Pan Tealight i Po północy…

„Są pewne rzeczy i sprawy, które wymagają pewnych odpowiednich momentów.

Czasu, przestrzeni, fazy Księżyca…

… pogody, aury czyniącego i aury Wyspy.

Albo czegoś, czego akurat nie ma, w okolicy, w onej osobie, w potrzebie… czegoś… Ono CZEGOŚ urastało często do rozmiarów złotego środka, kamienia filozoficznego, czy też zwyczajnie tej POTRZEBY… ale czasem robiło się TE recy wtedy, gdy nie było ju innego wyjścia. Nie baząc na okoliczności czegokolwiek, zarzucając mocom wszelakim olewactwo i wszelaką niesprawiedliwość dziejową. Jednak dzień, cóż, zawsze wartało poczekać do tego ciemniejsego czasu. Chociażby po to, by sąsiedzi nie wewali policji, a oni znowu ludzi  jasnymi kaftanikami, chociaż, czy one wciąż są jasne?

Czy są w ogóle?

Problem?

Ciemny czas był obecnie luksusem. Panowało słońce, mrok, tudzież gęstsza szarość, nadchodziła w okolicach 23ciej i odchodziła przed 4tą. Miałeś może 5 godzin głębej sarości, ale często daleko było jej do ciemności nocy. Onej normalności zwanej mrokiem, nawet jeśli dzień był pochmurny… a to darało się cora rzedziej, prawie nidy, męcąc i sprawiając, że pęd ku działaniu wycieńczał cię i w końcu zaczynałeś krzyczeć… przenikać przez welony i szarpać za suknie Bogów.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wybrana” – … okay… taki powrót do przeszłości, do tego, jak to drzewiej pisano, więc zapewne tak zwane młodsze pokolenie, to naznaczone „booktokiem” nie odnajdzie tutaj swojej strony książek, ale cała reszta, chociaż, jakoś tak, no bez przesady, jest w końcu i ona i on, nie tylko ona dziwna magia, pokrętne tajemnice i tak dalej…

Nie tylko to…

Do tego bardzo narowista główna bohaterka, zły czarownik i mroczny las.

Ekhm… oraz niepewność.

Książka ma klimacik. Klimat. Co mi tak przyszło na one zmiękczenia? One legendy środkowoeuropejskie naznaczają każde zdanie, wplątują się w opisy, kształtują otoczenie. Ale to taka autorka, z tego ją znamy, niektórzy wprost wyznawali niegdyś jej pisanie, nie wiem jak to dziś, w czasach ACOTARa i tym podobnych… bez urazy, pierwszy tom mi się nawet podobał, ale potem… Jeżeli szukacie fantasy, która nie ma tak zwanego „big spajsu” LOL na każdej stronie, ale ma ono napięcie, niesamowitą historię, wszystko to, co dzieje się jednocześnie z rozwojem bohaterów i ich… stosunków, normalnych stosunków, no weźcie no, te zboczone umysły… LOL które mogą prowadzić do czegoś, ale nie muszą, bo przecież… tajemnicy, która otwiera podwoje i może ukrócić żywota…

Voila!

Z cyklu przeczytane: „Adeptka złoczyńcy” – … okay. Tutaj mamy drugi tom bardzo, aż nazbyt współczesnej powieści/współczesnym stylem spisanej, która też woli obracać się w innym świecie, królestwie, rycerskości, gdzie zło i dobro mają swoje granice… oraz istnieje klątwa – choroba… i bohaterka z ciętym językiem, oraz on, który ją… no tak, tu jest „spajs”, ale spokojny, nienadmierny… jest masa słów, które właściwie nic nie mówią, ale jakoś tak czytanie idzie szybko… nie mamy opisów, bo to w dzisiejszych czasach niemodne… zresztą, i tak nie czytają, jak mnie powiadomiono…

… ot moda na książki.

Wykorzystam ją ile się da!

Jednak drugi tom tej serii, niekoniecznie jest zły, po prostu jest płytki. Spisany tak prostymi słowami, krótkimi zdaniami, jakoś tak, no męczy, a przecież ma taki potencjał, człowiek już widzi ten scenariusz i spory budżet! Może to jego ciągłe myślenie o tym jak ją… ekhm, poznać w TEN sposób, a może jednak zwyczajny brak tego CZEGOŚ, co w tej historii było na początku…

Nie wiem, ale dla mnie to już koniec zabaw w tych okolicznościach magicznych… mniej lub bardziej. Passs!

Mgła, havgus, coś w powietrzu…

… nienaturalny brak wilgoci, albo pokrętna, oszałamiająca wilgoć. Zimno lub wszelaka wrzącość. Nigdy nie wiadomo co będzie, ale ono zjawisko pogodowe seryjnie mocno, zawsze, za każdym razem mnie rajcuje. Widzę w onych kłębiących się mgłach, powietrzu lekko pobielonym, jakby muśniętym pudrem, farbką rozwodnioną, dusze… potępione, tudzież przeklęte dusze, niekochane i niechciane… albo i te, których nie wybrano by wlały się w jakieś ciało…

… by się nim stały…

Człowiekiem…

A może po prostu odmówiły i za to oberwały?

Bo Bogom się nie odmawia, twórcom i wszelakim stworzycielom lepiej nie pyskować, jak dają, to brać, a potem kurde z tym jakoś, no wiecie, pracować, jakoś zwyczajnie, po prostu dać se radę, albo dać ciała… nie poradić sobie i olać porakę, albo w ogóle olać wszystko i po prostu nie być, choć i być.

Ale… druga połowa kwietnia naznaczona została lekkim ociepleniem, słońcem i przerwami na mgły, czyli całkiem normalnie, chociaż temperatury nie są takie, jak w innych miejscach Europy. Jest cudownie chłodniej, sucho, ale jasno do 21szej. Oj… już bardziej tęsknię za ciemnościami, tak bardzo, za bardzo bardziej… nawet one kwitnienie drzew nie cieszy, one… kurna, kleszcze, już? Serio?

Podobno epidemia na Olandii!

I to wielkie jak krowy…

No wiecie… przesadzone, ale w swych wymiarach, no krowy.

Kwitnienie…

Czas na robale.

A tak, w trawie kleszcze już się radują jak Maria SC. Chociaż nocami kilka stopni. Jak się skurczybyki przystowały? Nie wiem, ale spoglądam na coś, co kiedyś, wróć, właściwie dość niedawno, jakieś naście lat temu było wciąż normalnością, jak łażenie po łąkach… tak, wiem, łąk mało, nieużytki właściwie nie istnieją i tak dalej, ale, są trawy, no dobra, zboczeńcy mają plastikowe, w życiu tego nie pojmę, szczególnie w miejscach o sporej wilgotności. Plastik na plastiku… jednak, natura… tutaj natura to boskość, ale jak w nią iść, jak zaraza, grozi i wszelako, no gryzie!

Przerażający jest ten świat ju teraz w każdym miejscu…

A!

Co do poczty, to wysyłanie listów by DAO jest raczej niewykonalne, tudzie wyględnie trudne i mozolne, skomplikowane. Kartka pewno przejdzie, nakleją na nią swój wielki papierek, którego nie odkleicie, więc nie przeczytacie, co tam pisze, ale wysłanie listu z papierowymi elementami w srodku za granicę, oznacza salonee bawy, jak się dowiediałam, moecie wysłać płaskie, ale musicie oznaczyć między innymi, czy to papier, tektura, czy plastik… a nawet jeśli już dokładnie sprawdzicie skład kartki, którą wysyłacie, to poczta może do was wrócić, bo wiecie, malutka rolka taśmy w środku nie do końca im pasuje… albo po prostu coś im nie odpowiadało…

… więc zostaje Szwecja.

Tylko, a przecież i oni chcą poctę rzucić!

KURWA MAĆ!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po północy… została wyłączona

Pan Tealight i Zawieszeni Dźwięczeni…

„Bo tak ładnie wiało, więc Wiedźmom z Pieca się wiosenne szaleństwo udzieliło, a i Turyścizny trochę było, więc wiecie, materiały darmowe się pojawiły na ulicach, w sklepach, domagające się bułek i kiełbasek, bezbożnicy jakowyś, czy co… Burżujstwo i tyle, przyjechali na Wyspę, wykupili właściwie wszystko, co najlepsze i najtańsze, a ty co, masz jakoś przecież przeżyć i świat po nich, więc…

Wiedżma Wrona Pożarta Przez Książki już planowała chować się i nic więcej nie robić… ale karmić ją było trzeba. Ostatnio naprawdę musiały o niej myśleć wiele więcej. Dlatego też i włączyły strategiczne planowanie. Suszenie, weki, gotowanie, nowe ziemianki powstały… święta się skończyły, więc i na chwilę Turyścizny pierwszy wielki pochód zniknął… ale były gotowe na sezon.

Tak, niekórzy zostali udawać, że tak naprawdę, to byli tutaj przez cały czas, od połowy jesieni, no oczywiście, że tak, byli na zewnątrz AKA na kontynencie, AKA Kopenhadze… odwiedzić babcię, dziadka i wujka z chropawą nogą i ogonem, który mieszkał w wieczystym mauzoleum, ale poza tym, to oni tutaj mieszkają przez cały rok, tak się kurde poświęcają… aj, że się nie świeciło w domu?

No kurde, no jak to nie, przecież nastawili czujniki, przecież…

Przecież…

Tych można było użyć w pierwszej kolejności. Kłamliwe, łykowate mięso, ale dziwnie dźwięczne, gdy tak wisiało na sznureczku, kolebiąc się na wiosennym wietrze, w onej suchej aurze, ostatnimi czasy tak normalnej… Nawet zaczęły robić dzwonki z kości i sprzedawać je  budki pry drodze. W końcu wyryty na nich napis Wyspa, zapewnienie, iż ekologiczne i oczywiście humanitarnie pozyskane…

Oczywiście…

Human humanum… cannabis cannabis, a wilk wilkum wilkiem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zdrajczyni Jane Boleyn” – … piękna… szalenie lingwistycnie niesamowita. Po prostu… smaczek! Po latach („The last Tudor” to był 2017?) „Filip Gregory” powraca… taki żarcik domowy: w którymś tłumaczniu „The other Boleyn Girl”, onym filmowym, AKA lektorowy, autorka została cichaczem przegenderowana, ale pewno o tym nie wie…

Tia, chyba nawet mam to DVD. Ono z Black Swanem.

No co? Ekhm, i Czarną Wdową.

Nie serial…

Ale, do portu! Gregory przez jakiś cas była niewidoczna, dziwnie cicha. I tak, ocywiście, że większość tych, który ją czytają zna ją z cyklu Tudorowskiego, jednak, nawet oni nie mogli przegapić tego, że coś się tam w ciszy onej kręci i rzeczywiście się kręciło… w międzyczasie, w onej milczącej głośno ciszy autorka zdobyła (trzech mężów? sorry, szukałam oryginalnych tytułów i informacje mi wyskoczyły wszelakie, wszyscy rozwiedzeni) w 2021 order CBE, bardzo ważne odznaczenie, dwa lata później opublikowała książkę, którą bardzo chcę zdobyć w oryginale: „Normal Women”. Głośną, ale chyba nie wszędzie, Tik Tok ją zagłuszył AIowymi historyjkami z BDSemem w roli głównej… zapewne. W lutym autorka wezwała do obalenia monarchii… i jako monarchistka, yeah, sorry, ale z waszym królem Maam serio coś jest nie tak, nase królowe i króla kocham, więc… każdemu podług zasług. Charles z tymi wyskokami islamistycnymi nie asługuje na Fidei Defensor… chociaż, w końcu to zależy jakiej religii… kurde, znowu do portu…

Najnowsza powieść, właściwie świeżak, w tamtym roku wydana, to po prostu majsterstyk, w szczególności dla tych kochających język. Słowa układane tak pięknie, po prostu oną polszczynę, starzyznę, ale i zwyczajnie układną, poprawną, bogatą języczność, słowa… tłumaczenie miodzio! Bo przecież historię znamy, oto ona, żona Tego Brata Tej Królowej, właściwie jedynej koronowanej po Katarzynie Aragońskiej. Różnie przedstawianej, tej co żyła w bogactwie, potem niesławie i biedzie, by znowu być zawołaną na dwór dla kolejnej „królowej” i kolejnej i kolejnej… Jane. Ta, która przeżyła kata. Ta, która w końcu i tak dozna jego dotyku… to wiemy, i chyba właśnie ona świadomość sprawia, że człowiek może się tak rozsmakować w onych obrazach z przesłości, w onym podglądactwie, w tej magii, ale i niebezpieczeństwie.

Balansowaniu na linii szaleństwa i dogodności.

A obrazy słowami malowane w tej powieści są piękne, nietypowe, inne.

One momenty ze znanych nam historii, których jeszcze nawet ta autorka nie wrzuciła w swoje poprzednie pisania, te widziane przez kogoś innego: ckliwe, szalone, fascynujące… niebezpieczne… kobiece. Oj tak, ta powieść to kobieta. Chwila, jej życie, jej część dworskich zmagań, jej nadzieje i męcyźni,który ją wykorzystują, bo przecież… rodzina. Howardowie, Stewardowie… komu podlegać, dla kogo żyć? Która strona, komu służyć, poza królem, oczywiście, ale przecież nic nie jest oczywiste, nawet szaleństwo…

Ta powieść to majsterstyk, w mojej opinii.

Siedzę tu, zapatrzona w morze, któe dzisiaj trochę zdaje się cichsze, w pole świeo zaorane, powoli odzyskując węch i smak… powoli wracają do siebie, tudzież onej nowej siebie, któa odrodiła się z popiołów onego chorowania, wciąż pociągając nosem… patrzę na ono niebo, dziwnie niepomazane onymi liniami przelotowymi, na oną ciszę, która zdaje się nie tylko tworzyć, materialiować, uosabiać, ale i uczłowieczać, i spacerować sobie po pustych chodnikach, na królika patrzę, który…

… wróć, królik, jaki królik, kurna, już po Wielkanocy!

Won mnie tutaj… nie no…

… wciąż siedzi, potem zając, jakby się zmówili, bażanta słychać, czasem i tego tam, pterodaktyla, znaczy no wiecie, żuraw, czapla, słonie latające… przesiadam się i widzę pole, las, za lasem chyba rzeka, no jeszcze jakoś tam kilka dni temu była, jest i moje drzewko, wyżarty/wykoszony trawnik działki, na której czasem ląduje ten burżuj z helikopterem składanym… sąsiada dom, tak trochę po skosie… znowu pole, drewa, w oddali, ale takiej serio, ze dwa kilometry, gospodarstwo i pole i drzewa, i niebo, tyle nieba…

Tego nieba tak wiele…

I morza…

I ta cisza, taka wrażliwa, ckliwa i łatwo niszczalna. Niby już sezon, znaczy wiecie, araz maj, ale jednak chłodno wciąż, więc onej Turyścizny mniej… na szczęście, bo czas na to, by las się wypełnił kwiatami i tak dalej. No co, jak ma być noc Walpurgii zaraz, to już raczej czas. Chyba? Podobno lato ma być w tym roku takie mocne…

Podobno?

Sąsiad mimo zakazów, czy te raczej dyskretnych porad władających, ściął trawę. Właściwie nie do końca wiem co ciął, bo trawa, to wiecie, przy tych wciąż rymrokach, to tracej jakoweś wyobraenie, no ale… pojeźdił sobie  kosiarką. Czasem mi się wydaje, że on zwyczajnie musi, inaczej się dusi jak ino ta trawka ma pół milimetra ponad jego wydumane ileśtam! Wciąż nie wiem dlaczego kosi oną pustą działkę, no wiecie, helikopterową. Może ten od helikopera mu za to płaci, a może zwyczajnie coś w nim samym pcha go ku onej kosiarce. Serio, prawdiwie i naukowo zaczynam go podejrzewać o jakiś dziwny stosunek, którym ku niej pała. Jak ją dotyka, prowadzi, jak ona warczy na każdego, kto tylko przerywa ten ich taniec, oną ich własną płynność ruchów, pożeranie ździebełek i dekapitacje stokrotek…

Szaleństwo.

Może za wiele tego okna?

Może tak kończy się brak telewizora? Nie wiem, przestajesz patrzeć w książkę, zerkasz w okno na Wyspie i historie się tworzą same. resztą, jeżeli można mieć AI dziewcynę, to co mi do tego związku z kosiarką, raczej wygląda, że obydwoje mają się w nim doskonale. I nie afiszują się nadto…

Chyba…

Czy to związek otwarty?

No dla niego chyba raczej, przecież ma żonę i dzieci, chociaż, co ja tam wiem, te świeczki w ich oknach, msze czarne pewno, nie zapraszają, czuję się urażona… LOL wróć, nie chcę być zapraszana… a może chcę, tylko, wiecie, by odmówić, bo na swoją własną nie zdążę… ekhm… może to o to chodzi, zauważenie…

Dla mnie widły, dla niego kosiarka… LOL

Ech… ta cisza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawieszeni Dźwięczeni… została wyłączona

Pan Tealight i Totem Deszczu…

„Nie potrzebowali go…

… w końcu nie było jeszcze suszy, znaczy mogła się wydarzyć, oczywiście, ale jednak, jak na razie, no to nie. Była Wiosna. Może i markotna, dziwnie osowiała i taka jakaś pokrętna, może i mocno związana z Zimą, ale była. Połatana, lekko przeziębiona i niepewna swoich potrzeb, niedbająca o potrzeby innych, wymagająca terapii i to we wszystkich nurtach, od razu, oraz nowych kosmetyków…

Nastała.

Chociaż kieckę to miała z wyprzedaży i obgryzaną przez mole, co Ojeblik – mała ucięta główka, od razu jej wytknęła… ostatnio naprawdę była ostra. Nic jej nie mogło powstrzymać, nic nawet o tym nie myślało, bo przecież lepiej mieć wszystkie kończyny… wlasne, nie doszyte cudze. A zawsze istaniała możliwość utraty którejś z nadto wystających, albo mających zbyt głośne i donośne zdanie… sprzeczne z tym małej, wszelako samodzielnej, główki.

Ale reźbienie, cóż, o to niewielu podejrzewało Ojeblika.

Właściwie, to nikt… a już tworzenie totemów, i to wszelako dobrze się sprzedających… w tych czasach, cóż, co jak co, ale główka wiedziała jak się ustawić. Czy też raczej, potoczyć. A że, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, Wiosny nie lubiła i Lata, więc siedziała w swoim kamienno-drewnianym warstacie, ukrytym w podiemiach, tych, do których niewielu zaglądało, a już w ogóle, w kompletnym porozumieniu mieszkała tam ino jedna szara MyszMysza, to mogła sobie pracować ile jej główkowa dusza zapragnęła. Albo oglądać seriale…

Ostatnio się wciągneła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Święta w tym roku były i się zmyły…

… a raczej odeszły z wiatrem.

Pizgało nieźle przez one kilka świątecznych dni, właściwie od piątku do poniedziałku, więc nie wiem, czy się ludziom podobało, czy nie? Wiem jedno, promy wykupione, fale były, więc na pewno fajne mieli powroty i wszelakie podróżowania. Nie zazdroszczę. Co do słonka, to dopisało, znaczy świeciło, ale wiatr mimo 12 stopni, mroził członki wszelakie. Podobało się, czy jak zwykle marudzicie?

Jak tam się ma Turyścizna?

Ello?

No co? Widzicie, u mnie nadal szpitalnie, więc się człowiek nie kontaktował z nikim. Nie żeby miał w ogóle zamiar się kontaktować, przecież i tak unikam ludzi niczym onej wody święconej. Pomijam już to, że nienawidzę Wielkanocy od awsze. Poza cekoladą, no wiadomo, nie jestem aż taką masochistką. LOL Ale cała ta otoczka religijna, to nie moja bajka, za bardzo to straszne, a straszne nie powinno być częścią odradzania się… czyli tej tam, no wiosny.

Bo wiosna wciąż na topie.

Powolna i dziwna.

Powiem wam, że serio, ono patrzenie w morze, jak to ten mały kuterek ciągnie one wielkie wiatraki, patrzenie na one grzywacze, słuchanie trzeszczącego domu, onych dziwnych dźwięków, pieśni i opowieści… i ten dziki królik, podobno, co to wygląda jak mikro zając, ale z przyciętymi uszkami, brązowawy bardziej niż szary, ale widać, że się sierści, chyba poziomki wyżerał, ale jak ino to, to niech żre na zdrowie.

Plenią się w końcu kurna niczym chwasty, a nic z nich nie ma, poza liśćmi.

Wciąż zielonymi, chociaż zima była…

Do sąsiadki jakiś głośny osobnik przyjechał, ech, człek se uświadamia, iż nie przetrwałby w jakowymś tam mieście. Zbyt wiele dźwięków. Ci ludie, którzy ciągle pipkają, nie wiem jak oni mogą tak z tymi powiadomieniami istnieć? Czy wam też wciąż zadki lub torebki piszczą, kieszonki, czy nie wiem, gdzie tam macie one urządzenia? Nie przeszkadza wam to? Te dźwięki? Wszelakie…

Jakoś tak jest, że nie pojmuję telefonów i związanych z nimi mód.

Onych kontentów i wiecie, tych tam wszelakich estetyk. I tak, mam Instagrama i nawet tam bywam codziennie na chwilę, mam Facebooka, z casów dawnych i niską tolerancję na ono coś… miałam coś innego, pozamykałam to, bo i po co? Wciąż znam ludzi, którzy istnieją gdzieś tam, poza granicami i wodami… znajomi nieznajomi. Wygodni, bo podobno można ich wyłączyć, ale…

… czasem się nie da. Człowiek się do kogoś przywiązuje… rzadko, ale jednak… introwertyk  introwertykiem… przez internet łatwiej…

Ale bez pipkania.

Na Wyspie nie widać influencerów czy też onych telefonów… ale medytujących tak… spacerujących, biegających… zamyślonych ludzi… tak…

Żyjących.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Totem Deszczu… została wyłączona

Pan Tealight i Nativity of Naivity…

„Stajenka stajenką, ci tutaj to sobie niezły penthouse wybudowali, by było w mocy i wszelakiej sile oraz przekonywujące. Tak zaprzeć się, a zastawić, by postawić, a potem martwić o to, czy będzie stało, czy wilk nie zdmuchnie, a prosiaki nie przejmą… bo to głównie świnie robiły te rzeczy, wiecie, ściągały… Nie tylko komornicze sprawy, ale też i wszelaki bulling i zastraszanie podstawowe, w zależności od strachowości, oraz tego, co kto ile i za co i komu, przede wszystkim, wisiał…

Czy też winnym był.

Ale ta budowla.

Oczywiście, jak to one mają w zwyczaju powstało sobie w noc pełną pełni, jasności i dziwnego zmęczenia żołądka, więc nikt nie wychodził. Pewno dlatego nie zauważyli, a przecież wielopiętrowy. z wykuszami, z oknami zdobionymi maswerkami, z rzezaniami wszelakimi i smoczymi głowami, z dachem ciemniejszym, mchem powtykanym wszędzie, w one drewniane ściany z bal, dziwnie pulsującym życiem lub mocą…

… nie chcieli wiedzieć.

Drewniana, spora budowla, moe wąska, ale jednak dość potężna, po prostu stanęła pod jednym z ukochanych drzew Wiedżmy Wrony Pożatej Przez Książki Pomordowane i bardzo ją denerwowala. A na dodatek puszczali głośno muzykę, bardzo za głośno!!!

I oddychali!!!

A Wiedźma Wrona na oddychanie i mlaskanie ostatnio była nadmiernie wkuta. Taki okres miała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śmiały” i „Szczodry” – ech… no po prostu… miodzio… nie mam zamiaru się rozpisywać, bo nie ma ku temu powodu. Jeśli czytaliście książki autorki, na pewno sięgnięcie i po te… tak zwyczajnie. Jakoś tak to działa, z nią w szczególności. Tą, która potrafi połączyć fakty i nierzeczywistość, legendy, mamaje i wszelakie mronki z faktami historycznymi… początki Polski, zmienności, zwykłe człowieczeństwo i… WIARA. Tak, w tamtych czasach wiedzieli o co walczą. Wiedzieli z kim, a jednak wciąż była to garść bogatych, którzy mieli swe marzenia, oraz garść tych pomiędzy… oni mądry, doświadczeni, oraz ci, którzy zwyczajnie mieli mistrzostwo w manipulacji… dworskie machlojki, niesamowite męskie postacie, ale przede wszystkim one…

Szyje.

Kobiety!!!

Kobiety u Cherezińskiej są wszelakie. Silne i zastraszające, kochające i wiedzące czego chcą, zdolne poddać się kadej karze, by tylko osiągnąć swój cel, oraz takie, które zwyczajnie wykonują swoją pracę, ale też… żadnej z nich nie można ufać. Każda  nich w każdej chwili może się zmienić. Może zamarzyć… chociaż, zawsze może przecież wtrącić się przeznaczenie…

… oj tak, na tych ziemiach ono wciąż ma moc…

PRZEZNACZENIE

Ale jeśli myślicie, iż to romansidło, oj nie, to powieść dla tych, którzy wiedzą, ale też i odważnie gdybają. Dla wielbicieli średniowiecznej historii, dla tych, którym podstawówka nie wystarczyła i nagłe przejście od 966 do 1025… dwa zdania z podręcznika; zawsze mnie to intrygowało. Przecież nie mogło być tak, że chrzest i już. Szczególnie nie na tych ziemiach, upartych… twardych, żyznych, ale też i kapryśnych… zróżnicowanych… no i te sceny bitew!

Siła…

Sława!

Niesamowita dylogia.

Pierwszy tydzień kwietnia, a wiosna, taka sobie… mówi wielu.

Temperatury względnie chłodne, tulipany wyglądają z wilgotnej ziemi, ale jakoś tak, gromadnie nie chcą wyjść, nawet hiacynty… za to krokusy były przez chwilę, ale szybko zniknęły, podobnie jak ranniki. Dziwne te kwiatowe postępowania żywotne w tym roku. Wyłażą i znikają, albo wyłażą i wracają  powortem, jakby usłysały wiadomości i stwierdziły, o nie, to nie ten świat, pisałyśmy się na inny…

Dlaczego pytają się nas o pronaunse?

Co im do kwieciego życia seksualnego?

Ocywiście pojawili się ludzie… między innymi Turyścizna. I to z namiotami, kurna mocarne, no nie powiem. Czy rok temu było cieplej? Nie wiem, jakoś mnie to chyba nawet nie interesuje. Wiem jedno, na pewno kwiaty zachowywały się inaczej. Były dłużej i pełniej i jakoś tak, radośniej… nawet forsycje jeszcze nie chcą się żółcić, ale przecież potrafią nawet zimą… szalone! No dobra, sprawdziłam zdjęcia i tak… hiacynty już przekwitały i tak dalej. Wszystko kwitło i się liściło…

Interesujące.

Ale, każda pora roku jest inna, każdego roku też, choć ta sama, to ma inne oblicze.

Za to w stolicy… znaczy, no wiecie, na tym tam, kontynencie ludzi masa… i deszczowo. I wszelako turystycznie. Nie wiem jak to jest, ale od kilku lat, jak tylko człowiek wychyla nos z Wyspy, to od razu pada… może i noszę deszcz ze sobą, niczym ochronną pelerynkę? Może tylko o tym nie wiem?

Może…

W sklepach albo pustki, albo nadmierna ilość osób.

W Popmarcie ściski, w Illumie pojedyncze dusze, lekko nie do końca wiedzące, co tutaj robią… jak ja, człowiek obecnie pozbawiony węchu. Bez węchu zakupy nawet oczne w perfumeriach mają jakiś taki nikły sens?

Chyba, że kochacie szklane buteleczki?

Nie wiem…

Oczywiście, szczycąca się morderczymi rowerami oraz brakiem miejsc parkingowych, Kopenhaga kocha ludzi. A przynajmniej tak mi się wydaje. Może naprawdę nie rozumiem już miast? Uciekłam do lasu, jak tylko pojawiliśmy się z powrotem w Szwecji. Potem w Malmo człowiek znowu musiał po prostu to odbębnić, rocznica LOTRa kręci, oj kręci, nowy film w ogóle nie kręci… oj nie!

Tylko mnie?

Możliwe, Diuna też nie dla mnie, jakoś tak… poza muzyką, ona genialna, ale te rozkminy, to rzucanie się przez różnych co lepsze, czy nakręcony tak prawdziwie LOTR, czy Diuna… serio? Nie ma porównania. Inne czasy, inni ludzie… i po kiego rzucać się do oczu wzajemnie za pomocą socialmediów? Może i to takie czasy, i ludzie muszą, nie wiem… dobrze, że chociaż morze płaskie. A! Podobno podatek na jedzenie zmniejszają i będzie taniej w Szwecji! Znowu!

Moja ukochana sieć sklepów, czyli ICA oberwała nieźle, więc…

Czekam!

Na Bogów Łagodnej Finansowości… i Pełnych Kieszeni!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nativity of Naivity… została wyłączona

Pan Tealight i Aleja Mnóstwa Wschodów…

„Aleja Mnóstwa Wschodów była piękna…

… ale to raczej chyba względnie jakoś tam logiczne, bo przecież o takiej brzydkiej, to by tyle nie mówili, chociaż, w tym dziwnym świecie, który tylko na pozór wydawał się zwyczajny, niebo, wody, drzewa, skały, domy, tłumy, pragnienia, marzenia, zawody… nic już nie było jakąś…

… normalnością…

Czy też chociaż względną, wyględną zwyczajnością.

Wszystko musiało być: bi, anti, izm, oraz coś jeszcze. Takie coś, co obrażało najzwyczajniejsze ludzkie myślenie, wszelaką logikę zawstydzało, oraz miało w sobie coś z lekko woniejącej, miękkiej, truchliwie pleśniejącej, zielonkawej buły… z niebieskimi kropeczkami. Małymi, nazbyt idealnymi…

AIowymi może?

Ale Aleja była piękna…

… oną pięknością dość wycajną, starodawną nawet, rządzącą się wyklepaną, utwardzoną, ale nie asfaltową, wąską drogą, obsadzoną całkiem równo, jednak różnoradnymi iwami, których długie włosy zbliżały się ku ziemi tak jak chciały, bez reguł, poruszały czasem razem, in sync, a czasem całkowicie odmiennie… i zawsze była ośnieżona… Ttak, wiem, było o drzewach, ale ten śnieg, zawsze tam istniejący nawet mimo upałów, odbijający się w korze, w onych pniach falowanych, z wystająymi nibygłówkami, jakby mózgami, niby może i myślącymi tworami, które jednak zapomniały, iż nie da się ino myśleć, że trzeba też i żyć, jakowoś chociaż, chociaż troszeczkę, odrobinkę, bo inaczej…

… oj sens…

Sens tak bardzo chciał enter ten alejowy the chat…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dom dla lalek” – … oj… po prostu… Z Gardner jest jeden problem, w szczególności od kilku ostatnich tomów… chociaż, właściwie od początku takie tematy ją inspirowały. Dzieci… ich traumy, przetrwanie, wina. Te rzeczy, które nawet u wyrobionego czytelnika, któremu się daje, iż nic go już nie rusza, sprawiają, że odkłada ksiąkę i zamyśla się i musi po prostu wyjść, dotknąć drzewa i zapłakać… coś poczuć, coś więcej, czasem aż nazbyt wiele… po prostu.

Po ludzkiemu… starodmodnie.

Bo opowieści o życiu tak skomplikowanym, tak bardo bolesnym, od samego dzieciństwa, jakoś tak, po prostu boli. Przywołuje nasze własne demony, otwiera rany i burzy coś w bliznach… traumy nie odchodzą, one tylko drzemią, ale czasem, udaje się nam zapomnieć, i właśnie o tym jest ta książka. O jednej z nas, która zapomniała, ale potem, nagle wszystko zaczęło wracać i… właśnie, i nie wiadomo co jest prawdą, a co wymyśleniem…. i nawet, jeśli wies już coś, to potem wszystko wywraca się do góry nogami i znowu jesteś w ciemności. W ramionach oprawcy…

Genialna!

Czasem, szcególnie w tym okresie po sezonie, czy tuż przed udaje się człowiekowi być na Wyspie i z Wyspą jakś tak w samotności i wtedy, czujesz się jak… jakby to wszystko było twoje. i morze i niebo, skały i drzewa, one wcesnowiosenne, przekwitające kwiaty, one wiosenne, które się już pojawiają… on pustka, miejsce do oddychania… samotność, może i dla wielu depresyjna, dla mnie wyzwalająca…

… jedyna.

Cy wkurza mnie, że już wyrąbali całą roślinność na nabrzeżu, oczywiście, że tak, wrzaski mew są jedyną normalnością. Wprawnie oko spostrzeże onych strażników, który, gdy tylko zbliżycie się za bardzo, ostrzegają innych i jeśli, jeśli tylko będziecie nazbyt nieostrożni, jeśli tylko asarżujecie, one was zwyczajnie przepędzą.

Bo stregą tego, co najwaniejsze…

Potomstwa.

W tym momencie bardziej możliwości życia, niż jego istnienia… ale strzegą. Już teraz, bo czas nadszedł i one o tym wiedzą. Bez maszyn i urządzeń… apki do sterowania płodnością i youtubowych guru od budowania gniazd…

Wiedzą.

Wyrąbane drzewka, powalone brzózki i cisza… ogołocone skały oczywiście podatne są bardziej na erozję i widać jak wszystko się obniża, szczególnie tam, gdzie człowiek chodzi najczęściej… wiem już, że niedługo woda, przy większym sztormie wleje się na ulice w miejscu, które niegdyś było…

… cóż, względnie bezpieczne…

Ale prawda jest taka, że budowanie zbyt blisko morza, to zawsze igranie z wodą.

Niepewność… a jednak wciąż to robią, plany w Nexoe wciąż są w planach, by budować tam, gdzie dotąd była pustka i woda, w depresji prawie, tudzież na poziomie morza… jak bardzo jest to durne?

Jak bardzo?

Za to w Gudhjem słońce i pustka.

Wszystko jeszcze pozamykane, za chwilę święta i zjadą się ludzie, na campingu już widać kilku „letników” odmiany wiosennej. Ci to dopiero muszą mieć ogrzewanie dobre w onych camperach. W końcu nocą jeszcze przymrozki, a jak zawieje, to człowiek od razu idzie sybciej… nad dolną częścią miasteczka unosi się dziwny havgus, jakby ktoś coś próbował ukryć, z kominów już się nie dymi… a może dopiero…

… czy w ogóle ktoś tu jeszcze mieszka?

Czasem naprawdę czuję się sama… znaczy z Chowańcem, ale jednak, wiecie, sama, jakby nawet nasi sąsiedzi gdzieś zniknęli, jakby… to wszystko było… Tak, to minie, ono uczucie, ulice się zapełnią, dźwięki natężą i znowu będę zrzędzić, że dla mnie za ciepło… Cóż taka tradycja. Zwyczajność…

Bo kocham zimę…

I tęsknię już za ciemnością. Już mi za jasno…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Aleja Mnóstwa Wschodów… została wyłączona

Pan Tealight i Druga Rączka…

„Właściwie, to nie do końca było wiadome, czy istniała ona pierwsza, wiecie, lepsza, starsza, jakoś bardziej doświadczona, na której się można było wzorować… bo przecież by była druga, musiała być i ona…

… pierwsza…

Jakaś może i mityczna, nadobnie legendarna, boska nawet, bo przecież po co się ograniczać, jak można iść na całość. No i musiał być jakiś powód, iż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane trzymała ją, tą drugą, na uwięzi… nikt nawet nie skomentował, ale patrzyli z podziwem na ono ustrojstwo… różowe kajdanki, do tego jakieś wojskowe coś, jakby jakowaś, z kolcami, mini pułapka na niedźwiedzie i długa, skórzana smycz… pewnie kradziona, znaczy się pożyczona na wiekuiste, nawet pośmiertne oddanie, ale jednak.

Czy Ojeblik – mała, ucięta główka była zazdrosna?

W ogóle, w końcu co głowa, to głowa.

W końcu… wiedziała, że jest kim jest. Kim od zawsze była i jakie miała plany. I że ostatnio farby do włosów były w przecenie, a Pan Tealight jej obiecał, że dostanie jaki kolor będzie chciała… więc po prostu była bardzo zadowolona, a poza tym, to była naprawdę tylko mała rączka, seryjnie mała rączka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ludzie nocy” – … to było… przeżycie. Coś innego, może nie tyle nowego, co zapomnianego, odświeżonego, coś, naprawdę wzruszającego, szokującego, mieszającego w głowie… I ta bohaterka, której nie jesteśmy w stanie nawet do końca pozna, specyficzna, zdająca się być samą dobrocią, a jednak, samotna i szukająca… no właśnie, czego… powoli autor odkrywa klocki, puzle opowieści układają sie w całość, ale ona całość wciąż nie do końca nią jest…

Jest coś więcej, coś innego, pragnienie zemsty, ale też i krew… więcej krwi.

Ludzie, który nigdy nie potrafią przestać ranić i tacy, którzy nie mają skrupułów. Jak długo można żyć z własnymi demonami i o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? Naprawdę… młoda kobieta na trycyklu, ludzie nocy i dnia, zagubione dziecko, kobiety i mężcyźni, władza i niszczenie, zemsta, prawda… to wszystko jest w tej powieści, ale i tego nie ma… tak naprawdę jest tylko noc i to, co widzimy przez okna. Ból i niesprawiedliwość, ponienie…. musimy coś robić, ale jak?

To naprawdę niesamowita książka.

Z cyklu przeczytane: „Kapturek musi zginąć” – … nie… po prostu nie, najpierw obraiłam się na tłumacza, potem na autora, a w końcu na samą książkę, bo precież… jeśli połowa jest kiepska, to, czy druga jej połowa moe za to odpowiedzieć? Ale najpierw tłumac, rodaj żeński, który, cóż, takowe jego prawo, podejmuje pewne sdecyje i ja się z tymi dcyjami nie gadam… sorry, ale w polskich tłumaceniach ostatnio musiałam przeżyć |GOSPODARZYNIĘ”! Naprawdę niewiele mi trzeba bym się odpaliła od tego czasu… a jeśli tłumaczy sie coś, co odnosi się jednak do nanych i przebadanych na wylot zdawałoby się baśni, to jednak…

… no nie, tłumacz, ona zniszczyła mi lekturę… Tak, nie używam słowa tłumaczka, feminimy mnie swędzą!!!

A potem…

Dobre, pewno to ja, w dzisiejszych czasach to w końcu zwykle wina klienta, czyż nie? Za bardzo nastawił się, że książka będzie dobra, nastroił na powieść cudowną, porywającą, ale i walącą po nerkach, a dostał… chyba, chyba w końcu nie rozumiem ni autora, ni tłumacza, ni masy ludzi, który to składali, sprawdzali, może i czytali… ktoś w ogóle coś? Korekta, zjadliwe zrozumienie?

Miał to być kryminał, miała być i baśń, ale by zlepić jedno z drugim trzeba najpierw to jedno i drugie poznać i opisać, a tutaj, w tym wszystkim, jakoś tak… okay, rozumiem, psychodeliczne wizje, też byłoby super, ale ten język… nie da się, po prostu nie. Nawet bohaterka, bohaterki… po pierwsze pewne sprawy są tak od początku oczywiste – aż denerwujące, i książka po raz pierwszy zderza się ze ścianą, ścianę to boli – wiem do czego to wszystko zmierza i już nie chcę…

… na dodatek ten język…

Można sobie darować.

Mgła… jest 20ty marca, i wszystko jest mgłą.

I fajnie… temperatury spadły, jest znowu chłodniej… jak najbardziej na plus. Kwiaty wyłażą, ale już te późniejse trochę, jakby wcześniejsze odmówiły współpracy… cisza przed Wielkanocą, w końcu to ju zaraz, znowu Turyścizna przybędzie, ale czy tłumnie i chmurnie, się zobaczy, albo i nie…

Ale, z wieści najnowszych, Bornholm ma najlepszy oddział porodowy? Nie wiem czy na pewno do końca położniczy, chociż też potatoe potato, bo mowa jest ino o przyjmowaniu dzieci, jednak, w całym kraju najlepszy… hmmm, ciekawe jakie były kryteria, bo jeeli widoki z okna, to się nie dziwię. Ale cała reszta, no nie wiem… ale też się nie znam. Nie rodziłam, nie planuję, wszelako jakoś mnie nie ciągnie.

Król i Królowa pojechali do Australii i jest trochę dziwnie. w prasie, mediach wszelakich… mówią o nim jako o tym kolesiu, co chodzi z Mary… ja to nie wiem, ale  historii, tak patrąc na przykład na Charles’a, to nie wysło to na dobre… jednak nasi są już bardziej dorośli, wszelako doświadczeni, jednak, kurde, no be przesady no…

… król to król.

Mgła…

… tak ładnie otula wszystko szczelnie, niby ciepło, ale nie do końca, niby imno, ale te nie jakoś, niby mokro, ale sucho, niby to, tamto, był znowu deszcz, nie jest sucho jak przez ostatnie dwa lata, więc zapowiada się mniej boleśnie dla rolnictwa, przynajmniej na razie… do tego wybory… jedni obiecują tanią ropę, ekhm… interesujący sposób przekupstwa… nie wiem, no wie wiem, wiem jedno, politycy wszędzie są tacy sami.

Kiełbasa za to gdzie niegdzie jest lepsiejsza…

Z innej bajki: w Gudhjem aresztowano kobietę, taką po trzydziestce, taką, właściwie w drugiej połowie onej trzydziestki, więc nie jakieś młode i durne…

Za co?

A wlazła sobie do obcego domu i poszła się wysikać, i w ogóle, po prostu sobie tak o wlazła i tam sobie chyba przez jakiś czas była… więc, w końcu może i mieli jej dość, nie wiem, ale brzmi to dość odklejenie… aresztowano ją, ale jakie są zarzuty, to nie wiem. Ostatnia, co tak do mnie wlazła, szokując i traumującą mne na zawsze, po prostu, wiecie, drzwi przez durną niewagę były otwarte AKA niezakluczone, ale zamknięte, bo człowiek przeprowadzkowy był taki, prysznic brał…

… to nie, nie mogła być ona, umarła…

… jakoś tak zaraz po tym, jak mnie przeraziła, a szyby zaczęły trzaskać od przeciągu…

… więc…

Nie polecam takich rzeczy, jednak, ta tutaj mnie intryguje. W końcu ubikacje w miasteczku są, nawet niezłe, jedna w bibliotece!

Poza tym urawie przyleciały.

Wrzeszczą w Almindingen, a człowiek się zastanawia, czy nie jest czasem gdzieś indziej… czy to nie Mazury jakoweś, czy inne tam jeziorne ostoje, bo przecież to mała Wyspa, nie zmieszczą się one pterodaktyle!

Nie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Druga Rączka… została wyłączona

Pan Tealight i Buda w lesie…

„Wiosna…

… znaczy jeszcze zima, ale to słońce, rażące mimo przykrywających je podobno piasków pustynii, które przylazły i muszały oczy do cierpiętniczych mrugnięć, no i ciepło, one… dziwności w powietrzu…

… tia…

… odpychają zimę!!!

Ale… nie da się ukryć, iż to już czas, oto nadchodzi nowa pora, święta za pasem, a i to nie tylko pasem, ale i laczkami, czy majtasami. Czy to ważne jak będzie? Nie, czy ważne co będzie, też nie, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie uznawała Wielkanocy, więc króliczki miały odpuszczone… może dlatego tak lgnęły do jej domostwa i osoby? No jak szalone? Może wiedziały, że ich nie zje, chociaż już Ukochane Dzieciątko, Miś Wiedźmy Wrony niczego nie obiecywał.

Nawet na spacerach…

Nawet jak w domu była i zdawało się, iż nikt i nic nie chce przebywać w jej otoczeniu poza Chowańcem i Jej Wronami, oraz Stadem Zbuntowanych Szalenie Emencypowanych z własnego tłumu Mew, któe liczyły na jakieś śmieci ze stołu, to królicki i zajączki przybywały. Legenda głosiła, iż chodziło o sadzonki tulipanów i inne tam cebulki powsadzane w to coś, co inni nazywali trawnikiem, no ale… nikt niczego nie mógł udowodnić.

Za to na spacerach… no właśnie, w jakiś dziwny sposób, gdy tylko wyłaziła, coś jej się przydarzało, jak ona Buda w lesie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ach tak! Zamówienie z Empiku… i jakie zaskoczenie!!!

Dorzucili czekoladę?

Znaczy dokładnie te tam, kurosanty, czy jak im tak, wiecie, jam nieprzystosowana, nienawykła do takowych luksusów, u nas one występują ino w tych sklepach, co mienią się onymi „zagramanicznymi”… jak Lidl czy Normal, LOL!

Ale książek też nie zapomnieli włożyć!

Nowa Gregory!

LOVE!!!

Żeby nie było… był 8 marca, dzień, jak to oni teraz mawiają? „Birthing people”, oh, fuck offffff!!! Kobiet, bab, dziewczyn, no wiecie… więc spacer… do lasu, wiecie, w oną dzicz, gdzie sapią biegacze, dziwni z Turyścizny oraz niewymowne i niewypowiadalne. Stwory i potwory, które domagają się własnych bajek… oraz na poboczu stoi poostawiona przez kogoś przyczepa… hmmm, nie wiem co w niej, lecz spodziewam się w niej skryjówki seryjnego mordercy, który jednak ma tak specyficzne upodobania, iż… no wiecie, mało zabija, więcej śpi i ogląda kreskówki…

… aj, te krągłości!

LOL

Albo scrolluje Instagrama w poszukiwaniu dziewczyny swoich marzeń, takiej, z której ściągnięta skóra zrobi ładną kurtkę… i dwie książki, plus notes! No co? Wyobraźnię mam, może i inspirowaną pewnymi owcami, co milczały, jednak… to moja wyobraźnia… a w lesie, tym czasem, spokój, cisza, ino trochę szeptów liści, które postanowiły przez zimę i wiosnę pozostać na gałęziach, wygrywających srebrzystą muzykę, oraz kika kopczyków śniegu, przybrudonych, takich, zeszłorocznych by się zdawało, choć mają ino dwa tygodnie max. Może tydzień?

I te kolory…

… wciąż bujne, choć suche rdzawe paprocie, brzozy, które tutaj białe, w starszych gałęziach czerniawe, w onych młodszych puszą sie odcieniami burgunda i wiecznozielone, one iglaki pachnące… i pod stopami liście i dziwna cisza i spokój i jeszcze… to wszystko, co dookoła się dieje, jakby nie miało tutaj wstępu… lecz przecież ma… Wyspa może być oddalona i przez różne poczty i inne usługi uznawana a Narnię, jednak, to wciąż jakaś tam rzecywistość tłamsona innymi rzeczywistościami…

PS. Z tych emocji aż mi klawisz pękł…

… wytarta plama biała i GR… co to w ogóle jest, nie wiem, za co odpowiada, nie mam pojęcia, ja wszystko na pamięć mięśniową robię, a już wiem, polskie znaki mi kochany RIP skurczybyk robi…. ajwaj!

ROBIŁ!!!

Człowiek stuka w klawiszki, wie, że połowa nie działa, a jednak, stuka… pamięć mu mówi co i gdzie, rozproszysz się na chwilę… i już nie weekend, a czwartek, 12sty marca, ale ten czas pędzi, podobno sztorm jakowyś nadchodzi znowu, temperatury szaleją, amplituda jak ośmiotysięczniki… a w ogrodzie w końcu krokusy zaczynają wychodzić, lecz wiosenne, one wczesnowiosenne kwiaty, to nie miały długiego życia raczej. Ranniki szybko wymiękły od nadmiaru światła, podobnie przebiśniegi…

… nie ma co przebijać, więc wyszły i weszły…

Za rok wrócą.

Obiecały.

Jakiekolwiek by ludzie głupoty uskuteczniali, to wyjdą… bo tak już mają, takowa ich natura… ale mniej słońca wolą. A ono wciąż wali i wali, jakby od czasu przesilenia nie mogło, nie miało już być ciemności. No serio, kilka dni szarości, ale większość to słońce, może i nie pali, ale jednak.

Jest jasno, za jasno, już męczy…

W powietrzu wciąż czuć zimę, oną mroźność dziwną, w końcu piaski pustynii odpuściły i jakoś tak mniej człowiek kicha, więcej oddycha. Pyłki i pył dziwny wszędzie. Uciekł cłowiek prawie 20 lat temu od smogu i co, wciąż pylą… w polityce wrzenia, w ziemi to, co może gnije i przetwarza się na glebę, a na pola rozlewają kupę ku wszelakiej zabawie aromatycznej – bleee – oraz tej tam, no wiecie, pomyślności zbiorów. Bo gówno w gówno widać się zawsze obraca…

… hmmm, to dopiero filozofia! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Buda w lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Wiosna…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie czuła się najlepiej. I to od dawna… Ale jak już robiło się cieplej, zniknął śnieg, to zwyczajnie spuściła skrzydła, spiłowała pazury i postanowiła zostać kamieniem. Głazem narzutowym, czy jakimś tam pebbelsem. Albo jednym z onych demonicznych, bujających się głazów, co to na Wyspie robiły za ciekawostki dla Turyścizny, albo i legendarne, czy mityczne diabelskie zabawki, ale tym upierdliwym, co się nie daje bujać…

… albo spada komuś na stopę nieobutą…

Tak, chciała zostać kamieniem, ale coby jednak takim mało interesującym, choć bolesnym, wiecie, co to i palec ukrzywdzi i główkę, szczególnie te z powiedzenia, co w rzeczywistości bolały koszmarnie.

Takim kamykiem, zwykłym, co nikogo nie zainteresuje, którego nikt tkać nie będzie, macać, tykać, czy i wszelako podziwiać, czy badać nawet, no w ogóle. Ot po prostu, głazem, nieruchawym może, w końcu choroba lokomocyjna była jej nieodłącznym towarzyszem, dlatego i nigdy nie była sama… nawet jak była sama, to nie była, więc teraz tym bardziej nie była, więc…

… to naprawdę skomplikowane.

Ale było mało wesoło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepłość, nagła i oszałamiająca pojawiła się z końcem lutego i została… niestety. Przyniosła ból pleców, dziwne wachania temperatury ciała i wszelaką jękliwość mej własnej osoby. Nosz w mordę jeża, no!!! Za jakie przewiny Bogom i Duchom tego miejsca uczynione muszę przechodzić przez one męki… zapewne żadne, bo i Bogowie zdają się kichać, kaszliwać chrapliwie i wszelako, nie czuć się…

… wiecie, w pełni móc.

Taki czas, powiedzą inni,

Covid, dorzucą słuchający ich, a ja, a ja wam powiem, że nadmiernie kocham i jesień i wielbię wysoce bardzo, szalenie, wprost mocno sadystycnie nawet… zimę i nie lubię wiosny ni lata. Ale tak, oczywiście, że można zrobić piękne zdjęcia i tak dalej, ale jednak, to słońce, tyle światła!!!

Za wiele tego świała.

Słońce coraz bardziej niszczy moje dni.

I noce…

… w końcu dni wydłużają się niemożliwie szybko, za szybko jak na mój liking, no ale, co zrobisz człowieku? Nic. Nie przeskoczysz onych pór roku, więcej, kochasz je, ale masz swoje preferencje. Zwyczajnie. Wolno ci, więc… twoja dusza wybrała. Nie znaczy to, że nie zauważasz piękna premian, onych liści świeżych, pącków, gołych gałęzi nagle się zieleniących, kwiatów, ale… tęsknisz za tym, co kochasz najbardziej, w czym czujesz się najbezpieczniej, dziwnie, najbezpieczniej.

Co cię inspiruje…

Przemiany, znajome, w których co roku odkrywasz coś nowego… coś przegapiasz, coś sobie przypominasz, coś…

No cóż…

Taki przeskok, od minus 11tu do plus 10 w krótkim czasie jest mocno… bolesny dla moich zatok i wszelakiej osoby. Ale przynajmniej widać, że w końcu ten mróz był, w znaczeniu ziemi, bo cholerne chwasty, które domagały się atencji od mojej skromnej osoby w styczniu, zniknęły. Ech, to jest piękne, minusowo i wracają do iemi. Oczywiście, e nie jestem nawina, wiem, że zaraz na mnie wyskoczą, tak jak one ranniki i przebiśniegi, które wychyliły głowy od razu, jak tylko temperatura dotarła do zera. Gdy ino śnieg stopniał już tam były, w onej trawie, lekko podduszonej, ale zielonej… na tej plaży, tak zmienionej, bo w końcu plaże to mają do siebie, że się zmieniają…

Co roku.

Słońce zachodzi…

… początek marca, niebo barwi się lekko krwiście, nawet nie różowo, a raczej miesiączkowo, kolejna pełnia, szaleństwo owłosionych inaczej. Swiat też szaleje i cłowiek wie, że w jakiś sposób to go dotyka, ale jednak, mimo strachu, mimo onych wszelakich pogróżek tej, czy tamtej strony, tak naprawdę liczy się przetrwanie kadego dnia… i tyle. Wyciągnięcie  onego istnienia czegoś więcej. Tworzenie, poznawanie, nauka… uciecka, zmiana, przemiana.

Może i siebie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiosna… została wyłączona

Pan Tealight i Pan naViking…

„Właściwie, to pomyślał, że powinni się jednak przygotować, no jakby co. Jakby jednak miało się coś wydarzyć, w końcu na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez książki Pomordowane nie mógł liczyć, nią musiał się zająć. I może i mogła sobie udawać, że jakby co, to ona sobie da radę, to wszyscy, wyłącznie z szacunku, całkowicie wątpliwego, ale jednak istniejącego, nie zaprzeczali, jednak… wiedzieli swoje. Wiedzieli, że ona sobie rady nie da. Szczególnie sama… jakby co, to ją Kosmitowie pierwszą porwą, coby na karmę przerobić, a potem będą żałować, bo nawet pośmiertnie doprowadzi ich do szewskiej oraz stolarskiej pasji.

Albo zwykłej pasji pasji… też bolesnej.

Dlatego postanowili, po krótkiej, lecz długo trwającej naradzie, cóż, te definicje w dzisiejszych czasach naprawdę nie były stałe i logiczne, postanowili i ustalili, że czas powrócić na drogi sprawdzone i wszelako wyżyte… znaczy, renomę mieli, miejsce, nawet jakaś łódka by się znalazła… tylko broń… o to się kłocili, bo w końcu nie można było niczego marnować. Każde mięsko trzeba w weki, każde kości na przemiał, albo fancy dzwonki, tudzież inne urządzenia morderczo muzyczne, no i skórki, wiadomo, skórki zawsze bardzo istotne.

… więc potrzebowali nowego mentora!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni, który umrze” – … ta książka est bolesna. Jest jedną  tych powieści, które zajmują się niepewnością i dziećmi. Małymi dziećmi i większymi. Ale wciąż dziećmi, które można okarżyć o zbrodnie, które należałoby oskarżyć, albo też… nie, właściwie, w ogóle nie powinno się brać pod uwagę… patrzycie na dziecko i widzicie niewinność. Tak mamy zakorzenione w głowach. Dziecko równa się niewinność. Może być upierdem, ale jednak… nawet te bijące dzieci, to dzieci, które przechodą pre fazy, te uywające niecenzuralnych słów, to samo, wina dorosłych, ale co ze złymi dziećmi, one istnieją… małymi dorosłymi, którzy… nie, wcale nie twierdzę, że bohater jest taki, po prostu poruszam temat. Małych morderców… jednak w tym wypadku Teddy, bo tak ma na imię, wydaje się być niewinnym, ale czy do końca? Jego życie przepełnia zbrodnia, a on jest jedyną, łączącą wszystko linią…

I co teraz?

Niewinny?

A może…

Nie, nie mogę nawet tak myśleć, wkraczam w tę powieść i połykam ją, ale też i staram się zapanować nad nadmiernym myśleniem. Bo jeśli dziecku odebrano niewinność, albo takim sie urodziło, to w co wierzyć? A co, jeśli zbrodniarzem zwyczajnie się rodzisz, lub kształtuje cię to, co widziałeś za młodu… Czy należy zwracać uwagę i uwaać na tych, który przeszli zbyt wiele?

Należy… wystarczy spojrzeć na opis seryjnych morderców…

Od czego to się zaczyna…

Dobra książka, bardzo dobra, ale i bolesna. Oczywiście spotykamy nane nam policjantki, wchodzimy te w ich życia, jak zwykle, najome kąty, postacie, wciąż się rozwijajace, bo seria ma już swoje lata. Rizzoli i Isles są interesującym tandemem. Wysoko inteligentna, ale obarczona własnymi demonami lekarka sądowa i policjantka, rodzinna, ale też naruszona przez przeszłość, z dziwną teraźniejszością…

I tak, wiadomo, że wielbiciele autorki sięgną po tę powieść, bo tak, jak zwykle, ale jeśli nie znacie serii, hmmm, można przeczytać, no problem, jednak…

… coś się traci…

Połowa lutego…

Mróz…

Po raz pierwszy od tygodnia lekkie słońce, nie wieje.

Ja pierdziele, ale dziwnie, ale mocno cicho!!!

Idę do lasu, a tam miejsce, gdzie ino zając nasrał, dużo srał jakby uciekał i popuszczał, nie oceniam go, stwierdzam fakt. LOL Poza tymi bobkami i jego tropem, nic więcej. Cisza i śnieg. Biel i ielenie… gdzieś tam miejsca zapomniane, nieodśnieżone, bo wiecie, co jak co, ale nasze służby drogowe wszelakie nie pracowały mono tej zimy. I tak to uchowała się część Almindingen całkowicie zaśnieżona. Nawet wiatr tutaj niezbyt szemrał, bo i na gałęiach coś jest… i tak człek se idzie, mniejsza o to, że wpadł w wodę do podwozia i teraz zamarza mu lewa noga, mniejsa, że jednak, co jak co, ale te rękawiczki trzeba było wziąć, a nie zostawiać w aucie…

… na co on sobie je założy?

Na opony?

Idziem…

W śnieg. I piękne to jest… prawie przez miesiąc mieliśmy śnieg. Gdyby nie tyle wiatru, to monaby po prostu łazić po lasach, ale  powodu wiatru człek uwięiony był w ścianch i ino se patrzył na biel. Czasem próbował wyjść, ale zatoki od razu wbudały w nim poczucie strachu, że oczy jednak wypchną, niepewności, czy mogą, oraz zawodu, gdy się im poddawał… i tak ino patrzył…

Ziemia zamarnięta…

W drugiej połowie lutego pojawił się pająk…

Nosz kurna no!

Jeszcze nie ciepło, a tutaj… potem a nim drugi, uwierzcie mi, serio ten chiał mnie zjeść, stał i patrzył się, więc rzuciłam w niego telefonem, oburzona tym przedstawieniem, nie płacił w końcu za tickety!!! Ruciłabym i telegrafem, ale to już chyba niemodne? Zresztą, nie mam… Książką nie chciałam, trudno się je czyści, ale jak trzeba… patrzcie, kiedyś człek miał gazety, a teraz…

Ech…

AI mnie wkurwia, ludzie też, a najbardziej to, iż ostatni tydień lutego otoczyło jakieś badziewne afrykańskie powietre i zrobiło się ciepło. Serio? Kto to wymyślił… tak, wiem, nikt nie wymyślał, ale… ziemia rozmarzła w okolicach 24tego i tyle. Przynajmniej u nas. Można sadzić cebulki, można… osiem stopni?

Serio, jutro ma być osiem?

Nie, ja się nie zgadzam!!!

Mam prawo jeszcze do miesiąca zimy!!!

No ale, na razie prawo mam ino do wyborów w marcu, które mogą mieć problematyczne przejścia, gdyż DAO daje dupy. Nasza nowa poczta już została skazana za ostawianie listów z wynikami badań nie tam gdzie trzeba, znaczy jebnęli to na podłogę i każdy mógł w szpitalu sobie w tym grzebać, a wiadomo, to dane poufne… i tyle. Ja wciąż dostaję listy  grudnia, mam opóźnione wszelakie inne sprawy, bo wiadomo, zastoje. Bo oni nie wiedzieli, że tyle tej poczty, bo może jednak… pssst… to był zły pomysł z tym Post Nordem od samego kurna początku? Hmmm?

A my karty pocztą dostajemy… wyborcze i co teraz?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan naViking… została wyłączona

Pan Tealight i Życzliwie Nieżyczliwy…

„Nie ukrywał tego.

Zawsze uważał, iż najważniejsza jest uczciwość, w końcu w kłamstwa i tak ludzie wierzą, a w prawdę dziwnie nie, więc kotłowanie ich umysłów w końcu zaczęło się stawać jego codzienną rozrywką. Ot zabawą, jak dla innych szopping przez internet… wiecie, te konsumpcjonizmy. Tutaj ciuchy zbyt tanie i za małe, tam zabawa z umysłami. I tu i tam ilość może przytłoczyć…

Zawsze.

Po prostu mówił jak jest, nieżyczliwie, świadomie, że ich to wkurwi, ale niczego nie mogą zrobić, bo on prawdę ino głosi… tyś brzydka, tyś durna, tyś za gruba, ty za to ubrany jak baba, ty wyglądasz jak wyglądas, ale mógłbyś pachnieć milej… no przecież sam to cujes, czy nie? Serio… Covid?

Bo jak walczyć z prawdą?

Można nazwać ją kłamstwem, manipulacją, czy też ill doing, jednakowoż, na dłuższą metę ona wypłynie… jak oliwa wrednie sprawiedliwa. I on to wiedział… dlatego też spisywał swoje wspomnienia, listy tworzył, dzienniczki, gdzie się dało, na czym się dało, kiedy tylko mógł, ze światłem, pod światło i bez niego… pisał i podpisywał się zawsze Życzliwie Nieżyczliwy… bo nim był. Nienawidził ludzi, choć podobno  nich pochodził, to nigdy jakoś tak nie cuł onego związku. Rodziców nie znał, matki nie ssał, ojca nigdy nie kopnął w łydkę, siostry nie ugryzł w mały palec ręki lewej… nie pamiętał. A jak nie pamiętał, więc… cóż, to nie istaniało, się nie wydaryło… zakapturzony osobnik, wysoki i chudy, kościsty nawet, śmierci podobny, onej ukejowskiej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ukryty port” – … oj lubię. No ostatnimi caasy, jak tylko coś z Portugalii, Hiszpanii, czy też Italii nowe się pojawia w klimatach kryminalnych, to mnie korci i nęci… Redondo na pewno nie przebiją – choć akurat użycie akurat tego nazwiska mnie rozbawiło, ale są imiona, których nie zapominam, szukam wciąż, czy napisali coś nowego… Maria Oruna to kolejne takie nazwisko, bo choć ona trylogia, a przynajmniej na razie trylogia, może coś się zmieni, to opowieść względnie lekka, krwista tylko miejscami dziwnie eklektycznie „spooky”, to jakoś tak mnie kupiła. I choć bardziej to historia rodziny, onego bycia w niej, bycia poza nią, tworzenia nowej, to też to opowieść o społeczności, o przeszłości historycznej wielu nieznanej…

Historii brutalnej, naznaczającej dorosłość.

Świecie, który jest na listach wielu: do zobacenia, a który skrywa tak bolesne tajemnice. Przerażające momenty. I tak, trzy książki, całość kompletna, intrygujące osobowości, może nie do końca dopracowane, bo jakoś możnaby było, jakoś no trochę dorzucić tego i owego, to jednak, chyba wtedy byłoby za wiele, ale…

… chcę więcej!

Oto jest zamknięty świat, który ożywa na czas sezonu, oto jest mężczyzna, który zmienia swoje życie, pozostawiona mu villa a w niej i zwłoki… Oto jest opowieść… jego i jej, policjantki, która sama ma już za sobą one doświadczenia, trochę zbyt wiele na barkach, ale to jak my wszyscy przecież. I tejemnica miłości, uczucia i marenia… które w dziswny sposób, mimo wsystko, wciąż się plecie…

Oczywiście wszystko, w onych prawie egzotycznych dla wielu, klimatach.

Z cyklu przeczytane: „Złodziej fal” – … zakończenie…

… no wiem, nie po kolei, ale… ale wiedcie, że jak sięgnięcie po środkową powieść, to przyjdzie wam na myśl, iż jest przecież coś jeszcze, przyjdzie wam na myśl właśnie to, co czeka na was tutaj, i się nie rozczarujecie. No, chyba że myśleliście o czymś cakowicie innym… LOL

To się musiało wydarzyć.

Jej przeszłość, jego przeszłość, nie mogły tak po prostu zamilknąć. Musiały wybrzmieć do końca. Pojawić się niepewność, czy naprawdę tego chcemy, czy ona, czy on, czy przyjaźń, czy miłość… i zwłoki. Bo przecież bez zwłok, bez wielkiej podróży, tajemnicy, zbrodni, niczego by nie było.

Cała tajemnica, czy też moc w tym, iż powieść, w znaczeniu: całe trzy tomy, jest bardzo dobrze rozplanowana, ale to można łatwo przewidzieć. W końcu widzimy luki w treści, i jakby czekamy na ich wypełnienie. One trupy, wątki policyjne często są ino dodatkiem… z jednej strony możecie wybrać, czy wolicie zbrodnię, czy historię onej pary, tego świata, z drugiej, razem, to takiw prawdziwe życie. Lustrzane odbicie… Ludzie narzekają na tempo narracji, ale mi odpowiadało. Tak, wlokło się miejscami, ale ja akurat jestem opisowa, no kocham dopieszczanie mnie słowami.

Czy to kryminały? Tak, ale bardziej społeczne opowiastki o niewielkich populacjach. Bardziej pełne wejrzenia w świat, psychologia, thriller, tudzież coś… jakby więcej. Niezapominanie o tym, iż człowiek nie tylko macha nożem, ale też czasem, zostaje do tego uwarunkowany, a czasem, po prostu… to wypadek? Lub, chcemy tak myśleć, bo tak jest wygodniej…

Polecam.

Z cyklu przeczytane: „Miejsce przeznaczenia” – … Suances. Olivier i Valentina Redondo… Och, te smacki speleologiczne, ino kurna nie mieszajcie archeologii z pelontologią, bo wybuchnę! Te tajemnicości, on ponał ją, ona jego… i nagle trup na trupie trupem… a w dłoni kadego moenta… ale co to ma wspólnego z naszymi bohaterami? No dobra, nasza policjanta ma robotę, ale nasz właściciel dobre prosperującego hoteliku chyba raczej nie… chyba? Nie no, przecież co jak co, ale on tylko…

No dobrze, tak jak pierwsa powieść była bardziej skupiona na samym miejscu, tak ta dociera nawet do Polski, a tak, macie i polski elemencik. Ekhm, wielokulturowo i „spicy”! Aczkolwiek patrząc na tę powieśc z onej przestrzeni czasu, smutno trochę, jakoś tak… dziwnie nostalgicznie się robi. Bo tak jak pierwszy tom przedstawiał historię sprzed II wojny światowej, tak teraz mamy opowieść o wojnie o współczesność… wojnie, która może i się jescze rozwinie, która może wcale nie ma tak czystych autorytetów i prawd nie broni… może jak wykle chodzi o… pieniądze?

A może…

Miłość?

Prosektorium miesza się z archeologią, ona znowu ze speleologią, Hiszpania tchnie pięknem nadmorskich miastecek, a ludzie, cóż, przyjezdni…

Most zawsze mnie fascynuje… kiedykolwiek nim przejeżdżamy… tunel, a potem woda, albo wyspy, wiatr i te pilary, niebezpieczne igranie z grawitacją, morskimi duchami, w oddali wiatraki, dziwnie utopijny świat… a potem Szwecja.

Nagle.

Znaczy ostrzegają, nie żeby coś, są napisy na górze i na bokach i na drodze są też… i ostatni zjazd jest, jakby chcieli cię jednak, tak za wszelką może i, dostępną cenę, odwrócić, zawrócić, zniechęcić… ale nie, ty się nie dajesz, zresztą, podróżowanie z Ystad na Wyspę jest szybsze. No błagam i w Ystad wciąż mają coś na kształt poczty! Kocham Danię, ale jednak w pakiecie ze szwedzkimi klopsikami, znaczy tymi tam, mebelkami, klopsików nie jadłam od wieków…

Nie stać mnie.

LOL

Ale… jak ju w Szwecji, znacy Malmo, to polski sklep jeden, drugi, potem poszukać notesu, nie ma, ale znalałam Smiski, w tej Emporii dostaję pierdolca, tyle tych sklepów, drzew nie ma, znaczy są, no i liście, małpigaj rąbany, ale to jednak cywilizacja dziwna… w kiblu niezbyt dobrze pachnie, ale jest za darmo, więc… zgubiłam się tylko 3 ray, jak zwykle chyba… prez prypadek zupełny trafiłam na podówjną taśmę, by potem się zastanawiać, dlaczego na rachunku  karty jest jakż nastoletnia suma SEKów… widzicie, tak to cłowiek sobie potrafi skoplikować życie.

Łatwo.

Potem IKEA… szybli sprint po świeczki, a tam… nie ma ich. Jest biała ściana… nie ma świeczków, no serio, porąbało kogoś? I tak, nie, nie gadamy po duńskiemu w Swecji, to nie ma sensu, w Norwegii tym bardziej, macie reelsy jakby co, się możecie pośmiać  copperowego garnka, kurna, jak jest copper po polskiemu? Wiecie co, od czasu, gdy się dowiedziałam, że nowe tłumaczenie gospodarza płci odmiennej, to gospodarzyni, to mnie pokręciło. Ja rozumiem, że polska język u mnie to krzyki grających w DBD czy też dubbing filmów ze starych czasów, ale…

… źle jest…

Z drugiej strony walić to, candle to candle… się okazało, iż chyba przemeblowanie, czy coś i nie ma, ino jakieś resztki, drogie na dodatek to wszystko, ja nie wiem co z tymi cenami, no ale… pieprzyć to… uciekajmy stąd, ten kontakt z ludziami to przekleństwo jakoweś! Serio! Nie wiem kto na to mi zezwala.

… i tak z niedźwiedziem z Kopenhagi, Hirono i Skullpandą oraz resztkami świeczek szwedzkich, robionych w Polsce, i białym serem , który prejechał kawał, a teraz wraca pół drogi morskiej, my wracamy do Ystad… by zerknąć na mapę morską i zrezygnować z posiłków jakichkolwiek…

Znaczy… ja i tak nie jem nic w takie dni, cy też doby raczej, gdy wyjedamy, bo u mnie paw obigatoryjny… ale teraz, zacełam się bać mimo leków… wiecie, najpierw krótkie cekanie na prom, kurna, w elektryku jednak ciepło. Potem prom, niby wszystko na czas, no problem, rzygalnych plam nie ma, ale ju widziałam jak nas ustawiali, ju kurna ten lekki strach w ocach, koła aut dygają się lekko, łańcuchy prygotowane, te takie trójkąciki, wsystko… i tak kurna se myślę, roglądam się patrząc na te biedne auta, gdie na prestrzał widzą wodę, e jaby co, to jedną stroną wleci, drugą wyleci…

No katamaran, co nie?

Diury ma!

Ale… miejsce mamy tam gdzie zwykle, mniej więcej, znaczy na froncie, czubie, za szybką, przy stoliku. Ludzie polecieli jeść, inni wyciągają własne kanapki, kawę pije co druga osoba, a może ino ja zaniżam tutaj matematyczne wyniki? Średnią oną bezczelnie niszczę? Walić to, początkowo, to bujało tak trochę, okay, tak mocno, ale, czasem se myślę, że może człowiek do pewnych rzeczy już przywykł, może jednak nie, nie wiem…. a potem głos kapitana, aż mu się akcent bornholmski włączył, pewno pomyślał, że jak ktoś w taką pogodę, to wiecie, no ino z musu płynie, więc wszyscy swoi… i pewno miał rację… że fale 2 czy 3 metry, ale ino w pasie swedzkim, że jak dotrzemy do kurna naszych okolic wyspowych, to już będzie leciutko, nic właściwie… i chwilę po tym jak kurna wybrzmiał… czasem, to myślę, że morze się w kamień zamieniaa.

Taką wiecie drogę nieubitą, ale miejscami z głazem narzutowym, i w ogórę i w dół i na boki i coś łupnie, talerze… mimo leków mój żołądek stwierdził, że on coś znajdzie i jednak podzieli się z innymi, z chęcią wielką…

… kurna zdrajca jeden!!!

Obrzydliwiec!

A kątem drgającego oka widzę wpierdalającego… jakby niby nic się nie diało i połowa promu nie myślała o tym, że ostatniej woli nie ostawili, jakby laska prede mną na podłode nie leała nie bacząc na mikroby, zieloniutka… jakby połowa ludzi, który chciwie patryli na nas stolik nie zrejterowała na środek obiektu pływającego, bo tam najmniej czuć podobno… Podobno… wpierdalającego w spokoju wieczystym, chyba warzywno rybną sałatkę, kolesia. Na przeciwko mnie podskakując na fotelu, bo pasów nie przewidzieli, pijąc piwko sobie jednocześnie, jakiś stary morski pirat, co to zdjął na razie opaskę i nogę drewnianą odłożył…

No tak rąbnęło kilka razy, że fotel z zadkiem się rozstał…

Pół godziny takiej zabawy. I wiecie co, kurna, jeszcze to bujanie rozumiem, te fale i tak dalej, ale te dźwięki, jakby ono alumenium się ze skałą zderzało. Jakieś rąbania, łamania, tarcia! Huki! Co to ma być… precie to woda! No imno było, ale lodu nie było, tak ciemno było, mogłam nie zauważyć, ale serio, a sałatkę wpierdolił do końca, pirat piwo wypił, zębów nie zgubił, choć… moe nie miał? Te szkorbuty? I nie, nie zwrócił. Spokojnuśno tak… ino se podtrzymywał te sałatkę…

A… kurde, i ludzie podobno płacą za taie reczy w jakowyś parkach rozrywki… ja ju nie wiem. Wróć, też zapłaciłam!!! LOL I tak, koło Wyspy to się uspokoiło, zdążyłam obiecać tyle Bogom, że teraz się będę wypłacać przez jakiś czas, ale wciąż mnie telepie… a to już trzeci tydzień idzie.

PS. Grobów kopać nie mogą… to takie info sprzed 2 tygodni, ale chyba wciąż na czasie, bo kiedy to wykańczam, to jest 16ty i minus 7 było. No klient chyba poczeka, raczej nigdzie nie pójdzie, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Życzliwie Nieżyczliwy… została wyłączona