Pan Tealight i Spokojny Dzień…

„Obiecał jej go.

Nie do końca wiedział co mówi, dopiero później Ojeblik – mała, ucięta główka go uświadomiła, co tak naprawdę jej obiecał, no i przede wszystkim komu obiecał. Jej. A jak jej, to musiało się spełnić.

Musiało być tak, jak ona to widziała.

I zadbać o NOC!

Prawda jest taka, że by poznać noc, trzeba najpierw przetrwać dzienność i odwrotnie, by zatopić się w dzień trzeba skąpać się w mroku, więc… jakkolwiek by to brzmiało poetycznie, takoś jakoś milusio i wszelako górnolotnie, do tego w szklance kostki lodu i napój w kolorze siuśków datowany na lata, o których nikt już nie pamiętał, nikt taki codzienny… przynajmniej… i jeszcze koc, koniecznie w krateczkę i fotel skórzany walący jakimś bydłem, wszelako nie czworonożnym.

latego najpier musiał zająć się nocą…

Ale z nocą to już nie jest tak łatwo, z dniem jednak łatwiej, nie oszukujmy się, dla większości łatwiej bo podobno i widzieć lepiej i jeszcze jakoś tak naturalniej, w końcu wiadomo, dzienne byty lepiej czują się za dnia, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane to raczej wyłącznie pochmurno coby było i jeszcze dodatkowo żeby śnieg walił, a już snestorm, oj tak!

Tak chciała.

Dla niej Spokojny Dzień to był wyczyn.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przysługa dla czarnoksiężnika” – … oj. Oj tak. Oj, tak dobrze, że wzięłam od razu obydwa tomy a i trzeci pojawił się wkrótce, więc wiecie, jakoś tak… miałam kilka dni tylko z nią. Specyficzną wiedźmą/czarownicą, jak zwał tak zwał, widać, tutaj to za jedno?

To mój jedyny wąt!

Naprawdę.

Kolejna książka po Kołysance, to jej oczywista kontynuacja. Właściwie możnaby było przewidzieć, że tak to się rozwinie, no ale, te wszelakie wstępy, zakręty, one opowiedzenia i niedopowiedzenia autorki, te osobowości, ale też i nienarzucanie ich do końca bohaterom, oj tak, to się czyta. Szkoda tylko, iż o samym świecie tak mało. Za mało by naprawdę się wtopić w oną Warszawę.

Ale… mi i tak bardziej nie o Warszawę a chatkę chodzi, ale wiecie…

Każdemu co tam se woli… O woli tu wiele nie ma, jakby co, ale wiecie, ja z Wrocławia, więc, ekhm, no… mniejsza. Oto ponownie należy zmierzyć się ze złem i złamać parę klątw, kilka ropątać i jeszcze uczyć i zająć się tym kolesiem i tym drugim też. Kurcze, żeby nie było, to czyta magia, żadne tam miłostki…

Chyba?

No mniejsza, wciąż nasza boahterka ma tajemnice, wciąż chyba do końca nie wie kim jest i jakoś tak, no nie do końca sobie z tym radzi. Ale też nie ma czasu by się nad tym zastanowić, gdyż za chwilę cały jej świat może legnąć w gruzach a z nim ci, których… no chociaż znosi, czy lubi… kocha… więc rusza do boju. Nie do końca myśląc o tym co robi, nie fo końca ZNOWU dbając o swoje dobro. Na szczęście ma przyjaciół i rodzinę… Na szczęście? A może tylko ma farta?

Ech… zaczytałam się, przyznaję.

Jakoś tak fajnie to wszystko spisane, jakoś tak wchodzi w człowieka łatwo, nasza bohaterka nie ślini się na widok każdych portek – miła odmiana w przypadku tego rodzaju książek – jakoś tak, naprawdę dobrze jest. Jęyk niesamowity, wyczuwalna nutka wprawy lingwistycnej i obycia w terenie. Oj, miła odmiana. Ale te o tego jakaś taka babskość nienachalna. Wiecie… urban fantasy w przypadku bohaterek często wiąże się z mnogością stosunków… ekhm, i nic w tym złego, ale często one nic nie wnoszą do tekstu, a tutaj, jakoś tak… dziwnie normalnie. Bardziej powoli wszystko się dzieje. Jak trza dorwać złoczyńcę, to na niego polują, a nie migdalą się w krzakach…

Miła odmiana! LOL

Polecam!

Temperatura szaleje.

Najpierw śnieg, wiatr bolącogłowy, potem ciepło, nosz po prostu szaleństwo. Niczego nie możesz być pewnym, jak się ubrać, czy brać rękawiczki, czy nie? Czy będzie drapanie szybek w aucie, czy jednak się upiecze?

A może wodę trza ściągnąć?

Z jednej strony wiadomo, wszędzie natura szaleje, ale jednak tutaj jakoś tak to się ostatnio inaczej czuje. Jakby coś w powietrzu łkało, jakby domagało się posłuchu, już nawet nie groziło, a błagało, by go posłuchać. Wysłuchać onej pieśni, błagalnej tak naprawdę, ale o czym prawiącej? Nie wiem, nie mogę rozpoznać słów. Coś je dusi, miażdży, jakby gdzieś tam zmagały się ze sobą dwie siły… Czy jedna jest dobrą, czy złą, to nie ma to znaczenia, bo przecież i zło i dobro tak naprawdę zależą wciąż tylko od tego gdzie i na czym się siedzi, nie oszukujmy się…

Zło i dobro.

W tej kulturze to jest złe, w tej neutralne, a w tej w ogóle nikogo nie obchodzi… proste. Dobro wszelako pojęte może prowadzić do zła, więc… jak to rozwiązać? Kogo słuchać? Siebie? Hmmm… a może jednak wsłuchać się w ten wiatr? W oną przyrodę, w której o równowadze można tylko pomarzyć? A może jednak i w siebie, w końcu jesteśmy częścią natury… jak te fale i drzewa…

… połamani, zabrudzeni.

Pełni plastiku.

Ale z drugiej strony, czy tylko o plastik chodzi… czy o oną nienawiść w ludziach, może i niegdyś drzemiącą, ale teraz wyłażącą na wierzch… i do czego zmierzam? A oto ludzie zaczęli się u nas, no dobra, nie tylko u nas, ale w ogóle w spokojnych wszelako miejscami krajach Skandynawskich, niespokojnie i nadzwyczaj werbalnie, pieklić. I to o co? A bo chleb się skończył, czy ciastka ulubione już wykupione. Bo robią tylko tyle i tyle, a popyt przewyższył sprzedaż… i ludzie lezą tak specjalnie, wiedząc, że nic z tego nie będzie i drą się na piekarza czy cukiernika.

Wiecie…

Jest ten wkurw w narodach.

I wyłazi… i plecie swoje historie i mami we łbach innym. I jeszcze jakby obdarzała ich oną siłą, która dotąd ino działała w internetach… wiecie, ten cały hejt, cancel culture i tak dalej. To wszystko już niby od dawna jest na zewnątrz, ale ostatnio, jakoś takie jest bardziej i namacalniej widoczne.

Jakoś tak…

Ciągłe trąbienie o kryzysie elektrycznym, ludzie dostający rachunki tak wielkie, że nie sposób tego myślą objąć… jeśli ktoś się nie przestawił na zmienną i nie siedzi po ciemku po ćmoku i w zimnie, to wiecie, szczerze bardzo ma przejebane – sami jesteśmy tego przykładem. I nie, przeklinanie jest tutaj jak najbardziej wskazane. Bo jak inaczej oną bezsilność wydostać z siebie? Co zrobić? Ile można tłuc w kamienie na plaży… zresztą, nawet one mają uczucia.

A rząd… ich nie ma.

Bogaci… mają je dla siebie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spokojny Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Znośność…

„Znośność Winna przyjechała na wywczas… jakoś tak, niby się zapowiaała, ale wiecie, poczta czy ta czy ta, jakoś ostatnio nadmiernie wiało, bóle głów targały nawet bezgłowymi, więc wiadomo…

… może i coś posłała, może i kogoś…

Nic i nikt nie doszło, dotuptało, doturlało się, czy jakoś tak.

… się więc nie spodziewali, jak nagle zjechały kufry. Wiecie, takie, jakie pokazują na onych filmach sprzed wojen, kufry skórzane, ze złotymi i srebrnymi okuciami,  żelaznymi łańcuchami i kłódkami, wszelakimi dodatkami, oblepione jakimiś napisami, naklejkami, jakby same w sobie były podrónikami i na sobie nosiły znaki miejsc, w których było im… cóż, jakoś im tam było, może źle, może dobrze… tego nie miały napisane na sobie, mogły zapewne się rozgadać o tym jak było tam, czy tam. Na przykład ta nalepka z żyrafą, albo ta z pociągiem i dziwnym słoniem, co jak co, ale trudno było dojrzeć, czy to bardziej słoń niesie coś, czy pociąg gdzieś goni…

Trudno.

Potem były pudła na kapelusze…

… znaczy, wiedzieli o tym tylko dlatego, znaczy okrągłe, ale wiecie, że na pewno na kapelusze, ponieważ te się wysypały, jak nagle cała góra, dziwnie skwapliwie poukładanych w idealną krzywą wieżę rąbnęła na trawnik i się zaczęły toczyć i piórami machać. Przez chwilę myśleli, iż to kury czy inne ptactwo, niektóry przyszli z patelniami, ale nie… tylko kapelusze, może i jadalne, jeszcze nie spróbowali, bo pojawiły się worki, woreczki i torebeczki. Niektóre nawet popisane imionami…

Jakby prezenty…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I tak, nagle, z nienacka całkowicie zapowiedzieli śnieg.

Po kilku dniach wiania, temperatury w okolicach 10 stopni, choć nocami mocno niższej, czasem i minusowej, choć prognoza ostro twierdziła, że nic takiego nie miało miejsca… dziwnego, ciepłego wiatru, może i Sahara pyliła, w końcu teraz to takie całkiem inne reczy w tym powietrzu mamy… może i nie, ale nagle ma być śnieg. Wiara w to, iż prognoza się sprawdzi? Minus siedemset!

Cytując klasyka…

Ale…

Wiatr pojawił się nagle, nocą, załomotał dziwnie, wewnątrz ścian, wybudził wszystko i wszystkich, jakby jeszcze kurcze między nimi jakaś różnica była i po prostu przyniósł strach… dziwne uczucie, ale istnieje. Przynajmniej w moim przypadku. Wiatr z emocjami, logiczne, cóż… logiczne dla mnie. Może być wiatr radosny, może być dołujący, przerażający być może też… jakby zbierał emocje po świecie, magazynował je, a potem zrzucał tutaj, chociaż, pewno nie tylko ale jednak.

Ucucie.

Uczucie i deszcz, który miał być śniegiem.

Cóż, śnieg pojawił się dopiero nad ranem, w niewielkiej, smutnej ilości, wiatr nie ucichł, więc ogólnie mówiąc degrengolada wszelaka. Nie zima, ale kosmiczne oszustwo! Pohukiwanie, piski w ścianach, może i wilcy się tam zalęgli, może i Gaimana porwie ona teraz dziwnie narastająca poprawność polityczna i ju nie będzie wolno wilków w ścianach mieć, bo to nieekologiczne… a że to ścienne wilki, to ich tam rybka, znaczy ość, bo żywych, no wiecie sami… cyrki, jakie te czasy ofiarują przebijają te z czasów komuny, co się z Alternatyw człowiek naoglądał.

Ten świat jest aż nadzwycajnie porąbany… książki znowu będą cenurować, Dahl idzie na pierwszy większy ogień po Potterze, a jakoś Tik Toki mogą epatować sprośnością i seksem nieletnich, być pożywką dla wselkiej maści zboceńców, no bo i w końcu w dzisiejszych czasach możes yć jak chcesz… czyż nie?

A jednak… co wam do książek?

Przecież i tak mało kto czyta.

Już mnie wkurzyło, iż nie można znaleźć starych tłumaczęń takich filmów jak „Coś” czy pierwsi „Ghoustbusters”. Ten odcinek, w którym czarny mówi, że ze strachu bieleć można. Okazuje się, że już nawet jemu nie można, wolno ino osiwieć. Pozostała ino niegrzecna reklama Head and Shoulders czyli „Ewolucja”.

Jak długo?

Oto mamy one oświecone czasy, ten wiek, co to się nie tylko cofa, ale w onym zacofaniu zakręca i zeżera swój ogon twierdząc, że wcale a wcale go nie boli. I już. Tak po prostu. Ugrzecznione „Wiedźmy”, luzie, którzy już kompletnie nie wiedzą co powiedzieć, cy zrobić, pomóc upadającemu, cy go tym obrazimy bośmy nieczyści i dotknęliśmy coś na kształt świętego… niewiedza… nadmiar durnej wiedzy?

Tak naprawdę odbiera się nam wiedzę przydatną, dotyczącą natury, a narzuca oną… no właśnie, nadmierną. Jeżeli istniejecie w jakiejś innej kulturze, chcecie w niej wzrastać, oczywiście, że musicie się wiele nauczyć, ale po kiego mi ta wiedza? Wszystkie określenia nakryć głów kobiet islamu…

Po co?

Ech, te nazbytnie myślenie, gdy wiatry przychodzą… tak to już jest. Na zewnątrz już resztki po śniegu, ale jakby co był śnieg w lutym, zanotowane!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znośność… została wyłączona

Pan Tealight i Laska Mocy…

„Oj, jak tylko wspomniał, że w lesie wyrosła, nosz jaki był rechot na dzielni!

Jakie to wszyscy mieli od razu pomysły… nie takie, jednolite… w znaczeniu wróć, właśnie takie, jakoś tak, może to ona wiosna nadchoąca, może i imy brak, czy coś w ten deseń, ale wszystkim poszło w rejony oczywiste. Wiecie, że laska… no nebeska i tak dalej. Laska i Druidowie, kamienie zakończone…

Okay, wszelkai kult penisowy był od wieków czymś nadwyczaj, aż boleśnie nudnie, rozbieranym na kawałki przez wszelakich badaczy czegotamkolwiek się dało. Wszelako i mocno, we wszystkie strony i na wszelkie kawałki. Wiadomo, przecież było to coś wspólnego dla wszystkich kultur. Każdy był na to zaprogramowany, a jednak niektórym udawało się od tego uciec… sprzeciwić się biologii, właściwie bóstwu najwyższemu, podświadomości i może…

A jednak… Laska wyrosła i od razu była taka, jakoś umajona.

A to dopiero marzec, więc.. przedwczesna.

Stwierdzenie, iż przedwczesna, wyłącznie podburzyło rozmowy i śmichy-chichy. Pan Tealight wiedział o co im chodzi, ale po tych wszelakich czasach, serio, od dawna go to nie bawiło. Wiecie, humor wszelako prosty i nieskomplikowany. Humor humorzasty, dla każego, bo przecież jak się nie uśmiechnąć, jak wszyscy wyją? Nie da się… a jednak on tylko tak siedział i spoglądał w głębię filiżanki z herbatą… znowu zmienił miksturę i mieszanka zdawała się lekko przymroczona, ale coś tam mrugało do niego z dna… czyli działało. Wszystko działało.

Ale ta Laska…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dzień bez wiania i już z powrotem.

Oj, no nawet się nie zdążyłam przyzwyczaić.

I jeszce to słonko, ranniki i przebiśniegi wystawiają łby, szaleńce, do tego żółte krokusy, które wyrosły jak zwykle pod tym jednym domem w Gudhjem… no po prostu wiosna prawie, co nie? Podobno nawet są i te inne wczesne cuda, jakieś śnieżynki, ale nie, nie widziałam… a specjalnie polazłam szukać… polazłam do miasta szukać kwiatków i poza tymi w sklepie, czy w większości sztucznymi na parapetach, to jakoś no słabo. Jedna różowa róża, jakiś zapomniany płatek…

Kurna i nikogo.

Polazłam w tę stronę, do góry, tam, gdzie niewielu zagląda, a jest tam niesamowity mały wąwóz, a którego zboczach – strasznie zniszczonych i przez naturę i człowieka, kępki przebiśniegów rosną. Paprocie niesamowite nieba sięgają… gdzieś tam jakieś domy, jakieś może i osobniki… ale, nie ma ich.

I są te skały…

Niewielkie, a jednak, kurcze… człowiek czuje się nagle malutki. Nagle jakoś tak, dziwnie poskromiony. Ukłon odwala, rąbane curtsy, Królowej by się spodobało, no ale… skałom przecież też się należy. Bo piękne są. Jak one trolle śpiące i śniące, i jeszcze czasem drzemiące i chrapiące i porastające onym mchem niesamowitym, szczególnie teraz, tak wilgotnym, tutaj, gdzie po tych skałach spływa woda…

Miniaturowe lasy…

Zawsze pragnące wilgoci.

I tak możnaby zostać tutaj, ale nie wiem, nie mogę… muszę dalej, do morza, a po drodze mijam domy zaniedbane, wilgoć wszędzie niszczy elewacje… tyle padało, że nawet ściany mają tego dość. I okna i dachy… wszyscy mają tego dość. I wiania i lania… i te torebki plastikowe które spotkałam po drodze, dziwna sprawa, zwykle nie występują w onych okolicznościach nieprzyrody…

Miastowej.

Złapałam jedną i wrzuciłam do kosza, ale reszta… jedna poleciała drogą, inna wspięła się na kraki, zbyt wysoko… niechętne onemu zamknięciu widać, no ale… do morza… tam, gdzie… ale zaraz, przecież to już chyba ferie są? Przecież powinni być ludzie, a tu wszystko pozamykane, oj wróć, jeden człowiek, jeden sklep.

Kurcze, o co chodzi?

No wiem, że promy nie działają, albo działają rzadko… wieje…

Więcej wiatru…

No ale przecież wiosna idzie, tutaj jakoś tak zawsze im ten luty się takim wiosennym zdaje, szaleńcy no. Ale nic to… pustki są dobre, pustki są fajne, ale te orapane ściany, co się dzieje? Gdzie te czasy, gdy co roku odmalowywało się domek? Gdzie te gy szyby myło się, a nie czekało na deszcz…

I Turyścizna była…

A może mnie wywaliło do jakiegoś Zet wymiaru? Zombiowie onowie są ino i ja, ale gdzie mój pies, a wróć, mam polarnego misia… może to to, a to okay. Jak miś jest, to cała reszta mniej mnie obchodzi.

Zdjęcia zrobione, czas do domu… tam są książki.

A nie, w Gudhjem nie ma księgarni, ale biblioteka jak najbardziej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Laska Mocy… została wyłączona

Pan Tealight i Misterna Cielesność…

„Była piękna.

Pod każdym względem.

Czysto elfia w wyglądzie, zwiewna, ale proporcjonalna, widoczna, w lekkiej i kusej trochę, miejscami ino, kiecce, ale jednak jakoś tak jednocześnie dziwnie skromna, dziwnie zaskakująco trochę, bo przecież świeciła się, że hej! Jakby brokaty wszystkich światów się złączyły z blaskiem słońc i diamentowymi zajączkami i powiły razem dziecko… wielokrotnie fasetowane.

Ona.

Misterna Cielesność.

Ktoś, kogo się nie spodziewali, tak właściwie Pan Tealight kompletnie o niej zapomniał. Zapomniał, że ją stworzył. Była to chwila kompletnego zapomnienia, zawirowania w onej człowieczej części Wszechświata i zapomnienia się w nim. Wtedy ją stworzył, z wszelkiego wdechu i wydechu, morskiej pianki, księżycowych mignięć, jakichś wspomnień, do których nie chciał się przyznawać…

… tak, to musiało być wtedy, ale jednak nie do końca pamiętał. Ją. Niemówiącą, właściwie tylko będącą, niczym jakiś obraz, ale we wszystkie de. Idealnie istniejącą, ale jakby nie do końca. Jakby… o czymś zapomniał, ale on? Nie, to było kompletnie niemożliwe. Przecież jemu to się nie zdarzało.

Nie jemu…

Nie wtedy.

Ale coś tutaj nie grało, jakby coś gdzieś zagubiła, gdzieś może i wszelako się tego pozbyła… a może jednak po prostu taka była, zawsze, tylko nie widział jej od eonów. Może i zyskała jakąś boskość, może…

A może zwyczajnie, była tylko zapomnieniem.

Jego zapomnieniem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kołysanka dla czarownicy” – … oj tak, byłam sceptycna. Mocno sceptycna, ale teraz cieszę się, że o razu zaryzykowałam i poszłam w trzy tomy. LOL No dobra, najpierw w dwa, trzeci to w końcu nówka.

Też już przeczytana.

… więc tak z punktu widzenia i siedzenia tomu trzeciego odkładanego na półkę powiem, że ładna ta szata graficzna, chociaż podział na rozziały, nie wiem, jakoś taki mi nie potrebny, ale jednak myślę, że niektórym może się spodobać. Oczywiście, jak już widać po opisie, książka szybko przywoła wam na myśl tego typu podobne opowieści Ilony Andrews, a szczególnie tę ostatnio wyaną przez Fabrykę… Nie da się uciec od onych nawiązań – oczywiście jeśli czytaliście, ale ponieważ są one względnie subtelne, więc naprawdę nie jest źle. Gorzej, dodanie do tego Warszawy, jej miejskich opowieści, chociaż możnaby też więcej samego miasta, do tego jeszcze chatka, zły przystojniak, trochę lepszy przystojniak, ale w dzieciństwie się jakoś nie zgraliście… no po prostu wciąga. Sprawia, iż musicie od razu przeczytać do końca, miga wam to jak chwila wypełniona przygodami, magią i niepewnością, ale też magią, która jest dziwnie naturalna, prawdziwie taka… normalna dla naszej bohaterki, chociaż… dla swojego świata ona, wiedźma klątw, nie jest raczej czymś/kimś normalnym.

Oj nie.

To się po prostu czyta. Czyta się tak szybko, nasiąka oną historią, rozumie się wszystko, a jednocześnie zapada w tę tajemniczość spowijającą naszą bohaterkę, jej rodzinę, która nie pozostaje wyjaśnioną, którą autorka niesamowicie umiejętnie dawkuje – i piszę to z punktu przeczytania tomu trzeciego – no po prostu bomba!

Koniecznie przeczytajcie!

Kupcie od razu 3 tomy, nie opłaca się inaczej. LOL

Nie tylko dla wielbicieli Ilony Andrews czy Patricii Briggs.

Okay, dachówki są na swoich miejscach, człowiek w końcu kąpie się w onej spokojności wzglednie małowietrznego dnia i co, i już mu piszą, że w poniedziałek miazga będzie. I to  z deszczem, więc nici z promów, w ogóle nici…

Ja już chyba nie mogę.

Tak wiem, powiecie, że przecież wyspa i tak dalej, wiem, iż Wyspa to wyspa, ale nawet u nas są jakieś normalności, zwyczajności pogodowe. Jakieś takie… a może to przeszłość. Może to jedynie wspomnienie czegoś, co już dawno skasowano? W końcu przecież te susze, dziwne miesiące skąpane w bezruchu powietrza… ono morze prawie w ogóle niesłone i te byty w nim się pojawiające…

Wszystko się zmienia, ale taka jest przecież natura.

Zmienną ona jest.

… mniejsza, znowu pizgawica nadchodzi. Nie wiem jak spać, myśleć i zastanawiam się nad amputacją głowy, chociaż, może tym razem obejdzie się bez migreny. Jak to teraz mówią, afirmujmy, że bez migreny będzie i nic się nie stanie, wróć, coś dobrego się stanie, naprawdę cudownego i tak dalej… a co, wizualizujmy oną pełną spokojności i kasy przyszłość cudowną… a co!

LOL

Jak mi idzie?

Wizualizacje wizualizacjami, ale za robotę i tak trzeba się wziąć…

No cóż, ciepłe aury, wilgotność i takie tam, człowiek myślał, iż przyroda zacznie szaleć od razu, a tu zonk, wcale nie. Już nawet nie chodzi o pączki na gałęziach, czy one wiosnenne, pierwsze kwiaty. Naprawdę. Ale to zwykle one zwiastowały wiosnę, tak w okolicach stycznia, wiecie, jednak to Wyspa. Inny klimat i tak dalej. I nie, tym razem nie chodzi o wiatry a o nasłonecznienie i temperatury. Tutaj w końcu śnieg to sporadyczna przyjemność, a słońce, tia, od tego nie da się czasem, często, uciec. Szczególnie ostatnimi czasy…

Szczególnie.

Jednak ten rok zaczyna się dziwnie ostrożnie w wymiarze florystycznym.

Dziwniej niż zwykle…

Cóż, zobaczymy jak to się dalej pociągnie, ale przebiśniegi w ogródku w końcu zdecydowały się na wyjście, więc… w grudniu mieliśmy też muscari, ale to wiecie, każdemu pewno się może zdarzyć takowa przedwczesność.

LOL

Słyszeiście o tych blokach w stolycy, co ludzi ich ewakuowali? Słyszeliście, no raczej tak, choć moe nie, mieli je remontować, ale jak poszły mądre głowy je obejreć, to stwierdzili, że to zaraz się zawali i… ludzie musieli się spakować. Koszmar prawdziwy… a o tym jak nasza królowa bidulka znowu się musi tłumaczyć z okrajania budżetu koronnego słyszeliście… tyż pewno, w końcu hejtnęli ją tak mocno w kraju i na świecie, że naprawdę. Kolejny dowód na to, iż cokolwiek zrobisz i tak nikt nie będzie zadowolony. A przecież podatnicy marudnicy powinni…

Nudy… ale wiecie, lepsze nudy, niż jakieś tam wielkie rzeczy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Misterna Cielesność… została wyłączona

Pan Tealight i Bezwłok…

„Do wynajęcia.

W szczególności na jakieś tam imprezy, czy coś. Wesela, inne tam, nawet i religijne wszelako zaślubiny, ofiar składanie, obcinanie skórek, barmicfy, wszelakie urodziny, narodziny – zawiera basen narodzinowy i połogowy, i umywalki do mycia wszystkiego, każdej z onych rzeczy osobno. Do tego lodówki, zamrażarki i wszelakiej mocy  kuchenki plus kilka salamandr ognistych i smoków dmiących, więc i para jest i ogień, czasem zimny czasem wrzący, parzący… w zależności do czego to potrzebujesz, jest dla ciebie. I oczywiście są podziemia, a tam się dzieje to, czego nie chcecie pokazać mamusi i cioci, którą trzeba było zaprosić, bo dzieci nie ma, a wiecie, czas płynie szybko, wy wciąż jesteście rodziną najbliszą, więc…

… możecie wynająć tylko górę, ale nie możecie ino dołu.

Wiadomo, pewne sprawy trudno wycenić, ale jeżeli chodzi o łańcuchy i wanny, mogą być srebrne. Podobnie z klatkami… i dlatego Bezwłok postanowił wynająć ten dziwny obiekt, mieszczący się w dziwnie zapomnianej części Wyspy, podobno to kiedyś zoolog był, czy inna torturownia, ale po ulepszeniach ludzie omijali to szerokim łukiem, więc prywatność też była zapewniona, zaraz za drzewami i morze i pole, i trochę dziczyzny… no po prostu, a i cena po sezonie była przystępna… a tak pomiędzy drzewami pokręconymi, skałami, trollami śniącymi i dmuchającymi siarką z różnych otworów… z trollem jest tak, iż do pewnego momentu nie wiesz gdzie przód a gdzie tył, a nawet jak już wiesz, to i tak tracisz w pewnym momencie oną nabytą pewność…

Po prostu tak jest.

Po prostu.

… więc miał tam zamieszkać. Kupili mu wiosenne kwiatki w doniczkach, ale i kilka sztucznych, wiadomo, lepiej i tak, do tego obrazek z roześmianym bobasem i wypchaną nutrię. Kochał je namiętnie za te zębiska! Kolekcjoonował od początków swego istnienia. I miał nawet taką malutką, wiecie, lekką mutację nutrii i pudla, zawsze w różowej torebeczce… z wegańskiej skóry, żeby nie było.

Okropne brzydactwo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ja pierdziu jaka wichura.

Znaczy się storm jak w mordę strzelił, ale wiecie, po naszej stronie wieje od lądu, widzimy one statki na horyzoncie, jak małe choineczki, lekko się kołyszą, ale na pewno wdzięczni są, że nie są teraz na promie do Koge, który 14 godzin płynąć będzie… znaczy wiecie, bo sztorm jest na całym Bałtyku, nie że tylko dla nas. Nie jesteśmy aż tak wyjątkowi. LOL No dobra, to wcale nie jest zabawne, bo domem majta, człowiek się zwyczajnie boi, pierwotny strach przed żywiołami, oraz kląskającą klapką od wywietrznika… rany julek, jaka to jest koszmarna muzyczka, co ją wygrywa…

Mam dość, a to pewno dopiero się zaczęło…

No ale, powrót do promu…

… prom dla bezpieczeństwa wypłynął wcześniej, wiecie, by największych fal uniknąć, ale, ponieważ stworzyła się ona fala, to wiecie, wodę wygnało z portu, więc nie będą mogli wpłynąć i tak się będą bujali przez ileś tam godzin – prawie drugie tyle co płynęli, aż wsio ustanie… i tak się zastanawiam jaki to sens miało? Zwykle płynie się połowę tego, od razu mówię, że mordercy most tyż pewno zamknięty, więc wiecie, jest kiepsko… się człowiekowi morza zachciało.

Wyspy…

To czasem jest bardziej straszne, niż cała podróż, wiecie… czy da się wpłynąć. Kiedyś, jak poziom morza był wyższy się nie dało, bo klapka nie stykała i wrócili do Ystad, teraz znowu wody nie ma, a choinki na horyzoncie dziwnie się wciąż kręcą, a przecież stoją po prawie zawietrznej, ale fizyka, odbite fale i tak dalej… pewnie nimi też majta. Ech! Tak kurna wszystkimi majta.

Oooo… kubeł poleciał, oj, pokrywka zjechała aż za posesję…

Strach tak Chowańca wypuszczać, by pognał a pokrywką, ale kurcze walczyliśmy o nią… no serio, sprzedawali osobno, totalna bzdura, no ale…

Wieje.

Pizga wszelako, ale wiecie, Chowaniec człek dzielny i złapał pokrywkę. Strach me serce zdusił jak wylazł, ale kurde no, pokrywka ważna sprawa, co nie? Mój Hiroł! Złapał, sprawdził też dom dookoła, wciąż nie robimy w Dorotkę. Nie wiem, ale jakoś ona mnie prześladuje. Ta durna bajka. Jak Pinokia i Koralgola nie toleruję dziewczęcia. Nosz buty z trupa zdejmować?

Eeeee…

Ale…

No mówiłam wam, że wiatry przynoszą nie tylko strach i zniszczenie, ale przede wszystkim dziwne myśli. Myśli często zapomniane, może czasem i niechciane, myśli konfundujące, myśli myślowe, wiecie… to, o czym już mógłbyś zapomnieć, wiatr wyrywa skąśtam i po prostu przywleka, ładuje ci je do łba i męcz się z tym wszystkim a często też są to cudze myśli. Tym wszystkim, co ci się kotłuje pod czerepem, gdy wiatr stara się wepchnąć drzwi do środka.

A otwierają się na zewnątrz…

I teraz noc zaraz, właściwie to już… i jak tutaj spać. W znaczeniu na trzeźwo. Bo chyba lepiej się nie męczyć… tylko co tu golnąć? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezwłok… została wyłączona

Pan Tealight i Zabójstwo…

„Właściwie…

Właściwie, to wyłącznie to coś, nakreślone białą masą sprawiało wrażenie zabójstwa, czy też raczej śmierci bardzo podejrzanej… no i ta krew, nic to, że niebieska, może to ktoś jednak koronowany, wiecie, może ino książęcy, kto to tam wie… śmierdziało jak krew, podobno i tak smakowało, więc wierzyli Wężycowi na syk. No co? Syczał jak mówił, znaczy mówiczał… sówił? Jak tam kto woli, mniejsza, najważniejsze jednak, iż wąpierz raczej wiedział co mówi, więc ślady zabezpieczyli, opisali, a potem pozwolili mu wszystko zeżreć. No w końcu ekologia, nic nie może się zmarnować.

Nawet to.

Z drugiej strony, nie wykluczali, iż był to ktoś dla nich niewidzialny, który po wyrysowaniu onego kształtu najzwyczajniej w świecie sobie gdzieś poszedł, aczkolwiek może nie daleko, może się im przyglądał… kilka połamanych gałązek, miażdżone, zeszłoroczne liście i jedna dziwnie przekrzywiona, mikra stokrotka lutowa…

Tak.

Możliwie, iż w tym wszystkim było coś więcej, ale jakoś ostatnimi czasy w nikim nie drzemała chęć poznania onej historii, wszelaka ciekawość ich opuściła i jakoś tak, woleli nie zagłębiać się w definicje wszelakiej przygodowości i sensacji, bo i po co? Życie codzienne było wystarczająco kłopotliwe ostatnimi czasy, więc kształt mógł się zwinąć, bez ich pomocy i gdzieś się ukryć.

Mieli to gdzieś.

Tylko wąpierz cieszył się posiłkiem, chociaż później miał rozwolnienie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mgła.

Niczym myślący byt powoli zbliża się do okien, najpierw mającząca na krawędi drzew, tam, za rzeką, gdzie pola zdają sie dotykać nieba, gdzie jakieś takie nibywzgórza mamią człowiekowi wrok i zdaje mu się, iż morze nagle się przeniosło i otacza nas ze wszystkich stron już teraz… jakoś tak.

Tam wcześniej była sprawiają, że człowiek czuł się jak w sklanej kuli.

Wiecie, tej, co się potrząsa, ale bez śniegu, ino takie jakieś dziwne bezpieczeństwo, może i ulotne, może… nawet kruche, wiecie, w końcu kula szklana, ale jednak, bezpieczeństwo, zamknięcie, odcięcie, własny kawałek świata, mgła… jak tak trzyma się na krańcach mego wzroku, to jakoś tak, no wiecie, dziwnie jest przyjazna, ale jak powoli, jakoś tak z ukrycia, jak nie patrzycie, mgnienie światła, mrugnięcie oka, i jest bliżej, jakby się skradała… a ty w końcu to rozumiesz, iż chcesz, by cię pożarła…

Czymkolwiek jest.

Czy tylko mgłą czy legendarnym havgusem?

A jeżeli tym lub tamtym, to jakkolwiek, czy coś zwiastującym? Pogody zmianę, najazd, nalot, problemy, a może radość jakąś, całkowicie niespotykaną, całkowicie, chocia podskórnie oczekiwaną, bo przecież słońce się nie przebije przez oną mleczną prawie gęstwinę, chociaż, trzeba przyznać, iż usilnie próbuje. Wstrętne, narusza oną mięsistość i wszelaką włóczkowatość. Jakoś tak… tak się mi kojarzy  tymi niteckami, wiecie, uczulenie na wełną…

… psik!

Alerty o zmianie pogody tutaj są… nie wiem, no raczej wypatrywane.

Może i jedni wierzą swoim kościom, kolankom, stawom, wiecie jak to jest, tutaj rwie na słońce, tam na wiatry łeb popyla w dziwną stronę, nowu gdzieś indziej coś swędzi jak ma wiać. Wiadomo. Człowiek to barometr jakowyś czasem, albo i często. Jakkolwiek tam z wami jest. A jak jest?

Bo jeśli chodzi o mnie, to łeb mnie napier… na wiatr.

Strasznie.

No ale… większość dostaje piknięcie, bipnięcie, tudzież zauważa jarzejące niebieskie kółeczko na DMI kółeczku.. wtedy już wie, że coś się szykuje w bliższej, tudzież lub dalszej przyszłości. Bo alert może być tak z tydzień naprzód, ale jednak… często mu się zdarza w tym czasie się zmieniać. Tak po prostu. Wygasać… osłabiać, albo nagle, moja głowa zawsze jest pierwsza, zwiększać swą moc…

Orkan czy huragan styrke… i tak, bawię się językami.

No co?

Tyle pelikanów a tyle, LOL. Żeby nie było, wciąż szukam genezy onych pelikanów jako miary wiatru… I nie tylko ja, tutaj jeden z nowszych artykułów. Niestety nie o końca może wiele wyjaśniający, ale idący w religię, z którą mam na bakier, więc może treba poszukać czegoś innego. Ale powiedzenie istnieje. Pelikana trzeba o niego ino pół, więc może druga połowa na ruszt?

W końcu kryzys, nie marnujmy żarcia!

A mgla… otoczyła nas i trzyma w swoim miękkim uścisku. I okay, niech sobie trzyma, a co. W końcu jak z nią walczyć?

I po co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zabójstwo… została wyłączona

Pan Tealight i Kozionarodzenie…

„Właściwie świętowanie jakoś tu im nie wychodziło.

Większość wszelako wolała świętować, tudzież być w onym uczuciu upojenia radosnością przez cały czas, więc wiecie, nie wychodziło tak dokładnie danego dnia, czy coś. Jak ktoś chciał ciastko, to je jadł, jak prezent, to dostawał, albo sam sobie kupował… niespodzianki były niewygodne, a czasem nawet straszne i niebezpieczne. Spodziewajki były jak najbardziej okay, więc korzystali z nich ile wlezie.

Po prostu wszystko można było świętować, więc się świętowało!

Czasy były jakie były, niepewność kolejnego dnia czy tygodnia, miesiąca, a nawet i roku, chociaż, kto to tam o roku przyszłym myślał. Niewielu. Mało kto nawet co planował na kolejne miesiące, no dobra, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane to miała kartki wypisane na rok cały, ale wiecie… ona była dziwna. Na pewno nie była człowiekiem, raczej czymś, czego jeszcze nie sklasyfikowano, a dodatkowo, raczej nikt się nie spieszył, by ją klasyfikować… opierała się badaczom, badaniom i wszelako nie dawała się przekonać do niczego… i tylko Pan Tealight notatki swoje wciąż notował… notes a notesem.

Wiecie, jeśli o nią chodzi, to lubiła świętować jeśli jej się zachciało. Jeśli coś czuła, właściwie budząc się rano nawet nie wiedziała, czy będzie święta do onego świętowania, czy jednak będzie to dzień, który lepiej zapomnieć… no i to jej świętowanie, oj, tosz to większość ludzi tak popatrywała na swoją codzienność, a nie jakieś tam… ni tortów nie lubiła, nie piła procentów…

W ogóle nudna była… Pan Tealight już dawno sobie to uświadomił, a poprzez oną nudność wybiórcą fascynująca… nawet w tym swoim świętowaniu nieświętowania. Nie daty szczególnej, nie chwili, nie wspominek… ale po prostu nagłego, dziwnego, jakiegoś takiego poczucia, iź to jest ten moment.

Ten właśnie czas… więc czemu nie wymyślić sobie święta?

Tak było z Kozionarodzeniem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Całopalne ofiary” – … uuuu, tia. To jedna tych ważniejszych części cyklu. Tak wiele się zmienia, już w poprzedniej książce wszystko stanęło na głowie, ale teraz… WOW Teraz to ona zostaje i tym i tamtym i jeszcze, no po prostu kobieta orkiestra, ale co ważniejsze jest opowieść, coś się dzieje…

Jest dramat.

I oczywiście dwóch facetów… co najmniej…

Tak, to ten tom, w którym lamparty się łaszą jeszcze bardziej. Ale nie tylko one. Bo wiecie ten już wie, ten jeszcze nie do końca, a na dodatek pojawiają się moce… kolejne… Anita zwyczajnie punktuje. Pomaga jednym i drugim, zapomina o sobie, jak zwykle, potem obrywa, czyli… jak zwykle. Ale też… ważniejsze, iż wciąż pracuje. Bo to właśnie jej praca jest tym, co jest najfajniejsze.

Jak zwykle przygoda, dziwne sprawy i na pewno książka nie dla dzieci.

Pewno jak napisałam, iż nie dla dzieci, to się zlecą, co nie? Ech! LOL Muszę w jakiś sposób skołować wszystkie tomy tego cyklu, podobnie jak Briggs czy Andrews czytanie Hamilton to guilty pleasure. Takie oderwanie się i naprawdę niewymaganie od siebie niczego poza onym głaskaniem wzrokiem literek…

Spacer…

Noga za nogą żadnego myślenia.

Po prostu człowiek idzie. Rusza się, ale jakby nie. Mija miejsca, które zna, które znowu się zmieniły, ścięte drzewa, postawione już ławki, rzeki, w niedalekiej oddali morze… pod nogami startujące w górę zielonkawości, ale wszystko raczej wciąż wygląda jak jesień. Gruba warstwa liście na ścieżce, którą nikt nie chodzi. Znaczy chodzi, inaczej ścieżki by nie było, ale jednak tak wygląda ona ścieżka. Jakby chciała być widziana, ale nie do końca deptana, jakby otwierała się, ale nie dla każdego.

Dziwne to wszystko…

Nie wiem jak ludzie mogą ciągle mieć przy sobie te telefony. Wiecie, te bipczące rzeczy i one ustawione na piskanie i bipanie pomiędzy drzewami. Czy wy też wciąż trzymacie te gówna w rękach? Wciąż w nie patrzycie, jakby świat od tego zależał? Czy taka dziwna jestem, bo nie używam telefonu?

No dobra, gram… przyznaję się, gram, Chowaniec mi pożycza…

Jakoś mnie to tak rozpierdziela czasem, więc po prostu sobie człowiek składa te klocki. I go to odpręża. Bez spięcia. Ale od tego czegoś bolą dłonie, swędzi skóra… w ogóle jest to dziwnie nieprzyjemne, więc jak to robicie?

Nie boli was?

Tak w ogóle, serio trzeba być w internecie non stop?

… a może nie ma mnie, więc nie istnieję…

Krok za krokiem.

To zielone, tamto nie.

Rzeka szumi i klekocze dziwnie, a nowy przepust jej zrobili, może to dlatego. Mostek wmocnili, jest barierka, no i fajno, ale ja wolę w dziczy, za barierką, przy rzece, gdzie kamienie wystają, nowe jakieś takie kamienie, zielone, trzeba się przedstawić, zaprzyjaźnić z nimi, no piękne są. Tutaj woda odbijające niebo, kamienie nabłyszczająca, a do tego one głazy zielone…

… a na brzegu rzewa…

A dokładniej ich pnie, bo przecież drzewa wysokie, więc wiecie, nie patrzę na nie z góry, jakby one na mnie patrzą… a ja patrzę ino na te ich korzenie, odsłonięte, dziwnie łapczywe, w znaczeniu wyglądaja jak wielkie łapy, jakby drzewa dopiero się zatrzymały, jakby mnie oszukały, jakby dopiero przystanęły, a wcześniej gdzieś pędziły, jak ludzie, zaaferowani cudzymi życiami… cudzymi sprawami niewidząc w ogóle tego, co się dzieje z ich własnymi życiami, konarami, korzeniami, pniami…

Bo z nas też takie drzewa… niby się zatrzymaliśmy, wrośliśmy w swoje światy, ale jednak… jakoś tak, czasem musimy uciec. Od siebie, od świata znanego, od tego nieznanego, w siebie uciec czasem, głęboko…

Krok za krokiem…

Problem ze spacerem jest taki, i nagle wybudza nas z onej medytacji kroków straszny smród. A tak, Koziolec… znaczy koza męska, no kozioł. Ja pierdziele, jak on potrafi walić, ale no po prostu nie da się, no od razu zwrotka i cofka i tak dalej. Tak śmierdzi, że nie można długo, a on taki piękny… nie no, dość tego spaceru.

Do domu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kozionarodzenie… została wyłączona

Pan Tealight i Szopka Całoroczna…

„No dobrze, nie była nowością, ale jednak one dodatki, które się ostatnio pojawiły… okay, wciąż główne miejsce zajmowała Wiedźma z DzieciątkiemMisiątkiem i Chowańcem parzącym jedyną w swojej marce herbatę, dość tręsącą się ręką, ale skąd i jak pojawiła się tam Godzilla z własnym offspringiem, wciąż połową w skorupce tkwiącym, głośnym bardzo…

Nie wiedział nikt.

Logicznym się zdawało, iż Szopka stała się sobą w pełni. Miała swoje myśli, marzenia, szafę z ubraniami, kuchenne przybory, szczoteczkę do wszystkich zębów i płaciła podatki w innym świecie… na ten jej nie było stać. Wiecie, jak większości z nas, ale jednak informacjami o księgowych się nie dzieliła, prosiak z niej, ale jakoś tak to zrozumiałe, jak nie chciała przecieków…

… cóż, każdy dba o siebie.

Chyba?

No ale… przez te lata, właściwie nie pamiętali już kiedy dokładnie się tutaj pojawiła, najpierw jako jakaś wizja, szkielecik stajenki, tak lichy, że każdy wiatr mógłby ją, a jednak żadnemu się nie udało. Potem coraz bardziej rozrastająca, się, dodająca światy równoległe, wszechświaty, jakieś tam mikro i makrokosmosy i jeszcze księgi, wiele ksiąg, dlatego to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomorowane pozwoliła jej na wykorzystanie swego, aczkolwiek mocno i pokrętnie przerobionego, wizerunku. No wiecie, w pewnym momencie, gdy nie miała nic, zrobiłaby wszystko za ten szelest kart i słowa… i zrobiła…

Wszystko.

Nawet taką głupotę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki.

Nowości i jak zwykle nienowości. Wiadomo. Martina trzeba dokompletować do końca, jeszcze mi wron brakuje i tego tam smoczego, okładki kijowe, szczerze powiem, no ale, na razie i tak reszta musi poczekać… no i Wędrowycze.

Jakoś musiałam… i tak wciąż któregoś mi brak…

Ech…

Powiem wam, że ten świat to po prostu wygrywa jeśli chodzi o szaleństwa, więc dziś idziemy na spacer. Słonko co prawda zza chmurki, ale to nawet lepiej, lekko pizga, ale temperatura nazbytnio dodatnia. Chciałam znaleźć czosnek niedźwiedzi, ale wciąż jeszcze śpi, za to ranniki wychodzą, ale niepewnie…

Podobnie z przebiśniegami.

… więc zaczniemy od morza, do którego wpada rzeka, w końcu pełna wody, chociaż bez przesady. Pomyślałby człowiek, iż po tylu deszczach będzie tego więcej, ale nie… widać pry plaży już pojeździli sprzętem zapewnie nieozwolonym, bo krzewinki zniszczone, a wraz z nimi cebulki, co to juz wypuszczały, one krokusy i inne… nie ma ich i raczej nie będzie. Może jakiś się uratował…

Dlaczego ludzie tak kochają niszczyć.

Oczywiście wszystko pod sztandarem sprzątania i biodiversity… LOL kolejne kłamstwo. Wkurwiające, ale co zrobisz człowieku, nic nie robisz. Nauczyli się nocą, wieczorami, porankami chamskimi to robić, by nikt nie zobaczył, nikt nie nakrzycał nim nie będzie za późno… a morze…

Ono tylko patrzy.

I pamięta.

Rzeka poobnie… i one wychodzące przy jej brzegu przebiśniegi. Dziwnie dzikie, chociaż pewno ktoś kiedyś tam cebulki podrzucił. Trzebaby w domu przy trawniku więcej, nie ino w trawnik, ale też dookoła, nasrać cebulek, ale nie stać mnie, nie w tym roku, może w następnym… ale kilka posadzone. Wiecie, zawsze człek ma te ze świąt, co w domu pachną, hiacyntowe, nie wylezą już w tym roku, ale może w następnym. Wiele wylazło przed nimi, więc miejmy jakąś nadzieję…

Miejmy?

Nad rzeką cisza dziwna.

Ludzi nie ma, wszędzie drzewa połamane, pocięte, zniszczony krajobraz woła… już nawet nie woła, cicho łka… ale wystarczy pójść w pola, by zobaczyć, iż coś się zmieniło… pojawił się sad… tutaj, w Melsted. Kolejny sad. Na onych omal nieużytkach. Co prawda ścięli na niego cały zagajnik dzikich czeremch, jabłonek i śliwek, ale nic to la nich, przecież posadzili w równych rządkach, podsypali…

Przecież.

Jest inwestycja.

Nie ma różnorodności, dzicz w odwrocie. Poza oną ludzką, tak, poza oną człowieczą, co to podobno taka cywilizowana, współczująca naturze i tak dalej, no ale… słońce popołudniowe roztapia się w dziwnej mgiełce nad polami, ech te światło, można się dla niego rozpłynąć. Zapomnijmy o wszystkim i popatrzym na oną miękkość, wtopmy się w ciszę… serii, teraz musiałeś i to akurat tu na zadupiu z tym psem biegać!!! Nosz kurna no, to już i ciszy mi nie wolno?!

Wróćmy do domu, herbata tam jest.

I ksiażki.

Czasem naprawdę wolę ten świat wyłącznie z daleka. Ludzie bolą, wszelako wszystko jakoś tak cierpi… krzyczy, mruczy, jęczy… jakby już naprawdę nikt nie był szczęśliwy, ale za to wielu udawało.

Oj tak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szopka Całoroczna… została wyłączona

Pan Tealight i Miluś…

„Nie żeby był miły.

Nie żeby choć puchaty był… może jako dziecko, wiecie, tak zaraz po urodzeniu, aż się lekarz zastanawiał przez chwilę, jak go wyjmował, czy nie wsadził tam przez przypadek swojego szalika, bo gdzieś mu się zapodział akurat przed wejściem na porodówkę… ale nie, to jednak było raczej dziecko… Wzięli go, zważyli, zmierzyli, wytarli nawet, wymiary okay, osłuch utrudniony, ale jakoś poszło… dostał wszystkie punkty, mamusia ucieszona, tatuś raczej poobno nieznany, więc nawet się nie dopytywali, trochę diwnie się zrobiło, co więcej… Trochę tak niewygodnie, bo najpierw lekarz z tym durnym choć habilitowanym szalikiem wyskoczył, że to jego, że przeprasza, potem dzieciak się okazało, iż łupież ma chyba czy coś takiego, a zaraz po wyjęciu nie miał, no i w końcu matka się zdziwiła po dniu czy dwóch, że nie ma warkoczyków…

… jakby to było najważniejsze, przecież zdrowe jest!

… a potem po pierwszej kąpieli włosie opadło, wiecie, się zdarza…

Cóż.

No i wiadomo, pozwała szpital, ale jednak genetyczny biegły stwierdził, że to nie szpitala wina, a matki, bo zapomniała z kim była, na to ona, że to in vitro i się rozpętała burza i wichura i jeszcze kocopoły się zaczęły. Oczywiście, że wyszło na to, iż nie to jajeczko czy nie ta plemniczka, no w dzisiejszych czasach to wiecie, te problemy z płciowością, lepiej było się zabezpieczać… oczywiście w końcu matka stwierdziła, że jak z niej wyszło, to zatrzyma, ale chce kasy, więc się dogadali.

Szybko.

Ale tylko dlatego, że zaczęli dociekać co  tymi warkoczykami… i jakoś poczerwieniała i nie chciała mówić. Ciekawość ich zżerała, więc zapłacili, a ona im opowiedziała… opowiedziała historię.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem poglądam komentarze… wiecie, taki zwykły podglądacz ze mnie. Kompletnie nic nowego, tylko inne zabawki, więc trzeba się było dostosować i… te komentarze są straszne. Przerażające nawet, a może i więcej. Zdaję sobie srpawę z tego, że nie żyję jak zwykły człowiek. Po pierwsze jest nas tylko dwoje do martwienia się o siebie, nie mamy nawet zwierzaka, po drugie, dach nad głową jest, ale co do mebli, to bez przesady. Zwyczajnie, przez to, że w 2019 straciliśmy prawie wsystko, jakoś tak wciąż się nie odkuliśmy, a i zroumieliśmy, iż naprawdę pewnych rzeczy nam nie potrzeba, nawet tych, których nigdy nie mieliśmy, no ale…

… te komentarze, ludzie…

Że trza się pokazać?

Niby wszyscy tacy wyzwoleni w Polsce, poza kościelnymi, a jak w Walentynki nie masz róż i czekoladek przy sobie, to nikt cię nie kocha. I jesteś przegrywem. Wciąż też te teksty z wodą, wiecie, szklanka wody na starość i tak dalej… i to, że po 30tce to się życie kończy, kompletnie, nie masz dwadzieściaileś, więc już trumnę szykuj. Serio? Ludzie, ja tutaj obserwuję babeczki, którym życie zaczyna się po pięćdziesiątce! I tak, wiem, że wyprowadziłam się z Polski z rónych powodów i od tamtego czasu, nastu lat, nie byłam tam nawet na chwilę, więc co ja wiem… no czytam.

Nie, czasem czytam…

Tia, sprawy rodziny… u mnie temat problematyczny, ale jak słyszę o przymusowych obiadkach i świętach i cierpieniu innych gadania, naprawdę tak siebie nienawidzicie by to robić? Wiem, że starsze osoby mogą czasem coś powiedzieć w dobrej wierze, ale możecie im powiedzieć, że to was zabolało!

Zrozumieją.

Załatwiłam to na tak zwanym początku dorosłości.

Spieprzyłam…

I żeby nie było, to nie jest tak, iż Duńczycy to taki doskonały naród, wprost przeciwnie. zwyczajnie częściej mają wyjebane, albo już naprawdę doszło do tego, że się nie rozumieją. Duński jest unawany za najbardziej zacierający się język. Ludzie nie rozumieją siebie nawzajem. Obserwuję to często w sklepie. Proste słowa, pięć milionów rodzajów ich brzmienia, w końcu prostym chrząknięciem załatwiacie wszystko nie wiedząc nawet, iż walnęliście najbardziej zrozumiały poemacik. I tyle… oni się zwyczajnie nie rozumieją. Poza tym ona religijność zaprzeszła i jej brak teraz. Jakoś tak, to wszystko zmienia, a może to Królowa?

Która niestety szykuje się na operację…

Problem samotności tutaj jak najbardziej istnieje.

Ludzie nie potrafią być razem… czasem niektórym udaje się dłużej udawać, ale brak wzorców, ona koniecna wygoda każdej chwili… to nie może się udać. Sprowadzanie żon z Azji. Wiem, że Wyspy Owcze posiadają własną autonmię i tak dalej, ale w podobnych miejscach jak tam, czyli rolniczych i odosobnionych, problemy są takie same. Jest chłop, ale babę chce mieć jednak inną…

Uległą?

Czasem mi się wydaje, że o to im chodzi.

Uległość i wygodę…

Dziwny ten współczesny świat. Oj, bardzo dziwny. Przecież sorry, ale związek z drugim człowiekiem to praca, a przede wszystkim masa gadania. Tia, wiem, co ja tam wiem o życiu, co nie? Z matką się nie spotykam, teściową też nie, zresztą, ona szczęśliwie zamieszkała sama w mieście i wygląda na to, że chyba jej to odpowiada. Już od dawna nie próbuję wszystkich zadowolić…

Ale droga o tego nie była łatwa…

Młodi tutaj mają właściwie wszystko gdzieś. Ale też to mienie gdzieś wcale nie wpływa dobrze na ich zdrowie psychiczne, więc widzicie, no jak na całym świecie. I dodatkowo młody dziś, bobas, to taki, co po trzydziestce jest… to chyba wciąż mnie intryguje, że można nieuciekać z domu… cóż…

Życie.

Przyznanie się, że człowiek Wigilii nie obchodzi, ja pierniczę… z każdym rokiem coraz gorzej, więc kłamię w internecie, jakby co, uprzedzam! Lepiej kłamać. I przebywać na SMach jak najmniej. Tyle, ile praca przewiduje…

I już.

I przestać czytać komentarze… no ale jak mam prowazić badania na ludzinie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miluś… została wyłączona

Pan Tealight i Wiało…

„Wiało i świeciło, świeciło i wiało…

… ciągle coś przywiewało albo odwiewało, no po prostu koszmar. Żadnej stałości. Można było zakochać się we własnym płocie, znać się z każdą sztachetą i po prostu nagle je wszystkie utracić. Nawet tego nie zauważyć, dopiero po dniach kilku poczuć dziwną pustkę i… dojrzeć swoje braki… braki w ograniczeniu terenu innym, braki w onym bezpieczeństwie, wszelako urojonym wyłącznie, ale jednak…

W końcu zawsze każdy mógł coś… jakoś…

Taka to wolność.

Ale… miałeś taśmę przy kijaszku, kijaszek stał w ogródku, przyszedł wiatr i se go zabrał… podobno widziano go na drugim krańcu miasteczka, ale jednak głupio pojść tak  buta, od razu, i powiedzieć: oddawajcie, jak oni się już przyzwyczaili, jak już go polubili i wykorzystują jakoś…

… no wiecie…

Wieje…

A jak wieje, to niepewność jest wszystkim. Możesz coś mieć, może ci przybyć, ale też może ci ubyć… na przykład dachówki mogą odlecieć, ale te to robią serio pod pretekstem wiatru. Naprawdę. Nie wierzcie nigy dachówkom, szczególnie tym starszym, porośniętym porostami i mchem miejscami, im nagle się chce często na wycieczkę, chociaż takie młode też tak mogą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Trupia główka” – … oj tak. Te najwcześniejsze tomy o Anicie są po prostu najlepsze. Bez przydługich pomysłów na to by jakoś tam skręcić ze sobą dwójkę – przynajmniej dwójkę – wzglęnie człekokształtnych osobników – przynajmniej natenczas człekokształtnych, gy cała akcja się dziać ma, na te ileś tam stron, onych ociekających – no wiecie… seks.

Bez seksu.

Znaczy nie do końca, bo przecież miejscami z onym muskającym napięciem, ale przede wszystkim akcją.

Kogoś zabili, ktoś uciekł, kogoś trzeba postraszyć, kogoś przygotować o roli, innego zakołkować, tego pouczyć, tamtemu przywalić, no zwyczajna praca, a nie ciągle zabili go, uciekł i się stał znów żywy po tym jak go przeleciałam. Znaczy nie ja, Anita… no wiecie… tak, pomijam sceny, dlaczego, bo w późniejszych książkach jest ich tyle, iż niczego nie wnoszą do akcji… a ja akcję lubię.

Kocham nawet.

… za wiele „wiecie”?

Powieść jest jedną z moich ulubionych. Nowa postać, nowe wcielenie, nowe moce, wszelaka wciąż niepewność, czy będzie czy nie będzie, są umarli i ci całkiem umarli i jeszcze koszmary, które pozostaną na długo i… ech, nie ma co, ale jeżeli ktoś potrafi czytać i widzieć jednocześnie akcję, nie polecam przed snem.

Buuu…

Co ja tu mam na agendzie…

Otóż czasem pojawiają się w prasie sprawy pocztowe. Wiecie, ten cały PostNord i to kupienie duńskiej poczty wciąż jakoś nikomu nie leży, ale jakby nie mamy wyjścia, więc jest co jest, żółte autka zastąpiły elektryczne, w większości, one ciche furgonetki niebieskie, które dziwnie straszą, zamiast nieść nadzieję na kwiaty i podarki, a nie rachunki, to w końcu emailem przyłazi… policjanci, znaczy wróć, postonosze to się zrobili chamscy i dziwni, jacyś tacy nienasi nawet… no ale, najgorsze jest to, że wysłane kartki 3go grudnia, wciąż do takiej Polski nie doszły… no cóż, i żeby nie było, do Singapuru w tydzień, ostatnio paczka do USA szła 4 dni, na onych nibynóżkach…

Ale ta Polska.

Pewno nie każdy wie gdzie leży.

Ale… ostatnio wzięli się za prześwietlanie paczek i co odkryli. Otóż przemyt na skalę kokainową. Albo i ogólnie mówiąc, narkotykową, wszelako wiecie, wielka rzecz, osiemdziesiąt kilo miodu z Afryki. Odbiorca się tłumacył, iż to na własny użytek, więc możliwe, że czegoś nie wiem i jakieś miody są modne, czy coś, albo no… wiadomo, żarcia nie wolno importować, ale…

Ciekawe co z tymi miodami robią, tak sobie myślę, przecież to kurna bez pomyślunku całkowicie. Może do kąpieli te miody, albo kosmetyków robienia, pewno ze wściekłych pszczół, jak nic, ale co ja będę… nie wnikajmy, bo zbyt wiele mam pomysłów na lejący się miód po lekturze pewnych książek…

Ekhm… w tym wieku. LOL

Ale… co do wiatrów, to wciąż wieją, raz odrobinę słabiej, słonka więcej, co oczywiście cuownie działa na moją depresję… no wiecie, to już luty, kurde, połowa lutego, ja pierdniczę, no weźcie no!

Morze sobie szumi, poostałości po pełni księżyca mieszają mi w głowie.

Cudownie.

Po prostu… migreny murowane i o tego obklejone szkiełkami jak za czasów PRLu. Widzieliście kiedyś takie domki, co to betowonowane były in i wrzocone miały tłuceń szklany? Niczym one piramidy co to się na piaskach Egiptu świcić miały muskały świat swoimi „zajączkami”… to tak, jak wieje, ból głowy pojawia się przed i w trakcie, a ponieważ wieje już drugi miesiąc i dni bez wiatru można policzyć na palcach jednej ręki, więc… jak nic już w ogóle te promy nie będą pływać.

Kurde.

No ale, większe wiatry nowu nadchodzą, śniegu nie widać, chociaż nocami prymrozić potrafi, ale nic to, w końcu to już luty, zima się kończy, moja depresja ma się suer, słońce świeci, ja pierdziele, dlaczego pochmurne dni tak się ludziom kojarzą ze smutkiem, przecież one są cudowne i takie wybaczające!

Cóż…

Może listy pisać, ale tam, kogo na znaczki stać?

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiało… została wyłączona