciąż staram się coś przywrócić, co miałam i przyznaję, że bardzo to trudne. Ale też uświadomiłam sobie, że są książki, których może nie chcę przywracać? Może chcę o nich zapomnieć?

I pada…

Nie myślałam, że można zapomnieć, ja brzmi deszcz. Jakie cudowne pieśni wygrywa, jakie wiersz potrafi wyszeptać, jak bardzo kocha uderzać, ale i muskać, ile ma stron, postaci, natężeń, naprawdę… jak wiele w nim jest. Jak wiele niesamowitości, którą tak łatwo zapomnieć, gdy wpada się w ramiona suszy. Strasznej, bolesnej, miażdżącej mózg suszy, która ostatnio właściwie…

Przytrafia się nam co roku.

Niestety.

Ale przy tylu wyciętych drzewach, tak wiem, upierdliwa jestem z tymi drzewami, straszliwie, ale gdybyście widzieli wybrzeże przed i teraz, a planują jeszcze większą wycinkę, usuwanie krzewów, szczerze, głupota goni za dumą człowieczą i zadufaniem, oraz dziwnymi stopniami wykształcenia, w które przestaję wierzyć… i wiem, że świat się zmienia, że przecież nauka wie teraz więcej, ale ja jestem zdania, że jednak nie tyle wiemy więcej, co większość nabrała w sobie onego zadufania pełnego i pewnego, że wiedzą już wszystko, nie ma co odkrywać i tak dalej, a ci, co wątpią, to wiecie, głupki i spiskowcy terytorialni…

Za długo żyję, teorie spiskowe ostatnimi czasy tylko zyskują potwierdzenie, za jedne przepraszają, inne ukrywają…

Dziwny ten świat.

Na szczęście wciąż mamy deszcz… i wiecie, dzięki niemu można posłuchać coś mądrzejszego, niż utyskiwania, że ci czy tamci to głupki, a my są z Kopenhagi, więc całujcie nas w pięty i dywany na glebę!!!

Ale ten deszcz…

Pada i nagle przestaje, potem znowu, zaczyna mocno, albo słabo, jakby się zastanawiał, aż w końcu leje, ale tylko przez chwilę, jakby nagle zawstydzony przestaje tak z nienacka, by potem, nagle znowu zacząć, albo nie… i pozostaje ino ona niesamowita, cudowna, lekko ciężka mgła… wilgotność w powietrzu wszelako odczuwalna, no i ten chłód cudowny, zapomniany…

Naturalny nie z AC.

Wiecie, dziwne rzeczy się z człowiekiem dzieją, gdy tak mu się wszystko przegrzeje i tak dalej. Zapoci się tu i ówdzie, no i potem tak jest, nagle od nowa musi się uczy tego, że ten potliwy koszmar, to nie jedyna rozrywka tego świata, wiecie, że jest coś więcej, coś, czego już doświadczał przecież…

Ale jednak…

Zapomniał.

A teraz gapi się na te krople stukające w drewniany taras, na one pojawiające się odbicia, w tych płyciutkich wilgotnościach, które otwierają portale do innych światów, w których może pada częściej, mgła jest częściej, może i chłodniej jest, wiecie… może i jakoś tak, są te rzeczy, których potrzebujesz…

Wszystkie.

Naprawdę.

I ten deszcz, ta muzyka, świeżość, jakby świat chciał ci coś wynagrodzić, oną normalnością przecież ino…

Oną…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mrówki Torturówki… została wyłączona

Pan Tealight i Zawoalowanie…

Zawoalowanie wszelakie się jakoś zogniskowało w którymś ze światów, no i oczywiście namacalnie pojawiło na Wyspie.

Nie żeby spraszali, oj co to to nie, jakoś woleli ino we własnym grajdołku, ino z tymi, którzy jakkolwiek choć z widoku, przymrużnych oczu, wady wzroku, widoczni, no wiecie… znajomi z ruchów, twarzy pomroczenia, ciuchów może, no ino z nimi znajomymi tak czy inaczej się, jak już trzeba było, jak nie można się było wykręcić, czy coś takiego, jak kłamstwo już nie działało…

No tylko z takimi się spotykać…

Jakoś tak bezpieczniej, co nie?

A już Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, po prostu nie mogła inaczej niż raczej sama, albo z tymi mało widocznymi, tymi dawno po best before, tudzież, wiecie, tymi jeszcze bardziej…

Niesitniejącymi.

Z drugiej strony, to kto tam może być czego pewnym? Jeżeli o nią chodzi, to raczej kompletnie i w ogóle, naprawdę…

A już szczególnie ostatnio.

Gdy tak się w codzienności swej czołgała, garbiła, klęczała ciągle, jakby się bała, że w końcu ziemia spod stóp jej ucieknie jakby naprawdę nie wiedziała o co chodzi, jakby chcą czegoś innego, a może li i ino więcej, jakoś tak, powoli, ale widocznie już, się rozpadała na kawałeczki… na kawałeczki, które gdy tylko się od niej odrywały, nie dawały się przyczepić z powortem… zwyczajnie, nagle nie pasowały już do innego kawałka one wypustki i zagłębienia, a nawet kolor…

Jakby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem, jak słyszę, że po co ci wakacje, jak mieszkasz na Wyspie, to… nie, nie wkurzam się, rozumiem to, tak samo myślałam, jak się tutaj przenosiliśmy, problem w tym, że ja w ogóle nie lubię ludzi. Nie czuję się dobrze w ich towarzystwie, mówiąc szczerze, chorobliwie wolę być sama ino z Chowańcem, no wiecie, a nawet i on bidulek, czasem m przesrane…

Ale…

Właśnie, ono ALE.

Sławetne właściwie, bo spora część ludzi się z nią zderza, że życie jednak nie jest jednostajne, przyśpieszone, znaczy nie tylko jest takie… w rzeczywistości jest bardziej takie, a potem nagle całkiem inne i człowiek zaczyna chcieć…

… więcej.

Albo inaczej.

Wiecie, przecież co… ogród człek ma, dom jest, dach nad głową, morze jest, z lasem gorzej, bo zwalają tyle drewna ostatnio, że naprawdę ryczę zbyt często, więc sobie chyba odpuszczę natknięcie się na kolejną wycinkę, naprawdę. To boli. Fizycznie. Od dzieciaka drzewa były dla mnie ważne, kochane i takie jakies normalne i tulisiowalne. Szczerze… ale, jednak wszystko dookoła jakoś tak chce coś innego. Coś bardziej łosiowego może, coż nieznajomego całkowicie…

I pewno, że człek nie ma jeszcze wszystkich miejscówek zwiedzonych, bo jednak to to to tamto, teraz takie multum ludzi, że chcę uciekać od razu… ciasno jakoś, dziwnie, a tam na północy są pustki i drzew więcej i nie, raju nie ma nigdzie, ale jednak, jakoś tak, tam przynajmniej jest ino człowiek i masa piasku, i muszelek i jakoś tam w nieznanym można się…

Zatrzymać.

Ale…

No właśnie, ono ale.

Człowiek wiedział, że to miejsce będzie miało i pory roku i sezony. I jeżeli chodzi o mnie, to urodziłam się właśnie w porach roku i sezonach. Co prawda to bardziej turnusy były, ale ona ciągła zmiana ludzi, te przyjazdy, odjazdy i tak dalej… przecież, nie oszukujmy się, to, że mam ładny widok z okna nie spłaca mojej hipoteki.

Świetna woda w kranie, którą można dudlić, to też nie wszystko, choć… bardzo wiele.

Bajer w tym, że tak zwane wakacje w domu, to jednak sprawa bardzo… męcząca. Zawsze w domu znajdzie się coś do robty, albo co gorsza, znajdziecie se robotę dodatkową, ale jednak… może jeszcze to i tamto… to nie są wakacje. To tylko chwila snu dłuższa, chodzenie w gaciach i tyle.

Nie wypoczywa się, nie odłącza od codzienności.

No weźcie, przecież większość ludzi mieszka w naprawdę cudownych, pięknych miejscach, czy to za sprawą natury czy architektury, a może i kulinarnie pięknych, a może cudownie cichych, wiadomo… oni też czasem chcą w coś innego, może głośnego, moze tylko zimniejszego, cieplejszego…

… po prostu COŚ.

A może jednak nie.

Może ludzie już nie mają siły, by jakoś tak walczyć o coś więcej niż ona dziwaczna, pojebana, smutna codzienność?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawoalowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Moc Chcenia…

„Zawsze w niej była ona moc…

Zawsze.

Moc Chcenia. Moc wielka i nieustępliwa, że chciała i… wiecie, to nawet działało, dostawała to, czego chciała ino, że nie zawsze chronologicznie się dobrze wpasowywało. No wiecie… ona siła, która sprawiała, że laski się łamały, chłopy w ciążę zachodziły, białe koty przechodziły drogę, a króliki rodziły się ino z kozimi różkami… a znowu kozy, no właśnie, się one miały seryjnie super, najlepiej na świecie i w ogóle cudownie… naprawdę, ale już te takie roślinki z małymi rzepami nie.

Albo pewne osoby, które…

No właśnie, bo przecież Moc Chcenia była Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane. Była nią. Była jej odbiciem, jej wielką siłą, która szczerze kołowała i jeszcze dodatkowo… no jakoś tak plątała się, ogólnie, GPS przy niej wysiadał, jakby co to ino sztabówki, ale jednak czytać ich nie umiała ona Moc. Z drugiej strony, kurde, przecież każdy miał jakiś taki wewnętrzny kompas, wiecie, no psuć się on może, ale jednak, czy z oną siłą też tak samo jak z człowiekiem?

A może…

Może to wszystko jest bardziej kreacją, która stała się aż nazbyt człowiecza i marudna, no wiecie, jaki pan taki kram? Czy jak to tam starzy mawiali… znaczy antyczni bardziej niż ona sama, Wiedźma i jej Moc.

Bo w końcu pewne sprawy z nią związane, to jakoś tak, no są naprawdę pokręcone… nie byłoby to dziwnym, że to, czego pragnęła też nie docierało nią ot tak od razu, teraz zaraz, albo jak pragnęła w specyficznym może i nawet, rejonie chronologicznym, ona sama. Nie mogłoby być inaczej.

Po prostu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ech no…

Żygolot się skończył.

Nie żeby to miało na mnie jakiś wpływ, ale ludzie szczerze się wkurzyli, w szczególności ci, którzy dostosowywali port w Nexø właśnie do onych żygolotowych standardów. Bo teraz to na co?

Nie no, pewno, najbardziej dobijające jest to, że na początku nie wyglądało to jakoś strasznie, Jantar se pływał gdzieś tam dookoła własnego nosa czy tej tam, no wiecie, kotwicy, ale jednak nie poradził sobie z tym całym pandemiowaniem. A dokładniej, no wiecie, jeszcze rok temu jakoś mówili, że się nie zamkną, że da się przetrwać, ale teraz już zwolnienia, strony nie ma…

Smutne to ze względu na ludzi, ale…

No właśnie, czy Duńczyków to obchodzi?

Nie oszukujmy się, Niemcy nas ostro przejmują, wykupują i domy i samą ziemię, czy mają do tego prawo… ech, teoretycznie nie, ale jednak. Pecunia non olet, wiecie jak to jest. A już teraz to każdy wrzuca w swoje CV: przetrwałem pandemię. A jakim kosztem, no wiadomo, się nie wspomina.

Czy nadmiar Kopenhagi, co to się nagle przeprowadziła na Wyspę doskwiera? Oj tak… kurna, ludzie są dziwni. Nie wiem dlaczego, ale po pierwsze im się wydaje, że każdy na grupie Gudhjemowej winien im tyłeczki podcierać, conajmniej, a po drugie, wiadomo… uznają Wyspę za teren niechorobowy.

Dzięki czemu mamy ten Indyjski… czy jak to teraz, alfa, beta, gamma… kurde no, alfabetu wam zabraknie, pismo linearne będziecie wykorzystywać, zobaczycie. Nie wiem dlaczego to nagle jest takie niegrzeczne mówić kto i jak zaraża. No weźcie no, pierdolone poprawności, a w kieszeni susza!!!

Ale…

Mamy lato, nie da się zaprzeczyć.

Mamy suszę, choć często zapowiadają deszcze, to jednak parność wygrywa, nie można oddychać, człek cieszy się jak słońce zajdzie za chmury, rośliny panikują, jakby nie wiedziały o co chodzi, a może jednak… wiedzą coś więcej ino nie potrafię ich zrozumieć? Nie wiem…

Jeśli chodzi o Babcię Szałwię, to z szarawo-srebrzystego patyczaka zmieniła się na powrót w zieloną górę, co więcej, kwitnie i na dodatek się jeszcze bardziej rozprzestrzenia, za co jestem wdzięczna, ale nadal, drugi rok zakochana jestem w tym żółtym kocankowym, no wiecie curry busku.

Znaczy się heliochrysum.

Jakby ktoś chciał mi podarować z 10 sadzonek, a nawet 20, to ja jestem za. Po prostu wysadziłabym całe pole onej żółcieni i srebrzystości i wąchała to i suszyła, zrobiłam nawet pierwszy wianek, bo przecież człek zawsze musi próbować coś nowego… chociaż, jakie tam nowe, nie oszukujmy się.

LOL

To tyle z życia ogródkowego, któe po ostatnich wiatrach, oraz moim szaleństwie wygląda dziwnie. Różany płot się kładzie, ale część roślinek dosadzona radośnie se ćwierka, wróble żywopłot kochają, więc i też…

Ćwierkają.

Wciąż o kiepskich porach… ech!!! LOL

Bo wiecie… oto nadchodzą 2 miesiące, gdy ludzi tyle, że nie można oddychać, więc skupiamy się na pracy w domu, dookoła domu i naprawdę i szczerze staramy się unikać Turyścizny.

Jakoś tak…

Złe vibesy.

I pomyśleć, że kiedyś się zastanawiałam, gdzie są Tubylcy, wiecie, w sezonie… nie ma co się zastanawiać. Już wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Moc Chcenia… została wyłączona

Pan Tealight i Njus…

„No więc był Njus.

Na razie malutki, ale wiecie, miał urosnąć, więc podlewali go dziwną wiedźmią mieszanką. Bardzo dziwną, na tyle dziwną, że nikt nie chciał wiedzieć co jest w środku. No oczywiście, ze mieszanka cuchnęła na co najmniej piętnaście kilometrów, szczerze, jak odkręcali zakrętko, to cała Wyspa czuła…

Pani Wyspy miała nos oblizany tym mentolowym czymś, co to podobno w kostnicach używali, ale wiecie, trzeba jednak mieć znajomości, coby takie cudo dostać, więc Pan Tealight był zazdrosny.

Szczerze.

Bo ono tak strasznie cuchnęło, jakby coś, no zdechło, ale dodatkowo wysmarowało się zginiłymi pyrami, jajami i kapustą, taką, co to już miękka się zrobiła i jeszcze zbukiem, no i oczywiście tymi perfumami od jakiegoś szanella czy czegoś tam, wiecie, z onej za wysokiej półki, do której zbyt niska Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie sięgała… portfelem.

No ale się sprawdzało, więc go podlewali.

Bo bardzo chcieli się w końcu dowiedzieć o co w nim chodzi, szczerze. Chcieli wejrzeć w ten pąk, spojrzeć na rozwarte listki… usłyszeć jego wieczorną pieśń i mieli nadzieję, że jednak… no pachnął będzie.

Chociaż… po takiej mieszance.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kobiety nazistów” – … okay, książka jest niesamowita. Można się czepiać układu, można się czepiać obranej przez autora drogi w jaki sposób pokaywał je wszystkie, ale jednak… no właśnie, jakoś tak, po prstu, jest godna przeczytania… by zrozumieć, dlaczego.

By pojąć, że tak naprawdę wszystko było proste.

Jednymi kierowała miłość, innymi wyrachowanie, tak naprawdę nie wiadomo czy ktokolwiek był szczęśliwy… i tyle. Prawdziwość onych relacji wzajemnych, upadku kobiecości, potem jej wzrostu, narzucenia, to wszystko jakoś tak pokazuje, jak kobiety były postrzegane. I to nie tylko one wszelakie, ale jednak też i te postawione na stworzonych dla nich piedestałach.

Mamy więc i Margarete i Magdę, Ilse, Carin i Emmy, Linę i Gerdę i oczywiście… Evę i jeszcze, miejscami się pojawiające one inne. Kobiety niespodzianki. Kobiety, o których niewielu wie… o których się nie mówiło. Od początku do końca. Od poznania do śmierci, jakakolwiek by nie była. Dumne kobiety, kobiece, one pomiatana i walczące, wierzące i te…

Wątpiące.

Niechronologicznie, lekko roztrzepanie jeśli chodzi o narrację, ale w powieść oną się wchodzi i wychodzi z niej dziwnie zamyślonym.

Bo nic już nie jest jak było.

W końcu nagle, wszystko ma dziwny sens, do którego nie chcemy się przyznać.

No więc pogoda znowu się zmieniła, pojawiły się chłodniejsze noce, dziwny wiatr, w końcu wiatr ustał, wzrosła wilgotność, chmury okryły palące słońce, ale tylko na chwilę i moja walka w ogródku nie była cudowna.

Zimny prysznic po półdniówce pośród chaszczy, niesamowity!

Szczerze.

… więc naprawdę pogoda nas strasznie zniewala. Miesza pod deklami, już nie wiadomo, czy znowu pełnia, czy nie. Nie rozumiem dziwnego strachu pojawiającego się we mnie, jeżeli już muszę wyjść, a musiałam w tym tygodniu i nawet na lekach depresjonat z nerwicą lękową i autyzmem, cierpi.

Mocno.

Ale… trzeba jakoś żyć.

Troszkę chociaż…

No naprawdę… niektóre sklepy wywiesiły znaczki o kontakcie z tymi co byli w kontakcie z kowidowcami i wiecie, od razu zamykanie, telefony, cuda wianki… ciekawe jak by się do mnie dodzwonili, mnie na telefon nie stać.

I walić to.

Moje marzenia postanowiły sobie odejść i wiecie co, w onej nicości człek nagle zaczyna się odnajdywać. I rozumieć, że nie będzie lepiej, że jeśli ktoś się oszukuje, że tak będzie, to okay, może mu tak lepiej, ale…

Ludzie…

Stali się jeszcze bardziej pojebani.

Niemcy wykupili kolejne kawałki Wyspy i szczerze rozumiem Duńczyków jęczących, że kurna ich nie stać na te ceny dla bogaczy. I nagle wychodzą na jaw fakty, że nawet nie zarabiamy najniższej krajowej, sporo poniżej, więc… jak mamy w ogóle żyć, poza oną wegetacją…

Smutną.

Wkurzają mnie ostatnio nawiedzone dziunie z Youtuba, które pierniczą o tym, że pieniądze szczęścia nie dają, nie patrząc na to ile mogą kupić niezwracając uwagi na ceny chleba, masła i tak dalej.

Nie mówię nawet o warzywach i owocach, bo u nas to złoto.

I inne drogie pierwiastki.

Pewno, mamy kilka gospodarstw specjalizujących się w różnych uprawach, ale… dojechanie tam, ceny, to nie dla mnie. A przecież to mała Wyspa. No weźcie, przejść ją można w dzień.

Można.

Oczywiście, że się nauczyłam, iż takie rzeczy mówią ino ci, co kasę mają i nie martwią się o to, czy i jak do lekarza i czy w ogóle będzie je stać na oddychanie i jeszcze… czy moje podarte ciuchy są teraz modne?

Pewno są.

I dobrze, póki się nie rozpadną będą noszone. Nawet do ogródka, który wciąż wymaga masę pracy, ale sił brak, więc… jakoś to przetrwamy, a może nie, w końcu jak można być czgokolwiek teraz pewnym tutaj. Poza tym, że policja zarobi na mandatach ładnie, przyjezdni jeżdżą jak pojeby. Szczerze, nie rozumiem tych ludzi, widać stać ich na te mandaty. Mnie nie.

Czy stać mnie na życie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Njus… została wyłączona

Pan Tealight i Czarny…

„Czarny ostatnimi czasy nie był tylko kolorem, który Wiedźma Wrona Pożarta nosiła, ale przede wszystkim jej zbroją i właściwie drugą skórą. Jedyną formą odzienia, które jej skóta była w stanie przyjąć i nie odrzucić… niczym przeszczep od ukochanej najbliższej rodziny, który jednak nie pasował w ogóle, mimo wszelakich badań i tak dalej, inne kolory ją… mierziły.

Więcej, tak naprawdę nie potrafiła się w nich odnaleźć, nosić ich, zakładać, odziewać się w nie… ale ręczniki miała niebieskie, wiecie, jednak to o to cały czas chodziło, by wsio było niebieskie, ale nie wszystko…

Nie.

Niebieski był tylko dla niej, był nią, był czymś wielkim, potężnym, skazą i naznczeniem jej duszy i myśli każdej, ale jednak, no właśnie…

… czarny był…

… zamiennikiem, zgodą ciała i duszy wzajemną, która pozwalała jej nie tylko opuścić czasem domowe pielesze, w końcu ostatnio myszy i kółka ją kręciły, i chciało się jej tylu dziwnych, nie jej, rzeczy… ale też i w ogóle nosić coś w domu….

No dobrze, był wyjątek.

Bóg Skarpetek.

Jej jednej przychylny i zawsze nienajedzony.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiało…

Tak strasznie wiało w nocy, że…

… nie wiem, może i człek się odzwyczaił, bo one wichury ucichły z końcem zimy, no i wiecie, raczej latem jak już coś wiee to ino pył i piaski znad Sahary, a nie takie dziwne zimne, trzęsące wami, wszymi uczuciami, budzące wspomnienia, biorące mózg, pompujące go, potem wyciskające z niego cokolwiek się da, by w końcu znowu was napompować cudzymi treściami, których nie powinniście nawet znać, które kompletnie wam nie pasują, a potem…

A potem nie śpicie całą noc.

Nie jesteście w stanie, bo przecież… jak?

Nie da się.

To jest zwyczajnie niewykonalne. No i jeszcze, choć się ochłodziło i spadło trochę niebiańskiej wody, to jednak, jakoś tak, o poranku niecichnący wiatr przyniósł duszność wszelaką, wilgotność wielką i jeszcze… potem znowu wszystko się zmieniło, zrobiło się chłodniej i te wszelakie powiewy i dziwaczne skoki temperatury w końcu jakoś się unormowały…

Jakoś tak.

Wiatr ucichł, ale uczucie pozostało.

A w mieście w tym samym czasie ludzi tłumy, choć to środek tygodnia.

Samochodów jak mrówków, tu i tam ścięli trawę na poboczu, ale jak mówili niewszędzie… znaczy, oni tak ciągle zmieniają zdanie, że naprawdę już nie wiem… zetną, czy nie? Obchodzi mnie to, czy nie?

Nie… nie wiem, po prostu już nie.

Chyba coś we mnie pękło po ostatnich dokazach naszych wszelakich władz i po tych drzewach ściętych, wiem, upierdliwość lewel max, ale wyobraźcie sobie świeżość onej wilgoci leśnej, cień, a teraz nicość i patelnię. Trawy są tak wysuszone, że trawników nie ma, albo lepiej, przypominają te pola, które były polane randapem, czy innym gównem… a człek myślał, że to natura…

Głupiam.

Randap ma zostać zakazany… ponownie, w końcu przecież już o tym mówili, już mieli tego nie używać, ale co tam, wciąż wypalają one trawki jak przymuły… stoi taki z ogniem i pojemniczkiem ready to blow i pali, zamiast schylić się i wyplewić, no szczerze, jacyśmy kurna ekologiczni, czyż nie?

Ech!

Randapu nie zakażą, bo się rolnicy zbuntowali, rybacy mają już przesrane z powodów wszelakich, foki, brak ryb, nazkazy i zakazy, ktoś się w tym łapie? Jakoś rolnicy próbują w durną stronę, ale jednak nie dać se wejść na łeb… i z jednej strony ich rozumiem, najczęściej Duńczyk najbardziej ceni sobie…

Wygodę.

Tia…

A to jednak wygoda, czyż nie? A że tam trujemy wszystko, nosz przeca i tak bulimy takie podatki na ekologię, że komu co do czego?

Ech… Nie mam już sił.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czarny… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Zapotrzebowania…

„Pojawiła się…

Niby wiecie, kolejna, wiedzieli, że posiadając wiedźmę jakieś usługi ku niej skierowane czy inne tam, wiecie, samotniczkę to zawsze wszyscy chcą przytulić, więc… nie zdziwili się, aczkolwiek lekko ją zaskoczył chyba ich brak zaskoczenia, bo na dzień dobry potknęła się o kamień, milusi troll, całkowicie nieznoszący obcych, i wyrżnęła łbem w pierwszy schodek Sklepiku.

Nikt się nie zaśmiał.

W końcu jednak wiedżma.

No… przynajmniej nie oczywiście i głośno.

Wiecie, z jednej strony mieli prawo się śmiać, nie znali jej, pojawiła się nazbyt dumna i kompletnie nieproszona, a i też jakoś nie było widać, zeby miała prezenty, więc Księżniczki i Królewny poczuły się być lekko zaniepokojone brakiem błyskotek i kwiatków i tak dalej, no ale… nie mówiły nic, większość opuściła woalki, odwróciła się, nie baczyła, nie słuchała, Wiedźmy z Pieca czy Smok to już w ogóle mieli wyjebane na kogokolwiek nowego, jakby co nada się na kompost, czy coś… w końcu czasy są dziwnie niepewne, więc…

Jednorożce dziwnie mruczały, w pewnym momencie zaczęło to przypominać jakąś piosenkę, zaklęcie może…

Aż w końcu, no wiecie, jak już przybyła się pozbierała z onego wyrżnięcia, jak zauważyła, że minęło sporo czasu, gdy tylko uświadomiła sobie, że nikt się tym nie przejął, a i ta dziwna nie przyszła, gorzej, podobno walczyła tam u siebie i wykrzykiwała, że jest delikatnym kwiatuszkiem…

Coś w niej pękło wtedy.

Coś…

I zniknęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

RECENZJA: „DZIEDZICZKA Z MOCZAROWISK”

Zachody slońca i pole…

Właściwie, to… no właśnie, właściwie to ostatnimi czasy one pola pełne kwiatów są dość popularne. Zwykle to coś nagietkowego, zapewne wykorzystywane w kosmetyce, nie wiem, sama mam krem i działa cuda, ale może to ino na nasionka… może? Ale jednak, znalezienie takiego pola to dla mnie za każdym razem gigantyczna radocha. Na dodatek to miało one cudowne szpalery kwietne, więc można było wleźć na pole dla zdjęć… a w końcu mi o to chodziło…

O fotki!

Bo zachodzące słońce i lekka mgiełka nad kwiatami, szczególnie w tym niezwykłym miejscu, gdzie ziemia otulona była lekkim cieniem, gdzie dom lśnił swym światłem, gdzie jakoś tak wszystko zdawało się być oną pomarańczowo-żółtą nieskończonością. Gdzie po prostu, zwyczajnie była oną wszystkość…

Niesamowita.

I pachniało!!!

Jak one niesamowicie pachniały… tak bardzo mocno, jakby, wiecie, nagietkowate mają tak, że śmierdzą, albo śmierdzą mniej, ale te, jakoś tak, no jakoś tak pachniały. Pachniały lekko, ale wyczuwalnie.

A nad wszystkim polatywały sobie wróżki.

No fairies…

Serio!!!

Nie rozumiem dlaczego ludzie nie wierzą we wróżki, przecież to lepiej brzmi, że użarła cię wampiryczna wóżka niż zwykły komar. Od razu ma się jakąś taką większą jakość życia i bycia… no weźcie. LOL

Ale…

Sterczy człek na tym polu, niby nie jest zwolennikiem „golden hour”, niby wcale go nie ruszają te momenty, ale jednak, no po prostu czasem, czasem znajduje człek takie miejsce, że nie może się oprzeć… a czasem wie, że przecież takie pole, to zaraz zniknie… kwiaty się rozwiną, zostaną zebrane i tyle…

Nic z tego,

Złapię je tym razem, no i złapałam. Przypłaciłam to zpaleniem spojówek i jeszcze mocną migreną skroniową czy zatokową, możecie sobie wybrać nazwę, cholerne uczucie, dziwna niemoc w otwieraniu oczu, a i zamknięte bolały, piasek pod powiekami, no naprawdę… serio koszmar. Ale zdjęcia są. No a co! W końcu o to chodziło, by tak jakoś, zwyczajnie, po prostu…

Złapać chwilę.

Mimo słońca, głowy i tak dalej…

Przebywanie na takim polu, nie no, pewno że człek srał po nogach, że ktoś go pogoni, ale przecież nie robiłam nic złego. nikogo nie deptałam, nikogo nie niszczyłam, jakoś tak, nawet pszczoły mnie olewały… bączki se bzykały, chociaż, było ich dość niewiele, nie wiem czy to pora, czy jednak…

Te wróżki. LOL

Ale zdjęcia… magia.

Mogę tak sterczeć, aż światło zniknie, a że o tej porze roku u nas te noce wciąż jasne, to jakoś tak, no po prostu… może to trwać. I to może długo trwać, naprawdę. I można cykać fotki i wszystko się zmienia i jedno miejsce, a wciąż inaczej i inaczej widzicie te kwiaty i pyłki i wróżki, i jeszcze, coś takiego, niewypowiedzianego, coś takiego niewymownego, nie do opisania…

Coś.

Uczucie?

Ale czy tylko we mnie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Zapotrzebowania… została wyłączona

Pan Tealight i Ksionżem z Puszki…

„No kurna, a przynajmniej tak pisało na opakowaniu.

Żeby nie było, profilowanym… anatomicznie!!!

Szczerze, puszka była jak najbardziej opisowa. Znaczy, no wiecie, widać bylo, co jest w środku. Albo raczej czego oczekiwali. Bo wiecie, w końcu jak coś się zamawia, to czyta się dokładnie opis, no weźcie. Wiadomo, te wszelakie alergie i tak dalej. Próbjesz to z tym, tamto z tamtym i jeszcze może lepiej popić, a może jednak nie… no przecież kurna, kto wie, jak i co po co?

No przecież kot w worku to jednak nie miał być.

Tam, to jednak są inne zasady, czyż nie?

Ale…

… więc przyszła ona przesyłka, pudło wielkie i jasne, ze srebrną wstążką i koronami na papierze, ze znaczkami, które zdawały się śpiewać kolorami, ale… jednak po wszystkim, nie są pewni czy to to, co zamawiali.

Bo choć puszeczka była śliczna, pięknie malowana, to jednak, no jakoś taka milcząca była bardzo. I jeszcze, no właśnie może i on był blond, a w środku był czarnowłosy jak pragnęły, ale jednak… kurcze, coś się nie zgadzało. Nie chodziło już nawet o one róże, czy nazbyt wystające ząbki, no ale…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rycerz lata” – … jak zwykle kolejny tom, więc pewno że polecam czytanie od początku, ale jednak…

No właśnie.

Nie wiem.

Może czasem warto wejść w taką książkę od lekkiego środka, choć nie do końca środka, no przesadzam mocno i podcinam i jeszcze plewię… przecież to dopiero czwarty tom, a tyle się wydrzyło. Nasz bohater jest boleśnie samotny, zagubiony, wszystko to, co się wydarzyło zniszczyło jego przyszłość…

A może nie?

Jednak na razie musi sobie poradzić z Królową Zimy, Królową Lata, morderstwem w krainie elfów i jeszcze sobą samym, bo wiecie, zwykle, gdy jego ktoś prosi o pomoc, co ja tam plotę… prosi, jakie prosi, przyszła i postawiła go własćiwie pod stryczkiem i już wykopuje mu ten stołeczek… no więc Harry ma jak zwykle przesrane. Poza tym przesraniem opowieść ona: porywająca, szybka, miejscami przelewająca się sarkazmem i humorem, miejscami aż nazbyt wzruszająca, prawdziwa i ludzka… pełna magii i stworzeń, o których może zapomnieliście…

Tego jest dużo. To uzależnia, więc jeśli Harry wam przypadł do gustu, to kupcie sobie na wakacje wszystkie tomy od razu, polecicie ciurkiem… i może jeszcze laskę i pelerynę. Wiecie… czemu nie…

A poza tym recenzja CO KOMU PISANE!!!

„I czy w ogóle to istnieje?

Dobro i zło?

„Stare grzechy zawsze wracają.”

Midsummer…

No więc oczywiście susza, wiadomo.

Wiecie… ponieważ sezon się zaczął, więc powiedzmy sobie szczerze, że raczej nikt nie myślał o ogniu, no cóż, poza tymi, co to przybyli z Kopenhagi, więc… od razu ballade. Oto i rozpętali kolejną o Sct. Hansowy ogień. I oczywiście o imprezkę. Wiadomo, wciąż są obostrzenia, ale jednak, no właśnie, ale jednak…

W końcu wyszło na to, że strażacy mieli co robić.

Nawet nie chce mi się o tym pisać, ale, na szczęście na te kilka dni dookoła Sct. Hansa, zrobiło się lekko wilgotno i dziwnie ciemno. I to ciemno pozostało. Jakoś tak, dziwnie, no wciąż jest ciemniej… i przyznam się, że jak dla mnie to szczerze w końcu lepiej, ale… no właśnie, ono ale… chodzi o to, że jakoś tak od 21go, 22go coś w powietrzu się zmieniło, zawisło dziwnie się zapomniało, ono coś… jakby… nie wiem, oczywiście, że ten najdłuższy dzień był dla wielu ważny, ale jednak, kurde no, ale jednak nie wyszedł. Wprost przeciwnie, ciemno zrobiło się…

… dość szybko…

No i ogólnie mówiąc oczywiście, imprezowali pewno, ale raczej po wodzie i ćmoku.

Wiecie, pogoda robi co chce.

Po onych kilku dniach koszmarnego żaru w końcu dało się oddychać i tak zaczęło się lato… znaczy, tutaj lato zaczyna się chyba dla każdego w innym terminie, no ale, ono kalendarzowe, światowe, jakkolwiek…

Jest.

Odbyło się Sol over Gudhjem, kurna jak oni w weekend imprezowali. Aż u nas szybki latały. Nie wiem jak to się skończyło, bo w końcu zasnęłam, a dziś nie sprawdzałam, ale wsio chyba stoi…

Nie puścili nas z dymem.

Bo wiecie, w tym roku było ino dla wybranych w Melstedgaardzie.

Za to po wszystkim tyć pięknie było… chyba każdy miał dość… Sąsiad na wkurwie w niedzielę rano trawę zaczął kosić, więc sorry, nici ze spania. Nie wiadomo dlaczego spuchło mi oko, ale… no wiecie, pewnie wkurw się rozprzestrzenił, czy coś w ten deseń, no kurna nie wiem, ale jest obecny.

Oj jest.

Ludzi w mieście jak mrówków na piwoniach… które właśnie przekwitają.

A i z moich pięknych wideł czerwona farba zlazła, nie no, to trzeba naprawić. Chyba założę Patronite czy Patreona czy jak mu tam, no wiecie, na farbę. Bo jak to, w końcu to była jedna z ważniejszych części tego miejsca, o którą się modliłam, coby nie zabrali ze sobą jak się będą wyprowadzać… wiecie…

… mam dziwne favorites of my life.

Bardzo dziwne.

Może i przerażające… może?

Ale ja nie jestem czymś, co można zaszufladkować, tudzież wiecie, może w onych cabinetach z curiositiesami… jak przyszpilone motylki, czy inne robaczki o kilku główkach, syrena… skąd ona była?

Ech… zapomniałam…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ksionżem z Puszki… została wyłączona

Pan Tealight i Jagódki…

„Pojawiły się dość nagle… w tym dziwnym, przemieszczającym się lesie tuż obok Sklepiku z Niepotrzebnymi

Najpierw te dziwne, szaro-srebrzyste krzaczki przy drodze się rozrosły, one z aromatycznymi liśćmi tchnącymi Afryką, posiłkami tak bardzo mocno pikantnymi i aromatycznymi, no i jeszcze tęsknotą jakąś za znajomym, za pięknym, za wytłumaczalnym, ułożonym… za wielkim i małym, za takim czarownym, baśniowym, dziwnie niewytłumaczalnym, ale przecież logicznym też… i jeszcze onymi barwami, dziwnymi, fascynującymi i…

… i jeszcze…

Czymś nieznanym.

Ale i znajomym dziwnie…

Pełnym sprzeczności, ale przecież nie przerażającym, tylko jakimś takim, no jakimś takim pierwotnym. Pierwotnym strachem, oną radością z przetrwania go i jeszcze, jeszcze nadzieją, która zawsze spełnia marzenia. Zawsze jest tym, czym się chce, a jednak… jednak nie do końca…

Jednak.

Pierwszy krzaczki wywąchała Wiedźma Wrona, bo wiecie, u niej jakoś tak lepiej z wechem niż wzrokiem, więc jak se klapnęła tam kiedyś w onym magicznym, Nieokreślonym Lesie, to jakoś tak… no się spotkali. Ją walnęło w nos, krzaczek w złotego kwiatka, kwiatek przetrwał, no worries! Wytrzymałe bydlę, kurde no… trzeba im przyznać, że przecież…

Trzeba mieć jaja, by się tak wprowadzać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Śmieci…

Ech, Macarena!!!

Pamiętacie taki przebój. Cóż to było za lato… ech, z racji imienia takie przezwisko dostałam na wykopie i bawiłam się czaszkami z dżumowatego dołu, bo to nawet grób nie był… ech, co to za czasy były. Wszystko było dość dziwne i jakieś takie oczekujące. Ale tak, człek dopiero zaczął studia i był…

Naiwny.

A może nie…

No jednak, miało być o śmieciach, a nie archeologii, chociaż… jakby to powiedzieć, najlepsze znaleziska to śmietniki i kloaka. Taki tip, jakbyście się nudzili, czy coś, no i jakby się wam wymarzyło wysprzątanie świata… A przydałoby się. Szczerze, ostatnio wszędzie syf taki jak za czasów tych torebek plastikowych wszędzie. Ktoś to jeszcze pamięta, czy jednak nie? A jak u was…

No ale… ekologia.

Jak wiadomo bulimy gigantyczne, nie wiem, czy nie największe podatki na i za innych. Za cały świat. Wiecie, dzięki temu wszystko może tak ślicznie się piarowo zgadzać i tak dalej. Nabudowali całe pole wiatraków i zobaczymy ile z tego syfu będzie… nosz psują się cholery ciągle no…

Ale… śmieci… będzie trudniej.

Kilka lat temu w Szwecji zaznajomiliśmy się z onymi malutkimi woreczkami i wciąż do końca tego nie rozumiem. Bo wiecie, bez urazy, ale skąd człek ma wiedzieć jak i co, no i czy rozbić, rozciąć czy co… przecież rzeczy są używane do przechowywania różnych rzeczy, więc jakby są brudne, więc plastik, do przetworzenia czy nie, no i szkło, czy myć czy nie. Bo przecież woda się marnuje…

No ale… będziemy mieli 3 kubły, w znaczeniu na dom. Dodatkowo one kubły będą miały przegródki, więc łącznie ma być z 5 komór? Nie wiem dokładnie, ale ponieważ flaszki oddajemy, jak się nam zdarzy kupić, tak szczerze, to tylko papier oddzielamy… ale jednak, no jakoś tak… czym ja zapełnię te kosze?

I czy za to będą kary?

Za bycie za biednym na luksusowe opakowania?

Paddle boarding…

Oh yes, mamy nową modę na Wyspie.

Znaczy nie no, pewno, że na świecie toto dziwactwo popularne jest od dawna, ale do nas na lepsze zagosciło teraz. Jakbyście nie wiedzieli to u nas nawet surfować można i w ogóle, serio i szczerze szaleć, ale lepiej ostrożnie, bo potem znowu szukają kogoś i znajdują i… no wiadomo.

Ale…

Ten dziwny, no szczerze, ale jak to ma działać, stoisz jak ten durny na tej deseczce, masz ono machadełko sobie i co… nie nudzi się wam, nie przewozisz niczego, nie wiem, wzdłuż brzegu płyniesz… i nie wiem, delfinowie nie wyłażą by cię powitać, jak na głębsze sprawy zabłąkasz się, tudzież durnys, brzegu nie znasz, a u nas często wystające skały lub głazy… mniej lub bardziej raniące, szczerze, o wypadek nietrudno, więc należy robić cokolwiek z głową na miejscu, znaczy…

Pewno, że pływanie najfajniejsze, no i jak one łódki co to stoją przy plaży nie rani nosa czy wodnej powierzchni nie mąci olejem, ale… no dobra, mają se ludzie one deski, mają one… kurna, jak to się nazywa, aaaa już wiem, wiosełka mają, no i se paddlują, nie wiedząc, że muszą mieć… UWAGA…

… no kamizelki.

Bo się okazuje, że to są te no, takie wodne pojazdy…

Ciekawe czy prawko też?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jagódki… została wyłączona

Pan Tealight i Alergikos…

„Znaczy wiecie, Bóg Pyłków.

Ten, dla którego wszyscy kichają i smarczą, dla którego łkają i oczy się im czerwienią wszelako i w gardłach drapie, no i wiadomo, dziś to od razu, że koronowanie czy coś… a to ino on. I strasznie jest wkuty na to, iż jego ciężką pracę, oną opiekę nad ludzizną przyznają temu nowemu…

… wiecie, co to się obnosi z tym gównem na łbie.

Niby złotą ją ma, niby kurna z kamieniami jakowymyś, no ale… wiecie… on na przykład nie miał ni koronki, nawet na zębie, cierpiał na chroniczne zajebiste uzębienie, może nie najbielsze, ale wiecie, te mocne kły to raczej nie są białe ino dość specyficznie niebiałe… ale pieruńsko twarde i zdrowe…

Jakoś tak…

Ale, ten pan co to opuchnięte oczy sprowadzał tak straszne, że jak trafiło na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, to jakoś tak, no zwyczajnie się kobieta wkurwiła i z zamkniętymi oczami, widłami swymi sławetnymi, czerwonymi, jakoś go kurde trafiła… i miał teraz piercing wiekuisty… naprawdę było mu z nim do lewego pośladka, bo tam go trafiła, mierzyla w łeb, ale wiecie, nic nie widziała no!!! To i tak, że trafił tego, co miała, choć miała pomoc głosową…

Dobitną.

Bo poza wszystkim Alergikos był upierdliwcem.

Szczególnie teraz, jak wsio pyliło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ech… szczerze, co się dzieje na tym świecie…

No więc jest afera i to poważna.

Otóż jak pewnie wiecie, najlepiej dostać się na kontynent, w znaczeniu do Danii, przez Szwecję. Specjalnie po to tworzyli ten cały most i tak dalej, dopisli do tego całą oną teologię i jeszcze… że teologię? No wiecie, jak człek się osłucha onych durnych reklam, że po jednej stronie jest szał ciał i uprzęży, a po drugiej natura, to potem dziwne myśli ma. Naprawdę dziwne… a może i jeszcze więcej.

Ale…

O co chodzi?

O kamienie.

Kamienie, którymi obrywają samochody z duńskimi rejestracjami. I tak, jak najbardziej jest to już zgłoszone we wszelakie miejsca, podobno na razie zgłosiło się ponad 30 poszkodowanych, cała reszta ma się zgłaszać i po jednej i drugiej stronie.

Widać ktoś się wkurwił w końcu i mocno mu odpierdoliło?

A co z tymi, co pożyczyli auto od znajomego… przesrane.

… więc, jeśli bez przypadek będziecie mieli taką przygodę, w znaczeniu będziecie musieli pojechać przez Szwecję na duńskich tablicach, wybierajcie boczne drogi. Naprawdę. Nie walcie oną najbardziej oczywistą, bo duńsko-szwedzkie problemy przybrały chyba ten wojenny ton już. Znaczy barwy nałożyły, czy coś w ten deseń…

… naprawdę.

Prawda jest taka, że obserwując to wszystko z boku, widać oną ciągłą walkę między Szwedami i Duńczykami. Z jednej strony zawsze blisko, kiedyś jeden świat, teraz zachowują się dziwnie. Tutaj oczywiście jeśliś ze Szwecji i masz domek, to zawsze i na zawsze jesteś onym obcym. Jak przyjechałeś jako dziecko, to wiadomo, musiałeś wybrać jedno obywatelstwo. Jeszcze niedawno nie można było mieć ich dwóch… teraz już tak, a jednak…

No właśnie.

Czy lepiej być Duńczykiem czy Szwedem?

A może w końcu uświadomić sobie, że na tej Wyspie to jest się ino poprawnym, jeśli się tutaj urodziło i to z kogoś urodzonego tutaj i mieszkającego od co najmniej pięciu pokoleń. Szczerze to czasem tak wygląda. I to trzeba zaakceptować jeśli chce się tutaj mieszkać i żyć… innej opcji nie ma.

Zawsze będziesz obcym i tyle.

Nadadzą ci przydomek i tyle.

Będziesz Polakiem z góry… no bo pamiętajmy, że tu się dzielimy na górnych i dolnych… serio… też byłam zaskoczona. LOL

Może się też przytrafić ona złośliwość, a i atak frontalny, ale kto nie ma problemów, co nie? Tak naprawdę nigdzie nie jest jakoś tak ludzko? A może tacy teraz są ludzie? Szczerze, śmiać mi się chce z ludzi, którzy uważali, że po pandemii i lockdownach to ludzie się zmienią. Na lepsze oczywiście miało być… ech, nie.

Ludzie już mieli przesrane wcześniej.

Ten cały Covid ino ich dokopał.

Na amen.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Alergikos… została wyłączona

Pan Tealight i Zmiany w Powietrzu…

„Coś było tam, gdzieś ponad nimi, ponad wypiętymi pośladkami, stopami wznoszonymi ku całkiem chyba oburzonemu niebu, ponad plecami wygiętymi, onymi myślami, lekko nie do końca na miejscu, fruwającymi dookoła…

… bo wiecie, Wiedźmy z Pieca jogę teraz praktykowały, oczywiście, poza fermentacją części ludzkich… i nieludzkich też, w dobie pandemii kurna trza se radzić, co nie? I jakoś tak się rozerwać.

Naprawdę.

Bo chociaż Turyścizna na Wyspę zjechała, jak zwykle rozpychając się łokciami i nie szanując niczego poza… nie no, siebie też nie szanowali, nie oszukujmy się… mieli gdzieś co żrą, jak żyją, ino było im glośno i grupowo, dziwacznie radośnie choć smutno… choć tak jakoś…

Dzwinie.

W mieście też wiele się pozmieniało i zwyczajowi mieszkańcy poprzekształcali się… w byty porąbane. Jakby… nie no, oczywiście, że przybyło wielu miastowych, którzy nie rozumieli niczego i nie pojmowali fizyki wiatrów od morza dmących i jak je karmić, jak im nucić, by nie gryzły… ale jednak zadufanie w sobie sprawiało, że uciekali się do przemocy właściwie, gdy tylko coś…

Było dla nich bardziej nieznane.

… więc Wiedźmy dokupiły słojów, pitosó i garnców wszelakich.

Na wszelki wypadek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Trzecia córka” – … książka. Książka, która miała być kryminałem, a jest, czymś więcej. Czymś tak bardzo złożonym, że nie wiem czy chodzi o struktury małego miasteczka, tajemnicę dziewczynę, parę detektywów, czy może, no właśnie… czas, który postanowił w końcu odkryć karty?

A może o całkiem coś innego?

Akcja dzieje się w USA, no i przyznam, że trochę mi zgrzytała, oczywiście, jako że była to moja pierwsza powieść tego autora, dowiedziałam się dlaczego dość szybko, a raczej wyjaśniło się to, co podejrzewałam, ale…

Wiecie, „nie uprzedzajmy faktów”.

Oto jest dziewczę, pokrwawione, uciekające, para staruszków, pośpiech, szpital i oczywiście tajemnicze imię, które okazuje się być nazwiskiem pewnego detektywa o dość specyficznej przeszłości, no ale, czyż oni nie zawsze tacy są? Raczej są. No i o to chodzi chyba, właśnie o tajemnicę, powolne wkraczanie w nią, powolne odkrywanie kolejnych warstw, niczym staruszka podpatrująca zza zasłonki najpierw, udaje, że nieśmiała taka, wiecie, ot kwiatek podlewa, czy coś… ale, potem firanka, zazdrostka jeszcze, a potem… BOOM..

Bo jest BOOOM w tej powieści.

Ale… dobra, trochę się czepię języka, na początku chciałam zwalić na tłumacza, ale wiecie… tylko, że tak naprawdę czepiam się dla zasady. Bo powieść jest dobra. Nie doskonała, ale doskonałe są nudne, a ta… trzyma do końca w napięciu. I jeszcze potem, na ostatnich stronach kopie w zadek…

Oj tak.

Człowiek ponownie sobie uświadamia, że przeniósł się by nie mieć dookoła ludzi… i nagle kurna wsio się zmienia i ci ludzie się zjeżdżają i… jest ich dużo. Bardzo dużo. Ceny domów poszybowały, ale teraz, nagle, wiecie, jak z nienacka, jakoś tak, po prostu rynek się nasycił, wszelkie obostrzenia powoli znoszą, ludzie mogą pojechać gdzieś indziej i tak dalej… więc po co mają tutaj?

I mimo czystej wody, ciepłej i to czystej, ale wiecie, w porównaniu z prawie 40 stopniami, to jakoś tak, no chłodnej. A ludzie jednak wolą coś innego i tyle. Czysty piase, biały i sypki, zapach róży…

To widac nie wystarczy.

No i dodatkowo nasza plaża ulubiona jakoś tak, wiecie, zmieniła się… mocno. Ale przecież też i zima była inna, więc…

Spokojnie.

Człowiek jednak w końcu, bo piszę to w Summer Solstice, ono prześwięte kąpanie się odbyło i było czadowe. Mam nadzieję, że nie odbije mi się czkawką, czy czymś gorszym, na razie ino brzuch mnie boli. No wiecie, niestety te małe stateczki i łódki parkują dookoła wybrzeża, moim zdaniem zbyt blisko…

I wyrzucają rzeczy, no i smrodzą, na wodzie pojawiają się plamy brudu i oleju… i jeszcze rzeczy, o których nie chcę myśleć…

Ale…

Byliśmy popływać po raz pierwszy, tak wiecie, pływać, nie ino się zanurzyć i uciec… i przyznam, że ludzi wiele nie było, no i super, ale też nasza plaża raczej zakryta od innych, trzeba do niej na piechotę, a wiecie, że ludzie tego nie lubią, no i… szyszki nas omal nie zabiły.

Przez suszę wystrzeliwały z drzew z taką mocą i prędkością, że serio można było posrać się ze strachu…

Przez ten rok i las się zmienił i plaża.

Normalność… ale nie uznam za normalność nagle zwalającego się drzewa zaraz obok mnie. Pewno, że mogło na mnie, wdzięcznam, że nie na mnie, ale jednak, kurde, dźwięk straszliwy, grubego, łamiącego się pnia… straszny, bolesny, wstrząsający, nagły i przerażający… i…

Serio…

Ten żar w lesie, na szczęście chłodna woda.

Chmury, miało padać, ale wiecie, jak zwykle… zaczynam się bać tego, co widziałam po drodze. Onego spalenia, zniszczonej zieleni, tych sklepików, które zniknęły, rodzin, co się rozpadły… jakoś tak, naprawdę kiepsko jest. Szczerze i boleśnie to czuć… i jeszcze ci rowerzyści… rozumiem w lesie, ale na szosie, serio, w 40 stopni? Naprawdę uważajcie, bo słabniecie, pijcie wodę!

Osłaniajcie ciało!!!

Strasznie gorąco…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmiany w Powietrzu… została wyłączona