Pan Tealight i Panna Zawiana…

„… tia, wciąż była panną. Tego nie dało się ukryć, ni pierścionka, ni obrącki, czy dzieciąt uczepionych onej barwnej spódnicy, lekko przykrótkiej jak na tak powykręcane, patykowate nogi… w skarpetkach widocznej ręcznej roboty, bo jeszcze paznokcie przy szwach drgały. I to różnokolorowe, jakieś specyficzne mani, bo żywotne chyba, może i odmiana jakiejś technologi, o której Pan Tealight nie chciał nawet wiedzieć, jakoś tak, lepiej było nie wiedzieć niż wiedzieć…

Zawsze lubił efekt askoczenia, ale ona nigdy go nie askakiwała. Bogini tych, co nie znalazły chłopa, czy baby, no co kto lubi, a jednak wciąż szukały, pewne tego, iż Wszechświat o nich nie zapomniał, że wciąż czeka je ono romantycne szczęście, suknia biała, lub szarawa raczej, pajęczynowate sploty, mocno przykurzone… tak, zawsze pojawiała się w tym okresie, gdy jesień stawała się kolorami, ale w tym roku jesień była zielona i wietrzna, a Zawiana dziwnie… mniej radosna.

Wszystko widać się zmieniało.

I piersiówka, którą nosiła zawsze przy sobie, lub blisko siebie… też była większa jakaś, potrzebowała własnego wózka i pary koników, ale jednak, wciąż zachowywała pozory… piersióweczki. Pojemniczka malutkiego, niewidocznego, ale ICE. Wielce ważnego i często opróżnianego. Metalowego z rzezanym osiołkiem i liskiem i koreczkiem lekko niedokręconym przez co wiadomo było, iż gorzelnia nie dała ciała. Albo ino dodała trochę naskórka czy coś… co kto lubi!

Tia, ten świat był dziwny zawsze, ale ostatnio nawet nie o poluzowane styki chodziło. Nie… to było coś więcej. Coś, co sprawiało, iż nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie wiedziała co czuje… i jak czuje i jeszcze, czy w ogóle warto czuć, bo przecież… czy było czy nie, czy miało to znaczenie?

Cokolwiek…

Definitywnie był to czas, by nastawić Gąsioreczka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

YAY! Są książki!

W końcu, po tylu miesiącach jakiś żer… nom nom nom. Trochę nowości, trochę wciąż, po tylu latach, uzupełniania strat… trochę… nostalgii. Coś z tego końca myśli i tamtego… Mieszanka na jesień.

Z cyklu przeczytane: „Świat kupek” – … ekhm, no więc tak, jest to nader… urokliwa lektura. A co… jeśli oczywiście zapaliście w universum strażowe wiecie więcej, jeśli nie, wiecie za mało, więc wróćcie na płaski ląd, tam was douczą!

Piękne wydanie!

Z cyklu przeczytane: „Dym i Lustra” – … nie lubię… ale jeśli chodzi o Gaimana, kocham. Nie wiem dlaczego mam taką podwójną moralność w stosunku do opowiadań, ale ją mam. Wolę książkę, powieść. Wiecie, cegłę, w którą człowiek się zatapia, ale Gaimana ma w sobie tak wiele, że warto…

No i we współczesnym, dziwnym świecie, który kocha miniatury, czy to nie opowiadania są najodpowiedniejsze? Oczywiście uzupełnienie biblioteki.

Z cyklu przeczytane: „Córka Strażnika Ognia” – … oj. Po prostu… nie wiem co powiedzieć. Znaczy wiem, ale czy to w ogóle jest ważne, istotne? Czy wciąż pamiętacie o tak zwanych „nejtiwach”. Czy wiecie, że podobno trzymamy Wikingów w rezerwatach… niby nie art, a jenak trudno w to uwierzyć…

Rezerwaty wciąż istnieją, nienawiść też i młodzi ludzie, którzy kochają swoje tradycje… młodzi ludzie targani nie tylko problemami wieku, ale przede wszystkim zmęczeni, zranieni przez świat, który się nie chce zmienić. Świat, który wciąż widzi w onych rdzennych korzeniach…

… zło…

Piękna, niesamowita, wruszająca, ale i prawdziwa powieść.

Z cyklu przeczytane: „Zbrodnie zimową porą” – … opowiadania mordercze. Opowiadania zimowe… no i t okładka. Tak, jak najbardziej był to prezent świąteczny, no przecież… jeszcze mnie nie stać na zakup wszystkich opowieści. Jeszcze nie, a może nigdy tego nie zrobię…

I wieje i rzuca domem i znowu człekowi się załącza Dorotka mode…

No ale, w końcu październik, chociaż liście wciąż zielone, zrywa wiatr, temperatura początkowo dziwnie ciepła nagle spadła do takich chłodów, że wydają się gorsze, niż zwyczajnie. Jakoś tak jest dziwnie… w lesie pełno połamanych gałęzi, ale można znaleźć i skarby. Trochę grzybów, jednak jeśli chodzi o wilgotność, to jakoś tak, dziwnie… wciąż tej ziemi za mało.

Morze za to patrzy się na człowiek i się zastanawia, co on tu robi… to morze w Szwecji też tak robiło… więc wróćmy na kolejny dzień mej wycieczki. A był to, zara… ostatni dzień sierpnia? Tak! I było deszczowo i pochmurnie i ciepło, w końcu te temperatury przez wrzesień jeszcze trzymały, więc tropiki z komarami!

Ale… najpierw Uddevalla czyli Bohuslan Museum.

Ale tam fajnie! Okay, wystawa główna jest naprawdę niezła jak na tak niewiele miejsca, ta tymczasowa dość, może powiem, iż to nie moje tematy, ale i tak było warto… zresztą, wjazd jest za darmo, więc nie marudzę… samo miejsce, budynek, po prostu mega i mają fajny sklepik z pamiątkami. LOL W czasowej obrazy, one punkty widzenia, wykorzystane materiały, światło, pomieszczenia… można coś poczuć, a to jest w sztuce jednak najważniejsze.

Wystawa główna jest czymś… czymś w stylu: wszystko w jednym miejscu, i nie wiesz gdzie patrzeć, nie wiesz jak i co widzisz i czy w ogóle i tak dalej… a jednocześnie jest w niej ten morski klimat i w ogóle, sama okolica muzeum, zewnętrze, tam wszytsko jest sztuką… tam… jest tak niesamowicie! To takie miejsce, gdzie wciąż okrywacie coś nowego, więc warto wracać, na pewno…

A potem…

Potem w deszczu jechaliśmy do Boras.

Bo tak.

No dobra, sprawa była poważna i ważna, nader magiczna i tak dalej, no po prostu mają tam mega sklep dla takich jak ja, a wiecie, jednak lepiej pójść samemu, wybrać, czego potrzebuje, by światem swym władać, a nie płacić za przesyłkę i dostać niewiadomoco. I mieli to, czego chciałam i nie mieli, nie żałuję, jednak podróż…

Kurna jak lało.

Jakby ze szlaucha i to strażackiego!!! Samego miasteczka, choć malownicze i pełne ćpunów… elhm, sama czuję się wciąż zaskoczona, ale prawda to prawda, dziwne to miejsce, ale historycznie, artystycznie i geograficznie usytuowane intrygująco. Pełne rzeźb, fontann, małych skwerów, zieleni i zabudowy, która zniewala, drobinek, które spajają ciebie w całość, jakoś tak…

Każdy może znaleźć tam coś dla siebie…

I chyba chcę tam wrócić, bo tak… bo jakoś… i jeszcze ta rzeka niedaleko, tama, ono wszystko, jezioro, dziwności, niczym rozciągnięte międzyzdroje, a bez morza, dziwny świat, długa podróż, ale warto… ten świat jest przepiękny. I był łoś! A raczej pani łoś z młodym, na szczęście za płotkiem nam mignęła, więc wiecie, w tym deszczu, to byłby koszmar z hamowaniem. I w ogóle, wolę o tym nie myśleć…

Tego się boję…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.