Pan Tealight i Wielka Matka…

„Oj była wielka…

Wielka w wymiarze ogromnej, gigantycznej, wiekopomnie zajmującej przestrzeń i powietrze zasysającej… I to w mini spódniczce, obcasikach, przycepionych do połyskujących sandałków i skarpetek w króliczki, oraz jeszcze futerko do tego dziwnego, odstającego, metalowego stanika… pewno tyż z jakiegoś króliczka, mutanta, albo z onych króliczków wielu. Aż strach pomyśleć ile na taki biust tych zwierzaków musiało zostać zjedzonych.

A może nie strach?

W końcu jeśli zjedzone były, to się nic nie zmarnowało, nosz w pełni mądrze i wszelako wykorzystane dobra natury mniej lub bardziej ludzko modyfikowanej, bo przecież jakoś smaka musieli mieć ino na te jasne króliczki, a nie na brązowe, chyba że w brązowej kurtce ktoś innych chodził, a może jednak gacie miał?

Złe myśli!!!

Jednak, robiła wrażenie.

Wielkie.

Nic diwnego, iż zwali ją Wielką Matką, nie dlatego, że onych dzieci tyle narobiła, nie… jakoś stroniła od tych klimatów. Tak naprawdę nie wiedzieli ile dzieci miała ile wciąż przy cycku, ile odchowanych, może li już i babką była, ale wiecie, się nie przyznawała… może tak było? A może inaczej, nie dociekali, bo jakoś tak… głupio było. Głupio się było zapytać wprost a tak okrętkami, jakoś niczego się nie dowiadywali. Szczerze. Jakoś tak nie wychodziło, ale… zwała się matką.

Tylko… czego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klub Mefista” – … no dobrze… Jeśli chodzi o Tess, to jest to taki mój stary crush. A jak stary, to wiadomo, że w onej kopie zapleśniałych została pogrzebana i jakoś tak… jakoś tak stwierdziłam, że chcę ją z powrotem.

Nie dlatego, iż zakończenia ma cudowne, bo tutaj zawsze coś nie wypala, nie dlatego, że mi się podobają Rizzoli i Islas – PS. serial jest fajny, ale całkiem inny, wiem, pewno pradawna wiadomość – bo właściwie, są intrygujące, ale ten związek między nimi, trochę nie istnieje. Chyba wolę książki samotne, poza tym cyklem, ale jednak… ech, ten tom lubię. A ja zobaczyłam okładkę, ech… wpasowała się w ten czas.

Krwawo.

Mrocznie!

Powieść należy do cyklu właśnie Rizzoli i Isles, czyli pani detektyw i specjalistka medycyny sądowej. Biedna i bogata. Lekko niechlujna i odziana w drogie ciuszki… dwie przeciwności, rąbane bieguny, ale jedna kocha i jest kochana, a druga, ech, to po prostu tak pasuje o Polski… LOL romans z księdzem.

Mniam!

Okay, nie mniam, bo sprawa jest poważna, ale jednak, powieść jest fajna. Gerritsen to pomysłowa autorka i naprawdę potrafi wciągnąć i przerazić. A tutaj cała historia zdaje się mieć co najmniej dwa oblicza. Mordercę i ofiarę, która wciąż żyje… jeśli to jest ofiara, bo przecież… a tak należałoby też wspomnieć o rodzinie Rizzoli, szykują się zmiany i nikt w nie nie chce uwierzyć…

Okay, powieść jest pełna wątków, ale jednak, najważniejsza jest… zbrodnia.

Wieje i pada.

Wilgoć w powietrzu zdaje się szaleć jakby była na jakiś dobrych prochach i się kurna nie dzieli z innymi, więc… więc człowiek nie oczekuje wiele od zwykłego dnia. W końcu ma oną szarość, za którą tęskni i ciemność… no dobra, nie zawsze, nie codziennie, bo jednak słońce daje, na przykład z rana, więc…

… więc chce się człowiekowi na spacer.

Strasznie…

… ale jednak, ten wiatr, przewieje zatoki, zrąbie głowę i tyle z tego wszystkiego będzie. Nie no, jakoś trzeba sobie z tym poradzić, jakoś trzeba będzie… dobra, poczekam do dnia, gdy będie wiało mniej i już… las. A w lesie zielono. Trawa szaleje, a paprocie, ja pierdziu, co to, epoka przed ludźmi? Pleistoceny jakieś czy inny karbon? No weźcie, rosną jak małe drzewka.

Szaleństwo.

Ale piękne takie.

I pięknie w tym lesie, na szczęście kamienie stoją nadal gdzie stały, więc przynajmniej to nie stresuje, ale te sosny i brzozy i te specjalne drzewa, które naprawdę nie wiem w jaki sposób są takie, jakie są. Pokrzywione, pokręcone, wszelako pogięta, niczym ludzie złapani w jakimś momencie życia, w szalonym tańcu codzienności. W onym momencie, który naprawdę ich poniósł…

Tancerze.

Za to w mieście w końcu w sklepach święta…

A co, u nas nie ma aż tak wcześniej, a ja raczej nie narzekałabym gdyby było, bo to co mamy, tuzież możemy nabyć na Wyspie, to wiecie, ile kot napłakał, krowa wyśpiewała a wilcy z obgryzania zostawili. Tłok za to, ludzie wiedzą, że jak nie zdobędą onego czegoś teraz, to już za tydzień nie będzie, więc taka tam walka o wpływy. Wiecie, ja mam ty nie i tak dalej. Albo lepiej, na prezenty, na one wszelakie pocieszenia się w onej codzienności szarej… bo…

Nie, wróć, czy serio tylko mnie męczy i wykańcza lato.

Naprawdę go nienawidzę.

Zabija mnie, ale już pierwszy powiew jesieni, nawet ciepłej, przywraca mnie do życia. Jakoś tak jest i tyle. I tak, niewielu to rozumie, że wolę pochmurnie, dżdżyście i jeszcze mgliście i wietrznie nawet, ale może nie huraganowo, wiadomo, chcę mieć dach, kocham swój dach, no weźcie no… i ta mroczność częstsza, poranki ciemne lub choć mocniej szarej, oj cudowne to wszystko, takie uspokajające.

Jakby ktoś pozwalał ci w końcu zwolnić…

Odpocząć.

Ciepły październik nie był cudowny, ale jednak dało się przetrwać, za to listopad zaczął się mokro i wietrznie, w końcu jakoś wilgotność trochę opadła. W końcu… akurat hygge po wyborach, po tym całym cyrku…

Tylko, czy będzie lepiej?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.