Pan Tealight i Bogówdar…

„Żłobek był, były i owieczki, kózka jakaś i kilka osiołków…

Była szopa i dziwnie odziani kolesie, a pizgało… jak zwykle w listopadzie tutaj, więc dziwne były te ich okutania skromne i cienkie, samodział, nic z poliestru. Wszystko takie od razu wzbudzające odrazę, mocno i grubo dziane, na pewno drapiące, ale wiecie, w sto procent eko! Z owcy, kury, barana czy innego kozła. I te sandałki. No model Jezusek 3000. Nie do zdobycia. Wyłącznie dla wybranych.

I te dwa wielbłąy…

Lekkie przegięcie w pierwszych podmuchach zimowego powietrza, chociaż włochacze chyba jakoś miały to gdzieś. Dziwnie skołtunione, dwugarbne jak nic, ale jakoś tak, no jakby i trzy te garby były, a może i pięć… a może ktoś tam siedział, mieszkał w nich czy coś? W końcu… to było dziwne, więc dlaczego nie pójść dalej? Nie dać im mowy, myślenia i innych przymiotów, umiejętności, oraz kłód pod nogi, w końcu raczej na pewno bardziej inteligentne były to stfory niż one ludzie…

I ta kobieta z tym dziadkiem.

Ledwo stał…

I ten wrzeszczący bachor.

Sama wyglądąła raczej na jego siostrę niż matkę, ale nad głową miała wielki napis w dymku, więc nie się kłócili kto kim i zacz… teraz w ciążę i babcie zachodzą, więc mogą i dzieci, widać… chociaż… nie, wcale ale wcale się im to nie podobało. Ani jako wystrój ogrodu ani towarzystwo.

A ci trzej odziani tak jarmarcznie bardziej.

Świetliście… ciągnęło od nich i gorzałą i zielem jakowymś… A te ciuchy, jakie mieli fajne klapki i szlafroczki. Nosz po prostu Gucci 2020. Albo inne Luivitony. Tudzież… wiecie jak to jest z modą teraz…

I na to wszystko, lśniące i wrzeszczące, beczące… weszła ona, cała na czarno, dziwnie blada, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowana… i puściła pawia na dzieciątko. Bo wiecie, krótkowidz…

… ale było larum!

No ci w szlafrokach zaczęli coś w jakimś jęyku, ci od owiec, że trzeba przetworzyć, mateczka, że jakoś tak ona nie chce już tej ciąży i w ogóle, a pan starszy przysnął więc… Pan Tealight, dotąd obserwujący wsio zza węgła wkroczył do akcji i zajął się Wiedźmą Wroną… a jak go zobaczyli, a potem innych,bo wszyscy chcieli popatrzeć… no cóż, na obiad było pieczyste, weki zrobiono, suszone odoby na choineczki, coś do wykarmienia dicyzny, eko…

I fajny dywanik jest teraz w Wygódce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, duje… i tak dalej.

Czyli najlepsza pogoda, tylko odpalić świeczki, wziąć koc, walić robotę i zwyczajnie przejść w hibernacyjny ciąg. Bo dlaczego nie? W końcu na zewnątrz nie wyjdziesz, bo araz zatoki, bo araz korzonki czy inne mrzonki i jeszcze porwie cię wiatr i gdzieś poniesie, wiadomo co to teraz z tą naturą się dzieje? A może i smoki jakoweś się spojawią, albo i wielkie karakany, co niczym autobusy ludzi wozić będą…

No co?

Jakby co, to kolejny szot szczepionki już gotowy, ale tym razem jest już dobrowolny i… nie darmowy. Należy becalen za oną przyjemność, więc… więc apteki u nas nie będą nawet sprowadzać, bo zainteresowanie zerowe właściwie. Jak ktoś chce się kłuć, to proszę bardzo, na prom i do stolycy.

A co…

Oczywiście ci w wieku starszym mogą się zaszczepić za darmo i podobno były kolejki, ale podejrzewam, że w pakiecie były te frikadele z listerią, co to ostatnio na ludzi polują, więc wiecie, tutaj na darmowe żarcie ludzie łasi. Aż czasem mnie to fascynuje. Tak od razu brać i nie pytać z czego to?

Co do świąteczności…

No wiecie, cięcia budżetowe.

Ale poa tym, wieje i pada, pada i wieje.

Dziwnie niekolorowe liście i zielona trawa, kwitnące krzaki i tak dalej prez cały czas w modzie i trendy. Jak na razie ludzie przemykają się jakoś tak, jakby niepewni tego, co się wydarzy i myślą wybiegając tak te dwa lata wstecz, to sobie myślę, bo myślę jak widać nazbyt wiele, że dla wielu to mogą być one zwyczajniejsze święta… albo racej być miały, ale przyszły podwyżki i znowu gówno.

Jak nie plaga z maseczkami, to taka bez.

W Szwecji te trochę jakoś tak ciszej, ale wiecie, oni się rozkręcają dopiero w grudniu, więc… może dać im jeszcze trochę czasu?

Na razie wszystko staje się tylko pytaniem: jaka pogoda?

I fajnie by było mieć ino takowe zmartwienia, wiecie, aurowe… zewnętrzne. W końcu uciec od onej plagii, wyłączyć komputer, zawinąć się w koc i czuć świat, ale jaby go nie było. Jakby się skurczył znowu, jak to drzewiej bywało, gdy raz w roku listy z Hameryki przychodziły i kilka dolarów zawinięte w papierek… jak oczywiście nie zwinęli na poczcie, To był proceder nagminny w końcu.

I tylko… tylko tak naprawdę ona jedna myśl się we mnie kołacze… cóż ten nowy rok przyniesie? Jaką kolejną plagę?

Lepiej…

… nie myśleć, mieć tylko ten wiatr, książki, fale na horyzoncie… lepiej nie myśleć. Tak czasem zdaje mi się, iż niewiedza może być idealną beztroską.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogówdar… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Tealight…

„Ostatnio Pan Tealight przyjmował wielu nietypowych gości, co w przypadku tego miejsca, tej Wyspy i tej Wiedźmy Wrony bylo raczej określeniem dość kuriozalnym… i naprawę mocnym. W końcu jeżeli ktoś przebijał, czy wyglądem, czy zachowaniem, one wszelakie postacie z Białego Domostwa, to musiał być naprawdę ciekawy, albo kosmicznie nudny…

… więc…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane uwielbiała Pana Tealighta. Właściwie równolegle i równomocno się uwielbiali od samego, pierwszego i dość dziwnego spotkania. Wtedy, tam przy Złotej Hałdzie. Gdy fale uderzały o tę część Wyspy, która choć piękna, nie była tą, przy której chciała mieszkać, nie była tą, której zawsze pragnęła… zwyczajnie, chciała tam mieszkać, tam – machnięcie paluchem – gdzie na skraju mgły rysuje się wybrzuszenie i światło jakoweś, gdzie ląd zakręca, skały podnoszą się… zawsze tego pragnęła.

I się udało.

Wtedy mu to powiedziała, a on skinął tylko głową i wiedział, że czekają go zmiany po raz pierwszy… od tak bardzo dawna, iż nie wiedział, czy nie będzie potrzebował nowych skarpet, a może i pary bamboszy? Ale nigdy by nie pomyślał, że będą to aż takie zmiany… i na dodatek, że tak się do niej… przywiąże. Niczym rycerz bezbłędnie błędny… ale ona nie była księżniczką, żadną tam princeską…

Oj nie…

Dlatego stał się bardziej brytanem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jest ciemno…

I ma być ciemno…

I w końcu ma nadejść ochłodzenie, znaczy temperatury poniżej 10 stopni, co oznacza, że może natura w końcu jakoś do siebie dojdzie… chociaż, czy to jest jeszcze możliwe? Wszędzie się rozpisują na temat wzrastających kwiatów, kwitnących drzew i innych roślin, więc… Wyspa to nie jedyne miejsce, które rzeczywiście szaleje, wszystko wszędzie stoi na rzęsach i trzepie uszami.

Albo gaciami.

Wszyscy mówią o cenach, budżetach, podatkach… prąd kurna człowiek sprawdza na stronie – ile kosztuje, a potem decyzja, czy stać go na uprane gacie, jak już jesteśmy w temacie… ale mi się zrymowało, czy jednak poczekać godzinkę, to będą i uprane i wysuszone… a co do suszenia, no to już kurna odrębny temat. Nic nie schnie, i to u mnie, gdzie zawsze każde zioło ładnie zmieniało się w szusz.

Jest źle.

Drewniany dom skrzypi i protestuje pod nadmiarem wilgoci, a ty nie możesz go ogrzać… jakoś nagle nie myślisz o sobie, ale właśnie o nim, o tych ścianach i dachu, oknach, szybach, drzwiach i podłodze…

Niech przyjdzie to ochłodzenie.

Ona normalność jakaś.

A poza ochłodzeniem wiatry mają wrócić.

Mocne wiatry, sprawiające, że człowiek szaleje, że coś się z nim robi, coś się zmienia, nagle inne sprawy są ważne, sny szalone, albo spać nie można, po prostu natura… jesteś jej częścią tutaj, czy tego chcesz, czy nie. Jesteś bardziej lasem i morzem, słonością i słodkością powietrza, niż onym człowieczeństwem miejskim.

Miejskim i znajomym wielu bardziej niż korzenie i skały.

Czy nawet bardziej wiejskim, przyzwyczajonym, zdawałoby się, do pól, lasów i onej zwierzyny, żywiny wszelakiej…

Chyba…

Ludzie odeszli od natury na rzecz wygody i mniejszej ilości robaków, no sami wiecie, ile można z siebie strzepywać pająki, a jeszcze ostatnio ta paranoja – no dobra, nie paranoja, ale jednak – w temacie kleszczowym. Wiadomo, borelioza i inne choroby przenoszone przez nie to koszmar, często długo ukryty, a gdy już wyłazi, jest, może być zabójczy nawet, ale jednak… nie da się niechodzić do lasu.

Nie da się…

A może jednak tylko ja nie mogę?

No więc siedzę tutaj, o czwartej już ciemno, więc widzę nic… trochę światełek odbijających się w oknie, moich własnych, znaczy wiecie, ekonomicznych, bo przecież nikt nie będzie oświetlał domu na zimę. Nie w tym roku… a wróć, Chowaniec puścił światełka… mniej, ale jednak… w końcu po dokonaniu obliczeń, wyszło, iż włączane tylko na kilka godzin wieczornych nie zaszaleją z koronami, więc…

Jakoś tak milej jest, powinno być… dlaczego się ich boję?

Szaleństwo jakieś.

I smutku tak wiele…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Tealight… została wyłączona

Pan Tealight i Wesoła Idiotka…

„Była zwyczajnie wesoła…

No dobrze, może czasem nadmiernie, może czasem, w szczególności na pogrzebach to jakoś tak nie pasowało, nie przystawało, jakoś tak, jej rechot, pomysłowe wiązanki, czy drinki z palemką rozłożone na pobliskich płytach nagrobnych, ubierane fikuśnie aniołki i inne tam posągi… te akurat goławe, albo ta muzyka, no naprawdę, można by bez Mariaczich, można by, a już zaproszenie striptizera na pogrzeb babci… chociaż, babcia się ucieszyła, tam, po drugiej stronie.

Wiedziała to.

Dlatego nie miała na uwadze tych, co stali dookoła niej, nigdy o nich nie dbała, zawsze o tych, których nie widzieli, tych, którzy odeszli, ale nie wybawili się wystarczająco i za to oni byli jej bardzo wdzięczni.

Bardzo.

I dlatego reszta ludzi zwyczajnie ją tolerowała.

No dobra, sarkali czasem, ale jednak, nie, nie mogli nic zrobić. Za plecami okay, gadali, ale tak prosto w jej twarz, kiedyś ktoś spróbował i od tego momentu raczej już nikt… w końcu tego obrazu nie dało się odzobaczyć, onych flaczków ułożonych w malowniczą, chociaż czerwoną stokrotkę… wciąż tykającego serca, które w końcu rozpuknęło się i wyleciał z niego ten trupio wyglądający klaun na sprężynce. No i włosy, tak, ta peruczka, ta czaszka, nie jego, nie…

Tak, woleli pić niż myśleć… ale pogrzeb trza było odbębnić.

No i moda na akceptację…

… w końcu każda kultura ma swój folklor, więc może tak to tłumaczyć dalszym krewnym i znajomym, którzy możliwe iż nigdy już się o nich nie odezwą, albo co gorsza, będą wciąż przychodzić…

Wszystko można oglądać na różne strony…

… więcej niż dwie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kruki” – … czekałam. Oj, bardzo czekałam na drugi tom tej opowieści. Przyznam, że nie miałam byt wielkich oczekiwań, winna. Za to zaskoczenie, ona dorosłość, dopracowanie opowieści, to całe dojrzałe podejście do wszystkiego… naprawdę, autorka zachwyca.

Niby mówi o młodej dziewczynie, a jednak oferuje nam opowieść o dojrzewaniu, miłości, wszelakich pragnieniach, bólu życia, codzienności, a przede wszystkim onej magii. Magii Słowiańszczyzny, ale nie tylko. W końcu ludzie przez wieki wędrowali przez świat mieszając się ze sobą, więc… i magia karmiła się nowymi ideami, obrazami, wszelakimi siłami, które mogła w siebie wpleść…

Czy autorce pomaga wykształcenie?!

Oj! Na pewno!!!

Nie dość, iż język powieści piękny, niesamowity, plastyczny, to jeszcze na dodatek ta cała otoczka prostoty, zwyczajności, jakby magia była naprawdę czymś codziennym, „strach pomyśleć”… normalnym.

Bardzo się polubiłam z tą historią… jakoś tak jest logiczna, wszelako naturalna, mądra, osobowość głównej bohaterki się rozwija, wystawiona na wszelakie próby ubogaca się, zmienia, ewoluuje. Poboczni bohaterowie są nie tylko martwym tłem, ale czasem udaje im się nawet skraść trochę sławy dla siebie. Wszystko jednak z umiarem. Wszystko jest wyważone,  jednej strony przygoda, magia, z drugiej życie z przeszłości nie tak dalekiej. No dobra, dla mnie nie tak dalekiej LOL. Inaczej patrzę na czas… ale dla innych może być to podróż w daleką przeszłość…

I warto się w nią wybrać, nie tylko wtedy, gdy lubicie fantasy.

Na dworze wieje wiatr…

Na zewnątrz wielkie poszumy i wszelakie świsty.

A w środku, wiadomo, lekko skrzypie, lekko coś się porusza, coś tam piszczy, coś milczy dziwnie, więc… wiadomo, listopad. Wszystko jest możliwe. Wszystko może się zdarzyć, pełnia, znowu jakieś zaćmienie… a za dzieciaka mówili, że jedno zaćmienie w życiu można zobaczyć, co się dzieje?

Nie wiem.

Ale… wiatr wieje, pierwszy porządny sztorm od dawna.

Tym co na morzu wysyłamy wyrazy współczucia. Co jak co, ale fale i żołądki nie mają ze sobą po drodze. A już takie wysokie, falujące wybitnie, nie no, to już nadmiar nadmierny. Zbyt wiele. Zbyt bardzo. Zbyt mocno. Tia, wiem z doświadczenia, a przecież to nie było coś, co czasem łapie marynarzy, jeśli nie schowają się na czas. Albo zapomną o tym, że morze ma swoje humory. Ni mniejsz, mi to już co przeżyliśmy wystarczyło. Ostatnie płynięcie w mgle też nie było cudowne.

Wciąż używają tych strasznych dźwięków… niby techmika, ale wiadomo, technika techniką, jednak lepiej być bezpiecznym.

To jak z seksem.

Lepiej stosować kilka antykoncepcyjnych pomysłów na raz.

No co?

Ale…

Jesień nadal dziwna.

Wciąż zielono, liście spadają z drzew tylko przez wiatr, kolorowości niewiele, onego szemrania, szurania butami też niezbyt, trochę pada, ale… nie, przecież nawet temperatura nie spada poniżej nastu, nawet w nocy, więc szczerze jest dziwnie. Nie wiadomo, czy w ogrodzie robić to, co zwykle się robiło w listopadzie, czy jednak jeszcze nie? Bo przecież niektóre rośliny sądzą, że już wiosna…

Hmmm…

Wiem, wiem wiem…

Problemy pogodowe, wszelakie zmiany klimatycne i tak dalej. Wiem. Nie pierwszy to raz i nie ostatni. Ale aż taki brak zimy, to nie dla mnie. Muszę mieć chłód. Zimno wselakie, nie tylko imne prysznice, które stosuję od czasów… hmmm, od zawsze właściwie, nieźle, a teraz takie to popularne. Ojojoj, jak ludzie cierpią jak to robią. No po prostu zuo i demonowie i jeszcze bestyje.

Ha! Ha ha!

Ale… po weekendzie w sklepach ludzi masa. Jakbyście nie wiedzieli, to i u nas czasem są kolejki, ale od czasu, jak zaczęli robić te kasy samoobsługowe, to jakoś tak lepiej. I te aplikacje, no po prostu bajka. Pikasz sobie i nie stoisz. Chyba… chyba że cię złapią na kontrolę, to możecie jak znajoma objaśnić im  wkurwem, że się na kasjerkę nie uczyłaś, a jak nawet coś źle piknęło, to kurna nie twoja wina!

Cwania, co nie?

Jakoś niewielu to widzi w ten sposób.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wesoła Idiotka… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniany Dzień…

„Zapomnieli o nim.

Jakoś tak, pomiędzy poniedziałkiem i wtorkiem kiedyś był, ten lepszy poniedziałek, ale wciąż nie do końca… wiecie, nie mogli dojść do porozumienia najpierw, czy w ogóle jest potrzebny, czy się nadaje, czy dobrze brzmi, czy jest istotny jak inne dni… aż w końcu, jakoś tak przyszły nowe: nowe myśli, nowe wspomnienia i marzenia, nowe wydarzenia… jednak w końcu…

… w końcu, jakoś tak…

… ale jakoś, no zapomnieli. Jeszcze niedawno było/był ten dzień, jeszcze chwilę temu, mgnienie miesiączka… ale w końcu, już nie. Już go nie było, a oni nawet tego nie zauważyli, że go nie ma. Z dnia na dzień, właściwie w chwili dziwnej, jakoś tak… zniknął. I naprawdę miał to gdzieś.

Nie obchodziło go to…

Bo nadal był, choć niezauważalny, a w dzisiejszych czasach raczej lepiej tak niż być na świeczniku. Opisywanym, fotografowanym, wyśmiewanym, kochanym, lubianym, hejtowanym… po prostu był sobie dniem między dniami i złośliwie komentował każdą nową marszckę na twarzy, cellulit, wszelakie braki w wielkości czy małości, rozmiarowość i łysienie… a już w szczególności krosty na zadkach. Tak skrupulatnie ukrywane, chowane, smarowane… oj tak…

To jego konto na Instagramie ludzie oglądali najchętniej…

Nieświadomi prawdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pralka, suszarka, raz w tygodniu.

Okay, lodówka i zamrażarka non stop, ale jednak nic poza tym.

Jest to coś, co grzeje wodę, ale to stałe, więc, no jakoś tak… nawet jeśli, to nic więcej… nic więcej nie chodzi, nie działa, poza komputerem, który człowiek włącza coraz później i później, używa coraz krócej i mniej, rzadziej, bardziej sporadycznie… Światło z góry raczej nie, nie stać mnie. Tylko te światełka, malutkie, słabe może, ale nad kartkami wiszące wystarcy, a po co mi widzieć szerszy plan?

Po co?

Widziałam rano, jak był jakiś tam słoneczny promień.

Tia, nie ma co, ale te rachunki dojeżdżają nas w szczególności, bo ekologia. Nie chcecie opon wąchać, musicie płacić więcej i tyle. Taka rozrywka… i niby człowiek to rozumie, ale jak się dowiaduje ile inni marnują prądu, a ile płacą, to go trafia. Bo już bardziej nie da się zacisnąć pasa. Tak, zmieniliśmy taryfę i cały cyrk z praniem jest i z nieużywaniem ciepłej wody, czy też wyłączanie kompa od tej do tamtej…

Nosz człowieka trafi no!!!

A może już trafiło?

Ale…

Wiecie, co najbarziej wkurza? Jak ktoś mówi: no ale mieszkacie w tak pięknym miejscu. No przecież kurna to nie znaczy, że więcej nam w nim płacą, że nie mamy podatków, norma wszelakich i tak dalej. Zwyczajności, prozy życia, której nie udrowi jod z morza czy promieniowanie ze skał.

Nie.

Tia, wschód słońca oglądam, zachód też… i tak, piękne są, czasem zwalają z nóg, ale… nawet tu w tym jodowanym powietrzu, krzyczących mew pełnym, jakoś tak codzienność jebie po plecach, dupie, duszy i innych tam, namacalnych mniej lub bardziej organach czy metafizycznych tworach. Nie oszukujmy się, piękno przyrody nie oznacza, iż władający nią są inteligentni i wciąż jeszcze ona przyrodność będzie a tydzień, dwa, czy jutro… bo jakoś tak, zwyczajnie, szlag mnie trafia.

Naprawdę.

Ostatnio tak mi wyrwali drzewa wokół Przodków, że nie wiem co czuć. Wkurwić się? No ale co mogę zrobić? Nie mój teren, nie mój świat w rzeczywistości. Tak naprawdę człowiek prawa ma… niewielkie, nawet jak staje się onym właścicielem ziemskim, to jednak wciąż, nie wie… nie wie czy nie obudzi go huk pił niszczących lesistość na horyzoncie. Nie wie, czy wszystko nie padnie pod piłami…

W końcu historycznie patrząc już tak kiedyś zrobili…

Nie uczą się na błędach innych.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Porzucona…

„… wiedziała, że tak jest.

Co prawda dopiero godzinę temu wyszedł, ale jednak, tak czuła. Choć nie spakował wszystkiego, choć wciąż miała w ręku jego kubek z niedopitą kawą, czuła, była pewna, wiedziała… nie mogła się mylić. Czuła to w każdej cząstce swego ciała i w każdym atomie wdychanego powietrza.

Zwyczajnie… niczym wiadomość.

Znajomą…

To nie był pierwszy raz.

Ale mógł być ostatnim. Mogła precież w końcu zwyczajnie nadmuchać tego smoka, co w kącie stał, poprosić dżina o przysługę, którą jej wisiał od tylu wieków i rozpierdolić ten świat. I tych facetów, którzy nie chcieli jej, chociaż ona naprawdę chciała i potrafiła zrobić im wszystko. Wszystko, czego pragnęli…

Potrafiła dać wszystko, a jednak… jeden za drugim odchodzili.

Porzucali ją niczym zużytą skarpetkę z dziurą na wielkim palcu, startą podeszwę, buta uciskającego, o kroju dobrym w zeszłym wieku, i wciąż nieprzywróconym do łask przez modowe istoty… niczym liście, które dopiero co sprawiały radość, a teraz, suche i kruszące się, śmieciły… tak, tym była, śmieciem. Niegdyś prezentem z opakowaniem i wstążką, a teraz tylko śmieciem.

Po raz ostatni…

Nie mogła już więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jak człowiek jest uzależniony, to jest… no i te zagramaniczne tak inaczej pachną niż te drukowane w Polsce, czy nawet tutaj u nas. I te oprawy, one okładki, nie no, oczywiście, że to się zmienia, ale…

Co oni dodają do farby?

A może do papieru? Może to o to chodzi… mniejsza, dostałam coś, o czym nie myślałam, że dostanę w Malmo i coś jeszcze co znam, ale nie do końca i coś całkiem nieznajomego dla mnie… piękne są takie… Szczególnie Zoe Gilbert. Dopiero właściwie co wydana, no dobra, kilka miesięcy, ale jednak, potem klasyk English folktales. Spytałam, czy mają, nie wierząc, no i… boom. Jedna…

Jedyna.

Moja!!!

A kartka… dostana, pasuje aż nazbyt do otoczenia… po prostu jak ulał i przyłatał i jeszcze utulił.

Wiatr na zewnątrz wygrywa mruczliwą pieśń, by już pod powałą zmienić się w zbiór szeptów i westchnień. Czasem coś zaskrzypi, wiadomo, drewno, w końcu przegonił wilgoć, więc wsystko zdaje się wracać na miejsce… bo jak mieszkacie w drewnianym domu, to jest jakoś tak, prawdziwej… dziwne to, bo od dieciaka wmawiano mi, iż tylko kamień i cegła, a jednak…

Po raz pierwszy „zaliczyliśmy” rewniany dom w Szwecji.

I było to szokujące uczucie nagłego… oddychania.

Po prostu.

Nie chodziło o przestrzeń, biel ścian, podłogę lekko skrzypiącą, drewnianość wszystkiego, ale właśnie o dziwną lesistość przeniesioną z jednego miejsca w drugie. Tak właściwie, to było widać tylko na zewnątrz, że to drewno, w środku położono płyty, więc żadnych bel, ale jednak, czuło się to… a już gdy zawiało…

Ech, drewniane domy niesamowicie nastawiają się na wiatr.

A potem wracają do swojej stałej pozycji.

Dlatego wiesz kiedy zacznie pizgać, a gdy przestanie i już. I choć czasem to uczucie może być odrobinę lub bardziej przerażąjące, to jednak uczysz się go. Uczysz się domu. Stajesz się znajomym ścian i sufitu, dachu i okien. Drzwi, które zdobisz kręgami z kraczków, gałązek i czerwonych jagód głogu…

Albo świerkiem…

Zależy.

Wyspa niestety bardzo lubi pleśnieć.

Niestety.

Domy, w których przyszło nam mieszkać przed tym niszczyły nam przedmioty, płuca i zatoki, a już ostatni, no wiecie… straciliśmy kilka lat temu prawie wszystko. A zrąbane oskrzela czy inne tam wnętrzności to już raczej będzie na zawsze. Nie warto tutaj ufać starym predmiotom i cegłom. Pleśń, gdy już kogoś dopadnie, to z nim zostaje. Musisz się jej pozbyć razem z przedmiotem.

W końcu nigdy nie wiadomo kiedy nadejdą te dziwne, wilgotne dni, gdy wszystko zdaje się być aż nadmiernie lepkie i świeże. Tia, nauczyłam się kochać suche powietrze, chociaż nie służy ani mi ani roślinom.

Ale…

Mniej się traci.

Dziwne to w jaki sposób miejsca potrafią jednocześnie cię chronić i zabijać. Jakby chciały mieć ludzi tylko dla siebie. Może i cała Wyspa taka jest? Chciwa? Ludzie ostatnimi czasy znowu z niej uciekają. Kolejne domy pojawiają się na rynku i dość szybko zostają kupione, chociaż… spoglądając na niektóre, to serio no, jak tak można… rok pomieszkałeś, coś zmieniłeś, a teraz od razu sprzedaż?

Skąd ludzie mają tyle kasy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porzucona… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Matka…

„Oj była wielka…

Wielka w wymiarze ogromnej, gigantycznej, wiekopomnie zajmującej przestrzeń i powietrze zasysającej… I to w mini spódniczce, obcasikach, przycepionych do połyskujących sandałków i skarpetek w króliczki, oraz jeszcze futerko do tego dziwnego, odstającego, metalowego stanika… pewno tyż z jakiegoś króliczka, mutanta, albo z onych króliczków wielu. Aż strach pomyśleć ile na taki biust tych zwierzaków musiało zostać zjedzonych.

A może nie strach?

W końcu jeśli zjedzone były, to się nic nie zmarnowało, nosz w pełni mądrze i wszelako wykorzystane dobra natury mniej lub bardziej ludzko modyfikowanej, bo przecież jakoś smaka musieli mieć ino na te jasne króliczki, a nie na brązowe, chyba że w brązowej kurtce ktoś innych chodził, a może jednak gacie miał?

Złe myśli!!!

Jednak, robiła wrażenie.

Wielkie.

Nic diwnego, iż zwali ją Wielką Matką, nie dlatego, że onych dzieci tyle narobiła, nie… jakoś stroniła od tych klimatów. Tak naprawdę nie wiedzieli ile dzieci miała ile wciąż przy cycku, ile odchowanych, może li już i babką była, ale wiecie, się nie przyznawała… może tak było? A może inaczej, nie dociekali, bo jakoś tak… głupio było. Głupio się było zapytać wprost a tak okrętkami, jakoś niczego się nie dowiadywali. Szczerze. Jakoś tak nie wychodziło, ale… zwała się matką.

Tylko… czego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klub Mefista” – … no dobrze… Jeśli chodzi o Tess, to jest to taki mój stary crush. A jak stary, to wiadomo, że w onej kopie zapleśniałych została pogrzebana i jakoś tak… jakoś tak stwierdziłam, że chcę ją z powrotem.

Nie dlatego, iż zakończenia ma cudowne, bo tutaj zawsze coś nie wypala, nie dlatego, że mi się podobają Rizzoli i Islas – PS. serial jest fajny, ale całkiem inny, wiem, pewno pradawna wiadomość – bo właściwie, są intrygujące, ale ten związek między nimi, trochę nie istnieje. Chyba wolę książki samotne, poza tym cyklem, ale jednak… ech, ten tom lubię. A ja zobaczyłam okładkę, ech… wpasowała się w ten czas.

Krwawo.

Mrocznie!

Powieść należy do cyklu właśnie Rizzoli i Isles, czyli pani detektyw i specjalistka medycyny sądowej. Biedna i bogata. Lekko niechlujna i odziana w drogie ciuszki… dwie przeciwności, rąbane bieguny, ale jedna kocha i jest kochana, a druga, ech, to po prostu tak pasuje o Polski… LOL romans z księdzem.

Mniam!

Okay, nie mniam, bo sprawa jest poważna, ale jednak, powieść jest fajna. Gerritsen to pomysłowa autorka i naprawdę potrafi wciągnąć i przerazić. A tutaj cała historia zdaje się mieć co najmniej dwa oblicza. Mordercę i ofiarę, która wciąż żyje… jeśli to jest ofiara, bo przecież… a tak należałoby też wspomnieć o rodzinie Rizzoli, szykują się zmiany i nikt w nie nie chce uwierzyć…

Okay, powieść jest pełna wątków, ale jednak, najważniejsza jest… zbrodnia.

Wieje i pada.

Wilgoć w powietrzu zdaje się szaleć jakby była na jakiś dobrych prochach i się kurna nie dzieli z innymi, więc… więc człowiek nie oczekuje wiele od zwykłego dnia. W końcu ma oną szarość, za którą tęskni i ciemność… no dobra, nie zawsze, nie codziennie, bo jednak słońce daje, na przykład z rana, więc…

… więc chce się człowiekowi na spacer.

Strasznie…

… ale jednak, ten wiatr, przewieje zatoki, zrąbie głowę i tyle z tego wszystkiego będzie. Nie no, jakoś trzeba sobie z tym poradzić, jakoś trzeba będzie… dobra, poczekam do dnia, gdy będie wiało mniej i już… las. A w lesie zielono. Trawa szaleje, a paprocie, ja pierdziu, co to, epoka przed ludźmi? Pleistoceny jakieś czy inny karbon? No weźcie, rosną jak małe drzewka.

Szaleństwo.

Ale piękne takie.

I pięknie w tym lesie, na szczęście kamienie stoją nadal gdzie stały, więc przynajmniej to nie stresuje, ale te sosny i brzozy i te specjalne drzewa, które naprawdę nie wiem w jaki sposób są takie, jakie są. Pokrzywione, pokręcone, wszelako pogięta, niczym ludzie złapani w jakimś momencie życia, w szalonym tańcu codzienności. W onym momencie, który naprawdę ich poniósł…

Tancerze.

Za to w mieście w końcu w sklepach święta…

A co, u nas nie ma aż tak wcześniej, a ja raczej nie narzekałabym gdyby było, bo to co mamy, tuzież możemy nabyć na Wyspie, to wiecie, ile kot napłakał, krowa wyśpiewała a wilcy z obgryzania zostawili. Tłok za to, ludzie wiedzą, że jak nie zdobędą onego czegoś teraz, to już za tydzień nie będzie, więc taka tam walka o wpływy. Wiecie, ja mam ty nie i tak dalej. Albo lepiej, na prezenty, na one wszelakie pocieszenia się w onej codzienności szarej… bo…

Nie, wróć, czy serio tylko mnie męczy i wykańcza lato.

Naprawdę go nienawidzę.

Zabija mnie, ale już pierwszy powiew jesieni, nawet ciepłej, przywraca mnie do życia. Jakoś tak jest i tyle. I tak, niewielu to rozumie, że wolę pochmurnie, dżdżyście i jeszcze mgliście i wietrznie nawet, ale może nie huraganowo, wiadomo, chcę mieć dach, kocham swój dach, no weźcie no… i ta mroczność częstsza, poranki ciemne lub choć mocniej szarej, oj cudowne to wszystko, takie uspokajające.

Jakby ktoś pozwalał ci w końcu zwolnić…

Odpocząć.

Ciepły październik nie był cudowny, ale jednak dało się przetrwać, za to listopad zaczął się mokro i wietrznie, w końcu jakoś wilgotność trochę opadła. W końcu… akurat hygge po wyborach, po tym całym cyrku…

Tylko, czy będzie lepiej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Matka… została wyłączona

Pan Tealight i Ostatnia Dynia…

„Nie była jedną z tych czczonych…

Nikt jej nie wykroił, nie wstawił świeczki w łeb, nie wygrzebał mógu, zwyczajnie, nie dbali o nią. Za normalną, zwyczajną, nieciekawą. Niewybarwioną, nierzucającą się w oczy czy też do wątroby, w końcu z dyniami nigdy nie wiadomo. Jedne kryją w sobie tylko nadzienie i pestki, inne zaś, tak…

Niewielu o tym wiedziało, iż od czasów gdy stały się tak popularne i na Starym Kontynencie, pojawiły się one… one istoty fascynujące. Istoty niewielkie, trochę wyższy paznokieć, barwne, ze skrzydełkami, no dobra, może i jak wielka mucha plujka, może i coś z pół ważki, ale jednak…

… jednak…

Były.

Rzezały sobie one kule, im większa tym lepiej, ale wiadomo, jedno małe dla jednego osobnika styknie, więc nie marnowały, jednak trudno rodzinę utrzymywać w takiej ciasnocie, więc tak… jak tylko się one halloweeny zaczęły, pojawiły się i one, wciąż jednak świeżynki w tym świecie, wciąż niepewne, zaskoczone wciąż światem, zmianami, czasem i tym, iż nikt ich nie widział.

Poza nielicznymi.

Ale przecież nie chodziło o nich.

Tylko o nią… Ostatnią Dynię.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A jak Halloween?

No więc jeśli chodzi o prom, na którym koszmarnie grzali, nie wiem dlaczego, to nic nie było. Na szczęście nikt nie chciał cukierków, ale też i nie dali cukierków, więc jak płynęliście w poniedziałek 31go, to mogliście czuć się zawiedzeni. No chyba że wam dali, a mi nie. No nie wiem, ale za to w Szwecji…

Kompletnie nic, więc odpuśćmy sobie już to pierniczenie o dyniach i bachorach dobijających się do drzwi.

Tutaj w Skandynawii są inne święta, które sprawiają, że bachory chodzą i chcą kasy.

Niestety…

No ale, to, i wspominam prom oznacza, że pojechaliśmy za granicę. LOL No wiecie, to, że oną zagranicę widać z dachu, to jednak to zagranica. Inny kraj, inny świat i inna mentalność. I IKEA czy McDonald. No wiecie, wielki świat i tak dalej… ale też gdzieś mieli dynie i takie tam, przynajmniej w Ystad czy Malmo.

No ale… na przykład w księgarni S-F w Malmo, miejsce genialne, poza zębami sprzedawczyni, które wciąż nie wiem, czy spiłowane były pod nakładki, czy spiłowane po prostu czy jednak nałożone… to jakoś mało przerażająco. Nie, wróć, ceny w IKEA były przerażające. Oj były…

Ale w księgarni po prostu raj, nawet była książka, której szukałam.

Ktoś by myślał, że cud czy coś… ale nie… widzicie, jakoś tak, człek zaparkował, a potem stwierdził, że się przejdzie, bo to poniedziałek, przeca ludzi nie będzie i co… no mnóstwo tych ludzi. Szaleństwo jakieś i dodatkowo kurna każdy z petem w gębie. No nie no!!! Gdzie to ozdrowienie narodu?

Czy palenie wciąż modne?

Ale…

… no ta księgarnia boska jak zawsze.

ICA niepełna, w końcu poniedziałek… ktoś nie przemyślał sprawy powiecie, a właśnie że przemyślał, po prostu miał przeczucie, iż 1go będzie wiać… i miał rację. Oj miał, więc chociaż pogoda była dziwna, to jednak przynajmniej nie bujało, ale za to w IKEA, nie dość, że masa ludzi, to jeszcze na dodatek te ceny…

Ja pierniczę.

No weźcie no!!!

Może i dowieźli towar świąteczny, wiadomo, trzeba brać póki jest, ale jednak, bez przesady, tos to jest badziewne. Nie, nie wszystko jest badziewne, nie, ale jednak znalezienie tych drewnianych czy metalowych rzeczy jest trudne. Badziewie bardzo króluje i jest to tak smutne. No ale… człowiek pewne rzeczy musi mieć. Nie kolejny estaw bombek czy plastikowe lampki, ale zwykłe baterie, świeczki i kocyk by się zdał i stolik do łóżka, by sobie popisać na nim, niewielki…

… i znalazł go!

Mały i drewniany i ciężki!

YAY!!!

Co o świątecznej oferty, to…. ekhm, szczerze, to powiem iż jest to raczej smutne. Nie wiem, z jednej strony niektóre rzeczy są cudownie nostalgicznie szwedzkie, ale inne znowu, nie, to naprawdę nie to. A potem obejrzałam filmik z IKEA w Polsce i nie wiem gdzie byłam. Bo w Malmo to były po prostu szczątki jakieś a nie oferta!

Co to jest?

No nic… świeczki są, jak nas odłączą, nie będzie boja.

Mamy też butlę gazową i czuję się jak w czasach zaprzeszłych…

Na razie mamy listopad, jest szaro i fajnie. Wiadomo, moje klimaty, więc nie wszystkim musi odpowiadać, ale co do reszty, ech, nie wiem. Wiem jedno, zakłócenia w mocy są wyczuwalne. Oj są!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ostatnia Dynia… została wyłączona

Pan Tealight i Znicz…

„Zagaszony…

Zalany.

Nie doczekał się pełni ognia, nie stopiły mu się ścianki, nie odpadła pokryweczka na kopułkowej główce… nie stał się światłem w ciągu dnia, niewidzialnym, niezauważalnym nim się nie pochylisz, nim się nie sparzysz, nie doczekał nocy, w której mógłby być iną latarnią la dusz i wszelakim shostopperem.

Nie.

Od razu zalała go woda deszczowa, zara po zapaleniu, a kurcze miał być nieprzemakalny. Miał być całkowicie odporny na warunki atmosferyczne, które przecież się zdarzają wciąż i wciąż i wciąż cały czas. Przecież…

Miał być elementem tego święta, czasu, ludzi chodzących wszędzie, podkradających sobie wszelakie nagrobne ustrojstwa. Mógłby przecież być elementem tego całego cyrku, który odstawiali, tych pieniędzy wydanych, tych wszelakich dziwnych praktyk, o których większość już zapomniała skąd i dlaczego to robią… robili, bo moda, bo zdjęcia na Instagram, a po wyjściu z cmentara hot dog i może ciasteczka, a na eser do omu na pewno jakieś kurczaki pieczone.

W końcu jeść trzeba.

Chciał być częścią tego wszystkiego…

O tym marzył stojąc na półce tu obok żółtych chryzantem, miniaturowych, co zdychały dopiero po dwóch tygodniach, ale czasem wcześniej, jak się im podobało, w końcu, to tylko kilka dni, kto zauważy, a nawet jeśli, zwalą na pogodę… nie na sprzedawcę. Nigdy… A ten niestety wolał jak ludzie wracali i kupowali więcej i więcej i było na życie i przemyślenia wszelakie… wiadomo…

Codzienność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zmiana czasu i chociaż to przecież poza pierwszym dniem nie powinno mieć wpływu na człowieka, to jednak… jednak jakoś tak ma.

Niszczy wszystko… oną codzienność.

Jakoś tak…

… chociaż, przecież nie sprawdza się tej godzinności wciąż i wciąż i ciągle, nie mam na ręku zegarka, a jednak, jakoś tak rozpierdziela to dzień. I noc trochę też… i sny dziwne przynosi, one o piasku i wodzie, piasku tak pomarańczowym i wodzie tak niebieskiej jak niebo lekko ciemniejące na obrzeżach…

I o światach innych.

I czasach… i jakoś tak ciągnie mnie do Egiptu.

Bardzo… bardzo dziwnie i bardzo mocno.

Ale dlaczego… dlaczego? Nie umiem tego wyjaśnić, ale jednak, jakoś tak, jakoś wszystko pasuje do onych czasów dziwnych, pokręconych, pomieszanych, onej jesienności dziwnie niejesiennej, chociaż kolorowej, ale za ciepłej.

Za ciepłej.

Ale co można na to i z tym zrobić? Nic… Mogę tylko nierozumieć i to robię. Mogę tylko marzyć o onych przymrozkach i o tym czymś, co znam, czy też znałam raczej… chyba, chyba raczej czas przeszły.

A w Szwecji…

W Swecji zmiany.

Widzicie…

… po pierwsze, musicie to zrobić – wymażcie z siebie wszelakie opowieści o dzieciach z Bullerbyn, czy inne tam idylliczne strofy, a już te o ekologii to w ogóle. I teraz spróbujcie wytłumaczyć ich potrzebę przestawienia się na ekologię atomówkową. Napiszę w ten sposób, bo wiecie, jak walnę rozbicie atomu, to mnie znowu schowają w czeluściach internetu, ale… co mnie wkurza, to to, iż kolejna atomówka powstaje na wysokości Kopenhagi, więc właściwie…

Mamy przesrane.

Z dołu Polska, z góry Szwecja, jesteśmy w jądrze atomu, a ci, co pierdolą, iż to najczystsza z energii, a ci co mówią inaczej siedzą w cieniu Czernobyla… cóż, ciekawe, czy mieliście znajomych bez pewnych zębów, czy z problemami genetycznymi, zajściem w ciążę i tak dalej. Wróć, czy nie macie ich czasem… a jak myślicie, kurna, skąd się niektóre rzeczy biorą? A?!!! Skąd kurna… tia, już się nie mówi, że brak kłów to właśnie przez promieniowanie – osoba, która mi to powiedziała i wciągnęła w temat, przyszła na ten świat w kilka miesięcy po wybuchu…

I jakoś nikt nie pamięta o Fukuszimie?

Może mnie wiele omija, na przykład wiedza na temat tych turbin wiatrowych, jak to się winno mówić na wiatraki… wiedzieliście, iż one są… właściwie toksyczne? Skrzydła onych turbin? Ja nie. I to je Dania zakopuje, bo co z tym robić. Słyszeliście o tym? Zapewne nie, bo przecież… ekologia.

Ale… może jak będzie atom, to drzewa w Szwecji przestaną wycinać?

Może… pewno nie, ale…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znicz… została wyłączona

Pan Tealight i Wrona Wodniczka…

„Chodziło o wodę.

I oczywiście o Wiedźmę Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane.

No i te jej wrony!!!

Właściwie, gdzie były wrony, to była i ona, gdzie ona była, przynajmniej jedna z nich stała na straży, jedna się z niej nabijała a jeszcze jedna kołowała nad nią by obsrać wroga, jakby jakiś był na widoku, a wzrok wrony miały perfekcyjny. Pamiętały tych, co dawali jedzenie i tych, co odganiali od swojego śniadania, onych kelnerów, co gardzili nimi i tych, którzy oddawali resztki…. w końcu były szybkie. Naprawdę szybkie. Okruszki, strzępki czy padlina znikały w mgnieniu oka.

Były Wielkimi Sprzątaczkamia, Wrzaskunami Przestworzy, Zwiastunami Czegotamseżyczyłeś… były wszystkim, ale przede wszystkim wciąż były onymi niezrozumiałymi. Onymi odganianymi, niechcianymi, uznawanymi a złe omeny, a już czarne, oj, te to miały przerąbane…

Kruków nie było.

Na razie.

Ale była Wrona Wodniczka… ta jedyna, która po prostu wolała plażę, na śniadanie wpierniczała wodorosty i karmiła się duszami, które przyciągał sztorm, tymi mniej ruchliwymi, bo leniwą była. Ta z szarymi skrzydłami, dziobem nasolonymi i dziwnie nastroszonymi piórkami na nim… wiecie, nie depilowała, uważała tę modę a totalnie idiotyczną i niepotrzebną.

W końcu…

Była jedyną w swoim rozaju, więc… mogła mieć wszystko gdzieś, a że inne tego nie rozumiały, że są jak ona, jedyne, wolały stadność, cóż, to był ich wybór, ona wolała przynosić Wiedźmie Wronie najczerwieńsze z wodorostów, najzieleniejsze i kamyczki, które szeptały… rozumiały się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I listopad.

Jak zwykle, nie, nie jak zwykle, bo przecież lato się człowiekowi tak dłużyło… ten żar tropików i takie tam, ale jednak… wciąż jest czasem ciepło, aż nadmiernie ciepło. Powiedziałabym, iż nawet wrze wszystko, nagle w mrugnięcie okiem wszystko się czerwieni i żółci. A potem opada. I nie, nie było w tym żadnych seksualnych podtekstów. PROMISE! No dobra, może i miałam jakieś, ale mi padły.

LOL

Jesień jest dziwna w tym roku.

Niby jest, a jej nie ma… niby w końcu mamy te nagie gałęzie, trochę powiało, ale jednak wszystko tak jakoś tak, no wiecie, nie tak jak zwykle. Pamięta ktoś jak na 1 listopada od razu wszyscy w kożuchy? No tak było. I w znicze. To pewno w Polsce wciąż jest… tutaj też, ale wiecie, spokojniej, w końcu bycie na cmentarzu jednak kosztuje. I to bardzo dużo, w szczególności ateistów… się muszą do kościoła zapisać coby leżeć potem w onej poświęconej ziemi…

Hmmm…

Hmmmmpokryzja?

A pewno tak.

Ale te mgły…

Jest coś w onych wyspowych mgłach innego niż w reszcie świata, bo przecież wszędzie są mgły, czyż nie? Zwyczajne zjawisko atmosferyczne, tudzież przez człowieka spowite z onych wszelakich wyziewów i palenia czymkolwiek. Oj wiecie jak to jest… wystarczy poczekać na sezon grzewczy.

U nas jednak ona tak zwana „czysta ekologia” zmusiła jakieś 10 lat temu prawie wszystkich do założenia varmepumpe i tak, uważam, że to super sprawa, jak się czyści i tym zajmuje, ale jednak, no właśnie… to jest podłączone do kontaktu, więc wymaga prądu. Nie gazu, nie pierdów trolla, a właśnie onego prądu… i myślałby ktoś, i w miejscu obwarowanym turbinami prąd jest… no właśnie…

To długa historia i skomplikowana.

Ale…

Podobno wszystko przez jakąś rzekę w Norwegii… to ona to zaczęła, bo opadów mniej i wiecie co, no jakoś to logicznie by pyknęło, ale… mam dość onego pykania. Po prostu. Mi też już woda nie płynie.

LOL #sarcasm

Wszystko ma takie ceny, że… no dobra, rozumiem, iż bogaci się cieszą bo konsumpcjonizm mniejszy, ale ja bym chciała się pokonsumpcjonizować. No co. Jakoś mi nie było dane. Nie wiem nawet czy byłabym w tym dobra? Nie lubię śmieci, zbyt wiele rzeczy mnie prytłacza, ale nawet nie daliście mi spróbować, więc jakoś będę się pocieszać oną mgłą… bo co mi innego zostało. Może to i dusze potępione, a może nie.

Może jednak tak… to w końcu listopad…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrona Wodniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Żółty Liść…

„Zawsze był żółty, od kiedy pamiętali, no zawsze.

Nie przechodził etapu od pączka na drewienku poprzez jakąś zielonkawą jasność, czy burą jakąś, a potem był zielenią, mocną, intensywną, szaloną, czy czymś, nie… No wiecie, nie zawsze żółtym… nie zawsze tym czymś złotym, oczojebnym, bardiej tombak może, fools gold, ale jednak… robił wrażenie…

Tylko…

Tylko że wcale tego nie chciał.

Przez całe dotychczasowe życie szukał sposobu by zzielenieć, ze złości, zazdrości, wszelakiej jelit niestrawności. Ze złością jeśli chodzi, to od razu to porzucił, no szczerze, dobra dusza tłukła się w tej żółtowatości, nie umiał jakoś tak, wrednieć, wrzeszczeć, świnie podkładać… być po prostu tym złym.

Wielkim Złym… nie pasowało to do żółcieni.

Jeśli chodzi o zazdrość, to tak, był w tym dobrym, ale jednak nie wpływało to na zielenienie, raczej na oną żółć. Na one wszelakie odcienie. Oj tak, stawały się coraz bardziej jasne, wszelako prawie neonowe, mocno rażące, że aż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie mogła powstrzymać rechotu. I to takiego wrednego wybitnie… bo jako jedyna nie rozumiała onego pragnienia zzielenienia. Ona już była dawno po tym okresie, oj bardzo… wiedziała, że może każdy musi przez to przejść, sam tak, ale jednak… całe liściowe życie na zzielenienie… Jednak, chciała pomóc, więc wzięła się za niestrawność. Znała się na tym…

I chorobach morskich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Weźmisz czarno kure…” – … powoli. Bardzo powoli zaczynam uzupełniać sobie Wędrowycza… a tak, zdecydowałam, że go chcę. Bardziej z powodów osobistych, no sorry, ale to jak wujek Józek, a ja na Lubelszczyźnie rodzona, więc zobowiązuje, po drugie i trzecie bo tak.

LOL

Nie, nie jest to najwyższa literatura, najwyższych lotów, a nawet bardziej lotnych lotów, po prostu, tak to jest, iż są książki, które człowieka rozjebują w dobrą stronę, jak mu bardzo źle i już. No wiecie, rozrywka i tyle. Taka, do której podchodzić należy jednak z dystansem, bo humor to… ekhm… wyjka Józka…

Świętej pamięci!

Ale… o rzeczy, trzeci tom cyklu zaiwera aż 19 opowiadań: Weźmisz czarno kure… Problemy, Bimbrociąg, Dom bez klamek, Drewniany umysł, Dziadek, Lenin, Lenin 2: Coś przetrwało, Okazja, Ostatnia posługa, Znalezisko, W kamiennym kręgu, Ostateczna polisa na życie, Park Jurasicki, Reprywatyzacja, Spowiedź, Titanic, Zbrodnia doskonała oraz Pogotowie. Same tytuły mówią wiele. Zauważyłam, iż bycie pod 40stkę pomaga w czytaniu. I bycie archeologiem.

Też.

Wątek z wioskowymi osobnikami kręci mnie zawsze najbardziej oraz… pewna niepewność w onych opowiadaniach, bo wiecie, autora nie trzyma nic. Tu nie ma poprawności politycznej. Możecie się czuć urażeni… i amen z pacierzem.

No chyba… chyba że jednak nie?

No dobra, było zaćmienie słońca… guess what?

Było pochmurnie!!!

Potem zaś robiło się ciepło, potem chłodniej, a potem, nie wiem już co z tą pogodą… ale kolory się zmieniają. Zwykle o tej porze wiatr tańczy i zdziera z ludzi ciuchy czy inne tam wdzianka, a z drzew liście… oczywiście. LOL Ale jednak nie tym razem. Czyli jest źle. Kurde no!!! Potrzebujemy sztormu?

Nie wiem…

Jakby co, to może dopiero w listopadzie?

Bo mam plany!!!

Ale wiecie, mieć plany w dzisiejszych czasach to jest tak, że je macie, budujecie sobie marzenia, a potem prychodzi rachunek a prąd i nagle chcecie ino mieć diesla i smrodzić hałasując… tak na złość innym i ekologii. Zaraz wam przechodzi, i tak was na silnik nie stać, ani na diesla, zresztą, nawet jeśli o drewno chodzi, tak wiem, inne paliwo, to i ono jest drogie… zdarzają się już kradzieże tego tam groszku drewnianego. I innych utensyliów takowych. No wiecie…

Ludzie to zwierzęta.

Zwykłe.

Albo gorsze niż zwykłe…

Nie, Wyspa nie jest miejscem, które jest idylicznym rajem, wszelako mającym wyjebane na wszystko i żyjącym z Turyścizny. Turyścizna już od dawna mało płaci, więc… wiadomo, każdy orze jak może.

I tyle.

Warto sobie zeskrobać już one otoczki.

To zwykły świat. Pewno, że lekko piękniej tutaj, czasem i mocniej, ale też i ciężej w pewnych wymiarach. Tutaj się żyje, jeśli się to miejsce kocha, albo nie ma innego wyjścia czy też pomysłu na życie. Wiadomo. Inaczej przyjeżdża się tylko na wakacje i takie tam. Nie wiem, imprezki? Może popływać, połowić, poszaleć na desce, pożreć dobrze, bo niektóre miejsca bywają otwarte cały rok.

Sporadycznie, ale bywają.

I choć na zewnątr mgła, to powiem wam, że bym jej nie zamieniła na coś innego, chwilowo. Chociaż, no dobra, każdy ma marzenia, ja też mam, by teraz siedzieć i ziębić sobie adek na skała Tjurpannan i robić zdjęcia. Oj być tam w Samhain. Dziś wieczorem, byłoby niesamowicie. Byłoby…

Nie jest.

Jestem gdzieś indziej. W miejscu, które kocham, ale problem w tym, że kocham dwa miejsca, no kurde no! Zdarza się, ale ta mgła tutaj, oj piękna jest, niesamowicie podkreśla ostee czerwienie i żółcienie. Piękne, szalone, niesamowite. Wtapiajace się w już nagie gałęzie, w one jeszcze zielone, odkrywające to, co zakryło lato oną swą pełnością barw i odcieniami zieleni.

Podnoszę łeb i widzę pole, drzewa…

Gaard w oddali.

Taka ta mgła dziwna, taka niby havgus, niby mgła, niby wilgotność, a jednak tylko jakieś dziwne ochłodzenie, zimno nawet, chociaż miesiąc się ocieplił mocno… aż za mocno, a jednak… ech, cudowna jesienność…

W końcu bezsłoneczna.

A jednak aż drżąca od światła.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żółty Liść… została wyłączona