Pan Tealight i Panna z Niesamowitych…

„Bo nie mężatka.

No wiecie, jednak mężatka, nie żeby gorsza, nie, no nic z tej strony, naprawdę nic… nie, no w ogóle nie!!! Oczywiście nikt tutaj nie potępia onych, co wkroczyły na drogę małżeńską. Czy to z osobnikiem płci obcej, czy tej samej, wiadomo, teraz tyle tych pełciów się narobiło, że ino nowe encyklopedyje pisać, ale… jak na razie, to po prostu ujmijmy to tak dwojako. Z psem czy kotem wciąż nie można, się znaczy oficjalnie, albo z kozą czy słoniem, wiecie, jednak zwierz to zwierz. Niektórzy może i się identyfikują ze świniami, ale mało kto się przyznaje, iż warchlak z niego…

Ale…

Nie mężatka, więc bez pewnych zobowiązań.

Chociaż, nawet panna może je mieć, kota, psa, chomika czy dziecię… przy cycku lub już dalej pogonione. W końcu czas płynie, wiele panien zmienia się w mężatki, wdowy, kochanki, wszelkie rozwódki… albo i jeszcze takie pomiędzy, niezdecydowane. Może już młotek zastukał, ale one jeszcze nie usłyszały onego stukotu. Wiadomo… drzewo w lesie, dźwięk nie dźwięk…

Tia…

Panna, do tego się już nie da wrócić. Raz rwiesz wianek, potem on już nie wraca. Jesteś inna, wyrolowana, obrobiona, zmieniona, naznaczona, może i szkarłatna litera jarzy się na twoim czole, niewidzialna dla wielu, lecz jednak… przecież tak niewielu wie, na pierwsy rzut oka, nim rozskreczysz się sama w sklepie…

Nim coś ktoś puści?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Władca ciemności” – … koniec? Ale czy to jest koniec? Ale jak to? Przecież… tak naprawę dopiero wszystko się zaczęło!!! Znaczy, no wiem, nie do końca, trzeci tom serii o Marcusie zaczyna się… cóż, od śmierci.

W tych książkach już tak jest, iż śmierć najpierw.

I oczywiście śmierć się pojawia, ale najpierw legenda i ciemność. Wszelaka niemoc związana z brakiem energii elektrycznej, która dla mnie jest dziwnie… nie wiem, może to przez czas spędzony w przeszłości, w której światło gasło, świeczki były pod ręką, gazowa butla, niektóry mieli jeszcze piece…

Tia…

… może dlatego dla mnie to było takie, normalne. Ciemność. Tutaj, na Wyspie, ciemność jest totalna. Sorry, nadchodzi noc, jeszcze poza sezonem jasnych nocy, jest po prostu nie do przejścia często. Gęsta i niesamowita… ale wiadomo, miasto to miasto, szczególnie takie, które zalewa descz, rzeka może wystąpić z brzegów, więc… no i kto jest zbrodniarzem, bo przecież są zwłoki i to nie jedne i jeszcze tajemnice Watykanu, które oczywiście wyłążą na wierzch, i jeszcze… jeszcze ci najbardziej okrutni, których nic nie powstrzyma, jak ich ukarać?

Jak o nich dotrzeć?

I tak, ponownie spotykamy naszą znajomą dwójkę czyli Marcusa i pełną sprzeczności obecnie, policjantkę. Wszystko się zaognia, zmienia, bohaterowie dorośli, z jednej strony uświadomili sobie one traumy, ale z drugiej, jakoś dziwnie się z nimi zmagają. Jakby rozwiązywanie spraw innych było łatwiejsze.

Tylko, jak długo tak można?

Niesamowita opowieść.

Czytać po kolei!

I jak nie jebnęło!

Szyby zaczęły latać, kwiatki na parapecie tańczyć… co łapać? I tak raz za razem… cisza potem jeszcze trzy razy, a za każdym razem mocniej… ostatni był najgorszy, aż do Chowańca zadzwonili, coby im wywiadu udzielił.

Kuźwa, ja rozumiem, że akurat mieliśmy włączone komputery, ale akurat, serio, i że od razy, facetime czy inne tam… w końcu zadzwonili po raz drugi na pogaduchy… nosz patrzcie jaki on sławny teraz. LOL Po drugim raie sąsiad wylazł, macha z dołu, że niby co się dzieje, nosz kurna skąd mam wiedzieć? No nic, link wyżej, wybuch jak widać poszedł z terenu Polski, ale…

Nikt nic nie wie.

Chociaż, wiem że epidemia kleszczy w Polsce jest zatrważająca, może to one? No wiecie… to było trending na stronach PL. Po kilku godzinach nadal jakoś tak nic nie wiadomo poza tym, iż Chowaniec nie będzie w telewizji, bo ktoś inny się zdecydował i widać, jakoś tak, zwyczajnie wszystko na razie wyciszyło się…

Sobota… kurna, miał być spokojny weekend.

A jakoś chyba nie wyszło.

No bo sobota i wieczór piątkowy to jedyna jakaś tam możliwość spokojności, albo może się uda, tak w niedzielę… spokojna niedziela, nudna i z dobrymi wieściami na przyszły tydzień? Mogłoby być, co nie?

Może…

No dobra, poza tym jest ciepło i jasno…

Noc nadchodzi pełna dziwnego, niebieskawego światła i tak naprawdę, męczy… ósma, dziewiąta… kiedy te ciemności w końcu? Przecież ranek wstaje w okolicach piątej… a może i wcześniej to światło się pojawia? Już nie wiem. Mam ochotę nie wiedzieć, tak naprawdę… nie wiedzieć niczego.

A może jednak wiedzieć… nie wiem. LOL

Mniejsza, wiadomo, lato idzie, maj już w połowie, czas zapiernicza jak szalony, a człowiek cieszy się tym, że fajny notes w końcu udało się mu nabyć. Małe rzeczy, wiecie, małe rzeczy czasem są wszystkim. Serio. Fajny kamyk na plaży, zwrot podatku z urzędu, nie wiem, jakieś tak małe głupoty, a nie wciąż te popierdoleństwa. Popierdoleństwa, na które człowiek nie ma wpływu często… bo jakbyś nie walczył, zawsze coś się zawali, coś można pomylić, namieszać jakoś, proste…

Zawsze się zaliczy jakąś wpadkę… choć raz na rok!

Może po prostu one wpadki trza będzie jakoś dopieszczać i jeszcze oswajać? Nie wiem, ale może o to chodzi?

Tak w ogóle, to patrzę na kogoś, kto wpieprza na wizji McDonalda i sobie myślę o tym, nosz dlaczego u nas McD upadł? Był jeszcze jakoś w 2005, może rok później, a potem nic? Nie wrócił? Dlaczego? Czy ludzie by nie żarli, ci przyjezdni na pewno, ale miejscowi? Czy cukierki im wystarczają? Bo przecież jest tyle miejsc do wynajęcia, nawet w samej stolicy, na rynku, od tylu lat wolny lokal, perfect dla KFC czy McD!

… więc dlaczego nie?

Czy ja bym jadła?

Pewno nie… nie lubię tych buł, ale frytki… może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna z Niesamowitych… została wyłączona

Pan Tealight i Pomiędznik…

„Zawsze to miejsce było dość dziwne.

Niby istniało w całym ekosystemie, w każym jego załamaniu, wdechnięciu i westchnięciu, niby było wszędzie, we wzdychach i zdychach… zawsze, ale jednak, często było zatykane, jakby nie chcieli go zauważać… jakby… zapominali o nim, a może, przestawali je dojrzewać? A może… tracili oną umiejętność prawdiwego widzenia zaśepini tymi, któzy wmawiali im, i tylko oni wiedzą jak widzieć?

Nie wiedział, ale jednak był zaskocony, gdy Pomiędznik, władca wszystkich onych granicznych, przybył do Sklepiku z Niepotrzebnymi, by zwyczajnie się wprowadzić. Co więcej, prosić o azyl i szykować miejsce, najlepiej głęboko, gdzieś tam, pod onymi jaskiniami, gdzieś gdzie gejzery z ciepłą, jajeczną mazią, zapewniały wszelakie rozkosze spa i różnych tam wariacji artystycznych.

Wiecie, z onego błocka można sobie było zwyczajnie coś ulepić…

Albo kogoś zalepić.

Na amen!

… więc jak wykle pokiwał tylko głową i wpuścił kolejnego gościa… przez te wszystkie lata, wieki, eony, tylko kilka razy zaryło się, iż miał wątpliwości, teraz ich nie miał. A zresztą, drzwi przytaknęły cicho klapką na listy, jękneły judaszkiem w kształcie paszczy z jęzorem – automatyczna myjnia oka za darmo za każdym razem! i już, wiadomo było, że wszystko się ua, że tak ma być i tyle.

Ale musiał to przemyśleć.

Wsłuchany w cichutkie gruchotania, gdzieś tam w głębi ziemi pod Białym Domostwem… dziwił się światu. Bo to, co obserwował zdarzało się już, ale nie aż na taką skalę… chociaż, ludzi było więcej i tyle.

Może to to?

Rechot Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane rozlegał się mu gdzieś w okolicach trzustki… boleśnie… ostatnio naprawdę robiła wielkie postępy w onym prawie filmowym wiedźmim się śmianiu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhjem… motory?

Motory?

Serio?

Wybiera się człowiek na zwykły spacer, jakąś taką zwyczajność… wiecie, niedziela, ale niektóre sklepy otwarte, Turyścizna jest, lody je, a tutaj nagle grzmoty, nagle odgłosy jak z czeluści, w których serio nie chcesz się znaleźć… dźwięki, których chcesz uniknąć… prerażające, przestraszające.

Motory…

Zjechali się na coś tam…

… nie interesuje mnie na co, ale jednak kurna no, specjalnie ponadprzykręcali sobie te dźwięki, tłumiki zlikwidowali? I pomyśleć, że durnie myślałam, iż ten ruch został w Gudhjem ograniczony. Znaczy wiecie, na głównej ulicy, że nie można, że tylko ci, co mieszkają, że jakoś tak…

Nie wiem…

Przerażające to wszystko.

Na dodatek, jakoś dziwnie ludzie zapomnieli, jaki to u nas jest ruch i wychodzi na to, iż większość chyba z UK przyjechała, bo nie wiedzą, że trzeba iść po tej, a nie po tamtej, oczywiście w zależności od iścia pod górkę czy z górki… a pod górkę tutaj całkiem nieźle w uda daje! Jak ktoś chce, to taki spacer dookoła miasteczka codziennie, czy kilka razy w tygodniu, spokojnie odbębni wam ćwiczenia za razem cardio, jak i one ćwiczenia z ciężarkami, jeśli tylko nie kupicie na dole lodów…

No wiecie… LOL

Jeśli ich nie kupicie, ale w zamian, po drodze w dół, w Sparze weźmiecie melona czy ziemniaki i z nim się przejdziecie pod górkę i z górki i z znowu… no to po prostu ubaw roku! Tracicie kilogramy, ale musicie uważać na one otry, tosz to idioci i wariaci. I kurna no, ekologia na całego – #sarkazm.

Ja pierd… nie, nie będę się nerwować, kryształek se kupię.

Bo przecież one sklepy, chyba ze 3 czy 4 je mamy, takie wiecie, ciuchy dziwne, dziwne akcesoria, jakieś czapeczki i takie tam, no więc one u nas mają i jakieś tam ezoteryki… i czasem są kryształki i wiecie co, był… mała kulka śniegu, no obra, śniegolodu, ale dla mnie za jedno… wiadomo, dobry kryształ nie jest zły!

A jak człek weźmie go pod ono słońce over Gudhjem, ten sol przez niego będzie przenikał, a jednak i morze z tyłu będzie się odbijać, to jakoś tak, nagle lepiej, no i odejść można od centrum i po prostu być… w Nordhavnie, gdzie jakoś tak, wszystkiego mniej jest. Wszystkiego jakoś tak… więcej. Więcej spokojności, morza, ludzi mniej, dźwięków i ten pas ziemi całującej morze, skał się z nim bawiących…

Za to w Allinge oblali rzeźbę/pomnik keczupem… pewno się domyślacie czego ten pomnik, i dlaczego, i z jakiej okazji, której to czas już minął, a posąg wciąż stoi… no tak, Rosja nie jest mile widziana… nigdzie. Ch0ciaż tutaj, to w szczególności, a II WŚ, za te koszmary… nie, wypad! I tak jak sobie o tym wszystkim pomyślę, to jakoś tak, no po prostu nie rozumiem skąd ten pomnik i dlaczego?

Poczytam o tym później… jak Scarlett…

Na razie mam co innego do roboty… na razie mam zajęcie, jakoś nie mogę się nudzić, więc, nie, na razie nie… chociaż, korci mnie… No i bam, cmentarz, serio? Nie wiedziałam. Znaczy wiem, że są groby, ale nie w Allinge, jakoś tak… nie byłam tam, bo jakoś no, o patrcie, nawet przewodnika można dostać, jak kogoś stać…

O patrzcie, mam nawet zdjęcie…

Mam nadzieję, że nie użyli naszego, bornholmskiego keczupu, bo jest za dobry by tak go marnować, wiecie… rozumiem dlaczego, protest to protest, wyrażenie opinii, nikogo nie skopali, deszcz by to zmył, ale susza… więc…

Ekhm…

… wszędzie ludziom nerwy puszczają, mi z powodu strasznych dźwięków!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomiędznik… została wyłączona

Pan Tealight i Szczypacz…

„Ale no…

Wiadomo, wiosna, wszystko i wszyscy budzą się do życia, raduje ich słońce, wszelakiej pogody jasnej info i tak dalej. Grille się im marzą i jeszcze łażenie ino w gaciach i koszulkach i oczywiście wszelakie odpoczynki i inne tam, letnie już właściwie zachowania. Bo przecież jak ciepło, to pora roku nie ma znaczenia, byle pić, żreć i się lenić. By robić kompletnie nic.

Ale… no tak.

Mimo wszystko ciepławo może i było, duszno nawet i sucho, ale jednak to wciaż wiosna. Zwykła, może odrobinę zestresowana, ale wciąż, jakoś tak, wiosna… wiosna biegnąca już ku latu, ale wciąż…

No tak.

Wiosna, światło i od razu ludziom odbija, Pan Tealight wiedział, że co jak co, ale ta cała wiosna, to zawsze była jakaś ambiwalenta psychiatrycznie. Wszelako i mocno. Co jak co, jeśli chodzi o ludzi, miał ich gdzieś, ale mina Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, jakoś tak go kłuła.

Wszędzie.

Rozumiał ją i już tęsknił za ciemnością i tymi ich wspólnymi chwilami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhjem…

Zacznijmy od tego, że Melsted i Gudhjem wiadomo, zwane są miastami bliźniaczymi. W znaczeniu onych syjamskich, nie że jakoś tak, takie same. Właściwie, okay, stoją one tablicki, ale gdzie się jedno kończy, a drugie zaczyna, no nie wiem, nie pytajcie się mnie… niby mieszkam w Melsted, a papiery mam na Gudhjem, kościół słyszę, zaraz za plecami one słynne ogrody motyle…

No tak, muzeum wydało zbyt wiele na coś, co jest dziurą w ziemi i trawnikiem… na swoim terenie, więc niby bez problemu, a jednak, coś mi nie gra… bo moja łączka dla robaczków i motylów i takich tam ptaszydełków, na ugorze kosmarnym, i właściwie za darmo wzrosła, a oni od tych wszystkich lat wciąż właściwie nic. Poza tym, że zdewastowali lasek, to trochę uregulowali spływ dziwnego strumyczka, częściowo rowiązali problem, który w czasie większych opadów oczywiście staje się problemem… no wiecie, w końcu oni WIEDZĄ co robią, ech…

… nie wiem…

Mniejsza, na onym całym trawniku pełnym kwiatów i z ockiem wodnym stać miały kamienne rzeźby, ale jakoś tak, wyszło jak wyszło. Rzeźby nadal stoją bardziej pod muzeum, gdzie trawka zielona a w niej siedzą stokrotki, więc ślicznie jest, no ale jednak… oj czekajcie, cicho… patrzcie, tam pod ścianą zalesienia jelonek, ten skurczybyk co mi szafirki wpierdolił, no jak nic on!!!

Bogowie!!!

Śledzi mnie, czy co?

No ale… motyle ogrody, to dla mnie ubaw roku.

Bez urazy, ale to nie jest jakaś wyższa technika, wystarczy zostawić tę ziemię, wyciąć może one ścieżynki, rozrzucić nasionka, ale i miejscami dosadzić kilka krzaczków, jakieś mniejsze drzewka, jakieś inne tam, wiadomo… ale zebrać nasionka tak z dookolnych łąk, które się zdarzają, sporadycznie…

Bardzo.

Nawet kurna mogliby trochę onych cebulek powciskać w ziemię, byłoby coś fajnego od razu wczesną wiosną, ale nie, bo natura… tylko że natura już dawno jest taka, jak i my i my jesteśmy ino jak ona, i zna krokusy, zadziwienie? Pewno że nie tutaj i tak dalej, więcej krwawnika i dmuchawców, no ale… byłoby miło! Kurdybanek, może jak sucho to kocanki, co? U mnie mają się super!!!

Genialne roślinki, pachną do tego!

Ech…

Przecież oni dostali na to tyle kasy!!!

I co z tego… trawa.

Babka na przykład, one czadowe kwiaty naprawdę sprawdzają się na działce i mnożą się genialnie, dodatkowo, nie podlewacie tego, bo korzenie specyficznie zapuszcza, do suszy przyzwyczajone, kwitnie, ma piękne liście, na odatek, prozdrowotne działanie… ech… abo ten wspomniany już krwawnik.

Ino z miętą nie szalejcie!

Ale… jeśli marzy się wam ona wiosenna motyla radość, to nie tam. Oj nie… sorry. Są na Wyspie inne miesjca, gdzie motylowie mają się super, ale… dlaczego o tym mówię, bo ten raj biodywersyjny, eksperyment biologiczno-botaniczno-aspołeczny-sztuk niepełeny, mieści się i w Melsted i w Gudhjem, patrząc na tabliczkę z nazwą, więc taka ciekawostka… dalej, idziemy na spacer!

Nad morze, do miasta…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szczypacz… została wyłączona

Pan Tealight i Pacjent Chorobowy…

„Bo właściwie… to nie każdy był.

Ściema i tyle.

Jedni zwyczajnie chcieli atencji, inni znowu nie zdawali sobie sprawy z tego, iż jej pragną, a jeszcze inni, zwyczajnie nie mieli nic innego do roboty i pchani oną siłą rozpędu, naczytali się w internetach, zapytali doktora Google i wiecie… stwierdzili, że się spojawią i już. Tak po prostu. Bo przecież a nóż widelec, łyżeczka świąteczna, srebrna czy złota, niewielka czy większa… może akurat na coś się załapią?

Że śmierć?

Nie, jej się nie boją… żaden z nich.

Chozi tylko o to uczucie bycia zaopiekowanym.

Może i wynikające z jakiejś tam zaopiekowalności w nich niezaspokojonej, w onej dziecięcej przeszłości, może i ciągnącej się za nimi od lat, ale jednak nie do końca zroumiałej, nieleczonej przede wszystkim, zaskakującej, gdy ktoś tylko o tym wspomina, bo przecież mama, albo tata…

A i te wszystkie prezenty!!!

Pacjenci, tak, sami się tak zwali, gromadzili się w one dziwnie plemienne ugrupowania i z zawziętą kłótliwością w głosach określali, który to z nich jest najbardziej chory i najbardziej cierpiący, i musi w kolejce do lekarza stać na przodzie, bo jak nie, to po prostu będzie kanał i się obrazi, i już nie przyjdzie…

A wiecie, jednak jakoś tak… byli rodziną…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dwie tylko… ale a to z jakiej tematyki!

He… i taki bardziej handmade a nie coś, co dostaniecie w zwykłej księgarni.

Szum…

Poszum i wszelaki dziwny wypełniacz cichości… wiatr i fale, albo one same. Słone, morskie, regularne, póki nie ucichną, nagle, lub rozpływając się w cichości… Człowiek się przyzwyczaja, ale… czasem go zaskakują. Czasem jakoś tak, pojawia się to wszystko nagle i nagle odchodzi.

Czasem.

A potem wraca…

Szczególnie w onej dziwnie wrzącej chłodności powietrza, którą teraz mamy, no to dopiero się onych dźwięków doświadcza. Jak już sąsiad przestanie tańcować z kosiarką… tak szczerze, czasem się zastanawiam, czy on nie tańcuje z nią ino dla tańców, bo nie ma co kosić, no bez przesady, no! Nie pada, więc nie rośnie. Kwiaty tak sobie wciąż, drzewka nie chcą wypuszczać…

Ino ci ludzie głupoty wypuszczają.

A jakby ich nie było?

Onych ludzi…

Co jest z człowieczym plemieniem, że jakoś tak, no nie wiem, zapomniało, iż jest częścią tego świata? Natury i tak dalej?

Nie wiem.

No ale…

Jeśli chodzi o dźwięki, to oczywiście, że casem się zary helikopter przed domem, wiecie, ech ten lans i tak dalej… LOL To wciąż ona działka, co ją facet kupił pod zabudowę, sąsiad ją kosi, a ten właściciel robi z niej lądowisko. I to wtedy tak wygląda, jakbyśmy mieli helikopter… zabawne. Albo i nie. Po telefonie tego kolesia od helikoptera wiemy już, że latał większymi i ma chody wszędzie, więc możemy mu skoczyć i tak dalej, tudzież nasikać na skrzydło… ale on i tak będzie robił co chce.

I tak, nie jest to legalne, ale jak masz kasę, to masz wyrąbane…

I wiecie, lepiej mieć pustą działkę od frontu domu, no i sobie takoś jakoś patrzeć na one zające na niej, hasające sobie, szalejące, ech, one to mają dopiero… wiadomo, nim wzrośnie populacja aut szalonych bardziej na drogach… ale na razie mają bajlando. Robią co chcą, czy też to, co im natura nakazuje? Nie wiem jak to z nimi jest, nasz obecny, siedzi w szałwii…

Lubi widać, ćpunek jeden.

Jelonek wpierdolił nam wszystkie kurna szafirki, więc czujcie mój ból! Moje ukochane kwiatki no!!! Najpierw zeżarły mi kurna młode drzewka, a teraz, nie no… skurczybyki rąbane no! A tak lubię je zasuszać. I ten zapach no! Po prostu kocham je w pierun no, za kolor i apach i w ogóle, a w tym roku kiszka i tyle.

Ech…

Deszczu!!!

Dajcie deszczu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pacjent Chorobowy… została wyłączona

Pan Tealight i Nadymaczka Pospolita…

„Może i nowy gatunek, może…

Może i należałoby jakoś tak toto łapać, opisać, jakoś tak po prostu obfotografować i jeszcze poznać, jak je, co je, czym je, gdzie sra, jak sra, kto to potem jada i tak dalej i jeszcze, jeszcze oczywiście wszelkie tam zachowania społeczne, aspołeczne i wszelakie inne… no i rozmnażanie, oczywiście, zamrażanie, odmrożenia, zamrożenia… wiadomo, przecież jakoś tak musiała coś robić, gdzieś robić, wielbić miejsca, jakieś tam mieć ulubione, jakieś mieć niekochane, jakieś znienawidzone…

Po prostu.

Nazwali ją Nadymaczką Pospolitą tak na razie, tak by było jakieś imię, no i wiecie, przy onym poznaniu, jakoś tak ona się powiększyła, balonikowała, czy coś… odsunęli się, bo przecież mogła może i zabić, może strzelała jakimiś igłami, może i gazy wypuszczała, albo coś nieznanego robiła… aurą obmacywała okolicę, by znaleźć żywiciela, czy coś… zbyt wiele filmów, zbyt wiele wiedzy…

Zbyt wiele zapomnianych stworzonych…

Tak, Pan Tealight miał czasem takie myśli, że przecież może to był on, może to jemu się przytrafiło, może… to było jego dzieło, ale nie pamiętał, wtedy tak bardzo się bawili, na samym początku Tego Czasu, na samym początku Stworzenia i Wybuchania… tak wyglądała jakoś, znajomo, ale jednak nie pamiętał jej. Czy też jego? Bo przecież wciąż nie określili płci…

I moe nigdy tego nie zrobią, bo nagle zniknęła…

Była i jej nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones

Z cyklu przeczytane: „Łowca cieni” – … drugi tom serii… i muszę się przyznać, że wciąż trzyma w napięciu. Z jednej strony masa tajemnic wciąż nie wyjaśniona, z drugiej nasze główne postacie: penitencjariusz i policyjna fotografka, jakoś tak żyją osobno… oczywiście do czasu, gdy kolejne zbrodnie ich połączą, bo połączą.

W końcu jest w nich jakieś tam… przeznaczenie?

A tam razem brodnie wydają się być… jesce bardiej przerażające, przemyślane, jakby prowadzące do czegoś więszego, próbujące udowodnić coś, a może jednak odkryć zepsucie Watykanu? Nie wiadomo, bo krok za krokiem, agłębiając się w tę historię wiemy, iż trzeba czytać bardo uważnie. Trzeba w nią wejść, by naprawdę zroumieć więcej z tego, co było, oraz tego, co nadejdzie…

… trzeba być uważnym…

Wciąż obecne w naszych bohaterach demony przeszłości kierują nimi, ale jednak nie wiążą ich mysłów i pragnień. Coś się zmieniło… coś przeżyli, coś zrozumieli, ale jednak, czy potrafią współpracować? Odkryć nie tylko zbrodniarza, ale i nie ukarać samych siebie za grzechy innych… bo ona mroczność przywraca im wspomnienia… straszne, pokrętne… ale też naznacza ich w jakiś sposób.

Bardzo dobra kontynuacja poprzedniego tomu.

PS. Już jestem po trzecim!

Wieje…

3 stopnie, a mamy początek maja… i to nie w nocy! Wieczorem. Jasnym wieczorem, rozpychającym się tą swoją radosnością, której nie rozumiem, ale to ja, zwykle taka jestem w one ciepłe sezony. LOL 3 stopnie!!! Ale nic to, przynajmniej człowiek cieszyć się mógł onym całym dniem i nocą.

Wciąż pod kocem, dodatkowym…

Ale… jeśli chodzi o przyrodę, to jej chyba nie przeszkadza ni wiatr, ni susza czy jakieś tam zimności. Tu się rozwija to, tam tamto, może i jabłonka wciąż się buntuje przed wypuszczeniem listków, zachowawczo sama decyduje o tym kiedy, co i jak. Wiecie, taka dumna z samej siebie…

Mnie dojeżdża przeziębienie, no ale… każydy ma coś.

Trolling oczywiście ma się super i podobno nawet widzieli humbaka gdzieś pod Tejnem… zazdro, ale jakoś nie jest ze mnie typ żeglujący, ryby łowiący, czy też w ogóle, ogólnie na nych statkach przebywający… a, tak w ogóle, to nasz nowy i największy, fantastyczny prom… się zepsuł, czyli jak zawsze.

Wsio w pariadkie!

Czy jakoś tak, no wiecie, przecież zawsze się psują. Kurde, mam nadzieję, że to nic wielkiego, bo przecież nowy jest taki. Wszelako jeszcze mało używany, nie każdy miał możliwość dotknąć, poznać, pooglądać i się nim przepłynąć, na prykład ja, więc, no weźcie no, co się dzieje?

Kiedy to piszę jest weekend i zastanawiam się, kiedy to te weekendy przestały mieć w ogóle znaczenie? Poza tym, że książki mi się opóźnią, bo długi był, więc… a zaraz, przecież no znowu długi weekend, więc może to dlatego? Po prostu jako człowiek pracujący z domu nie mam onych wolnych dni… powinnam może je sobie zarządzić, człowiek się stareje, nie moe już tyle klikać w one klawiszki, no!!!

Ale kurde, jak to się robi?

Niedawno, wróć, na naszych ostatnich nibywakacjach, jakoś tak żyłam przez tydień be pracy, znaczy wróć, po prostu nie tykałam komputera, no i było w tym coś tak cudownego, i wydaje mi się, że kiedyś zwyczajnie to rzucę, pewno wtedy, gdy wszystko trza będzie robić przez telefony… łącznie z badaniem krwi. I będę ja, stara i całkiem technicznie niekumata. Znaczy kumata, ale nienawidząca tego wszystkiego tak mocno, że niedotykalska taka i tak dalej. Wciąż udaje mi się unikać telefonu i co mi zrobicie?

He he he, jak mówię to ludziom, że używam starego telefonu Chowańca do robienia zjęć i że o nikogo nie zadzwoniłam od ponad 10 lat, nie wierzą…

I dobrze…

W prawdę nikt nie wierzy.

No ale…

… weekend za weekendem, po nim znowu weekend i kurde, smutne to życie, jak tylko czekasz na ten weekend?! Czyż nie? Bo to znaczy, iż cały pozostały czas jest do dupy jakoś tak… ech, no ale przecież wielu z nas tak ma. Nie oszukujmy się… zapędzamy się w kozi róg z oną robotą zamiast się wyspać i polenić…

Ech…

Ale czy się da żyć jakoś tak wolno?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nadymaczka Pospolita… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmia Wkurwia…

„Czasem się spojawiała…

… ze spokojności, z nerwowości, z nieświadomej świadomości, senności i wybudzenia, posprzątanego i zbałaganionego, nigdy nie było wiadomo z czego się wykluje, ale tak się spojawiała, w onej otoczce nieoczekiwania, w tej subtelności niemyślenia i takich tam niedopowiedzeń… w tych słowach, które jeszcze się nie narodziły i tych w onych zalążkach, które poszukiwały swojej definicji…

Może i zagubionej jak one…

… jak one nowej…

Obcej.

Gy ju niczego nie było więcej, niczego nie można było zniszczyć, na nic czekać, być dobrej myśli, złej myśli, w ogóle nie mieć myśli… wtedy się pojawiała Wkurwia, Wiedźmia Wkurwia. I świat wybuchał. Naruszały się stare porozumienia, pękały nici miłostek fałszywych i coś trzeszczało… zawsze w tym samym miejscu. I jeszcze pojawiało się niebieskie, malutkie jajeczko, totalny zbuk, ale jednak, jajeczko… z którego się wykluło coś, co… no cóż, było przyschnięte do skorupki, a może i zwyczajnie taki miało styl, czy coś? I piskało… i był to jedyny dźwięk, którego ona nie słyszała…

…wtedy.

Gdy to się działo, za każdym razem.

Pan Tealight czuł, że ono jajeczko znowu gdzieś jest na Wyspie, że się toczy, że może i jest na horyzoncie i zastanawiał się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nosz kurde no, ale ta natura sra!

No wiem, że wszyscy wydalamy, ale jednak no… te rozplaski na drewnie są z jednej strony artystyczne, ale z drugiej, po prostu ohydne i tyle, sczególnie na oknie… Wiecie, do tego jeszcze one odgłosy. Jak toto startuje, to aż coś furczy w człowieku, i potem sru, niczym zrzut z onego drona, co to niby nimi mają niegdyś tam paczki rozwoić… czy rozlatywać raczej? No ale… przyszłość, to przyszłość, a dziś… dziś jest pochmurne, cudownie, jest majowe, listki zielonością swą przenikają przez chłodny havgus… i nagle taka mewa i plask, a ty dopiero okna umyłeś.

Człowieku ty głupi i na co ci to było?

W rynnach tumult szalony, nie wiem, czy małe wróblowe już są, czy co… ale po prostu szaleją. Co rano z doniczek wygrzebane, co im się tam podoba, czy to lawenda, czy ozdoby… czy ziemia czy… nie wiem, już tylko sprzątam nie wnikam. W końcu jak złapać te ptaszory i im powiedzieć by tego nie robiły, petycję pisać, pazurem, czy co, jak? No i z drugiej strony jakoś tak mi ich szkoda, ale jednak, jakoś z innej strony tosz to ona cudowna dzicz jest.

Choć nie do końca dzika… tykająca cię, czy raczej twoje roślinki.

Ale wiatr idzie, więc może się uspokoją?

I ta mewa, rany, kobieto… chyba kobieto… weź przestań pukać mi w okienko! Jam zajęta no, nie będzie ze mnie Deotymy!!!

Wiatr nadchodzi…

Człowiek już to wie i nie tylko dlatego, że mu w apce przypominają, ale przede wszystkim łeb napiernicza. Jakoś tak. A jak napiernicza, to wiadomo, będzie pizgać. Ale na razie na horyzoncie dwa białe żagle, nosz romantycznie można by pomyśleć. Można by, ale jednak, jakoś tak… nie wiem, wiem że wiosna i tak dalej, zieleń wali i jeszcze te kwiatki, stokrotki szaleją w niekoszonej u nas trawce, bo po co tam kosić… zresztą przecież mówią, iż to ekologicznie nie kosić do czerwca co najmniej…

No i co to za trawka…

Ino krótkie włoski.

Ale… wiosna! Więcej kwiatków, więcej roślinek, a potem ino kwiaty. Kwiaty i tak dalej, niebieskie niebo, chociaż, ma być pochmurnie jutro, no i czy to nie był taki ostatni długi weekend? Osz kurcze. Polityka znowu odbiera człowiekowi jakieś wolne dni, święta… których się może nie zauważało, ale jednak… raczej w rejonach niedostarczonej poczty która ostaje na kontynencie, którą chces, ale nie dostarczą ci przed świętem, bo mieszkas w rąbanej Narnii… no i okay, ale trochę kicha, jak zaraz po tym jest weekend, więc do poniedziałku, a po poniedziałku znowu długi weekedn.

WOW

Maj jest taki frywolny!

Retrogradacja Merkurego? Nosz pięknie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmia Wkurwia… została wyłączona

Pan Tealight i Dziecię Ropuchy i Monokla…

„… ślepe było.

Ale tylko na pół oka jakoś tak, i to tego, które było teleskopowe. Po pradziadku ze strony mieczyka zwanego Nieznośnym Igiełkiem. Znaczy nie, że pradziadek, ino ten miecz tak się nazywał. Tak bardzo zabawnie. Ale też i dosłownie. I bo naprawdę był nieznośny, no i taki jakiś, wiecie, cieniutki i spiczasty i jeszcze kłujący. I naprawdę opływający w klejnoty. Opływający w nie i jeszcze się w nie obklejający…

Pradziadkowi było Waldemar.

A temu po kądzieli Maryjan. Wiecie, to taki bardziej koleś z wyższych sfer, a nie jakiś wygodny mały wojownik. Taki z domem więksym, jakimiś gadżetami, no i żonami, a tak, miał ich piętnaście, bo mógł. Było go stać, a z żadną nie utrzymywał tak naprawdę jakichś tam większych kontaktów… wiadomo, ile można? Miał swoje pasje, swoje zainteresowania, ale żony do nich nie należały.

Jednak najlepsi byli rodzice.

No tak, z nimi to w ogóle była inna bajka.

Spotkali się pewnego baśniowego, letniego wieczoru, kiedy to już w powietrzu czuć było jesień i wszystko, oraz wszyscy, mieli inne plany na ten wieczór, ale jakoś tak oni wszyscy i wszystko zwolniło, spowolniło i po prostu się atrymało zasłuchane w oną ciszę cykad i świerszczy, komarze bzyczenia, światłem gwiazd obmyci, oną czerwoną pełnią księżyca oszołomieni…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Siedzi sobie człowiek… i patrzy.

Patrzy na orane pole, coraz suchsze, jeśli to w ogóle możliwe… w końcu nie padało, wilgoć to jakaś mronka… może deszcz istnieje, może jednak popada, ale jakoś tak  prognozie pogody tego nie widać. Słońce, może trochę chmurek, ale raczej słońce i więcej słońca. Trochę wiatru, nocą lekko chłodniej…

Ot, taka wiosna.

Sucha, dziwna, nieruchoma jakaś taka.

Z tym niebem błękitnym, wronami wrzeszczącymi, mewami skrzeczącymi, kawkami, srokami, wróblami i innymi lataczami… z zającem chowającym się pod odbijającą szałwią. Jakoś te mrozy sprzed dwóch lat mocno nią pomerdały. Trzeba będzie podciąć, ale jednak, jakoś tak, jemu pasuje. Nawet kolorystycznie jakoś się zlewają. No ale, trzeba będzie ją przyciąć. Kwiatki dosadzić. Jakieś tam zioła, bo przecież one tylko chyba tutaj wytrzymują… i te heliochrysum…

Susza… a kiedyś były problemy z wodą.

Od kilku lat wszystko jakoś tak zdaje się marnieć. Fasady budynków się pochylają, farba odłazi ukazując mozaikę przeszłości. Tu róż, tu żółcienie, był i jakiś etap bieli. Były i szarości, coś ciemniejszego. Ale teraz czerwień. A może i pomarańcz, w końcu przecież to one dostępne odcienie w tym rejonie.

Ino „earthy tones”.

No i czerwone dachy!!!

I suche to wszystko, wiele budynków tak naprawdę niby ma właścicieli, ale czy ktoś tam w ogóle mieszka, czy ściany żyją? W wymiarze mikrobowo-robalowym może i tak, ale jeśli chodzi o całą resztę… cóż?

Ale… siedzi człowiek i patrzy..

Znaczy, jak ktoś umie, tak bez niczego po prostu ino siedzieć, bo mnie od razu nosi, więc se patrzcie na pola, na rozwijające się listki, ptaszków słuchajcie, onej ciszy, lekkiego wiatru, słońce może nie wrzące, ale opali, więc uważajcie, a ja wyplewię podjazd, bo wiecie, no wkurw cłowieka jakoś tak telepie jak tak nierówno te chwasty się plenią. Jakby jeszcze to w rządkach robiły… LOL

Jakoś tak, na razie, wciąż cisza…

Za jasno jak dla mnie, ale to maj już, chociaż człowiek wciąż jakoś tkwi w tym roku 2020, jeszcze przed pandemią, która tu u nas wygląała inaczej trochę, mocniej, więc niby nie powinniśmy być tacy… nerwowi, ale jakoś ja w ogóle nie potrafię z ludźmi. Mówią, iż to jednostka chorobowa, no ale.

Się nie będę kłócić.

Czasem tak myślę, czy można tylko siedzieć i patrzeć. Tylko i wyłącznie być obserwatorem, wnosić ino to, co się widzi do cywilizacji, a może nie trzeba wnosić czegokolwiek, może bycie wystarczy, w końcu wdychacie i wydychacie, więc… jakoś tak, drzewa was na pewno potrzebują? Może nie musimy być mistrzami manipulacji, szefami niewiadomocego… może naprawdę najlepsze są małe szczęścia…

Ale się na nich nie znam.

Wrony czasem mnie tylko tak intrygują… na nie mogłabym patrzeć godzina i zdjęcia robić, no co? Muszę robić coś jeszcze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziecię Ropuchy i Monokla… została wyłączona

Pan Tealight i Camping…

„Pan Tealigt miał do tak zwanego homo sapiens sapiens stounek ambiwalentny, a nawet… wszelako często traktował ich jak zwierzątka… znaczy, oczywiście fascynowali go, ale też jakoś tak, byli mu obojętni. To Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane udowodniła mu, iż nie jest to jedyny gatunek, istniejący na ziemi, z onych dwunogów… w końcu była i ona, a to oznaczało anomalię w dziwnej regularności… zaskocenie. Swędzenie w miejscu, do którego się nie sięga.

Oj tak.

Ale…

… po tym jak większość mieszkańców, rezydentów i wszelakich skłotowców, widzialnych i niewidzialnych, udała się na Camping majowy, po prostu miał chatę dla siebie. I mógł pisać. Mógł mówić do siebie i tylko siebie słyszeć i mógł w końcu te wszystkie najbardziej śmierdzące napary moczyć. A potem je pić. Kiedy chciał i gdzie chciał. Wybrał się nawet na spacer po Sklepiku z Niepotrzebnymi… trzeba przyznać, i od czasu, jak się tutaj przenieśli, wszystko się bardzo zmieniło.

Wszystkiego stało się więcej.

Pojawiły się i nowe pokoje i pieczary, jaskinie i korytarze, wszelakie jakieś takie dziuple i gniazda nawet, może i niektóre wyglądały mało bezpiecznie, ale on był Przedwiecznym, więc… co mu mogli zrobić? Co im on mógł zrobić? A te podziemia, wkopane tak głęboko, że biły z nich parowe chmurki… a te konstrukcje… a one dziwne podniesienia, no i jeszcze te wymiary, oj tak, niektóre znał aż nazbyt dobrze.

Nie tęsknił za nim.

Co to, to nie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Trybunał dusz” – … Marcus. Tom 1. Poczzątek opowieści o „księdzu”/sile policyjnej Watykanu, o tym, który zapomniał kim był, kim jest wciąż, który nie pamięta, ale jednak wciąż potrafi ropoznawać anomalie wskazujące na zbrodnię i pozwalające rozpoznać zbrodniarza… o onym wielkim archiwum, które zawiera spowiedzi tych, którzy zgrzeszyli najmocniej.

Najbardziej…

Niewybaczalnie…

Ale on sam ma swoją historię, dziwną, pokrętną i… zapomnianą. Ma ranę, która mu o tym przypomina, sprawę i opiekuna. Tego, który naprowadza go na tropy… ale też skrywa sekrety, które mogą powiedzieć zbyt wiele.

I jest jeszcze kobieta – fotograf policyjny, która sama aż namiernie bogata w swoje przeszłości, jest też elementem dochodzenia, które zazębia się aż nadto z jej przeszłością. Rozdrapuje świeżą ranę. Ale jest też jej własne śledztwo, dzięki któremu spotyka właśnie Marcusa. Tylko, czy to cakiem przypadkowe? A może ich opowieści się zazębiają… a może jednak są odrębne, i tylko los postanowił ich połączyć…

Podoba mi się, naprawdę.

Powieść jest intrygująca, ma kilka wątków, jest trochę niedopowiedeń, jest ten smaczek innej mentalności, jest i coś w niej psychologicznego. To nie tylko kryminał, ale też opowieść o ludziach. O człowieczeństwie, oraz o tym, do cego jest ono zdolne. Do jakiej największej podłości, okrucieństwa… jak bardzo skrzywione mogą być dusze. Jak niektórzy potrafią niszczyć innych.

Już czekam na kolejne tomy…

Maj…

Turyścizna jest, w nocy mocniej chłodno, w ciągu dnia kilkanaście stopni, ale poniżej 15… Wieje. Listki wyłażą, ale jakoś tak, lekko powoli. W niektórych miejscach bardziej w ogóle, w innych znowu prawie na full. No nie wiem jak to jest, w końcu z tego miejsca zwczajnie, taka ot skała na morzu.

Niewielka.

A jednak czasem pada tylko tu, czasem mgła tylko tam, a słońce, a temperatura, czasem podskakuje lub spada kilka stopni w ciągu kilku kilometrów, w znaczeniu siedzicie w samochodzie i patrzycie na wskaźnik… nie, że prowadzicie, czy coś takiego, siedźcie obok, albo zatrzymajcie się, jeśli prowadzicie. Nigdy nie zajmujcie się innymi rzeczami niż prowadzeniem onych pojazdów mechanicznych, mniej lub bardziej. A już telefon i przechodzenie prez ulicę…

Nie!!!

Ludzie są jacyś dziwni.

Ale od razu człowiek zauważa, że więcej ich… nawet jak uwagę odwraca od wszystkiego wzrost cen… i to w Lidlu. Ja pierdziele, o 10 koron na durnych rybkach? No weźcie no!!! Przecież tak nie można. Jakoś wypłaty nie poszły w górę. Opłaty za to poszły. Ale, w końcu dieta drastyczna nie jest taka zła…

Ech…

Ale…

Tak, są ludzie. Dużo ludzi. Do tego spragnionych onych zgromadzeń, jakby pandemii nie było. Dziwni ludzie zaczepiający cię tylko po to, by zadać durne pytanie… Bo czy ja wyglądam jak ktoś znający się na podkładach do skóry?

Błagam!!!

Ja?!!!

Ci, co przyjechali na rowerach i pod namioty, dziwni ci, to zmarzną, ci w hotelach się zabawią. Słonko ma walić, więc… nie wiem, jakoś się sobą zajmą i już. Może odpoczną, może nie… ale tak siedzieć na rynku, tosz trzeba mieć dobre nereczki i zatoki. No naprawdę. Wieje… łatwo o przeziębienie, czy coś gorszego. Uważajcie na ono pokrętne słoneczko. I już. I tak, wiem… jest słoneczko, w nocy jasno… tia, już się zaczęło. Jasne noce, a to dopiero maj, chociaż wróć, maj, czerwiec, lipiec i już będziemy powoli wracać ku ciemności, lub chociaż szarości.

Po 21ej, a tu wciąż szarawo, niebo ma ten niesamowity niebieski odcień, który tak kocham… niby już zmrok, a jednak nie. Za to spadającą temperaturę czuć w kościach. I jeszcze… a tak, mają testować alarmy znowu, tym razem na telefonach. Nie mam telefonu, ale jest w domu taki ICE i będzie pisk i jęk jak nie wiem co. Znaczy ten sygnał alarmowy będą przesyłać. A ten sygnał, to jak wiercenie w zębie, jazda po szybie i tablicy i jeszcze piorun mordujący… KOSZMAR!!!

I nie, nie ma znaczenia, czy telefon ma wyłączone dźwięki?

Abominacja!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Camping… została wyłączona

Pan Tealight i Niewidoczny Może Szpital Dla Błąkających Się…

„Byli tutaj, w dużych ilościach i różnorodni…

… mali, więksi, z jedną nogą i trzema, nudni z tymi najtańszymi, optymalnymi dwoma stópkami i dwoma rękami, dłońmi muskanymi, z przepisowymi dziesięcioma paluszkami na górze i na dole też diesięcioma, a inni , to jakoś tak, niczym ośmiorniczki… opancerzeni czy w koszulinach i jeszcze szalikowcy byli przecież i ci z czapeczkami. No tym to dachowało pod nimi, na pewno…

… przegrzanie organizmu.

I flagami.

Oj tak, byli tacy z banerami, ci ze szturmówkami, zwykłymi pinselami smukło-cienkimi i jeszcze ci, co szli na cało targając przez życie ze sobą coś, co mogłoby przykryć jakąś tam Dakotę czy inne Wisconsin. Wiecie, wsystko to dla życia. Jedni wyciągali to z przeszłości, inni dostawali w prezencie, a jeszcze inni…

Wiadomo, że DNA odkrywało tutaj największą rolę, ale…

Jednak chyba nie zawsze zwyciężało.

Bo przecież były mody i ludzie, którzy chcieli ci coś sprzedać i ci, co uważali, że powinieneś to i tamto i jescze oni, co mieli na uwadze twoje zdrowie i wszelki łelbijing, ale jednak, tak naprawdę… zwyczajnie chcieli się doczepić. Może dla rozrywki? Może nie mieli innego pomysłu na życie…

Może?

Takie chcieli wieść życie, uczepieni kogoś… kogoś się błąkającego…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przylaszczki…

Wyobraźcie sobie że z onego ogrodu rajskiego prawie, o którym już wspominałam poprzednio, wiecie, staruszki i meczenie… z kwitnącymi drzewami, z onymi owieczkami, maluszkami dopiero spoglądającego na świat… na plażę… ale jaką plażę, z jednej strony piasek mięciutki, z drugiej okrągłe, pokryte zielonościami kamienie… niesamowite w swoich odcieniach.

No i morze, niebiesko-szmaragdowe, spokojne, chociaż wieje, słońce wali, niebo błękitne jak z obrazka, może już mniej świętego… nogi wbijające się w nagrzany piach… i ten zapach, prawie smak powietrza… ale kurna, gzie moje kwiatki… kawałek nabrzeża, wapienne, więc pewno zniknie kiedyś, gdzie ktoś wymalował ochrą serduszko. Nosz kurna no, pewno tu trzeba skręcić, znaczy pod górę iść… ech… weźcie no, dyszu dyszu blech. Udało się, nawet nie było tak źle!

I już je widać, zaraz przy żółtej jak rzeka drodze…

I słychać.

Głębiej, w niewielki lasek, ale nie zagajnik, bo mamy tutaj i zróżnicowaną powierzchnię, przylaszczki, zawilce i pierwiosnki, oraz niesamowitą rzekę z małym wodospadem, właściwie geometrycznym… od linijki… do tego ono słońce, nosz światło doskonałe… przenika przez płatki, muska liście, pali ryj fotografa. No cóż, tak się zdarza, no wiecie, nie da się wszystkiego zakryć…

I te drzewa i te dźwięki…

Malutki raj botaniczny… a może nie tylko. I nikogo… okay, przyleciał zaraz pies, za nim idiota właściciel, ale poza nimi i rodzinką, która szybko się zmyła, jakaś taka widać miejscem nieoczarowana, to wszystko było dla mnie, tylko dla mnie!!! Tyle kwiecia… a Instagram zaleję nimi!!!

A na kontynencie sprawy się komplikują, wiecie, ten gender cały… nawet u nas, więc świat się podniecać zaczął sztuką. I tak… ponownie, a może po raz pierwszy w takim temacie na jaw wyszło istnienie pewnych rzeźb… ot, dwie rzeźby, które wywalił mi internety w twarz prosto… Szokujące?

A może pasujące do współczesności… jedna, czy druga dziwniejsza, bardziej wymowna… a mawiają, że Duńczycy to taki spokojny naród. Nie wiem dlaczego, ale ludzie tak mawiają… to dziwne trochę, bo kobiety wydają się być zmęczone, a mężczyźni wkurzeni i leniwi, roszczeniowi. No ale, do rzeczy…

Ale, ale ale… Ale najpierw muzeum. Kvindemuseet… Stoi przed nim rzeźba z facetem karmiącym piersią dziecko, facetem facetem, ale z cyckami… w znaczeniu ma wsio na miejscu, jednak, powstał podobno na dzień facetów, więc… nie wiem, jakoś tak, w obliczu kobiet przegrywających z facetami, gwałconych przez nich w więzieniach… nazywających się kobietami, czy półbietami, nie wymagajcie ode mnie tego, by to ogarniać. Nie chcę… już nie. Po prostu. Co dziwne, problemem nie jest sama rzeźba z 2021 roku by Aske Kreilgaard, pokrętna, bo broda i te piersi… nie wiem, nie, nie chodzi o rzeźbę, chociaż i o nią opinia publiczna jęczy, a o muzeum, które nazywało się muzeum kobiet, a teraz jest Gender Museum…

Ktoś coś mi wyjaśni?

Wróć!

Nie chcę wiedzieć… widać kobieta to zakazane słowo.

Druga rzeźba to gruba sprawiedliwość niesiona przez chudego Bambo, twórca Jens Galschiøt… eee… nie wiem, ale wiem, rozumiem, lecz mam dość? „I’m sitting on the back of a man. He is sinking under the burden. I would do anything to help him. Except stepping down from his back.” Rozumiem, iż ona sprawiedliwość to zwykle baba i tak dalej, zasłonięte oczy, symbolika jest, ale…

Co się dzieje z tym światem?

Kobieta, towar niebezpieczny?

Narkotyk?

Nagle to na kobiety zwala się wszystko, bycie oną, matką, kochanką, businesswężem, seksualną wampirzycą, facetem męskim, kobiecą kobietą, przedsiębiorczą i prebiegłą, obrotną, ale i łagodną  i jeszcze… kuguarzycą, dziewicą wieczną, dziewecką, a do tego wszelkie ło to przez baby, zaraz zaraz, maleus maleficarum? Kurna… ile tego jeszcze… nagle się cieszę, że nigdy dzieci mieć nie chciałam…

Zwykle w ogóle o tym nie myślę… lepiej nie myśleć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewidoczny Może Szpital Dla Błąkających Się… została wyłączona

Pan Tealight i Konstrukcja Modna…

„Było to jedno z zagadnień, które Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, oraz Pan Tealight, najczęściej ostatnio poruszali w swoich dziwnie milczących, bezdźwięcznych rozmowach… czy to na spacerach, czy po prostu czytając, siedząc, pijąc te swoje herbatki i podejrzane oraz podejrzliwe napary… zawsze rozmawiali, praca im w tym nie przeskadzała…

Nie mogli przestać.

Tym bardziej, że te czasy były takie, a nie inne. Przerażające, jednocześnie pełne tworów pięknych jak i jadowitych i nie można było odróżnić jednego od drugiego. Kiedyś było to łatwiejsze, jakoś tak… bardziej logiczne, że na przykład kolory pewne oznaczały: spierdalaj, albo wprost odwrotnie, zostań, poliż żabkę i zacznij w końcu fruwać. I to a darmo, aczkolwiek problemy z bagażem mogą być, więc może trzy żabki? No wiecie, więcej to lepiej? Mocniej…

Ona się ich bała…

On o tym wiedział.

Czuł też, że się zmieniała tak mocno, iż zaczynała tutaj nie pasować. I bardzo go to przerażało, ale jednak nie mógł nic robić. Ich życia się splotły i nie pragnął by nagle ona nić, ten dodatek do jego tkaniny, zniknął. Już nigdy… a przecież wiedział, wiedział, iż ona kiedyś zwyczajnie… odejdzie…

I co wtedy z nim?

Nie umiał z nią o tym rozmawiać, nie chciał.

Ona chyba też nie, więc rozmawiali o tym, co tak naprawdę dotykało tylko granic ich życia… w końcu mieszkali tutaj, a ona… tak naprawę chyba nigdy nie była człowiekiem. Ale się raz starała… kiedyś, dawno temu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyobraźcie sobie słoneczny dzień.

Niebo niebieskie jak kurna na świętych obrazkach, słońce wali, ale nie jest gorąco, po prostu ciepło z cyklu: „ledwo ledwo letnie”… tak zwyczajnie, wiosennie. Człowiek zatrzymuje się na poboczu, niewielki parking, pierun wie gdzie, gdzieś na dole mapy, po prawej zwykle… mieliśmy tutaj połazić już wielokrotnie, plany były, ale jakoś tak, no wiecie, nie wyszło, dopiero teraz, a wszystko przez pogłoski o niebieskich polach przylaszczek. Nie no, jak są przylaszczki, to ja chcę, ale jak to? Tak nad morzem? Przecież one nie rosną na plażach…

No weźcie no!

Co roku szukam przylaszczek.

Wiadomo, iż istnieje na Wyspie kilka miejsc, gdzie są na pewno, ale ludzi tam masa, więc nowa miejscówka, nie no, na pewno nie tylko my o tym wiemy, ale jednak, kurcze, może nie będzie ludzi… tylko to takie dziwne miejsce to jest, tak bardzo dziwne… no bo, najpierw, to w ogóle jest kamieniołom, po lewej tutaj, w którym łupać nie wolno, a i tak widać bezczelne ślady łupania. Może nie jestem od skamielin, poza swoją osobą, ale jednak fajny trylobit czy coś w ten deseń,  chęcią…

No więc napierw ta malutka odkrywka…

Niby kamieniołom, a jednak kurna jak z klocków Lego.

Z jednej strony główna droga, szosa jak nic, z reszty pola, a na horyzoncie skrzy się morze… czuję rzekę, widzę nad nią kilka gospodarstw, ale serio, gdzie ten las, no dla przylaszczek las musi być, ale odkryty, nie za gęsty, więc…

Muszę zostawić kamieniołom.

Nic nie znalazłam, ale też… nie łupałam.

Kwiatki, gdzie są moje kwiatki?

No więc idziemy, po prawej żółta rzeka, serio, żółta nosz jak droga do Oz. Ino szukać lwa, drwala i stracha na wróble… chociaż ja mogę postraszyć, ale za bardzo kocham te moje wrony, więc nie… ale rzeka żółciutka, oczywiście nie woda, ale ona dziwność, ni to piasek, ni pył, ot ochra prawie… niesamowite zjawisko, popatrzeć można, pomyśleć, posłuchać jej szumu i poszumu. Bo rzeki mówią, rzeki śpiewają, naprawdę chcą nam wiele powiedzieć, wystarczy posłuchać, a nie ino morze i morze…

Ale… chcę iść dalej.

Muszę… najpierw ku morzu.

… po jednej stronie rzeka, po drugiej pole, ale już po chwili, nie nie idzie się długo, pojawiły się dziwne pagórki. Jakieś takie wsio porośnięte kwiatkami i trawkami, płotek, więc musi być jakowaś zwierzyna, jakieś takie nasadzone owocowe drzewka, na biało wszystko kwitnie, a pod nimi, poza dwiema, cieszącymi się sobą, starszymi paniami, masa owiec z małymi…

Nosz po prostu malutkie, malusieńkie, wiecie, one lambiątka takie.

Nosz po prostu cuteness overload!!!

Czarne i białe i mieszane, ale w większości czarne… nosz po prostu jak jakowyś kawałek raju owczego, oczywiście z bombami, wiadomo, ale jednak… nie ważne to, bo one takie piękne, urokliwe, urocze i w ogóle. Beczą, meczą, dźwieki wydają, matki je karmią, karmią siebie, a człek myśli, że ino szopki w tym brakuje.

No naprawdę.

Ale przylaszczek nie ma… jeszcze nie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konstrukcja Modna… została wyłączona