Pan Tealight i Morze…

„Dawno już nie słuchał jego pieśni, jakby próbował się odciąć, ale jednak… jakoś tak musiał, powinien był może… bo przecież ono śpiewało, krzyczało, jęczało, a nawet wznosiło modły, a on, niewzruszony, a przecież wrażliwy… nie słuchał. Jednak nie słuchał ale też nie potrafił żyć bez onego śpiewu.

Po prostu…

… więc może uznajmy, iż nie słuchał, ale za to usilnie podsłuchiwał. Mocno i wytrwale, jakby chciał wyłapać najmniejse zafałsowania, ale przecież Morze nigdy nie fałszowało, nawet jeśli nie o końca zgadzało się z wiatrem, wiadomo, kady ma jakieś tam swoje humorastości, to jednak, był poprawny… znaczy niby było, ale w tym miejscu, w tej przestrzeni Morze było nader męskie i rzeką, gdy tylko ta nie do końca patrzyła i zajmowała się plotkami z drugiej strony Wyspy, pokradał się po Białe Domostwo i jakoś tak, no wiecie, patrzył na to wszystko.

Czasem to wszystko oczywiście przychodziło do niego, ale ostatnio jakoś nie…

Jakby coś się zmieniło?

Tylko co?

Natura, to oczywista ciągła zmienność, ale są sprawy na tej ziemi, które są stałe, jak wieje, to cię przewiewa, jak pali, to boli, jak świeci, niekoniecznie jest jasno, a gdy pada, można zmoknąć albo nie… w zależności od zbyt wielu zmiennych… ale Morza się słucha. Po prostu. Trzeba.

Czuł, że jakoś go nie słuchają ostatnio…

Nawet ona.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Gra zaklinacza” – … to jest… Ja piernicze. Niby Carrisi jest już na mojej półce ukochanych autorów, a jednak, wciąż jakoś tak, jakoś… ocekuję, że da plamę, że nie uciągnie tej historii, bo to jest dłuższa historia, to opowieść o nim i tym, co potrafi. O ludziach, którymi tak łatwo manipulować i kobiecie, która nic nie czuje… albo też li tylko się jej tak wyaje…

Najważniejsze…

No tak, najważniejsze, to przeczytać te książki w opowiedniej kolejności, bo ja skaczę jak pijana kozica. LOL Ale… mamy policjantkę i mamy… zbrodnie. Wiele zbroni, wszelakich, niby normalność, jednak… jednak w momencie, gdy ona postanawia jakoś tak odejść od tego świata zbrodni, ona zbrodnia odnajduje ją…

Znowu.

Tylko, kto jest ofiarą, kto zbrodniarzem, kto… tak naprawdę. Czy można się splamić złem i nie zauważyć tego… zrobić coś, bo ON tak powiedział, ale jak powiedział, gdzie, kiedy… gdzie jest odpowiedź?

Genialne!

Z cyklu przeczytane: „Dom głosów” – … ja pier… Znaczy.

Nosz kurna, niby już wiesz, co będzie, wiesz, a i tak cię zaskoczy. Zawsze… tym razem natykamy się na zaklinacza dzieci, na usypiacza. Psychologa dziecięcego, który potrafi wejść im do głów i poznać prawdę o krzywdzie, czy też zwyczajnie, po prostu, wysłuchać ich… bo przecież dzieci nikt naprawdę nie słucha…

Nikt.

Nawet one same.

To kolejne spotkanie z synem pana Baloo, więc jak wykle zalecam czytanie po kolei, bo inaczej coś się łamie, coś ucieka, coś… no właśnie, a ono COŚ potrafi być niesamowicie istotne, jak ta bohterka, pojawiająca się w życiu bohatera z nienacka. Dorosła, a jednak nosząca w sobie wspomnienia dziecka, więc… czy on, usypiacz dzieci, może jej pomóc? Czy potrafi ją zrozumieć i dlaczego to wszystko wydaje się mu nagle takie… niebezpieczne? Takie dziwnie wykradające mu cząstki osobowości?

Z cyklu przeczytane: „W labiryncie” – … jeśli tylko nie widzieliście filmu.

A nawet jeśli widzieliście…

I tak warto, bo chociaż najprawdopodobniej znacie zakończenie, to jednak i tak może was urzec, zaskoczyć… A film też warto zobaczyć, swoją drogą.

Oto opowieść o nadziei i przerażeniu, o dziecku, aginięciu i o tym jak wraca się do żywych i jeszcze nadziei, smutku, przewrotności i okrucieństwie, które nosimy w sobie. Okrucieństwie, które pojawia się nawet w tych opisywanych jako dobrzy… bo gdy treba ratować siebie zrobimy wszystko… tylko, czy wszyscy tak postępują? Jak barzdo można wybaczyć, jak szybko, jak często? Jak można zapomnieć… i czy w ogóle można, czy się powinno?

Co jest prawdą…

Co kryje się w zakamarkach i tych widocznych miejscach, za zamkniętymi drzwiami, jęk, płacz, przecież tak łatwo odejść, nie interesować się… tak łatwo.

Po pierwsze osiemnastka, po drugie morze…

Osiemnastkę ma drugi w kolejce do tronu, czyli Christian, a dokładniej miał. Imprezka była na całego i to nie jedna. Dostał ordery i kieliszków za ponad 60 tysięcy od rządu, czyli wiecie, z pieniędzy tłumów… i tak się ludzie acęli zastanawiać, kurna, co to za kieliszki, że takie drogie, więc wyjaśnili.

Rozumiem, że pić widać trzeba, ale serio?

Nie ma w pałacach jakiś zakurzonych musztardówek?

Czepiam się… na pewno… uroczy moment balu, to oczywiście bucik zostawiony przez jedną z panienek. Tajemnicę wyjaśniono, książę w podróż się udawać nie musi, a firma, która bucik wyprodukowała popisała się komentarzem na oficjalnej stronie Kongehuseta, zaprasając niedoszłą księżniczkę na zakupy. LOL dostanie na pocieszenie nową parę za friko, ale pewno musi pokazać oną sławetną szpilkę.

Złotą.

Trochę kanał, że nie kryształowy ten slipers. LOL Jednak co tradycja, to tradycja, co nie? Szczególnie w kraju Andersena!

Co do morza, to trochę historii… w XIX wieku morze wzburzyło się, wody machane wiatrami podniosły się w części Dani ponad 2 metry, a nawet i więcej i zginęli ludzie. Wielu zaginęło… a gdy to piszę trwa podobny sztorm, z okna widzę jak kotłują się wody. Wiatr roznosi wszystko, co nieprzymocowane… przerażające, a jednak, psychicznie ten wiatr jest jaiś taki spokojniejszy, nie taki jak ten sztorm, co tydzień temu tutaj tańczył i majtał zmysłami i myślami…

Już są straty, ból i zgrzytanie zębów, ale jak mówią, iż nie należy się budować w linii zalewowej, to od razu, że zakazy, że godność, wolność… ech, człowieki! Poszaleliście naprawdę. Teraz worki i czekanie… aż przejdzie. Ten poprzedni sztorm trwał 10 dni, ten ma trwać ino dwa… chyba przyniosę jednak eukaliptus do domu, telepie nim za mocno, a dopiero udało mi się go uratować!

Jedno dobre z tego wiania, że człowiek może ogrzewanie załączyć, bo prąd tańszy… nie, wciąż go nie stać, ale jednak… pizga jak w kieleckiem!

Że polecę sławetnym cytacikiem.

A teraz dalej do Szwecji, w końcu jeszcze nie skończyłam, gdzie to ja ostatnio byłam? Boras? Tam? Oj też wiało. Oj tak… ale następnego dnia było znowu słońce, wrzesień się zaczął i nie wiedziałam nawet jak ciepły i letni będzie… i był… ale wtedy było słońce, wiatr i malutka rozgwiaza w fakach słonych i ciepłych, i jeszcze Reso i gacie, których nie było… No co? Robię zakupy raz w roku, jeśli chodzi o ciuchy. To traumatyczne doznanie i zwykle robię to podczas wakacji w outlecie. Wsio czarne i bawełniane… ale widać jak olewają bawełnę… wszędzie plastik, więc Reso z tą maciupką rozgwiazdą wydaje mi się teraz takie nierealne. Ale polecam!

Co prawda jak tam przyjechaliśmy akurat ludzie szykowali jakąś imprezkę, ale pewno zwykle to ciche miejsce, dziwnie odludne, chociaż ma wszystko… dziwnie lesiste, dzikie i zamieskałe zarazem. Pełne cudów morza, skał… takiej wolności, jaką dawać mogą tylko wyspy. Odcięcia pewnego od cywilizacji, bo przecież ten malutki most łatwo zalać, zniszczyć i co wtedy?

Cudowne miejsce.

Park, którego jest częścią, jest doprawdy warto zobaczenia i obejścia… dookoła. Albo wszerz i wzdłuż… albo od strony wody, ciepłej i zawiesistej oleistą słonością, tak innej niż ta dookoła Wyspy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morze… została wyłączona

Pan Tealight i Panna Zawiana…

„… tia, wciąż była panną. Tego nie dało się ukryć, ni pierścionka, ni obrącki, czy dzieciąt uczepionych onej barwnej spódnicy, lekko przykrótkiej jak na tak powykręcane, patykowate nogi… w skarpetkach widocznej ręcznej roboty, bo jeszcze paznokcie przy szwach drgały. I to różnokolorowe, jakieś specyficzne mani, bo żywotne chyba, może i odmiana jakiejś technologi, o której Pan Tealight nie chciał nawet wiedzieć, jakoś tak, lepiej było nie wiedzieć niż wiedzieć…

Zawsze lubił efekt askoczenia, ale ona nigdy go nie askakiwała. Bogini tych, co nie znalazły chłopa, czy baby, no co kto lubi, a jednak wciąż szukały, pewne tego, iż Wszechświat o nich nie zapomniał, że wciąż czeka je ono romantycne szczęście, suknia biała, lub szarawa raczej, pajęczynowate sploty, mocno przykurzone… tak, zawsze pojawiała się w tym okresie, gdy jesień stawała się kolorami, ale w tym roku jesień była zielona i wietrzna, a Zawiana dziwnie… mniej radosna.

Wszystko widać się zmieniało.

I piersiówka, którą nosiła zawsze przy sobie, lub blisko siebie… też była większa jakaś, potrzebowała własnego wózka i pary koników, ale jednak, wciąż zachowywała pozory… piersióweczki. Pojemniczka malutkiego, niewidocznego, ale ICE. Wielce ważnego i często opróżnianego. Metalowego z rzezanym osiołkiem i liskiem i koreczkiem lekko niedokręconym przez co wiadomo było, iż gorzelnia nie dała ciała. Albo ino dodała trochę naskórka czy coś… co kto lubi!

Tia, ten świat był dziwny zawsze, ale ostatnio nawet nie o poluzowane styki chodziło. Nie… to było coś więcej. Coś, co sprawiało, iż nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie wiedziała co czuje… i jak czuje i jeszcze, czy w ogóle warto czuć, bo przecież… czy było czy nie, czy miało to znaczenie?

Cokolwiek…

Definitywnie był to czas, by nastawić Gąsioreczka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

YAY! Są książki!

W końcu, po tylu miesiącach jakiś żer… nom nom nom. Trochę nowości, trochę wciąż, po tylu latach, uzupełniania strat… trochę… nostalgii. Coś z tego końca myśli i tamtego… Mieszanka na jesień.

Z cyklu przeczytane: „Świat kupek” – … ekhm, no więc tak, jest to nader… urokliwa lektura. A co… jeśli oczywiście zapaliście w universum strażowe wiecie więcej, jeśli nie, wiecie za mało, więc wróćcie na płaski ląd, tam was douczą!

Piękne wydanie!

Z cyklu przeczytane: „Dym i Lustra” – … nie lubię… ale jeśli chodzi o Gaimana, kocham. Nie wiem dlaczego mam taką podwójną moralność w stosunku do opowiadań, ale ją mam. Wolę książkę, powieść. Wiecie, cegłę, w którą człowiek się zatapia, ale Gaimana ma w sobie tak wiele, że warto…

No i we współczesnym, dziwnym świecie, który kocha miniatury, czy to nie opowiadania są najodpowiedniejsze? Oczywiście uzupełnienie biblioteki.

Z cyklu przeczytane: „Córka Strażnika Ognia” – … oj. Po prostu… nie wiem co powiedzieć. Znaczy wiem, ale czy to w ogóle jest ważne, istotne? Czy wciąż pamiętacie o tak zwanych „nejtiwach”. Czy wiecie, że podobno trzymamy Wikingów w rezerwatach… niby nie art, a jenak trudno w to uwierzyć…

Rezerwaty wciąż istnieją, nienawiść też i młodzi ludzie, którzy kochają swoje tradycje… młodzi ludzie targani nie tylko problemami wieku, ale przede wszystkim zmęczeni, zranieni przez świat, który się nie chce zmienić. Świat, który wciąż widzi w onych rdzennych korzeniach…

… zło…

Piękna, niesamowita, wruszająca, ale i prawdziwa powieść.

Z cyklu przeczytane: „Zbrodnie zimową porą” – … opowiadania mordercze. Opowiadania zimowe… no i t okładka. Tak, jak najbardziej był to prezent świąteczny, no przecież… jeszcze mnie nie stać na zakup wszystkich opowieści. Jeszcze nie, a może nigdy tego nie zrobię…

I wieje i rzuca domem i znowu człekowi się załącza Dorotka mode…

No ale, w końcu październik, chociaż liście wciąż zielone, zrywa wiatr, temperatura początkowo dziwnie ciepła nagle spadła do takich chłodów, że wydają się gorsze, niż zwyczajnie. Jakoś tak jest dziwnie… w lesie pełno połamanych gałęzi, ale można znaleźć i skarby. Trochę grzybów, jednak jeśli chodzi o wilgotność, to jakoś tak, dziwnie… wciąż tej ziemi za mało.

Morze za to patrzy się na człowiek i się zastanawia, co on tu robi… to morze w Szwecji też tak robiło… więc wróćmy na kolejny dzień mej wycieczki. A był to, zara… ostatni dzień sierpnia? Tak! I było deszczowo i pochmurnie i ciepło, w końcu te temperatury przez wrzesień jeszcze trzymały, więc tropiki z komarami!

Ale… najpierw Uddevalla czyli Bohuslan Museum.

Ale tam fajnie! Okay, wystawa główna jest naprawdę niezła jak na tak niewiele miejsca, ta tymczasowa dość, może powiem, iż to nie moje tematy, ale i tak było warto… zresztą, wjazd jest za darmo, więc nie marudzę… samo miejsce, budynek, po prostu mega i mają fajny sklepik z pamiątkami. LOL W czasowej obrazy, one punkty widzenia, wykorzystane materiały, światło, pomieszczenia… można coś poczuć, a to jest w sztuce jednak najważniejsze.

Wystawa główna jest czymś… czymś w stylu: wszystko w jednym miejscu, i nie wiesz gdzie patrzeć, nie wiesz jak i co widzisz i czy w ogóle i tak dalej… a jednocześnie jest w niej ten morski klimat i w ogóle, sama okolica muzeum, zewnętrze, tam wszytsko jest sztuką… tam… jest tak niesamowicie! To takie miejsce, gdzie wciąż okrywacie coś nowego, więc warto wracać, na pewno…

A potem…

Potem w deszczu jechaliśmy do Boras.

Bo tak.

No dobra, sprawa była poważna i ważna, nader magiczna i tak dalej, no po prostu mają tam mega sklep dla takich jak ja, a wiecie, jednak lepiej pójść samemu, wybrać, czego potrzebuje, by światem swym władać, a nie płacić za przesyłkę i dostać niewiadomoco. I mieli to, czego chciałam i nie mieli, nie żałuję, jednak podróż…

Kurna jak lało.

Jakby ze szlaucha i to strażackiego!!! Samego miasteczka, choć malownicze i pełne ćpunów… elhm, sama czuję się wciąż zaskoczona, ale prawda to prawda, dziwne to miejsce, ale historycznie, artystycznie i geograficznie usytuowane intrygująco. Pełne rzeźb, fontann, małych skwerów, zieleni i zabudowy, która zniewala, drobinek, które spajają ciebie w całość, jakoś tak…

Każdy może znaleźć tam coś dla siebie…

I chyba chcę tam wrócić, bo tak… bo jakoś… i jeszcze ta rzeka niedaleko, tama, ono wszystko, jezioro, dziwności, niczym rozciągnięte międzyzdroje, a bez morza, dziwny świat, długa podróż, ale warto… ten świat jest przepiękny. I był łoś! A raczej pani łoś z młodym, na szczęście za płotkiem nam mignęła, więc wiecie, w tym deszczu, to byłby koszmar z hamowaniem. I w ogóle, wolę o tym nie myśleć…

Tego się boję…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna Zawiana… została wyłączona

Pan Tealight i Mężczyzna…

„Nie miał imienia, żadnego owłosienia na twarzy czy rękach, co do reszty ciała, na szczęście miał na sobie tunikę, kusą bo kusą, ale nie podwiewało mu, więc… nie wiedziała co jest poniżej, no i jakoś unikała patrzenia na jego nogi, bo one jakoś tak, nie no, istniały, znaczy się były, ale… dziwnie mgliste… podpierały go, ale i nie, rozwiewały się, dotykały wszystkiego, ale też stał na nich, więc chyba były stabilne? Głupio się tak obcego zapytać o członki cielesne mniej, lub bardziej, ale to on zapukał… nie rozumiała po co i dlaczego i nie chciała wiedzieć… to krzyk, z oddali jej znanej nakazał jej poczekać, z drzwiami otwartymi, z zastanwoieniem, w milczeniu…

On nie mówił, ona błąkała w myślach i myślami…

On stał, ona przycupnęła na progu, zza uchylonych drzwi zerkała, jakoś tak niechętna przyjmowania nikogo, kimkolwiek, czy też czymkolwiek by było ono coś… nawet jeśli sławne, z gotówką i tak dalej…

No i wiecie, one stopy… jakoś tak…

Czekała na Pana Tealighta, który pojawił się popychany wiatrem, zagłebiony we własnych myślach, nawet nie zauważył jak przeszeł przez onego osobnika, więc już wiedziała, iż to widok tylko dla niej… aniołek czy co? Jakowaś postać nie do końca cielesna, ale jednak uszczypliwie wkurwiająca…

… a może…

Może powinna kichnąć?

Dmuchnąć… się rozwieje i już, z głowy widziadło. Jednak, jakoś tak było jej, więc przyniosła mu kocyk i jabłko lekko już zmurszałe, i zamknęła drzwi. W końcu wystrój domu to też ważna sprawa. A i okres odpowiedni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Coś, co nalazłam bąkając się po Szwecji… niby kuchnia, niby przepisy, a jednak, no wiedźma.

Z cyklu przeczytane: „Słowiańska opowieść” – … więcej… coraz więcej ludzi rozumie, że ta data przyjęcia chrześcijaństwa nigdy nie oznaczała natychmiastowego nawrócenia. Coraz więcej szuka, pyta, ale też sporo jest takich, którzy mają to gdzieś. Mają gdzieś one powstania, ciągłe walki, próby przywrócenia starej wiary… obalenia wiszącego, białego boga i jego kapłanów…

Z takiego rozumienia i poszukiwania wyrosła ta książka. Pierwsza tej autorki. Pogańska, intrygująca, ale z widocznymi drobinami, które łatwo można by poprawić. Coś redakcja się nie przyłożyła… książka możliwa i niemożliwa, gdzie świat lasu jest onym normalnym, a miasto, choć istniejące, ważne jest tylko, gdy potrzebne i gdzie wciąż uznaje się równowagę i czci stare byty i Bogów.

Tak, na pewno nie jest to opowieść dla każdego, chociaż jest skarbnicą, od której możecie rozpocząć swoją przygodę lub powrót do korzeni przodków. Albo choć nauczyć się, zroumieć, spróbować jak to było, jak proste mogło być życie… pełne natury, pełne też zmagań, bólu i przemian, bo przecież życie to życie, ale jakoś tak w lesie, zdaje się być bardziej normalne. Logiczne… Tylko… stworzona na potrzeby tej książki ona samotnia daje się naszym bombardowanym podwyżkami wszystkiego mózgom pewną niemożliwością, bo przecież wszystko zdaje się należeć do kogoś, więc… co z czynszem? A jak na własność, to skąd świaomość czystości wody czy jedzenia? I przeszłość… czy dziewczyna, nasza bohaterka, w rzeczywistości jest taka młoda, czy jednak… oj, oczywiście, iż dane są nam mgnienia retrospektyw, czasem bolesne, ale trochę tego mało. Trochę obca przez cały czas jest bohaterka, oddalona, jakby nie do końca sama wiedziała kim jest…

I może dobrze, a może… można było trochę lepiej. Bo ta powieść ma taki potencjał, by stać się czymś większym… czymś bardziej naturalnym jak trylogia o Wiedmie Moniki Macewicz. Czymś… na co poczekam, bo autorka obiecuje, iż pisać będzie… więc czekam, z nadzieją.

Jesień…

Uczciwie mówiąc, to początek października był wietrzny i ciepły raczej.

I wszystko takie jest niejesienne, zielone wciąż, wciąż próbujące nabrać kolorów, ale jednak, czas mija, ciemność przynajmniej zaczyna się w okolicach 19tej i jest fajno! Bo tęskniłam za nią tak bardzo. Ale ten wiatr, oczywiście wyłączający nasze promy od razu, no wiecie, normalność wyspiarska, dziwny jakiś.

Męczący…

… więc wróćmy do Szwecji, gdzie jeszcze wtedy było lato, ale wiatr też był… i deszcz, oj tak, był i deszcz. Przede wszystkim, to był dziwnie upalny dzień, przedostatni sierpnia… i udało nam się dotrzeć w wiele miejsc. W ruiny, ryty i na dodatek w opowieść o kamieniach, miłości i tak dalej. I jeszcze w coś, coś takiego, czego nie da się opisać, co trzeba samemu zobaczyć, dotknąć podsmakować…

Coś…

Pierwsze, to miejsce, które chciałam zobaczyć, ale szczere, jakoś mi umknęło ile trzeba iść, w tak dziwnym powietrzu pozbawionym tlenu, wiecie, potliwie, ale nie gorąco, tylko jakby… nie można było odychać… ale nie, araz, przecie najpierw był Slottet. Czyli tak zwane ruiny i cmentarzysko obok Hamburgsunda.

Powiem jedno, widok stamtąd niesamowity, nie kierujcie się googlem, bo zrobi was w konia, ale może dzięki temu zobaczycie coś więcej, jak my, maciupki port… i domy jak  obrazków… cociaż to tu częste, jak na Wyspie… i jeszcze, nie oczekujcie ruin, bo to raczej gród, a dokładniej pozostałości po wykorzystywanym przez wieki miejscu, bardzo obronnym. Skale ponad wodami z jednym dojściem i grobami poniżej…

Niesamowite.

I tyle tam jarzębin!

Warto…

… ale jeszcze bardziej warto poleźć w oną pustkę poprzedzoną dziwną gromadą domów, lekko jakby z jakiejś „Masakry piłą niemechaniczną” wyciągniętych, do tego ścięte lasy, no apokalipto rąbane, ale przecież ja chcę, ja dam radę i te cholerne komary, o tak, w tym roku komary najbardziej ukochały sobie koniec lata i początek jesieni, jakaś plaga Skandynawska, czy nie tylko…

Lokeberg.

Miejsce, w którym komary wypiły ze mnie połowę krwi, ale a to, gdzie helleristningery są… głębokie, soczyste, czerwienią łyskająca skała zdaje się mamić w was wszystko i mamić was samych i jeszcze… te specyficzne kstałty, one drzewiastości, pióra, wszystko takie jakieś inne, niemalowane, dzikie…

Jakbyś ty pierwszy to widział…

Jakby… zaraz miało zniknąć.

Spędziłam tam casu sporo, ale w końcu krwiopijcy wygrali, ale może kiedyś da się wrócić, bez nich i w jakichś chłodniejszych chwilach? Może… bo skała stoi tak, że śnieg jej niestraszny, więc… może zimą?

Chcę…

Potem, pewno w szoku termicznym, czy coś, udało nam się odnaleźć coś, o czym nie miałam pojęcia i to tuż obok Fjallbacki! Nosz zgroza no. LOL A tam dziewięć stojących kamieni, las niesamowity i cmentarzysko… nosz kurde no! Cały prawopodobny kalendarz słoneczny czy też księżycowy i groby… a wspomniane tak skąpo. Chociaż…  jednej strony rozumiem, kamienie stoją właściwie na podwórku gaarda, więc trochę dziwnie, ale mi już chyba nie dziwnie.

W końcu to historyczny obiekt, więc wolno.

Okay, nikt nie krzyczał.

Stenehed… miejsce, o którym wie niewielu, a tak mona się niesamowicie w nim agubić. Pamiętajcie, przynieście dary dla tych, co byli tu prze nami – trochę cukru, może chleba, zioła, jabłko… wiecie, obiata.

Zaduszki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mężczyzna… została wyłączona

Pan Tealight i Dziecko Nieniespodzianka…

„Zgodził się na to, bo był zaspany i wzięli go tak, jakoś, no z Nienackiego i Kinga i poległ. Kiwnął głową, oni rzucili tym zawiniątkiem, paczką pieluch i koszyczkiem mojżeszowym i jeszcze pieskiem pluszowym, co gryzł głównie siebie, ale dziwnie piszczał i nie przestawał chociaż od razu go nadusił i znowu, i znowu i znowu…

I odeszli.

Albo może uciekli?

Nawet nie zauważył kiedy… nawet nie zrozumiał do końca co się stało, gdy dzieciak burknął, buchnął i przemienił się w bombę, zapewne biologiczną, nadmiernie aromatyczną. Pielucha, skontatował, ale jakoś nie garnął się o zajęcia śmierdzielem… w końcu po co, na co to wszystko, od tak dawna nic uu go nie obchodziło, od tak dawna… ale ten piesek, walić dzieciaka, ale dlaczego ten piesek wciąż tak piszczy i chrzęści jednocześnie, dzwoni i jakoś tak…

… burczy…

Jakby miał go ugryźć, albo…

Pieskowi nie przeszkadzał zapach bachora, bo zjadł go ze wszystkim.

Szybko było posprzątane, wylizane, a piesek zwinął się w kłębek u jego zarośniętych stóp i chyba przysnął, więc wziął z niego przykład, wciąż nie rozumiejąc co się stało, ale jednak, jakoś tak, wiedząc… że głodnego nakarmić należy, a on sam, pogrążony w otchłaniach depresji naprawdę miał gdzieś rozgryzanie tego, czego nie rozumiał, a to, co się wydarzyło, podpadało pod wszystkie te kategorie.

Chociaż… otrząsnął się nagle, miał teraz psa… niespodziankę?

Ale przecież nigdy nie robił niczego, czym mieliby mu zapłacić… chyba?

A może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Szkarłatna wdowa” – … ooo… ja to się nigdy chyba nie nauczę… ale obiecali mi wiedźmy i jeszcze magię i tak dalej, no i apteka, mikstry i tak dalej, no weźcie, od razu kupiłam obydwa tomy i… żałuję, ale też i nie żałuję, bo wiem, że raczej już do Mastertona nie wrócę.

Nie mam pojęcia co się z chłopem stało, ale to jest porażka i to wielka!

Gigantyczna.

Oto opowieść nadzwyczaj grzeczna i spokojna poza sceną wiadomą, jak ktoś zna autora, to wie czego oczekiwać, więc… no tak, właściwie, same dialogi, zero klimatu, opisu, uczuć, stworzenia postaci, rysu historycznego… a jak oczekiwaliście klimatu Salem, ja tak, to już w ogóle… więc po szybkości przełknęłam obydwa tomy… a drugi był, ekhm, powiedzmy, iż jak brak wam wyuzdania to proszę… LOL

Z cyklu przeczytane: „Sabat czarownic” – … ale okładki ładne, co?

No pocieszcie mnie, czy coś… i pomyśleć, że to taka epoka, iż prawie kada książka jakoś ją dźwiga, ma ją, bawi się nią, w niej… ekhm, no tak, te sceny, LOL… na pewno nie dla dzieci. Hihihi… Masterton był onegdaj moim pierwszym świadomym kontaktem z TAKIMI scenami. Ech… to były czasy… LOL

Serdecznie nie polecam. Chociaż to i rodzące się USA i Londyn i w ogóle, świat onych kobiet, które mogły tak wiele… a sprowadzono go do… Rozumiem chęć łączenia thrillera, kryminału i horroru, ale tutaj właściwie są ino gadające baby!!! I to nie zawsze z sensem, a najmniej intrygująca jest główna bohaterka, więc…

Ech…

Z cyklu przeczytane: „Czarna woda” – … hmmm… Czytałam inne książki tego autora, w reczywistości dziennikarza Seana Thomasa, ale… nie wiem, były jakieś takie, lepsze, bardiej plastyczne, widowiskowe… chyba… a może coś pomieszałam? Może mi się pomyliło, albo zwyczajnie tego nie rozumiem.

Nie mogli jej uśpić i przewieźć z wyspy na stały ląd?

No dobra, mamy kobietę po przejściach, dziwny hotel pozujący na wielce posh i drogą sprawę, no i wyspę… z jenej strony fale z innych też, ale jest mały prom, więc spokojnie. Macie brzegi i las, więc, no co, z punktu widzenia wyspiarza nic łgo w życiu na wyspie, ale jak się nie chce na niej być, tylko… Czy ona naprawdę nie chce tutaj być? Bo jakoś tego nie powiedziano wprost…

Nasza bohaterka, po tym, co stało się wcześniej, po wielkiej tragedii, doznała urazu psychicznego i nie potrafi żyć z rzeką. Wodą… tego też dokładnie nie wiadomo, cz tak samo źle na nią działa ocean czy morze… prysznic? Dobra, trochę podśmiechuję, ale tutaj nie ma nic… ni klimatu, ni jakiejś układności w fabule, logiczności. Mamy wybitną podobno pracowniczkę, potem nagle upadający hotel, więc jak to w końcu jest… potem pojawiają się postacie rozmyte i tak dalej, zwidy niewidy, jest siostra i już wiecie, no sorry, wiecie, nie da się inaczej… i narzeczony…

… i… nic więcej.

Dodatkowo dziwny terapeuta…

Nie, nie mogłam przez to przebrnąć, więc poleciało na szybko… ech, coś ostatnio kiepsko trafiam w książki. Nie polecam. A mogło być tak pięknie, to w końcu wyspa, kurna, no weźcie no!!!

Z cyklu przeczytane: „GOT” – … nie będzie opisu o czym to, bo wszyscy wiedzą…

Zwczajnie, zagryając wargi musiałam uzupełnić braki, więc mam te koszmarne okładki z HBO… ale mam treść. A to czytałam jak jeszcze nie było popularne… ech te kiczowate okładecki malutkich, ale grubych tomów…

To były czasy.

Ale co poradzisz…

No nic.

Przynajmniej to wciąż intrygujące opowieści… nawet jak we łbie macie obecne wciąż i wszędzie one aktorze odwzorowania postaci, które dla ciebie były ikoniczne i chyba wciąż są… wciąż.

A tymczasem… w Szwecji, podróżując ścieżkami moich wspomnień…

No cóż, był chyba 29ty sierpnia i padało. Było pochmurnie, ale ciepławo, a czasem wietrznie, a czasem nie i jeszcze… no wiecie, taka tam pogoda, oni nie mieli jednak takie suszy jak my… a ja miałam w kieszeni adres, który metoami elektronicznymi uzyskaliśmy od jubilerki tworzącej dzieła w srebrze, wzorujące się na tak zwanych: rytach naskalnych. No te, które niegdyś mona było nabyć w Vitlycke… a teraz nagle mi mówią, że ona na emeryturze i co się okazuje, a że nie…

Znaczy jak najbardziej pani przeszła operacje i jest zmęczona, ale wciąż tworzy. Bo czasem przed pasją nie da się uciec. Zwyczajnie, a i widać, iż kocha to, co robi i mimo problemów ze wzrokiem czy bólami krzyża, oj znamy to, jak się człowiek zatopi w pracy, a w srebrze to już pewno w ogóle, bo od obrazu odchodzisz, patrzysz, zmieniasz, ruszasz się często, a srebro wymaga uwagi… no to takie niestety uszkodzenia ciała przez wykonywany zawód… zawód, pasję… dowiedział się człek pry okazji, że babka prowadziła szkołę, czy coś w stylu lekcji/nauk dla wielbiących metale…

Ech, jak to się człowiekowi casem drogi plączą…

I ona przypomniała mi, i tutaj obok zara jest jedno z większych, największych właściwie, skupisk rytów. Jak mogłam nie powiązać szczegółów?! Aaaaa!!! A może tak miało być, ona mówi, my jedziemy…

W takie miejsce, że kopara opada!

Ech! No ale… tutaj link do artystki, bo obok domu ma swój sklepik, może zajrzycie, bardo prystępne ceny jak na srebro i sztukę, niesamowity klimat!

No ale…

Poszukiwania srebra jedną drogą, a drugą helleristningery… te pozostawione by zniknęły. One, które wkrótce pokryją się porostami, połknie je woda i ogólna erozja skał… zwyczajnie znikną… i tak po prawdzie pewno nikogo to nie obchodzi, poa mną… ale co zrobić? Na siłę je malować?

Nie wiem…

Szwecja posiada tak ogromną licbę tego typu zabytków, iż widać, że sobie nie radzą. Na dodatek są tam przeciwnicy malowania tego na czerwono, na biało, w ogóle zaznaczania, w ogóle opisywania, zauważania, nie wiem, jacyś szaleńcy, więc jeśli będziecie w pobliż Högsbyn, to zajrzyjcie nad jezioro. Spacer nie jest długi, przyjemny na popołudnie, może i wietrzne, może i skok do wody…

Albo tylko patrzenie.

Wdychanie… i ten pociąg gdzieś za drzewami, kurcze, a może jednak następnym razem kupić bilet, kiedy to ja ostatnio pociągiem jechałam, kiedyś ciągle… ech… nie tęsknię, zwyczajnie, wiecie, coś nostalgicznego człek dusiło na chwilę, ale już dycham. I nie, nie tęsknię, ale ten dźwięk, gdy fale jeziora ciemnego niczym toń ciemności muskała wyrytą kilka tysięcy lat temu łódź…

… takie to…

Niesamowite.

Bo te ryty są inne, pełno tutaj węży, tudzież lini falistych, odcisków stóp i to doskonałych i jeszcze wgłębień, jakby przepis na magiczną inkantację ku bogom i siłom już może zapomnianym… i tak siedząc na wbijającej się w tyłek skale doszłam do wniosku, iż tak przecież będzie, ze wszystkim… zapomniny. I może o to chodzi? By apominać i robić miejsce na nowe? Tylko dlaczego wciąż te same błędy popełniamy?

Wciąż…

Chcę tam wrócić…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziecko Nieniespodzianka… została wyłączona

Pan Tealight i Mania Ospałości…

„Coś się zmieniło…

… niby była jesień, a jednak, jakoś tak nie widzieli jej, nie czuli, nie słyszeli… ni chrupkości liści ni trzaskających kasztanów i żołędzi… nic. Ale kalendarzowo była jesień. Tylko dookoła ino zieleń i wiatr i ta senność we wszystkim i te dziwne myśli, które opadały na nich i sprawiały, że zwijali się w kłębki i kulki, mniej lub bardziej foremne, czy fortunne, i spali, śnili… a może nie śnili… czasem im się zdawało, że zapadali w jakąś otchłań, która dotąd trzymała się od nich z daleka, ale teraz, jakby ktoś jej Wyspę otworzył i na dodatek darmowe bilety kupił na prom, przygotował miejsce w hotelu, tym ze spa i wszelakimi wygodami, za nic, za przyjście i bycie…

A może, zawsze tu była, ino schowana?

Nie wychoziła, bo jesień nachodziła, nawet po tak ciepłym wrześniu, jakaś taka mniej lub bardziej liściasta i barwna, a teraz, jakby nowa pora roku się z wolna tworzyła Nitototonitotamto… przerażająca nowością i zapachem mebli z Ikei. I jeszcze oną werwą nowości, która nie wszystko zna, a wszystko chce od razu nabyć, mieć, poznać, dotknąć, pokochać, odkochać się, nienawidzić, a potem odkryć od nowa i jeszcze… jakby czegoś brakowało, ale nie wiedzieli czego, więc okryci Manią Ospałości po prostu siedzieli w Sklepiku z Niepotrzebnymi, omamieni, casem z kubkiem gorącej zupy, czasem z burczeniem w brzuchach, na które często nie zwracali już uwagi… niczym na muzykę, którą słyszy się zbyt naokrągło…

I tylko mały, generyczny krasnal wiedział co się dzieje, ale nic nie mówił, zrestą po co, i tak nie słuchali, siedział zamyślony w swej drewnianej balii i wpatrywał się w świąteczne ozoby, które wisiały tam zawsze… myślał o maślanych ciasteczkach, ale jakoś nie miał serca niszczyć jednak złudnej spokojności tego, co za chwilę mogło…

Nie być…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „The Mushroom Garden” – … oh. To takie zaskakujące, dziwne, inne, chociaż przecież drzewiej też tak bywało, ale jednak… wydać swoją książkę, sobie samemu, bez innych… ot tak… i mieć ją… w znaczeniu, posiadać coś, czego nie ma na świecie a tak wiele, tom, który jest jednocześnie dziełem sztuki i opowieścią o miłości, przemijaniu, dostrzeganiu tego, co malutkie…

Oto marzenie artysty, moje marzenie, a tutaj komuś się udało i to rysonikowi, który mnie fascynuje… własna powieść ze słowami i obrazami. Wydana, i dostana… w moim przypadku na rocznicę ślubu. I wiecie co, to doskonały prezent. Nie dość, iż unikatowe dzieło, to jeszce coś tak przemyślanego, pełnego natury, grzybów i wron… ech, po prostu cudowność. Sztuka i słowa…

A potem moje własne dopowiedzenia, bo przecież Autor tylko zaczyna, daje nam okruszki, abyśmy sami potem odnaleźli drogę do ogrodu, a tam odszukali drobiny mądrości, piękno, cudowności, ale i brutalność, dobro i zło…

Jak to mówią, kupujcie sztukę!

Jest tego warta. A ta opowieść, to takie zatopienie się w nadwyczajności… w czyimś marzeniu, umyśle… zasiane ziarno, które wykiełkuje w waszych snach…

No po prostu… magia!!!

Z cyklu przeczytane: „English Folktales” – … powieść, czy raczej biór opowieści, na który polowałam od jakiegoś czasu. Okazuje się, że w Malmo, w mojej ukochanej księgarni to czasem wszystko jest! I voila! Zbiór opowiadań z onej wyspy, co to wiecie, Europy się nie trzyma – joke! Piękny, niesamowity, prawdziwy, soczysty!

Coś dla kadego badacza onych cząstek nas, które zasiały: historia, przyroda, religia, zachowania, zabobony, strach i radość, próba wybrnięcia ze sprawy, radość, przewidzenie, a jednak, kurcze, a może… prawda? Przecież ziarno prawdy podobno w każdej historii drzemie…

Z cyklu przeczytane: „Sekret pełni księżyca” – … taki no… Hallmark movie.

No dobra, książka w opisie nie jest jakoś wybitnie nowatorska, ale jednak, jakoś tak chciałam poznać tę historię, tak bardo… i po pierwszej sgronie już się znudziłam. Nie, no oczywiście, iż tajemniczość mnie kręciła, chciałam się dowiedzieć co i jak, ale ona bohaterka, potem bohaterki, to wszystko jest takie mdłe, niczym te filmy, co to zawsze muszą się kończyć dobrze, takie wiecie, w odpowiednim oświetleniu, ci się kochają i ci też, choć źle robią i tak alej…

Starsa pani nagle odnajduje w młodsej bratnią duszę, kilka, aż nazbyt wiele, opowieści splata się w jedną i… nudzi… nie wiem dlaczego, ale mnie to znudziło, przeczytałam na szybkim… nie mogłam w nią wejść, chciałam tylko się dowiedzieć jak się onacała pozytywność skończy, może mnie zaskoczą…

Nie… to nie mój klimat, za grzeczne ono pisanie, ale jak ktoś lubi grzeczne opowieści, odrobinkę tajemnicze, to dla was na pewno coś! A, i raczej dla pań, nie wiem dlaczego, ale tak mnie jakoś sfeminizowała…

Siedzi sobie człowiek, a na zewnątrz, nie dość, iż ciepło, to jeszcze księżyc wschodzi dziwny, nie do końca okrągły, jakiś taki pomarańczowy, może i czerwonawy, jakby wysypkę miał i nader zmarsczoną minę…

Coś mu nie idzie?

Coś się wylało?

Z kąpielą…

Dziwna ta jesień, ten jej początek… nie wiem, jakaś taka… kasztany wciąż niegotowe, żołędzie zielone i mocno trzymają się gałęzi, śliwek nie ma, jabłka opadły, susza znowu… ludzie dziwni. I ten zając ino jak zawsze gapiący mi się w okno, jelonki szukające rozrywki, gdzie nasrają tam trawa piękniejsza!

Oj!

No ale, koniec września oznacza, że w Melstedgaardzie mamy jabłkowy fest. I co jak co, ale w tym roku rzeczywiście zaszaleli. Nawet chór był, a jak mawiał Anioł, nie ma jak chór. Co nie? Poza tym jabłek było niewiele, za to ludzi po prostu masa i tumult, więc o wiele lepiej było na prawie pustej plaży… ciepło, niewiele morskich cycków, cudownie… tylko jakoś tak, no dopiero co tutaj gówno rozlali, więc…

Tia, znowu coś przecieka.

No ale, poza onym ciepłem dziwnym, smrodliwością w powietrzu, na szczęście mamy chłodne noce, więc… człowiekowi jakoś tak udaje się oddychać, ale… mam już dość. Dość dziwnych aur i tak dalej… więc wrócę do wspomnień, w końcu przecież to było tak niedawno, jeszcze pył mam na butach…

Jeszcze…

Kolejny dzień wycieczki spędziliśmy w Fjallbace, wiecie, trza sprawdzić dokładnie co ma się zmienić, a potem w morzu, w nowym miejscu na Hamburgo… i wszystko było takie szalone, bo w nocy padało, ze skał woda ściekała i… takiej Szwecji jescze nie widziałam. A potem były rybki… i tyle, leniwiej, w znaczeniu, ekhm, Matki Boskiej Pieniężnej dopiero za dwa dni, więc wiecie… trza ostrożnie. Ale ryba z frytkami obowiązkowo, no i jeszcze to morze, port, to wszystko…

Tylko muszli tak niewiele.

A zasolenie mega!

I ta woda spadająca ze skały w miasteczku… malutkie wodospady, mikro cieki, wszelakie ciurkania, takie to inne. Wszystko było takie inne… znowu, po raz kolejny, ten sam świat, a inny… i te zmiany planowane tutaj, a rok będzie już pewno budynek, jakie to… dziwne. Nie wiem, smutne, a z drugiej strony…

Większość sklepików zamknięta, ale też już koniec sierpnia.

Czy wrócą? Jak będzie… te zmiany, monumentalne, oczywista, wiedziałam, że będą, ale jednak zniknięcia sklepów, pozamykanych drzwi… tego się nie spodziewałam. No i tyle ludzi, wciąż? Skąd oni?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mania Ospałości… została wyłączona

Pan Tealight i Seryjny…

„Różne są fobie i większości człowiek o tak zwanych: normalnych mocach przerobowych, raczej nie pojmie. Nie oszukujmy się… nie a się podążać za wszystkimi odchyłami, ku którym obecny człowiek zwyczajowy się skłania, ku którym podąża, albo, które sam wymyśla. Oj tak… on, ona, ono, blah blah blah…

Człowiek jakoś tak, nadzwyczajnie może i nawet, po prostu uwielbia sobie utruniać życie, jakby ono samo nie robiło już tego dostatecnie umiejętnie i to z gigantyczną praktyką. Wszelkiej maści i rodzaju wszelakiego zboczeńcy i inne tam, naprawdę mają ułatwione życie. Nikt już nie jest zły, po prostu ma niedobrą definicję i upłynnienie jej, w znaczeniu rozpuszczenia, robienia miejsca na słowa, które w ugrzeczniony sposób znaczą nic… no wiecie, taki świat, więc seryjny, czy to morerca, czy ino zboczeniec, jest tylko człowiekiem z pragnieniami, które spełnia. Z oną naturą, za którą podążą… bo przecież człowiek to i zwierzę, chociaż czasem nie, ale tak…

… więc…

Pan Tealight spoglądał na ten świat często oczami Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. Spogląał i nie wierzył. Nie mógł, bo gdyby uwierzył, iż jest to obecnie to, co zwą rzeczywistością, należałoby to najzwyczajniej w świecie spalić, popioły rozmieszać, wrzucić do wnętrza ziemi, przekształcić w coś, co da się wysłać na krańce Wszechświata i tam detonować… a powstałe przy tym procesie galaktyki połknąć, przetrawić, wysrać i nawieźć tym coś, co nie istnieje, by nie istniało bardziej… i nigdy nie powstało, a wszelkie zapiski zniszczyć po wielokrotność i niszczyć je codziennie, od nowa i znowi i jeszcze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Final girls” – … zaskoczenie. Naprawdę. Zaskoczenie… i to wielkie. Jakoś tak, nie myślałam, że ta książka jest o tym, że będzie aż taka, mocna, intrygująca, nagle zmieniająca punkt widzenia, na wszystko… na Krzyk czy Halloween… na te filmy, kolejne części, na odgrzewanie kotletów, zmartwychwstania morderców, którzy są bardziej czczeni niż one, ofiary… Ofiary, często traktowane jako współwinne, bo przecież tam były, a mogły być gdzieś indziej, inne…

Na ofiary, którym często życie się kończy, wtedy, nawet jeśli nie umrą, ono się kończy, życie i plany, wszystko się zmienia, zamiera, chcesz tylko przetrwać.

Grupa kobiet i jedna myśl: przeżyć.

A w naszych głowach przemykają obrazy z horrorów, szczególnie teraz, gdy jesień tak nastraja, chociaż wciąż tak ciepło… Mona zatopić się w tej opowieści, która jest sensacyjna, a jednocześnie, gdy tak się w nią wtopimy, w końcu bohaterką nie jest miła, młoda laska z cyckami na wierzchu, wyłażąca spod prysnica. Nie, ona są… w średnim wieku, z bliznami… niewidzialne i widzialne, tylko la nich, fanów…

Pora by już… odeszły… pora na polowanie?

Świetna książka.

Może literacko lekko niedopracowana, może mogłoby być lepiej, ale wciąż, ten temat, te opisy, dodatki, niesamowite!

Z cyklu przeczytane: „Heroldowie z Valdemaru” – … musiałam… musiałam mieć je znowu, z powrotem. Straciłam te maleńkie tomy, które towarzyszyły mi w końcówce lat dziewięćdziesiątych, ale mam to, zbiorek opowieści o heroldach i ich Towarzyszach, pierwsze książki o normalności związków homoseksualnych, o miłości i odpowiedzialności, o współpracy, nauce, mocach…

To jest magia, która wkroczyła w mój Tolkienowy świat i nim zatrzęsła… i tak, nie jest to nie wiadomo jak wielkie pisanie, nie wiadomo jaka literatura, ale jednak, jest dla mnie ważna. Moja jakaś taka…

Intrygująca.

Współczesnym czytaczom moe się wyać lekko przestarzała, ale… miał wizję, moc, wtey, a teraz, po prostu, muszę ją mieć, niczym kotwicę…

Z cyklu przeczytane: „Cykl o Magach Prochowych” – … i to kolejna sprawa powrotowa i nawet do końca nie wiem dlaczego musiałam mieć ten cykl. Znowu. Przecież wcale nie sięgam do niego często, przecież te postacie, a nie, to właśnie te osobowości, ten świat, to wszystko, nie sama wojna, nie walka, ale ono więcej…

Coś więcej, coś intrygującego… wciągającego.

Jesień…

Jesień zaczyna sie na Północy z wrześniem… a jednak w tym roku, jakoś tak jest za ciepło, za dziwnie, za zielono… jakoś tak. No ale jesień… mniej ludzi, mniej światła, w końcu jest jakaś noc, w końcu jest czasem chłód… ale powoli to wszystko się zmienia. Wszystko… jakoś tak… nabiera kolorów, ale jednak… naley nadmienić, iż właśnie tera, nigdy tego nie rozumiałam, ale teraz mamy czas na kulturę, jednocześnie zamykając muzeum stki na dwa lata, co najmniej… szkoda.

Nie chcę tej całej rozbudowy, tego rozpierdalania, ale… nic nie mamy do powiedzenia, nabrzeże, klify może i się zwalą, drzewa znikną, ale będie coś, bryła architektoniczna, a poza nią… nie wiem co. Z drugiej strony piękna ta bryła, intrygująca prostota w skomplikowaności granitu, ale…

Nie pasuje, więc wracam do wspomnień z podróży… z dnia drugiego, gdy obudziłam się już w Fjallbace i było… i czułam…

Jakoś tak jest, że po prostu budzę się tam wcześniej i przechodzę do pokoju by patrzeć na budące się niebo, słuchać gęsi, odczuwać brak wron, patrzeć na czerwienie i zielenie, dziwić się, że każda ta pora, choć tyle ju ich było, pokazuje mi inną Szwecję, inną krainę, choć czas w roku zwykle taki sam… i nie ma jarzębin, jakby się zbuntowały i czerwonych liści jak na lekarstwo… ale woda, mega ciepła i tak jej wiele, więc może zniosę ten brak jesieni, bo…

Teraz wszystko było zielone, trochę to takie smutne, no i komary, nosz kurde no! Jak wróciliśmy chyba przybyły za nami. Straszne są, a przecie to nie ich czas, no bez przesady, spierniczać wampriowie!!!

Najpierw Vitlycke, gdzie jak się okazuje, w końcu ponaprawiali muzeum, ale jeśli chodzi o pewne elementy, to chyba myśmy je właśnie naprawili, a dokładnie moja chcica, wiecie, jestem suka na srebro… no przecież nie napiszę, że pies… LOL a może i powinnam, ale czy ja zwykle robię to, co powinnam?

Nie…

Sporadycznie.

No więc chcica srebra poprowadziła mnie w ramiona kogoś, kto przywróci pewnikiem srebro w większej ilości od przyszłego seonu, więc obaczymy, mam nadzieję, czy się uda. Dziwnie czasem się wsio plecie, tak dziwnie… więc, najpierw muzeum, jakoś lubię tu wracać, a i potrzebuję sklepiku, mają książki naukowe, no lepiej tak, niż bulić za wysyłkę, a potem na wyspę, Hamburgo… bo przecież ja muszę. Mam swoje ukochane drzewa i skały i wody i plaże i miejsca i te, których się boję.

Mam je.

A wyspa, mały prom z Hamburgsunda i już, kilka zakrętów, można z buta, w końcu to ociupinka na onej wodzie… czy też raczej wystające coś z wody, można różnie widzieć, czuć, odbierać… można… nosz kurde, skąd tu tyle ludzi, ech! Nie byłam tutaj za zwykłego dnia, więc widać… a może w tym roku jakoś w ogóle w Szwecji ludzi więcej, jakoś tak się czuje… nawet kwiaty, które kupiłam coś mają do powiedzenia, nawet one… zawse kupuję sobie bukiet kwiatów, jakoś tak…

Nie wiem…

Dziwnam?

Najważniejsze, iż mimo wiatru brak fal, więc można pływać, znaczy można, bo nie ma czerwonych parzących w wodzie, ale gdzie? I czy zaryzykować, przecież trochę pizga mocno… no i… znajduję nowe miejsce, z widokiem i włażę, z problemami, ja mam lęki, no weźcie, państwa mogłabym nimi obdarować i jeszcze by mi zostało na inne planety! Ale ta woda, taka słona i niesamowita, dziwna, ciężka, oleista… a dookoła mnie tylkoe te skały, maciupkie wysepki, samotności…

… piękne!

Takie to niesamowite, takie… kochane.

I choć człek się boi, to płynie… w nieznane.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Seryjny… została wyłączona

Pan Tealight i Szczęśliwiec Apostrof…

„No miał szczęście, miał, właściwie, to cała jego rodzina miała, problem w tym, iż prosperującą filmę, którą niegdyś wygrał w zamian za kościany guzik jego pradziadek, a potem umarł… znaczy zaraz po, więc chcieli go wykiwać, ale, że szczęśliwy, to przed grą zakochał się i od razu ożenił, o czym nie wiedzieli, więc była spadkobierczyni, a i jednocześnie kucharka, która wsio słyszała, no i wiecie… się sprawy szczęśliwie rozwiązały i rodzina rosła, ale tak właśnie szczęśliwie… znaczy, zależy z czyjego punktu widzenia, wiecie, ono szczęście. Bo raz było całkiem jasne, a czasem… czasem gubiło się chusteczkę i nie dostawało kataru, a ona chusteczka okazywała się być nosicielką zarazy, i zaraza ona omijała byłego jej posiadacza, ale dopadała na całego wszystkich jego znajomych, dobrych, ale jednak zaraz pojawiali się nowi, więc…

Czym jest szczęście?

Apostrofem ino… tak uważał.

Ono szczęście rodzinne w tej familii zawsze miało kulawą nogę, niedobrane buty, problemy z kręgosłupem, o głowie nie mówiąc ślepe na jedno oko i tak dalej, możnaby wymieniać, ale jednak, jakoś tak, po bólach i cierpieniach, zawsze wychodziło na ich stronę… zawsze, nawet obite, ze sztuczną szczęką, ale zawsze znajdował się pajac jakiś, który raczył ich onym znienawidzonym tekstem, które w końcu przybrali za motto: bo wy to szczęście macie… nikt nie widział pracy, nie baczył na siniaki i atrucia…

Nikt!

Ino efekt końcowy… widok z okna, miejsce nienarodzenia… opuszczone story, zagubione testamenty, nosz gorzej być mogło, nosz miliony są, a że spłacić trzeba, a że nerwy już zjaały się same nie bacząc na nich…

Nie ważne to!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Lustrzana kraina” – … hmm… ten pocątek, ta narracja… a okładka tak mnie odpychała. Ona niepewność, ciągłe kręcenie… a już myślałam, że to po prostu kolejna książka z cyklu: wracam do miasteczka, gdzie się urodziłam a tam zonk… albo duch, albo trzy…

A tutaj, coś więcej, coś…

Jest ona mroczność, dziwnie się nienarzucająca, ale obecna, tęsknota jakowaś, jest… Ta książka po prostu tak umiejętnie człowiekiem mami, zwyczajnie wkręca się wam w głowę i nie potraficie jej już odłożyć, chociaż chcecie, bo przecież… no precież… tyle trzeba przemyśleć, tak wiele jest niedopowiedzeń na początku, tak bardzo niesamowicie się zaczyna… i trwa…

Naprawdę niezła powieść, kto by pomyślał… a tyle przeleżała u mnie, chociaż miałam po nią sięgnąć od razu, miałam a jednak… kurcze, warto.

Z cyklu przeczytane: „Epoka mitu” – … oj. No po porstu, to jest Sullivan. To jest opowieść, taka kompletnie fantasy, taka baśniowa, mityczna, przygodowa, pełna postaci, o których wielu zapomniało, wielu nie pamięta…

I pełna humoru.

Dodatkowo piękne wydanie, niezłe tłumaczenie, kolejny tom chyba już w zapowiedziach, a może i dostępny? Nie wiem… ale wiem, że ci, którzy tęsknią za onym opowiadaniem o światach, mieszaniem mitów, znanych i nieznanych z wyobraźnią, po prostu… sięgną po tę powieść, bo to i znany autor i… ech, ta cała reszta. Okładka, opis, lekko tchnący Wikingami, chociaż zaraz włazi w kadr Persefona… no wiadomo, to fantasy, tutaj jakby wsio jest dozwolone…

I niesamowicie piękne.

Z cyklu przeczytane: „Mój przyjaciel, Kaligula” – … musiałam. Może i Piekara jest taki, a nie inny, znaczy, no jest jaki jest jednym się podoba, innym znowu nie… jedni kompletnie go nie uznają, inni znowu…

… czekają na coś nowego.

Jednak są pewne jego powieści, które musiałam odzyskać i tak, oczywiście, iż są specyficzne, ale jest w nich też coś… coś niesamowitego. Coś niegrzecznie intrygującego. Coś… ono coś, dla czego wracam do tych słów i wszelakości. Postaci, tym razem z przeszłości intrygującej, która znana jest wszystkim, no wiecie, przymus nauczania i tyle… jakoś mitologii słowiańskiej nam nie dawali… po kryjomu się człowiek uczył, ale, to inny temat i na to pomaga Jabłoński, inny autor LOL. Azaliż…

… więc tak, to jedna z książek, które chciałam mieć z powrotem.

Z cyklu przeczytane: „Alice’s Adventures in Wonderland” – … zastanawiam się… tak jakoś, no zastanawiam się, czy wszyscy unają Alicję za klasykę? Czy mają ulubione tłumaczenie? Bo ja na przykład jaram się wszystkimi polskimi, chcę je mieć, zebrać i bawić się słowami onej opowieści, czy raczej onych opowieści… ale sama historia, jak to jest, że jednych Alicja urzekła, a inni tylko Piotruś Pan czy Mały Książe?

Bo ja nienawidzę Pinokia.

Serio, wciąż.

A to cudo dostałam jakiś czas temu i jest zwyczajnie przepiękne.

Z cyklu przeczytane: „The secret garden” – … wstyd? Przyznać się wstyd, że nie czytałam, czy raczej robiłam podejście, ale jakoś tak mi nie wyszło. Był nawet film chyba, ale w oglądactwie nie jestem dobra, więc… no nie wiem. Ta jest zwyczajnie piękna. Taka… pierwotnie czarująca czytelnika. I to nie tylko oprawą graficzną… ta powieść, okay, na pewno, nie jest dla każdego i jak z Alicją jeni wolą to inni pomidorową z ryżem… a ja bez niczego i co teraz?

LOL

Tajemniczy ogród, oj chcę…

Z cyklu przeczytane: „The Boy, The Mole, The Fox and The Horse” – … hmmm… z czasem zauważam, iż sięgam ostatnio nie tylko po powieści la dorosłych, ale i te bardziej graficne, piękne, niesamowicie baśniowe, kreskowe, kształtne, cudowne, jakieś takie, do kontemplowania, do przemyślenia… książki, które chcą chyba byż nowym Puchatkiem, no popatrzcie na tę kreskę…

A opowieść w niej… istnieje, jak najbardziej, choć słów niewiele, ale jest. O przyjaźni, inności, byciu… bardziej nowoczesna, ale na pewno nie lekka. Jak się dowiedziałam sławna, film też jest… ale wiecie, ja to pod kamieniem na kamieniu żyję, więc opóźnienia mam we wszystkim, no i… jakoś mi z tym dobrze.

Z czytaniem książek z obrazkami te mi dobrze.

No więc… pojechaliśmy na wycieczkę… na całe 10 dni, wiem szokers, ludzie wybywają na dłużej, ale ja, ja jestem dziwna przecież. I oczywiście znowu wylądowałam w Fjallbace i wiecie co, chciałabym tam wrócić… tylko jak zabrać ze sobą dom? Żadna ze mnie Dorotka i nie chodzę w cudzych butach…

No ale… podróż była deszczowa i to tak mega, że widziałam jak deszcz idzie szosą… po prostu kroczy niczym tafle szklanej ruchliwości… mglistości i walenia. Mocno to było przerażające, ale co zrobić. Na szczęście człek uważny, ale co do innych, to wiecie, raczej nie można na to liczyć. W Goteborgu oczywiście przystanek i jakoś nam zeszło ponad 2 godziny łażenia. Ja nie wiem co z tym czasem, ale tak mu się łatwo przesmyknąć prez palce i stopy i butowe podeszwy… ale domek już na nas czekał, nie żeby był na ptasiej girce, ale jednak, wiecie, wsio możliwe.

Nawet go posprzątali i chyba coś wyczyścili, bo jakoś tak…

Kurcze, jak tam przyjeżdżam, to wiem jakoś tak, że go chcę. Mieć dla siebie na zawsze najlepiej i to za darmo. LOL A nie, że ino wynajem, chcę na dłużej, ale co z domem. No nie rozwoi się człowiek, a roślinki ma i jakoś tak Wyspę też… gdyby się Wyspę dało przyciągnąć tutaj… bliżej chociaż, a nie te 500km…

… ponad.

I tak po prawdzie, cała droga to był descz i słońce, potem ulewa i postój na siku, i w końcu, jakoś tak, nawet zachodu nie widzieliśmy, zamarudziliśmy tym razem, ale dzięki temu było inaczej… i mogło być inaczej następnego dnia.

A nie tak co roku to samo, naczy jest to samo, ale wiecie… nie do końca.

A w nocy…

W nocy chyba też kropiło i chociaż prognoza była mroczna dość, co akurat dla mnie tam niezbyt ważne, to oczywiście przez cały tyzień kurcze ciepło, blech, no i słonko, ech, no i jeszcze ta zieleń, ja piernice, a tak człek jesieni chciał… ale, co tam, biorę to… więc zasypiam, budzę się świtem bladym, słucham gęsi, które mniej latały, ale może to przez oną wodę, która tym razem w zbiornikach była w ilości a zaskakującej jak na ten czas w roku… nigdy chyba jescze nie było jej aż tyle…

I choć las znowu wycięli, podcięli, ale cóż, to Szwecja…

Ech…

Wron brak.

No ale… leżę sobie i czekam na Chowańca wpatrzona w czerwień domu na przeciwko i kurcze, dobrze mi… to zapamiętam na długo, że dobrze mi było przez ten ułamek chwili, dziwnie. Może to otumanienie po lekach, no ale… a potem… w drogę. No co… w Vitlycke jakby co, to film w muzeum naprawili, idźcie popatrzeć w sufit, bo warto! I leży się fajnie też. No i w ogóle… jakoś tak, potem… chyba musiałam do wody. Ciepło było, ale wietrznie, więc Hambugsund, na wyspę i tam… nawet nie było onych wielkich parzących meduz i znaleźliśmy nowe miejsce do kąpieli…

Nosz piękne.

Człowiek siedzi w solance, bo przy onych upałach woda tutaj to jakby już trochę roztwór nasycony, i się patrzy… a tam błękit i niebieskości odcienie i skały w oddali, na niektórych niewielkie latarnie… i czystość i kamienność znane niby a jednak nowe, tych jeszcze nie macał i kurcze, żadnych muszeli? No wiecie co, zgroza! Zauważyłam, iż większa solność przekłada się na mniejszą ilość żywiątek w wodzie…

Niby to dobrze, ale nie ma muszeli!

A woa jak zupa… presolona…

I w oddali łódka, gdzieś ludzie w kurtkach, bo wiatr pizga, ale nie tutaj, nie w tym skał załamaniu… nie tu… wyleźć z wody i na spacer po znanym i nieznanym, bo tu wciąż natura włada i wsio się zmienia, ciągle…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szczęśliwiec Apostrof… została wyłączona

Pan Tealight i Pospolit Morowiec Profesor…

„Pospolit Morowiec Profesor ogólnie mówiąc miał w życiu szczęście… szczęście do nieszczęścia. Nie tylko spotykało go na każdej drodze, ale i zerkało na niego na bezdrożach, podczas podróży powietrznych czy podwodnych, jakoś tak zawsze coś kątem oka wyłapywał, no było tam… albo na wodzie, niby syrenka, nby kraken, a jednak… nie, to on, wiedział o tym. Mógł się ten Nieszczęść przebierać i płcie zmieniać, ale nic nie zmieniało tego, iż sam Profesor miał już tego dość.

Uznawał to za klątwę i miał na to dowody, ale… cóż, grono naukowe sceptyczne bardzo i podejrzliwe, nie chciało przyjąć jego kolejnej dysertacji w tym temacie, więc by uszanować godność swą i nigy się już tym nie zajmować, zwyczajnie usunęli go z Uniwersytetu Szczątkowoego i od tego czasu się błąkał, a ten jego Nieszczęść za nim… niczym rąbany cień nawet jak źródła świała nie było…

Z czasem się przyzwyczaił, oczywiście, ale za dzieciaka, za dzieciaka przecież jakoś tak było inaczej…

Byli przyjaciółmi i chyba, chyba wtedy udawało się mu z nim jakoś tak romawiać, a nawet odczyniać go i obracać na swą korzyść, jakoś tak, może i szczątkowo, to pamiętał, jakoś tak… ale miał już prawie sto wieków, więc… gdy siadał z Panem Tealightem na stopniach Białego Domostwa, siorbał cuchnącą kawę z żołędzi, zboczeniec ekolog jeden, to jakoś tak, poparzonym językiem i starając się nie urąbać sobie palca uszkiem od filiżanki, które widocznie było uszczerione, choć nowe…

Miał to gdzieś.

A może… nie, może jednak chciał powrócić do czasów dzieciństwa, może to był już jego – ich czas?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Okay…

No więc wraca sobie człowiek po podróżowniu po Szwecji, po dziesięciu dniach tym razem, ciągłych skał, jezior i rzek i jeszcze stawów, i wszelakiej zieloności, której tutaj tak mało było, bo wiadomo, susza i wiecie co… no morze nam zasrali, a weekend ma być najgorętszy tego lata… nosz chyba…

Nie wiem już co myśleć.

Wróć, wim, wkurwionam, ale i tak ruszyć mi się nie chce, do tego Achillesa źle potraktowałam, więc wiecie, należy mi się odpoczynek, ale jesień idzie, choć pewno dziwna będzie jak lato, wciąż trochę suchawo, a raczej bardzo suchawo i tak dalej, więc… więc zostanę w domu i popodziwiam sobie figi, co to urosły takie wielkie i takie sugerujące elementy anatomii LOL, jednocześnie czytając, że komuś się chciało się płynąć z Kołobrzegu do Dueodde…

Hmmm…

Dobrze, że nie pozgało.

… więc… chyba się zacinam. Nawet w piśmie. No to już serio kiepsko ze mną, ale… powiem wam jedno, że zaskoczyło mnie życie, znowu. Tym razem remotenością, że pozwolę sobie na spolszczenie angielskiego słowa. Bo, jak to przetłumaczyć? Odległe? Odosobnione? Jakoś tak REMOTE ma inne brzmienie, jakieś takie, ostateczne… niedostępne, chociaż, biorąc pod uwagę, iż piękna piątka, znaczy prom, znowu w naprawie, to wiecie, może i jest to słowo opisujące miejsce, w którym żyję…

Może?

Ale, ten koleś, co płynął kraulem, dopłynął, więc… za ciepło…

… a, że za ciepło, więc wspomnę, iż tam też było ciepło, ale bez przesady, choć słońce zdaje się palić wszędzie po równo, jednak jak wejdziesz mięzy drzewa, chmury spłyną nad ciebie, siądziesz sobie nad jeiorem, to nagle czujesz się… cudownie samotnie i odosobnionie… Jest takie słowo?

Mniejsza, jak nie ma, to już jest…

Tak się czuję w Szwecji, w tych jej rejonach tak nikło zaludnionych i łosia widziałam, na szczęście za oną siatką przy drodze bo matka z młodym, więc wiecie, lepiej tak, jakoś tak… nie chcę nawet myśleć o tym starciu maska w maskę. Bo… dla nich to może i codzienność, chociaż są i tacy, co łosia nie widzieli, ale jednak… dla mnie to ważny element mego świata i wolę go w formie żywej.

Bardzo żywej.

Ale… ono odosobnienie…

… zaczęłam się na tym zastanawiać, może to przez te kadzidełka, bo taki fajowy sklep ezoteryczny odkryliśmy, chyba tak to nazywają, wiecie, zbiorczo, wszelakie religie i kryształy, zbyt wiele kadzidełek, symbole przemieszanych kultur, które winny i może niekoniecznie powinny się tutaj znaleźć… kurde, gdzie to było, Borås? Jakoś tak dziwnie się nazywało ono miasteczko na boku góry, intrygujące, ale wspomnę o nim jeszcze, o onym wszystkim… o podróżowaniu i kroczącym deszczu, i o skałach zrzucających drzewa jak liście, i jeszcze o inności świata…

Który znowu się zmienia.

Ale on tak ma.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pospolit Morowiec Profesor… została wyłączona

Pan Tealight i Zespoleniec…

„Nazywał się Zespoleniec, Karminarz Zespoleniec i miał dziwną pracę… obrzydliwą właściwie… ale opłacalną, więc, może kogoś mógł zainspirować, a może zafascynować, jak Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane…

Może…

… właśnie ją? Ale ona, tak, wciąż była w innym miejscu i czasie, za jakąś zasłoną, gdzieś nad dziwnym jeziorem tak ciemnym, iż nie można było nie tylko dojrzeć dna, ale i własnego odbicia, jakby… pożerało światło, a nie było ino ruchomym lustrem… w którym coś się telepotało, trzepotało… siedziała tam na kamieniu, gdzie inni przed eonami wyryli znaki: węże i łodzie, żmije i odbicia stóp, wgłębienia i kółka, postacie i broń, mglistości i oczywistości i jeszcze jakieś niedokończoności, które może takie winny były być, jakby wiedzieli więcej, jakby prowadzili kroniki, a teraz…

Wszystko było jeziorem.

Ciemnością…

Ale on przybył teraz i szukał jej tutaj, na Wyspie, nie tam, gdzieś w oddalonej odali, która wysysała z niej siły, a jednocześnie coś jej ofiarowywała. Coś nowego, pięknego i potrzebnego tej niskiej, ciemnej postaci na skałach skulonej, zasłuchanej w one trzepotania jeziornych fal, tak inne niż te morskie, w oną słodkość powietrza, ciszę lekko wietrzną, no i jeszcze samą siebie…

Nie była teraz dla niego…

Właściwie nie wiedziała dla kogo i czego była i jakoś wcale jej to nie przeszkadało… wtedy i tam, tam na szarym głazie wbijającym się jej w pośladki i w to miejsce, o którym nie chciała wspominać i jeszcze… te sosny w wodzie, nicym brodzące, dostojne damy w podartych sukienkach… tak, na pewno Wiedźmy na Wyspie nie było, ale Wyspa w niej wciąż…

Może jenak więc robił to, co miał, on, Zespoleniec.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Prezent od Autorki, za który bardzo dziękuję!!!

Nie mogę się doczekać tej książki…

W końcu ze mnie Marzanna Morrigan, we trzech postaciach… tutaj link do książki.

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna w drugim rzędzie” – … ech, nie. Znaczy okay, tak, ale nie… i nie do końca wiem dlaczego?! Bo najpierw mnie zafascynowała. Wiecie, ten znajomy kstałt hostorii o poworci o miejsc z dzieciństwa, szkoła, wszelkie  nią powiązanae emocje, rodina, ech… sekrety… ale potem nagle pojawiły się dwie kobiety i w którymś momencie zaczęłam się gubić.

Całkowicie.

I nie wiem dlaczego… plus, wkurzały mie literówki!!!

Opowieść prowadzona jest z punktu narracji dwóch kobiet, więc, brace yourself i pamiętajcie o tym. Jedno zapomnienie, wtopienie się w historię ciężarnej i po was, zapominacie o ziennikarce, która zrestą jest jak dla mnie bardziej intrygującą postacią, ale a słabo opisaną, jakby… tej powieści zwyczajnie powinno być więcej, mocniej, głębiej… i może bez polskich wtrętów, ale to pewno tylko ja…

Nie lubię ich i tyle… więc…

Nie, to nie jest zła powieść, ale na pewno zagmatwana, lgnąca ku horrorom miejscami, lecz przez nie odpychana. Intrygująca, ale jednak, jakoś tak… potrzeba jej redakcji i uzupełnień i będzie hit! Na pewno czyta się i wyobraźnia działa! Pamiętajcie, że jednak jakoś ostatnio mam strasznie wysokie wymagania. LOL

Z cyklu przeczytane: „Nie ufaj nikomu” – … okay. Niby proste… on coś zrobił, popełnił samobójstwo, ona nic nie wiedziała, biedna matka, teraz terapeutka, uciskana, napiętnowana… w wyniku wszystkiego zabita zostaje dziewczyna, ale czy na pewno? Pojawia się jej współlokatorka, dziwna znajoma i…

… dlaczego po pięciu latach?

Dlaczego tak późno?

Po co rozdrapywać rany… by tyko powiedzieć, iż to nie on, że się nie zabił? Ale nawet jeśli, to co z ofiarą… i tak wędrujemy wzdłuż linii czasu, cofamy się, poznajemy prawdę i kłamstwo i nagle sami już nie wiemy…

Ona? Ale jak to…

Intrygująca, trochę prewidywalna, gdy lubi się ten schemat powieści, a trochę, pokręcona… jakaś taka zagubiona miejscami, ale i zwodząca… szybko się czyta. Sporo się po niej myśli, o winie, karze, zemście, miłości… prawdzie i związkach.

Z cyklu przeczytane: „Zgubny wpływ” – … okay, jakoś się obawiałam tej powieści. Wiecie, z jednej strony dobre recenzje, z drugiej, znowu policjantka, powrót do przeszłości, ale moje zboczenie na punkcie sekt wzięło górę. Bo tutaj właśnie to słowo jest kluczowe: sekty. Nie zbrodnia, porwanie, czy zaginięcie. Nie rodzina, miłość, tajemnice przesłości, ale właśnie sekta…

I to, jak działa.

I to, jak kształtuje ludzi…

I to… czy można być poza nią…

Ale było warto, gdy człowiek pominie zbyt skromne opisy, naprawdę warto, mimo wszystko… wielkie litery, jeśli ktoś zwraca na to uwagę, zbyt mało treści, ale rozbuona wyobraźnia leci w Google i przypomina sobie sprawy i opowieści, sczególnie teraz, w dobie YouTube’a tak bardzo jawne… pokazujące, jak truno jest być… nie wiem, poza nią, poza oną rodziną, myśleniem…

Poza…

A obok tego rozważanie na temat internetu i influenserskości… że tak sobie posłowotwórzę. A czemu nie. Czy to w ogóle ma sens, poza zarobkami, jakoś tak, czy ludzie z pokolenia normalności wstawiania obiadów w sieć i gołej dupy, są już w stanie powiedzieć jak to ukstałtowało ich i czy… cóż, czyż to nie inny wymiar sekciarstwa. Pewnego… nienamacalnego, psychicznego, prania mózgów, zmiany myślenia, aż w końcu, konforntacji z ludźmi na ulicy, w sklepie…

Na zewnątrz…

Bo to opowieść o onym zewętrzu i wspomnieniach… a gdzieś obok mały chłopiec czeka na ratunek. Dobra.

Z cyklu przeczytane: „Stor Panda och Lille Drake” – … znalazłam wSzwecji, co widać po języku i zakochałam się w tych wóch opowieściach… bo są dwie. Może jak na razie, może… cóż, oto filozofia w małej pigułce, pięknej pogułce, opowieść o miłości, byciu, przyjaźni, własności i istnieniu…

Czasem smutna, czasem… zaskakująca.

Mało słów, niesamowite rysunki w japońskim stylu.

Z cyklu przeczytane: „The Journey” – … bardziej znana książka Norbury’ego. Smutna miejscami, zbyt dosłowna, choć onych słów ino garść, to jednak… w końcu każdy z nas jest podróżą… i zawsze ona podróż się kończy…

Ech… nie na ciemne wieczory i depresję.

Albo… może tylko do oglądania? Piękna oprawa, doskonała na prezent, ale gdy dusza złamana, czasem nazbyt onych myśli może zaszkodzić… a może to tylko ja tak na słowa reaguję? Nie wiem…

Havgus…

Nastał havgus i tyle.

Przez kilka dni dziwna, mroźna wilgoć opanowała Wyspę męcząc i zwodząc zarazem Tubylców jak i Turyściznę, która znowu nie potrafi kupić sobie egarków na samochód. Tak, trzeba mieć zegarek, tak, w południowej Danii, gdzieś tam przy granicy niemieckiej, jest wymóg specjalnych zegarków, z niebieskim dodatkiem…

… więc serio, przez neta lepiej, bo ostatnio u nas je znaleźć, to po prostu koszmar. Nasz ma prawie 20 lat… kurde no! Może czasem mu wskazówka opadnie, ale działa jeszcze, jeszcze działa!!! I dobrze…

Ale co do havgusa, to podobno pojawił się i w Polsce i nastraszył ludzi.

Serio? Jakby już to słyszałam… jakoś tak, nikt nie obserwuje natury, nikt nie wie? Jest to tak sporadyczne zjawisko?! Nie pamięacie go sprzed roku czy kilku lat? No ludzie no… co się z wami dzieje? A może teraz ze wszystkiego lepiej zrobić coś przerażającego, coś emocjonującego w kiepską stronę?

Nie wiem… dziwne to…

Havgus to normalność atmosferyczna, czasem dająca wytchnienie, czasem, gdy zderza się z wrzącym wiatrem, aż jakaś taka równikowa, parna, niedająca oddychać… straszna, wydierająca siły z człowieka. Ech, to było dziwne kilka dni w tym i tak pokręconym lecie, no ale… nic zaskakującego… za to wciąż suchość pod kwiatami mnie zaskakuje. No przecież czasem popada…

A wciąż mało wody.

Za mało.

Mgła adwekcyjna… normalność, ale jak cłek patrzy na takie artykuły, to go trzepie. Głupiście luzie, czy tak odłączeni od natury? Co ajfona nie było wiać, czy jak? A może zalepiła mgła słuchawki?

Wiem… straszna jestem. LOL

Czasem mi się wydaje, i naprawdę człowieki odstają od tego co wokół nich. Wiecie, drzewa, mchy i porosty, kstałty gałęzi, wody meandry, mglistości, opady i kamienie, skały i piaski, morze, rzeka, staw… tyle teg, ale jakoś tak, już was nie zachwyca… nagle jakaś durna vlogerka reklamuje książkę, która ma nauczyć dorosłych zachwycania się wsystkim od nowa… i ja się pytam, ello, a popatrzcie na swoje dzieci, co to nie potrafią pobawić się tylko patykami i kamykami, nadać im imion i stopni niewojskowych, smoków im usypać i tak dalej… wyobraźnia w zaniku wszędzie?

Chyba tak.

A może to dlatego, że mnie na te szanelki nie stać?

Ech, nie, pewno ino dziwna jestem…

Może one wasze dzieci wwewnętrzne, to tak naprawdę stare, zgorzkniałe pryki, sączące piwo przed jakowymś mundialem? Oj, nie jest dobrze w żadnym z państw, ale u nas chociaż wciąż zbierają patyki… i porosty… i choć jestem dziwna ja, co widziała mrówki fajowe, gryzące, ale fajowe i jeszcze patyki i mchy i kamienie były i tańczyły tam w tym miejscu dookoła drew… tak, wiem…

Nienormalna… i dobrze!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zespoleniec… została wyłączona

Pan Tealight i Posłowie…

„Po słowie ugadani przyszli z daleka Posłowie coś ugadać z innymi sobie podobnymi, tutaj, na Wyspie… może i jakieś problemy swe przedstawić, może i propozycje, może i jakieś nowinki przywlec ze sobą, w końcu jakoś takoś Wyspa była Mniejszym Krańcem Świata Żyjącym Nad i Pod Skałą Jednocześnie…

… jakoś tak?

Ale nagle, gdy już byli na miejscu, okazało się, że wszyscy jakoś tak bardziej zainteresowani są wyspaniem się, wypoczęciem, jakby opadła ich jakaś niemoc, ale taka niechorobowa, raczej wyzwolenie spod pęt i kajdanów codzienności nagle ich puściło… stali się wolni, stali się tylko sobą, nie ciągłą pracą i posłannictwem,

W końcu mogli żyć.

Może nawet coś zmienić w swoim życiu?

Tak, Wyspa na nich oddziaływała. Co więcej, możliwe iż nawet chciała ich dla siebie. Tak po prostu, może i kaprys, może i miała wizję jakowąś, może i Pani Wyspy zwyczajnie coś planowała, nie wiedzieli… a nawet jeśli wiedzieli, to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była wyjechana, a to oznaczało, iż patrzyła… naprawdę patrzyła na to, co się działa dookoła jej domu. Po prostu… była bardziej uważna, a jej wronie oczy miała nie tylko dookoła swojej głowy, ale też i…

Dookoła wszystkiego… tutaj.

Chociaż, może kątem oka mogłoby coś jej umknąć?

Może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sundial” – … tak, wiem. To nie jest autorka dla każego, ale dlaczego? No dlaczego ludzie tak uważają, że co, że pomyśleć trzeba, że tutaj każdy, nawet różowa gwiazdka może być podejrzaną? Że prawda bywa gorsząca, czy szokująca? Przecież… no weźcie no, ludzie są okrutni. Wolimy nie wiedzieć co się dzieje tam, czy tam… potem nagle udajemy zaskoczonych, że no jak tak można… a przecież wiedzieliśmy, podglądaliśmy…

A potem wiadomo, trauma i nadmiernie serwowane psychozy, mentalne problemy i takie tam. No wiecie… teraz każdy wymknie się organom z powodu płci nagle nabytej czy też porzuconej, lub choroby psychicznnej. Kiedyś stygmatyzująca, obecnie… ale właściwie to nie o tym, chociaż… nie do końca…

Oto opowieść o rodzinie.

Dziwnej. W której niby jest i mamusia i tatuś, ale jednak, jakoś tak, nie ma nikogo. I może tak jest? Może niektórym to pasuje, ale co z dziećmi? Jak one sobie radzą z tym, iż rodzice są… specyficzni?

I właściwie, czy to rodzice, czy może sąsiedzi?

Niesamowita książka, szokująca, pełna… właściwie wszystkiego, osobowości, postaci, słów, obrazów zmiennych, namiętności, jej braku, smutku… historia opisana tyloma wątkami, iż naprawdę trzeba się wczytać i przyznam, że nie mogę się doczekać kolejnych. Bo muszą być, jak już się liznęło takiego pisania, ma się przerąbane… inne powieści nagle smakują dziwnie gorzej, ale… nie wszystkie.

Z cyklu przeczytane: „Zaklinacz” – … oj tak… nosz kurce, jak już człowiek wątpi w literaturę, to pojawia się Carrisi i rowala mi system. Na dodatek czytam go nie po kolei, co mnie wkurza, ale ostępność książek marna, wciąż mam braki, a chcicę taką, że nie możecie sobie wyobrazić. A może możecie?

LOL

W tym tomie zaczynamy przygodę z Mią, poszukiwaczką dzieci… tą, która zawsze znajdzie trop, tylko, czy czasem nie łazi w kółko? I kim w ogóle jest? Dlaczego jest taka, jaka jest? Dziwna? A może po prostu coś przeczuwa?

Wie więcej, widzi…

Jednak jak zareagować, gdy natyka się na cmentarz dziecięcych rąk? Nie można po czymś takim zwyczajnie wrócić do domu i wciąż móc patrzeć na innych jak na kogoś, kto nie wsadzi ci noża w plecy. Nie da się. Można tylko podejrzewać każdego, lecz czy wtedy można po prostu żyć?

Względnie normalnie?

Genialna, przerażająca i smutna…

Z cyklu przeczytane: „Dom bez wspomnień” – … tak, wiem. Pierwszy powinno się przeczytać „Dom głosów”, ale nie miałam. No po prostu, więc… więc powiem jedno, mona przeczytać bez pierwszego, ale wiele się traci. Bardzo wiele, za to z drugiej strony jest się dziwnie świeżym nabytkiem dla tych słów…

A opowieść jest ponownie psychologiczna, dziecięca, w końcu głównym bohaterem jest zarazem zbrodnia jak i on, specialista od usypiania dzieci… już to brzmi dziwnie dwuznacznie, już w tym momencie nie chcemy wiedzieć więcej, a jednak, i zarazem chcemy, więc wkraczamy w ten świat i jakoś tak…

Czujemy się kiepsko, ale przecież dobro dzieci…

Tylko, czy to wciąż są dzieci?

Czy naprawdę istnieje coś takiego jak niewinność? Człowiek myślący po swojemu, w pełni odpowiedzialny a swoje czyny, gdy pomyślimy o hipnozie? Tak, jak się okazuje, można, można tak wiele…

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna we mgle” – … małe miasteczko… dziwna sekta, ginące dziewczęta… fluoryt, pieniąde, oskarżenia, porwanie, a może ucieczka, kto wie? Kolejne zwłoki, krew, ślady…

I on, dziwny glina.

I jego pomocnik…

Ludzie, którzy wierzą i ci, którzy wiedzą. I szaleństwo, które niszczy spokój, który nawet nie istniał tutaj, a może… może w takich miejscach każdy jest winny? W końcu jak mogli nie wiedzieć? Jak? Przecież jest ich tak niewielu, skały dookoła, ten wiatr, święta… ten czas, tak, to był doskonały moment, by zniknąć…

Ta powieść strasznie trzepie. Stajecie najpierw po jednej stronie, potem po drugiej, aż w końcu już nie wiecie kto i co, jak? Aż w końcu, w końcu dorywa was prawda i wiecie, że temu autorowi w niczym nie wolno ufać.

W niczym…

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmy z Dechowic” – … tom drugi.

Przyznam, że po pierwszym byłam ciekawa co będzie dalej, bo w końcu potencjał był. Trochę się naczekałam na ten tom, ale jednak warto było i chociaż coś mi przypomina i wiem, że korzysta z pomysłów już wielokrotnie wałkowanych, ale jednak, jakoś tak… znajome tereny, one babcie w chustkach, ploteczki, siły pokrętne, mieszanie tego co zagraniczne z tym, co współczesne…

Oj, to się nie może skończyć dobrze.

Ktoś moe nawet kopnąć w niejeden kalendarz!

Dowcipna i rozrywkowa, fajnie napiana opowieść o wiedźmostwie, które posługuje się siłami sobie ino znanymi. Które skorzysta z każdych pomysłów nie bacząc na skutki, w końcu zawsze można potem obiektom pamięć odebrać ale jednak, jak obcy przyłażą się panoszyć na naszym, to sorry, ale trza zareagować.

Mocno!!!

Nasze panie po best before, ale jak najbardziej w terminie ważności gdy chozi o typowe Baby Jagi, znowu stawiają swe pomarszczone dłonie i czoła siłom mniej lub bardziej nieczystym. Znajomym i nieznajomym, i dziwują się, jak to Wieszczka mówiła… na wakacje doskonałe czytanie.

I po nich też!!!

Sierpień…

No dobra, to było dla wielu zaskoczenie, chyba?

W końcu powoli na Wyspie pojawia się jakaś ciemność i mroczność, ale te wiatry, one sztormy, promy znowu porysowane, mogące płynąć, dziwnie niepływalne, no po prostu horror, a do tego opady deszczu i to nie takie tam sobie letnie popadówki… ino lanie ze szlaucha, a wiadomo, dookooła ludzie w namiotach, a tutaj dwa dni sztormu… nosz po prostu bajka, jak siedzicie w domu.

Ale siedzieć półtorej godziny na promie w porcie i nie móc wysiąść? Nosz przecież to koszmar!!! Na dodatek jeszcze ono trwanie i mylne prognozy pogody, które pokręciły w głowach nawet morskim wilkom, ale…

Drzewa powyrywane, ludzie wkurwieni…

A już widok idiotów wybierających się na wyjazdówkę w takie warunki na rowerach i to z dziećmi… czy was pojebało? Jedna piącha z wiatru na górce, rower pod auto i co? Kto będzie odpowiadał? Znowu będzie: nie wiedzieliśmy, wina nieba? A może jednak to wasza wina boście głupi?

Cóż… ludzie naprawdę nie myślą…

A Wyspa znowu ma problemy z promami.

A w nocy było 12 C…

Chyba nigdy nie było az tak zimno na początku sierpnia aczkolwiek przyznam, iż to bardziej normalna pogoda dla Wyspy niż te dziwne upały, które mieliśmy przez kilka ostatnich lat… kiedyś zwykle w lipcu było kilka cieplejszych, wrzących nawet dni, ale potem zawsze bryza. Nigdy ohydnego upału…

… więc jak dla mnie pogoda w końcu nromalna, ale…

Ale pewne jest jedno, w lipcu temperatury były lekko ponad 20 C. I imny wiatr. Wiadomo, w słońcu paliło tak, że topiło soczewki, a w cieniu mróz. Wieczorami coraz chłodniej… sierpień zaczął się od deszczów, orkanowych wiatrów i takich tam rozrywek. Jedno mnie zawsze oszałamia, jak ludzie zapominają, wybierając się na Wyspę, że tak łatwo  niej nie mona wyjechać… możecie próbować wpław, ale przy tych falach, no i jak weźmiecie ze sobą, auta czy rowery?

To jest wyspa… miejsce na morzu, tutaj… mamy inne reguły.

Oj mamy.

Pamiętajcie, że zawsze można próbować wynająć coś bardziej stabilnego, no i czasem naprawdę warto, sama kiedyś moknęłam z połową dobytku w niewielkim namiocie… koszmar!!! A dokładniej to jakieś 15 lat temu?

WOW…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Posłowie… została wyłączona