„Nie ukrywał tego.
Zawsze uważał, iż najważniejsza jest uczciwość, w końcu w kłamstwa i tak ludzie wierzą, a w prawdę dziwnie nie, więc kotłowanie ich umysłów w końcu zaczęło się stawać jego codzienną rozrywką. Ot zabawą, jak dla innych szopping przez internet… wiecie, te konsumpcjonizmy. Tutaj ciuchy zbyt tanie i za małe, tam zabawa z umysłami. I tu i tam ilość może przytłoczyć…
Zawsze.
Po prostu mówił jak jest, nieżyczliwie, świadomie, że ich to wkurwi, ale niczego nie mogą zrobić, bo on prawdę ino głosi… tyś brzydka, tyś durna, tyś za gruba, ty za to ubrany jak baba, ty wyglądasz jak wyglądas, ale mógłbyś pachnieć milej… no przecież sam to cujes, czy nie? Serio… Covid?
Bo jak walczyć z prawdą?
Można nazwać ją kłamstwem, manipulacją, czy też ill doing, jednakowoż, na dłuższą metę ona wypłynie… jak oliwa wrednie sprawiedliwa. I on to wiedział… dlatego też spisywał swoje wspomnienia, listy tworzył, dzienniczki, gdzie się dało, na czym się dało, kiedy tylko mógł, ze światłem, pod światło i bez niego… pisał i podpisywał się zawsze Życzliwie Nieżyczliwy… bo nim był. Nienawidził ludzi, choć podobno nich pochodził, to nigdy jakoś tak nie cuł onego związku. Rodziców nie znał, matki nie ssał, ojca nigdy nie kopnął w łydkę, siostry nie ugryzł w mały palec ręki lewej… nie pamiętał. A jak nie pamiętał, więc… cóż, to nie istaniało, się nie wydaryło… zakapturzony osobnik, wysoki i chudy, kościsty nawet, śmierci podobny, onej ukejowskiej…”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ukryty port” – … oj lubię. No ostatnimi caasy, jak tylko coś z Portugalii, Hiszpanii, czy też Italii nowe się pojawia w klimatach kryminalnych, to mnie korci i nęci… Redondo na pewno nie przebiją – choć akurat użycie akurat tego nazwiska mnie rozbawiło, ale są imiona, których nie zapominam, szukam wciąż, czy napisali coś nowego… Maria Oruna to kolejne takie nazwisko, bo choć ona trylogia, a przynajmniej na razie trylogia, może coś się zmieni, to opowieść względnie lekka, krwista tylko miejscami dziwnie eklektycznie „spooky”, to jakoś tak mnie kupiła. I choć bardziej to historia rodziny, onego bycia w niej, bycia poza nią, tworzenia nowej, to też to opowieść o społeczności, o przeszłości historycznej wielu nieznanej…
Historii brutalnej, naznaczającej dorosłość.
Świecie, który jest na listach wielu: do zobacenia, a który skrywa tak bolesne tajemnice. Przerażające momenty. I tak, trzy książki, całość kompletna, intrygujące osobowości, może nie do końca dopracowane, bo jakoś możnaby było, jakoś no trochę dorzucić tego i owego, to jednak, chyba wtedy byłoby za wiele, ale…
… chcę więcej!
Oto jest zamknięty świat, który ożywa na czas sezonu, oto jest mężczyzna, który zmienia swoje życie, pozostawiona mu villa a w niej i zwłoki… Oto jest opowieść… jego i jej, policjantki, która sama ma już za sobą one doświadczenia, trochę zbyt wiele na barkach, ale to jak my wszyscy przecież. I tejemnica miłości, uczucia i marenia… które w dziswny sposób, mimo wsystko, wciąż się plecie…
Oczywiście wszystko, w onych prawie egzotycznych dla wielu, klimatach.

Z cyklu przeczytane: „Złodziej fal” – … zakończenie…
… no wiem, nie po kolei, ale… ale wiedcie, że jak sięgnięcie po środkową powieść, to przyjdzie wam na myśl, iż jest przecież coś jeszcze, przyjdzie wam na myśl właśnie to, co czeka na was tutaj, i się nie rozczarujecie. No, chyba że myśleliście o czymś cakowicie innym… LOL
To się musiało wydarzyć.
Jej przeszłość, jego przeszłość, nie mogły tak po prostu zamilknąć. Musiały wybrzmieć do końca. Pojawić się niepewność, czy naprawdę tego chcemy, czy ona, czy on, czy przyjaźń, czy miłość… i zwłoki. Bo przecież bez zwłok, bez wielkiej podróży, tajemnicy, zbrodni, niczego by nie było.
Cała tajemnica, czy też moc w tym, iż powieść, w znaczeniu: całe trzy tomy, jest bardzo dobrze rozplanowana, ale to można łatwo przewidzieć. W końcu widzimy luki w treści, i jakby czekamy na ich wypełnienie. One trupy, wątki policyjne często są ino dodatkiem… z jednej strony możecie wybrać, czy wolicie zbrodnię, czy historię onej pary, tego świata, z drugiej, razem, to takiw prawdziwe życie. Lustrzane odbicie… Ludzie narzekają na tempo narracji, ale mi odpowiadało. Tak, wlokło się miejscami, ale ja akurat jestem opisowa, no kocham dopieszczanie mnie słowami.
Czy to kryminały? Tak, ale bardziej społeczne opowiastki o niewielkich populacjach. Bardziej pełne wejrzenia w świat, psychologia, thriller, tudzież coś… jakby więcej. Niezapominanie o tym, iż człowiek nie tylko macha nożem, ale też czasem, zostaje do tego uwarunkowany, a czasem, po prostu… to wypadek? Lub, chcemy tak myśleć, bo tak jest wygodniej…
Polecam.

Z cyklu przeczytane: „Miejsce przeznaczenia” – … Suances. Olivier i Valentina Redondo… Och, te smacki speleologiczne, ino kurna nie mieszajcie archeologii z pelontologią, bo wybuchnę! Te tajemnicości, on ponał ją, ona jego… i nagle trup na trupie trupem… a w dłoni kadego moenta… ale co to ma wspólnego z naszymi bohaterami? No dobra, nasza policjanta ma robotę, ale nasz właściciel dobre prosperującego hoteliku chyba raczej nie… chyba? Nie no, przecież co jak co, ale on tylko…
No dobrze, tak jak pierwsa powieść była bardziej skupiona na samym miejscu, tak ta dociera nawet do Polski, a tak, macie i polski elemencik. Ekhm, wielokulturowo i „spicy”! Aczkolwiek patrząc na tę powieśc z onej przestrzeni czasu, smutno trochę, jakoś tak… dziwnie nostalgicznie się robi. Bo tak jak pierwszy tom przedstawiał historię sprzed II wojny światowej, tak teraz mamy opowieść o wojnie o współczesność… wojnie, która może i się jescze rozwinie, która może wcale nie ma tak czystych autorytetów i prawd nie broni… może jak wykle chodzi o… pieniądze?
A może…
Miłość?
Prosektorium miesza się z archeologią, ona znowu ze speleologią, Hiszpania tchnie pięknem nadmorskich miastecek, a ludzie, cóż, przyjezdni…

Most zawsze mnie fascynuje… kiedykolwiek nim przejeżdżamy… tunel, a potem woda, albo wyspy, wiatr i te pilary, niebezpieczne igranie z grawitacją, morskimi duchami, w oddali wiatraki, dziwnie utopijny świat… a potem Szwecja.
Nagle.
Znaczy ostrzegają, nie żeby coś, są napisy na górze i na bokach i na drodze są też… i ostatni zjazd jest, jakby chcieli cię jednak, tak za wszelką może i, dostępną cenę, odwrócić, zawrócić, zniechęcić… ale nie, ty się nie dajesz, zresztą, podróżowanie z Ystad na Wyspę jest szybsze. No błagam i w Ystad wciąż mają coś na kształt poczty! Kocham Danię, ale jednak w pakiecie ze szwedzkimi klopsikami, znaczy tymi tam, mebelkami, klopsików nie jadłam od wieków…
Nie stać mnie.
LOL
Ale… jak ju w Szwecji, znacy Malmo, to polski sklep jeden, drugi, potem poszukać notesu, nie ma, ale znalałam Smiski, w tej Emporii dostaję pierdolca, tyle tych sklepów, drzew nie ma, znaczy są, no i liście, małpigaj rąbany, ale to jednak cywilizacja dziwna… w kiblu niezbyt dobrze pachnie, ale jest za darmo, więc… zgubiłam się tylko 3 ray, jak zwykle chyba… prez prypadek zupełny trafiłam na podówjną taśmę, by potem się zastanawiać, dlaczego na rachunku karty jest jakż nastoletnia suma SEKów… widzicie, tak to cłowiek sobie potrafi skoplikować życie.
Łatwo.
Potem IKEA… szybli sprint po świeczki, a tam… nie ma ich. Jest biała ściana… nie ma świeczków, no serio, porąbało kogoś? I tak, nie, nie gadamy po duńskiemu w Swecji, to nie ma sensu, w Norwegii tym bardziej, macie reelsy jakby co, się możecie pośmiać copperowego garnka, kurna, jak jest copper po polskiemu? Wiecie co, od czasu, gdy się dowiedziałam, że nowe tłumaczenie gospodarza płci odmiennej, to gospodarzyni, to mnie pokręciło. Ja rozumiem, że polska język u mnie to krzyki grających w DBD czy też dubbing filmów ze starych czasów, ale…
… źle jest…
Z drugiej strony walić to, candle to candle… się okazało, iż chyba przemeblowanie, czy coś i nie ma, ino jakieś resztki, drogie na dodatek to wszystko, ja nie wiem co z tymi cenami, no ale… pieprzyć to… uciekajmy stąd, ten kontakt z ludziami to przekleństwo jakoweś! Serio! Nie wiem kto na to mi zezwala.
… i tak z niedźwiedziem z Kopenhagi, Hirono i Skullpandą oraz resztkami świeczek szwedzkich, robionych w Polsce, i białym serem , który prejechał kawał, a teraz wraca pół drogi morskiej, my wracamy do Ystad… by zerknąć na mapę morską i zrezygnować z posiłków jakichkolwiek…

Znaczy… ja i tak nie jem nic w takie dni, cy też doby raczej, gdy wyjedamy, bo u mnie paw obigatoryjny… ale teraz, zacełam się bać mimo leków… wiecie, najpierw krótkie cekanie na prom, kurna, w elektryku jednak ciepło. Potem prom, niby wszystko na czas, no problem, rzygalnych plam nie ma, ale ju widziałam jak nas ustawiali, ju kurna ten lekki strach w ocach, koła aut dygają się lekko, łańcuchy prygotowane, te takie trójkąciki, wsystko… i tak kurna se myślę, roglądam się patrząc na te biedne auta, gdie na prestrzał widzą wodę, e jaby co, to jedną stroną wleci, drugą wyleci…
No katamaran, co nie?
Diury ma!
Ale… miejsce mamy tam gdzie zwykle, mniej więcej, znaczy na froncie, czubie, za szybką, przy stoliku. Ludzie polecieli jeść, inni wyciągają własne kanapki, kawę pije co druga osoba, a może ino ja zaniżam tutaj matematyczne wyniki? Średnią oną bezczelnie niszczę? Walić to, początkowo, to bujało tak trochę, okay, tak mocno, ale, czasem se myślę, że może człowiek do pewnych rzeczy już przywykł, może jednak nie, nie wiem…. a potem głos kapitana, aż mu się akcent bornholmski włączył, pewno pomyślał, że jak ktoś w taką pogodę, to wiecie, no ino z musu płynie, więc wszyscy swoi… i pewno miał rację… że fale 2 czy 3 metry, ale ino w pasie swedzkim, że jak dotrzemy do kurna naszych okolic wyspowych, to już będzie leciutko, nic właściwie… i chwilę po tym jak kurna wybrzmiał… czasem, to myślę, że morze się w kamień zamieniaa.
Taką wiecie drogę nieubitą, ale miejscami z głazem narzutowym, i w ogórę i w dół i na boki i coś łupnie, talerze… mimo leków mój żołądek stwierdził, że on coś znajdzie i jednak podzieli się z innymi, z chęcią wielką…
… kurna zdrajca jeden!!!
Obrzydliwiec!
A kątem drgającego oka widzę wpierdalającego… jakby niby nic się nie diało i połowa promu nie myślała o tym, że ostatniej woli nie ostawili, jakby laska prede mną na podłode nie leała nie bacząc na mikroby, zieloniutka… jakby połowa ludzi, który chciwie patryli na nas stolik nie zrejterowała na środek obiektu pływającego, bo tam najmniej czuć podobno… Podobno… wpierdalającego w spokoju wieczystym, chyba warzywno rybną sałatkę, kolesia. Na przeciwko mnie podskakując na fotelu, bo pasów nie przewidzieli, pijąc piwko sobie jednocześnie, jakiś stary morski pirat, co to zdjął na razie opaskę i nogę drewnianą odłożył…
No tak rąbnęło kilka razy, że fotel z zadkiem się rozstał…
Pół godziny takiej zabawy. I wiecie co, kurna, jeszcze to bujanie rozumiem, te fale i tak dalej, ale te dźwięki, jakby ono alumenium się ze skałą zderzało. Jakieś rąbania, łamania, tarcia! Huki! Co to ma być… precie to woda! No imno było, ale lodu nie było, tak ciemno było, mogłam nie zauważyć, ale serio, a sałatkę wpierdolił do końca, pirat piwo wypił, zębów nie zgubił, choć… moe nie miał? Te szkorbuty? I nie, nie zwrócił. Spokojnuśno tak… ino se podtrzymywał te sałatkę…
A… kurde, i ludzie podobno płacą za taie reczy w jakowyś parkach rozrywki… ja ju nie wiem. Wróć, też zapłaciłam!!! LOL I tak, koło Wyspy to się uspokoiło, zdążyłam obiecać tyle Bogom, że teraz się będę wypłacać przez jakiś czas, ale wciąż mnie telepie… a to już trzeci tydzień idzie.
PS. Grobów kopać nie mogą… to takie info sprzed 2 tygodni, ale chyba wciąż na czasie, bo kiedy to wykańczam, to jest 16ty i minus 7 było. No klient chyba poczeka, raczej nigdzie nie pójdzie, co nie?
