Pan Tealight i Renifery…

„Marzyła o nich od dziecka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sälen… i renifery…

… czyli za krótko, za mało, ale przecież chcę do Fjällbacki…

… chcę, prawda?

No chyba… od 10 lat chcę… właśnie sobie człowiek to uświadomił, że jeździ tam, do tego miasteczka, tamtych skał, spoglądając na oną nową, inną całkiem rzekę, lasy dookoła, wzgórzystość mocną, no i pełne jagód podszycie leśne lekko się już czerwieniejące, od 10 lat… no to się naywa poświęcenie idei i dojenie marzenia… wciąż niespełnienionego. Ale wracamy na północ… Sikanie w lesie tutaj jest fascynujące, no co? To ważna sprawa! One srebrzyste porosty, gdy wilgotne, są tak miękkie, jak zwierzęca skórka. Tak dziwnie żywe, aż nadto, jakby patrzyły, jakby wiedziały, jakby żyły… do tego na krzakach jagody, inne tam krzewinki, żurawinki… A jednak wciąż czuję, że za krótko tam byliśmy, jakoś tak… i tak, początek jesieni w tych okolicach, słynących z zimowych sportów i wszelakiej nartowości, jak najbardziej polecam.

Mniej ludzi, spokój, cisza, szlaki… po prostu dzicz!!!

Cudowna!!! Tak na tydzień lub dwa, dla odpoczynku kompletnego.

… a gdy to piszę jest wczesny październik na Wyspie, mgły zasnuły wszystko, wilgotność się przyniosła i podniosła, ale jest dziwnie ciepło… za ciepło, tam wtedy już była milusia, lekko zimowata temperaturka. W nocy w szczególności. Taki oddech po tych upałach, że aż płakać się chciało!!!

Ale wracamy do Szwecji, bo mamy w końcu zabukowany appointment. Jak to się mówi, no umówieni jesteśmy z reniferami. To będzie nasz pierwy raz, no total virgins!!! Łosie obcykaliśmy wielokrotnie, na dziko też, o misiach słyszeliśmy, ale renifery… okazuje się, iż najdalej na południe są!

Ino godzinę od górskiego miasteczka.

Sälen to w ogóle taka dobra wypadówka do zwiedzania wielu niesamowitych miejsc. Albo po prostu pójścia na wycieczkę…

Jedziemy do reniferów… ino godzinka… po drodze nikogo, dzicz…

… po prostu cudownie i pięknie!!!

Renbiten Grövelsjön, to najbardziej na południe wysunięte skupisko Sami, więc są i renifery, co więcej, spoglądając na Google maps nawet wyskoczą wam zdjęcia ostrzegające o błąkających się po szosie zwierzaczkach…

… no za darmo… bo za wizytę w onym, jak to ująć, no hodowli onej, to ju człowiek musiał zapłacić… ale było warto, krótki spacr na drugą stronę szosy, w las, a tam wodospad, rwąca woda, a zara przy szlaku, za siateczką samice z małymi reniferkami… no jakie one mają łapy puchate… tak, tak, tak, nie dotykać rogów, tak, chcą być klepane po boczkach ale to one decyują, tak, masz tu pudło z żarciem i już jesteście w środku i się zastanawiasz jak przeżyć, bo może i pyski mają na wysokości twoich opuszczonych rąk, ale te rogi pakują wszędzie… a jednak nikt nic nie stracił… ekhm, oka na przykład… jakby wiedziały. Serio, one wyglądają jakby wiedziały, że są piękne, cudowne i boskie właściwie, białe, czarne, miesjscami szarawe, jedne ze skarpetkami, inne znowu z płatkami białymi na nosie po mamusi… są takie ciche i dziwnie nieśmierdzące, nawet one kupy, jakoś tak… słońce przez brzozy prześwieca, południe, a ty siedzisz i patrzysz jak inni karmią renifery… Tia, nie da się karmić i robić zdjęć, no sorry…

Jeden bajer, szwedzki tutaj jest dziwnie zrozumiały, więc nasz zabukowany termin okazał się być zły, znaczy, nie że myśmy coś sfafulili, ale komputer nie powinien nam pozwolić na zabukowanie tego dnia, bo była też wycieczka ze specjalnymi dzieciakami, czy raczej młodzieżą… ekhm, że tak powiem, ja też specjalna, więc się nie łamcie. Ale ceny zaporowe… jednak nie chciałam widzieć swojego pierwszego renifera w zoologu… nienawidę ZOO!!!

Ale! Trza było widzieć ich miny, jak się skapnęli, że jednak rozumiemy co mówią, LOL, no błagam, było mówić mniej wyraźnie! Dziwny ten szwedzki,w Stokholmie była dupa, a tutaj ich rozumiem…? WTF?

Po raz kolejny jakiś koleś opowiedział nam swoje życie, że ma dziewczynę na południu Szwecji i w ogóle, to pięknie tam jest, może się przeprowadzi, a czy na Wyspie fajnie nam, bo może i tam by wyjechali? … czy ja mam na czole napisane, że: tutaj mówić? A podobno Skandynawowie to takie zamknięte jednostki… nomen omen – właściciel miejsca cudowny! Do rany przyłóż, miłości i wiedzy pełen. Znaczy do zwierzaków miłości, bez podtekstów. Po prostu widać, że je kocha… i od razu nam powiedział, że jak chcemy gdzieś pójść, to tym szlakiem, a potem tam, gdzie droga się kończy… i tak robiliśmy po długim siedzeniu na skałach pomiędy rozbryzgami wody wodospadowej… piękne to było wszystko, a potem, wyłaąc z lasu wystraszyliśmy przesympatycznego Tubylca, co był na spacerze i przeraził się misia… oczywiście, że mojego misia pluszowego może, ale prawdziwego! Powiedział, że co jak co, ale nie spodziewał się dzisiaj niedźwiedzia na spacerze… LOL Uśmiał się strasznie… Bo w końcu niedźwiedzie tu są, więc na slaku należy być raczej mało cicho… i tyle… wykle uciekają. A jak nie, to…

No wiecie. c.d.n.

PS. Sklepik fajny mają z reniferowymi rzeczami, łącznie  mięsem, logicne, ale mnie, no wiecie, to ja, urzekła metalurgia, oraz srebro… biżuteria Sami jest niesamowita i pełna symboliki. A w ogóle, sklepik mieści się obok kościoła, też ciekawa budowla…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.