Pan Tealight i Nowakasa…

„Była nowa, była wszelako mądra tak wiecie, mądra w matematykę, liczyła na palcach, no tych, których miała… właściwie tak patrząc pod światło dnia zimowego, czyli raczej kiepskie, szarawe i umysł męczące światło, ale jednak nadmiernie ciepłego i mokrego… zdawała się z nich składać, choć poza świałem wyglądała raczej jak zakonnica we włochatym habicie, który się poruszał tak, jakby tworzyły go gromady gryzonii, których nie chcesz mieć w domu…

Na dziko.

Albo co gorsza, odciętych paluszków, wciąż żywych, poruszajacych się, a każdy z nich odziany był w swojego zimowego kondoma.

No cóż… każdy ma swoje.

Ona miała paluszki, i to wszędzie, gdyż liczyła i to mocno. Była w końcu nową kasą Wszechświata. Nowakasa miała na imię, tak, ku ułatwieniu innym odnalezienia się w tym 2023im i była przemiła, ale też od razu przechodziła do sedna sprawy i chciała za wszystko rachunek.

Co czasem było kłopotliwe…

… szczególnie tutaj, gdzie pewne interesy zachodziły pomiędzy wymiarami, pomiędzy niewidocznymi, pod welonami, nad bramami, w wykopach, przestrzeniach całkowicie podziemnych i jeszcze…

No wiecie, nikt ze sobą fiskalnej nie nosił.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kapie z nosa…

Mięśnie bolą.

Właściwie, to zastanawiam się, co mnie nie boli. Nawet obcięte paznokcie bolą, chcoiaż to u mnie norma, jakoś tak obcinanie paznokci czy włosów mnie boli, tak wiem, nienormalne, ale nigdy z normalnością nie miałam wiele wspólnego. Wprost przeciwnie, ale po co tam straszyć ludzi, wiecie…

No więc cłowiek chory…

Niby nic dziwnego, z tego co słyszałam, w Europie ludzie chorują, ale u nas to jakoś tak nie jest źle… oczywiście, że można sobie zrobić test, ale wybaccie, nie stać mnie. I tak nigdzie nie wychodzę, a jak już, to morze, kamienie czy drzewa gdzieś mają moje mikroby. Chociaż, może je lubią? W końcu nie wiadomo jak to wszystko działa. Niegdyś, gdy chorowały kasztanowce i przepowiadali ich upadek, co się nie wydarzyło, to wiecie, mówili, że to też się na człowieka może przenieść i jakoś tak… jest w tym jakowaś logika, w końcu jeśli grzyb, to spory się mogły unosić wiatrem i pod drewm stojąc na przykła mogłeś coś w płucka wepchnać… więc może i jest odwrotnie?

No nie da się przecież nie oddychać.

Nie da się!!!

Ale… podobno wszyscy chorzy, ale głównie to infekcje płucne, odechowych dróg i górnych i dolnych i tak dalej… więc chyba racej nie to, bo oddycham. Raczej wszystko mnie boli. Nadal czuję pewne sprawy, więc to nie TO. A nawet jeżeli, to czy ono TO wciąż jeszcze jest popularne? Bo co jakiś czas dobiegną mnie wieści, że nowy wariant, pomrzemy, i tak dalej, kolejny booster, ale jakoś tak, no wiecie sami…

A może to przez Wyspę?

Odległość, oddzielenie, separacja… morze.

Ale…

Jako człek niewiedzący co się w świecie dzieje na własne życzenie, jednak wpadłam oczywiście na ścieki dotyczące onej pary królewskiej niby co to w USA siedzi. Oj wiecie, Harry i Meghan. I po prostu… nie wiem co gorsze, ten pesnis, stallion, 25, czy jednak to, iż każde słowo sprawia, iż oskarżani wydają się być jeszcze bardziej mili, ludzcy i normalni, no weźcie no… koleś, jak najeżdżasz na brata, to nie mów, że robi to z miłości do ciebie, albo, że wyśmiewałeś jego łysinę!

Ale…

Widać w trech rodzinach królewskich ostatnio pierdolnik.

U nas wiadomo… Joachim, czyli zwany tutaj jęczącym księciem osobnik, którego dzieci nie mają już tytułów, bo zrobiły z nich rąbany merch. No weźcie no, chcesz być modelem, okay, bądź sobie, ale nie dlatego, żeś książę… teraz możesz być byłym księciem, chociaż, wróć, taki już był, jest?

Pytacie co z trzecią rodziną…

… a oczywiście chodzi o Szwecję i chociaż tam ono przejście z opłacanych na zwyczajnych przeszło łatwiej, zostali zresztą księciami, ale to wciąż dzieciaki, więc jest na co czekać… więc nie o to chodzi, nie o tytuły, nikt nie łka, a przynajmniej łkają niegłośno… za to król, oj tak, podobno postanowił rzucić bombkę i walnął, że Szwecja powinna mieć króla. I że władcą winien być jego syn… hmmm, szkoda, że biedna Victoria, od lat odwalająca brudną robotę, to usłyszała, naprawdę, bo tyle, ile ona roboty w to wszystko wkłada, to się Harry’emu nie widziało.

Czasem to sobie myślę, że te chłopy w rodzinach królewskich to serio…

Niewypały.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowakasa… została wyłączona

Pan Tealight i Sklepik z Wątpliwościami…

„Podobno mieli otworzyć jak tylko sezon na Turyściznę się zacznie.

Podobno wystrój mieli mieć co najmniej szalony, nie chcieli się ograniczać, w ogóle. I podobno będzie tak, że wszyscy się zaskoczeni poczują i jeszcze mogą popuścić. Lepiej nerwowi niech nie przychodzą, oraz ci, co wszelako padają i drgawki mają, bo podłoga ma być z mozaiki, ale lekko wrażliwej na dotyk, więc niech jej nikt ino nie podrapi… wiecie, naprawdę. Naprawdę zadbali podobno o wszystko. O oświetlenie, o wszelaką muzyczność i półeczki, o foteliki, oprawę kwiatową i prezenty, czy też podobno napoje, no wiecie, napoje mają też być…

Chociaż może tylko pierwszego dnia?

Kto to wie?

Na razie to przecież tylko i tak jakowaś ichnia, choć bardzo wszystkim opowiadania, wyskokowa wizja, jakaś obietnica, właściwie może i wątpliwa w tych czasach onej niepewności wszelakiej, podwyżek i braku materiałów, no wiecie, nie ma nawet czasem okien czy drzwi, ale może ich nie będą potrzebować, w końcu wietrzenie i wentylacja dla wątpliwości ważna.

Ale mieli mieć zamiast okien, kilku, nie wszystkich, kalejdoskopy… więc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… chciała tam robić zdjęcia, chciała się tam dostać, chciała aż za bardzo.

Chciała…

Jednak, czy w ogóle bęie jej dane? Pan Tealight miał wątpliwości…

… w ogóle był nimi ostatnio wypełniony aż nazbyt po dekielek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Bogowie, co z tym czasem?

No weźcie no!

Człowiek się nie zdążył jakoś tak otrzepać w onym czasie nowym, a tutaj już prawie wa tygodnie? Naprawdę? Ale kiedy to się stało? Jak to? Rozumiem, że czas sobie płynie i tak dalej, masz go łapać, wołać, gonić za nim, zatrzymywać… nie wolno ci się pomarszczyć, zestarzeć, bo od razu hejt…

Nic nie możesz z czasem.

Wróć, możesz go olać…

Na dodatek ta pogoda… dziwne, jakby przesączające się przez piaski wielkiej klepsydry światło rozciąga się nad Wyspą i nie wiesz, czy poranek to czy wieczór, czy jednak coś, czego nie a się nazwać, określić. Brzoskwiniowatość tego odcienia powinno uspokajać, przypominać letniość wieczorną, kiedy to rozmawiało się, lub wprost podsłuchiwało wyłącznie starszych… i jednocześnie pożerało się tony owoców. Niemytych, zerwanych dopiero z drzewa.

Dziwnie bezkarnie…

Ale nie, ono przeraża.

Jakby pochodziło z innego świata. Do tego jeszcze mgła i deszcz, który jej nie rozburza, gdyż ona zdaje się być czymś większym, silniejszym od niej. Mgły, która potrafi się ucieleśniać, ale jednak, nie… tym razem się poddaje, daje się oświetlić, pozwala sobą manipulować, ale nie rozbić…

Roztrwonić swej ściany na mniejsze.

… więc olać czas.

Brać dzień za dniem, nawet z tym światłem, zimą za ciepłą, snestormem obiecanym, który nadszedł, ale jednak nie pozostawił Wyspy pokrytej białą pierzynką. Z wiatrem, który zdaje się ciągnąć od prawie dwóch tygodni, jak nie dłużej, i jeszcze, te wszelakie kłody pod nogi rzucane przez kolejne podwyżki…

Tu zawsze było drogo, ale teraz…

Obniżka ceny masła i już kolejnki.

Każdy bierze tyle, ile mu pozwolą, kitrasi to w domu, ale na dobry chleb, taki z piekarni, nie ono białe gówno, to już niewielu stać. Musisz wybrać, to czy coś innego. Jeść, czy nie jeść. Grzać się czy jednak… nie do końca rozumieć co się ma i czego się już zostało pozbawionym?! 

Pada od tak dawna, że człek zapomniał już jak to jest spacerować…

Tak po prostu.

Oj wiem, że przecież można się ubrać, ale po pierwsze na ciuchy mnie nie stać, a po rugie, jak leje, znaczy, że leje jakby wiadrami pizgali, do tego wiatr, szarość, zakręcisz się, poślizgniesz, nikt twego głosu nie usłyszy, zresztą, czy w ogóle chcesz by usłyszał. Ten świat stał się tak bardzo bolesny i beznadziejny, że pozostanie w onej chłostanej zmianami przyrodzie zdaje się by wyjściem najlepszym. Zamienić się w oną podstarzałą nimfę czy jakąś wodniaczkę inną, przylepić do drzewa, wrosnąć w nie… niech mnie połknie, a wszystkie zmartwienia odejdą.

A jednak jakoś się będzie, nawet jak… zetną…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sklepik z Wątpliwościami… została wyłączona

Pan Tealight i Pocieszajka…

„… i pół kilo mąki, piętnaście jaj, mak, koniecznie biały i czarny w mniej lub bardziej równych proporcjach… do tego oczywiście prosek do piecenia, trochę mąki, cukier, ale cukier cukier, nie jakieś zamienniki i odrobina miodu koniecznie z pyłkiem i wszelaką pszczelą magią…

I czekoladowe kawałeczki.

Ale takie z nadzieniem. Z czekolad wszelkich: mlecznej, czarnej, białej i brązowej, i jescze odrobina serka waniliowego. A może i więcej niż odrobinka. Bo dlaczego nie? Zrowy taki serek, białeczko się ma w sobie potem, no i waniliowy, a nie jakieś poróbki, wiecie… I trochę procentów do tego, ale najwyższej jakości, w końcu nie chcemy by od razu uciekły. Niech się trzymają innych składników onymi łapkam, jak to na chemii tłumaczyli dlaczego H2O jest takie a nie inne…

… pamiętacie?

I wszystko apiec, a potem, na wierzch koniecznie gruba, chrupka, ale miejscami i lejąca się… polewa z gorzkiej czekolady.

I takie paćki ze śmietany i może miseczka śmietany bitej mocno, ale wiecie, po zgodzie, nie że lejecie tę śmietanę, a ona płacze, nie, tak to masło wychodzi, tę śmietanę bić należy umiejętnie i uważać na czas, gdy poda hasło. Wiecie, to słowo, które winno wszystko przerwać, gdy trzeba odpuścić.

I już.

I tak niektózy tworzą Pocieszajkę, ale wiecie, nie każdy, w końcu każdy z nas inny, czyż nie? Inni idą do sklepu po flaszkę i ciastka, czipsy, czy inne spożywcze wynalazki, a jescze inni idą na zakupy wszelako odzieżowe tudzież ino idą w torebki albo buty, albo na przykład w książki, czy tak zwane stationery.

No wiecie, notesiki…

A jeszcze inni…

Siedzą na brzegu morza, w wietrzny dzień i patyk moczą… ale seryjny patyk, nie że rybki chcą ukrzywdzić… kay ma coś swojego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niebiańskie grzechy” – … oj. Ech. No tak… erm… dobra, przyznaję się, że pomijam te sceny. No wiecie; TE SCENY. I tak, erotyka w filmach mną miota, czerwienię się i tak dalej… w książkach tak na mnie nie działa, ale cała masa erityki, dziwnie wymuszona, chociaż logiczna jeśli kogoś opętało on ardeu… ale jednak, bez urazy, a treść!?!

Jakaś przygoda?

I tak, w poprzednim tomie nastąpiły pewne szczególne zmiany. Ktoś się fochnął, ktoś zastąpił jego miejsce, ktoś inny nowy… no wiecie, to jest jednak cykl i trzeba czytać od początku, ale jednak premiana naszej głównej bohaterki z prawie zakonnicy w sypiającą z wieloma, pijąca krew… nie do końca wiadomoco…

Ech.

Trudno za tym nadążyć, ale jednak, doceniamy ewolucję. LOL

Tym razem w mieście pojawia się ta, która wszystko zaczęła. Moc uczłowieczona. W osobie dziewczątka… hmmm… jak to będzie? Czy Animatorka winna od razu ją zaciukać, czy jednak nie wolno, bo przecież te wampirze prawa i ludzkie prawa dotyczące wampirów i jeszcze… ech, nie wiem, ale kiedyś życie Anity było łatwiejsze. Kurczak czy koza, krąg, strzelba…

Wiecie…

Jakoś tak mało pracy więcej problemów z łakami… robi się nudnawo. Robi się z jednej stronie logicznie i skomplikowanie, ale jednak, jakoś tak… nie wiem, po prostu chcę czegoś więcej. Bardziej mniej pseudo romantycznego, a bardziej opowieściowego. Bardziej magicznego… bardziej…

Okay, przyznaję, ta książka mnie nie uniosła i to w żadnych rejonach. Ale zawsze to jakaś rozrywka… ciekawa jestem, czy wydawnictwo bęzie ryzykowało wydanie kolejnych tomów  serii. Bo są. Rozumiem, że w tych czasach to ruletka, ale jednak, ech, trochę to dziwna klasyka… wiecie… jedna z pierwszych i jakoś chciałabym się dowiedzieć co będzie dalej. Co było… i czy się zakończy? Czy „Smolder” będzie/jest ostatnim tomem. Mimo wszystko cłowiek się przyzwyczaił…

Szarość, szarość, szarość i jeszcze więcej szarości pod szarością przykrytą szarością i imieniu onej szarości wydająca szare rozkazy szarym żołnierzykom o szarych minach, w których głowach ino szare myśli w szarej mgle się kłębią… z szarej mgły wynurzają i w szarych wodach kąpią, szarą szczoteczką szare zęby myjąc, szarymi paznokciami drapiąc szare rany, gdzie szare strupy już się narodziły…

… z szarości.

Był taki dzień.

Niby sztorm jak sztorm, gdyby zamiast zacinającego, przerażającego ogromem wody deszczu był śnieg, byłoby pięknie, ale… nie jest. Jest przerażająco. Jest a duo, zbyt wiele i nie, nie chodzi o brak słońca, bo akurat to lubię, nic na to nie poradzę, iż mroczne jakoś e mnie stworzenie, ale jednak…

To ducie… po prostu bóle głowy od 10 dni to zbyt wiele!

Nawet dla mnie.

Zbyt wiele tego dźwięku, onej dziwnej niesubordynacji pogodowej względem pory roku. Ciepłości, ale i zimna, które zakrada się i szczypie człowieka w zadek. Jakoś tak. Niby cieplej, a jednak zimniej.

Niby zima, a przecież nie widać, nie czuć…

Dziwnie tak.

Czasem człowiek wsłuchuje się w ten wiatr zbyt długo, zbyt mocno, zbyt… oddaje siebie naturze, onym żywiolom, które tak naprawdę zdają się być ucieleśnione. Rozumiejące co myślisz, a może nawet, karmiące się twoimi marzeniami, myślami i sekretami… podglądające?

W końcu, czego można być pewnym, jak wciąż wieje i wieje.

Cały świat, cała dookolność zdaje się być wypełniona dźwiękami, które burczą, trzeszczą, chłostają powietrznymi biczami, bawią się kroplami, wciąż gonią jakieś liście, które zapomniane przez jesień wcią jeszce… istnieją.

Są.

Nie ma spokoju.

Nie ma uciecki… nie można założyć słuchawek, znaczy może i można, ale podmuchy czujesz. Jakby cała Wyspa poruszała się w ich rytmie. Jakby ktoś ją tulił, ale ile można znieść onego tulenia? Ile onych kołysanek, uspokajania czegoś/kogoś, co nie chce być spokojne. Bujania i miętoszenia…

… rozdrażniania…

Tak, wiatr przynosi ze sobą i rozdrażnienie.

Czasem… a czasem tylko dziwne milczenie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pocieszajka… została wyłączona

Pan Tealight i Książka…

„Pojawiła się na plaży…

Może zmieciona z pokładu jakiegoś statku, może zagubiona w podróży, może wyrzucona, bo kogoś przeraziła, może jednak ukochana, zagubiona… moe ktoś za nią tęsknił, chciał przeczytać raz jeszcze, albo ją nienawidził i naddarł specjalnie 34 stronę, bo… nie mógł już więcej, po prostu nie mógł… ale jednak, teraz, jak jej nie było wyrzucał siebie, iż przecież mógł spróbować raz jeszcze… W końcu to książka. Nie zwykły przedmiot, nie film, nie piosenka bez refrenka, ale książka.

Symbiotyczny związek liter i drzew.

Cud narodzin.

Osobowość, która ucieleśniła się pomiędzy okładkami. Okay, przy pomocy autora, oczywiście, ale jednak, jakoś tak… on to coś bardzo pobocznego… coś bardzo dziwnie nieistotnego, jak już słowa są na drewnianych stronach, jak już wszystko jest zamknięte, zszyte, sklejone, dorzucona okładka…

Może i z babą z wielkim cycem, ale jednak…

Książka.

A ta, wydawała się być jedną z tych bardziej specyficznych. Z oną skórzaną okładką, z tym zamknięciem, chyba brązowym, no może to były mieszane metale, ale ten kamyczek to na pewno nie był zwykłym, błyszczącym otoczakiem. Na pewno był czymś, za czym ktoś tęsknił i naprawdę mógł mieć za to co najmniej willę z basenem, ze trzy samochody i może kilka kobiet jescze… a może i panów.

No co kto woli…

Czyż nie?

Tylko ta skóra, ta okładka, czy te sutki były prawdziwe?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zieeew…

Powrót do codzienności.

Nie ma już czekania na święta, nie ma tej całej jesienności i zimowości, jest mokrość codzienności, kolejne ulewy i ciągła niepewność… bo wiecie, ci od ogłaszania pogody wciąż się nie mogą zdecydować, czy będzie zima, czy nie. Czy już teraz? Czy jednak poczekajmy z ogłaszaniem radości, a może będzie, ale ino przez chwilę? A potem od razu temperatury wysokie…

Do tego znowu prąd zmienny się zmienia cenowo, więc ciągle człowiek nerwowo erka na wykresiki, czy wolno mu załączyć oną żaróweczkę, czy jednak nie? Ciepła woda, czy ciepło w domu… co wybrać?

Straszne!

Ale, nowy rok, nowe… a walić to. Tak naprawdę, to nowe są ino sposoby manipulowania ludźmi. Jakby ktoś naprawdę przeprowadzał jakiś eksperyment na człowiekach. I to serio, bez płacenia im. Takie myszki czy świnki morskie chociaż dostają mieszkanie i żarcie. A wikt i opierunek w dzisiejszych czasach to wiele!

Wszystko drogie…

Tak naprawdę większość miała smutnawe święta… chociaż precież i tak nie ma tu świętowania poza tańcami przy choince, na której wciąż modne są proawdziwe świeczki i tak ino patrzeć, jak choinka zrobi puff… wiecie, jak w tej scenie ze Święta: w krzywym zwierciadle?!!! Puff! I po choince, domu, gaardzie. Bo przecież mimo mokrości, to jednak wsio takie łatwopalne.

Ale…

Dziwne coś…

W sklepach nadal są świąteczne rzeczy.

I to wiecie, lekko przecenione. Nie żeby ktoś to kupował, ale jakoś od 5 lat zawsze sprzątali wszystko jeszcze przed Wigilią… i już dawno zaprzestali onej procedury wyprzedażowej. Po prostu… co się dzieje? I to u wszystkich? Chociaż nie, to akurat nie dziwne, w końcu u nas wszystko to Coop, nie oszukujmy się.

Monopol jak nic.

Ale… wróćmy do sprawy… dlaczego zostawili te rzeczy? Czy oczekują, iż ktoś się skusi, czy jednak mają zamiar wspierać prawosławnych? No wiecie, styczniowe święta dla popów i cerkwii? No co? Może to o to chodzi… ale wtedy to trochę nie fair, bo oni mają te święta po tańszemu, nie fair!

Okay, żartuję, ale jednak… podejrzane to.

A na raie posłucham sobie deszczu, pozmniejszam, zdjęcia, wezmę się za sprzątanie i pomyślę nad przycięciem jabłonki, bo jeżeli zimy nie będzie, albo będzie późno, to jestem w zaku  jabłonką. Nie zdążyliśmy przyciąć w listopadzie, pgoda była ciepła, liście wciąż, człek chciał poczekać i co… zima…

A teraz zimy ni ma!

Ale może będzie?

A co jak nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Książka… została wyłączona

Pan Tealight i Zagubione Jagnię…

„Właściwie, to plany były inne…

Wiecie, słodkie, małe jagniątko, wszelaka rozmemławująca cię ciepłota serca, odbierająca myśli, które świat ten uznaje za złe, nieodpowienie i wysoce obraźliwe, niemiłe, niepuchate, nieskromne, aksamitnie obrzydliwe, czy nawert zaraźliwe. Kto to wie… te czasy, takie dziwne.

A jagniątko od zawsze i symbol i roztkliwienie…

Bo ono malutkie, puchate, wełniste, nieskromnie pożądajace tylko matki i jej mleka ale też i onej rozrywki, poznania nowego, poza onym stadem. Bo cóż jest tam, poza jednostajną, puchatą pierzynką stada? Może coś jeszcze bardziej miękkiego? A może i swawolnego, gzie można brykać i skakać i kląskać językiem tak różowym jak casem niebo o wschodzie słońca, wiatry zwiastujące…

Ale…

Są i tacy, co postregają jagniątko inaczej.

Jako ofiarę.

Nie ofiarę losu czy też wszelakiego uprzywilejowania, no bo białe i ładne, młode i wszystko przed nim, ale przede wszystkim jako ten podarunek dla bogów. Bóstw wszelakich większych i mniejszych, by je zatłuc, krwią ochlapać kamienie, by pozwolić karminowi nasycić trwę, ziemię pod nią, spłynąć ku wodom poskórnym i dzięki temu przemówić do wszystkich… bo pić trzeba. A woda jest, na razie, jescze jest. Nawet taka, oświęcona oną krwią… ale krew to jedno, potem mięso smaruje sę ziołami, zawiesza, piecze… część ofiaruje duchom, część innym bytom, część nieznanemu… by przebłagać ich za grzechy, których na pewno nie zdając sobie z tego sprawy, popełniliście wy człowieki, bo przecież zawsze dajecie plamę. W ten, czy inny sposób… i by przebłagać, zjawia się jagniątko… ale co, jeśli się okaże, iż ono jagniątko gryzie?

I wyrywa się…

I ucieka?

Kogo poświęcić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mokro i wieje, wieje i mokro…

Dziwność onej zimy jest niesamowita.

Jesień już była dziwna, wciąż zielona, się niekolorująca, a potem nagle nastała zima i liście i liście i zima… i to zimna zima… ale niestety przeszła i po dwudziestym grudnia nastała wiosna i wylazły robale. A robale, to nie jest fajna sprawa. Do tego ilości wody spadające z nieba, oj nie… za dużo, za szybko.

I to ciepło!

10 stopni, naście… nie no, przecież to jest jakieś szaleństwo… i nagle… wiadomość, że znowu ma się ochłodzić. Nie mam nic przeciwko, ale się zastanawiać, czy jednak nie posadzić drzewek i cebulek już nie wsadzić?

No co…

Bo jeżeli zamrozi, to wszystko… nie no, ale może nie zamrozi?

Może jednak…

Wieje… znowu wiatr się wzniósł na wyżyny wszelakiego pędu i gdzieś gna, coś gdzieś niesie, coś przestawia, coś podrzuca, coś… czegoś nie zabiera. I to jest dziwne, że wciąż pojawiają się jesienne liście.

Skąd?

Co do Sylwestra, to tak, strzelali.

I pryznam się, że tu mnie zaskoczyli. W końcu światełek to nie wynieśli na zewnątrz, ale wydawać kupę kasy na chwilę jebnięcia to od razu? Serio? Dlaczego się dziwię? Nie wiem, no ale… nic na to nie poradzę, ale się dziwię. W końcu te śmieci postrzelaniowe wciąż mokną, ale…

Najważniejsze, że listonosz w końcu paczki przyniósł.

Ach te priorytety z Polski, które idą dokładnie miesiąc… wysłane w tamtym roku, 3go grudnia, no tak, fajnie. Cudownie wprost. Niech żyje poczta północna. Oj, chyba im coś się pozmieniało znowu, że najbardziej zgryźliwy gość życzył mi miłego nowego goda. Z zaskoczenia omal nie oberwał w zamian drzwiami…

No przypadkowo!

Przecież nie specjalnie!

Zwyczajnie mnie wziął z zaskoczenia porannego, chociaż raczej już lekko popołudniowego. No weźcie no. Nie będę się tłumaczyć, boję się go! Zawsze jest opryskliwy, tym razem może wciąż na bani był? Nie wiem… wiem a to, że tutaj raczej piją. Wiecie, piją i jadą, to dość normalne. Dla nich. Młodzi to widzą i mają wszystko gdzieś, co najczęściej kończy się wypadkiem, w którym ktoś rani osoby trzecie, lub zabija, lub zawija się wokół drzewa… tak, tak zwani młodzi ludzie – dość ruchoma definicja w wymiarach wiekowych – są bardzo wraliwi i nie wiedzą co robić.

Nikt ich nie nauczył jak żyć… i dlatego są biedni tacy…

Czy pytanie: gdzie są rodzice? jest na miejscu?

Nie. Nie tutaj!

No ale, mamy nowy rok, nie wiem, jakoś nie kręci mnie to, że nowy stary czy jakiś tam recyclingowany… po prostu kolejny dzień. Szary i wietrzny, znowu deszcz wali w okna i szyby, w dach i ściany.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagubione Jagnię… została wyłączona

Pan Tealight i Rozdziobią nas Kciuki i Wrony…

„One Kciuki.

Mocarne i okrutne.

Niewybaczające.

Hejterzy przebrzydli wciąż klikający „nie lubię”, łapki w dół wrzucający, oskarżający w komentarzach wszystkich o zachowania wszelako nieobyczajne… albo piszące co im się tam podoba, bo przecież mogą. Wysyłające te zdjęcia, klikające wszystko co się da, regulujący mocno wszelakie wirusowe zachowania przedmiotów, które choć podobno martwe, jednak mają inteligencję…

… inteligencję nie do końca zrozumiałą.

Kciuki…

Nawet nie dłonie, nawet nie ręce, może owłosione i spuchnięte, pachy i kadłubki, odnóżki i nóżki, wielkie i mniejsze, brzuchy i stopy… i jeszcze te oczywiste nieoczywistości i oczywiście… ludzie. Człowieki. Osoby. Posiadacze dojść w internetowy świat, ale czy naprawdę oni tym władają?

Oni…

Może im się wydawać, że coś wiedzą, że przeczuwają, może i nawet czasem coś im się wyaje, iż nie, to nie oni, przecież nie pisali, przecież byli tam może, ale zajmowali się całkiem czymś innym…

Kciuki i Wrony, to będzie świata koniec.

A może tylko Kciuki, a Wrony ino na wyżerkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Narcyz spętany” – … eeee… czy ja to w ogóle czytałam? Bo wyszło jak już nie mieszkałam w Polsce, a powieści, które wtedy wydano raczej nie zawsze trafiały w moje ręce, więc czy czytałam…

Czy jednak nie?

Chyba, nie wiem… może to przez to, że czytałam tylko raz. No co? Nie oszukujmy się, to taki wciągający odmóżdżacz z seksualnym zacięciem, przez co czasem człek podnosi łeb i się zastanawia, czuł coś, czy nie? A może jednak… pełnia jakaś, czy inny wampirzy pierun, a może do lupanaru mu… no wiecie…

Tym razem nasza bohaterka po wyprawie na pustynię i naukach u swojej mentorki stara się jakoś tam no ten swój konflikt rozwiązać, płciowy… znaczy, dosłownie to chodzi o to z kim spać, bo być przecież i tak zawsze mają być razem, poprzez jego naki, czyż nie? A może wszystko się odwróci, jeśli na scenę wkroczył nowy gracz?

Oto wraca triumwirat… ona, nie do końca wiadomo co, wilkołak i mistrz wampirów. Ekhm, niezły zestaw, do tego inne łaki, ameno i marakuje!

No co?

To pisanie jest takie właśnie rozwalające. Pozwala jakoś odsunąć codzienność i zwyczajnie sobie być i już…

PS. Czytać od początku, choć są tacy co czytali od środka i te jakoś przeżyli.

Wieje, wieje, wieje…

Nagle już nie pamiętam czasu sprzed wiania, nie wiem jak to jest, gdy nie buczy, majta domem, pada… Gdy można normalnie wyjść na zewnątrz nie ryzykując gałęzi drapiącej w plecy, lub co gorsza walącej sę na głowę. Nie no, niby nie jest to jakiś mega huraganowej mocy wiatr, ale dziwnie drapiacy, umysłowy, myślowy…

Męczący.

Ciężki był ten świąteczny czas, gdy człowiek chce sobie wyjść i pobyć w naturze, z naturą i wszelako bez kleszczy. Nie dość, że nagle zrobiło się 10 stopni  minus 7, to pojawił się deszcz, potem sztorm, wiatr, nie no, ja się na to nie pisałam. Jak to USA ma mój śnieg, znaczy co? Znowu postnordem wysyłany był? A mówiłam, że wyłącznie kurierem i to najlepiej UPS… z doświadczenia…

No ale, człek już wie, że na nic wpływu nie ma, nawet na reklamy na YT wyskakujące i dorzucające mu coś do depresji. Szczególnie te pierdoły o kryzysie i Czerwony Krzyż, co to każe wyłączać wszystko… znaczy co? Bez wody, bez światła. Nie no, spoko, ale pracować pewno wciąż trzeba?

Na ślepego?

Nie mam plazmy, którą mogłabym wyłączyć, nie mam mywarki, czy mikrofali, czy… nie wiem, co tam normalni mają. Wciąż ino pralka i lodówka, więc jak to jest, Krzyżyk? Dołożysz mi się do mego zróżnicowania diety, bo węglowodany mnie dobijają. Chcę warzyw, ale mieszkam na Mniejszym Krańcu Świata i…

… mało tu jest i drogo tak, że przyjezdni uciekają.

I okay… nie mamy wiele, ale w takim razie, przestańcie nas bullingować!

Podatki w końcu chyba są wystarczająco męczące!!!

Poczucie winy…

Jak bardzo wzbudzają je media? Nie wiem, unikam ich… czytam książki sprzed wieku, czy też takie, całkiem zmyślone lub naukowe i jakoś tak, nie ma w nich reklam i odezw państwowych. Niby kryzys, ale jeszcze wam dokopiemy, w końcu od kilku lat tak wam ludzie cudownie, że w końcu…

Święta tutaj były smutne.

Ciche…

Nieoświetlone.

Nawet porezygnowali z choinek, na przykład u nas. Wiecie jakie to jest smutne? Wydają na pierdoły, ale nie na coś, co sprawi, że Tubylcy się uśmiechną, może poczują lepiej, lżej odrobinkę, może… bo ludzie się nie śmieją, liczą. W oknach coraz mniej świateł, domy znowu na sprzedaż… Wyspa ma przejebane. Co kryzys to zmiany. Co zmiany, to w dupę… kop  prawej, z lewej, może odpady atomowe nowu się pojawią… czemu nie, w końcu kryzys, cisza ma być… a… Nowy Rok?

Oj, nie zauważyłam.

Czy ludzi chorują?

Nie wiem… nie wychodzę, bo pizga, a do ludzi, nawet jeśli wychodzę, wolę się nie zbliżać, bo i po co? Pierun wie gdzie byli czy będą? Lepiej się nie zbliżać. Ale może te deszcze chociaż rzeki wypełnią?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozdziobią nas Kciuki i Wrony… została wyłączona

Pan Tealight i Rok…

„Nie był nowy, nie był stary, był recyclingowany…

Najgorszy sort.

Wiadomo, że recycling rzecz wspaniała, ale czasem… pewne rzeczy, sprawy, idee były naprawdę tylko jednorazowego użycia. Jak papier toaletowy, czy pomysł na to by zjeść kilo muchomorów, czy też poślubić tę dziewczynę, co wygląda jak kochana mamusia, a potem odkryć, że nie tylko wygląda i…

Nie wszystko winno się przetworzyć na coś nowego.

Coś… tak, coś może być pokarmem dla nowego, nawozem czy też jakąś pożywką, ale takie krojenie, mieszania i lepienie od nowa. Nie… takie się świństwa w procesie przetwarzania wydzielają, że aż strach! Nawdychać się można nieswoich pomysłów, opryskać jakimiś odchodami, czy też zwyczajnie, ześwirować.

Albo odparzyć tyłek czy inną, istotną część ciała…

Próbowaliście kiedyś stać przez cały dzień… na początku jest niby normalnie, ale po kilku godzinach chcecie przykucnąć, jednak się nie daje… potem się opieracie o coś i zawsze, zawsze dotknięcie bolącego miejsca, więc dalej stoicie, dziwnie, niczym na warcie własnego… pokrzywdzenia.

Rok też jest jednorazowy.

A przynajmniej powinien być.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najczęściej najpierw jest ból głowy, dzinwie abarwione niebo, pocucie jakiejś miany budujące się w powietrzu, kąsśliwość w słowach i czynach i jeszcze, może jakieś zapomnienie się… może…

Właściwie nigdy nie jest tak samo, a jednak, zawsze wiesz…

Zawsze wiesz, że wiać będzie.

Chociaż czasem nie, ale jenak, zawsze… tak, wiem, paradoks. Ważny paradoks. Istotny i wszelako pulsujący w żyłach… bo z wiatrem już tak jest, jest przez cały czas, a jednak go nie ma, widzicie uginające się gałęzie, ale nie rękę czy kamień, sznur czy łapę dinozaura na nią stąpającą… nie…

… a jednak tak.

Bo ta siła powietrza w czasie stormu staje się dziwnie namacalna. Formuje się w twór człekokształtny i dotyka cię. Tyka nie tylko twoje myśli i wspomnienia, przynosi nowe, zabiera te nieużywane i wszelako bawi się wszystkim tym, co myślałeś, iż ukryte. Że mocno niewidzialne. Nie… on wyrywa je i pokazuje światu, na szczęście, podczas sztormu tylko wariaci wychodzą, wiedźmy i fotografowie… no i wiecie, ci, którym się wydaje, iż dadzą radę na morzu, albo ci, co nie mają wyjścia…

Innego.

Ale to, co robi z ciałem… to już trochę okrutne, bo czasem je nadmuchuje, przynosi bóle dziwne, tego łokieć, tamtego kolano na zmianę pogoy, temu coś puchnie, tamtemu maleje, staje, nie staje, no wiecie… biologia wietrzna.

Istnieje taka… a może nie?

Wiatr ma to do siebie, że męczy lub przynosi wytchnienie.

Niszczy lub buduje.

Wyłącza czy też włącza… zwyczajnie i nadzwyczajnie ma moc.

Pierwsze wiatry się pamięta… przynajmniej mi się wydawało, że to drzewa, przez pierwsze noce na Wyspie, pod namiotem, na trawie, w lesie, pod sosnami, byłam pewna, że to one, a jednak, nie… spojrzenie w górę pokazało nieruchome właściwie drzewa. Niespadające szyszki czy igły. Niebujające się konary. To mnie zaskoczyło, bo przecież taki szum, wiatr, zawsze łączył się  drzewami… ale tutaj nie. Tutaj to fale. To wody wzburzaone bijące w skały i drące piaszczyste połacie… czy też ziemskie, czy w ogóle ogólnie pojęty brzeg bliższy lub dalszy.

Byłam… zaskoczona.

Bardzo, ale też niesamowicie zauroczona tym dźwiękiem, tak znanym, a jednak pochodzącym z innego miejsca. Ale jak to? Można tak? Jak? Kto? Po co? Czy da się to okiełznać, czy też to okiełznało mnie?

Okazało się, że wiatr powoli, właściwie niewidocznie…

Zmienia cię.

Mieszkając tutaj dłużej przeczuwasz sztorm, ale nigy nie jesteś tego pewny, nie, nie w tych wymiarach zmieniającej się szybciej niż zwykle natury. Nagle już kolory nieba nie zwiastują wiatrów, takie, a nie inne wschody deszczów, krzyki ptaków, no z tymi to już w ogóle tutaj jest inaczej… naprawdę.

Ale wiatr… ten zwykle się zapowiada…

Zwykle.

Ten sztorm teraz, ech, zaskakujący chyba jest trochę… tylko między Ystad i Gudhjem dziwnie… nie do końca, ale jednak, jakby skłóceni kochankowie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rok… została wyłączona

Pan Tealight i Misa Niewykorzystanych Liter…

„Za mało używane K.

Te niechciane, nie że jakoś tak skazane, czy też może odrzucone, bo internet, bo dziwni ludzie nieakceptujący tak naprawdę egzotycznej inności, ale z łatwością dający sobie wmówić…

Wszystko inne.

Po prostu dziwnie tracące na popularności w świecie języków, które zmieniały się ku ucieszeniu leniwości pospólstwa. Nie było żadnego okólnika, ni jakiejś tam obwieszczającej notki, zwyczajnie… chociaż nie, zaraz, przecież niektóre kraje chciały się pozbyć swoich nader specyficznych liter, nie rozumiejąc, i to właśnie czyni ich wyjątkowymi, niesamowitymi, egzotycznycmi i pożądanymi.

Głupota.

Nie no… może jednak to wina internetu nie kochającego ąćś i tak dalej… może to jednak to? Duńskich, pięknych liter też nie lubił rozpoznawać… dlatego piątek stawał się piatkiem i tyle mógł z tym zrobić co nic, jeśli jescze był w nawie strony www, to już kompletnie miał przerąbane. Nagle…

Odbierano mu tożsamość…

Dlatego ona Misa chyba się pojawiła, pod lewem w kuchni Sklepiku z Niepotrzebnymi.

Dla ich wygody?

Czy też… głupoty?

Ale były te one, litery nieznane, odrzucone w pomroce dziejów apreszłych, gdy to układano alfabety, gdy czyniono zmiany, gdy kozikiem rzezano napisy na drewnianych belkach, gdy dłutem wydrapywano, wybijano większe szramy… wiecie, jak za bardzo skomplikowana, to może uprościć… hieroglify, hieratyka, demotyka…

Ech, to były czasy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aaaa! Nie myślałam, że mi się uda, jeszce w tym roku, ale się udało. Niewiele, bo niewiele, ale jednak… brawo ja. W końcu kto potrzebuje jedzenia, i tak się starzeję, jeść tra mniej i tak dalej… czytać więcej.

Patrzcie jakie nowości.

Po prostu jak nie ja.

… więc książki pod choinką były, znaczy były przez większość czasu, bo wiecie, bez urazy, ale nie mogłabym tak sama sobie zrobić czegoś takeigo, zmusić się do założenia czegoś, co nie jest czarne i tak dalej i uśmiechać się do obcych ludzi i ten stół i jeść przy kimś… z kimś. Nie, nie mogę…

To jedna z moich wizji piekła.

Kolejną jest opaanie się i ogólnie tak wane ciepłe kraje.

No ale… święta, święta i po nich. Nie oszukujmy się. Kto lubi rodzinnie, mam nadzieję, że naprawdę wam się udało i było filmowo i pięknie, i nikt się nie pokłócił. Jak ktoś woli tylko we dwoje i nieformalnie, czy w małej rodzince, zdrówka i dla was, mam nadzieję, że wsio się wysrało, wiecie, przeróbka żarcia jest ważna… tym, co w ogóle mają to gdzieś, też najlepszego. Może byliście na fajnym spacerze? Może nikt nie zadał wam tych durnych pytań, które wkurwiają was co roku…

A tym, co wolą być sami, nielicznym…

… uściski z daleka. Wirtualne. Bo wielu z nas nie lubi się ściskać, tacy jesteśmy nieokrzesani. Niezrozumiani przez wielu. Chociaż, z czasem dochodzę do wniosku, że to tak, jak moja Babcia, która nie rozumiała tego gotowania i wielości żarcia. Dla niej to było głupie. I jeszcze ono niewygodne siedzenie przy stole, żadnego zajęcia, czy przycięcia komara… no tak…

Święta to skomplikowana sprawa, odkomplikujmy je i niech karp i żarcie nie będą oną wyrocznią dobrze spędzonego czasu. Jak nam dają wolne, wykorzystajmy to dla siebie i tych, których kochamy… inni, cóż, inni też niech to zrobią. Chociaż w tym roku tego wolnego mało…

No tak, w tym roku wolnego mało.

Święta w weekend?

Zgroza wszelaka!!! Jak tak można, to powinno być zakazane, ale wielu ma wolny cały tydzień, wiecie, do pierwszego 2023, więc wielu wyjechało, wielu zaszyło się w domach, wyłażą ino w dzicz i strzelają… choć nie wolno, ale taka tradycja, czasem wciąż się zdarzy, iż ktoś wypali fajerwerka przedwcześnie.

Taki przedwczesny wytrysk…

He he he…

No jak żarty starego wujka, wielce obleśnego, przy karpiu. Oj, pamiętam takiego… yyyy… aż mogłabym przysiąc, że karp się na niego dziwnie patrzył i oczami przewracał. Zawsze był taki jeden, cały i patrzący… bleee… może dlatego tak kocham ten Jul. One choinki proste takie, one spotkania rodzinne, ale też całkowite olewactwo religijności, po prostu, spotkania znajomych czy rodziny, chwilowe czy dłuższe, i picie… no piją no, a potem bileciki i jakieś Majorki. Albo siedzenie w domu i zwyczajnie hygge i laba. Niepracowanie… taka fajna sprawa.

Chyba?

Wciąż mam z tym problem.

Co ja robię? Otóż ja świętuję cały grudzień od września, a przez cały rok na ten czas szykuję kalendarz, takie wiecie, po dwa prezenty dziennie, które upamiętniają nasze przygody, wydarzenia ważne i takie tam… wyjazdy… no i idę w dzicz, jak się da, w tym roku jakoś przedwcześnie no bo śnieg, a potem bez śniegu i wciąż mokro i pada, i mało bezpiecznie na ledwo ubitych, podmokłych ścieżkach, ale… kocham ten ciemniejszy czas. Bez słońca,  pochmurnością i szarością…

I jeszcze…

Ten spokój Wyspy… tak… skończy się w okolicach i w Sylwestra, ale… potem znowu chyba wróci. Chociaż…

Będę musiała wycierpieć.

I nie, nie lepię, nie gotuję, jemy normalnie chociaż, mamy jakieś te tam grzeszki… no wiecie, granie w gry i czekolada!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Misa Niewykorzystanych Liter… została wyłączona

Pan Tealight i Letnia Dzioucha…

„Bo prezenty przyszła podobno pod choinkę wstawić.

Pierun wiedział ino pod którą, no ale… mieli całą Wyspę do sprawdzenia, kilka choinkowych plantacji, lasy, no i te wszystkie sadzonki u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. Nie no, mogli jednak nie zdążyć jeśli było to coś zjadliwego… i ta wilgoć w powietrzu, dziwne ciepło, które otuliło ich wszystkich, miękkość deszczowych pioseneczek, sztorm…

… wiatry…

Nie…

Musieli się wziąć za siebie, założyć gumowce czy płetwy raczej i leźć na spacery poszukiwawcze, bo przecież nie można było tego nazwać inaczej, jakimiś wyprawami, czy akcjami, to już byłoby za wiele… i jeszcze ktoś by się dowiedział, zaczął węszyć, nie nie nie, trzeba było to bardziej po cichu załatwić. Po pierwsze coś takiego pojawiło się… eee chyba po raz trzeci za ich istnienia, znaczy nie wszystkich, tych najstarszych, a po drugie prezenty, w końcu tak nieładnie je przeoczyć… no i wiecie, to jednak Letnia Dzioucha. Ona. Może nie taka Ona jak Ona, którą mieli, ale jednak…

Ona.

… więc lepiej było znaleźć tę choinkę, modlić się by nie była członkinią kółka jakichś zainteresowań czy co gorsza, siostrzanego bractwa… wiecie, ha ha ha, i nie podzieliła się giftami z innymi, by też uszczknęli czegoś z onej całej niechwały i jakoś tak, normalniej mniej lub bardziej…

No wiecie, by się nie podzieliła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Odwilż…

I zaczęła się… nawet nie odwilż, a woda z nieba, która zmyła śnieg. Do tego temperatura ponad 7 stopni, nie no, wcześniej było ponad 7 na minusie!!! I mróz, szadź, śnieg… i nagle, z dnia na dzień… wszystko się zmieniło. Jak to tak… Ciepłota sprawia, że nie dość, iż wszystko spływa, problemy mają na Wyspach Owczych, gzie błotne zlewki ochodzą do morza… czy u nas coś spłynie? A kto to wie? W końcu nie było onego jesiennego wymieszania się ziemi, rzeki i morza?!

Może to teraz będzie?

W końcu pogoda w tym roku to było czyste szaleństwo… bolesne szaleństwo.

Spoglądanie na resztki śniegu po pierwsze uświadamiają mi, iż tak wiele go spadło, a po drugie, że tak wiele go nagle deszcz odbiera. Niby i to woda i to woda, a jednak kurcze jakaś inna. Jakaś taka obca…

Nie stąd.

Jakaś taka smutna.

Bo jak to zima się zaczęła deszczem i mleczną mgłą? Ale przecież to nie o to chodzi, stary Scrooge będzie miał używanie, Grinch się skulił i rechoce ze śmiechu pod kapiącym okapem przysłoniętym jemiołą i choinkowymi gałązkami… bo się ludziom ubzdurzyło znowu, że będą białe święta… i tak, nie obchodzę, mam własne, ale to oznacza, iż wymagam zimności przez cały grudzień!

A co!

Mam prawo do szaleństwa wszelakiego.

Odwilż…

Nie tego człowiek chce na ten niby świąteczny czas. Czas, w którym tak naprawdę nigdy się nie odnajdywał. Zawsze nudziły go stoły i krzesła, zawsze chciał być z dala od onej masy ludzi… być ze sobą, książkami… tak, ja nie miałam onych świąt wspaniałych i tak dalej, wiecie jak z Hallmarkowych filmów.

Nie…

I wiem, że wielu z was też nie.

Krążą w świecie internetowym memy mówiące, że to nie Sanepid nadchodzi, więc przestańcie się wykańczać sprzątaniem i gotowaniem, ale z drugiej strony, może ktoś się w tym spełnia? Jak tak, to do roboty! Jak was to cieszy i wciąż myślicie, iż się uda osiągnąć to coś… to próbujcie, ale jak już wiecie, że to ino cierpienie, dajcie sobie siana, bo ból, który sprawiacie, sprawiacie sobie.

Zbyt wielki ból…

Może jak na Wyspie wyciągnijcie picie i jedzenie i odpocznijcie. Serio, żarcie nie musi być wielce wytworne i nie trzeba się trząść nad każdym pierogiem. Można po prostu je kupić. Można jeść też uszka poza świętami, wiedzieliście o tym? Bo jak tak zrobiłam kiedyś, to ktoś to widzący poczuł się…

Urażony.

Dziwne… jestem dziwna i już.

Można po prostu się wyspać, można odpocząć i jakoś tak wyluzować. Połazić w piżamie, poczytać, zjeść to, co się lubi, a nie to, co trzeba i już… i można zrobić też nic. Kompletnie nic. Niezauważyć tego czasu… bo czasem wydaje mi się, iż ludzie zapomnieli o onej wolności nierobienia tego, co tradycja nakazuje jak się jest u siebie, w domu, własnym, po dachem, w ścianach… robię to od tak dawna… a wy?

Ech ludzie.

Wesołego Czegokolwiek.

PS. W prezencie z pracy Chowaniec dostał ohydną niewielką walizkokuferkę ze skóry krowiej chyba czy świńskiej. Brzydkie to, nieprzydatne i śmierdzi. Ale warte pewno trochę, ktoś chce kupić? Na co komu takie coś? Może by się pokazać, ale serio, no szczerze… nie lepiej wydać taką kasę inaczej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Letnia Dzioucha… została wyłączona

Pan Tealight i Powrotnik…

Powrotnik wrócił i podobno prezenty z Zagramanic przywiózł.

I to jakie.

Perfumy i ciasteczka, słodycze wszelakie i rzeczy, które nie mieściły się w gniazdka elektryczne czy ptasie, one rzeczy kolorowe, fascynująco egzotyczne, choć podobno wszystko made in China… ale też i te dziwnie monochromatyczne, sprawy te ze sobą przywlókł, opowieści i malutkie torebeczki soli, pieprzu i cukru, wiecie, jednak lepiej mieć je, niż nie mieć, co nie?

Zawsze jakaś oszczędność, jak te wszelakie cuda, które dają w hotelach czy podczas długich lotów, nawet piżamki miał, całą kolejcję No dobra, raz używane, ale nie wszystkie… niektóre dwa razy, inne zachowane na potem.

I te choroby…

No po prostu był istną kompilacją wszelakich zarazków, zaraz i innych tam plag, ale wszystkie, jak ino zobaczyły jakie to ceny są na Wyspie poprosiły o szybkie odprowadzeni do najbliższego punktu wypływalnego z Wyspy, bo sorry, ale one tutaj nie przeżyją. No nie ma mocnych…

… nie dadzą rady.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane jakoś tak je rozumiała, no naprawdę. I do końca… sama zaczynała rozumieć, iż to małe zwycięstwo 2022, które udało jej się wywalczyć, przypłacając to oskrobaniami swej, i tak miernej zdrowotnośc, jakoś jest naprawdę niewielkie.

I smutno się jej robiło, znowu, jescze bardziej… i ono smutno podkopało się pod te inne smutno i inne i piramidę całą onych smutno i jeszce, no wiecie jak to jest, czasem wszystko się tak ukłaa w piramidki i stosy…

Nawet smutności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Druga pełnia” – … nie po kolei… Nie będzie po kolei, bo preczesując sieć uało mi się dorwać tylko kilka tomów tego cyklu, ale jednak… będzie, jest coś chociaż by wrócić do tej historii. Bo jest w niej coś takiego… niegrzecznego. Pierwotnego dziwnie.

W tym tomie spotykamy się z Triumwiratem… i tak, oczywiście, że polecam czytanie od początku do końca, bo jednak nie będziecie wiedzieć co i dlaczego! Pomieszają się wam postacie, agubicie postępy zrobione przez naszą bohaterkę i… no tak, ona trójca, ona, wilkołak i wampir…

Ech.

Seks skli się w powietrzu niczym szron na zewnątrz…

… okay, może nie w tej chwili, bo odwilż, ale jednak, było i się szkliło, szklaniło i błyszczało… i są one, wszelakie łaki, bo precież Anita nie jest już tylko Animatorką. Oj nie, jest kimś o wiele bardziej skomplikowanym, a jej związek, no właśnie, obstawiacie iż skończy z wampirem czy łakiem, a może…

Człowiekiem.

I kim jeszcze może się stać…

Kim tak naprawę jest?

Ech… ta seria, to taka niegrzeczna przygoda, ale też ogromna opowieść o różnicach drzemiących w ludziach, o układach, etykietach, wszelakich tak i nie… o przyjaźni, która jest ważniejsza niż bogactwa i bogactwach, które nie są złotem czy kamieniami… i o magii. Oj tak, magia rozkwita z każdym tomem…

Zima w lesie.

To właściwie, naprawdę, nie wiem… jak to wytłumaczyć, że u nas to się nie zdarza. A już sron, szadź, wszelakie lodowe twory, oblepione gałęzie, ona cisza, która jest tak specyficzna, iż winna mieć właśną nazwę. Piękna, wyzwalająca, niesamowita, prywierająca do człowieka, jakby… jakby chciała ofiarować mu siebie…

Na zawsze.

Na ten czas i ten ciepły…

Idzie człowiek po drodze, którą nikt nie szedł i tonie w onym puchu i w onych zamrożeniach, które wyglądają jakby paprocie i babka lekarska postanowiły stworzyć coś razem. Poprzyczepiały to na śniegu, który spadł wcześniej i na wszelakich palach… na wszystkim, co je przyjęło.

Fascynujące, niesamowite.

I ten zapach…

Śniegu, zimy, onej zaprzeszłości, którą pamięta się za zamarzniętych rzęs, zza zawiniętego szalika, na którym osadzały się kryształki lodu. Szczypanie w policzki… rękawiczki na sznurku i te kombinezony, w których siku trzeba było kurna trzymać, oj treba było, bo wysikać się w nich w lesie, umarł w butach… znaczy popuścił w buta, albo i obydwa. Innej opcji nie było, to człek trzymał…

Ten zapach jest już tak rzadki.

I przydarzył się tutaj, w miejscu, gdzie wielu wciąż uważa, iż śnieg nie pada, zimy nie ma i tak dalej… no wiecie…

Ci ludzie…

Niewierzący!

Ale… po listopadowym uderzeniu śnieżnym, kolejny przytrafił się gdzieś pośrodku grudnia, by 20go stopnieć na amen. Niestety. Naprawdę dziwnym było budzenie się przez ponad tydzień ze śniegiem, mrozem i w ogólnie pojętym zimnie. Niesamowitym i fascynującym. I tyle… dla innych może to koszmar, może nic, może po prostu coś więcej, la mnie to wszystko. Jak książki, archeologia, pluszaki i zapachy i zdjęcia i jeszcze, jeszcze oczywiście kamyki!

I…

Wiele by wymieniać…

Ale… poszliśmy do nasej dolinki, będąc właściwie pewnymi, że albo nas zamrozi, albo ciemno się zrobi, ale niedziela była piękna i naprawdę wcześnie wstaliśmy, więc jakoś się udało. Udało się przejść przez pasma mgieł, pogapić się na pola, wypatrzyć cuda z ziemi wystające, a potem potańczyć z zamrożonymi listkami, tam, nad jeziorem, by w końcu znowu wtopić się w to wszystko, takie białe, takie… jakby drogi nie było, ziemi nie było, ino ten śnieg…

I zamrożona rzeka.

I liście, jeszcze jesienne…

I nikogo.

I to chyba było w tym wszystkim najfajniejsze, iż wiedząc o nieodśnieżonych szlakach nie tylko ci na nartach mieli ubaw, ale też i ci na nogach, czyli my, no wiecie, prawie jedyni, a może jedyni? Tak, szło się ciężko, ale to dla tej dziczy przyrodowej człek żyje. Dla onej zimności, śnieności i zjedzonych potem lodów, a co… przecież i tak zimno. No i kwiaty trza było kupić – rocznica! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Powrotnik… została wyłączona