Pan Tealight i Dzwonek Niebudzących…

„Chodziło mu o to, by nie budzić.

Po prostu, logiczne.

Wiecie jak to jest, jak nagle zabrzęczycie… jakoś tak zawsze jest to nieodpowienia pora… dziwni ci ludzie, w końcu słuchaj muzyki, głośni są w onych maszynach wszelakich, a jeszcze ci zwolennicy niskich trawek w ogódkach, nosz można oszaleć, nawet jak się jest Dzwonkiem, niby przystosowanym do jakichkolwiek działalności brzęczących i dźwięczących i tak dalej…

Donośnych…

Chociaż u niego ono ołowiane serce podobno wcale nie było stworzone jak u innych dzwonków, raczej, jak u onych donośnych, wielkich, przełomowe chwile wieszczących dzwonów. Ktoś zmarł, oddał serce, w tym wypadku wykorzystano tylko pół prawej komory, ale jednak…

… skończyło się, jak się skończyło.

Dźwieńczał tylko od czasu do czasu, częściej wolał obserwować świat wisząc na czubku jednej z najwyższych sosenek obok Sklepiku z Niepotrzebnymi, i podglądając ich tam, na dole. Ich niewiedzących, że jest tutaj, nad nimi ono banshee… podobno miał taką w rodzinie, więc we krwi zapewne coś mu płynęło… no dobrze, może nie do końca płynęło, lecz zastygło. Miał prawo się tak nazywać.

Zresztą, kto miałby mu ono prawo to zrobić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarodziejka z ulicy Reymonta” – … problem. Właściwie kilka. Po pierwsze okładka kiepska. Mówiąc najmilej, potem opis, kuźwa Hogwart znowu? Przecież to nie o tym, a potem, no właśnie… ta książka jest zwyczajnie za krótka, a jak już chcecie pisać do kogo jest podobna, to raczej proponuję perypetie szkolne od Olgi Gromyko czy Aleksandry Rudej.

I tyle!

Tytułem wstępu! LOL Żaden to kurna Hogwart!!!

Akcja toczy się w okolicach szkoły, właściwie szkoły to tam niewiele, więcej ich trojga, specyficznej trójcy, która byłaby niesamowitym materiałem na powieści, zresztą, każde z tych opowiadań jest nim, i szkoda straszna, że poznajemy je w tak krótkich formach, ale dobre i to… Może autorka kiedyś do nich wróci, bo jest moim nowym numerem 1… jeśli chodzi o polskie, dość nowe, odkrycia w rejonach fantasy. Język ma piękny, pióro lekkie, fabuły logiczne, a postacie, ech… no jak żywe.

Czyta się pieronem, bawi się niezwyczajnie i jeszcze… chce więcej.

No i weźcie no, cena niewielka!

Książki i prasa…

W znaczeniu, ponieważ na te z Polski przyjdzie mi poczekać trochę długo, znaczy minie szybko, ale jednak, wiecie, zamówił człek tak, by dostać to, co dopiero ma być wydane, więc musi, nie ma innej opcji, jak biedny, to trza kombinować, ale nie naczy to, iż z księgarni w Malmo czegoś nie przywiózł. I żeby nie było, Mars dla Chowańca, chociaż pamiętam, że to czytałam…

Gdzieś tam w zakątkach mi się telepie…

A to piękne moje…

I tak, wiem, tylko dla okładki.

No oszałamiająca jest, taka, moja… Blomsholm mi przypomina…

A te takie folklorowe było na wyprzedaży, razem z oną astrologią, ale to wiecie, jak dają, to tam… ważniejsze opowieści o trolach!

No więc płyniemy w tej strefie niedopowiedzenia… ściana Vipów na nas zerka, ja na nią. Myślę sobie, kurde, złapią mnie, czy co… zerknąć od góry można, filmik na Instagramie, jakby co… człowiek se zerknął i nadal nie rozumie. Podobno teraz wraz z każdym rejsem będzie można tamte wypasione miejsca dostawać taniej, jakby się punkty zbierało, nosz kurna, jakbyśmy mieli inną opcję, mniejsza…

Nie nerwujmy się, nadal mam odcisk od fotela.

Na dodatek sucho i gorąco, klimy nie ma, czy co?

Z drugiej strony przecież jest ciepło i sucho, żeby mieć 40 procent wilgotności w domu, to po prostu jak na nas, no jeszcze się nie zdarzało, ale teraz, norma. Z jednej strony super, wiadomo, straciłam wszystko przez pleśń, pleśń wymaga wilgoci, więc… ale z drugiej pleni się robactwo, pajączaki kochają takie suche momenty, zgroza. Zawsze jakoś tak nie do końca okay? Czy co?

Na promie oczywiście jak to na promie, jedni śpią inni gadają…

Dzieci chcą widoków, morze ino dookoła, aż w końcu ląd jest… i już po wszystkim, człek wyłuskuje się z fotela i zauważa, że no tak, z pewnością ten prom jest o wiele większy, by dojść do zejścia leie się i lezie i lezie… a niżej auta poupychane, podobno ta piątka bierze tyle wszystkiego ile dwa promy…

ŁAŁ!

A w Szwecji gorąc… nosz kurcze, też widać suszę mają, ale przede wszystkim ciepłotę wielką i deszczowość znikomą, wiadomo, jak u nas to zwykle i u nich na wybrzeżu, czy południu kraju… w końcu Szwecja to dość zróżnicowane terytorium, dlatego zawsze mnie śmieszą ludzie stwierdzający: o, byłem w Szwecji, bo Sztokholm wiziałem… tia, g… widziałeś, a nie Szwecję.

Ja wciąż odkrywam coś nowego za każdym razem, a tych razów jest kilka lub kilkanaście w roku…

Z Ystad… notes a telefony.

… więc po załatwieniu spraw ważnych i mniej ważnych, zakupie tego, czego u nas nie uświadczysz, a co dzięki spadającej na łeb na szyję się by zdawało, koronie swedzkiej jest w cenie względnie ostępnej… człowiek jest w stanie nabyć sobie jedzenie na miesiąc. Oczywiście skromne dość, niewymyślne, ale jednak…

Tutaj już za takie specjały płaci się o wiele więcej…

Jeśli w ogóle są.

A już warzywa, kurde, pokazują u nas na Markenie jak im wsio rośnie i przyznam, że w piasku na plaży szybciej coś by urosło. To jest klęska urodzaju, ale jakoś wszyscy przechodzą nad tym do porząku dziennego, więc… więc nabądźmy świeczki w IKEAi i połaźmy trochę dookoła, a potem znowu czekaj człowieku na prom i… O ZGROZO!!! Ktoś zajął mi miejsce!!! Co więcej, zajęli wszystkie względnie dla mojej nerwowości dostępne miejsca, więc co…

… no więc dawaj restaurant!

Pisałam już, że koszt siedzenia prosto do kierunku jazdy przy stoliku to przymus jedzenia, tudzież picia i… plus do biletu ok 150DKK. Sorry, ale i tak Chowaniec musiał zjeść obiad, on z tych, co potrzebują pożywienia, ja wody, więc wiecie… No ale, jak już doświadczać nowości, to dawaj, będzie do bloga…

Woda była dobra.

LOL

Polazłam obaczyć co tam dają śmiertelnikom i muszę przyznać, iż całkiem nieźle, choć brak opisów… to piwo mnie zmroziło, no ale, za burtę nie wyleję. Czy można mieć nadzieję, iż prowazący pojazdy nie piją… NIE! Piją. I to sporo. I tak, jest to problem, ale nie o nim… Poycje jedzeniowe dostępne dla mięsnych i mniej mięsnych, tudzież bezmięsnych. Ryba i coś w sosie, sałatki, kuskusy i nawet taca serów z winogoronami jak ze starego obrazu. Nie wiem… pewno dla tych z sekcji VIPÓW…

Tak, wciąż mam beef do tego!

Są i owoce, i napitki inne… chyba warto wydać. Ale co ja się tam znam… zaraz jak skończyli jeść pryszła babka pozbierać opłaty i teraz się zastanawiam, że co, że nie można reć przez całą drogę… no nie wiem… a może przyszła, bo zaraz po tym jak zebrała kasę, piknięcia kart się naczy, to zaczęło bujać…

Oj, moje wizje…

Ale… na szczęście nie mocno, więc racej wszyscy utrymali one kwoty w żołądkach, a ja zaobserwowałam zaskakujący fakt… tak w rządku patrząc od lewej do prawej wsyscy mieli w dłoniach telefony… a ja notesik i długopis.

Od razu widać, że wariatka, cnie? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzwonek Niebudzących… została wyłączona

Pan Tealight i Miecz Zapomnienia…

„Był ten od przeznaczenia i ten od naznaczania.

Ten, który zawsze, w sennym omamie ukazywał się królom i ten, który zawsze utykał w jakimś kamieniu. Szczególnie z tym ostatnim strasznie to było upierdliwe, jakby reagował na dotyk, może czytnik lini papilarnych, czy coś miał, jakieś takie ponadczasowe ustrojstwo… i jeszcze… no tak, był ten miecz, co od wody nie krwawił rdzawo, ale od krwi już tak, babski bardzo był. I ino od baby można go było dostać, od jakowejś władczyni jeziora, tudzież innego miejsca wszelako słodkowodnego, ale wiecie, zarośniętego brzegami, że niby skryte takie, ale…

… czy na pewno?

Bez pochwy.

Były miecze już kompletnie zużyte i takie, które dopiero, świeżo wykuto i jeszcze takie, które mimo onego znoszenia, zniszczenia, bitewnego czy nie, wciąż nie były przekute, tudzież złożone na wieczny spoczynek w muzeach, by tam kiedyś być na nowo odkrytymi i może… odrodzonymi… albo… tak, były też i takie, których przydatność miała się zakończyć dopiero wtedy, gdy rozpadną się w pył…

Bo taki był ich los, fatum, ono przenaczenie mityczne…

I był on oczywiście, Miecz Zapomnienia, jednym cięciem usuwający chciane i niechciane wspomnienia. Cięciem całkowicie niewyczuwalnym, więc często, po prostu następującym, po prostu, zwyczajnie się wydarzającym… niezależnie od tego, czy cięty obiekt będzie chciał czy nie pozbyć się wspomnień.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowy prom…

No i się zdarzyło.

Człowiek się wyszykował, akurat w przededniu Dnia Dziecka, wiecie, no nie ukrywajmy, tanie bilety były i tyle… jeszcze tanie, bo teraz już sezon, a zrestą i tak dzień później ten nowoczesny rys na Bałtyku znowu… się zepsuł. Znowu. I co gorsza, tym razem nawet załadowali ludzi, już mieli odpływać, a tu nagle wszyscy won i teraz co… wyjechali, zeszli z pokładu, nikt nie wie o co chodzi… Problem jest taki, że nikt wam nie mówi co się dzieje. Oni mieli jeszcze sczęści, bo organizowali dwa promy i za kilka godzin wszystko miało się ruszyć, ale teraz co? Czekać w samochodzie na rozgrzanej płycie betonowej, czy jednak nie… no i czekać na zmiłuj się, czy Poula Ankera, który na pewno przyjedzie… czekać, czy dać se siana i…

Ale nam się udało, na się jakoś w końcu udało i nawet było wględnie smooth… wiecie, jak to mówią Angole. Poranek oczywiście o tej porze roku to nie tyle ranek, co pełna światłość palącego słońca z zimnymi powiewami… człek wstaje po czwartej, ma już ten jakiś rytm zapisany w sobie, ale jednak wciąż się miesza, wciąż zapomina, chociaż przecież regularnie pływa, no ale… udało się, zapomniałam ino jednej rzeczy i co więcej, udało się znaleźć miejsce prawie perfekcyjne, ale…

Ja pierdziele, te fotele to masakra, a płynięcie przodem do kierunku możliwe jest ino w onych ściskowych fotelach na środku. Ocywiście, można nicym dama jakowaś schodami ze foyer udać się na górny dek, ale tam front zatkany i ciasno jeszcze bardziej… nie, nie dla mnie, potrzebuję okien.

Może jednak siedzieć na podłodze?

Problem z tym nowym promem jest taki, że ciasno…

A poza tym siedzieć można na środkowym – głównym – pokładzie ino pośrodku, bo po prawej jest strefa dla jedzących – dodatkowe 160 DKK od łebka, spojler alert, tyle kosztować będą mój żołądek dwie szklanki wody i podpieprzone dwa mini masełka, bo wiecie, nie mogę jeść przez leki inaczej paw pewien i pełny, cudowny właściwie, a po drugie piwo za darmo?!!!

Przecież tu sami właściwie motoryzowani!!!

Ale… najpierw skierujmy się w stronę Ystad, słońce wali, może spokojne, wielkie białe, niczym gołębne jakoweś monstrum sunie po maciupkich falach, Fotel odcina mym żyłom przebiegowość, więc patrę poprzez środek na prawo, żrą, na środku, siedzą i kimają lub w telefony się gapią, a potem po mojej lewiecy… no tak, bo widzicie, po lewej stronie jest kilka stolików z fotelami, ale mało, zaraz przy oknach, za mało niestety… za to jest miejsce na stworzenie kremowej wielce i oddzielonej od plebsu sali dla VIPÓW!!! Jakieś prawo mi się między komórkami kołacze…

Ekhm… Janteloven wiele ma w tym miejscu do powiedzenia o onych lepszych i lepsiejszych, ale wspomnę tylko, że na zapchany prom, tam siedziały dwie czy trzy osoby. Przyjemność siedzenia w onej kremowej minimalistycznej, ale  ardziej nadmuchanymi fotelami szaloności, to podobno koszt około 800 DKK od łebka, więc… skusicie się? Od razu powiem, iż bilety kupujemy z ogromnym wyprzedzeniem za 99DKK. Roumiecie teraz absurd i dziwną pokrętność sytuacji…

Chcą zarobić, problem w tym, że prom dla Wyspy to jak most…

A te winny być a darmo. C.D.N.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miecz Zapomnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Gazon Wspomnień Niechętnych…

„Betonowy był niczym spodek z przeszłości, gdy flagi łopotały na masztach częściej i w rękach niepewnych, do czego to wszystko wiedzie, ludzi… jakby teraz było inaczej. Ale jednak, trochę było inaczej… co prawda betonowanie przybrało kosmarną i jeszcze bardziej oszałamiającą formę, no ale…

… on był inny.

On był z przeszłości, był w kształcie dzwonu, któremu ktoś nadepnął słoniowato na serce… i serce się rozpękło i rozbiło się i jeszcze rozniosło swoje kawałki po okolicy, niepozostawiając żadnego śladu… żadnego widocznego, ale każdemu w tym momencie, gdy się to stało, coś zabrzmiało, wybrzmiało w płuckach i jakoś tak… nie pamiętali tego. W ogóle. Jakby magiczne lustro odebrało im pamięć, ale ponieważ to nie o nim opowieść, więc pomińmy je milczeniem. Milczeniem tak głębokim, jak niegdyś dźwięk roznosił się ponad polami i drzewami i górami, i morzami…

Rzekami też i jeziorami, ale ile można wymieniać?

W końcu jak wszystko, to wszystko…

Mniejsza…

… sam Gazon oczywiście był ważny. Był bardzo ważny, bo wysiane w nim były, w onej ziemi czarniawej, pełnej dziwnych białych kulek i malutkich kamyczków, armady dżdżownic na małych, ziemnych stateczkach, mrówek, glist innych oraz biedronek, czy okazjonalnie spojawiających się motyli… były wysiane wspomnienia. One, których nie chciałeś zapomnieć, ale jednak, jakoś tak, niechętnie było się ich pozbyć, więc… tak… tylko dlatego je miał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc…

Najpierw powiedzieli, że Express 5, nówka cudowna, szybki i piękny, niesamowity, wszelaka duma i tak dalej… uderzeył w barkę. Ale… cóż, Oczywiście, że ktoś nagrał jak to było, no weźcie no… więc na onym filmiku bezczelnie oczywiście widać coś, co zwać winno się prawdą, ale – na pewno kłamią LOL – widać… jak prom miękko, płynnie i dziwnie chcąco/konsensualnie wjeżdża w nabrzeże i słychać ten okropny, przejmujący, dziwnie papierowy ZGRZYT!!!

O Bogowie!

Najpierw zgrzyta, potem na dodatek jebie w biedną i zaskoczoną barkę, no nie wiem, dziecku dali poprowadzić, czy co? Cóż, wsiadać, czy nie wsiadać, człowiek nie wie. Zagubiony patrzy na oną wielką, nowocześnie, wprost kosmicznie wyglądająca maszynę i sobie myśli, że perspektywa, to zabawna sprawa.

Bardzo zabawna.

Ocywście iż wielkie naczenie ma tutaj to, że jest to biały pojad kosmiczny…

Znaczy wróć, nawodna jednostk, znaczy jednoskta pływająca, wszelako kataramanowa, bujająca się na boczki, ziwnie wrażliwa na fale, muszę przyznać już po jeździe, ale ja zawsze wybieram miejsce z przodu, więc, moja wina. Pamiętajcie, że z tyłu i pośrodku buja mniej… oj, no podobno, nie próbowałam, ciasno tam, ale ci co pływają tak mówią, więc raczej chyba trzeba im wierzyć…

… no co innego?

Królowa przyjedzie i da pojeździć na swojej zabawce AKA statku…

Taka to wieść pojawiła się w prasie… jak to dzisiaj bywa, niektórzy uwierzyli, więc od razu dawaj klepać se najlepsze miejsca na Dannebrogu, a tutaj co? A no kupka. I to wielka, śmierdząca i tak dalej… Dlaczzego? No cóż… Królowa przybywa ino na chwilę, widać problemy z kręgosłupem, czy też cała rekonwalescenacja przebiega gorzej, niz się mówi poddanym, a atrzymuje się na…

Christiansoe.

LOL

I tak, to właśnie mieszkańcy onych dwóch wysepek, połąconych mostem, onego bastionu obronności, wszelakiej dziwności architektonicznej i dodatkowo specyfiki mieszkalnej, braku wody, suchości, skał i tak dalej… malowniczości, ale też i dziwnej samotności, na życzenie lub… może i nie…

Może tam i przetrzymują kogo… nie wiadomo…

Ale, to właśnie oni mieszkańcy będą mogli sobie po królewskiej barce połazić. Niczym w Egipcie Starożytnym, wiecie, taka Kleopatra, i to biała! Wiem, że w dzisiejszych czasach nie jest to oczywsite. I nawet zabawne. Jak to się wszystko odbędzie, cóż, no zobaczymy… albo i nie, w końcu ten świat to jedna wielka…

Niepewność.

W tym mam pewność.

PS. Do mojego poidełka przybywają wrony i gawrony, mewy, które próbują pić jak wrony i kurna nie wiem dlaczego to robią i o co chodzi, ale… ostatnio są i sroki. Nosz kurcze, precież one są takie płochliwe, nie wspominam mniejszych ptaszorkowych, ale one mają w ogródku taki, wiecie, metalowy basenik…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gazon Wspomnień Niechętnych… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Sucha…

„Czuli to…

Nie tylko widzieli, ale przede wszystkim czuli.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane poiła już nie tylko wrony i wróblowate, małe ptaszki, a nawet i sroki, a nawet mewy, które nagle zaczęły udawać wrony… wszystko stawało na głowie…

… albo na piórze.

Pani Sucha rozsiadła się swym wielkim odwłokiem na Wyspie i nie chciała się ruszyć, ni w tą ni tamtą… co prawda, pewien dość wciąż nowy towarzysz Wiedźmy Wron, miał pewne moce i wieczory oraz noce bywały chłodne, ale jednak czerwiec już pukał do drzwi, a to znaczyło, iż jednak robiło się cieplej.

Niestety.

Cóż, taka kolej rzeczy, wiosna, lato, jesień, zima… ale jednak zimy nie było, jesień była marna, a wiosna i lato, bardziej niczym pustynie i wiatry tańczące razem w nazbyt mocnym, miłosnym uścisku, który… który nie robił nikomu dobrze. Nawet im samym… chcieli się może od siebie oderwać, chcieli i może zmienić to wszystko, jakoś tak, na coś innego, mniej bolesnego, mniej nieznajomego…

Ale nie mogli.

I wszystko marniało.

Rośliny zwyczajnie czerpały z czego się dało, dookolnych osobników żywych, mniej lub bardziej, onych innych roślin, które nie krzyczały i z tych, które krzyczały, ale mało kto je słyszał i jeszcze z rosy, która czasem się zdarzała i marzeń o deszczu i pragnień, splunięć, krzyków rozbryzgujących ślinę zabarwioną nienawiścią i petami… chociaż nie było to miłe, ale musiały przetrwać…

… zakwitnąć, a potem…

Znowu przysnąć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmy z Kijowa” – … piękna. I tyle. No co mam powiedzieć… nostalgiczna nawet miejscami… taka jakaś, no nie wiem, prawdziwa… i te bohaterki, naturalne, zaradne, wkurzające innych, różnorodne…

Powiem jedno, jak ktoś kiedyś zaczytywał się w literaturze tak zwanej wschodniej, odnajdzie tutaj znajome kształty, jak ktoś Kijów zna, znajdzie znajome ulice, posągi, miejsca, wszelakie sztuki opisy i takie tam… po prostu klimat jak za dawnych czasów, gdy książki miały być czymś więcej niż ino dialogiem…

Ale wiedźmy…

… cóż, nie znają się, a jednak spotykają… czy to sztuczka diabła, czy los, obaczymy, ale wiadomo jedno, Kijów ma problemy. A problemy oznacają dla tego miejsca prybycie sił, które będą niezbędne do jakiegoś tam ich rozwiąania… ale jak trzy, tak różne trzy, kobiety mają to zrobić?

Książka naprawdę niesamowita, romantyczna, miejscami wścibska, jakby kurna każda z nas ino marzyła o tych oczach czarnych, o dłoniach pięknych, o onych mężczyznach, no wiecie o co chodzi… te ciotki mówiące, że ino ślub, dzieci… i o zemście onej, i ino seksem ona kobieta może wsio rozegrać, wygrać i namącić… dobra, powieść jest i nie jest współczesna za razem, niektórych może urazić. Na pewno. Feminizm tu jest, ale świadomy tego, że czasem dekoltem więcej zwojujesz niż…

… no właśnie, może jednak magią…

Ale co to za magia?

Warto! Chociaż postacie może nie do końca perfekcyjnie przedstawione, chociaż trzeba, by zrozumieć, znać one realia starego pisania za czasów Bułhakowa czy Puszkina, to jednak, warto… warto!!!

No cóż… wieści nie są najlepse…

Po pierwsze nasza najnowsza wyspiarska zabawka, czyli nowy prom się zarysował. Znaczy przyrąbali w coś całkiem mocno i… zgadnijcie co? No zostawili wszystkich na zewnątrz, a był to ostatni prom, nocniak, i poinformowali ich o tym, że nie płyną, dopiero mocno po czasie… i tak się teraz zastanawiam, a raczej przygotowuję plan, co robimy jak nam się to przytrafi? I co oni zrobili? Miejscowi mogli wrócić do domu, ale reszta? I co my byśmy zrobili… Już raz w końcu było tak, że prom nie popłynął, wpierw kręcił się na morzu, stracił kontakt, czy co tam, pierun wie, czasem myślę, że on tam coś wąchają na tym mostku kapitańskim i nie są to dobre grzybki palone…

A czasem…

Po prostu się boję.

Ale, w tej poprzedniej sprawie było tak, iż kazali nam czekać, dali świstek na bułkę i herbatę i sieź w niewygodnościach, bo trza czekać na autobus… rozumiem to, z jednej strony, ale z drugiej… nie wiem… wiecie, nigdy nie mówią do końca prawdy, bo przecież lepiej nie. Wiadomo, panika, to rzecz najgorsza.

Jednak…

Trzeba przygotować jakiś plan… w tym czasie, gdy ju nie jest ciemno przez cały czas, czy też ziąb nie zabija, wiadomo, można kimnąć się w samochodzie. Albo wynając hotel, w końcu przecież zwracają kasę za to… ale, gdzie przed północą najdzie wyszynk jakowyś tyle ludzi? No bez urazy…

Jak, gdzie, przez kogo?

Trzeba jednak sprawdzić hotele i inne takie w Ystad, na wszelki wypadek…

Druga sprawa, to sięgnęliśmy najwyższej noty.

Dziesiątka!

I nie, nie jest to dobra wiadomość, a wszystko przez to, że oznacza to, iż nasza susza jest specjalna, wspaniała, ponadczasowa i w ogóle. Roślnki marnieją, drzewa niby kwitły niby nie, a liście, niby są, niby… nie wiem, awiązków owoców nie ma. I tyle… wiadomo co  tego będzie, a raczej, czego nie będzie…

Owoców.

Problem w tym, że Turyścizna ma w dupie naszą suszę, wkurzają ich nocne chłody, a to oznacza ogień i to otwarty… a wiadomo, jak u nas się zacznie hajcować, to po prostu poleci w prawo, lewo, dookoła, zakręci, zamota i zatrzyma się dopiero na morzu. Bo z wyspami tak jest, wody tyle dookoła, a pić nie ma co. A jak coś się pali, to nie wiadomo czy czekać, aż ogień tańczyć skończy, czy gasić…

Może?

… więc raczej kanał i kicha… jak nie urok to sraczka i jeszcze na dodatek braki w rejonach wszystkiego. Cóż, nie oszukujmy się, problemy to coś, co dotyka wszystkich, a już ostatnio jakoś tak eskaluje. Co będzie? Czy historia koło zatoczy? Pierun wie, czy kryzys się skończy? Kiedykolwiek?

Ktoś chce potańczyć o deszcz pobłagać?

Ktokolwiek?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Sucha… została wyłączona

Pan Tealight i Skuwka Porzucona…

„Pan Gramatyczny ostatnio miał bóle, ale to naprawdę wszystkiego, jakoś tak po krzywemu i po prostemu, więc na te jęki, jakimi ich męczył, jakimi niszczył ich spokój,tudzież złudne poczucie, że w ogóle jakiś spokój im się należy, czy coś… wezwali mu Wielką Znachorkę, coby go tam napoiła onymi specjałami, ale też i opchnęła reszcie to, co miała w nadwyżce…

… wiadomo, lepiej mieć takie rzeczy…

Na wszelki wypadek, w końcu świat zwariował, jeśli nawet taki osobnik miał dość poprawiania innych. A przecież wszystkie słowniki znał, na blachę wykuł, w nowinkach lingwistycznych pławił swoje zmysły i doceniał naprawdę oną mowę kwiecistą, poprawną, głaszczącą jego skórę od zewnątrz i wewnątrz…

Cóż, nie był normalny.

Nikt nie powinien być normalnym jeśli dobija go brak przecinka i sabotuje wydarzenia, bo ktoś źle plakacik złożył…

Albo co gorsza, dorwie się do internetu i będzie ganiał za ludźmi, aż wszyscy go poblokują, wywalą go z social mediów… cóż, naprawdę był upierdliwy, a jednocześnie, jakoś tak, Pan Tealight naprawdę go doceniał. Za oną pasję, która sprawiał, iż mógł o dykcjach mówić z werwą, której poazdrościłyby najlepsze opowieści historyczne. O onych grantykach apreszłych wieków, o słowach zapomnianych, przywoływał je niczym jakoweś aklęcia… oj tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane naprawdę kochała go słuchać i używać jako poprawiacza swoich błędów… w końcu pracował za armo i wciąż chciał więcej, więc…

Ale teraz, był tylko cierpieniem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Żółte pola, kwitnący bez…

… ale wszystko jakieś takie marne, dziwnie suche, bez onego życia, niczym one 3D printy, niczym coś wymyślonego, śmieciowego, kompletnie… tylko udającego to, co kiedyś było znajome, na co się czekało. Wyszukać w bzie trójki i szóstki, a może coś innego się znajdzie, połknąć na sczęście… zawsze działało. W rzepaku się wykąpać, w onej żółtej, sproszkowanej poświacie, która przy mgle stawała się świetlistym nieboskłonem… niesamowitym, i tak bliskim…

Kopie, ale niedokłane?

Bo może tego świata już nie ma, jak ibuprofenu w aptece czy sklepei… a tak, nagle zniknął i pojawił się rąbany ipren, do którego mnie wywleka na drugą stronę i co teraz? No kuźwa mać, łeb boli, ale… nic innego nie działa, człowiek już na więcej uczulony niż jakieś małolaty. Wchodzi do sklepu, a tam nic do jedzenia. Nie no, są produkty, ale po tych padnie, po tamtych się posra, o, po tych ino wypryszczy…

Zaryzykować?

W końcu coś jeść trzeba, a nie, nie da się samemu wysiać i tak dalej, bo nie stać człeka i na szklarnię i na ziemię i one trumienki, nawozy… wodę, prąd… bo tu ziemia jak kamień, nawet ta, co człek ją liściami, butwieniem stara się usprawnić, gdzie jelonki srają… na co nas w ogóle teraz stać?

Na umieranie?

Też nie!!!

Co z tym światem?

Taki jakiś morowy czas tej wiosny…

Szczerze.

Tak go odczuwam… a tak w ogóle, w sprawie onych wstrząsów, co to niektórzy się śmiali, że się niektórym wydawało, a u nas omal szyby nie poszły, cóż, to Polska po kilku dniach potwierdziła, że też poczuli… i zwalili, że w powietrzu nastąpiło intrygujące współpracowanie, które go w ten sposób rozniosło… zwalili na wojsko, ale co to było dokładnie, cóż… ktoś wie, ale nie my.

I tyle.

Jak kurna po wybuchu w Czernobylu… wszyscy widzieli i ino Polska jakoś tak dziwnie nic i nic… ja już nie wiem co z tym krajem, nosz kurde no… Ale, najgorsze jest to, że szczerze ono morowe powietrze mnie przejmuje. Z jednej strony rozumiem, susza… ale z drugiej, kurna, chwalą się na tylu stronach, że tyle mamy wodospadów i znowu ludzie przylezą i będie, że wyłączone… serio, znajoma polazła na spacerek po operacji kolana… no i było w niecce nic, nic nie spadało poza jej słowami o wymiernej znaczeniowości. No wiecie, lazła tyle, kolano boli, a tutaj nic…

Ale i tak rośliny starają się dać sobie radę.

Jakoś.

Drzewa w mgnieniu oka kwitną, przekwitają i wybijają liście, jakby czerpały wilgoć z jakiegoś UFO przewodnika… jakby się starały, za wszelką cenę, jakby wiedziały, iż w najbliższy czasie deszczu nie będzie… przerażające.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skuwka Porzucona… została wyłączona

Pan Tealight i Treser…

„Żadne z nich nie lubiło ni cyrku ni zoologów, ale jednak…

… jakoś tak, to wszystko dookoła wyglądało ostatnimi czasy mocniej kiczowato, klałnowato nawet i jeszcze na dodatek, za każdym razem coś komuś z trąby, tudzież, zaryczało… coś abębniło, coś jakoś tak… załomotało. Niby rozwolnienie, niby jednak jakieś tam trawienie, ale kogo i czego? Może lepiej nie pytać? Może lepiej jednak się nie interesować? Przecież to wszystko dookoła ostatnio jest dziwnie coraz bardziej obce…

Coraz bardziej nieznajome.

Coraz bardziej…

Pan Tealight wiedział, iż świat się zmienia, w końcu tak go zaprogramowali. Taki był od zawsze, ale te ostatnie zmiany i nowinki były tak głupie, że nie chciał nawet o nich słyszeć, więc najął Tresera Zwierzyny Wszelakiej, by jakoś tak sobie potresować pchły i ziemiórki. Akurat się pojawiły, nie wiadomo skąd… więc czemu nie, trzeba skorzystać, zawsze o tym marzył, chyba… W końcu taki cyrk to ciekawa sprawa, chociaż okulary trzeba mieć, albo i lupę, czy coś w ten deseń.

Wiecie, taki cyrk, robaczy…

Robaczywy?

Chociaż, tak z drugiej strony, jak i tresera ledwo co ledwo widać… to jest to wszystko problematyczne. Nawet jeśli mają siedzieć tylko w jednym miejscu, na jednym kafelku kuchni, to jakoś tak ostatnio wszyscy głodni…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciemność pojawia się gdzieś po 22giej… a czasem nawet później.

Prawdziwej nocy już nie ma, a to coś, co za noc się uznaje, trwa jakieś 5 godzin… i męczy.

Jak susza.

Oto codzienność, czy też raczej conocność… dziwny zapach za dnia, lekkie ochłodzenie nocy, ale wciąż, mocne, ciężkie opary rzepakowe, dziwnie przebijające się przez jakiś morski zaduch, czasem wodorostami ajezie, czasem gównem z pola, no wiecie, sama natura, nie żeby coś…

… pierdzinka jak malinka!

Bzdzinka czy co?

Oj, tak mi dzieciństwem zaleciało… w końcu smroek rzepaku coś stałego w ludzkiej egzystencji. Mocny, miodowy, ale jakiś smrodliwy. Jakby za wiele cukru w cukrze, żółcieni i żółtym… i ta suchość i błagania o deszcz płynące, i z dołu i góry, chociaż, przecież to oni na górze za to odpowiadają, więc… nawet jak trafia się parę godzin pochmurnych, to jakoś tak… wiesz, że padać nie będzie. Czujesz to w swoim dziwnie osuszonym od środka ciele, w gardle niewypowiedziane słowa, rezon straciły, pieśni niewyśpiewane, a nawet one myśli, co je należało wyrzucić, dziwnie gdzieś się zatrzymały i bez poślizgu nie pójdą. No nie da się, nic z tego, nic.

Coś pokropiło, ale patrząc na ogród, to rośliny chyba nawet tego nie zauważyły…

A podlewanie jakoś dziwnie nie działa.

Nawet tego zapachu nie ma…

Zresztą, jak coś urosło, to błąkające się zwierzyny zeżarły, więc naprawdę jestem pogrążona w ogrodniczej depresji. Jakoś tak… no smutno mi. Nie stać człowieka na one badylki, a tutaj jeszcze przyłażą jelonkowie i wpierdzielają one ciężko zarobione koronki… i to nie nazębne. Wiecie… człowiek czuje się trochę…

Oszukany.

Jest dziwnie duszno…

… jest głośno i kracząco wieczorem, no i jasno… i dwa razy wrony napadły już pod oknem  na kota, nie wiem o co im chodzi, ale chyba mają jakiś beef… wiecie, może wisi im kasę, czy coś? Albo na jajka się zasadzał? Nie wiem… nie mówią nic. Ino ciągle prychodzą, pukają w okno by im wody olać, albo wodę wymienić i tyle.

Usługuj naturze…

RIP Tina Turner… ech, tamte casy, te czasy, wiecie, te dziwne myśli… jakoś tak ostatnio, jakoś tak, nic nie sprawia, iż człowiek czuje się zachwycony. Chociaż, wróć… widziałam światło przenikające przez płatki… i fale i kamienie… tak, wciąż jeszcze są, ale tego wszystkiego już tak niewiele.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Treser… została wyłączona

Pan Tealight i Szurająca Miotła…

„Właściwie, to wcale nie chodziło o porządki wiosenne, w końcu to już koniec maja. Raczej witać winni byli już lato, ale jakoś tak… nikomu się nie chciało, sił nikt nie miał wcześniej, niektórzy, to właściwie z tej suszy postanowili schłodzić się i zapaść z powrotem w sen zimowy, który, przyznajmy, w tym roku, zaraz, w tym i zeszłym, był marny… w końcu zima była ciepła, bezśniegowa, a cała reszta, no cóż…

Szkoda wspominać.

Ale…

Śiwat nie czekał, pory roku jakie były takie były, ale jednak i tak się zmieniały. Czy też raczej, jakoś tak, kalendarz o tym świadczył… w końcu cała reszta, udręczona, wysuszona, oni ludzie tacy wszyscy wściekli, co tutaj podziwiać, co oglądać, właściwie, czy wciąż jest wglenie bezpiecnzie?

Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane ostatnio nie wychodziła w ogóle. Raz polazła gdzieś, bo kamieni się jej zachciało i żałowała, za drugim razem mniej żałowała, bo i kamienie się okazały intrygujace, choć tamte też były fajne, ale tym razem odkryła coś nowego, a nowe oznaczało zawsze, że głowa będzie zajęta przez czas dłuższy, więc… wyższy score! Ale jednak, no po prostu, ni żółte pola jej nie wzywały, ni one listki… kwiatki przekwitły szybko, teraz ino czosnek w lesie i Turyścizny masy nagle obrodziły, więc…

Czas Chowaniasię… nadszedł.

A może po prostu już raczej jej się nie chciało, już jej nie zależało, już zaczęła tak odpuszczać i tak wiele, że po prostu… wypalała się, od środka i nawet ona nowa miotła, co ją Pan Tealight uplótł z pierwszych witek, przyozdobił sznurkami, kwiatami lodowymi, co nigdy nie miały się stopić, koralikami z kości wyplówek… sam rzeźbił, a malusieńkie były, bo i miotła niewielka, wiadomo, symboliczna, miniaturowa… ale śliczniusia i szurająca rytmicznie samodzielnie…

Nawet to jej ostatnio jakoś tak nie rozbawiało.

Jakby częściowo już jej nie było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Jestem otchłanią” – … zryła mi… Serio, żadna książka, aż tak, ostatnio, dość dawno… nie zryła mi tak bańki!

Szczerze!

Ta książka jest mocna, masa w niej niedopowiedzeń, szokuje, porusza… jeśli macie traumy  dieciństwa, świadome, czytajcie ją w jakimś lepszym momencie swojego życia, ale jeśli one traumy często wciąż biorą nad wami górę, może jednak nie? Bo po przeczytaniu tej powieści naprawdę inaczej będziecie patrzeć na świat. Na swoją przeszłość, na to, co w codzienności was otacza…

Po raz kolejny bohaterem jest chłpiec. Syn pięknej matki, rozchwytywanej, ale też syn, który wciąż nie rozumie jej samej, jej życia, w ogóle życia. Dziecko, które potrzebuje opieki, a otrzymuje… świadomość. Inną, dziwną, zbyt szybką… otrzymuje przesłanie, mocne, niszczące go, a potem poskładanego byle jak puszczanego w świat, w którym rodzina i ciepło rodzinne są jakimś UFO. Osobnika w pełni niewidzialnego. Idealnego świadka, opiekuna, ratownika, a może jednak mordercy? Tego, który jest wszystkim, ale jednocześnie wie tak mało. Szybko adaptuje się do codzienności, umie zmieniać się w pełni, być innym, inaczej patrzeć na świat, ale tak naprawdę…

Wciąż jest… dzieckiem.

Tylko dzieckiem.

Niesamowity thriller. Opowieść o tym, jak ważne jest wychowanie, jak istotne są osoby, z którymi spotykamy się jako dopiero uczący się świata… jak wpływa na nas krzywda… a jednocześnie, jak możemy przełamać pewnego rodzaju pętlę… dziwnie niedokończona, pozostawiająca masę pytań. Jak można mieć wszystko i nie mieć niczego, jak można mieć nic, a jednocześnie… cóż… piękna…

Maj, to miesiąc długich weekendów i wselakich uroczystości kulturalnych, no i wiadomo, corocne spotkanie nadchodzi, i pewno będzie coroczne narzekanie, więc jakby co, to nie, nie idę. Dlaczego? A po co? Polityka to coś, co bawi się samo ze sobą, a udawanie, że komukolwiek zależy na czymś poza sobą… bez urazy, ja już nie udaję, walę prawdę między oczy i tyle. I tak nikt w prawdę nie wierzy, ludzie tacy ostatnio są. Jakoś tak… może to przez te social media?

A może zawsze tacy byli ino mniej, inaczej?

Folkemodet to taka impreza, co ma mydlić oczy…

… mnie nie stać już na mydło, więc sobie oszczędze tego mycia gałek. Wolę poczytać coś, coś innego… tym bardziej, iż maj się kończy, czerwiec już puka, susza nas dojeżdża i w ogóle jest źle. Deszczu nam trzeba i kasy, jakby co, ktoś chce wziąć udział w mocniejszej magii?

No jak?

Czasem się zastanawiam jak inni jeszcze mogą jakkolwiek w cokolwiek wierzyć. Że nie wiedzą, jakoś tak od razu, intuicyjnie… nie wsłuchują się w śpiew ptaków, nie wpatrują godzinami w szklaną kulkę z dziwnymi galaktykami w środku… wiecie, taką kryształową, szlifowaną, ale w środku zamknął ktoś i snestorm i wyspy i ptaki i motyle i jesce jakieś robiny, które dopiero opowiedzą swoją historię…

Lepse to niż telewizja.

Wierzcie mi, próbowałam ostatnio coś obejrzeć, nie umiem.

Wiosenność się zmienia.

Coraz więcej zieleni, jabłonie przekwitają…

… ale na owoce coś raczej nadziei nie będzie nawet. Nie że nie ma, po prostu jakoś tak człowiek czuł już wcześniej, zwyczajnie. Wrony wrzeszczą, mewy srają, a dopiero co człowiekk wyczyścił kurna taras. Znaczy Chowaniec czyścił, wiecie, duża maszyna, chłopa trzeba, no co… jestem w tych rejonach, w swoim domku raczej taka męsko/damska. Znaczy, bez urazy, lubię gwoździe i zabawy wszelakie w przybijanie, ale jednak wiem, że taka kosiarka to zaczęłaby mnie gonić, a nie ja ją pchać, więc… jeśli chodzi o słoiki, to czasem też przegrywam.

Nie pcham się tam, gdzie mnie mogą zjeść.

PS. Plaga kleszczowa nadal jest ON.

Trawa skoszona po raz pierwszy, pszczółki nakarmione, pierwsze muchy wytłuczone… normalność. Po jednej stronie Wyspy ponad 20 stopni, a po drugiej naście i tyle… taki tu mamy klimat, szalony, zmiennny i nie do końca przewidywalny. Chociaż czasem ma ten koniec i jak łeb łupie znaczy – będzie wiać.

A chyba coś mnie zaczyna łupać, ale ostatnio nabawiłam się uczulenia na słońce, cuownie, na starość człowiek zaczyna mieć dziwne wysypki i jakieś anomalie, a miało być spokojniej… kłamali!!! Nos zatkany, ślepia ledwo radę dają, masz już dość wszystkiego, ale chcesz czegoś i tak plączesz się sam przed sobą w zeznaniach, nie wiesz co zrobić, czego nie… po prostu, szaleństwo.

Za sucho jest!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szurająca Miotła… została wyłączona

Pan Tealight i Patyk…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była niebezpieczna w wielu wymiarach, ekspresjach, i o każdej porze dnia i nocy. Niezależnie od tego jak to wszystko było liczone, wiadomym było, iż lepiej jej nie wkurwiać i tyle. Lepiej jej nie nastąpić na nic i tak dalej… ale jak już ktoś się zdecydował na spacer z nią, na co nie pozwalała wielu, oj…

… musiał się z tym liczyć, że będzie pomagał w noszeniu kamieni, patyków, gałęzi, a nawet małych drzewek wyrzuconych na brzeg…

No co?

Jak taka wiedźma wyłazi na spacer, to jak inni na shopping, ino ona kiecek czy butów nie szuka, z butów jedną parę ma, starczy nim się nie zepsują, to będą wtedy do ogródka, a nowe już czekają… ale założyć można ino jak pierwsze już są niechodzące… jak już po prostu bolą, jak już wolą stać.

Bo wieźma musi wiedzieć, kiedy rzeczy chcą odpocząć.

Kiedy… coś się zmienia, a kiedy nie…

A już ta Wiedźma Wrona, to jakby słyszała wszystko. Co mówią gałęzie i drzewa, buty i kapelusze, ściany domów i dachy, kominy jak szemrzą, albo one rowerowe szprychy, ale z samochodami jest już inaczej, dziwnie, po kawałku trzeba pytać… jakoś tak, a okulary, tak, one tylko patrzyły, zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nom nom nom…

Nowości i nowości starości i starości… wiecie, na ile człeka stać było. Oj ciężkie to czasy, jak kurna co czytać nie ma… nie będzie? Nie wiem jak to będzie, ale treba się uzbroić w coś lub kogoś. Piwniczka prywatna pełna najlepszych pisarzy… hmmm, kogo byście chcieli tam sklonować?

No co… nie mogę namawiać do porwań… LOL

Tak chodząc po plaży, obserwując dewastacje poczynione „dla dobra” ekosystemu przypomniały mi się ogrody… ona chęć do czynienia każdego skrawka ziemi pięknym, chociażby były to chwasty – ale przecież chwast to niesamowita, cuowna roślina, więc dlaczego naawać mu takie efinicje negatywne, ale kwitnące, mleczy pola… łąki… nie ma już tego. Straszne to, jak się pomyśli, pomyśli tak głęboko, iż niegdyś cłowiek bawił się w onych polach makówek, wcześniej kwiatów maku tak niesamowitych, odurzających może, ale jednak… niesamowitych, a potem, potem przyszedł nakaz by je wyciąć, zniszczyć spalić, podobnie z liśćmi tytoniu…

Chmielowe tyczki ostały gdzieś na Lubelszczyźnie zapewne, ale…

Co więcej?

A teraz, właściwie, to ile z onej bardziej prawdziwej natury pozostało. Drzew starych, w których pniach można się było skryć ryzykując ugryzienie stwora jakowegoś, albo robiąc sekcję robalowi… no co? Robiłam… ale ino robalom. Zwierzakom większym nie, więc chyb pięć punktów psychopatą być mnie nie tyka, a może jednak… kurcze, może jednak mnie tyka. Ech, fajno!

Chłodno nadal na zewnątrz, bachory szkoły kończą i jest ballade.

Bo wiecie, ballade, to często jest, aczkolwiek to akurat jest… niebezpieczne, dziwne, nie wiem, szokujące i odpychające, więcej, więcej słów, by to opisać, ale… jak, dlaczego, po co… precież… to nie ma sensu…

No więc kończac szkołę dzieciaki odchodzące rzucają tym, co jeszcze w szkole posiedzą, cukierki… i teraz tak, jak to było z mięsem nadzianym gwoździami czy pinezkami, szkłem czy trucizną, tak wyobraźcie sobie one cukierki… z igłami i innymi niespodziankami. Co więcej, nawet jedna z firm uczy, jak wsadzić w te cukierki dziwne rzeczy i przyprawy – nie przesadzają, ale wiadomo…

Disiejsy świat od razu idzie w ekstrema!

I teraz tak… no dobra, jeść może w podstawówce niektórzy nie będą, ale igłą można oberwać… cukierkiem zresztą też, no ale… oczywiście nikogo nie złapano za rękę, co wydaje mi się dziwne, no ale…

Serio?

Rozumiem doprawienie ich pieprzem czy curry, ale to?

Wytłumaczcie mi, albo nie, lepiej nie… i tak nie wierzę, ni w ten świat ni ludzi. To wszystko to już po prostu przegrana bitwa. Wojna i wszelkie inne, epidemia i zaraza, i jeszcze zerwane zaręczyny, jak już dom zbudowany, ślub zamówiony, buty wypastowane, drużba wciąż treźwy, druchny piękne, ona idzie w tej sukni, a jego nie ma… tylko ślad został na stopniach, odcisk buta…

… wiem, odchodzę od tematu, ale kednak, jakoś tak, takie to przykre!

Smutne.

Tak wiele jest smutne w tych czasach, nawet jebane cukierki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Patyk… została wyłączona

Pan Tealight i Buty Niechodzące…

„Do siedzenia…

… a tak, istniały takie buty.

I były całkiem strojne, w końcu może i były do siedzenia, ale jednak nie oznaczało to, że są nie do pokaywania. Wprost przeciwnie. I one musiały być jak najbardziej delikatne, piękne i zdobione elegancko. Nie o stania, mże  gorszych materiałów, ale w dotyku, ech ci fetyszyści, no wszędzie się wciskają…

Albo te z kartonu, wiecie, przeznaczone specjalnie do trumny czy popiołku, na oną ostatnią drogę, która widać była niechodliwa, bo z taki podeszwami, to wiecie jak się idzie, na pewno namoknięte toto od razu, czy od kałuż, czy od potu, wiadomo jakie to teraz ludzie bielizny noszą, plastikowe wszystko…

Albo g tatuowane…

Nowa moda nastała i ludzie zaczęli sobie stopy tatuować zamiast ciągle kupować nowe buty, bo wiadomo, moda się zmienia, buty drogie, a wygoda w nich żadna, więc czy nie lepiej tatuażyk? Potem lekka modyfikacja… i można mieć co sezon coś innego, w kolorze, czy bez koloru, a że bolesne… no cóż… chces być modny, to robisz, co ci każą. I jesteś idiotą. Zamiast nosić co chcesz pozwalasz innym decydować o tym, co masz na zadku, czy nawet w główce… bo to nie przystoi i tamto jeszcze, i w ogóle, paniom nie, panie to już teraz panowie, obrona to atak, atak nie obroną…

Wszystko oszalało.

… więc buty nie mogły być gorsze.

Zresztą, przecież od zawsze istniały jako niewątpliwie intrygujący i fascynujący wielu element garderoby. Niekoniecznie użyteczny. Ale te naprawdę nie chodziły. Tak naprawdę. Po prostu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Turyścizna zjechała.

Jak nic, dla nich to już lato. Może i wietrzne i chłodne, ale jednak słoneczne. Czasem jakieś chmurki wlecą, ale wiecie, to ino dla urozmaicenia. Ino dla wszelakiej niejednolitności. Dla onej wszelakiej fascynującej rozmaitości.

Wyspa…

Kwitnie, zieleni się i wiosenni.

Nadal jest sucha, ale dziwnie optymistyczna… a przynajmniej tak się ją odczuwa. Jakby w końcu odpuściła. Miała wszystko i wszystkich gdzieś i postanowiła czekać. Czy to na deszcz, czy jednak coś innego… może ma jakieś plany, o których nie mówi? Może ma znajomości, które teraz się przydadzą?

Może…

Może w rzeczywistości Wyspa ma jakieś wielkie alny, o których nie informuje ludzi, ale jednak, jednak się je odczuwa. One jakieś tam nowości, niepewności, one wielkie abicje i ambiwalentne odczucia… i jeszcze… jeszcze coś, co wszystkich zaskoczy. Jednym przyniesie dobrobyt, innym zmiany, których może pragnęli, ale jednak nie teraz, nie w tej chwili? A jeszcze innym przyniesie takie szaleństwo, że w końcu będą mogli się w czymś zatopić, zapuścić korzenie, albo i je wyrwać…

W końcu się zdecydować…

Może na powrót czegoś, co już tutaj było? Może czegoś, za czym się tęskniło? Może… a może jednak nie? Może ona nowość będzie czymś kompletnie innym? Zaskakującym tak mocno, że aż zatrzęsie się wszystko?

Może… chociaż trzęsienia to już mamy dość.

Serio.

No ale…

… sprawy tych wstrząsów nadal nie wyjaśnili, ale za to hejt na tych, co nic nie odczuli podniósł się jak internet szeroki, wysoki i przejedzony. Bo przecież takie mamy czasy, czyż nie? Kiedy to się hejtuje wszystko, czego się nie rozumie, wszystko, czego jakoś tak nie daje się namierzyć, obliczyć…

Właściwie to wszystko.

Ale nic to, może lato nie będzie gorące tego roku, parafrazując, czy też raczej negując cytacik… może uda się to przetrwać, do czasu że znowu nadejdzie zima i… tia, wszystko kołem się toczy. Szczególnie w takim miejscu jak to. Sezon a sezonem, ciemno, jasno, dużo ludzi, mikro ludzi, ciągłe próby stworzenia z Wyspy miejsca całorocznych rozrywek i ciągłe plajtowanie onej mysli. A potem jej biczowanie i jeszcze skarżenie się, iż jak tak można, po prostu być tylko…

Naturą.

Jak?!

A przecież nie każde miejsce ma być Ibizą. Niektóre mogą być przeznaczone ino dla odpoczynku… od wszystkiego czasem. Od deszczu, wody, przestrzeni… ograniczenie przestrzeni, tak… Właśnie tak. Czasem ono ograniczenie sprawia, że zaczynacie się czuć bezpiecznie. Ze skrajności w skrajność.

A może jednak nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Buty Niechodzące… została wyłączona

Pan Tealight i Koszula Widka…

„Od niej się nauczył, że bycie niewidocznym jest naprawdę niesamowitym pomysłem na życie. Nie tylko dlatego, że nie widzą jak bierzesz kolejny kawałek sernika… zjadłbym sernika, oj tak, na cienkim spodzie, z polewą czekoladową… albo tego ciasta, co Babcia Wiedźmy robiła…

… tak, pamiętał go, chociaż nie wiedział dlaczego.

Dlaczego wspomnienia jej wkradły sie do jego szarej głowy… dlaczego teraz i po co? Jaki był w tym wszystkim cel i kto powiesił oną wielką, niebieską koszulę na sznurze do suszenia zielska, co to go sobie Wiedźmy z Pieca zrobiły zaraz między Wygódką a Nowym Namiotem Nieczystści… jakoś tak im ono miejsce odpowiadało. A sam Namiot, wiadomo, po best before już się jakoś tak czerwony nie należał, a spotkania mogły być bardzo zalewane!

W końcu czas mijał…

Chociaż sam w sobie nie widział tego jako czegoś złego, przyzwyczajony do ciągłej zmiany Czas miał o sobie niewielkie mniemanie, a że nie mógł zatrzymać tego, czym był, to zwyczajnie wolał się schować tutaj… by nie być osądzanym, by w końcu miej wyjebane na wszystko i wszystkich, na one ich rocznice, na te wyzywanie, że dni za długie, za krótkie, że to nie tak, zmarszczki, a kiedyś to było lepiej…

Nienawidział ich…

Luzi.

A Koszula…

… cóż, Pan Tealight przyglądał się jej i zastanawiał, co to za nowa sprawa zwali się im na głowy i dachy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zasadniczo oczywiście…

Wiosna.

Ha ha ha! News chwili, jak nic! No dobra, mam newsa, było trochę deszczu, ino malutko, nawet właściwie niewiele powyżej onego zapachu, ochłodzenia, ale jednak, jakoś tak, nie… potrzeujemy deszczu, a nie ino jakiegoś substytutu. Ale, zamiast o tym marudzić, posłucham sobie wiatru, bo pizga z fajnej strony, wiecie, czasem te strony naprawdę mają znaczenie. A czasem nawet bardziej.

Zeszłoroczne liście znowu skądś się pojawiły pod progiem, jakby nie chciały odchodzić, przemieniać się w pył, i znowu uczestniczyć w onym kole życia, wiecie, jakby wszyscy już mieli dość… i jak tak wiatr macha gałązkami onej śliwy, niesamowitego drzewa, to tak sobie myślę, że jak nas szlag nie trafi, to będzie cud. Bo bez deszczu, w onej całkowitej suchości, spaleni słońcem, które zwyczajnie pali, nie świeci ino i ogrzewa, ale zmienia nam skórę w popiół, to od razu…

Nas trafi…

Jak nic, trafi nas szlag.

Albo i inne kilimanżaro.

Wiadomo, wszelakie tam bombastik i tak dalej, ludzie wymyślają coraz to nowe problemy, z dupy całkowicie, teraz to już w ogóle nie rozumiem jak homo sapiens novinkus jest w stanie prowadzić rozmowy, w skołach w końcu mają dzieciakom zabrać telefony, ale czy się to uda, nie sądzę…

Przecież one nie potrafią podobno bez tego żyć?

Królowa jednak odwiedzi Wyspę, ale ino na chwilę, więc, właściwie, jakby jej w ogóle nie miało być… co z tym jej zdrowieniem, wciąż nie wiadomo, ale zmiany w rodzinie królewskiej wciąż solą w oku dziwnych poddanych i oczywiście synka marudnego bardziej. A może inaczej? Nie oszukujmy się, to zwyczajni ludzie, wystarcy spojreć na wyczyny onego „Spare”, wiecie…

Poczcie znowu odbija… listy podarte i to widać, że maszyna jakaś je tak potraktowała, na dodatek nikt nie bierze za to odpowieialności, a Dania za wszelką cenę chce stać się cyfrową, elektryczną maszyną. Auta ino na prąd, listy jak już, to w formie maili, nie, to nie la mnie to wszystko.

Nie.

Za to książki… kurna, jak ceny podskoczyły!

I tak, w Polsce!

Wchodzi człek na stronę Empiku i boom, o 10, 20 zł w górę!? Serio? O co chodzi? Znaczy wróć, wiem, że są tam te kryzysy i tak dalej, ale jak tak będzie, jak to się rozkręci, to sorry, jednak człek przestanie wydawać na jedzenie w ogóle, a będzie ino na książki. I już… nie oszukujmy się, trza mieć priorytety!

A poza tym… poza tym ptaszki się wykluwają.

Rwetest straszliwy! I tyle… more na swoim miejscu, niebo te, słońce, wiatr, chwasty rosną jak szalone, też mnie trafia, jak widzę ile pielenia mnie czeka i obiecuję sobie, że co jak co, ale jednak nasadzę ziół i gdzieś to mam! Taka szałwia ocienia ziemię i się nie chwaści, ha ha ha!!! Taka będę sprytna!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszula Widka… została wyłączona