Pan Tealight i Killer…

„Ojejku no…

Przecież znajomych się ma różnych, a nie zawsze człowiek zaczyna pytanie na początku znajomości od… A co robisz i czemu masz pokoik w folii i ten odplamiacz? Oja, ale kolekcja zapachowych odświeżaczy i jeszcze te płyny do prania i mycia, kurde, coś ty kolekcjoner, nie no, bardzo szanuję, czy mogę powąchać… a, że zamrażarka, nie no, jakoś bardzo rozumiem, te czasy pandemii…

… najlepsza największa.

Oczywiście.

I te wieszaki, skórki, ekologia pełną mordą. No wiecie, znajomość to znajomość, a jak czujecie, że to może być przyjaciel, to wiadomo, przecież nie będziecie zwracać uwagi na pewne sprawy, raz pogadacie o nich i… od razu stajecie się pomocną ręką, zachęcaczem, zanęcaczem i tak dalej.

Przyjaźń to rzecz wielka.

Potężna.

Ale jednak…

… nie no, jeszcze na samym początku to już w ogóle, jakoś tak wszelako i mocno należy czasem po prostu odrzucić. No przecież każdy ma jakieś wady. Każdy czasem puszcza bąka i ma problem ze wzdęciami. Albo co więcej, no jakoś tak, zwyczajnie zaakceptować i wady… dla przyjaźni czy nawet i miłości może. W końcu pewne rzeczy się rozwijają. Życie pustką nie zalatuje, a nawet jeśli, to zwyczajnie… widać oną pustkę potrzebowało, czy coś, jakoś tak. To jak z łąką… musi być…

Nie ino lasy i lasy i Killer w nich.

Wielki i ciężki i pot z niego spływał… niczym dla dzieci oliwka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nocne mgły…

Teraz to się zdarza, wiecie… takie podróże. Nocne prawie, chociaż wieczorne ino… a, no i Covid wraca. Tia… milusio, co nie? Sorry, za przerywnik w tym, co miało być mgliste i tak dalej, ale nas właśnie trochę jebnęło, wiecie, orędzie do narodu… Czy się wypowiem w temacie? A po co? Przecież i tak nikt nie używa mózgu do myślenia, ino nim w piłkę grają, czy coś tam…

Wiecie…

Tutaj ludzie zaszczepieni olewają info o tym, że mogą być chorzy i roznosić wsio, dzieci puszczają jak leci i trza się od tego robactwa odganiać, najlepiej ogniem… no co? Sorry, ale jeżeli wasz dzieciak jest dla mnie zagrożeniem, to już nie będę leżeć i poddawać się bólowi. Już nie. Wprost przeciwnie, ale jestem licencjonowaną wariatką, więc wiecie, spokojnie mogę komuś przypierdolić. Takie ostrzeżenie. Trzymać bachory, bo roznoszą wirusa. Trzymać, bo wkurzają nie tylko mnie, to miejsce nosi na sobie typy wszelako ciszy pragnące i spokojności… a cała reszta… też lepiej się trzymać z daleka. Po prostu i zwyczajnie zachowywać odstęp.

I już, będzie lepiej.

I łatwiej, w końcu ja wyłażę z domu raz na miesiąc.

Maks!!!

Ale nie no, oczywiście, zaszczepieni uświęceni, nie muszą myśleć i tak dalej, to że kolejnych dawek nie biorą, nie doczytali do końca o co chodzi w tej akurat szczepionce, że znajomy się nie odzywa po pierwszej dawce, a źle ją zniósł… Nagle świat nie tylko się zmienił, ale jeszcze dokładnie podrapał po dupie i myśli, że to głowa.

Wiecie, taka jakaś odmienność.

Ale…

… mgła…

Gdy się czasem wraca nocą, a wiadomo, noc to teraz szybko się spojawia, to jakoś tak się i mgły spojawiają, a na tej Wyspie mgły są niesamowite, fascynujące i wszelako uczłowieczone. Wiecie, bardzo myślące… ej, zaraz, ludzie nie myślą, a mgły myślą… cóż, widać te mgły przejęły mózgi.

I nagle, w onej światłości świateł przeciwmgielnych, czy jak to się nazywa, no co? Ja pasażer!!! Ja nie kierować, za bardzo ciekawska jestem i tyle. Muszę sobie popatrzeć przez okno na one mgły też. One mgły przyjmujące kształty człowiecze, one kształty zwierzęce, wszelako… zaskakujące cię, nagle pojawiające się przed maską auta by rozwiać się, a może nie? Może nie rozwiać?

A może… wchłaniają się w auto, wchodzą w nas?

Tych w środku?

Może w rzeczywistości od onych mgieł uciec nie można? Może też nie trzeba? A może jednak należy się zatrzymać gdzieś na bocznej drodze, zostawić zapalone światła i wejść w ich blask i pozwolić mgle robić swoje? Może to jakiś rodzaj chrztu, innego tam uświęcenia, może li ino sakramentu…

Wyspowego?

Nie uzdrowi, ale może mózgi jednak jakoś uaktywni?

A jak nie, to choć se mgły mózgi wezmą, może one je bardziej wykorzystają? Może… na pewno, no weźcie, na pewno!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Killer… została wyłączona

Pan Tealight i Zaćmienie…

„Nadeszło nagle.

Znikąd.

Z onego mitycznego miejsca, w które tak niewielu wierzyło, a jeszcze mniej wiedziało, które sprawiało i nastawało, z miejsca, gdzie się wydarzało i mieszało. Z czegoś bardziej niż numerycznego pomiaru wszechziemi… z czegoś zapomnianego, a niegodyś codziennego dla ludzi, którzy może i mieli inne zabawki, ale wciąż jednak byli tylko i wyłącznie onymi… no ludźmi…

… więc stamtąd, miejsca onego, wielce i wszelako bogatego, ale też skrywającego wszystkie tajemnice, wszystkie sekrety, przepisy na mikstury, które sprawiały, że można było nie tylko sięgnąć gwiazd, ale stać się jedną z nich… nie żeby akurat było po co, bo co jak co, ale gwiazdy ostatnio skarżyły się na bardzo nudne i przewidywalne życie. Co gorsza, ono życie po życiu też było dla nich cholernie czarne…

Wiecie, w dupie były.

Znaczy, niby w dziurze, ale, kto by tam dociekał…

No więc właśne stamtąd, a może i nie, w końcu kto mógł tak wiedzieć naprawdę w tych czasach oczeń niepewnych i bardzo i wszelako nie haraszojich, wielce sumasaszlinowych. No sami wiecie jak to jest, codzienność już nią nie jest… słońce wstaje, a może nie, słońce zachodzi, a może nie.

Wiadomo.

Po prostu…

No ale, co jak co one wiedziały… Gwiazdy… wiedziały o Zaćmieniu wszystko, tylko, jakoś tak nikt ich nie pytał.

Nikt.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sługa krwi” – … kolejna trylogia. I, no chyba trzeba to powiedzieć, jeden z moich ulubionych pisarzy. Polskich autorów. Współczesnych. Fantasta, ale też niesamowity opowiadacz…

Czyli „Materia Secunda” od Przechrzty.

„Materia Prima”, trylogia sprzed kilku lat mnie oszołomiła. Męska, ale ze wspaniałaymi kobiecymi postaciami. Twarda, ale ludzka, dziwnie rodzinna, niesamowicie miejscami komiczna, z jajcem, pełna wspaniałych scen walki, ale nienazbytnich… więc oczywiście, że rzuciłam się na pierwszy tom nowej, kontynuacji oczywistej poprzednich tomów… opowieści o właściwie dwóch mężczyznach, ale tym razem nie dwóch, czy też trzech światach, raczej… no właśnie…

Oto znany nam bohater, Polak, alchemik, mag, wszelaki mistrz sztuk umysłowych i innych, czyli Olaf Rudnicki. Ten, dzięki któremu zawarto układ z onym światem przepełnionym Przeklętymi, Szepczącymi, wszelakimi istotami, pośród których on odnalazł… rodzinę, przyjaciół… tylko że teraz. Teraz jest sam. W zamian za ochronę jego świata przeniesiony zostaje w inny, tchnący lekko egzotyką Japonii i Chin. Może teraz nazbyt modną, ale wiecie, co się komu… na szczęście autorowi udaje się zachować fascynującą proporcję pomiędzy Olafem, a drugim z bohaterów, czyli Rosjaninem. Jego… bratem. Balansując na granicach właściwie trzech światów Przechrzta prowadzi swoją opowieść pełną tajemnic, zwrotów akcji, inności… pełną wpadek, zarumienionych policzków, zdrad, strzał wymierzonych w pierś i tęsknoty…

Bo Olaf pragnie tylko wrócić do domu, ale na razie niczym mityczny wykonawca spraw dwunastu musi zachować ostrożność i cierpliwość. Właściwie nie wiadomo na co zwracać bardziej uwagę… trucizna czy potwory? Nowe moce, nauki, sztuki, czy też… przyjaźnie, może i miłości…

Intrygująca.

Podróż…

Tak naprawdę to były ciężkie miesiące. Nie wiem dlaczego, ale tak wyszło i tyle. Ciągły napad Turyścizny, ciągłe tłumy, ciągłe coś… po prostu, zbyt wiele ludzi. Ale w końcu jakoś wszystko trochę ucichło, znowu wybudziło się w październiku… wiadomo, jak zwykle. Jak co roku. I tyle…

Ale to, co było przede mną, to wyprawa do Szwecji, wiecie, kilka razy w roku człek musi opuścić Wyspę, żeby… nie wiem, poczuć się Turyścizną, tudzież nacieszyć oko onym zbytkiem, o którym wszyscy mówią. Wiecie, kilka rodzajów mleka czy kalafiorów. A nie ino Sydafrica… jakieś inności, coś, co normalne dla reszty świata, dla nas wszelaka nowość, zaskoczenie…

To oni to mają?

Ale jak to?

… więc nauczyliśmy się wyjeżdżać. Poza tym, nie oszukujmy się, tam zwyczajnie jest taniej. Zwyczajnie. Na tamto człowieka stać, przy tańszym bilecie na prom, wytrzymaniu telepania jeśli się stało, przytrafiło… wiadomo, jeśli chce się taniej, to nie wiecie jaka będzie pogoda, ryzykujecie…

Ale ruszacie.

Tak, to jest straszne.

Bardzo…

Ale… okay, pakujesz gacie na zapas, na wszelki wypadek, w termosie herbata, w butelkach woda, bo jakoś tak ten plastik, nie… a jeśli macie samochód, to wiadomo, pakujece flaszki z wodą do auta i nie ma problemu… i już… paszporty, maseczki, wszelkie te rzeczy na wszelki wyapdek chociaż… przecież tam nigdy nie było aż tak, wiecie, strasznie, epidemicznie… przerażająco.

No dobra, więc najpierw wstać, umyć się, spakować, auto, prom, płynięcie, potem znowu jechanie i chodzenie, chodzenie i jechanie…

Tyle tego.

Ten świat oszałamia. Oną innością, bogactwem rzeczy wszelakich, kształtów innych, jakiegoś tego morza, które niby to samo, ale jednak jakoś takie inne. I jeszcze ta parki i lesistości wszelakie i jeszcze…

No dobra, padało.

Naprawdę.

Nie oszukujmy się, ale to trochę zepsuło ten cały wyjazd, bo do lasu nie dało się już pójść, zresztą, jakoś tak szybko wszystko zleciało. I tak, byliśmy w IKEA i znowu zapomnieliśmy wziąć soku w ICA… i tyle z tej naszej rozrywki. A czekajcie, jeszcze ciastko było, znaczy… nie dla mnie, wiadomo, prochy na rzyganie muszą być, ale jednak… ciastko na potem czemu nie.

Zamrożę sę.

A co!!!

Na szczęście nie bujało.

Jeśli chodzi o wszystko, to wszelaka świateczność w miastach i miasteczkach raczej nikła, więc wiecie. Ale za to mają jedzenie, które jakoś lepiej wchodzi i warzywka i owocki. Nosz ziemia obiecana, ale… to wszystko mija zawsze tak szybko, nawet jeśli coś się dzieje, wciąż szybko… czy za szybko? Nie wiem… powrót na szczęście, no wiecie, płaskie morze, bujnęło ino raz, więc znowu jechanie, pływanie, jechanie…

I dom.

A potem kolejny dom składania tego wszystkiego. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaćmienie… została wyłączona

Pan Tealight i Spowiednik…

„Był tam, jeśli tylko ktoś był gotowy.

Pomiędzy najwyższymi drzewami, skryty w dziwnie zmieniającej formie ni to chatce ni namiocie, czymś mieszkalnym z gałęzi i mchów, traw i jeszcze obierków z jabłek i pomarańczy, bo uwielbiał cytrusy i pięknie mu pachniały susząc się w onych miejscach, gdzie słońce wciąż docierało…

Był tam.

Problem w tym, że nie dość, iż nie tolerował mówiących, to na dodatek też nie umiał czytać, ale jednak Spowiednikiem był, więc żeby nie było miał taką ściankę z ławeczkami i okienkiem, wiecie, dwie strony, my nimi podzieleni, w końcu ino miał zapukać, jak ktoś tam już przestał wydawać z siebie dźwięki…

W końcu tylko tyle, podobno ludziom to wystarczało.

Wciąż przecież przynosili mu owoce.

I muffinki.

No i dowiedział się, jakoś tak od wiatru pomiędzy gałązkami, że przynosi ludziom i zwierzętom dziwne ukojenie, oraz obmywa im ich dusze. Co do dusz też nie wiedział o co chodzi, ale jak im obmywał bez dotykania, to okay… bo wiecie, nie lubił też dotykać. Ogólnie kontakt to lubił mieć ino z drzewami i powietrzem, no i onymi cytrusami krojonymi w cienkie paseczki albo talarki… oj, talarki to lubiał se w gacie nawet wsadzać… taki był aromatyczny.

No był jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… taki, nieludzki kompletnie, ale się nie znali, więc… ona nie chciała się zwierzać, on nie słuchał, więc po co mieli, dla czego? Dla jakiegoś poczucia, że mieszkają niedaleko, więc jakoś by tak wypadało? Ale jemu nic nie wypadało… raczej miał wsio dobrze omotane i ugniecione, a ona, ona była jakoś tak…

… gdzieś indziej.

Znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ścieżką dalej, jak już człek wyrwie się spomiędzy onej pniowości, iglastości, zieloności… bo przecież, przecież więcej jest tego, więcej… i nagle natyka się na plamę pustki… tylko trawy, wyschnięte pnie, jedne drzewo zmierzające ku drewnowatości, jakaś dziwna polana i kilka krów, które wyglądają dość…

Inaczej.

Niczym z jakiegoś filmu.

Zbyt przerażającego.

No ale, nie da się ustrzeć lasu. Nie da się, szczególnie takiego, który jest tutaj tylko, by kiedyś stać się drewnem. To nie stary las, może tam w średnim wieku ludzkim, ale nie wiekowy. Jak na las to to smarkacze one sosny i brzozy, lipy i owocowe rozsiane gdzie niegdzie drzewinki i krzewinki, no i oczywiście wszelakie one klony i dęby, jesiony… rzadsze miejscami…

One buki o gładkiej korze z oczami…

Modrzewie, młodziutkie tutaj, zaskakujące kolorami, olchy, graby, kasztanowce tu i tam, pojedyncze bardzo… raczej w osadach lub przy lasach, nie gdzieś w środku… topola, jarzębina już się nie czerwieniąca…

Jest tych drzew trochę.

A już te czereśnie się plączące gdzieś one pojabłoniowe ogryzki, orzechy to wrony wyżarły, zresztą, tu z leszczynami jest raczej jak już, spotkanie kompletnie magiczne, nagłe i zaskakujące… serio. No ale, to przecież zasadzony las. Wyżarty z sumień innych i chciwości… by był dla przyszłych pokoleń.

I jest go trochę wciąż.

Oczywiście wieje, więc wiadomo, że onej jesieni wiele nie będzie…

Znaczy będzie, ale mokra, bezliściowa, no chyba, że, no wiecie, będziemy ino ziemię fotografować, choć wciąż podejrzewam, że ktoś one liście nam z Wyspy podbiera. Szczerze… naprawdę!!!

No ale idziemy, po prawej znowu wody więcej, znwou coś wycięli, ale jest i dziwne coś, nie wnikam, jakiś akumulator, jakiś pastuch, kurna, znaczy co, oni kogoś przed nami chronią, czy jednak, no wiecie, wszelako nie chcą kogś dopuścić do nas… a może jednak, może wciąż tam jest coś, co nie powinno być odkryte.

Nie jeszcze.

Nie nigdy?

Nie wiem.

Ale… idziemy, droga błotnista, światło, niebo, wszystko już powoli się wyłącza, światło się zmienia, drzewinki znowu coraz młodsze, ale dzielne, chcą rosnąć, chcą jakoś tak poszlaeć jeszcze… chcą nas?

Nie chce się wyjść z onej lesistości, a przecież to nawet nie las. Nie jakaś tam wielka puszcza, ot liści garście, drzew, gałęzi, wszelakich skał i pagórków, jeszcze odbić w onych kałużach i jeszcze zbiorników nagłych, wszelako przejściowych może, a może jednak i stałych, może? Kto to tam wie… tutaj przecież wiele się może zmienić. W chwilę. Moment to tutaj wszystko.

Kurcze, a może wrócić w las?

Nie no, muszę widzieć morze.

Codziennie.

I nagle jest po wszystkiemu. Mgły zasłaniają słońce, ono gdzieś tam zachodzi, czy nie, wszystko się zmienia, może i zacznie zaraz padać, może i znowu coś się zmieni, ale przynajmniej człek był na onym spacerze jesiennym, który zawierał jakieś słońce. I było ono cudem jakimś…

Bo cuda ostatnimi czasy, to normalność, na którą człek się natyka…

I znowu oddycha.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spowiednik… została wyłączona

Pan Tealight i Wielki Szus

„Można było go dać, wziąć, pożyczyć, wszelako spotkać, albo…

No wiecie…

Każdy czasem wpada… w mniej lub bardziej coś śmierdzącego.

Dlatego najlepiej kroki robić wielkie. Szerokie i w wygodnych butach łazić. Naprawdę. Nie baczyć na jakieś durnowate wzory i desenie, po prostu brać to w czym gira czy kopytko nie zasmrodzi się, żadnych plastików, albo na bosego… wiecie, jak komuś nie zależy na onych pazurach w kolorach idealnych…

To czemu nie?

Wielki Szus miał to do siebie, że i rozmiar miał i szus miał i pęd jeszcze… jakoś tak się dobrze ułożył, że kroczył przez świat czasem zbyt szybko. Nazbyt prędko podejmował decyzję i juz go nie było, a potem był i jeszcze i znowu i tak dalej. A przecież, czasem chciał przystanąć, czasem naprawdę chciał się zatrzymać i może… jakoś tak, po prostu nigdzie się nie ruszać? Wzrosnąć, zarosnąć i ukorzenić się?

Może?

Ale jednak to nie był on, nie było to jego, więc…

Dlaczego nie?

Dlaczego tak? Po co w ogóle to całe łażenie, ten pęd, ta wielka moc kroku, poruszania się, robienia wiatrów? No po co mu to? Po co mu to było, jest czy też będzie? Naprawdę, no po co i dlaczego… może by się z kimś tym podzielił? Może była jakaś możliwość? Albo może by tak szkołę założył i uczył innych onej szusowatości?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dzień w lesie.

Tak naprawdę to nie cały dzień, nie oszukujmy się… słońce nim się rozkręci, to już właściwie południe, a zachód planowany za kilka godzin, więc… taki leśny dzień, dzień specjalny, liściowy, gałęziowy, ze ścieżką skręcającą… taki, z jednej strony zaplanowany, ale z drugiej, całkowicie nie.

Bo przecież mogę wybrać…

Chociaż padało, więc jednak może drogi i to te bardziej ubite.

Nie oszukujmy się, pewno, że można się wybrać tak na pałę w las, można spokojnie leźć, ale też można pogrążyć się w dziurze po pas i już tak zostać i ptaszki se uwiją we włosach, czy tam szkielecie myszki nrki, no wiecie, w lesie nic się nie zmarnuje, a i wciąż bleblają o tym, że chcą zostawić i to i to, żeby nie wycinać, ale prawda jest taka, że od frontu to może i nic nie poszło, ale wystarczy zzatrzymać się na obrzeżach Almindingen, tuż przy stwie, gdzie drzewa się pochyliły, gdzie ścieżkę rybacy wydeptali, gdzie jeszcze jakaś zapomniana, odważna lilia wodna się kołysze…

Rąbany nenufar no!

I jest facet ze spławikiem, ino co wyławia… może jakieś stawowo-jeziorne szuwarkowe damy? Może i one tam mieszkają i właśnie bezczelnie są mordowane w imię czyichś wymagań dietetycznych?

Marchewki też mają mózgi!!!

Nie mówiąc o kalafiorach. LOL

Ale… jest takie miejsce, które jeszcze wciąż żyje…

Jeszcze nie wycięli, więc mijamy mężczyznę ze spławikiem i dom, który jest tylko i wyłącznie budynkiem tęskniącym i po prostu idziemy w las. W oną zieleń na obrzeżach i rdzwą i czerwoną i żółtą, i oczywiście podmokłą. No przecież woda telepie się od lekkiego wiatru, od mglistości jakiejś, więc…

Tak, jest i mgła.

A za zakrętem ona cisza lesistości iglastej.

Cudownie głębokiej, ciemnozielonej, msznaej dołem, gdzie widać one maciupkie choineczki, które człek chciałby zabrać do domu, posadzić, mieć, opiekować się nimi, by nikt ich… nie da się, za krótko żyjesz człowieku, by ochronić las… możesz zasadzić, ale i tak przyjdzie ktoś, kto to zniszczy, więc…

… cieszyć się należy tymi miejscami, które wciąż są i oddychać. Bardzo oddychać, do końca oddychać, naprawdę. Bo przecież to wszystko może zniknąć w każdej chwili. Mogę przyjść tutaj za kilka dni i już ich nie będzie. Onych prostych sosen, pięknych, powalających oną dostojnością i tych bulw ziemno/pniowych… wyglądających hjak owłosione trolle czy domki skrzacie, skryte przed wzrokiem niepowołanych…

Bajecznie.

Zielono.

Z tym światłem, późnym już, znikającym, to się pojawiającym… to wszystko wydaje się być jakąś magią, która jest tak ulotna, niepewna, ale też spragniona uwagi, kogoś, kto ją przyuważy i nie uwierzy, ale będzie wiedział… poczuje ją. Zrozumie. Uzna za część siebie samego… po prostu…

Takie miejsce.

Niewielkie… dziwnie zagubione…

Tak bardzo chcę, by nikt go nie zniszczył.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielki Szus została wyłączona

Pan Tealight i Zniknięty…

„No wiecie, był Zniknięty.

Nie, że niewidoczny, czy coś, ale właśnie taki zniknięty…

… taki nagły i powodujący poruszenie onych skrzydeł motyla, mitycznego, legendarnego, a ten motyl to serio i szczerze skurczybyk był i wredota wszelaka. Może i śliczny, barwny taki, ale jednak skurwy… no chamówa i tyle. Kompletne niewychowanie, pierdolnik chciwy i mocno roszceniowy…

Naprawdę.

A może, może jednak lepiej w to nie wierzyć?

Wiecie, w niego… może lepiej wierzyć, że skrzydło motyla nie powoduje onego POCZĄTKU wszelakiego i mocnego, który zaczynał cały tok zdarzeń, na końcu którego akurat wy obrywacie i tyle… i on był też tym, wiecie, zarazem i początkiem i końcem wszystkiego, dlatego taki był…

Zniknięty.

Nie, że całkiem go nie było widać, ale jakoś tak nie widziało się go, bo coś tam odpychało wzrok od jego postaci, a może i… nie było też po nim śladu żadnego. Ni papierów ni w mediach, ni we wszelakich tam mediach elektronicznych i tak dalej, no wiecie jak to jest. Po prostu był i go nie było.

Choć…

Nie no, był też trochę jakby niewidzialny, ale Niewidzialni nie chcieli go przyjąć do swojego grona, bo… bo jakoś im nie pasował. Wiecie, to jednak dziwna elita, mają swoje zasady i okay, mają w końcu do tego prawo, czyż nie? By czuć się bezpiecznymi w swoim dziwnym, zamkniętym kręgu, którego widział nikt…

A Nikt

Tia.

Z nim to dopiero było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mgły Avalonu” – … tak. To była jedna z pierwszych książek, które zwyczajnie musiałam odzyskać. Po prostu… tak wiem, cała ta sprawa z autorką, ale ja raczej lubuję się w oddzielaniu autorów od ich dzieł. Serio, można zwyczajnie lepiej żyć nie znając ludzi, bo każdy ma coś za kołnierzem…

W sprawę rodziny autorki wdawać się nie będę.

W sprawę książki… no cóż, miałam pierwsze wydanie, tego nie odzyskam… było mniejsze i sczytane mocno, bo jakoś wracam do tej książki ciągle i ciągle i wraz chyba z wiekiem rozumiem więcej lub mniej, widzę więcej lub mniej, łatwiej mi wchodzi lub gorzej… no wiecie, czas zmienia i nas i to, co czytamy… a może to książki dorastają wraz z nami? A może nie… niektóre tak mają.

„Mgły Avalonu” – w rzeczywistości książka, która zwykle pojawia się wszędzie jako pojedynczy tom, a naprawdę jest taką pseudotrylogią… zaskoczeni? Ha! No więc tak, istnieją jeszcze dwie o wiele szczuplejsze opowieści z tego świata, z tymi bohaterami, nie wszystkimi, po które warto sięgnąć jeśli, no właśnie, jeśli je znajdziecie. Ja już nie znajdę, bo raczej ich nie wznowią, a sama nie zaryzykuję książek używanych… oj nie. Mam teraz taki uraz i PTSD po tym napadzie żółtej febry na moją biblioteczkę… jak ktoś nie pamięta, 5000 książek zbieranych przez życie, wyznaczejących moje najważniejsze momenty poszło się… no tak…

To wciąż boli…

A ta powieść.

Cóż, została odzyskana. Ale nie jest taka sama… jest dziwnie inna, choć to wciąż ona, miecz i on i jeszcze… no właśnie, tu trójkąt, tam trójkąt… wiecie… to opowieść tak bogata i pokrętna, tak wchodząca w mitlogie i z nich wypływająca, że… Morgan, Morrigan, Pani Jeziora, Artur… tak… wszyscy tu są.

I więcej…

Bo tej książki nie da się ot tak opisać. Ale tu jest i fantastyka i historia i jeszcze domysł, pomysł i marzenie, miłość i magia…

Wszystko.

Poranek…

Po raz pierwszy od chyba dwóch lat mi się udało wyjść z domu rano.

Wyjść z domu samej.

W ogóle ostatnio, od jakichś 3, 4 lat nie wychodzę sama. Depresja jest zwyczajnością, więc lepiej się z nią nie obnosić. Samotnie. Ale tym razem, no wiecie, pewno i łatwiej jak jest tak ciemno i zimno i nie ma nikogo i wszelako, jakoś tak, jestem sama i morze i kilka mew i jeszcze gromada kaczek i jeszcze…

Jeszcze jakiś samochód w oddali.

Wiecie.

Ona posezonowość cudowna.

Pustka jest czymś, czego tutaj należy doświadczyć. Onego bycia sam na sam ze sobą, z naturą, może z muzyką, można przejść przez cały soundtrack z Romea i Julii… ktoś pamięta ten film z Di Caprio? Pewno nie, kiedy to było, kurna, jaki to jest majstersztyk. Zwyczajnie, piękny… obejrzyjcie sobie.

Ale…

Pustka, wschód słońca… piękno.

To było raczej jak starożytne, egipskie powitanie słońca. Oczekiwanie na barkę, wszelako przejście na drugą stronę… nic spektakularnego, ale było tylko moje. Tylko wtedy, tylko w tamtej chwili. I już. Wszelako zaskakująco w końcu mój. Ona szarość najpierw i kilka kolorów, no i morze, które nagle bursztynowieje, potem wchodzi w pomarańcz, a miejscami wciąż jest dziwnie nocne, uśpione mocno, jakieś takie leniwe i na pewno z nieumytymi zębami…

No co?

Bo morze ma swoje tajemnice.

I wcale nie chce ich zdradzać, oj nie.

Ale wschód to nie tylko morze i kaczki, które szaleją sobie w wodzie, by nagle utworzyć procesję powitalną. Żeby nie było, mam zdjęcia, może kiedyś je zobaczycie, może nie, ale wyglądały majestatycznie unosząc się na horyzoncie… witając pojawiającą się czerwoną kulę… a raczej czerwono białą, taką w paseczki…

Taką dziwną.

Lecz najpierw… najpierw była cisza i kolory i oczekiwanie. Niebo bez chmur, ale z oną nikłą ferią barw, która pluskała w wodzie, pełgała po wodorostach, nagle wszystko ogrzewała, jakoś tak, nagle zrobiło się strasznie ciepło… nagle, na chwilę. A może i na dłużej, nie wiem, bo czas nagle jakoś tak zwolnił… nie wiedziałam nawet, że łaziłam przez ponad 3 godziny.

Dziwne.

I kolory zaczęły się ładować i kaczki ożywiać i nagle ta kula wzeszła i wszelaka spokojność morza nabrała jeszcze bardziej ognistych barw i nagle… nagle wszystko się skończyło. Jakoś tak. Wschodziło, wschodziło i nagle opadła na to liniasta chmura… liniowa? No taka zaskakująca, nagła, specjalna.

A potem…

A potem wszystko spowił havgus i zrobiło się zimno, słońce znowu wyszło, ale już dziwne, mroźne i ostre, już pozbawione onego jesiennego, miękkiego blasku i wrażenia. Ale havgus woli widać takie klimaty.

Widać jakoś tak…

I siedząc na nabrzeżu, na zimnym betonie – nic śmiesznego, nie polecam – patrzyłam w słońce i w mglistości tej dziwności morskiej, prawie słonej… i w oną rdzawość wodorostów i jeszcze… łódki kołyszące się w malutkim porcie w Melsted. I wszelaką zmienność i jeszcze, oczywiście… nicość.

Nicość wszystkiego.

Nicość we mnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zniknięty… została wyłączona

Pan Tealight i Kazalnik…

„No stał sobie taki, na poboczu.

Niby to wygódka, niby Budka Spowiednika, tak, one też tutaj bywały, wszelko mocniej skryte, ale jednak, bywały… rzadko dawały się odkryć, bo wiecie, przejmowanie cudzych grzechów było nader męczące i nadwyrężało deski, ale czasami w lesie, tuż przy drodze, czy przy kałuży z dziwnie nieruchomym lustrem wody leżały listki, na których spisane nader eleganckim i drobniutkim niczym gówienka mrówcze pismem, spisane zostały wytyczne… jak dojść, co przynieść, co się dostanie, jak i za ile, po co i na co… no i oczywiście, miejsce do zaznaczania, że nie jest się robotem.

Nie, nie był to wcale a wcale jakaś rasistowska uwaga, zwyczajnie…

… rdza.

Budki Spowiednika czasem jednak przyjmowały ludzi w takich ilościach, że z lasów wychodzi odmienieni, rzucali swe dotychczasowe istnienie i na przykład zostawali malarzami, czy parali się innym artyzmem, wiecie, albo przebierali gacie, wracali z kanapkami i termosem herbaty i siedzieli na pniu póki nie wrośli w niego… jakoś tak, tak jakoś… stawali się jednością.

Jakoś.

A Kazalnik… oj, ten to miał tupet.

Więcej, miał go w sobie tak wiele, że wylewał się z niego, krzyczał, wrzeszczał, machał flagami neonowymi i jeszcze obiecywał wszystko. Za nic. Tylko za słuchanie, tylko kto w dzisiejszych czasach umiał słuchać?

No kto?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Co do Halloween, to wiecie, nie ma.

Nie oszukujmy się, bez urazy, dynie i pewno jakieś imprezki może se dzieciaci robią czasami, ale cukierków raczej nie kupuje. Tym bardziej, że ci, co byli dziećmi jak tu się wprowadzaliśmy, teraz już są za starzy na takie zabawy, a cała reszta albo już na dzieci za stara, albo jak sąsiedzi, gdzieś wyjechali…

Tudzież sąsiadka… ta od tego remontu, wiecie.

Na zewnątrz ciemności wszelakie… pojedyncze lampy dają tak mało światła, że właściwie wyglądają jakby cyklopi nas mieli najechać, ale co tam, w oddali ciemność, po prawej, na morzu też cisza. Nagle wiatr trochę się uspokoił. Wszystko tak jakoś dziwnieje, spowalnia jeszcze mocniej…

Tak, już po lecie, ale czy po sezonie?

Wciąż jeszcze jakaś Turyścizna się plącze pod nogami zaskoczona, że jakoś tutaj to nie ma w sklepach wszystkiego. No wiecie, człowiek się przyzwyczaił do jednego rodzaju masła i braku zbytków, ale jednak… niektórych wciąż to szokuje. Mnie na przykład zaskoczyły cudeńka w Normalu.

Wykupiłam dwa, jeszcze jeden został!

No co?

Powstrzymałam się. A takie słodkie kubki z gorącą czekoladą, wiecie, jak to pokazują te wszekaie Influensery!!!

Nosz marzenie takie miałam i voila!

A i przecenione okrywki na doniczki w Netto, metalowe!!! Deal miesiąca!!! Pięć koron mniej. Ale na dwóch to już 10. Widzicie jakie człowiek może mieć rozrywki jak biedny i niedopieszczony galeriami jandlowymi?

Ha!!!

Ale…

Wróćmy do ciemności.

Bo ciemność piękną jest.

Nie wiem, skąd się wzięło powiedzenie, że ktoś brzydki jak noc, tudzież nawet noc listopadowa? Serio? Noc jest piękna, niesamowita i kreatywna szalenie!!! Aż szalenie!!! Naprawdę!!!

Noc, ciemność sprawia, że tak wiele widać. Nagle czuć więcej na dłoniach, twarzy, nawet włosy coś szarpie. Wiatr, poszarpane prześcieradła niewidzialnych duszków… kto to tam wie, nie do końca przecież widać, ale z drugiej strony widać… widać coraz więcej jak tylko pozostaniecie w onej ciemności. Pokochacie ją… pozwolicie sobie tylko na blask świecy, na jakąś poświatę z lampionu i nic więcej…

Nic, kompletnie nic.

Ale najlepiej po prostu poczekać.

Wiecie.

W onym, jeśli będzie wam taki czas dany, momencie zapadania ciemności, zamknąć oczy i choć spod powiek wciąż widać poświatę, to jakoś tak, już jesteście przygotowani, ale na co? Na prawdę? Może? Może właśnie w ciemności kryje się prawda, szczególnie tutaj? Bo tutaj ciemność jest prawdziwa. Czasem zakłóca je słońce, czasem gwiazdy czy księżyc, albo na przykład światełka, one choineczki kręcące się na morzu, które skrywają się tutaj, po tej stronie Wyspy, by uciec przed wiatrem…

I nic więcej.

Prawda.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kazalnik… została wyłączona

Pan Tealight i Załamanie Anerwowe…

„Po drodze toczył się pierścionek zaręczynowy…

… kamień chyba słabo był w nim osadzony, albo wiecie, jakość jak zza budki z piwem, gdzie sprzedadzą i dobre i to niby całkiem złe, byle ino jakoś tak, prześwięcei przekonujący są jednak, więc…

… plastik fantastik… może wypadł, może się słukł, a może nigdy go tam nie było, między onymi malutkimi ząbkami…

Pokrzywionymi, porysowanymi.

Nie utrzymały, a może też i nie chciały trzymać, takie wiecie zrezygnowane, całkowicie poddane onej depresji wiążacej się z niewypełnieniem przeznaczenia, bo przecież miało być szczęście, miała być radosność, może i filmik na TikToka, wszelako lajkowany po niebiosa, co to boomnie się i przedostanie do mediów wyższych… a może i jeszcze dalej, kto to wie, tyle w dzisiejszych czasach można z niczego… a przeież miłość się sprzedaje. Tylko, czy to była miłość, czy ino jakieś interes. Może nie do końca przemyślany, może nie do końca pewny, wszelako się trzęsący, upuszczający najpier pudełko, chiwla śmiechu, potem to kółeczko złote z kamyczkiem…

… potem bez kamyczka.

Wiecie…

Tak to bywa, czasem wszystko to w głowie wygląda całkiem inaczej niż wtedy gdy dzieje się naprawdę i nie ma nawet muzycki, a to co wcześniej se nucicie pod wąsem, cóż, nagle brzmi prawdziwie… fałszywie…

A, Załamanie Anerwowe też się toczyło.

Lubiło błyskotki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr znowu wieje…

Oczywiście sąsiadka musi robić remont… pierun wie, co tam jej w środku wymieniają, znaczy nie mówię, że w niej, w sąsiadce, architektonicznie, no weźcie, wiem,  że to jesień i niektórym się marzą jakieś zajęcia pratkyczne, ale to. Może i to głośna sąsiadka, no i dziwaczka, kurde, JA to mówię… LOL ale jednak, babka chyba całkiem mocna, sprawna i zaradna. Czyli…

Taki facet.

Znaczy wiem, że w dzisiejszyh czasach nie wolno uogulniać, czy jakoś tak, no i wszelako, ale to Dania, to Wyspa, tu kobiety są inne. Twardsze, a mężczyźni są słabi i naprawdę, jak ino znajdą taką kobietę, wiecie, bardziej wrażliwą, to strasznie po niej potrafią pojechać… tyż oberwałam.

Mocno…

Od obcych.

Ale spoko, oberwałam od płci obydwu, więc niby po równo. Ale wiecie, remont. A remont w domkach jednorodzinnych, co to stoją może nie przy sobie, ale blisko i echo jest i w ogóle śpicie od strony remontu… no po prostu kuźwa mać. W nocy spać nie można, w dzień próbujecie i macie przejebane, bo się nie da…

Chyba wymienia okna.

Chociaż…

Może i jakieś ciemne wrota otwiera? Może rzucili je przecenione w Kvickly czy Sparze? I ja o tym nie wiem? ZUO! LOL

Bo wiecie, może i u nas ono halloween to takie pic na wodę fotomontaż, ale jednak… są jakieś członki do kupienia w Dagli…

Nie takie członki!

Rany!

Takie, to chyba ino przez sieć? No wiecie, przyznam się, że nie kupowałam, kiedyś pamiętam jakieś coś było, ale to ino pyłek i błagam, ohydne to było, ale może w dzisiejszych czasach to wiecie, poszli dalej? Na pewno poszli, ale ja telefonu nie mam, więc wiecie, se aplikacji nie założę…

Zapiszę?

Zaloguję?

Ale, wróćmy do sąsiadki.

Otóż chodzi o to, że ona lubi trzaskać. Nie, nie wiem czy trzaskać po ryjach przypadkowych przechodniów, ino lubi drzwiami i innymi furtkami, bramami walić i napierdalać mocno, wszelako dźwięcznie, wygrywając melodie wkurwiające i przerażające, jak tak człowieka z nienacka dorwie… na przykład wraca mocno wieczorową porą, ty już w medytacji przed snem, a tu JEB!

No i po spokojności.

W kiwimago poszło wsio!

A teraz ono rycie i walenie do trzeciej… i jeszcze ten wiatr, co znowu wieje i deszcz i wszelakie szaleństwo…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Załamanie Anerwowe… została wyłączona

Pan Tealight i Skrzacińce…

„Nie chciały iść spać.

Mówią, że imprezują cały czas poletni, bo wiecie, one nie rozróżniają, one tylko mają czas zimnawy i zabawowy, więc… no dobra, zabawa to też praca, ale jednak… co się uchichrają to ich. Zaginione gacie, skarpety, dziwne koraliki, co to potem się okazały, że grały i nim się cudeńko wyczerpało, to jakoś takoś, no po prostu amba im odwalała. Ale jaką miały zabawę, no po prostu mega.

Albo jak znaleźli te dziwne wibrujące cudeńka, a jakei one miały kształty, no jak te rakiety, co to kiedyś zapierdzieliły wkurniczającemu je maluchowi z sypialni. I tak z nich wyrósł, ale to potem wyszło, że chyba one drogie były, czy coś, no i trochę się sprawa rypła, ale przecież… kto by uwierzył, że to one?

Kto by w ogóle uwierzył, że istnieją?

No kto?

Ale to było lato.

One podkradzione lody i frytki, podwędzone ryby z wędzarni, postraszone mewy, ale i te, na których latały, albo ta spółka z wronami… Nie do końca mądra wiedźma wynajmie Skrzacińca bez ograniczeń i bez odpowiedzialności. No wiecie, takie to było lato, a Wiedźma Wrona… ona je kochała.

Ale nie hałas.

I nie bałagan.

Ale jakby, te wiatry, te podwiewy i zwiewy… nie, nie sprzyjały snom jakimkowleik, więc się Skrzacińce zbunkrowały i Kunstshedzie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i zwyczajnie coś pędziły. I to nie kozy na zagony, oj nie, coś we flachach, butlach brzuchatych… bulgoczące i bańkujące na tęczowo… i coś co padlinką jechało oraz landrynkami migdałowymi…

Ech, każdy ma problemy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zielarnia” – … tak. Szukałam książki, którą będę mogła uzupełniać. Wiecie, wsadzać własne zapiski, karteluszki, dodać z tyłu kopertę i wsadzić tam zasuszone liście.

I znalazłam.

Bo to kapitalna książka. Właśnie o ziołach i o tym jak z nimi żyć. Ale nie przepełniona dziwnościami, niosąca w sobie raczej wiedzę podstawową, zbiór ziół, drzew, naleweczek… znaczy. Od początku. Książkę złożyli razem naukowcy i pasjonaci, więc jest grubo. Mamy wstęp, obszerny, 170 poduktów opisanych, schorzenia, które się nam najczęściej przytrafiają i co na nie, wraz z genialnymi odnośnikami… i jeszcze ziołowy salon piękności. Szczerze, to opowieść o ziołach, oczywiście ilustrowana, jest i zakończenie, gdzie nie zapomniano o skorowidzu, budowie roślin, co pozyskiwać… ale najbardziej oszałamia mnie właśnie ten kapitalny podział. Odnośniki, dodatki, uwagi, ciekawostki, wszelakie smaczki… bo wiecie…

Niby człek wie, krwawnik, brzoza, sosna, mięta, majeranek, kocanki… możnaby wymieniać, ale ja na przykład często mieszam nazwy, czasem czegoś czy o czymś zapomnę, więc warto… warto mieć tę książkę przy sobie.

Szczególnie teraz.

Niektórych może przerazić naukowość pozycji, innych znowu zdenerwować, że niby zaśmiecają, po co tu układ trawienny człowieka… a no potrzebny. Bo przecież warto se przypomnieć to, co niby się wie. Warto. Warto ją mieć, przejrzeć, poczytać, odłożyć, a potem zwyczajnie wracać, zadawać pytania, szukać, dodawać swoje notatki… chociaż kilku kartek pustych tu mi brakuje, ale to kredowy papier, więc raczej się nie dziwię. Dodać do książki notatnik lub własny zielnik…

I mamy ideał!!!

… rzeźba.

No więc tak, jakby to ująć… w stolicy Wyspy naszej mamy pewnej rodzaju ozdoby. Pewnego rodzaju ozdoby się znaczy… tak naprawdę to mamy ich wiele, bo są i upamiętnienia II wojny światowej, są i jakieś tam malowania, są brzydkie są ładne, rzezania czy inne rzeźby, jest i twarz w płocie, murku się znaczy… są architektoniczne perełki, ale ogrody, którym trudno się oprzeć…

No i oczywista muzea czy galerie…

Nawet pod nogi warto spojrzeć.

Szczerze, przy rynku szczególnie, się możecie poczuć jak ten chłopiec co lubił ptactwo wodne latające… no wiecie, z bajki Selmy… Nie wiecie? Ojejku, to kupa, szwedzka bajka taka, ale u nas jakoś tak, przez polityczne pomieszania i inne szaleństwa to ptactwo wodne jest zauważlne i w rzeźbie i bruku.

I na talerzu pewno też.

Co u niektórych.

Ale… o czym to ja? Już wiem, po pierwsze paznokcie muszę spiłować, bo za długie o oksymorom milimetra, ale czasu brak, nie rozumiem jak ludzie z takimi szponami używają klawiatur. Szczerze…

Nie kumkam…

Co ja chciałam?

Ano rzeźby na rondach.

I to w ekologicznym Eldorado… tak kiedyś u nas było, że wsio zieone i w ogóle. Tacy jesteśmy awesome i po prostu cmok w zadka tłok, ale… jak przychodzi co do czego, to tnie się, wyrywa, usuwa i stawia mur.

Albo kopię kościoła chyba z Nyker?

A może Nylars?

Nie pamiętam, bo staram się nie patrzeć, wolno mi, bo nie prowadzę, ci co prowadzą niestety wjeżdżają albo wyjeżdżając z miasta na ogromny szrot ze złotym czubkiem, który rdzewieje i ogólnie wygląda jak marzenie zbieracza złomu. Aż mnię samą korci, wam się przyznaję… No korci mnie to wziąć i zawieźć gdzieś… i niech mi płacą, bo posprzątałam… ale wiecie, artyst to postawił i umarł, więc pewno wartość wzrosła, albo się pojawiła, czy coś… no straszne to.

Drugie to wspomniany kościół zwany smerfowym domkiem.

Jest… dziwny.

Nie wiem jak to opisać, ale postawienie tego w kopenhadze miałoby sens, ale u nas? Przeca my mamy takie 4, a i piąty podobno gdzieś legendarny… no i… wiecie, bo cały problem w tym, że obstawić postanowili w ciągu kilku lat ronda trzy, więc… na trzecim jest taki beton wylany, uformowany… ktoś przyrównał do resztek muru berlińskiego. Wciąż nie wiem co to dokładnie i kto to…

Ale, tam wcześniej była zieleń.

Teraz jest sztuka.

Czasem sztuka zabija. Szczególnie jak dostaniecie z takiego zabytkowego obiektu broniowego, czy też spadnie na was zbroja… albo wam siada poczucie estetyki, gdy piękna lipa cichaczem nocą zostaje wyrwana by stanął domek dla Smerfów… czy innego dziwnego luda, bo nasze underjordiski tam nie wlezą.

Oj nie, mają swoją dumę.

… a o co chodziło? No wiecie, o prezent, którego odmówić nie można, a teraz trza dbać… a przecież nikt tego nie chciał.

Choć wróć… pamiętam rozmowę, a dokładniej wyzwiska kierowane ku mieszkańcom, że niby na sztuce się nie znają… ekhm, wyspy mają to do siebie, że artystów kumulują, więc widać coś nie tak… niczego już nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skrzacińce… została wyłączona

Pan Tealight i Poplątaniec…

„Wiatr go przywiał.

Chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, wiecie, tak jakoś coś mu się przykleiło i po prostu, no nie chciało się odczepić, aż w końcu… tutaj, w tym miejscu odpadło, nie swędziało więcej, więc sprawa z głowy.

Wiecie…

Znaczy wiatrowi, czy też wiatrom, tak szczerze, to czasem się czuje, że jeden jest na górze, drugi dołem pomyka, ale częściej nie wiadomo czy to jeden tkający materię wszelakości, łańcuchy i warkocze czasu, czy też wiele z nich łączących się i dzielących według ino sobie znanych planów tudzież, może i jakichś pomysłowości… albo też czegoś jeszcze innego… systematycznie powtarzanego od początków świata?

Może.

Ale tak, czy inaczej… Poplątaniec wylądował na Wyspie i od razu ruszył w drogę, bo wiecie, oni z tego rodzaju, to jak rekiny, jak nie łażą, to zasypiają i zanikają, a przecież on był młody i świeży i miał wizje i pomysły i jeszcze… pragnienia, więc od razu zaczął biegać dookoła Wyspy w tych swoich gaciach obcisłych i kamizelce podobnie ujawniającej każde zakrzywienie czy wypukłość…

Czy coś.

No co?

Było widać!!!

No i te jego stukające dziwnie buty, rany mołzesy, jak to tak można być tak cichym i głośnym jednocześnie? Bo przecież biegał w rytmy najszybszych z witrów, więc dźwiek ino efektem był tego tam, jak mu tam… Dopplera?

Też podobno tutaj mieszkał…

Choć nie żył? Ten Christian Andres…

Dziwy panie… dziwy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr i campery…

No dobra, najpierw one, do 3,5 tony.

Otóż, pewno, to wszystko nagle stało się jakoś tak bardziej popularne. Kont na YouTube o vanliferach cała masa. Jedni w autobusach, inni mniejszych vanach, jeszcze inni w karetkach sprzed wieku, wiecie, co kto umie wyremontoać, zrobić z tego w środku prawie dom, niektórzy mają i łazienki…

Ale…

No właśnie, chcą się w tym przespać, chcą… mieć najlepszy widok, więc parkują zaraz nad brzegiem morza i walcz teraz człowieku o samotność, swobodę i tak dalej, o chwilę ciszy i spokoju. Głośni i śmierdzący, serio, nie wiem jak to jest, ale właśnie to czuję… inaczej jest na campingu, gdzie, wiadomo, wsio podłączone gdzie ma być, woda jest, kibelek, prysznic, można namiot dostawić, widoki zejście do plaży też jest…

… więc czemu pod Hammershusem wolą sterczeć.

No czemu?

I to jeszcze są cholernie agresywni… znaczy Turyścizna, nie że same maszyny. Chociaż, kto je wie… serio, to wszystko oczywiście zamyka się w onym: nobody cares. Bo przecież to nie ich miejscówka na zawsze, nie ich świat, to tylko chwila, a dla nas rozpierodlone życia, kolejne próby… leki, kolejne…

Zwątpienia.

Bo ludzie, którzy pojawili się tutaj naście lat temu, dla onej zieloności, artyzmu i spokojności wszelakiej… teraz padają albo uciekają, jeśli mogą… bo można kochać tę Wyspę i jej nienawidzieć.

Można.

A wiatr…

… no tak, trzy dni, prawie cztery wyjęte właściwie z życiorysu.

Naprawdę.

Ten pierun był tak długi i tak mentalny, a jednak nie pozrywał wszystkich liści, na szczęście, może jednak będą jakieś zdjęcia, może jednak się uda? Może… no wiecie, przecież kurcze już tak dawno onej barwnej jesieni nie było, bo wciąż wiatry i wiatry i liście znikające… już nawet wysnułam teorię o pożeraczu onych cudowności. Wiecie, liściowych cudowności… pięknusich.

Ale ten wiatr…

… tym razem przyniósł tylko strach, wszelakie obawy i dziwne tkliwienia gdzieś tak w środku, gdzieś w onych głębiach siebie, o których istnieniu nawet się nie myślało. A może starało się o nich zapomnieć?

Nie wiem.

Nie pamiętam.

Wiem, że to był koszmar. Nawet leki nie pomagały, a to już oznacza rekordowy zjeb wietrzny. Ale wiecie, wyspa, co nie? I to jeszcze byliśmy po zawietrznej, na dodatek ona popełniowa dziwność w atmosferze, a jednak… można się było przejechać na dynie na marken. Kurde, ale mają czadowe cudowności tam. Seler i inne takie zamrożone na zimę. Ale sałatkę zrobi się, mam nadzieję, wcześniej.

… wsio się zobaczy.

Wiatr ucichł i jakby coś z człowieka opadło…

Lżej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poplątaniec… została wyłączona

Pan Tealight i Pomieszaniec…

„Obwieszony łyżeczkami, przyczepionymi do szerokiego, skórzanego płaszcza jakimiś drucikami, czy czymś… sznureczkami, metalowymi zaszywkami, klamerkami, no serio, sznurków tam może nie było kolorowych, raczej wsio utrzymane w naturalnych mocno, ziemistych barwaach, ale jednak… kurde, jakby taki żółty czy czerwony i niebiesi nie były naturalne… serio?

O czym tu się gada?

O czym w ogóle pisze? O jakimś osobniku zakochanym we własnym odbiciu, czy spożywaniu rzeczy wszelakich ino jednym sztućcem, ale za to w wielu odcieniach sebra, złota, wszelakich metali znanych i nieznanych oraz kamieni czy drewienek… ojojoj, niektóre to takie rzezane były, jedna nawet w gołe baby. No co? Przecież tam mu wisi, no tam niżej no, pod paskiem!!!

… ale za to jakie łyżeczki…

… łyżki, chochle i kopyście.

No naprawdę, nawetmiał takie odłączone od tych zestawów wszelako podróżniczych, które spięte z widelcem i nożem krojącym kompletnie nic… zawadzały na biwakach i robiły za zawsze się wyginające śledzie.

No i miał też jedną na szyi.

Tylko jedną.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W lesie cisza i spokój.

Ludzi raczej mniej, ale z racji mijającego sezonu dyniowego, wiecie, u nas to inaczej mija… LOL kartofle ważniejsze… więc las pusty, czasem ktoś przemknie, ale jak się zna miejsca, to można się zaszyć, tylko, że wiatr pizga, pełnia, nie no, co się dzieje?

Najgorsze, że to ten wiatr, który bardzo boli…

Za to w mieście na one ferie ziemniaczane przeceny były, że ho ho, sklepy się zamykają, niektóre na zawsze, więc wiecie, w końcu niektórych na coś stać… bolesna prawda, ale nie oszukujmy się, taka ona prawda i tyle. Jedni tworzą, wytrzymują sezon i znikają, najpierw oblani laurami, litrami laurów… znaczy pewno taka woda po ogórkach, LOL no serio, artykulik w gazecie nawet mi proponowali, więc…

Czasem jest nudno.

Ale… dziwnie boleśnie odczuwa się, gdy zamykają te miejsca, których może człek nie użytkował, ale jednak…

… były…

Stanowiły taki pit stop, takie maybe kiedyś, może się zdarzy… no wiecie, się zdarzyło, ale dlaczego tylko teraz, dlaczego już nie będzie onej kolorowości, inności, może i jeszcze zmienności, może… a te galerie, które porodziły się, nie wiem… jedne mnie przerażają, inne fascynują, a jeszcze inne przerażają i fascynują, ale wiecie, jednak… no dobra, wleźć i pooglądać można, można i je opisać…

Czy kupić?

Ale ja se sama maluję.

A jak kupuję, ekhm, wolę raczej nie oryginały.

I tak jakoś ciepło było przez ten początek października i jakoś nawet często słonecznie i zdjęcia można było robić i spacery uskuteczniać i w ogóle… szczerze pięknie, a teraz, co będzie… czy rzeczywiście możliwe jest tutaj…

Całorocznie?

Co roku pojawiają się ludzie, zwykle przyjezdni, głoszący zmiany, ich chęć i tak dalej – przyznaję, że sama miałam takie plany, wiecie, zrobić stronę, żeby w końcu było w kupie to co artystyczne, ale… tia, nie wyszło. I co roku pojawiają się tacy jak my, co to chcą, ale… he he he, po pierwsze, tutaj wszyscy by chcieli za darmo, spróbujcie być influenserem w Danii. Ubaw roku… oni jeszcze…

Chyba nie do końca…

Wierzą, że to działa?

Tutaj brak wiary, jak i w innych rejonach. No wiecie, takie typy i tyle. Pokazujesz im, że działa, powinnam sfotografować ich miny jak widzą ile mój własny pluszak ma onych „znajomych”. No szczerze… kopary lecą, aż można zbierać ząbki, ale wiecie, niezłote, więc po co. Ino one amalgamaty.

Ech.

Ale… całoroczność.

Temat, który pojawia się sezonowo, czasem już wkurza. Nie oszukujmy się, już szczególnie w tych czasach, gdy u nas nie ma pandemii, możliwe że ino czasowo, ale jednak… no nie ma, więc wiecie… ludzie tutaj pracują pół roku i potem pół chcą odpoczywać, tudzież tworzyć, wiadomo…

Niektórzy planują, inni się wyprowadzają…

Normale.

Dlaczego?

Bo przetrwanie tutaj później jesieni, zimy i wczesnej wiosny dla wielu jest po prostu nazbytnio depresyjne. Wykańcza nawet. Ja tam lubię, ale rozumiem, te wiatry, szarości, brak konsumpjconizmu, bo sklepy pozamykane, no jak się człowiek, wychowany w świecie kontynentalnym ma ogarnąć?

Nie pójdzie na spacer do supermarketu…

Znaczy… wiecie, to Wyspa.

I można się tutaj zabawić poza latem, oj można, ale tutaj potrzeba wyobraźni. Naprawdę. Wielkiej czasem. Często i zawsze nawet. Własnych pasji i umiejętności. Ale czemu nie? Czemu nei spróbować raz?

Bo mogą wyłączyć prom do Sassnitz i kupa.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomieszaniec… została wyłączona