Pan Tealight i Zdrowa Bogini…

„Była nią przecież… zdrową wszelako, rześką, ale nie nadmiernie energetyczną, nie… raczej tchnącą spokojem… ale też, nie dającą onej spokojności innym, bo dlaczego by miała? Tak mogliby ją zmusić?

Jak?

Przecież była oną siłą odgórną, wszelako sprawczą? Była sobą, była wielkością, była niesamowitą pięknością, która tak naprawdę miała wszystko i wszystkich gdzieś. Ale to tak głęboko, że naprawdę. Po prostu nawet byście nie wyobrażali sobie, jak głębokie można mieć studnie i piwnice. I jak ich wiele! No zwyczajnie… i nadzwyczajnie obsiana była nimi jej wszechświatowość…

Bo przecież czemu nie.

Jest Boginią, będzie nią zawsze i była nią…

Bóstwem idealnym i wszelako… nie no, wcale nie była zadufana w sobie. Oczywiście, że nie, no czemu by miała być. Była Boginią, więc jakby pewne uczucia i wrażenia wpisane były w jej akta, DNA czy jak to zwał. No wiecie, one wyższe byty też miały takie oznaczenia. Dziwnie ludzkie…

… dlatego nie rozumiała, dlaczego nagle się do niej zaczęli zwracać z prośbami o zdrowie i pomyślność ku flakom i wszelakiej indukcji wewnętrznej i gruchotaniu kiszek i jeszcze wypróżnieniom dziennym i regularnym. Szczególnie to ostatnie jakoś tak ją mocno raziło, przecież była kobietą, więc wiecie… miała prawo myśleć tak, jak chciała. Bo kobietom wolno i tyle. I tak, ona kobiecość tak pojmowała.

Bo czemu nie…

A reszta… ech, niech się odwalą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W lesie…

Jest mokro i mrocznie czasem, deszczowo, wietrznie, ale zdarzają się one dni, gdy złotość w powietrzu roznosi się niczym mgła, gdy wszystko jakoś tak połyskuje, gdy jakoś tak silnie, wyraziście się zmienia… pokazuje więcej i więcej skrywa i wtedy, warto pójść w las, ten niby głębszy, ten bardziej zagmatwany, las, w którym są i grzyby i wszelakie niespodzianki, gdzie są powalone drzewa i miejsca, których człowiek nie dotyka, nie zmienia, ot czasem deskę położy…

A częściej ostatnio zwyczajnie… nie ma nawet na to funduszy.

Miejsca łączone mostkami… miejsca, które są odwiedzane rzadko i tylko przez tych, którzy wiedzą, którzy znają trzy kamienie, niestare, pamiętają mostek, którego już nie ma, po prostu wiedzą, albo czują, że można pójść tędy, tamtędy i jeszcze skręcić i nagle jesteście w Arboretet. Zachwycają was drzewa z innych krain, ale też niekoniecznie z tego kontynentu. Jakby z innych światów… park w środku lesistości Almindingen, który już zaczyna się żółcić i czerwienić, ale wciąż jeszcze…

Jest zielono.

Za to jakie mamy grzyby.

Kurna, jak ufoki jakieś!!!

Trawa wciąż zielona, z drugiej strony, tutaj ona jakoś rzadko kolor zmienia, jakby chciała zaprotestować przeciwko jesiennej różnorodności, przeciwko zimowej, rzadko bo rzadko, ale jednak… no wiecie, sporadycznie, takiej białej jakoś. Białej i śnieżnej, innej, sprawiającej, że ona magiczność wybucha…

… ckni mi się ku niej.

No dobra, ale najpierw parking, bo wiecie, czemu nie… gdzieś trzeba zacząć, zresztą, na nim jakieś te listki takie pięknie oświetlone onym światłem prawie popołudniowym… zresztą, jak skończymy, już słonko będzie się chowało, już będzie gdzieś znikać, okrywać się puchową pierzynką…

Ale na razie…

Na razie…

Idziemy.

Oczywiście najpierw moje ukochane kamienie… może względnie nowe, ale jednak, to uczucie, w połączeniu z onymi… eee jodłami? Metasekwojami, kurde, ktoś zabrał tabliczkę… no ale wiecie, płaskie, nie kłuje, pachnie i ma piękną korę… czerwonawą taką. Się sprawdzi kiedyś, na razie niech będą drzewami, gdzie można się schować, popatrzeć w górę i widzieć jeszcze zielone…

A w dole już żółtawe i rdzwe i piękne…

Uwielbiam to miejsce. Czasem myślę, że mogłabym tam zostać tak na noc, ale ta droga zaraz obok, zbyt szybko się o niej zapomina i nagle coś przejżdża i człek wybudza się ze snu, idzie więc ku rzeczce, szerokiej dość, której przejść się nie da, no bez woderów, czy czegoś takiego, więc trza lądem, przejść w tę stronę, całe ono magiczne miejsce pełne wszelakich drzewności i krzewinek, onych miejsce medytacji godnych i wodności, niby to staw, a jednak…

Coś więcej.

Może nawet jakaś studnia magiczna… z wyspą…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zdrowa Bogini… została wyłączona

Pan Tealight i Kaloryferek…

„Bo on się chciał przytulić.

Tak mocno i wszelako.

Do końca i na zawsze do kogoś przytwierdzić i nie ważne, że ciepło zimno, że jednak zimno ciepło… nie… on potrzebował przytulenia. Poczucia tego kogoś, nie czegoś, nie ściany, rury czy jakiegoś kontaktu, nie, nawet wolnostojąca bliskość sofy czy poduszki, dywany i zasłonki, nie… on chciał więcej.

Chciał mieć swojego człowieka, a że był dość mikry w posturze, ot jakieś 40 na 30 centymetrów, to wiecie, może i byłoby to możliwe, bo przecież czemu nie… dlaczego nie… co to, był gorszy? Zły kolor? Można przecież przemalować! Kształt, oj weźcie no, daje ciepło przecież, więc… nie no, pewno, może i klimat się ociepla wciąż, wciąż i wciąż, ale jednak, no przecież wciąż było wietrznie, wciąż bywało zimno i mogło być zimniej i jeszcze, niektórzy lubili ciepło…

Niektórzy lubili gorąc…

… a nawet parzenie!

Nie żeby on tak specjalnie, wiecie, co jak co, ale taki związek winien wynikać z obopólnej zgody, czyż nie? Normalne. Po prostu. I on o tym wiedział, nie że miał zamiar złapać kogoś, kablem przez łeb, bo tak, miał ozdobny kabel… oczywiście, czemu nie, ale jednak głupio by było, w końcu… syndrom Sztokholmski czy Helsinski, wiecie, jak zwał tak zwał, teraz pewno inne ma nazywanie… to nie gwarantuje związku wiekuistego, bajecznego, a jemu taki się śnił…

Tylko kogo by tu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gråmyr…

Od czasu, gdy zaczął mnie przerażać, zaglądam tutaj rzadko, sporadycznie, właściwie, przyznaję, że unikam tego miejsca. Gdy prawie 9 lat temu, a może 7 to było? No mniejsza, najpierw jakoś tak postanowili ulepszyć ten cały zbiornik, potem ktoś przewrócił jeden z kamieni, a potem… wszystko mocniej ograniczyli, pocięli drzewa, niby sprzątają, a tak naprawdę rozjeżdżają wszystko i…

Niszczą.

Nie ma już klonów barwnych, onego dębu, nie ma, po prostu.

Samowolka?

Niemyślenie władz wszelakich? Nie wiem. Po prostu to miejsce cierpi, taki ma dla mnie wydźwięk, ale jakoś tak, chciałam tam wejść, więc to zrobiłam, może dziwnie, jakoś tak, mocno, szalenie, może kolorowo, jeśli chodzi o dwa klony, może lekko jesiennie… z ławką, która już się rozpada, której zaraz nie będzie, ale jakoś, nie żal mi tego, bo wolałabym, żeby to miejsce, poza ścieżkami żyło własnym życiem.

Normalnością onej specyficzności podmiejskiej.

Jeśli można Gudhjem nazwać mieściną… LOL

No wiem, fiskerleje, wioska rybacka czy co tam, ale jednak, na to miejsce, w znaczeniu wyspową specyfikę, to jednak miasto. No weźcie no, prawie dwa sklepy całoroczne. Prawie, bo marny wybór w nich. LOL

No ale…

Łazi se człek po onej skromnej lesistości, tu coś złamane, tam coś szemra, tam coś jakoś tak piska, sarna przebiegnie, zające na polu, a w wodzie… no właśnie, to jest dziwne, w wodzie coś niby jak skrzypy, niby jakiś inny włochaty świat i jeszcze, wciąż, lilie, gotowe by rozkwitnąć… pewno susza je męczyła…

Ale teraz, ślicznie podmokle.

Może na niebie połowa księżyca, ale i słońce wali.

Wciąż ono niesamowite światło gdzieś pełza, pełga, wszelako pojawia się i wszelako znika, jakoś tak nęci i mami, więc ona woda, wraz z tymi pluskami, tam coś wskoczy, tam wyskoczy, za mną kamień z rycerskimi twarzami, a przynajmniej ja wciąż je widzę, chyba, albo mi się znowu mami…

Albo mi znowu…

Uciekam przed jakąś parą ludzi, którzy nie mogą po prostu być i staję na kamieniu zanurzonym w wodzie… jakbym była częścią tego miejsca, znowu, a może od nowa? Jakby mnie namaścili, namaszczali, na jakową boginę pokręconych… znowu, jakby wybaczali, ale i się kajali… dziwne te uczucia i pojedyncze, kolorowe liście w wodzie… i gdzieś tam droga i gdzieś kogoś słychać, ale tak naprawdę…

Jeste tylko ja i drzewa.

Nie wiem jak długo jeszcze będziemy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kaloryferek… została wyłączona

Pan Tealight i Zezwolenie…

„Nie czekała na nie.

Nie…

… w ogóle go nie oczekiwała, nie chciała nawet, wyrzucała światu, że ona, co tam ona, ona nie musi, nie ona, nie potrzebuje, nie jest zobligowana, by o nie zabiegać nawet i jeszcze… oczywiście, no przecież jaby co, to nie chce na papierze ino. Jakby co, to dla niej od razu wyłącznie w kamieniu rytym i to ładnym, co jak co, ale kamień musi być jakiś taki, no jakiś taki specyficzny, jakiś taki jej.

Prawdziwie.

Ale jednak zdawała sobie sprawę z tego, że przecież świat opierał się na onych papierkach. Może i nie do końca papierowych obecnie, ale jednak, wiecie, papier też dobrze było mieć, albo plastikową karteczkę, żółtą taką z białymi wstawkami i niebieskie karty plastikowe, oj tak, pełne jeszcze były prawdziwą magią…

Wszystkim.

Zezwoleniem na wszelaką swobodę.

Jednak Zezwolenie?

Nie, ona go nie potrzebowała. Nie ona, jak już, to tutaj, z jej rąk można je było, tylko i wyłącznie, odebrać. Tylko i wyłącznie, bo nikt inny nie był zobligowany i namaszczony, by go udzielić, wypisać, wyryć, wszelako ozdobnie nawet może i nadmiernie, wiecie, ta odrobina przesady… ech…

Czemu nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Maria Curie” – … pierwszy raz wydana, w pełni, niecenzurowana… wszelako nietypowa, spisana przez jedną z córek… jedną z dwóch córek, bądźmy tutaj matematycznie dokładni…

Biografia.

Biografia kobiety, o której świat wciąż nie zapomniał, ulice wybrzmiewają jej nazwiskiem, mieszkałam obok jednej, więc wiem. Wciąż nie wszyscy wiedzą czy nazywała się ino Curie czy Skłodowska – Curie, czy Curie – Skłodowska… i tak naprawdę, czy była nudną kujonką w czarnych szatach, co wyrwała Francuza, czy jednak kimś innym. Urodzona w Polsce, ale jednak kształcona we Francji, córki, jak sama mówiła, chciała wychować na Francuzki z powodów osobostych, bo Polska…

Bo Polski wtedy wciąż nie było przecież…

Ale… Oto lekko sfabularyzowana czy też może i mocno epistograficzna opowieść o kobiecie. Tak, dokładnie, kobiecie. Nie tylko naukowcu, kujonie, pragnącej onego spełnienia w danej dziedzinie, ale przede wszystkim kobiecie, która… miała wyjść za mąż, ale nie wyszło… wiedzieliście o tym? Pewno nie, sama czytała jej autobiografię i nie pamiętam tej wzmianki. O kobiecie, która kochała rodzinę ponad wszystko, ale czy ponad rad? Prominiotwórczość?

O matce… w końcu autorką jest ta… „bez Nobla”. No co? Tak o niej mówią wciąż, ta córka bez Nobla, w tej rodzinie toż to dziwactwo… Książka spisana przez tak zwanego wolnego ducha, córkę młodszą, która wielu spraw nie widziała, ale też i wiele spraw, jako właśnie dziecię mogła dojrzeć, bo kto by na dzieciaka uwagę zwracał… tak to już jest, małe pod stołem schowane…

O naukowcu.

Słynnej postaci, części historii i nauki…

To piękna powieść, ale wiadomo, inna. Kompletnie inna niż biografie czy autobiografia, wspomnieniach tych czy tamtych… tak, na pewno jest istotną częścią opowieści o bohaterce, ale… ale to wciąż opowieść dziecka. Piękna, jednak naukowo… szczupła. Wszelako pozbawiona jakiegoś indeksu, przypisów większych… czegoś, więcej. Nie wiem, nie do końca mnie przekonuje, ale wiecie, może po prostu, zwyczajnie… nie potrafię cieszyć się z tej drobiny informacji?

Nie wiem.

Niektórym nie pasuje wydanie, bo miękka okładka, jeśli chodzi o mnie, odporna. Żółty wali po oczkach, nęci, promieniuje…

Warto. Na pewno.

Warto, jeśli się chce ją poznać, uzmysłowić sobie, że to był zwykły człowiek z pasją… ale warto nie patrząc na poprzednie wydania, inne powieści. Warto jako puzel z życia opowiadanego…

Havgus…

No tak, bo przecież ta cała mgła, dym, czy cokolwiek mogło to opisać gdy jeszcze słońce paliło, wrzało, niebieściło światłem wszystko, obmywało masę turystów, a był to zwykły dzień, więc sorry, lecz miejsowych to wiecie… byli ino tacy, co jak ja w pracy… co jak ja, zwyczajnie wyjść musieli.

Z tego samego tłoku, wyrwałam się i ruszyłam za chmurą… wiecie… jakoś tak skałami… kurde, trudno było, myślałam, że jakoś damy radę się złapać na Nordhavnie, ale się nie dało, się okazało, że niesamowite chmurne mglistości rwały się o ostre szczyty skał i wnikały w ziemię, ale za Gudhjem, już na ścieżce w kiernku Salene… wciąż po prawej miałam niebieskość…

Dopiero przy kamieniach…

Tak…

Tutaj usiadłam i zwyczajnie czekałam. Na oną chmurę, niczym statek ufoków z Independent Day 1… unoszącą się nad wodą, ale powoli dryfującą ku ziemi. Ku kamieniom, ku mnie, z niej nagle wypadła łódka, mknąca ku słońcu, ku portowi, ku innym, a ja… ja siedziałam.

I nagle zrobiło się i mokro i zimno.

Wilgotność wprost z równika, a mroźność powietrza z Kiruny, gdzie podobno śnieg już spadł był na chwilę…

Jest w tym coś tak bardzo niesamowitego.

Coś tak one and only.

Coś…

Naprawdę, to było przeżycie. Nagle z gorącego, jesiennego dnia człek przeniósł się w mokrą zimę. Bezśniegową, ale jednak wszelace mokrą. Wilgoć wkracza w człowieka, ale dziwna ona wilgoć, tchnąca solą, rybami, wodorostami, morskością tak mocną i wielką, pierwotną… jakby to byt był jakiś ten havgus a nie tylko mgła idąca od morza. Nad nim się skupiająca, kumulująca w talerz, kulę, rosnąca, a potem, nadchodząca powoli, jak ktoś mniej wrażliwy, to nic nie poczuje…

Ale jak ktoś porąbany, to od razu ma jazdy.

I dopadłam jej, onej kuli i omotała mnie… i nagle wszystko dookoła mnie zniknęło poza onymi kamieniami, jakby ktoś, przytulił, ale prawdziwie, jak Babcia, bo tylko ona robiła to naprawdę… tylko ona…

Jakby ktoś odciął zło wszelakie, jakby zabrał problemy…

Jakby.

I tak można było siedzieć patrząc na one mglistości pożerające oną słoneczność. Jakby ten wilk mityczny naprawdę w końcu zdecydował się na ono słońce. Bo wiecie, takie jest życie, że mity się uskuteczniają ostatnio. I błękit znikał i nagle wszystko stało się nie gorącem, a zimnem, szarością, dziwną, nagłą ciemnością…

Po prostu.

Ale w końcu musiałam się ruszyć. I tak jakoś spędziłam sama na zewnątrz ponad 4 godziny… łażenia, wspinania, zdjeć i zamyślania się… oddychania… wiecie, zwyczajności takiej, skalnej, nadmorskiej. Na drodze oczywiście widać było nic i fajne to nic… bardzo fajne. Szare, mgliste, klepiące po pleckach.

I już…

A po drodze Chowaniec mnie złapał i poinformował, że chyba mi odbiło… możliwe. Możliwe, że na pewno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zezwolenie… została wyłączona

Pan Tealight i Wizja…

„Pojawiła się ona Wizja i nie chciała odejść…

Wizja inności, skoku z przepaści, hipotetycznej, metaforycznej… i jeszcze czegoś nowego, zmiennego i innego. Czegoś, co sprawi, że nagle nie będzie powietrza, nie będzie światła, nie będzia snu i wybudzenia, nie będzie… będzie nicość wszelaka, będzie… po prostu i wszelako i jeszcze…

To, co się znało wywracało się na nice, to, czego się nie znało nagle stawało się znajomym, dziwnie miłym w dotyku, naprawdę nazbyt aż miłym, zwodniczo, ale jednak też… gdyby tylko było tak, zawsze, przecież nie byłoby źle, ale też… te wizje, wszelakie, które się im przytrafiały, tej nie dorastały…

… do porwanej Wizji kiecki.

Z pajęczyn gęstych, onych Tłustych Pająków, które to żyły pod okiem Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, która to udawała, że ich tu wcale nie ma, ale stukanie krosna, wiecie…

Słychać było.

Ale nie rozrywały Wizji, która rosła, pęczniała, dmuchała się, wchłaniała w siebie wszystko to, co otaczało Wiedźmę Wronę, wszystko to, co jej zawadzało, o czym marzyła, o czym śniła i czego pragnęła… wszystko to, ale jednak, też i co odrzucała, czego nie chciała już więcej widzieć.

Nigdy…

Nigdy…

I robiła się szczelna.

Niczym kula śnieżna, havgus w szkiełku, oplatała ją, może chroniła i, na swój, sobie ino zrozumiały sposób, może…

Nigdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhjem…

Tak naprawdę dawno tam nie byłam, to chodźmy… jeśli jedziecie od strony Svaneke, to warto zatrzymać się w Melsted i pójść z buta, szczerze, ładnie, malowniczo i tak dalej, ścieżka piękna klifem, ale jednak… wiecie, może niektórzy wolą tylko Guhjem, to mamy po prawej nowy parking, w polu, ale z widokiem.

Na morze.

Ha!!!

A dalej z buta. Nie ma zjeżdżania w dół, nie polecam, ale możecie spróbować, w końcu już po sezonie, ale idą ferie kartoflane, więc pewno ludzizny znowu najedzie Wyspę masa. A trza przyznać, że nawet teraz wciąż trudno od nich uciec. Jakoś tak sprawić, by zniknęli, jakoś tak…

Ale chodźmy…

… po prawej domki, po lewej domki, a tak, to wcześniej to był cmentarz, droga w dół, jak ktoś chce na camping, ale idziemy już ulicą, patrzcie, sławetne skrzyżowanie, stacja paliw, nowa knajpa, nowy skle i Mamma Zitta, która po 14 latach się zamyka. Kompletnie. Kolejne miejsce właściwie kultowe, moc pasji, no i wiecie, smutek jakiś dziwny… dobijający. Wyprzedaż mają mieć, może w końcu na coś mnie będzie stać, tak wiecie, sentymentalnie… ale chodźmy dalej. Powoli, noga za nogą, ale gdzie iść, czy pod kościół, czy pooglądać domki, a może jednak olać architekturę i od razu w dół? A może jednak górą iść trzeba było…

Gramyr obejrzeć?

Może jednak ona zwodnicza dzicz lepsza?

Może…

Chodźmy do portu prosto.

Nie interesują mnie lodu, kolejka po cukierki, dziwne zbiory dzieci i młodych nazbytnio, którzy powinni być w szkole, ale nie są, widać takie to szkoły teraz… jakoś niewielu starszych Niemców, którzy byli dotąd stałym elementem jesieni… ciekawe czy prom do Sassnitz będzie pływał cały rok…

Ciekawe jaka ta normalność będzie…

Ale mnie ciągnie coś innego.

Niesamowite, ostre światło wydobywa niebieskości zewsząd, ale horyzoncie jakby się paliło… dziwna chmura kłąbi się i przesuwa… czyżby paliło się coś na morzu? Może jednak one wysepki, o których tak wielu zapomina nagle pokrły ogień… a może to jednak coś innego? Deszcz, kłębioące się wszelakie humory pogodowe, fronty burzowe, może zaraz zacznie padać…

A może…

To havgus?

Nie wiem, ale chcę się dowiedzieć i od razu wam powiem, że gonienie chmury po skałach, to niełatwa sprawa, uważać trzeba, kostkę skręcić łatwo, na tyłku trza zjeżdżać i tak dalej. Wiecie, trudna sprawa.

Ale warto…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wizja… została wyłączona

Pan Tealight i Uliczny Koszmar…

„No dobra, nie żeby był brzydki, czy coś.

Szczerze…

Tak po prawdzie lekki Ken, no w tych ciuszkach był, wiecie, komplet chyba, chociaż po prawdzie nikt mu nie zaglądał w majtki, bo wiecie, podobno po tym się tych z Plemienia Kenów poznaje… więc może i warto by było zajrzeć, ale jednak, głupio tak jakoś w prywatność… naprawdę…

… ekhm…

Ale jednak… taką miał pracę, więc się starał.

Na przykład podchodził do kogoś i od razu: bileciki do kontroli. I kurna się zastanawiasz, że mimo iż tu mieszkasz, to jednak, no jakoś tak, od razu cię telepie, że może miałeś wykupiony jakiś miesięczny, albo może i chociaż sezonowy jakiś, może i ze zniżką, ale no… przecież stoicie na skałach, morze w dole szumi, coś się w krzakach rechocze, coś innego pod wodą syderczo pluska…

Wiecie…

Normalność.

Bo w końcu on pracował na Wyspie, a tutaj co jak co, ale drogi, to pojęcie wszelalkie i bogate. Przecież i ulica i droga i ścieżka, no i jeszcze deptaczek i może… taka dróżka, ścieżynka wprost… i szlak? Musiał co prawda oblecieć wszystko, ale spokojnie, zrobi sobie nadgodziny, w końcu był dość…

Hmmm… pomysłowy.

Aż nazbyt czasem.

Czy ma pani zezwolenie na to bikini?

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A czasem wychodzi słońce i to wszystko jest takie inne.

Takie niesamowite.

Kolory się zmieniają z godziny na godzinę. Chmury, ono niskie światło, ten chłód, ale i ciepło, powietrze czyste, ale dziwnie skrzące. I pola zielone albo czarne, chociaż, bardziej i częściej zielone, bo przecież prawnie mieli nakazane wysiew tego kapuścianego czegoś do końca września…

Chyba?

Nie wiem, po prawdzie odcięcie się od świata sprawia, że nie łapię żartów, nie rozumiem już współczesnego człowieczeństwa w ogóle i jeszcze… jeszcze jakoś tak czuję się jakbym była z innej planety. I to nie Matplanety. Ze mnie raczej humanistyczny zwierz bardziej, chyba… no wiecie, z czasem człek się zmienia. A może i raczej cyklicznie. Na razie… na razie wiem jedno…

Na stole mam kupę łosia, przemiłe wspomnienie…

Nie ma boja, w słoiczku jest, zamknięta, nigdzie nie wychodzi.

A na komputerze stoi kryształ z Plaży Grubych Dam, a w mojej głowie tworzą się dziwne opowieści i pragnienia, które trochę mocno mnie przerażają. Naprawdę mocno. I to wrażenie, że przecież życie to jest porąbane i czasem trzeba być na coś gotowym, a na coś innego lepiej nawet się nie przygotowywać…

Serio.

Bo strach przy tych przygotowaniach może być zbyt wielki i nieadekwatny do tego, co będziemy czuli, gdy to coś się wydarzy, a wiecie, tak naprawdę każdy odczuwa wsio inaczej. Może niektórzy podobnie…

Może…

Ale to przecież nie słońce przynosi te myśli…

… nie, ono raczej pędzi człek do działania, bo się zdjęcia same nie zrobią… ale kurna przez pół nocy jakieś dziwa się na niebie działy. Znaczy nie, żeby nie było, powiedzieli, że będą latać, jakieś ćwiczenia, czy coś, ale jednak… nie wiem, przeraża mnie to. Ten huk, czasem jakieś wystrzały, dziwne niby grzmoty, niby dźwięk jakby przekraczali barierę dźwięku, czy jak to Babcia mówiła…

Niby coś rozpierdolili…

Nigdy nie wiadomo, nie ma pewności w tym świecie.

Ale… można tworzyć. Można zmieniać, można jednak podjąć pewne decyzje i jakoś tak, no wiecie, znowu skoczyć. Znowu coś zacząć, coś zakończyć, coś odwrócić, a coś zostawić na zawsze takim, jakim jest.

Bo tak dobrze.

I już…

Widać, że to nie tylko moje myśli. Ludzie tutaj jakoś się nagle otrząsają i rzucają wszystko, albo uciekają. Znowu są tacy, którzy wracają do domów, którzy nagle one domy gdzieś tam określają, choć się zarzekali… kolejny człowiek z nową historią, jakiej po Danii byście się nie spodziewali, a przecież ona, dla wielu idylliczna kraina, tak naprawdę problemy ma jak inne części światu.

Zwyczajności.

Ino ryb mniej, a przynajmniej tak się wydaje.

Może i sam kraj się zmienia? Królowa będzie obchodziła wielkie jubileum, a to oznacza wiele i niewiele… tego jej występu ze swoim teatralnym odbiciem nie przebije nic i nikt. Oj, kurcze, nasza Królowa potrafi! Być sobą! Popielniczka, papierosek, scena, na której zawsze przyćmi diwę…

Czy diwa? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uliczny Koszmar… została wyłączona

Pan Tealight i Zawsze Zaskoczony…

„Tu właściwie nie chodziło o nagłość, czy jakieś takie z nagła się spojawianie, wiecie, czy wyskakiwanie z  pudełka, worka się odblaskowe prawie że wyłanianie, wszelkie koty i myszki i zaczarowane monety, które zawsze znikały.

No co?

Niektórzy mieli wciąż z tym problem.

Wielki.

… że on tak jakoś wolał zawsze ino tych zapowiedzianych. Ino tych, co wcześniej powiedzieli, że będą tam, gdzie być mieli, gdzie on mógl ich wyczekiwać i jeszcze, chciał ich tam zobaczyć i jeszcze…

No wiecie, oczekiwał ich naprawdę, tak nieprzymuszony, wszelako zluzowany i jeszcze zaintrygowany tym, co miało nadejść, co miało się spojawić i jeszcze jakoś tak, po prostu, zwyczajnie, no wiecie… spokojnie wiedział, miał to zapisane od co najmniej pół roku w kalendarzyku… po prostu lubił mieć życie zaplanowane. Po prostu tak jakoś, nie chciał być wszelako… nie, nie chciał być zaskakiwany.

Nie dla niego przyjęcia niespodzianki.

Nawet prezenty wolał spakować dla siebie alboi przepakować, a potem otworzyć znowu, w końcu wiedział, że i tak zawsze… zapomni co tam było… znaczy, może nie do końca, ale jednak, nie przerazi go niepewność… albo… nagła dziwna kolorystyka, albo jeszcze, wiecie, zdąży wymienić to w sklepie za rogiem.

Albo wyrzucić…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Co mówią zwłoki” – … jestem naukowcem. Jestem naukowcem i zawsze mnie oszałamia jak można nim być i… nie zostawiać sobie pewnego marginesu na przyszłość, na to, co będzie odkryte…

Na zwątpienie.

Tegp mi właśnie brakuje w tej powieści antropologa sądowego… bardzo. Ale nie tylko tego… bo oczekiwałam więcej, czegoś bardziej niż w pozycjach, które już przeczytałam. Spodziewałam się może i innego ujęcia… może, a co dostałam? Okay, poprawną powieść z gatunku, w którym została opisana. Poprawną, ale…

Ech…

Co chcę wytknąć? Na pewno konserwatyzm. Oną angielszczyznę, co chwilę czekałam na info o pogodzie i herbatkę. To, iż to bardziej opowieść o tożsamości osobowej. O tym, jak jest ona ważna, imię, nazwisko… tylko czy ważna dla zwłok, czy rodziny? Czy naprawdę przywraca się imię…

Dla kogo.

Oczywiście, że nie odmawiam naukowego nurtu, poruszenia podstawowych tematów, ale ona inność, ta dziwna niekościstość… jakoś mnie zraziła. Po przeczytaniu opowieści o trupich farmach, po onym hołdzie złożonym dawcom zwłok, pięknym hołdzie. podziękowaniu. Sue Black tak naprawdę pisze o sobie i jej stosunku do antropologii. Nie potrafi rozszczepić swego życia i nauki. Fazy rozkładu mieszają się tutaj z opowieściami o człowieczeństwie…

Ale nie antropologii sądowej.

Czy to dlatego, iż autorem jest kobieta? Nie wiem. Na pewno dlatego, iż jest to osoba posiadająca pewne ramy, z których nie wyjdzie nigdy. Poza które nawet się nie wychyla. Zbyt wiele tutaj autobiografii. Zbyt wiele autorki. Zbyt mało nauki, ale właśnie to może niektórych urzec. Może kogoś, kto dopiero zaczyna swą przygodę z antropologią sądową? Może? Może i na pewno…

Czy polecam?

Tak, wciąż. Bo one inne podejście do tematu jest intrygujące.

Jesień… deszczowo.

Po prawdzie, po tej całej suchości ona wilgotność się jakoś dziwną zdaje. Naprawdę. Ten szelest kropel, taki obfity, te kałuże, one rośliny płaczące już nie rosą, ale wciąż deszczem i dziwne ptaki, które dobierają się tylko i wyłącznie do jednej z doniczek, no weźcie się, co z wami jest nie tak?

Kurde no!!!

I tyle…

Jesień niestety nie jest już tym czym bywała kiedyś. Onym prostym odpoczynkiem po szaleństwach lata, chociaż… jakoś nigdy nie lubiłam lata, więc co ja tam wiem o takich sprawach? Ale tutaj, gdzie ludzie pracują przez pół roku, a potem wylatuja na urlop, jakoś to wciąż istnieje.

Wciąż…

I nikt tego nie rozumie, znaczy, nikt kto tutaj nie mieszka.

Po prawdzie jakoś wciąż ludziom się zdaje, iż jedyną słuszną pracą jest taka, wiecie, 8 godzin, pięć dni w tygodniu i koszmar weekendu, ogarniania siebie, własnej osobowości. I jak najbardziej… tęsknoty za czymś, czego nie ma. Co nawet nie zostało wyobrażone. Co nie zostało wyśnione…

Zwyczajnie.

A przecież… ten świat nie musi taki być. Nie żeby dało się uniknąć każdego bólu, ale jednak, weźcie no…

A co, jeśli żyje się ino raz?

Ale tam… życie, ktoś by powiedział, no życie.

Czasem może boleć mniej.

Czasem…

Ale… jesień, kasztany, żołędzie, może i wszelako pierwsze czerwone liście winorośli, żółknące figi… tak, jak nic, jabłka spadły, powiało przecież. No i co teraz? Jak to przetrwać, czy raczej, jak sprawić, że życie jednak będzie fajniejsze, że będzie jakieś takie bardziej moje niż innych?

Czasem, a już szczególnie jesienią, a może to ten rąbany Merkury, kto to wie, jak ktoś ekscytuje się planetami i astrologią, to szaleje nieźle… wszystko w dzisiejszych czasach da się wytłumaczyć planetami, gwiazdami, a nie durnością ludzi i niedoróbstwem wszelakim. I wszelakim wdupietomaniem. No wiecie… przecież komu tam się coś chce w dzisiejszych czasach, tak naprawdę…

Choć nie, mi się chce.

Serio.

Ale jak słyszałam, nie tylko ja tak mam. Sporo znajomych nie rozumie dlaczego zwyczajowy pęd ku działaniu, czy zwykłe zapracowanie jest jakieś takie kisielowe, wiecie, że jakby człek się poruszał w zgęstwieniu jakimś. Wolniej i dziwniej. Jakoś tak, niesamowicie z jednej strony, człek winien pozwolić sobie ino na lenistwo, spanie, czy coś tam, ale… jak to tak?

Mnie źle chyba wychowali, zwalmy to na Merkurego!!!

A co!

Ale choć mi się nie chce, robota ma byc zrobiona. Choćbym na rzęsach i tyle… damy radę, a co!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawsze Zaskoczony… została wyłączona

Pan Tealight i Bogini Niekorzystności…

„Niepocieszona filtrami była… ona bogini…

… taka całkiem niemiła.

Całkiem też na żywo… opryszczona.

Właściwie, to przyznać należało, że szpetna, może nie tłusta, ale jakaś taka opuchnięta, wielce mocno nabita taka, ale nierówno jakoś, jakby tu jej się odłożyło więcej, tam znowu mniej, za mało, za dużo, wszelako jakoś tu za miękko, tam za twardo i jeszcze… no ta skóra, dziwna taka, purchawkowata…

Jakoś tak.

A przecież w internetach to piękność nad pięknościami, no zabijali się o nią, niektórzy nie tylko listy słali i kwiaty i jeszcze wszelkie pamiątki, ale i wiecie, no kasę… więc co jak co, ale mogła sobie na wiele, jeśli nie na wszystko pozwolić. Może i operacje jakieś takie, może i chociaż tynk na ryj?

Może?

Ale przecież ona była, jest no wciąż, Boginią Niekorzystności.

… więc nie mogła się upiększyć. Przecież by ją z roboty wypierdolili, podobno bogów też można usunąć ze stołków czy tych Olimpów czy innych niebiesiech… wiecie, chmurki, górki, wszelakie dołki, niedostępności mocne… no wiadomo. Byle i ino te człowieki tam nie dotarły do nich, byle by tylko mogli być sami ze sobą, nie dzielić się czasem, ni mirrą, kadzidłem, złotem czy innymi tam małmazjami… znaczy no tą no, kurde, na Scylle i Charybdy, no kielich ten święty i ambrozje i nektary, a wsio w nieskończonej liczbie smaków, no przecież…

Każdy ma swój smak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Październik.

W lesie grzyby.

Wszelakie… korcą mnie.

Wiecie, coby nie tylko pikle, jajecznice, sosiki, grzybowa, suszone… ale przede wszystkim coby odlecieć w końcu, bo życie, wiadomo, jest jak jest, co nie? Nie wiem w jaki sposób wciąż jeszcze się oddycha, ale się to robi… może to odruch, a może jakiś wewnętrzny przymus… kompletnie nie ma pomysłu na odpowiedź.

W lesie grzyby i wilgotność, bo popadało.

Rzeki się wypełniły, woda stoi na polach, dni coraz częściej szarawe, ale tutaj, tak naprawdę bardzo rzadko jest ciemno. Tak w pełni ciemno, znaczy… wróć, dla tych, co im na drodze światła nie wyłączają, co do ciemności morza nieprzyzwyczajeni? Dla tych, to może być szokujące, że nie ma wciąż światła, ciągle, na okrągło, ale… żeby nie było młyn w Gudhjem już podświetlony…

Ludzie tak męczyli, że wymęczyli u właściciela.

Pleśń ładnie widać…

… ale wracamy do onej ciemności, więc mimo iż ona jest ciągle, to jednak nie jest tak aż ciemna nawet zimą, nawet teraz gdy ciemnieje już o siódmej wieczorem… a o szóstej rano jasno. Nawet wtedy jakoś…

Nieciemno.

Dziwne to wszystko.

W mieście już pierwsze wyprzedaże świątecznego tego, co się w grudniu nie sprzedało. Czy pewne miejscówki się otworzą, wciąż nie wiadomo. Sporo ludzi splajtowało, niektórzy zwyczajnie już nie mieli siły, inni się pochorowali i takie cudowne miejsca zniknęły. Szkoda i smutne to strasznie, że pasja tak człowieka wyniszcza. A przecież nie powinno tak być. I jeszcze jak dotyka to milych ludzi…

Nie wiem…

Ostatnimi czasy, oczywiście, one czasy jakie są każdy widzi, ale jednak jakoś Wyspa opływała w Turyściznę, problem w tym, że jednak ci najmniejsi z tego nie skorzystali. Ci, dla których wielu przyjeżdża. Artyści tracą wenę, nie chcą już stykać się z zewnętrzem i jakoś, aż za bardzo to rozumiem.

Za bardzo.

Wiem dlaczego tak się dzieje. Widzę zwątpienie i zmienność, która się nasila, i kolejną zmianę, która nadchodzi… ci co się wprowadzili kilka lat temu, a nawet rok czy dwa lata temu, wiecie, z epidemią kupując tutaj dom, podbijając ceny tak, że kurde, po prostu szaleństwo no!!! Zwykły człek nie mógł sobie na dom pozwolić… i jakoś tak, teraz, powoli, a może też i będzie z tego jakaś fala…

Fala odpływowa.

Jakoś nagle ludzie nie boją się mówić, że im tutaj źle, że brakuje tego i innego i na dodatek, jeszcze wszelako, no po prostu boli ich…

Życie.

Bo miała być natura, a jest… destrukcja.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogini Niekorzystności… została wyłączona

Pan Tealight i Powitania…

„Sprawa była taka, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie lubiła się witać. Żegnać też nie, a życzenia, wiecie, nie że prezenty, to kochała robić, ale życzenia mówić…

… nie, pisać tak.

Jak najbardziej.

Mogła napisać cały poemat i odę, nawet fraszką rąbnąć, nawet jeśli by ktoś pragnął wierszem białym, czy też innokolorowym, albo też, no wiecie, od razu rozprawkę z dodatkiem dlaczego takie słowa zostały użyte, dlaczego też i inne sprawy zostały podmienione… dlaczego jednak nie każdy mógł one słowa otrzymać, tylko ty, nikt inny, bo tak jesteś specjalny…

Tak bardzo specjalny.

Mogła napisać na papierze, mogła wydrukować z komputera, dorzucić rysuneczek, wszelakie fiksum dyrdum jakieś dokleić, a nawet wstążeczką przewiązać czy coś tam w ten deseń i jeszcze skropić olejkiem, perfumami, dodać suszonych kwiatów, może i prawdziwych, może…

No i prezent, oczywiście.

I najlepiej, coby wszystko dobrze do siebie pasowało.

Bo lubiła jak pasowało. Jak zwyczajnie było ładnie i dokładnie i jeszcze jakoś tak spokojnie, pięknie, może czasem wystrzałowo i nawet miękko i twardo i jeszcze wszelako fakturowo jakoś tak i nawet… nadzwyczajnie.

Mocno…

Wolała pisać. Po prostu… tak wszystko miało większą moc.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dzień jabłek.

Wiatrowo…

Ech… wiecie, jakoś tak co roku w Melstedgaardzie mamy to święto jabłka, jabłek, pierun wie, bo tak naprawdę, to po prostu jest free entry i pół świniaka i jeszcze miód i gość z drewnem – tym razem miał patyki pomagające panom siusiać… no co? Ładnie chciałam to napisać… Taki siusiopatyk.

Znaczy trochę wygląda jak ona laska, co to ją dostajecie jak zwichniecie nogę czy złamienie nawet, ale ino z podpórką bez opaski na ramię. Chodzi mi bardziej o wymiar komiczny, bo był rysunek jak używać, a ja jakoś nie umiałam skumać, dlaczego nie ma prezentacji. W dzisiejszych czasach ludzi ze srajfonami, no wiecie, domagam się pokazu na żywo, weźcie, jakiegoś reelsa czy coś?

You Tube?

Ale… jak zwykle, tak naprawdę było nic. Pewno, że można miód kupić i deskę do krojenia, ale kurde, za każdym razem wydaje mi się, że tyle potencjału się marnuje. Naprawdę. Dobra, ja jakoś nie prę ku tańcom swojskim i pieśniom biesiadnym, więc może wciąż niedorosłam, ale jednak…

Powinno być dla wszystkich.

No nic… dla zdjęć wlazłam do srodka, a od razu powiem wam, że dla mnie to traumatyczne doświadczenie i dla Chowańca też, więc… zdjęcia i wypad, ale… zauważyłam, że wysprzątali i pomalowali parę ścian. Inne znowu oczyścili, trochę odkurzyli. Nadal mnie to przeraża, ale jednak doceniam.

Mogę tam znowu nie zaglądać przez 5 lat. LOL

Dlaczego?

Bo mi to przypomina stare domy w Polsce. Aż nabytnio, a już szczególnie ten dziwny zapach, ta wilgoć, smrodek, to… wszystko… progi, szafy, ciemność, ciasność, duchy, straszy… nie, nie dla mnie.

No dobra, mam uraz do wsi.

Nie wiem dlaczego, ale zawsze wolałam miasto, albo wiecie, one opłotki. Nie że centrum, ale coś, co bierzesz tramwaj i z zielonego jesteś w mieście, ale jednak nie krowie placki, barany i tak dalej. Jakoś… dlatego zrezygnowałam z etnografii w Polsce, bo się okazało, że etnologii z tego nie będzie…

… i będą mi kazali krowy doić.

Jakby ktoś nie wiedział, krów się boję i jeszcze gęsi… panicznie.

No ale… wiadomo, że to muzeum. Chociaż wciąż w Polsce takie rzeczy można znaleźć jako codzienne, to pamiętam, że naście lat temu mnie zszokowało, że taką codzienność pokazują tutaj jako coś ciekawego. Ech, co kraj to obyczaje inne, co nie? Prawda jak nic. No ale… poza tym wszystkim, to wiecie, jesień.

Październik.

Deszcz za oknem, świeczka, hygge w mordę!!!

A co… i jeszcze muszele z wakacji i pisanie, czytanie, no dobra, w końcu mam półki na książki, może książek niewiele, ale jednak są, więc są i półki i po ponad dwóch latach ja mam własną biblioteczkę!!! Ja pierdziu, nie wiadomo jak ja to przetrwam, znaczy wciąż muszę poukładać na półkach, muszę jeszcze to ładnie poukładać i instagramowo i w ogóle… i może nie będą mi sarny przeszkadzały… no serio, matka z 3 młodych przyłazi i wyżera co się da z naszego ogródka. Ja kumam śliwki, ale nie żryj mi młodej jabłonki, no kobieto, weź na wstrzymanie!!!

Trawa zła?

Ziołowa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Powitania… została wyłączona

Pan Tealight i Smażone Marzenia…

„Smażone marzenia były specyficznym smakołykiem.

Niektóre dziwnie cierpkie, inne znowu bardziej słodkawe… jedne w occie wyłącznie, inne tylko z miodem, ale i były takie lekkie, jakby dmuchane powietrzem, unoszone myślami… zagubione, ale pod deklem słoika, wiecie…

Zjadane…

Bo na wakacjach ludzie często tworzą marzenia i tracą te, których dotąd się trzymali… a potem, żałują… i wracają, a tutaj, już nie ma tego, co było znajome i bezpieczne, jakoś tak… zwyczajne życie. Bardzo zwyczajne. Pozbywa się marzeń zapomnianych, odechcianych, wszelako może i już zetlałych, może takich, co chciały się połatać, żyć, które już zaczynały się spełniać, ale pojawiło się nowe…

Coś.

I zepsuło je…

I właśnie takie marzenia z piasku i skał, z przywianych tam wiatrem drzew i gałęzi, z kory i liści, z kwiatów i dróg, wyrzucone przez okna, upuszczone może w leśnych ostępach, wymyte wraz z okruszkami w rzecznej wodzie, spłukane w morskich falach, zawsze zbyt chłodnych, może skradzionych przez bryzę morską, może wyczesanymi z włosów przez mech na skałach…

Właśnie je.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesień i marken…

Jesień nadeszła właściwie z sierpniem. Tak naprawdę chłodniejszy sierpień sprawił, że jakoś tak wszystko zwolniło, wciąż jednak byli ludzie, zbyt wiele ludzi, potem nadszedł wrzesień i… kurna zrobiło się gorąco!!! No ja pierdziu, serio? Kto to wymyślił? Naprawdę… Ile można?

No ale… nic się na to nie poradzi.

Liście zaczęły zmieniać kolory, winne zaczęły czerwienieć, pojawiły się dynie wszelakie, naprawdę wszelakie, bo przecież… bo przecież czemu nie? Można zjeść, można sobie zrobić bardziej kolorowo, bo to przecież kolorowy czas…

A już szczególnie jak pojedziecie na #markenbornholm.

Polecam.

Ze wszystkich miejsc, które próbowały produkować warzywa… tym chyba się udziało. Wiecie, od kilku lat produkują nie tylko buraki i kapustę z ziemniakami, ale też i jarmuż, cebulki wszelakie, marchewki, oczywiście… to nie fabryka w Chinach, więc pewne rzeczy są, innych nie ma, ale jeśli wejdziecie na mój Instagram, to spokojnie znajdziecie i ich i warzywka…

A warzywka mają czadowe…

I co najlepsze, rozpoznają Misia!!! LOL To już jest ubaw… bo facet wciąż nie wie jakim językiem do nas zagadać, a mi głupio jej tłumaczyć, że duński może być… więc ostatnio było Bear Power! W znaczeniu jak w Star Warsach, wiecie, Bear Power with you… LOL przemiły facet, widać, że z ziemią i naturą robi. Jakiś taki spokój z niego bije… a zupki i potrawki vege jak ktoś lubi, robić można genialne. Albo dorzucić bekon, no wiecie, misie wolą jednak mięsko.

Foczki? LOL

No ale, wyjazd na ono zadupie, bo znalezienie ich produktów w sklepach jest trudne. W ogóle te nasze produktu, w znaczeniu robione tutaj, kupić czasem trudno. Czasem człek czegoś szuka i… oj pewno, ma miejsca, w których wie, że przecież na pewno tam będą, a jednak… ech…

Jedzie się jak, jak już wspominałam, przez miejsce, gdzie kręcili Teksańską masakrę… ale są koniki i dzicz i widoczek, którego możecie nie znać, no i jeszcze, ta sama posiadłość… znaczy nie tyle domy, co pola… tak mądrze urządzone. Wiecie, tam wsio raczej ręcznie się odbywa, na Insta spokojnie obejrzycie filmiki. Mają ule, mają kwiaty i to normalne, dzikie, kwitnące krzewy…

Niesamowite.

Ale… co do jesieni, to do połowy sierpień grzał jak dziki. Znowu nie ma meduz, dopiero dwa dni temu znalazłam trochę małych, dziwnych i tak dalej… rachitycznych… nie żebym marudziła, ale mam ochotę na kąpiel… dziwne to, bo przecież, ale nie, koniec sierpnia też znowu ciepło, temperatura skacze od 10 do 20C… i męczy bardzo. Pełnia człowieka zrąbała, następna nadchodzi…

Czy mnie Halloween obchodzi?

Nie.

I tyle… dynie dla mnie to opcja fotograficzna i tyle. Bawią mnie, a co! Nie jem ich, ale to już moje gusta i tyle. A czemu nie? Wolę buraki i marchewki i jakieś może, te no, groszki, czemu nie… Groszek jest super!!!

Mniam!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smażone Marzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Plaża Nowych Myśli…

Plaża Nowych Myśli dopiero odkryła przed nią swe imię.

Jakby wcześniej nie była jej pewną, jakby… wiecie, jednak imię to ważna rzecz.

Magia.

… więc dopiero teraz, wraz z kończącym się latem i wkraczającą kesienią, która ttaj żółciła i czerwieniła jednocześnie licie brzóz, która obrodziła jarzębinami tak mocno, że ten specyficzny, jedyny w swoim rodzaju odcień nie tyle znaczył delikatnie, ale i wyraziście, zapachowo prawie, niektóre miejsca, co raczej stanowił dość wielkie plamy na skałach i w leśnych ostępach, bo przecież w końcu tutaj drzewa rosły na skałach i miały się z tym bardzo dobrze. I widoki miały cudowne też, i jeszcze… oczywiście… była ona solność w powietrzu…

Niesamowita.

I podmokłości wszelakie…

Ale plaża… tak, itworzona sztucznie, bardziej pomost przytroczony do skał w płytszych miejscach niż ino jedna, niewielka łacha jasnego piasku, usłana oczekiwaniem, potem, wspomnieniami, marzeniami i dziwnymi prośbami, uczuciami, spojrzeniami oraz… złamanymi sercami…

… tak…

Tym razem Wiedźma Wrona Pożarta Przez Ksiażki Pomordowane zanurzyła się, potem uciekła, rozmasowała obolałe kostki, potupała w piachu i znowu wskoczyła i zasosliła się. Była niczym pikiel gotowy by wsadzić go do słoika. ociekająca, z oczami dziwnie nazbyt załzawionymi, jakby…

Kąpała się w najprawdziwszych łzach.

Onych wynikających z największych cierpień… czystych i szczerych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dowody winy” – … ósmy tom przygód… no wiem, ostatnimi czasy dziwnie je czytam. Ale jakoś mnie niektóre wciągają bardziej, inne trochę jakoś wiecie mniej, a potem znowu chcę sobie przypomnieć je wszystkie, czasem pojedynczo, czasem hurtem, a ten tom…

…ten tom to kurcze sprawa Białej Rady i na dodatek zazębia się ona z człowiekiem, którego nazywa swoim przyjacielem…

Chociaż tak patrząc, to wiecie, jakoś tak po dwóch stronach stoją.

Choć czy na pewno.

Ale… mamy jakby powtórkę z życia Dresdena. A może raczej w końcu pełną opowieść o tym jak to było? Jak się zaczęło? Jak i dlaczego to on nazywany jest tym złym. Czarnym magiem? Chociaż, gdyby wiedzieli o pewnej czaszce imieniem Bob…

Hmmm?

Kolejna zarąbista i niesamowita zabawa. Po pierwszych trzech chyba tomach książki nabrały masy, więc cieszy mnie to mega. Maga nawet. LOL

Do domu.

Szkoda trochę.

Ostatniego dnia poszliśmy jeszcze na spacer do miasteczka, bo czemu nie. Na moje nieszczęście nie wyrobiliśmy się w czasie i pozamykali nam kilka sklepów przed nosem… na szczęście fish and chips w Bryggan były i były zajebiste. Choć jak dla mnie za mało sałaty. Ale wiecie, ja najchętniej to bym ino te sałatki ich żarła. Ja pierdut, nawet rąbana rukola u nich mnie nie razi.

Ech!

Wiecie, nienawidzę rukoli, oto wyznanie roku, ale gdy to piszę za oknem hula po raz pieerwszy od ponad roku huraganowy sztorm i tak dalej i jeszcze leje i w ogóle kosmos uderzeń i wszelkich skrzypnięć.

Kazali jabłka pozrywać i inne, wiadomo…

LOL

Dodatkowo oczywiście wszelaka migrena, bo jak tak wieje, to niestety ale właśnie tak mnie rąbie. I jeszcze te pozostałości po pełni, nie no, kiepski to tydzień był. Chociaż, czy może na pewno? Nie wiem… zawsze przecież może być gorzej, co nie?

Zawsze.

Ale… to wtedy, dokładnie 3go września Fjällbacka była piękna. Wciąż ciepła, ale z chmurą nad skałą za kościołem. Jakby wataha wilków miała pożreć słońce. Spojler, pożre go, ale wtedy, wyjadając frytki z tytki z gazetki, nie myślałam o tym. Patrzyłam na skałę, której brzozy były takie kolorowe, bo tutaj jakoś brzozy nie robią się tylko żółte, ale i czerwonawe, na dodatek, w tym roku jarzębiny wszędzie gdzie byliśmy obrodziły mega. Wyglądało to przepięknie…

A potem, z pełnym brzuchem i pęcherzem, jakoś tak siedziałam na pomoście i patrzyłam w niebo… na chmurę… na zmieniające się światło, na ludzi dziwnie nagle dziwnie poruszonych… w godzinę później zaczęło padać, więc tak jak rok temu miasteczko żegnało nas deszczem.

Chcę tak bardzo wrócić za rok, albo i wcześniej.

Nie wiem, czy nie chcę na dłużej… chcę na dłużej.

Pada…

O poranku dnia wyjazdu oczywiście padało. Ona pochmurność jakoś tak cudownie na pakowanie auta przeszła, więc nie było boja, ale oczywiście najpierw sprzątanie… wiecie, trza po sobie posprzątać, nie żeby człowiek jakoś nabrudził. Miał swoją pościel i inne sprawy, więc… kibelek, wanna i odkurzanie i zaskoczenie, jak to kurna brudno no… no niestety, ale wiecie…

Widać nie każdy sprząta.

I nikt nie sprawdza.

Wyjazd jak zawsze był trochę traumatyczny, bo niby człek chce do domu, bo przecież kocha swój domek, jest cudowny, wszelako wodę z kranu dudlić można i tak dalej… po drodze kima w aucie. No wiecie, budzenie na siku, stan wszelkiej nieważkości i zadziwienie, że kurna na tych stacjach beznynowych żadnych suwenirów. No weźcie no, jak tak można… na szczęście w jedny miejscu był… Maluszek.

I od razu fajniej.

Autostrada to wiadomo, kilka godzin i człek w Malmo.

A tutaj trzeba załatwiź IKEAę… i mały problem, nosz kurna co za samobójca robi to w sobotę? I to jeszcze w obiadowej porze? No tak, niestety, ale nie ma innego wyjścia, czyż nie… oczywiście nic nie ma. I to szczerze nie ma. Pustki takie, ino ci ludzie, niby pisze, że 4 zegarki jeszcze są na stanie, ale żadnego dostać nie możesz, człowiek chce naprawdę jak najszybciej stąd uciec, więc…

Ucieka…

Już tylko Ystad i prom.

I tu się przyznam do swej guilty leasure, a dokładniej trzech. Albo lubię łazić po mieście jak fajne światło i robić zdjęcia, albo siedzieć w lesie czy na plaży albo… no właśnie, siedzieć pod bramką, bo tam dziwnie czas przemija. Szybciej jakoś tak, mgnienie oka i już dwie godziny minęły, prom, nie buja…

Ciemność…

Dom.

Poranek… i nie wiem gdzie jestem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plaża Nowych Myśli… została wyłączona