Pan Tealight i Naguski i Pylenice…

„Dwie panny w szatach zwiewnych, niebaczące na zimno, zacinający deszcz i wiatr sztormowy, mające gdzieś one pogodowe niepewności, jakoś tak… a może tylko nic niemówiące? Może… może po prostu jakoś tak nie chciały z nikim rozmawiać? Nie żeby głowę wysoko nosiły, chociaż były wysokie, ale jednak, raczej były lekko pochylone, jakoś tak, jakby szukały czegoś?

Jakby coś zgubiły, a może…

Może jednak robiły coś, o czym nikt nie miał pojęcia?

Może były czymś nowym, co sprowadziła na siebie ziemia ot tak, żeby po prostu to mieć, żeby zwyczajnie było inaczej, by coś się pojawiło nowego… Naguski i Pylenice, siostry i siostrzenice. Pociotki i ciotecznice, mateczniki i matczyne powierniczki, babcinki i wszelakie szwagierki i inne tam… no baby, wiecie, ale te takie, co to już trochę życia liznęły i wiedziały co którą stroną wychodzi.

Czasem aż za dobrze…

Ale Pylenice… oj, z tymi to już było dość specjalnie, gdyż jak tylko gdzieś przeszły, boso zawsze, z onymi ogonami wystającymi spod wielkich sukien… z pazurami rysującymi świeżą, wilgotną ziemię, trawę plączącą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, jak to jest… jak to jest żyć normalnie. Wiecie, normalnie w onym normalnym świecie, za który inni uznają normy normalności, o których często nie mam nawet pojęcia. Bo i dlaczego miałabym mieć? Po co mi one normy? Żyję w dziczy, na Mniejszym Krańcu Świata. Ubieram się w to, co mam. Posiadam jedną lub dwie pary butów, do tego takie gumiaki pod prysznic, bo wiecie, czasem człowiek wyjeżdża a i w domu jakoś tak, no jakoś… lepiej mi w onych gumiakach.

Inaczej wywijam orła i umarł w butach.

W końcu łazienka to miejsce bez miękkich stref… no dobra, poza gąbką… ale powierzchnia mała. LOL No i gąbkę ma ino Chowaniec, więc nie mogę tak jakoś ino na niej polegać. Nie mogę. Po prostu… ale… okazuje się, iż to problem w takiej Polsce, a przynajmniej tak piszą na różnych forach. Prześledziłam to i uświadomiłam sobie, że podróż do Polski mogłaby być dla mnie wielkim, gigantycznym szokiem kulturowym. A może i nawet wstrząsem jakimś, czy czymś…

I tak się zastanawiam, czy ze mną coś jest nie tak, onymi internetami, czy jednak… ludzie naprawdę są tacy?

Naprawdę?

Nie no, to chyba na pewno jest ze mną coś nie tak. Zawsze czarne ciuchy, zawsze właściwie te same, do tego jeszcze żadnych fancy torebek, butów na obcasie czy garsonek, na dodatek jeszcze po prostu żadnego makijażu. Ale przecież jestem już stara, więc co tam, wolno mi, co nie? Przecież nie jestem panną na wydaniu, zresztą, nawet panny na wydaniu nie muszą się układać w oknie wystawowym.

Szczerze.

Skandynawia w ogóle jest jakaś taka, modna inaczej.

Nie no, na pewno są one damy wszelakie obwieszone metkami, ale ja ich nie rozpoznaję. Sorry. Wszyscy raczej tak jakoś na luzie i panie w wieku babciowym w spodniach. Piękna sprawa. I jeszcze… one cudowne laski w wieku emerytalnym o ciałach takich, że krótka kiecka to mus.

I pięknie!!!

… więc nie wiem czy Skandynawia ma swoje normy. Na pewno ma za to zwiewność w ich olewaniu. Bo i dlaczego mieliby, no i po co… ważne jest to by o siebie dbać, ale bez presay, chociaż… Szwedki są raczej szczupłe i biegające… Dunki często w onych prostych krojach i jogujące się, ale też i biegające, pływające, po prostu ćwiczące. Jakoś tak. Wysokie też, często, ale bez przesady… w końcu mamy różnorodność.

No wiecie…

Ale jednak Wyspa to coś innego. Tutaj moda to raczej jakaś cudza wizja. Na pewno nie moja, a może po prostu to tylko ja? Nie wiem… może jestem modna? A może nie. A może zwyczajnie mam to gdzieś?

Nie roumiem zabijania się dla mody.

Robienia wszystkiego by wyglądać jak ktoś tam z social mediów.

Co złego w wyglądaniu jak ty…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.