Pan Tealight i Baranem go…

„Nie chodziło o to, że go okładała.

Wiecie, tak za ogon i z prawego i z lewego, backhand, forehand, wszelaka, ale nie że filigranowa jakaś, no pomniejsza fanga w nos, potem z półobrotu gościa, vandamem go, niskim, ale wiecie, bardzo, aż za bardzo i nadto celnym, i tak dalej, no więc, jeśli o to chodzi, to tak to nie.

Znaczy, no nie do końca.

Bo troszkę jednak tak było, wiecie…

Kobiety, co nie?

Bo przecież, jakoś tak… no dobra, czasem by mu może i przywaliła, za to jęczenie, za one wszelakie dźwieki, czasem za to, że po prostu był i nie był jednocześnie, za to, że nie odgadywał jej myśli, których sama nie zdążyła jeszcze wytworzyć, jeszcze wymyśleć, jeszcze jakoś tak skonstruować…

A przecież powinien był.

Czyż nie?

Dlaczego nie było onych dywanów przed nią, onych ścieżek wysypanych kwietnymi płatkami… a tak w ogóle z innej mańki, szczerze, tosz to przecież od razu poślizgnąć się można. A co jeszcze, jak tam jakiś robal, szczególnie taki kłująco-parzący się właśnie zamknął? No naprawdę…

Kto to w ogóle wymyślił?

Jak nic ktoś, kto nie chodził, ale był noszony i może w tym tkwił cały ambaras?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiatr i deszcz.

Chyba w końcu należy przyznać się do jednego, że… zdziczałam.

Wiecie, te wszelakie mnogie lockdowny i spirala strachu, zamknięcie nas od strony Niemiec od zeszłego roku, potem od grudnia Szwecja nas brutalnie odseparowała od siebie, ogólnie mówiąc, wszystko to najprawdopodobniej pogłębiło to moje ataki paniki, depresję i ogólną odludzkowność. No wiecie, człowiek od zawsze raczej był nieludzki i samotnik, ale jednak teraz…

Nawet od listonosza uciekam.

Gorzej, tak panicznie się go boję…

No ale… widzicie, człowiek jest niski, a u nas poczta się zrobiła dziwnie wroga. Może to nie śmieciarzy ludzie najbardziej się boją… Księżniczki od Fugato kurna! Naprawdę, mogą przyleźć i nawciskać wam, że śmieci za ciężkie o pół kilograma, czy nierówno worki w worku poukładane, kurna jakby od razu je sortowali, czy coś.

A i jeszcze czycić ich należy…

Bo ta koronność, to wiecie!

Oni się poczuwają do bycia najważniejszymi. Nie to, że w snestorm człek musiał śmieci wywozić sam. no dobra, sąsiad wiózł swoje i naasze zabrał, wciąż nie rozumiem dlaczego, bo wiecie, się nie znamy, więc…

Hmmm…

Wciąż mi po głowie ta wielka zamrażarka chodzi i trupy w ogródku…

Ale…

Wiatr i deszcz, przestawiony czas, mroczność o szóstej rano przywraca mi radosność pokrętną i w ogóle… no wiecie, taki typ. Zwalcie na wychowanie czy inne tam, problemy z przeszłości… A tak w ogóle team Jung czy team Freud? A może jednak macie jakiegoś mniej popularnego psychicznego szarlatana. No co… psychiatria wciąż nie jest przez wielu uznawana za naukę. Nie ma to tamto, nie i tyle. Nie damy wam tego, nic z tego nie będzie, ale papiery musisz mieć jak leczyć chcesz… albo, może i jak panna Marple mówiła: „lekarzu lecz się sam”?

Deszcz zacina, wygrywa muzyczności na szybach i ścianach, zmywa brud, miejmy nadzieję, że i pyłki trochę zmyje, bo chyba kurna dostałam alergii… albo i zawsze ją miałam, a teraz się wzmocniła, tudzież, no i to jest najbardziej pewne, że przypierniczyły mi chemikalia z pola, bo wiadomo, oto i czas nawożenia i siania…

… i smrodzenia.

Alleluja!!!

Zające szaleją, wrony mają tak samo.

Mewy też. Bo wiecie, one uważają, że jak wszyscy, to wszyscy. Widdać już na pojedynczych skałach onych strażników, którzy nie dopuszczą was do morza, bo tam, gniazda i jajka, a może i młode już, w końcu kwiecień i jeszcze na dodatek ludzizna się pojawiła, więc może będą śmiecić, dokarmiać ptaszydła, może będzie…

Inaczej?

Po staremu?

Nie oszukujmy się. Nie będzie. Przez chwilę nas trochę pomącą, przez sekund pięć zezwolą na oddech, a potem dojebią z czegoś. Już mówią, że te szczepionki nie działają, że i tak testy z nami zostaną, że w ogóle…

… nie, nie piszę o tym.

Nie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Baranem go… została wyłączona

Pan Tealight i Kozaczenie…

Kozaczenie naprawdę było sobą.

Naprawdę.

Miało też kozy, zbite w takie dziwne, jaskrawobiałe, drżące plemię, włochate na dodatek, i to długowłoso włochate. Nie sfilcowane, nie, wprost przeciwnie, widać, że każda z kóz była idealnie wyczesana, a niektóre warkoczyki miały nawet plecione przez takie Minifryzki, ostatnio odkryte przez Pana Tealighta, czy też raczej odkryte na nowo, bo przecież był przy ich tworzeniu…

Pamiętał to.

Chyba…

Ostatnio pewne rzeczy jakoś mu się wymazywały z pamięci, a może i ino blakły, ale jakkolwiek to zwał, nie pamiętał pewnych spraw i rzeczy i chyba, nie było mu z tym wcale tak źle… tak źle jakby się to innym wydawało.

Jakby inni myśleli.

Bo nagle i z nienacka, jakieś dwie noce temu, dopadło go przekonanie, że chyba więcej jeszcze będzie musiał pamiętać, mieć do tego dostęp i tak dalej, wiecie, na od razu, na teraz, od ręki, a nie gdzieś głęboko… bo przecież tam głęboko to zawsze będzie wiedział wszystko.

Chyba…

Chyba nie potrafi zapomnieć na zawsze…

A Kozaczenie, cóż, słodki, włochaty, dwukolorowy, jakby zad zamoczył w białej farbie, rudasek lekki, z rogami takimi, że na ich widok Wiedźma Wrona po prostu zamiętności wielkiej doznała. No lubi takie sprawy…

Trochę to dziwne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dam ci to wszystko” – … Redondo… Tak, poznałam ją i pokochałam za jej niesamowitą trylogię kryminalną, więc jak tylko moja biblioteka zniknęła… cóż, jej książki były na szczycie tych, które należy odkupić jak najbardziej i najszybciej.

Bo do jej powieści się wraca.

Do niektórych może i dorasta, jak ta, którą znalazłam lekko zaskoczona na stronie Empiku. Wielka, twarda okładka, piękne wydanie, intrygujący opis, ale… no właśnie, ech, jakoś takoś… bez urazy, ale jeżeli od początku nie możecie przekonać się do marudzącego, wątpiącego wiecznie głównego bohatera, to powieść ta będzie drogą przez błota, męki i ciernie, ale…

Z czasem, z kolejną stroną, może i ze zrozumieniem, próbą ogarnięcia jego… nie, nie mogę, jeśli kocham, to nie byłabym w stanie tak od razu odrzucić miłości. Nie. Po prostu nie… na szczęście, ponieważ Redondo pisać potrafi, bohater w końcu jakoś dojrzewa do człowieczeństwa… powieść intryguje. Po pierwsze gdy odłączycie głównego bohatera, ukazuje się wam intrygujący i nieznany całkowicie – przynajmniej mi – świat szlachty podupadłej. Świat, w którym o wielu sprawach się nie mówi… i wtedy, nagle, coś w was zaskakuje… i…

Może problemem jest zwyczajnie rzucać się na tę powieść i oczekiwać kryminału, bo choć śledztwo, leniwe i kiepskie jakieś mamy, to jednak, nie o tym ta powieść, a o wierze i miłości. O zaufaniu i oddaniu. O rodzinie… O nagle znalezionych korzeniach, które mogą do was przywrzeć…

O inności…

Społeczeństwach, osobowościach, dorastaniu… tak wiem, należy wspomnieć i modny temat homoseksualizmu… problem w tym, że to dla mnie żadna nowość, więc… wiecie, trudno mi spojrzeć na tę powieść z tej strony. Dwóch facetów razem? No i co z tego? Rany, jak świat światem… ech… ale z własnego podwórka wiem, że wciąż niektórzy chcą LECZYĆ i tak dalej, więc wspomnę, iż powieść traktuje o homoseksualnym związku. Pięknym związku, ale też i zwyczajnym miejscami, problematycznym. No rany, jeden nie umie zaufać, drugi…

Ale… za dużo powiem.

Przeczytajcie jeśli chcecie wejść w inny świat, poznać inne miejsca i społeczności, lekka antropologia kulturowa i dodatkowo… cóż, człowieczeństwo. Bo bez urazy, ale zniszczony przez rodzinę człowiek, to wciąż zniszczony człowiek niezależnie od tego czy kocha płeć swą czy odmienną…

Lille…

Lille Krusegaard…

Wiecie.

No taaaaakie śliczne, słodkie miejsce, gdzie zwykle możecie coś wypić i zjeść w środku, ale teraz, to raczej ino zaopatrzyć się w jakiekolwiek świątezne, czy też wiosenne pierdoły do domu. Po prostu prześliczne wnętrze, które w święta przemienia się w coś więcej, a między nimi ma na półkach to, czego człek potrzebuje, lub nie. No wiecie, te wszelkie malutkie lampeczki i one wszelakie świeczki i zaiweszki, ceramikę, która pozwoli wam na zawsze zapamiętać przygodę z Wyspą, albo, jeśli tu mieszkacie, zwyczajnie kupić prezent, którego nie ma wszędzie.

No cóż, to nie jest takie łatwe tutaj.

Nawet jak wszystko jest aben.

Ale, jeśli chodzi o samo to miejsce, może i trudno tam dojecha, warto wygooglać sobie, znaleźć ich Facebooka czy Instagrama, a potem pójść na spacer. W one okoliczne lasy, bo tną je na potęgę, więc wiecie, to może być ostatnia chwila…

Tia…

Ekologia!

Ale… jak to było w sklepie… no więc byli ludzie!!! YAY. Żywi, wiecie, tacy normalni ludzie, dawno nie widziałam innych ludzi.

No co?

Taka jestem zamknięta.

Gaard w rzeczywistości mieści się nad rzeką i naprawdę urzeka swoim skandynawskim czarmem.

Powiem tak, mnie trochę gaardy przerażają, ale jednak pooglądać je sobie od środka, one belki grube, one wszelakie zdobienia, tę atmosferę. To jednak pamięć innych czasów, na brukowanym wnętrzu domostw, budynków złożonych w kwadrat czy prostokąt, wciąż słychać koła wozów, podkute końskie tańce, wszelakie meczenie, beczenie czy kurze pierdy…

No wiecie, to były inne czasy, teraz stajnia zmienia się w sklep.

Oboraz w miejsce wystawowe.

I fajno, jestem za tym!

Naprawdę. Można w tak niesamowity sposób przekształcić te wnętrza, a jednocześnie zachować one nierówne ściany i malutkie okienka. I te belki. No wiem, lekkie zboczenie na punkcie drewna, a co, czemu nie?

Każdy potrzebuje jakiegoś szaleństwa, każdy!!!

Posłuchać ptaków, podpatrzyć jak penetują krzaki, jak w końcu używają tego niby poidełka, w którym rzeczywiście się moczą, by inni spijali z ich skrzydeł. Naprawdę… i te krokusy kolorowe, żółte, białe i fioletowe, które są wszędzie. Takie to lekko uspokajające. Jak ściółka w lesie, mchy i liście zeszłoroczne i kawałki gałązek porozrzucane przez wiatr i powalone pnie…

I jeszcze…

Coś więcej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kozaczenie… została wyłączona

Pan Tealight i Ustępy prawnych ustępów…

„… więc mieli dział prawny w Sklepiku z Niepotrzebnymi, głównie dlatego, by się wywinąć od sprzedaży, bo nie oszukujmy się… nikt z mieszkających tam obiektów nie chciał być stąd usunięty. Sprzedany, pakowany, kokardkowany i wiecie… tak z paragonem wysłany za morze może?

Albo i oceany.

Nie.

Nawet ci wystawieni w oknie reprezentacyjnym, wiecie, dziwacy z najdziwaczniejszych, co to w rzeczywistości nigdy nie patrzyli przez nie, na ten cały Zewnątrz, świat i przemijania, ale zawsze do środka… nawet oni, choć sami chcieli tam sobie mieszkać, bo światło, a i zboczenie pewne… to jednak wiecie, tylko szyba by grzała plecy, ale cała reszta, od środka, w Sklepiku, jakby wiele światów zebrało się w onym jednym budynku i jego dość nowych podziemiach i jaskiniach.

A tak, przecież ten świat był tak bardzo intrygujący.

I one wszelkie osobowości!!!

I te problemy, kłótnie, sfary i wszelkie połajanki, no wiecie, taka mnogość i różnorodność osobowości oczywiście prowadziła do drobnych, większych i cłkiem krwawych rozwiązań. Niektórym wyrastały nowe kończyny, innym ich ubywało, języki się zawijały, czy inne odcinki rzeczywistości cielesnej, albo… oj, tutaj to naprawdę już wyobraźnia szalała jak się jej podobało.

Wolność pomszczenia niech żyje nam!!!

W końcu w magię nikt nie wierzy…

Ale prawo… hmmm, w prawo nie musicie wierzyć, wiecie dobrze, że ono tu jest, a już w takim miejscu, prawnicy musieli być specyficzni. Odporni i najlepiej w jakiejś ołowianej zbroi z cynowymi czapeczkami.

Z antenką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc wieje.

I trochę pada…

Ale ogólnie to ciepło i krokusy szaleją jak co poniektórzy powsadzali cebulki bardziej mnogo, to można sobie popatrzeć… ja nie powsadzałam, ale jakby ktoś miał na zbyciu, to miejsce jest. Szczerze. Ale u nas ceny za te cebulki, to gwałtu rety… pewno też i jak w innych wymiarach wszelakowatości, no drogo jest i tyle.

Ale Szwecja się otwiera…

Ech…

Gdyby tylko jakieś ono, piękne i potrzebujące wyznawców, Bóstwo Obfitości się nad człekiem ulitowało i za oną robotę, wiecie, no płaciło, a tak to od nastu lat człowiek za darmo robi. Robi, bo głupi i nauczono go, że nie wolno się lenić, ale wiecie, nie umie przestać, choć ci co uczyli już nie żyją, wciąż się napędza, nakręca, wymyśla nowe deale i tak dalej… i chce tworzyć, bo jak to, tylko leżeć i TV oglądać… zresztą telewizora nie ma, wywalił w zeszłym wieku, dzięki temu innych ludzi nie rozumie, a czasem i może siebie samego, ale… nawet to leżenie, dobra, poczyta książkę, ale jak czyta, to i coś zanotuje, zresztą i sam coś musi napisać, no jak to inaczej…

… więc nie umiem w lenistwo.

Nawet jak czasem tu pada.

Wciąż myślę o tym, że krzaki dwa przed oknami przyciąć trzeba…

Ale…

U nas już Turyścizna.

Już ten dziwny czas, nagle jakby ludzie zaczynali zapominać, że coś się w ogóle dzieje na tym świecie, innego, gorszego, złego… wiecie. Małe sklepy pootwierane, pewno że maseczki na rju, ale jednak cała reszta, no jakoś wciąż na poważnie.

Wciąż strachliwa.

Ale…

Co do świąt, to weźcie no, tutaj one święta… to może jakieś kolorki, jakieś tam piórka, kiedyś spotkania, zjazdy rodzinne, ale to teraz mało u kogo, większość zwyczajnie ma wolne i tyle. Wolne na przyrodę, ogród, wszleakie lenistwo i odpoczynki, najczęściej aktywne. Bo tutaj spacer, to musowa sprawa. Inaczej się nie da. No i jakoś tak, wiecie, pewno ludzie pójdą do sklepu, pewno niektórzy stworzą swoje stroiki jajeczne, inni znowu przeorają trawniki…

A jeszcze inni wyleją gówno na pola.

No co… przecież nie napiszę, że mieszanki chemiczne straszne, wszelakie rąbane randapy, bo my bright green island. No i i tak nikt mi nie wierzy, że to najwięsza bujda Skandynawii. Ona cała rąbana ekologiczność. Największa.

Pada.

Wieje.

Ciepło.

Pogoda oczywiście pędzi ku onej ciepłej wiosenności, ale jakoś liście, kwiatki i tak dalej, wiecie, nie spieszy im się. Wciąż krokusy wyłażą, dopiero przekwitają przebiśniegi… trawy jakieś i inne tam zieleninki próbują przebić się przez grubą warstwę liści, ale… marnie im idzie. Marnie i powoli.

Może zwyczajnie wiedzą coś, czego my nie?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ustępy prawnych ustępów… została wyłączona

Pan Tealight i Postęp nieustępliwy…

„Przybył Postęp Nieustępliwy, wlokąc się za Wiosną Nadziejną, by ino dobić pochmurność Wiedźmy Wrony Pożartej.

Od razu, od pierwszego dnia Pan Tealight wiedział, że będą problemy. I to nie jakieś takie mikre i ledwo widoczne, nie nawet zwyczajowe, które jakoś mógłby przykryć cień Czary Goryczy, ale jednak wielkie problemy o wizji swej wielkości, o pewności, o onej gigantycznej wielkości zewnętrznej i w sobie, onego pragnienia, by wiecie, wciąż jeszcze się poszerzać i brnąć w przód i w szerz…

I jeszcze…

… oczywiście haczyć o inne światy.

No bo przecież kto by chciał być ino jednowymiarowy!!!

Wiadomo, że w dzisiejszych czasach, to każdy prze ku sławie. Rozbierajki na Jutjubach i Instagramach, jeszcze te Tokipoki, no i inne dziwactwa, wiecie, dziś każdy chce pokazać cycki, jakiekolwiek je ma, ale nie ona. Ona nie chce nawet o tym słyszeć, więc wciąż klepie Biedę, ale Bieda mówi, że lubi takie zabawy… żeby nie było, Bieda ma swój kanał na Jutjubie.

I Fejsbuka ma!

Nie no…

Wiedźma Wrona też ma to i tamto, ale wie, że jak cycków nie ma, to się nie zarobi. No nie nada! Niby możnaby pokazać cudze, możnaby malowac je czy coś, ale jednak,  kurde, takie to zakłamanie… więc jak ten Postęp zaczął ją naciskać, to się odmachnęła i Bieda poczuła się zazdrośnie.

I zaczęło się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Coastline…

Czyli wybrzeże…

… przestało istnieć między Melsted a Gudhjem.

Po zdjęcia archiwalne można się zgłaszać do mnie… i tak, doprowadziło mnie to do łez… gorzej, rozpierdzieliło mnie to gigantycznie, pocieszyła ino wiadomość, że Szwecja się otwiera, aczkolwiek wciąż z testami. Oczywiście ono testowanie jest tu i tu inne, ale jednak na jeden dzień, wiecie, jakoś człek powinien przeżyć…

Może się uda?

Może?

Ale, o czym miałam pisać…

O wybrzeżu… którego kamienista, piękna linia brzegowa, wiecie skały, miniaturowe jabłonki i dęby, w rzeczywistosci rzadkie, dodające uroku, już nie wspominajmy, że trzymające oną niewielką ilość gleby naskalnej w kupie, no wiecie… no to już ich nie ma. I róży dzikich i onych jagodowych krzewów, wielkich takich, aroniowych borówek i jeżyn nie ma… trawy pewno może jakieś si wyklują, choć wszystko wygląda, jak poważna depresja gangstera…

Wiecie, zdepresjonował się i przejechał po wszystkim takim wałkiem, i to z wielkimi wypustkami.

Ostrymi!!!

Nie chcę tam chodzić.

Od razu robi mi się niedobrze. Od razu czuję jak w lecie wypali wszelakie mchy i porosty, które rosły dzięki znikomej cieniowości i jeszcze, ech, fajno będzie jak ludzie, co to se tam domki poukrywali…

Wrócą.

Bo wiecie, nabrzeże nabrzeżem, czy raczej wybrzeże, co ja z tym NA… no ale, oni to raczej NA, wiecie, wysoko, na skałach, tam gdzie promieniowanie należy mierzyć ciągle i wietrzyć wiele i w ogóle cieszyć się z przewiewów…

Bo wiecie, u nas granit, to promienie lecą.

Dzięki onej degradacji zieleni wszyscy nie tylko nie będą oddychać, będą się suszyć i palić, ale też… no właśnie, czy to nie zwiększy promieniowania w powietrzu? Nie no ja wiem, że czasem w dawkach odpowiednich i tak dalej to to jest prozdrowotne, no ale, wiecie, u nas to już co za dużo, to małozdrowo… bardzo małozdrowo!!! No ale, ponieważ wszystko widać, to i tłumy się zwalają pooglądać sobie one najdroższe w Gudhjem posesje dotąd ukryte, albo widoczne ino z drugiej strony miasteczka, wiecie, tam od ulicy, z góry… czyli onego NA…

A ludzie ciekawi zawsze.

Ale…

… więc, lody w Gudhjem w porcie otwierają się 27go marca, znaczy, już otwarte. LOL

Ktoś chętny?

Widok jest, wliczony w cenę.

Co prawda po tym zeszłorocznym eksperymencie z odstępami – olewanymi – wszelaką bezpiecznością – olaną, to jakoś ja podziękuję. Bo jak widzę jak mi ludzie kichają na te patyczki i wafelki, to mi niedobrze. Szczerze. Nie chodzi o te koronne sprawy, wcale… zwyczajnie ludzie mnie brzydzą.

Jakoś tak.

Serio… od zawsze tak miałam…

Na szczęście z wzajemnością, w końcu moje szaleństwa brzydzą ich!

YAY!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Postęp nieustępliwy… została wyłączona

Pan Tealight i Kaszanka z dmuchawców…

„No bo Wiedźmy z Pieca się nudziły, to wiecie, jakoś takoś, po prostu postanowiły poszaleć, a wysuszone, dmuchawcowe główki, umieszczone bezpiecznie w wielkim słoju, tylko na to czekały…

I zamiast poddać się maceracji, to z wiatrem oczywiście uleciały.

Okno było otwarte, więc trudno się im dziwić… a i wiatr był sprzyjający, ciepły, wiosenny, bo to przecież już wiosna… niestety. Wiedźma Wrona Pożarta była całkowicie niezadowolona z tego przekręcenia się nagłego pór roku i ciągle jęczała, że ciepło, że świeci, nie no, pewno, że grzebanie w ogródku było fajne, ale jednak… ale jednak tęskniła za ciemnością, mrokiem, onymi wczesnymi wieczorami i takimi tam… no wiecie, do września jak dla niej…

Ale Wiosna Nadziejowa, upierdliwe stworzenie, którego nikt nie chciał w domu, bo wprost tryskała optymizmem, pewno te testy się jej rzuciły na głowę, czy coś innego, więc wiecie… działała na nerwy każdemu. A to kwiatki podrzucała, a to domagała się jajek malowanych, co Wiedźmy z Pieca odpowiednio skwitowały i zrobiło się jej niedobrze… nawet jej rzyg zakwitł.

Pewno jakimś grzybem atomowym, no ale…

Ale…

Nie można było powstrzymać tego wszystkiego. Onych kwiatów, tej zieleni, ptaszków świergolących, więc Wiedźma Wrona, wiecie, próbowała przetrwać. Żyć, chociaż oddychać jakoś… chociaż. Ale na nalewkę miała smaka, a tutaj… czekanie na mleczyki to jeszcze sporo czekania, więc… nie poprawiło jej to humoru. Całkowicie, ale to wcale ni wcale… bo wiecie, do kaszanki miała być też nalewka, więc się lekko nastawiła na odstresowanie, czy nawet i całkowitą nieprzytomność, albo coś w ten deseń, ale nie… została z humorem…

Zresztą ostatnio jakoś w ogóle nie miała onego humoru…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nobliwy proceder” – … najmniej. Chyba najmniej mi ta powieść podeszła, z tych takich, wiecie, „nietudorowych” nie wojnoróżanych… chociaż, porusza temt, o którym częśto się nie wspomina. Co więcej, wielu z nas o tym nie wiedziało. W szkole przemilczeli…

Ale, o co chodzi?

Niemłoda kobieta, Frances, XIX wiek, Bristol i handel niewolników. Co jak co, temat na pewno na czasie, bo kto z nas pamięta, że w tak niedalekich czasach w onej pięknej Anglii odchodziły takie akcje, aczkolwiek, jeśli ktoś czyta uważnie, zauważy, kto tak naprawdę kogo sprzedawał, ale…

Oto kolejna opowieść o zderzeniu się kultur. O kobiecie, której wciąż niewiele wolno i kapłanie, który, nagle wrzucony zostaje w całkowicie, wprost kosmicznie inną rzeczywistość. I nie, rozwinięcie tej akcji to nie romans, to raczej obyczajówka z tamtych czasów, ale jednak… coś posżło nie tak. Powieść jest zwyczajnie nudna, główną bohaterkę mam ochotę dekapitować, ale…

Temat…

Intrygujący.

Warto liznąć, może nie wczytać się, ale poznać historię tamtych czasów. Może coś więcej zrozumieć. Może… wiecie, potem zrobić własny research i sięgnąć po powieści opisujące oną codzienność tamtych czasów. One handlowe statki, ten ból, poniżenie, ale też… popatrzeć na to z obydwu stron.

Podobno na Wyspie śnieg spadł dni kilka temu, no ale… jak zwykle kurna nie u nas. I tak, wiem, oczywiście, że wiosna już… ale jednak, bez urazy, może i w marcu jak w karncu, ale kwiecień plecień, więc czemu nie?

Nie, oszczędzę wam opowieści o tym, jak to drzewiej bywało i na imieniny kiedyś tony śniegu miałam. Ech, jaka to była dzika, cudowna radocha. No dobra, to był Karpacz i szczerze, śnieg do wieczora poszedł sobie pa pa, ale jednak sprawił mi… radochę. Jakąś taką, normalną, darmową nawet, bo już wyjeżdżaliśmy z miasteczka, wracaliśmy do Wrocławia…

Chowaniec, oczywiście w ramach pracy, pojechał sobie na inny koniec Wyspy i jak zwykle jet lag zaliczył. Ale tak często jest. W końcu dla nas wyjazd z Gudhjem do stolycy, to po prostu całkiem inny świat. I nie, nie mówię o Kopenhadze. Nie. Całkowicie mówię o naszej stolycy wyspowej, ale jednak, ta cała odległość tutaj jest… pokręcona. 20 kilometrów to jak 2 tysiące! Inna strefa czasowa.

Inne ludzie, inaczej gadają i w ogóle…

Nawet w Gudhjem czy Melsted ci na górze inni niż ci na dole.

Ale… przecież wciąż na sprzedaż jest pewien domek w Melsted.

Żółty taki, który przerobili na coś wakacyjnego, ale to, co mnie w nim intryguje, to szpa, stary dom, czy coś w ten deseń, które stoi zaraz obok. Naprawdę. Niesamowita mieszanka starych cegieł, którą… którą bardzo chciałabym sfotografować, ale głupio tak spytać się sprzedawcy, czy można…

Głupio?

Bardzo.

Szczególnie, gdy jesteście mną.

Ale…

Dlaczego wspominam o tym miejscu, bo warto kupić, a poza tym, to chyba jedyne sensowne coś do kupienia obecnie tutaj. Nie żebyśmy opływali w jakieś posesje. Ale ceny, szczerze wariują!!! Naprawdę!!!

Niektóre są powalone.

Jak to dobrze, że człek o tym nie myśli…

Ech…

No ale, kilka dni później w nocy minus pięć, intrygujące. Muszę przyznać, że pogoda zaskakuje. Czy śnieg czy wiatr, ja piernicze, wciąż nie mogę się ogarnąć. Wciąż boję się onego zewnętrza, które u nas według wszelakich doniesień, to właściwie opuszcze sferę chorobową i wolno nam będzie więcej, a w tym samym czasie reszta świata się zamyka… no serio?

Jak to działa?

Jak!!!

Jedno wiem na pewno, od końca 2019 nic już nie będzie znajome. Teraz tylko wszelakie niespodzianki i testy. Szkoda, że na mądrość nie robią. Chociaż, człek bałby się wyników. Wyobrażacie sobie te roczniki z poważniejszych zawodów, takich pracujących z żywymi osobami… bo ja to tam pracuję z już dawno nieżyjącymi, a inni… jak zdali egzaminy, jak się bronili, jak stworzyli prace…

Nie wiem.

Znowu wiatr wieje…

… ciekawe czy coś przyniesie, czy odbierze, bo wiatr tak ma.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaszanka z dmuchawców… została wyłączona

Pan Tealight i Małomądra…

„… i dobrze jej z tym było, że nagle z onej wielkiej yntelygencyjy opadła ją jakaś małomądrość i postanowiła uczynić ją swym awatarem.

Boskim posłańcem.

Oną cudownością poddaną boskości, ale jednoacześnie będącą nią samą. Odbiciem, cieniem, wszelaką, ciągnącą się smugą, uświadamianiem innych, że przecież ten bóg tam jest. BÓG… znaczy się, ino że, kurde, no jaki? Bo widzicie, była awatararem, ale nie do końca wiedziała jakiego boga… znaczy BOGA, to wiedziała na pewno, ale jednak Jego imienia, czy coś…

Szczerze?

Wiedźma Wrona Pożarta postanowiła uczynić z niej swój obiekt badań, bo przecież BÓG to bóg, wiadomo, warto wiedzieć, czy starym, czy jakiś nowy, czy komuś się coś pokićkało i już… ale kurde, no on jakoś, znaczy ta boska emanacja, oddziaływała na Małomądrą w sposób, który…

Ech…

Mało widoczny był.

A może i od razu dosadnie downętrzny?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Havgus wiosenny…

Havgus wiosenny, ale tej wiosny, wiecie, co to jej nie ma jeszcze kalendarzowo, albo wiecie, jakoś takoś dopiero się zacięła, jest nagły i zaskakujący. Macie, siedząc sobie niedaleko morskiej toni, drogę od wzgórza Gudhjemowskiego, lesistość tak mocno wyrąbywaną… z dala od mocy ludzi, ale jednak pośród małych domków, z widokiem na pole i jakieś pozostałości po okołorzecznej zieleni…

… i wiatrak jeszcze, nie zapominajmy o wiatraku…

No więc ten havgus jest biały.

Albo ino lekko przezroczysty.

Ten dziś był biały i nierówny, mocno opierający się drzewom, skałom i dachom domów. Jakiś taki lepki, przynoszący ze sobą lodowate zimno, fascynujący, jak zawsze. Naprawdę. Bo havgus, taki morski twór, niby mgła, ale nie do końca, zdaje się być najbliższym obrazem onych woalów, które opisywali w mitach, jako one otaczające magiczne miejsca jak… Avalon.

Wyspy wszelkiej mocy, skrywające magię.

Wiecie…

Byłoby się jakoś takoś zgadzało, co nie? W końcu to Wyspa. W końcu to miejsce, które się wsysa w siebie, a może i raczej to ono człowieka zasysa…

Nie wiem.

Ale havgus…

Wisi tak najpierw nad polem, które zmienia swoją barwę na dziwnie bursztynową, jakby zasysało świało, które jeszcze przed chwilą rozlewało się ponad wszystkim, niebo było niebieskie, wszelaka chmurność ino lekka, a teraz, wszystko otacza biel. Biel mglistości wilgotnej i lepkiej, zimnej i dziwnie skrzącej się na skórze. Czegoś, co chroni od wszelakiego zewnętrza, ale i jednocześnie jest zewnętrzem, chociaż, chociaż jeśli tylko zostawicie otwarte okno czy drzwi, to wiecie, wlezie wam do domu i się rozgożci nagle, na stałe.

I będzie podgryzać was nocą…

Havgus opada nizym ciało stałe, lekko poddusza, ale czasem, ngle, bez żadnego powiewu, niczym rozumna istota się podnosi, torzy kłęby i kroczy… kroczy drogą, ścieżką, przez domy, pola, lasy…

… zwyczajnie kroczy, bo może.

Bo jest takie.

Inne.

Teraz havgus zamarł. Niczym lodowa ściana zaraz za szybą. Za oknem, zasłaniając i ogród i podjazd do domu i domek sąsiada, który chyba jeszcze nie wrócił z pracy, ni dzieciaki ze szkoły, choć może chodziły do tej zamkniętej, więc wiecie, znowu w domu siedzą i tak dalej… no i jeszcze oczywiście wrony i mewy, które w havgusie przestają nagle latać, wolą chodzić, kroczyć w jego gęstości, poruszać się, macać go, jakoś tak, porozumiewać się z nim może…

Nie wiem…

Ale nie widać poza szarą bielą nic.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Małomądra… została wyłączona

Pan Tealight i Zaskrzypiec…

„No jakoś tak się zalągł, pod dachem… Zaskrzypiec.

I wiecie, niby na początku jakoś takoś cicho był, nie chciał się ujawniać, a że szafy tam nie było, właściwie żadnych mebli, nie mówiąc nawet o podłodze, no i te wiatry, które wpadają i wypadają i jeszcze kręcą tak bardzo, więc… wiecie, wciąż całe to miejsce było w onym stanie niewykończenia, niestraszenia, możliwości wszelakich, to ino zwyczajnie na dół nie złaził, do pewnej nocy.

Wietrznej nocy.

Możliwe, że nawet tej, podczas której woda wdarła się pod dachówki i postraszyła Wiedźmę Wronę Pożartą… no wiecie, zdarza się tak czasem, jak wam dachówki lekko niestykają, ale potem wsio jest okay, więc… niby nic się nie stało, ale strach był, więc i tak nikt by go…

… onego Zaskrzypca, nie zauważył.

No weźcie.

Tak naprawdę, to nikt nie pamiętał kiedy zdali sobie sprawę z jego istnienia. Jakoś tak, wiecie, nienarzucający się był, ino, że coś poskrzypiwać zaczęło, najpierw tu, potem tam, w rogu domu, dziwnie jakoś, niczym kod Morse’a czy jakieś inne gadanie, niczym pradawnych języki…

A on się ino po plecach drapał…

Jak się później okazało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki… tym razem dostane of dobrej duszy.

Thank you Dolly!

No więc tak…

Przez jakiś czas rząd panikował, że ojojojjj Wyspa się wyludnia i co to będzie. Najpierw zrzucili uchodźców, którym się tutaj nie podobało. Nie oszukujmy się, oni nie chcieli dziczy, zadupia, ale miasta, więc se pojechali… i tyle. Na ich miejsce pojawili się Duńczycy, Szwedzi i Niemcy, mniej więcej, którzy chcą tutaj mieszkać, albo, wiecie, byli rok temu na wakacjach i się zakochali, bo tak pięknie i w ogóle…

… jak najbardziej rozumiem.

Mam na dowód pewien wywiad. Wiecie, ten, w którym Chowaniec występuje dzielnie i tak dalej… no i wali też niezłą bombkę tam, ale to pomijamy milczeniem…

Jednakowoż…

Chodzi mi o onych nowych na Wyspie.

Jak pewno pamiętacie, albo i nie, badając stany psychiczne osobników przeprowadzających się na Wyspę wyodrębnilam kilka etapów i pierwszy z nich to zwykłe załamanie roku pierwszego. Wiecie. Byli na wakacjach, było im dobrze, słońce, morze i tak dalej, ale z czasem zauważają, że sezon to jedno, a zwykłe życie, oczywiście szczególnie teraz, to…

Nie jest najłatwiejsze.

Naprawdę mocno mną trząsnęła opowieść starszej pani, która miała nadzieję, że wnuki przyjadą, wiecie, na święta, jedne, drugie, trzecie… i tak tkwi sama oczekując na ich przyjazd i jakoś takoś, nie widać tego.

Bo to taka bardziej myśląca rodzina…

Może i znajoma z konsekwencjami?

No nie wiem…

Powiem jedno, za naszych czasów nie było klubów zrzeszających się przeprowadzających. Nie było podarunków dla tilflytterów… nie było wiele, ale jakoś daliśmy radę. Było kurewsko ciężko i przyznaję, że wcale nie jest łatwiej teraz, mimo iż człowiek, czyli Chowaniec, nie oszukujmy się, coś osiągnął, ja…

… ja nie wiem już o co mi chodzi.

Ale podglądam se tych nowych i śmiech mnie ogarnia.

Nie potrafią znaleźć sobie domu, jęczą, koty ich ganiają, wszelako fascynacja miesza się z brakami w aprowizacji i zwyczajową głupotą. No bo szczerze, nie mają Googla? Do wszystkiego potrzebna jest grupa na Facebooku i oczekiwanie, że ktoś inny za nich posprząta, ulula do snu…

… najlepiej wiekuistego, i jeszcze dziećmi się zajmie.

No i powie co i jak…

I pracę da, albo kasę…

Jakby co, to oczywiście w tych okolicznościach roku pory są też ogłoszenia o pracę. Ci szukają pracowników, najczęściej nieletnich, tamci znowu szukają pracy… i oczywiście miejsca do zamieszkania. Jak na razie najlepsze odpowiedź, to kupcie se przyczepę i zaparkujcie na campingu.

Będzie i dom i woda i tym podobne…

Nie wiem, jakoś inny świat się przede mną otwiera…

Czyż tak durna byłam, że walczyłam i wciąż walczę o wszystko sama, a nie lecę z pyskiem do mediów? Chociaż, pyskuję sobie tutaj. Ale tu nikt mnie nie czyta. Jakby ktoś chciał wspomóc, to paypal na górze pod DONATE, a merch na Spring.

Tak napiszę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaskrzypiec… została wyłączona

Pan Tealight i Pudelek czarownicy…

„Ekhm… że wiecie, zwykle to myśli się, że kot…

Kot i to czarny.

No wiecie, jednakowoż istnieją pewne standardy… znaczy postrzegania ludzi postrzegających innych osobników i wszelako, no jakoś tak rozpoznających się na wzajem, czy coś w ten deseń. Albo i co więcej… no pewno że to stereotyp jak nic, ale jednak, jak z miotłą… wiecie, Wiedźma Wrona Pożarta miała kompletnie inne postrzeganie własnego jestestwa i co jak co…

Ale nikt nie mógł jej narzucić jaką wiedźmą być.

Ha!

Dlatego, gdy przyszła oferta z tym całym pudlem, to szczerze była lekko zainteresowana. No bo czemu nie? Piesek, to zawsze dobra sprawa, nawet jeśli niektórzy dodaj, że: z grilla to dopiero jest super… ale… oferta przyszła, czyli znowu chcieli jej coś sprzedać. I to szczerze, mocno i bardzo. One listki ze zdjęciami i wciąż obniżającą się ceną znajdowała w skrzynce na listy codziennie, a dokładniej Chowaniec je przynosił, zresztą, wetknięte za wieniec na drzwiach też były, ale żółtawe, pasujące kolorystycznie do wiedźmiego domu… ślicznego Misia.

Ale jednak miała misia… miała wron i mew stado i miała jeszcze siebie samą, no i Pana Tealighta z tymi jego dodatkami, więc… nawet jak cena była już z dopłatą… cóż, właśnie wtedy zaczęła być najbardziej intrygująca, jakoś tak przestała się tym interesować. Jakoś tak… i karteczki zniknęły…

Albo też ktoś inny je zbierał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak się zastanawiam, że naprawdę, już mocno, mam dość tych bombardujących mnie wieści, a nie mam TV i nie czytam newsów, a jednak, jakoś mnie dopadają… wiecie, ktoś coś wrzucił, coś się pokazało na FB czy Instagramie… wiecie, samo się na człowieka wrzuca. Skacze tak na niego i zwyczajnie, maksymalnie mocno, przydusza i mocno przypiernicza…

A przecież…

Przecież życie toczy się dalej.

A może jednak się nie toczy, bo jakoś takoś, no zwyczajnie tego nie czuję. Jakoś tak ona codzienność, to tylko umijający czas, nic poza tym. Pewno, że jak kogoś na to stać, to siedzi sobie w domu, robi zakupy on line i wiecie, jakoś tak się kręci. W ogóle właściwie nie wyłazi, podobno też wszelkiej maści Netflixy i inne tam, nie wiem jakie HBO? Mniejsza o nazwy, ludzie oglądają.

Ja nie potrafię, od razu książka, jakaś robota i…

No nie daję rady.

Nie dla mnie, introwertyka totalnego, takie rozwiązania. No dobra, nie wyznaję się na zakupach. Naprawdę. Kompletnie. Nie chce mi się i po prostu, jakoś tak… wiecie, nie oszukujmy się, nie stać mnie. Z pustego i Salomon i tak dalej. Może brak mi praktyki? Albo jakiegoś myślenia? Wiecie, one konsumpcjonizmy i tak dalej? Może tyle tego nie mam, a może, zwyczajnie, nie ma tego, czego bym pragnęła? Może jednak to coś, czego pragnę jest za darmo? A może powinno być za darmo? Wiecie, świeży, wolny świat, wszelako piękny, zielony…

Szyszki…

Kamyki… no wiecie…

… więc jak tam u was leci ten dziwny czas?

Bo tutaj to już nie wiem… za to wciąż ludziom się wydaje, że jest tak super i należy się przeprowadzić właśnie na Wyspę. Wszelako znalezienie domu do wynajęcia! Wszelako kupno posesji porządnej, to obecnie naprawdę coś niemożliwego. Znaczy, można spróbować z gruntem, ale… spora część z gruntów jest dość głęboko przykryta toną innych wiadomości, a ludzie szukać nie potrafią… sami wiemy jak to może być cringowo, gdy kupuje się dom, o którym dziwnie nikt nie wiedział, że jest n sprzedaż, a na dodatek gość od nieruchomości od razu zabiera tablicę dotyczącą sprzedaży, zwykle naklejają napis: sprzedane, szukamy podobnych…

No akurat ta firma, więc…

Może jest w tym coś więcej?

Wiadomo, że wiele domów zostało kupione kilka lat temu po zawyżonych cenach przez ludzi z Kopenhagi, których na to stać. Domy one zwykle stoją samotne, nawet przez lato, oczywiście teraz, wiecie, czasy się zmieniły! He he he, jakoś ludzie z miasta uważają, że przyjazd tutaj będzie lepiej podkręcał codzienność i… mamy marzec, koty robią co zwykle robią… i co? I nagle na grupie Gudhjem na FB pojawia się wpis, iż panienka ma NADZIEJĘ, że to co słyszała, to kot był, a nie dziecko, bo ona tego nie rozumie, że jaby to dziecko miało być…

Tak, jest to napisane w taki dziwny sposób.

I nagle człek se uświadamia dziwność tego jak to on się tutaj przeprowadzał, jak inne wszystko było, jak bardzo był sam…

I jacy są oni.

Nowi… ale o tym za dwa dni, bo wiecie, się uzbierało.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pudelek czarownicy… została wyłączona

Pan Tealight i Srebrogłód…

Srebrogłód, wbrew nazwie swojej wcale nie był głodny.

Ale był srebrny.

Głodna zaś była Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, właśnie na srebro mając smaka, więc… no cóż, tak jakoś się dobrali, czy coś. On był srebrny, ona chciała srebra, więc…

Dobra, należy jednak to wyjaśnić, że życie, jeśli chodzi o nią znaczyły one kreski i kropki pożądania srebra. Srebra wiszącego, napalcowatego, po prostu srebra, który mogłaby mosić, majtać nim, wiecie, te jej uszy srebrne i w ogóle… te wisiorki naszyjne, ona cała kolekcja, która nie odpoczywała w kosztownych woreczkach i pudełeczkach, szkatułach jakichś, czy coś w ten deseń…

Nie.

Ona nosiła wszystko.

A teraz miała Srebrogłoda… który był zawsze przy niej, srebrny cały, oryginalny, nierecyclingowany, całkowicie pierwotny, prosto z samorodka i z żyły odpowiedniego olbrzyma… też srebrnego… taka była jego przeszłość, to pamiętał i tylko to nim został przywołany przez jej, dość nietypowy, nawet możnaby rzec dość niszowy głód… wiecie, inni potrzebują żelaza czy witamin, a ona srebra. Koniecznie. Od razu i teraz, inaczej to się będzie nawarstwiać i…

… w końcu można będzie stworzyć coś, czego się już nie nakarmi.

I co wtedy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Biała księżniczka” – … ona. Która, jak tak wiele przed nią, oczywiście myślała, że on ją kocha, że to będzie może bajka. Nienauczona doświadczeniem matki…

Wierzyła w bajkę…

Ale przecież była młoda, można zrozumieć, czyż nie?

Oto opowieść o Elżbiecie York. Tej, która pokochała jednego, a wyszła za innego. Wiecie, no tak bywa. Matka Henryka VIII. Małżonka tego z Tudorów, który był pierwszym, którego matka, lekko mówiąc była szczerze napalona na ten cały tron i jeszcze… no właśnie, najbardziej intrygująca, czyli wciąż żyjąca Biała Królowa.

Wiecie, ta czarownica.

Oto historia o tej, o której mówi się sporadycznie. Wpisuje się ja w drzewo genealogiczne i tyle. Podobnie jak jej teściowa i ona stanie się pewną obsesją dla własnego syna, ale tak naprawdę, to przede wszystkim czekanie, że jednak przybędzie ten pełnoprawny następca tronu. W końcu ona jest z Yorków.

Wojna Róż może się zakończyła, ale czy na pewno?

Powieść jest dość babska, pełna uciekania z jednego miejsca w inne, lęków i oskarżeń. Z jednego więzienia, kraty i mury, w drugie, ciągła niepewność, brak miłości, ale przede wszystkim ciągłe czekanie na to, co mamunia wykombinuje. He he he! No nie ukrywajmy, kocham Gregory. Jej wszystkie powieści jakoś mnie zaintrygowały. Jedne kocham bardziej, inne mniej… i akurat Elżbieta York nie ejst moją ulubioną postacią, ale wtapianie się w ten ciągły strach, jakoś tak wciąga… i ta młodzieńczość, dorastanie powolne, nadzieja, wiara niepełna…

Czary.

Pewno, w większości to fikcja, domysły, ale jednak z naukowym tłem.

Nikt nie nosi applewatcha.

Książki, książeczki… kuźwa, jak ja nie lubię zdrobnień.

No wiecie… po prostu żarcie. Nadal uzupełniam straconego Pratchetta i udało mi się zdobyć tańsze „Narrenturm”. Po raz pierwszy mam „Małe kobietki” i powiem jedno, genialna książka na prezent. Wydanie przepiękne!!!

Dobra.

Dobijcie mnie, ale nie wiem co się dzieje…

Ludzi nie ma w sklepach.

Znaczy wiecie, one obiecane kolejki i maratony się nie wydarzyły, wprost przeciwnie. Ludzie zniknęli… niektórzy przenieśli się w ogóle na robotanie z domu i dopiero po szczepionce może wrócą do pracy, znowu inni, kompletnie się izolują. Nawet w lesie już nie ma tłumów… ogólnie mówiąc…

Jak kogoś widać, to dziwnie nieznajoma twarz.

Wiecie, człek zwykle widział wciąż te same ryje w sklepie poza sezonem, a teraz, nie wiem, może w końcu zjechali się ci, co kupili domy? Bo kryzys nieruchomościowy w okolicy nadal. W innych miejscach są, ale wiecie, jednak ponownie widać najazd na Gudhjem i Melsted jest. Nie no, jak najbardziej to rozumiem, ale jednak…

Hmmm…

No więc po pierwsze dziwnie ludzie, po drugie brak ludzi, a po trzecie testy i fryzjerzy. Wiecie, bo u nas by pójść na cięcie trza się ztestować, więc jednak zrobiła trst, negatywny, to poszła do fryzjera. Fryzjerka robotę wykonała, babka wraca do domu, znowu robi test – pozytywny, więc karnie dzwoni do fryzjerki, ta oczywiście panic mode…

Koniec tej historii taki, że klientka w ogóle chora nie była, w końcu zrobiła ten test poprawny, na którego wynik się czeka, ale wiadomo, szkody już wyrządzone… ataki paniki, wszelakie lęki, jak nic wszyscy nadajemy się do wariatkowa.

Wyspa panikarzy?

A może jednak…

No wiecie, może ludzie trochę zmądrzeli? A może ja już całkowicie zgłupiałam? Nie wiem. Bo jak można wiedzieć, być pewnym czegokolwiek w dzisiejszych, współczesnych, porąbanych maksymalnie czasach. Naprawdę wygrywamy w historii jeśli chodzi o zjebliwość homo sapiens… nie, większość nie zasługuje na drugie sapiens. Może i wyprostowani jesteście, macie mózgi, ale czy myślący…

Śmiem wątpić.

Wiem jedno, dziś wieje i snestorm mamy, choć mokry, to jakoś w końcu ten śnieg prawdziwy. Jakiś taki, znikający szybko, oczywiście, ale jednak…

Zimowy.

Dziwne to.

Ale nic to.

Książki na szczęście przyszły, udało mi się odzyskać połowę Pratchetta, w końcu po prawie dwóch latach, więc jakoś idzie. Chyba tylko na tym się skupię, bo ostatnio trafiłam na książkę, która zapowiadała się tak super, a jest…

Koszmarem.

Cóż, normalność, ale ja nie mogę sobie pozwolić na wtopienie kasy. To moje być albo nie być. Zjebie mi psychikę takie wtopione 30 zetów niczym wyprawa do wielkiego shopping malla. Oto ja.

Ryzyk fizyk, ale jednak, wiecie, może nie?

Ogólnie mówiąc, wiecie, marzec, urodziny i ta cała wiosna… nie komplementuje mnie to najlepiej. A raczej wcale.

Bleeee…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Srebrogłód… została wyłączona

Pan Tealight i Czarna ścieżka…

„Hmmm…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane od dłuższego czasu chciała właśnie nią pójść. Wstąpić w oną ciemność wszelaką i jeszcze, i jeszcze śnieżnie było, więc jeszcze bardziej chciała, by to było dziś, więc…

… wiecie, więc to zrobiła.

I tyle!!!

Wlazła i… można było pomyśleć, że przejdzie nią do jakiegoś innego świata, że po drodze wydarzy się bardzo wiele, że to ją zmieni, czy coś w ten deseń, iż może przytrafi się jej coś nowego poza mokrymi nogami i dupskiem, bo śniegu wtedy było po kolana, a już szczególnie iście po nieznanym terenie, z taką pierzynką… no wiecie, to jest jednak szaleństwo.

Naprawdę…

Ale ona o tym wiedziała.

Wiedziała, że będzie mokro i trudno, i pod górę, ale że wyjdzie z tego sama, znaczy z Chowańcem, żeby nie było, obstawa musi być, ale jednak poza tym, no wyjdzie inną stroną znaną, no i na dodatek nic się nie zmieni, bo przecież gacie i tak by prała, buty suszyła i tak dalej… ale jednak… chyba miała nadzieję, że nie wyjdzie. Że onej drugiej strony nie będzie, abo wpadnie do jeziorka…

Bo tam obok to taki wodospadzik mini i rzeczka i jeziorko…

Ale nie.

Nic z tego.

Wyszła inną stroną, ścieżka była piękna strasznie, to przyznaje, no i wróci do niej, szczerze i otwarcie, w one sosny wysokie, te skaliste rozpadliny i tak dalej… no i one, wiecie, nie do końca wyciszenie, ale…

Zawiedziona.

Nawet szafy nie było czy latarni…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay, niech mnie ktoś oświeci, serio fryzjerzy tak ogłupiają ludzi?

Nawet Francja o nas pisze. Pewno, że nie mam abonamentu, ale powiem jedno… jak nic, zginiemy.

Marnie.

Nagle skandynawski pijar pada na ryj, ale ino miejscowo, bo przecież nikt z was o tym nie wie. Zresztą, nawet gdybyście wiedzieli, to patrząc na komentarze osób, które wprost mówią, iż łamane są tutaj prawa człowieka, jakoś tak, no… widzicie, wiecie jak to jest, Dania, to kraj wyspowy, z góry na dół można po kontynencie – czyli tym skupionym wyspowatym cudzie, zjechać sobie bez żadnych testów. Bez wszelakich badań i temperaturek nawet… ale już przypłynąć na Wyspę, gdzie wstępu nie mają żadne osobniki poza Duńczykami, wciąż, to jakoś no, ciągłe testy. Dzieciaki w szkole testowane, dorośli mają się testować przed pójściem do tych cholernych fryzjerów… ja pierdziele, serio? Fryzjer to taka najważniejsza sprawa?

Serio?!!!

No nic, nie jestem człowiekiem.

Włosami swymi zajmuję się sama, czasem przy pomocy Chowańca

Ja pierdziele, no szczerze, kompletnie nie jestem kobietą, na to wychodzi… niepomalowane paznokcie, włosy nigdy nie malowane… farbowane niczym szaty królowej, czy jakoś tak. Wstrzyknięć też nie miałam, ale może gdybym mieszkała wciąż we Wrocławiu… kurde, nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Jakoś, widzę to tylko w koszmarach…

Dziwne to.

Kiedyś człek marzył tylko o powrocie do miasta, mieszkaniu w blokach i anonimowości onej wszelako inaczej miejskiej.

No ale…

Czyżby we mnie czar Wyspy malał?

Niknęła miłość, czy coś?

Czy zwyczajnie, uświadomienie sobie tego, że to takie samo miejsce, jak inne na świecie, ino ludzi mniej i oficjalny donos na sąsiada, to zwykła sprawa, no i raczej nikt nie ma wam tego za złe. Chociaż… możliwym jest, że dostaniecie też podobny w prezencie. Albo też ona samotność, wiecie…

… wielu tutaj woli zwyczajnie być zostawionym sobie…

A reszta ino chciała fryzjera.

Ale… reszta to przecież, no dobra, może i większość, ale jednak, przecież wciąż są tutaj ludzie, którzy zwyczajnie chcą ino do lasu. A ten wycięli… Nie, wciąż mi nie przeszło, wkurwa mam tak mega, że szok, tym bardziej, iż mówili, że nie będą, że one wycinki w ogóle będą ograniczone, a w Almindingen never ever anymore!!!

Kłamali…

Może o to chodzi, że ludzie są tutaj ludźmi.

I to w kiepskim sorcie…

Ale… okazuje się, że jak Francja o nas napisała, to może i by ktoś się zainteresował, ale wiecie, jest ten wywiad rudego, więc, raczej znikniemy w pogadankach o tym kto miał rację i czy Diana była zła, czy nie była zła? A na razie, odmawiam wyłażenia na zewnątrz, depresja pomaga, słoneczna pogoda mnie wkurza, wiatry omal nie urwały nam dachu… więc wiecie, jak to na Wyspie, pogoda zawsze najważniejsza sprawa i tyle. Zwyczajność zwycajna.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czarna ścieżka… została wyłączona