Pan Tealight i Inne Słowa…

„One jeszcze nieużyte.

One wszelako zapomniane lub one zmienione ostatnio, które znowu chcą być wypowiadane i wyśpiewywane… ale już nie są sobą, tak naprawdę i nie wiedzą, nie są pewne czy w ogóle wiedzieć chcą… słowa, które dopiero miały się narodzić, nazwy, imiona, wszelakie określenia na rzeczy i sprawy, których jeszcze nie ma, lub też zostały zapomniane, dziwnie teraz niepotrzebne.

Nie ich to czas.

Nie ich moment…

One niewymyślone jeszcze.

Bo zwyczajnie nikt nie miał odwagi, by określić coś, co było, drżało, spoglądało na wszystko i wszystkich i domagało się nazwania. Jakiegoś określenia, imienia może nawet… a jednak, odmawiano mu tego, określano IT, co było i tak samo w sobie słowem dość niezdecydowanym, pełnym depresji i napadów bulimicznych… no weźcie no, jak tak można traktować słowa…

One…

One wszystkie zebrały się pod domeme Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i domagały się azylu. Schowania gdzieś na stronach, między zasusznymi kwiatami i liśćmi, gdzieś w książkach, do których nie zagląda tak często, pomiędzy listami i papierami, nawet rachunkami za wspomnienia… kartkami z czyichś wypraw, które się odbyły i nikt już o nich nie wspominał… onych wybrmiałych radościach, smutkach, marzeniach… może i spełnionych?

Chciały schronienia.

Bo miały dość bycia używanymi, istnienia w świecie, gdzie ludzie nimi sobie ryje wycierali i dupy zarazem, czasem jednocześnie i w łej kolejności!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobrze…

Tak naprawdę, to wciąż susza.

Tak naprawdę, dla wielu wciąż lato, ale dla Skandynawii to już jesień. Od pierwszego września wsio daje się zamierać. Mocno. Jakoś tak zwalnia, krzyczy REA! Znaczy tam, wiecie, wszędzie wyprzedaże… znaczy, nie podniecajcie się tak, nie u nas, bardziej tak na przykład na wybrzeżu Skandynawii.

Oj, tam to dopiero wyprzedaże, a wiem, bo właśnie wróciłam.

Wróciłam ze świata be internetu… bosko było.

Ale…

Oczywiście powrót do codzienności był dość dużym szokiem. Wróć, wciąż jest. Przecież dla nas Wyspa to codzienność. Praca, życie, podatki, podwyższone podatki, brak dopłat, ceny idą w niebo, kurna no!

Co się dzieje?

Czasem myślę, że zdałoby się jakoś tak zatrzymać, zamknąć się w domu, nie używać prądu, nie zużywać wody… ale czy się da? No nie da się. Lodówka być musi, woda w zlewie też, coś pić trzeba. No dobra, to tylko ta lodówka i jeszcze woda… ale książki. Książki być muszą, no weźcie no. Jak ja mam tak bez książek? Przecież to się nie da. Przecież to wszelako jest już zdechł pies!!!

Albo i KOTEK!

Kto wie skąd KOTEK?!

Ludzi mniej…

Prom dziwnie puściejszy.

Dałoby się zwolnić, tutaj można, ale jakoś tak, ta ciągła susza, nie, to dobija. Za oknem czyste niebo, wieczór, ciemność się w końcu zjawia o jakiejś bardziej sensownej porze… paznokieć przybywającego księżyca… ten nów miał moc, ale chyba jakoś się rozmyła między Gudhjem a Gudhem…

A tak, jest i Gudhem na tym świecie, ale o tym póżniej.

Na razie… no cóż, codzienność.

Chwasty do wyplewienia, krzaki do przycięcia, dojrzewające śliwki, no niektóre właściwie dojrzałe, ale kurna każda z lokatorem, nosz kurna, ile można no. Ja za mięskiem naprawdę nie… od wielu lat. Zwyczajnie mi nie podchodzi, smak nie taki, źle się czuję, dziwne to wszystko, bo jako młody dorosły byłam pewna, że bez mięsa to nie życie… no i jakoś tak, patrząc na one wszelkie rzeczy, to mam rację. Ale też jednocześnie jej nie mam… no przecież żyję, czyż nie?

A może nie?

Czy u nas jest wegetariańsko? Jak się dobrze poszuka pewno jest. Wiem tylko tyle, gdzie kupiś dobre warzywka, nie jadam na zewnątrz. Szczeczerze, mnie nie stać i tyle. Taka prawda. Właściwie, to Tubylcy jadają na zewnątrz, ale częściej cuć podsmażaną cebulkę z prawie każdego okna i tyle…

Grillowy czas?

Czy ja wiem…

Czasem zawieje jakąś podpałką, może w takich miejscach bardzo wszelako rozrywkowych i turystycznych to więcej ich, mamy też kilka burgerowni sezonowych, świnia w całości… zaraz, nie miało być o braku mięsa? Zawsze można pójść do Lidla. No, nie bądźmy snobami, zróbmy sobie warzywne mielone!!!

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inne Słowa… została wyłączona

Pan Tealight i Zamartwiacz Zawodowy…

„Zawodowo to zaczął robić właściwie już w dzieciństwie, gdy zamartwiał się pozostawioną na zewnątrz łopatką, którą i tak ktoś zarąbał, jak się okazało rano, już po burzy, ukradł razem z wiaderkiem i foremkami, grabkami z niebieską rączką i wiatraczkiem, który był przyczepiony do wiaderka…

To wtedy zauważono jego potencjał.

… więc już tak zostało.

Zwyczajnie go wykorzystali, a dokładniej scenę, którą odstawił. Bo odstawił, oj z całej siły i całego siebie… dał wszystko z każdego swego członka.

I był z siebie dumny, ale…

Ale nie o to chodziło, kochał te swoje zzabawki.

Wciąż je wspominał… nawet teraz, gdy już był aż nazbyt dorosły, gdy miał skrytą w szopie szafę pancerną rozmiarów pięćiu słoni i trech żyraw, jeśli chodzi o wysokość, wypełnioną właśnie nimi… foremkami i wiaderkami, grabkami i łopatkami… we wsystkich kolorach i kształtach, używane i nowe, kochane i zapomniane, ale wciąż nie te. Uwielbiał je, zbierał i zabierał ze sobą, ale jednak, wciąż szukał… wciąż łkał za tymi, które zniknęły wtedy, kiedyś tam, w przeszłości tak dalekiej.

Zamartwiacz Zawodowy

Płatności na konto, przelewem, w ofiarach ciałopalnych tudzież dusze, kości… z każdym się mógł dogadać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedma” – … Biwia. I wyspa. I magia, wszelkiej maści słowiańskie stwory, moce nęcące, moce władające, moce, od których najlepiej uciekać i… chociaż bohaterka młoda, to jednak opowieść niekoniecznie tylko dla YA. Wprost przeciwnie, spoglądajac na poboczne postacie…

Oj, po prostu to dobra powieść jest, a jej druga część już w księgarniach… chyba? Nie wiem, jeszcze nie mam. Ale nie mogę się doczekać, bo chociaż skończyło się w dość, znaczy DOŚĆ neutralnym miejscu, to jednak, już tęsknię. Za oną naturalnością opowieści, pisaniem takim jakimś łatwym, czytaniem płynnym, wydarzeniami logicznymi, oną Słowiańskością…

Tym światem znajomym, a jednak nie do końca.

W końcu uczyli nas mitologii i Greków i Rzymian, ale własnej… no właśnie, dlatego ta powieść jest i intrygująca i zabawna, wciągająca… ale też gromadzi w sobie ogromną wiedzę. Wiedzę, która dla naszych babć i prapbć i tak dalej, była trochę codziennością. Bo nie zapominajmy o tym, że Chrzest Polski nie oznaczał ot tak odrzucenia wierzeń. Nie… nie wiem co mówią teraz w szkołach, ale sądząc po internetowych wpisaach… eee, niewiele, więc… Oto macie opowieść z przeszłości, aczkolwiek założę się, iż i Domowik i Bzdzionek się znajdą u was. Może i Topielec?

Wiedźma…

Oto piękna i czarująca, dla mnie klimatycznie takie mikro „Mgły Avalonu” w odczuciu… powieść, na której dalszy ciąg się doczekać nie mogę.

W suchej trawie nie widać wróbli.

Niby niska, niby niepoorna, iemia spękana, a te wariaty się tak ukryją, że człek nagle się zbliża w jakieś miejsce, a one się nagle chmurą podnoszą. Zresztą, nie tylko one. Mewy jakoś bardziej się drą, szpaki i jaskółki szaleją grupowo. One to w ogóle wszystko tak jakoś grupowo wolą. Jakoś widać u nich jak pojedynczo, to bez sensu, no ale… wolno im. Taki mamy klimat…

Chociaż…

Teraz, to już kompletnie nie wiadomo jaki mamy klimat.

Chłodniejsza bryza wieczorami, w ciągu dnia zmyłka, że niby można oddychać, ale wejdźcie w słońce i od razu wiecie, iż coś jest nie tak. Że robią was w konia. Co najmniej w konia, pegaza, czy inne latające ustrojstwo.

Bo słońce parzy.

Wprost pali… skóra dziwnie piecze, boli.

Nie tak jak kiedyś.

Wprost przeciwnie, tak jak wtedy, gdy załapałam się na wykop w rejonie Głogowa i właśnie tam otworzyła się dziura w ozonowej powłoce. A ja skrobałam śląskie miski – AKA sensacja, więc nie można się było od tego oderwać.

I spaliłam nogę tak, że do dziś mam dziwną, woskową bliznę… dziwną, gdyż w tym samym miejscu bliznę miała Babcia… ale ona od wiecie, tych wakacji, co to Niemcy niegdyś fundowali za czasów IIWŚ.

Mewy urządziły sobie dzisiaj niezły koncert…

Ogólnie, jakby były na prochach, czy czymś?

Kurde…

… no wrzeszczą, ganiają inne ptaki, jakby w końcu postanowiły kademu wpierdniczyć, bo przecież, żyje się raz. Chociaż, czy na pewno? Kto to wie, tak z całą masą onych danych, że to i to, i to jeszcze, tak, to się wydarzy i koniec. Nie będzie ciebie… a może jednak z nas one romantyczne gwiad odłamki, nie że meteoryt pierdyknął komuś w chałupę wyganiając stamtąd, oną, matkę, teściową i dziada z babą… znaczy kochanką. Może i nawet niejedną… Współczesność ma to do siebie, że tak bardzo, cholernie chce być poprawna, więc i pewno na to jest jakieś COŚ.

Nie pytajcie mnie, się nie znam.

Chociaż, błąkając się po Wyspie, czasem człowiek ma ono wrażenie nieśmiertelności. Wiecie, że jednak się starzeje, no logiczne, gabinety medycyny estetycznej tutaj działają, ale nie polecamy. ładują niektóre w siebie tego tyle, że Chowaniec ostatnio nabrał dziwnej maniery mocniejszego się dziwowania…

Aż czekam, gdy niczym maluch jakowyś pokaże palcem i spyta się: a co to?

No jak ja za dzieciaka.

U nas chyba niektóre rzeczy widać bardziej…

Niektóre sprawy zdają się mieć więcej początków ni końców, wiadomo, wiatry wieją, wilgoć napada człeka z nienacka i jakoś tak już nie wiesz czy to było po napisach, czy przed nimi, kłaniać się już, czy jednak czekać na reżysera?

Głupio tak przed szereg…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zamartwiacz Zawodowy… została wyłączona

Pan Tealight i Pizgawiec…

„A w zadku miał te robotę.

Może chudym i kościstym, dziwnie zakrzywionym w różnych miejscach… kurcze, naprawdę dziwnie wyglądał z tej strony, jakby jego macica, której nie posiadał, połknęła trapez a potem jakimś trójkątem zakąsiła… i jeszcze wiecie, na deser kozła z porożem w dziwne zawijasy dorzuciła. Ot, taka dieta. Mocno nieschematyczna. Mocno zaburzona, albo… w końcu prawdziwa?

W tym świecie warto się martwić rzecami, ale nie tą.

Na pewno.

Chyba?

On się martwił, ale tylko w soboty, prze resztę tygodnia zwyczajnie pigał wszystkim co go nie interesowało, a się mu narycało, gdzieś. Pod szafkę, do rzeczki, pod mostek, na mostek, z mostka… z drogi, auta, roweru czy tramwaju, z korytarza, banku, restauracji… w powietrzu latały dookoła niegoo i rowere i talerze, maszyny do pisania i skrawki materiału. Zawsze miał na sobie podarte ciuchy, ciasno opinające to dziwnie wysuszone ciało. Jakby niechcące żyć, a jednak… ni to mumia, ni wiecie, model katalogowy. W dzisiejszych czasach nie wiesz.

Nie rozpoznasz.

No chyba że cię pizgnie… to wtedy, może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szarość…

Lyse nætter się skończyły, co więcej, pojawiła się, przynajmniej przeze mnie upragniona, szarość ona poranna. Cudowna, przechodząca w szarość dnia, lekki wiatr, chłodny, w końcu nic nie pali, w końcu można oddychać…

Morze słychać…

Jakby nic nie zaszło, jakby przez ponad miesiąc świat nie próbował nas stopić, spalić i wszelako w popiół zamienić. Jakby… nic nie zaszło, tylko ta trawa taka dziwnie niska, nieistniejąca, wszelako złota, biała prawie. Ten piasek zamiast ziemi, one spękania, wszystko dziwnie osowiałe…

Tak, wciąż nie pada, ale ma.

Wciąż nie pada, ale znowu obiecali…

Podobno premier Polski zjeżdża i inni, ale… spojler alert… gdy to czytacie, nie ma mnie na Wyspie. WOW usz mnie spotkanie na szczycie obejdzie bokiem, nie żebym chciała cokolwiek, wselako jednak, niech mnie ktoś oświeci, dlaczego to tutaj się zjeżdżają. Wiem, że nas łatwo poświęcić, historia kocha się powtarzać, ale szczerze, może to dobrze, że nas nie będzie…

Przecież zafundują nam kocioł!!!

Wiecie, w wymiarze ochrony, policji i tak dalej…

Ale… nic to… szaro dziś jest 25 sierpnia jest wietrzny, szary i wszelako oddychający. Człowiek nagle jakoś tak… żyje.

Ale…

Dość o pięknej pogodzie i szarości, o końcu jasnych nocy i takich tam, wracamy do… jesieni, bo przecież z końcem sierpnia tutaj, a dokładniej w całej Skandynawii zaczyna się jesień. I już. Przyjeżdżacie do Szwecji 1 września i wsio pozamykane. I nie, nie żartuję, już tak pocałowaliśmy klamki kilka razy.

Zawsze warto sprawdzić w Googlu czy coś jest otwarte, potem na ich stronie, potem na jakimś innym ustrojstwie, a potem jeszcze zadzwonić. Naprawdę. Wszystkie media potrafią mieć inne wiadomości. Na szczęście… jestem człowiekiem, który najbardziej kocha zwiedzać to, co otwarte prawie przez cały rok.

Przyrodę.

Niektóre ruiny.

Groby…

No co? Każdy ma swoje szaleństwa!!! Jedni wolą lupanary inni kamienne grobostwa, wselkie osuwiska, ostępy i przestępy leśne. No wiecie, dla każdego coś innego, coś miłego, coś pięknego… chociaż, przecież one piękno to definicja dla każdego inna, więc, kto to tam was wie. Może nie widzicie w szyszce oszałamiającej matematycznośc Matki Natury? Jak ja? A może to mi odbija…

He he he!

Właśnie się dowiedziałam, że u nas w Gudhjem bryza, ale w stolicy gorąc…

He he he!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pizgawiec… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniane…

„Były Zapomniane i wiedziały o tym…

Co więcej, w końcu uświadamiały sobie, powoli może z wiekiem na nie wpływającym, może i nadmiernie, ale azaliż i chyba dziwnie temu sprzyjającym, że naprawdę coraz mniej znaczy, coraz mniej zaskakuje, coraz mniej… i ono coraz mniej jest niczym zbawienie. Niczym zupełny odpust, niczym wszelakie grzechów odebranie i tych przeszłych i teraźniejszych i jeszcze…

… przyszłych.

… więc przestawało im to przeszkadzać.

Oj, jeszcze za młodości to czuły się urażone, jak nadeszły one Social Media, to po prostu, w porywie pierwszej chwili chciały wykrzyczeć się wszelako, ale potem doszły do wniosku, że dobrze, iż niczego nawet nie uczyniły w tym kierunku. Może też i dobrze, że wszystko, co czyniły, robiły nader powoli, w końcu… któżby im przerywał, przeszkadał, głowy zawracał, w końcu były Niepamiętliwe. Nie tylko zapomniane, ale prede wszystkim, dziwnie Niezaburzające Pamięci

Może i Widzialne, ale jakoś tak… zanikające jeszcze nim się je zobaczy.

Jeszcze nim…

Świat potrzebował ich, takich wiecie, istniejących, jakby co zawsze można je było wyciągnąć i komuś przed nosem pomachać, użyć, zużyć, ale jednak… częściej, zwyczajnie były nadzwyczaj niewidzialne… nieuchwytne myślą i snem, chociaż, może i nawiedzały innych, może i bawiły się myślami, jednak…

Nikt nie pamiętał.

Niczego…

A może trzeba było?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dopłaty dopłaty!

Ojojejeje!!!

I kupa!

Miały być dopłaty do ogrzewania, bo ga zdrożał i prąd zdrożał, więc ci mieli dostać. Miało być ponad 3000, potem nawet i może 6000… ale kurcze, no właśnie, jak ze wszelkimi obietnicami, wiecie, wyszło, że nie wyszło.

Po pierwsze cała sprawa wzbudziła sensacje, bo już se ludzie pomyśleli, że oj, kurcze, będzie lżej… nie żeby wiedzieli o tym w zimie 2021, za jaki okres to się dostaje, więc mogli marznąć, no i tak, marznęli, oszczędzali, wiadomo… wszyscy oszczędzają, wiatry wieją, deszcze, burze… ale człek będzie ślepł bo go na prąd nie stać. Nie stać go na wiele, a teraz jeszce na więcej… ale, miały być błogosławione czasy, każdy by przytulił 6000 DKK, no weźcie, jakby to zluzowało portfel, ale…

Ale się okazało, iż gazety zapomniały o czymą napisać.

A o tym, e dostaną tylko ci, co się tutaj rozpasaniem wykazali. Co sobie popuścili pasa, grzali się, kąpiele brali, gotowali… żyli? Okazało się nagle, iż należało zużyć sporo, więc nie, ty biedny i durny coś oszczędzał dopłaty nie dostaniesz. Ludzie podnieśli raban, wybory się zbliżają, więc nie wiadomo jak to będzie, ale… już są wpadki. Nie dostali ci, co się kwalifikowali, mają się odwoływać i pisać podania… za to dostali tacy, co im się kompletnie nie należy, bo wyczajnie nie płacą za prąd!

Młodzi, mieszkający w różnych hostelach, czy inne cuda wianki…

Wkurw w ludziach paruje niczym ona wilgotność na zewnątrz.

Oj… kupa, no szczerze. Tak, myśmy oszczędzali i teraz nam przyjdzie za to zapłacić. I nikt nam nie dopłaci. Podobnie inne biedniejsze rodziny. Niestety. Bogaci dostaną, oczywiście… oni zawsze dostają.

Wonderfestiwall… no tak, był.

… z wrażenia oczywiście jak zwykle tam nie dotarłam i raczej nie dotrę tam nigdy. W życiu nie byłam na koncercie, w dzieciństwie widziałam jakieś śpiewające dzieciaki i tyle. W operze, teatrze człek bywał, ale spęd ludzi w gorącu, nie. No weźcie no. Nie dla mnie. Choć widoki piękne…

Znaczy w drugą stronę.

Tam gdzie morze i skały… ruiny twierdzy wciąż stoją.

Tak, tam jest pięknie i muzycznie.

Muzycznie gdy kamienie stukają o siebie, popychane falami, gdy owce drą resztki trawy, gdy w oddali kozy wiszą na skałach. Wiatr dotyka liści, a one spalone, więc dźwięczą. I jeszcze mniej ludzi jest i cudowna, chłodna samotność czasem człowieka omota, aj cudowna cudowność taka iść wybrzeżem i po prostu być sobie ze skałą, morzem, znaleźć fajny kamyk, patyk i porost…

I już.

A nie tam jakieś wrzaskuny i motory, skwar, pył, wszelakie wydzieliny. Nie no, ja za delikatna, ja na skały, w pokrzywy muszę i jeszcze w lasy i może krzaczki… no wiecie, podlewać. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniane… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Wkurwa i Bogini Wkurwienia…

„Nadszedł ich czas.

A oni umocnili się, wzmocnili, napłodzili potomstwa tyle, że aż oddech odbierało, gdy człek, czy inny byt sobie uświadamiał, że tak można… no to naprawdę majtki opadały. Oczywiście jak się je nosiło, w końcu moda to wyrażanie siebie. Niektórych wyraża goły zadek i można tego nie akceptować, można się tego bać, albo też, zwyczajnie starać się tego unikać, no przecież, ale czy się da?

Na jak długo?

Tak na dłuższą metę?

Świat się mieniał i wiedział o tym i wcale mu się to nie podobało. Ostatnie zmiany nie przyniosły nic dobrego, więc czasem lub i częściej miewał focha… ale ostatnimi czasy to już doprawdy go przypiliło i wpadał w jakiś taki i gniew i marazm, i jeszcze jakieś mocne chwiejności.

Szkodliwe zapewne i nieekologiczne…

… więc z gliny i popiołków, z onych lisów niewysłanych, łkających za podróżą, znaczków marnowanych, słów, których nikt nie przeczyta, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane ulepiła uch dwoje. Ot tak, po prostu, by tym zaczęli zarządzać, bo ile można się tak męczyć! Na dodatek jeszcze ta susza, od podlewania plecy rwą, korzonki bolą…

Niech się staną oni!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Opowiadania z Doliny Muminków” – … ” Det osynliga barnet och andra berättelser„. Po raz pierwszy pojawiły się drukiem w 1962 roku. „Niewidzialne dziecko i inne historie”… dziwne, po właśnie ono dziecko nabyłam z tą okładką w Szwecji rok temu.

Pierwsze wydanie polskie to 1970 rok. A w nim opowieści o Paszcaku, o Filifionce, onym dziecku niewidzialnym i ostatnim smoku i jeszcze… o Hatifnatach i choince i jeszcze jest tam wiosenna piosenka chyba i… i inne opowieści, a każda, choć malutka, zdaje się przenikać człowieka do onej kości, która pamięta, że z podłogi też się jadło, brudną marchewkę z pola zbierało, jagody w lesie były… i jeszcze to wszystko miało wymiar inny taki… i…

Czytanie tego, nie tylko Muminków, ale w ogóle bajek, dobrych bajek i baśni teraz, jako człowiek dorosły ma dziwnie… wcale nie inny wymiar. Chociaż wiem, do księżniczek się doczepią, do Babci i Kapturka też, no ale… czy pamiętają jeszcze jak to było usłyszeć to po raz pierwszy?

Nie?

To może przeczytacie teraz… szykując się na coś całkiem nowego? No, chyba że jak ja sięgacie po Muminki częściej niż raz na dziesiąt lat. Wtedy, po prostu, wiecie o co chodzi. Wiecie?

Fucking logick!

Przyłazi dziecię do mych drzwi, zdębiało, wielu ta robi widząc moje uszy. Nie, nie są nadmiernie owłosione, odznaczają się innymi, intrygującymi dodatkami, ale… pyta się czy mówię po angielsku, więc zgodnie z prawdą odpowiadam, że tak… no cóż, i tutaj chyba dziecię zajarzyło, że popełniło błąd, bo ono się do nauki raczej nie przykłada. I tak, Duńczycy mówią po angielsku, ale większość…

Nie.

Nie chce, mówi słabo, ciężki akcent miażdży głoski i po prostu czują się z tym niewygodnie, więc… najczęściej znają kilka podstawowych zwrotów i tyle. W końcu to czasy tłumaczy elektronicznych, na kij im nauka? Oczywiście, że generalizuję. Albo nie. Wystarczy popatrzeć na badania, a najlepiej dookoła. A już na Wyspie urasta to do problemu wybitnie namacalnego, gdyż duński tutaj to bornholmski i uwierzcie, każdy wciąż ma swoje zdanie i wyjebane w kosmos jak wymawia poszczególne słowa. Bo w końcu to ich świat. Świat, w którym źle położony akcent, czy nacisk lekki słów sprawia, że nie kumają ciebie w ogóle…

… serio serio!!!

Czasem wystarczy się zakrztusić i podają wam piwo z sałtką.

Podsumowali to ci z Kopenhagi, Islandii i Grenlandii, znający duński, dawałoby się od podszewki, a jednak niemogący zamówić nawet pierniczonej kawy, więc jak nasza cudowna Joanna Chmielewska, I know this pain! Gdyby dziecię po prostu powiedziało, że dało dupy z robotą i ulice pomyliło i skrzynki też, byłoby szybko i bezboleśnie, a tak… tak mamy gazetki sąsiada, on nasze i pewno nikt nie jest z tego zadowolony, bo gorąco, a i jakoś tak, kogo to wsio obchodzi.

Ino ważne, czy masło gdzieś jest w przecenie. LOL

No ale…

Gazetki gazetkami, upał upałem, ale żyć trzeba, albo nie… wiecie, w końcu wolna wola, czy jakoś tam, mnie lepiej nie pytać, bo prawdę powiem, a potem to się wszyscy obrażają, że kobieta, że jak tak można…

A mówiłam coby nie pytać?

Mówiłam!!!

No więc sucho i gorąco i wszelako ludzie stali się jeszcze bardziej roszczeniowi. A człowiek już myślał, że gorzej być nie może. No cóż, nie będę się z nimi kłócić, oni sobie radzą o wiele lepiej finansowo niż ja, może trzeba się uczyć onej bezczelności, olewactwa i twardej dupy? Przecież oni nie mają czegoś takiego jak sumienie, więc nie mają też większości problemów. Przydałoby mi się takie coś… lekki odpoczynek od tego wszystkiego we łbie. Serio serio…

Hmmm, trzaby Shreka odświeżyć, ale czasu brak.

Nie wiem skąd ludzie biorą czas na te seriale i tak dalej…

Ale… tak spoglądając na kupę łosia w słoiczku, która leży obok mnie, to sobie myślę, iż są rzeczy i sprawy, dla których żyć warto, naprawdę. Na przykład kupa łosia. No co? Każdy ma swoje priorytety. Jedni torebkę Chanel a inni łosiową kupę, czy las i skały i morze i starość starą tak, e antyki przy niej to młodziankowie.

Cudnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Wkurwa i Bogini Wkurwienia… została wyłączona

Pan Tealight i Pozbawiennica…

Pozbawiennica, bo wszystkiego pozbawiona i wszystkich pozbawiająca… zwyczajnie, sama nie ma, to wiecie i innym zasępi, wysępi, odbierze, zepsuje, zgubi, pożyczy, nie odda, zeżre czy coś w ten deseń.

Jednym słowem, a raczej dwoma, baba wkurwiająca.

A jeszcze ta figura zagłodzonej modelki, ciuchy jak z wyższych lotów stadionu… a nie, to już przecież bazarków na stadionach nie ma chyba? Czy są? Nigdy nie wiadomo, może wrócą, w końcu ludzie teraz tak zapatrzeni w te dziewięćdziesiąte lata. Ojojoj, bo to niby takie cuda wianki były…

… tia…

Dupa nie wianki!

Dupa nie wije!

Ale ona wiła… dziwnie innych rzeczy pozbawiona, jakoś zawsze najszła takoweś badyle, czasem i trujące, ale co jej tam, nic to, pozbawiona śmierci i życia, uśmiechu i marzeń, wiła one wianki, a kto złapała jakiś, tracił ostatki swoich codziennych chwil. Onych dobrych, odwracających wzrok od złego wszelkiego. Onego muśnięcia, prezenciku, piórka z nieba, kwiatków, kóre w końcu wyrosły, deszczu po suszy słuchania… tych chwil, zatrymywania czasu…

… tego pozbawiała najłatwiej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nad morzem każdy nie może.

… czyli… Sierpień w pigułce.

No więc w pigułce to mówiąc, zagłębiając i tak dalej… gorąc. Ludziska na plażach, na szczęście, co dziwne, more na razie niebieskie, chyba nie do końca trujące, chociaż po doniesieniach prasowych wiadomo… rtęć nie rtęć, kurna, pojebało te człowieki by się tak bawić. No jak tak można?

Ale…

Nie widać wykwitów, więc ludzie się smażą.

A jest w czym.

Może i jednym temperatura nie wydaje się jakoś szaloną, ale serio, jak już cyka 40 stopni, to chyba lekki przead, szcególnie w sierpniu, przyznaję, że lipiec okay, można się zwykle spodziewać ciepła nadmiernego, ale sierpień to już lekka przesada. Brak manier i tak dalej. Nawet rdzenni narzekają na za bardo ciepłe noce, że spać nie mogą, a jak ju im imno… Bo widzicie, typowy Tubylec w okolicach stopni 20 C szuka drewienek do kominka. No chłodno im, tacy kurcze potomkowie Wikingów.

Ale, może i Wikingowie byli ciepłolubni?

Nie osądzajmy…

Ale popatrzeć można. Zbadać ono dziwne plemię mieszane, ciągle naruszane, a jednak, miejscami nierozerwalne, szalenie pragnące być w kilku miejscach naraz, a jednak, nigdy nie dopełniające onej marzeniowości.

No wiecie… dziwni ludzie.

Dlatego tak mi to pasuje.

Ciepło jednak nie pasuje mi w ogóle.

Sprawa zazębia się głównie właśnie o one noce, które tutaj zwykle są nastoletnie w temperaturach nawet latem, ale sierpień doprawdy dopalił. Temperatura spada, ale nie na tyle by wywietrzyć domy, do tego wiatr się nagle zrobił skąpy, nie pada, wsystko suche, schnie, albo jeszce gorzej, płonie niczym te ciągniki na polach, czy inne maszynerie… strach pomyśleć jaka to może być tragedia wiązana od jednego pola na drugie, bo przecież w rzekach pustki.

Ino echo…

Nawet wrony się pochowały.

Nie przylatują, gdy je wołam, dopiero wieczorem sprawdzają czy woda wciąż jest, czasem jakaś odważna się spojawi, ale szybko ucieka. Szybko znika gdzieś tam, gdzie widać chłodniej… o jest, i patrzy na mnie z wyrutem przez one okna zamknięte i rolety… nosz kurde, pewno woda wyparowała, poczekajcie…

Jestem.

Wrona napojona.

Z wielkim dostojeństwem bierze łyka, potem ociera dziób o balustradę, by za chwilę powtórzyć całą operację, a potem odchodzi… by wrócić. Nie wiem dlaczego, trzeba by pocytać, bo to dla mnie dość nowe zachowanie wron, takie, jakiego nie obserwowałam, a może zwyczajnie to sprawa zmian w ekosystemie? Drzewa wycięli, więc gniazdo powstało bliżej? Może poję ino tę jedną, dziwną rodzinę?

A i odchodzi… no wiecie… ląduje na jednym końcu i kroczy, a to całkiem kawałek, dumnie kroczy, bo to jej teren i nikogo się nie boi.

Nikogo, ale jakby co, to odleci!

Może i ta susza w końcu odleci lub odkroczy? I to słońce palące i jeszcze… no w ogóle wszystko to?! Bo nie można spać, nie można myśleć, nie daje się… a jak się uda, dom się schłodzi, to nagle i tak zderzasz się z powietrzem, które płuc nie karmi i jest jeszcze gorzej. Nie… trzeba nam deszczu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pozbawiennica… została wyłączona

Pan Tealight i Martwota…

„Wszystko zdawało się spowijać martwe powietrze.

Ciężkie od soków rozkładających się i zwierząt i ludzi i roślin, zarazem tych naziemnych jak i wodnych… tych latających, już nie, pełzających, skaczących, pląsających i wszelako chodzących… kroczących i tańcujących. Bytów widzialnych i niewidzialnych, w te łatwiej było wdepnąć, jak się czołgało, starając się od wszystkiego uciec. Te nagle się ukazywały, gdy się je dotknęło.

Było gorąco.

Było parno i duszno.

Nie padało od tak dawna, że nikt już nie pamiętał onych deszczowych nut, tego jak przywołać desz, jak w nim się przemykać, jak się moczyć, jak po prostu być częścią onej wodnej muzyki. Nikt nie pamiętał jak to jest… chociaż, przecież minęły tylko miesiące, a jakby lata…

Zbyt wielu zależnych było od deszczu.

Zbyt wielu.

Między innymi rośliny Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. I jej książki. I ona sama. Tęskniła za deszczem i choć kochała onych umartych, to jednak, jakoś tak, zwyczajnie, chciała wody. Chciała tej wilgoci, zapachu, pieśni, arii i wszelakiej tonacji w powietrzu… poszumów i cieków. Nawet jakby miała latać wciąż do kibla, co chwilę, wiecie… na siusiu.

A Martwota

Martwota nie chciała deszczu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gromady szpaków dookoła…

Okupują moją śliwkę…

Zaczynam się zastanawiać, czy w tym roku nie tylko czereśnie im w łebkach, czy jednak nie. Czy jednak dietę rozszerzają, może jakowyś to szpakowy wegetarianizm? Kto je wie, raczej nie są tak gadatliwe jak wrony, nie żeby były ciche, o nie… gdy zleciały się po raz pierwszy, myślałam że grad rozjebuje nam dach, delikatnie to ujmując. Choć czy damie godzi się używać takiego słowa? Nie wiem… tam, damą nie jestem, nie mam problemu, problemy mają w Folkekirkecie, bo się okazało, że właśnie tam najbardziej się kobiety, a też i damy i panie szpakowe dyskryminuje. A tak… wielkie oburzenie poprzedziło gigantyczne dziwienie i zaskoczenie, że jak to tak? Że w kościele i to jeszcze takim, kobietom bliskim…

… ble ble ble…

Wróćmy do ptaszków, niekościelnych.

Chociaż, kurde, kto tam wie co szpaki wyznają?

A może jednak wierzą w Najświętszą Pestkę wybitą z czubka czereśni do buta Nieznajomego, który przez nią uszkodził sobie system chodzący i nader mocno z tego powodu wkurwiony na wszystko, jakoś czereśni nie zauważył, a tak, po wszystkim, jak już doszedł do siebie, bez chodzenia, no wiecie, ino z guzem, to od razu siekierka i huzia na drzewko i nagle, na moment, ot piórko, włos, chwilę nim łupnęło ostrze o korę, zatrzymał się, a może powstrzymało go jakoweś skrzydło najświętsze… no nie wiem… ale się opamiętał i przemienił w największego szpaka, który usiadł na najcieńszej gałęzi i się z niej spierdolił na beton.

Na amen z pacierzem.

Co? Że nieprawda?

A kto mi udowodni?

Ale…

Wracamy do pierwszego spotkania…

… czyli ja kontra koniec świata, niebo nam na głowy i dachy i ten nasz cały dach, każda dachówka zamieniona w szpaka. No po prostu szaleństwo. Szpacza chmura, która z nieba niebieskiego, rąbanie błękitnego bez chmurki i na deszcz nadziei, osiadła i dziobie, dłubie, coś kombinuje, a przede wszystkim tupie tak głośno tymi malutkimi pazurkami jakby nosiła te najbardziejsze brzydkie, wielkie buciory… te najdroższe jakieś, wiecie, może i drewniaki… to też kiedyś w modzie było?

… więc ono tupanie, strach, wybiegam, a one co?

Gapią się na mnie z wyrzutem, że im niby zakłócam spokój, czy coś?

A potem się uniosły, ale nie wszystkie, część została by patrzeć na mnie bym czuła się jak jakiś podglądacz, albo okrutna baba, co cukierka dzieciom zabrała, czy coś w ten deseń… z drugiej strony, ej, to mój dach… wróciłam po aparat, oczywiście przeniosły się na dach sąsiada i powiem wam, że to trzeba mieć umiejętności, by tak się czepić bardzo pochyłego, namiocika dachowego sąsiada, nawet na kominie usiadły.

Nosz niesamowity widok w świetle zachodzącego słońca…

A jaki wrzask!

Wot i to rozrywki u nas na Mniejszym Krańcu Świata.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Martwota… została wyłączona

Pan Tealight i Gwizdacz…

„Nosz przecież Dioboły wywoła tym gwizdaniem po chacie…

Nosz Innąmać przygarnie onymi trelami!

Albo i coś gorszego, czy COŚ!

Bo widzicie… nieby zwykły to był gość, w średnim wieku, raczej z brzuszkiem, lubiący życie proste i nieskomplikowane, wszelako z siebie zadowolony, miły dla innych, tych znajomych i kompletnie nieznajomych… naprawdę nic z nim nie było źle. Może nie dla każdej do łóżka, ale po prostu ktoś, z kim można pogadać. Zwyczajnie i całkiem po prostu. Może i nawet się czegoś dowiesz?

Może…

Lubił ziwerzątka i nie bał się bronić słabszych przez bullistami, kochał opery mydlane, ale nie musiał oglądać wsystkich i pasjonować się każdym odcinkiem. Zwyczajnie, czasem wolał spacer, czasem kąpiel w zimnym morzu, a jeszcze innym czasem zwyczajnie przesypiał popołudnie, bo się objadł. Ale najpierw ugotował, no po prostu złoto w kuchni, znaczy mógł uczulać, ale wiecie…

Odczulać też…

I jeszcze…

Pachniał ładnie, dbał o siebie, miał gładko ogoloną twarz, ale czasem eksperytmentował z jaimiś bródkami, włoski zaś ostatnio mu skosili na Wikinga, wiecie, z takim kucykiem na czubeczku, niby Samuraj, ale z Innej Północy. Obecnie był wolny, a jak kochał, to tylko jedną, jedyną… i… i jeszcze…

Nie…

Idealny może i był, ale gwizdał pod dachem, a to znaczyło jedno.

Należy go odhaczyć!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Tir Alainn” tom 1 i 2 – … Anne Bishop. Lekkie moje guilty pleasure jeśli chodzi o niesamowitą serię Krwawych. „Efemera”, „Inni”… właściwie jest w czym prebierać. Zawse jednak jest magia, natura, kobiecość i męskość, subtelna nauka roumienia obydwu…

Szczególnie jeśli chodzi o cykl „Czarne kamienie”. W znaczeniu trylogii i jej kontynuacji, a potem… no właśnie… oni Inni. Ech! Coś w tym jest takiego, że napisze kilka zdań, i jakoś ju wiem wszystko i…

Z tą serią jest trochę inaczej.

Niestety lub stety.

Nie jest tak porywająca, nie wciąga aż tak, ale też ma coś w sobie. Oto świat magii, w którym znaleźć można wiele ścieżek, a przynajmniej znaleźć je można było do tej pory, bo to, co zachodzi w świecie śmiertelnych burzy swojski spokój i wszelakie przepychanki pośród fae…

Nadchodzą zmiany, lub po prostu zagłada.

Ścieżki znikają. Trzeba wybrać, ale co? Czy izolacja jest odpowiedzią, a może jednak… to one mityczne Filary nią są?

Może…

Jest więcej?

Oto opowieść o braku harmonii i o tym, w jaki sposób wszystko może zniknąć w ciągu chwili. Wszystko co było znajome… dziwnie taka na czasie ta trylogia, a przecież napisana została dwadzieścia lat temu… a jednak, metaforycznie spoglądając, zdaje się obecnie dotykać naszej teraźniejszości…

Czy ujrzymy tom trzeci?

Nie wiem… ale myślę, że warto. Bo dziwnie, jakoś tak te wydarzenia, szcególnie z drugiego tomu odpowiadają temu, co dzieje się dookoła. Dzieje się nam, kobietom. Zawsze się działo, a jednak… każdy mówi: mamy 2022, to przecież już nie ma tak, nie ma gorszych ludzi AKA kobiet, jest po równo jest…

Kłamstwa!

Te dwie pozycje, całość, to historia fae, magii, ale też niezrozumienia i rozłączenia tego, co winno być jednością: sił płci, natury, człowieka i natury… myśli i czynu. Jest w nich jakieś piękno, szczególnie w pierwszym jeszcze ucieczka, w drugim już tylko walka, albo też… odrobinka nadziei?

Warto.

Masło i cukier.

Cóż… masło u nas jest chyba tym, czym cukier w Polsce.

Okazuje się, że kosztujące naprawdę spore kwoty Lurpak, dostępny jest poza granicami Danii za ceny tak śmieszne, że opłacałoby się spakować i przywieźć kilka zgrzewek wynajętym vanem z lodówką. Naprawdę… jak się ludzie dowiedzieli, to dopiero wybuchła drama. I jak najbardziej ją rozumiem, bo jak jeszcze da się wyjaśnić sprzedaż poza granicami kraju dla zdobycia większego zysku, tak sprzedawanie za nasze grosze go gdzieś indziej, gdy tutaj ludzie zaczynają traktować masło jak wyraz bogactwa i pozycji społecznej… zdaje się to być dziwnym eksperymentem. Pokręconym i pobawionym człowieczeństwa, czy też…

Nie wiem…

Zwyczajnie, nie wiem już co mam myśleć bo znajoma podesłała mi tekst o cukrze polskim sprzedawanym na południu w takich samych relacjach cenowych. W Polsce niedostępny, tam właściwie zbędny?

O co chodzi?

I ile jeszcze ludzie wytrzymają?

Na razie to wciąż lato, chociaż raczej większość już wróciła do pracy, tylko ci bezdzietni się bawią… wysokie temperatury sprawiają, że i tak wszyscy mają jedzenie gdzieś… tudzież myślą o czymś innym… niskie temperatury nastające zaraz po nich mieszają w głowach, naprawdę można oszaleć…

Może dlatego…

Dlatego sąsiadom odbiło?

Sąsiedzi.

Może pamiętacie, ale udało nam się w 2019 kupić dom.

Byłoby szczęśliwie, gdyby nie mały fakt, a raczej wielki… żółta pleśń i inne przypadki… Przez ten cały czas wciąż opłakuję swoje książki, walić meble i inne tam, nawet moje obrazy, ale książki… Przez pół roku jakoś sąsiedzi byli względnie cicho, a potem się zaczęło. Przybyło psów i kur – co jest w tym miejscu mega dziwne – a teraz jeszcze przeszkadzają im nasze, czy też odziedziczone i zawsze tu będące likaki.

Że za wysokie i zasłaniają widok.

Ekhm, sorry, ale jak pani chciała widok, to się nie kupuje domu, który w planie ma jak byk, że działki dookoła zostaną zabudowane. I nie tnie się lilaków w suszę, gdy ledwo można oddychać!!! A już na pewno kurna do września ich nie będziem przycinać – co było w planach, bo oni nagle widoku nie mają…

I żeby nie było, wsio wymierzone, może i teraz podrosło o listek ponad narzuone lekko 2,3o, ale jednak… co wam natura? I nie, to nie jest tak, że im to pod oknem siedzi, bo pod oknem to nasza sąsiadka bardziej, ale widać oni jakoś na to morze dziwnie patrzą… więc przyleźli… ona i on. Rzuciła się ona wymachując papierkiem z przeszłości, że widoku zasłaniać nie można. Pojmuję papierek, zresztą, Chowaniec paranoicznie przejrzał je wszystkie jescze w 2019, ale chodzi bardziej o ton… wiecie, co to nie my, a wy tutaj przeszkadacie… i znowu się zastanawiam, czy tutaj nie było jakiejś większej spiny o ten dom… czy nie odmówiono komuś sprzedaży bo przecież… no szczerze… wydajemy na niego wszystko, nie wiem…

I tak… to takie duńskie.

I tak, dlatego tutaj nigdy ie wyzdrowieję… czy uciekać?

Ale przecież nigdzie nie będzie lepiej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwizdacz… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Niepyknął…

„Mówili, że niepyknął, bo za mało zjadł…

… ale wtedy Smok z Komina jakoś tak przypomniała wszystkim oną legendę, co to jeden jadł i jadł po jakiejś źle przyprawionej, na pewno, bożej owieczce i wiecie, nie dość, że z rzeki się gówno zrobiło, w końcu zanieczyszczenie to nie przelewki, no to jeszcze, wiecie, zwyczajnie smoka ono kiepskie, intencjonowane żarcie nadpsuło… Nadpsuło na tyle dość mocno, że aż operację plastyczną mieć musiał, bo to przecież chroniony gatunek, ratować trza było od razu jak się ino zwiedzieli ci mądrzejsi, tudzież od innego boga… wiecie, w tych rejonach nigdy nie wiadomo i to oni, całkowicie nieszczędząc kosztów zarazem onych ludzkich i tych wielce kruszcowych.

Nawet w nagrodę za cierpienia zrobili mu z próbówki dziewczynę…

I tak uratowano populację smoków.

Amen.

Ale jednak… ostał tym, co Niepyknął. Wiecie, ojoj to ten dziwny Pan Niepyknął. To on!!! Wiadomo, że śmiać się zaczęli z niego jak już wyzdrowiał, jak już było wiadomo, że nie będzie gorzej, to by rozładować atmosferę, przy pożeraniu onych maluczkich z tego durnego sioła, co to wpadło na ten pomysł… tia, boga tego też zjedli, smakował dziwnie truskawkowo. Jakby wiecie, jedli te truskawki sprowadzone poza sezonem, poza krajem, wszelako i mocno nazbyt wymuszone…

Prawie chemiczne.

Klejone, albo składane z truskawkowego papieru origami.

… więc pamiętajcie mali i duzi, młodzi i starzy, wszelako mądrzy i mało mądrzy… smoków się nie dokarmia, chyba że same chcą i wiedzą co chcą i jak im nie dacie, to was zjedzą, więc wtedy można.

A co!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to…

Morze pożarło kolejną ofiarę.

Przyznam, że zdaję sobie sprawę z morskiej potęgi, a i prądy dookoła Wyspy są dość głodne i zdradzieckie, ale jednak… okay, utopić się można i w szklance wody, ale na Balce? W jaki sposób? Tosz tam żeby się zanurzyć trza z kilometr w głąb morza iść. No ale, nieszczęście się wydarzyło.

Cóż…

Co roku raczej coś takiego ma miejsce i jakkolwiek dziwnie odczłowieczająco czy bezdusznie to brzmi, to jednak spoglądając na one ludzkie zachowania, ech ludzie, ni respektu do natury nie macie ni do siebie wzajemnie. A już do dzieci własnych w ogóle. Rozumiem, że w dupie wsio…

… ale swoje własne latorośle?

Ech…

Nie ważne, czas od 5.5 do 8.8 minął i w końcu mamy już znowu coś na kształt nocy!!! Ciemność, szarość wszelaka, gdy tylko chmury przysłonią słońce, jasne noce się skończyły. W końcu. Jakoś dopiekły mi w tym roku. Nadmiar światła, dziwne wachania temperatury, wciąż wsio w toku, ale przynajmniej istnieje znowu ciemność. Sporadyczna, ale przynajmniej nocą pewna!

Co do morza…

Dawno go z bliska nie widziałam.

Dziwne to…

W lipcu tak naprawdę jest trudno…

I to nie tylko mi.

Większość albo ucieka gdzieś, wyjeżdża w inne miejsca by uciec od zatkanej Wyspy. Od miejsca, które preferują puste i jakoś tak swojskie, a nie turystycznie nadwrażliwe. Zawsze tak było, ale w ostatnich latach, też i gdy była pandemia, to jednak tutaj zjeżdżali się Duńczycy i Niemcy… wiadomo, bliżej, spora część Niemców na tutaj domki zakupione dzięki wszelkiej uprzejmości posiadanej Mamony.

W lipcu rodziny z dziećmi, w sierpniu więcej Niemców i Polaków.

Cóż, taki sezon.

Skandynawskie dzieci poszły do szkoły, ich rodzice wrócili do pracy, więc i pewne instytucje zdają się bardziej istnieć. Właściwie dla tej części świata już powoli nadchodzi jesień. W końcu zaczyna się pierwszego września i jakoś tak, nikt z tego nie chce zrezygnować, choć wresień czy październik potrafi być tutaj taki piękny. Wciąż morski, wciąż niesamowity, a jednak… wyznaczona ostra linia końca lata sprawia, że wiele miejsc się zamyka, sklepów, barów i tym podobnych.

Rozumiem to i nie rozumiem jednocześnie.

Ale…

Wiecie, wolę jak jest mniej ludzi.

Dlatego człek uciekł z miasta, z onej szeroko pojętej cywiliacji. Problem w tym, że wszystko się zmienia, sporadycznie na lepsze… wróć, nie wiem kiedy ostatnio było coś na lepsze poa tym, że paczkę z IKEA ostatnio dostarczyli w niedzielę! No ja pierdziu, co się stało? Albo kurier z Polski dotarł w ciągu kilku dni, nie tygodni… co do poczty polskiej, ta nadal uważa, że priorytet to co najmniej 2 tygodnie odleżeć musi i z onymi odleżynami dopiero dotrzeć do adresata… wiecie…

Taki świat.

Przyszłościowy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Niepyknął… została wyłączona

Pan Tealight i Zgorącenie…

„Nadeszło Zgorącenie i tak naprawdę nikt nie był na nie gotowy.

Nadeszło…

… nie zapowiadając się, nie wysyłając przodem forpocztów, wprost przeciwnie, dając wcześniej noc, w której odczuwalność temperatury bliższa była zimowym dniom niż wczesnojesiennym, ono ochłodzenie, dzięki któremu w końcu człowiek śpi i śni tak naprawdę i już… już właściwie myśleli, że po tym jednym wrzącym dniu to już nie będzie onego lata. Onego męczącego, wytłaczającego na skórze od góry i dołu, od wierzchu i spodu testy o cierpieniu i niezrozumieniu…

… ale przyszło.

Nie tyle Lato, co jego wściekła siostra, nienawidząca wszystkiego i wszystkich. Pragnąca ich uśpić, zaśpić, zaparzyć, zapocić, pozbawić wody, zasuszyć i w końcu… w końcu wkleić sobie do albumu, który tworzyła od zawsze.

Z zaskoczenia.

Tak mocno, prawdziwie, uwielbiała to swoje hobby. Naprawdę, właśnie w ten sposób to traktowała. W ten sposób wytraciła światy, znaczy, w rzeczywistości zatrzymała je dla siebie. Na zawsze, bo w końcu jej nikt się nigdy nie pozbędzie. Jak będzie chciała przyjdzie i zabierze swoje, to, co nie wie, że w rzeczywistości wszystko może być jej, może być jej na zawsze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Noc była chłodna, a dzień…

Wschód słońca w okolicach 30 C nie jest czymś, co się uznaje za zwyczajne i normalne. Za jakoś tak, możliwe do wytrzymania.

Nie…

Potem już było tylko gorzej. Termometr czuje się źle w okolicach 40 C, więc zaczął dawać nam naki, że domaga się dopłat i ma dzieci i w ogóle, to jak on ma pracować w takich warunkach, że się nie pisał, a tak dalej jak będzie, to po prostu związki na nas naśle. No to będzie. Serio… boję się.

Varmepumpe można przełączyć na chłodzenie, ale wiecie, ile to tam… nie no, pewno że człowiek wdzięczny nawet za oną drobinkę chłodu, ale samo uczucie, poczucie i wrażenie, jakoś tak, nie no… tę tempreturę się czuje w głowie. Spowalnia człowieka, a jednocześnie go dusi, że powinien coś robić… no serio, mogłaby się ona aura zdecydować i przede wszystkim określić się czy to lato, czy nie. Bo raz tak raz tak, mój czarny bez chyba nie przetrwa tego lata, jabłka nabierają czerwieni, ale jakoś tak, jakby bardziej czuły się czymś zawstydzone niż…

Dojrzewały.

Przeprowadziłam testy i serio, rośliny wolą cień.

Można się nieźle zaskoczyć przez zwyczajowe iglaki, czy małe sadzonki dębu, które w jednym miejscu zwyczajnie odmawiają rośnięcia, ale jak już są gdzieś między innymi, schowane, ścienione, to jakoś rąbią w górę…

Jakby im cienie płaciły.

A może jednak posłuchać roślin i uciekać z tefo słońca?

Gorąco…

To jak jakaś siła, która mnie krępuje, nie pozwala spać, nie pozwala odpocząć, nie pozwala zwyczajnie na nic. Co więcej, zwyczajnie wywołuje we mnie dziwne chcice… na przykład na jajecznicę o północy, jak ja jedzenie kończę w okolicach osiemnastej, bo inaczej mój żołądek się wyprowadza i ciągle muszę fo przekupywać wyjątkowo dobraną surowinką… no serio, bezczelny jest!

No ale…

W końcu znowu się ochłodziło, nawet spadło kilka kropel, ale co to tam było? Tosz ino one siuśki aniołków. Ale za to wiatr się zerwał, więc kurcze… znowu przesuszy ziemię, mam nadzieję, że magnolia przetrwa, bo marnie wygląda. Wiecie, wciąż żyje, ale jednak, jednak jakoś marnie… ech… no co? Naprawdę cierpię jak roślinki mi zdychają. Wciąż jeszcze nie zapełniłam ogrodu, wciąż mi brakuje kilku krzaczków, mogłoby być fajnie, znaczy jest, ale jednak… mogłoby być jeszcze lepiej.

A ja chcę jeszcze lepiej!!!

A co!

Czy to dojrzenie do perfekcji? Ależ gdzie tam?! No weźcie… po prostu ma być jak ja chcę i tyle. Ma być pięknie i w ogóle, krzaczasto, roślinnie, a najlepiej wszędzie drzewa. Tak, wiem, upierdliwam z tymi drzewami.

Ale tam…

Na Wyspie pierwsze czego się uczysz, to mieć wsio w dupie, a jak się tego nie nauczysz, to Wyspa cię zje, z kosteczkami, rzęsami, włosami – jakoś trawi wsio – oraz chrząstkami, które smacznie grzechoczą jej i ciamkają między zębami. Zębami z granitu, więc łatwo jej idzie z onymi człowiekami… No serio. Wyspa zjada ludzi. Myślicie, że gdzie się niektórzy Turyściznowie gubią?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zgorącenie… została wyłączona