Pan Tealight i Pan Kaszel…

„Ale churchlał.

Jak jakiś astmatyk, wszelaki zaprzeszły suchotyk spod pełzającej w powietrznych wirach wierzby nader zaryczanej, niczym grajek jakowyś, biedny od zawsze, w pełni literacki, wykorzystany przez wielu, niepytających się o zdanie i nie mający wizji swej przysłości, tak w ogóle… palacz, azaliż wżdy lub i po prostu gruźliczny gruźlik, tudzież ktoś, kto w ten sposób słowa z siebie raczył wydobywać, mowę swą wybrzmiewać… No wiecie, z językami jest tak, iż różne są. Naprawę wszelako skomplikowane, splątane, pełne mokrych parsknięć, dźwięków bardziej, nie słów opisywalnych, rąbanych onomatopei i takich tam, wiecie, aleksandrynów.

Ale on to już naprawdę soczyście… choć sucho…

Może i by go zrozumieli o co chodzi, gdyby nagle nie upadł, a w plecach nie sterczała mu strzała z zielonkawą lotką, mieniącą się pozłotkiem, mazana w czymś, widać było, że ktoś na pewno chciał załatwić kolesia… do końca. I raczej gdzieś miał grupy dochodzeniowe, albo wiedział, że w skarbcu pusto, więc… ułatwiał im pracę, czy coś? W końcu i mordercy mają jakoweś kodeksy…

… chyba.

Albo mieli?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane kochała niebieski. Kobaltowy, oczywiście… ale były takie, które wolały zielenie, one morskie, one turkusowe, one liściaste… ale to nie one…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Havgus…

Przyszedł nagle, nie no, oczywiście, że ostrzegali, że będzie mleko, zero widoczności właściwie, ale miało się rowiąć, a tutaj co… znowu kawałek Wyspy ma słońce, a resta otoczona bielą. Niczym panna młoda welonem. Jakby chcieli ją zakryć prze onymi wszystkimi złymi duchami, co to dziewicę… ekhm, chcą nadpsuć. No co? Kiedyś to były dziewice… teraz podobno też może się trawić, ale najczęściej: to state of mind. I tyle. Inaczej tego się nie da raczej opisać.

I tak, kiedyś druchny robiły za zmyłkę, lub odganiać miały one duchy, żeby nie było sama niedawno oną wiedzę dziwną posiadłam… w ogóle to ciekawy temat, wiecie: śluby, zaklęcia, przesądy z tym związane, wszelkie prawdy pradawne, rodzinne, plemienne, części świata, odmienne tu, inne tam, szokujące mniej lub bardziej, a ja co, prawie uciekłam i tyle… ale miałam stare… kości…

… LOL… ze sobą na ślubie.

A może to był pył z popielnicy?

Niebiesko w głowie… i tyle. Wystarczyło? Nie wiem. W końcu kiedy się to wie, że wystarczyło, a kiedy się nie wie? A może niczego się nie wie, bo czasem pewne rzeczy muszą się stać, chociaż mogłyby bólu oszczędzić, ale ten havgus, oj, ależ piękny on, zmienny… prawie mleko, a potem coś wiać, znowu zmienia się, buzuje, nagle one mglistości zbierają się, kulkują w ogromne kule, jakby chciały bałwwana postawić, no i otaczają cię, przesuwają się obok, między tobą, a onym welonem świata innego… a może i wnikają w ciebie? Może?

Havgus… siła i moc.

Niby wilgoć, a jednak nie wiem, nie do końca. Raczej dziwnie rozproszone zimno… maskujące to, czego nie chcesz widzieć, czyli właściwie wszystko i gdyby nie ci psychopaci zabijający w niedzielę czereśnię, to może i byłoby milej, ale wiecie, nie jest… oni zabijają drewo, więc nie da się ciesyć takim odcięciem.

Nie jestem wiedźmą w onej wypełnionej mgłą kuli.

Nie…

A że w niedzielę? A no widzicie, podobno tyle jest ostatnio zajęć dla tych pracujących rękowama, że muszą. Nie ma innego wyjścia. Znaczy, oczywiście iż sobie liczą za to, no weźcie no, to Dania. Tu płaci się za wszystko. Jeśli nie od razu, to rozliczą was a chwilę, lub ich kilka… i okay. Okay, jeśli to się wie i jest się na to gootwym, bo jeśli nie, no to mogiła. Sorry, ale takim oczywiście, że często płaci się do kieszeni. Znaczy do łapy. Wiecie, takie i to czasy… znaczy te czasy z pracownikami tak zwanymi fizycznymi, jakby inni byli nienamacalni, to zawse takie były. Układy, układziki. W końcu nikt nikogo nie podkabluje, ale wróć, to Dania…

Tu kablują!

I kablują dosłownie i w przenośni.

A kable dosłowne, jakby co, to mamy w ziemi, bo się ktoś kiedyś mnie pytał, gdzie kable od prądu, no to wkopane. Wiecie jak mnie słupy w Szwecji stojące, szokują. No po prostu kulturowy mózgopierd jak nic!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Kaszel… została wyłączona

Pan Tealight i Zostań…

„Nie został.

Odszedł.

Nawet się nie pożegnał, ni liściku nie pozostawił… ni jakiegoś kwiatka, prezentu, nie wiem, okruszków, wiecie, drogi okruszkowej by go odnaleźć…

… nic…

Kompletnie.

Nie żeby coś mu powiedzieli, nawet nie mieli szansy, bo gdy przybył, to od razu zamknął się w takiej bańce, że podobno przemęczony, a może tylko tak sobie wmówili? Głodny nie był, nie chciał z nikim romawiać, nikogo nie chciał odnaleźć, nikogo nie pytał o nic, zwyczajnie przybył, a może jednak nie… może się mylili? Zbiorowa halucynacja? A może jakaś magia wysokich lotów, a może…coś więcej? Coś wszelako nieznanego jeszcze, coś… może i przerażającego?

Może?

Może się bali?

Może w rzeczywistości była to ich wina, iż wyjechał… chociaż, nie byli tego pewni, po prostu zniknął. Wraz z oną bąblową strukturą, która mieściła się w piterku przypinanym do pasa… chyba… no bo przecież. Nie no, na pewno tutaj był, przecież widzieli go, ten zapach, ta kolacja…

A może…

Nie było nikogo?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sticker Book” – … okay. Wiem. Nie książka, ale jednak, jak ślicznie wygląa na półce, a jeśli zdecyujecie się zużyć stickersy możecie wkleić tam swoje zdjęcia i tak dalej…

No dobra, nie książka.

Ale ładne.

Coś innego, co w przypadku onej popularności journalingu na pewno się sprzedaje, no i, jak sprawdziłam, to już chyba trzeci tom tej serii, a sama pozycja wydana jest pięknie. Twarda oprawa, twarde strony, po prostu…

Jak fantasy…

Tylko w środku stationery, a nie one opowieści. Chociaż, tak patrząc z drugiej strony, no przecież to też opowieści. Sztuka…

Dla wielbicieli.

I nagle ni z tego ni owego, temperatura zaczyna rosnąć, dociera w okolice 10 stopni i człowiek się budzi nie wiedząc co się dzieje. Nie wiedząc jak sobie z tym poradzić. Pod czaszką grają mu i wiatr i strumienie lejącej się wody, na szczęście na zewnątrz… budzisz się, chociaż nawet nie spałeś i oddychasz, dziwnie ciężko. Boisz się. Strach, to nieodłączny element stormu.

Może i pierwotny, może i…

A potem wszystko się zmienia.

Siedzisz, obrabiasz, co masz obrobić i czujesz, że jest ci zimno. Nawet rozgrzanie się przepisową gimnastyką nie do końca poranną nie pomaga, zresztą nie lubię rano, rano wolę się wyciszyć i popracować mózgiem, po południu można pomachać łapami i innymi odnóżami.

Ciepło jest…

Dziwnie ciepło i nie wiesz co z tym zrobić, plewić, sadzić, czy jednak jakoś tak odpuścić i nie wierzyć pogodzie. Bo przecież ostrzegali w prognozie, że coś się stanie, że coś się zmieni, że po prostu… nie będzie tak cały czas, że to tylko chwila, moment szaleństwa temperaturowego… i ten wiatr…

Obcy jakiś, pachnący Saharą.

Może to jednak alien jakiś… może i UFO?

Pławisz się w onym cieple w dzień i w nocy… i jakoś tak, nagle, dziwnie, po prostu w ciągu chwili robi ci się zimno, bardzo zimno, coraz bardziej. Wszystko ucicha… wiatr odchodzi, pojawia się deszcz, ale dziwnie skąpy, jakby się pomylił, jakby po prostu zaczął, ale o razu go odwołali i znika… nawet te krople na i tak wilgotnych deskach znikają. Jakby ktoś zacierał ślady. Jakby…

… to wszystko było pomyłką.

Jak ona pogoda.

Jak ta temperatura.

Ono ciepłe, dziwne, duszące powietrze znika. I to w takim tempie, że zapominasz, iż tutaj było, tylko ból głowy przypomina o tym, że jednak coś z tą aurą nie tak. Ale jednak jest zimno, noc prymrozi, rano szron pomaluje szyby samochodu, a dokładniej ino przednią, jakoś tak wybiórczo, ale wystarczy wystawić auto na wschodzące słońce i już po problemie, skrobać nie trzeba…

Nosz ekologia zachowań ludzkich!

Ale co robić, jak taka aura?

No co?

Radzić sobie trzeba i tyle. Natura oszalała, więc i człowiekowi się udziela. Nie śpi, nie wie czy oddycha, czy nie, może tylko pierdzi, może teraz tak to będzie wyglądać… może i może i morze… szumi czasem… czasem nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zostań… została wyłączona

Pan Tealight i Porannik…

„Wieczornik, Nocnik, Północnik, Południk i jeszcze ten Popołunik… ale co do niego, to mieli pewne obawy, że wiecie podszywał się pod oną Armię Braci Czasu Nietamowanego. Znaczy, wiadomo, byli jeszcze inni… ale, czy wymienie wszystkich coś da? Tak naprawdę? Nie… więc po co to komu. Jak przyjdą do was i odgryzą palec u nogi, ucha kawałek, albo wyrwą włoski, to będziecie wiedzieli jaki to. Wiecie, w wyszukiwarce można, po prostu. No trza sobie radzić no, a nie, że ciągle pytania i pytania, no ile można… bandażować ratować się, a potem…

Potem jakoś będzie.

Albo nie.

Od rau zarućmy tutaj mądrością ludów wszelakich, brzmiącą: będzie lepiej, albo nie i to ono nie jest najczęściej boleśnie najbardziej prawdopowodbne. Niestety i stety. Wszelako. Ale wiecie, nie jęczymy… niezależnie od tego kim jesteśmy i dla kogo robimy, z którego łona wyszliśmy i takie tam.

Ale Porannik… miał przepierdzielone.

W pełni.

Jemu już nic nie mogło pomóc i wiedział o tym, więc jakby co, to raczej nie spadło wszystko na niobeznanego z prawami i wszelakimi obowiązkami. Wiedział. Wiedział dokłanie co go ceka i co go może czeka i jeszcze, czy w ogóle cokolwiek się z nim stanie, więc… nie, nie wyglądał nawet na zadziwionego, gdy stary, skórzany kapeć z wyleniałą Wyściółką, wredną babą, o której mówiono, iż kompletuje w sobie zapachy wszystkich stóp, w ramach takiego hobby, wiecie, by na starość mieć się jak rozrywać i potem każdemu po równo… no co?

Byle nie zgnuśnieć!!!

… więc gdy złapał go zębami, to po prostu, przyjął to… a oną codzienność. Poranną. Nikt jakoś nie rozumiał jego ekscytacji onymi wczesnymi godzinami i usypiania w okolicach południa. Nikt!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A gdyby tak wszystko opisać wiatrem…

Spokojność domowego zacisza oną bryzą lekką, dodającą ochłody i wytchnienia. Znajomą dziwnie, oczekiwaną, za którą się tęskni, jak jej nie ma. Po prostu. Codziennością, jak one wschody i zachody słońca. Pewno, że nie zawsze je widać, nie zawsze są spektakularne, ale jednak, jakoś tak… no wiemy, że są.

Podobnie z oną bryzą.

Morska, lekko słona, powiewna, osuszająca czoło, przewiewająca myśli. Zwyczajnie, będąca częścią życia. Oczywista. A raczej taką powinna być. Wiecie, ona spokojność domowego ogniska, wnętrza, ścian, dachu, okien, przez które niekoniecznie musisz być widziany, w końcu od czegoś są zasłony i żaluzje wszelakich maści. Możesz się schować, jak bryza zwinąć dookoła drew, nie chcieć do ludzi…

Albo to właśnie do nich się przyczepić.

A potem nadchodzi wiatr.

Taki, który przewróci pustą, plastikową butelkę, pogoni ją w dół drogi, której niedogonisz, zły na siebie wrócisz… oto jest takie podenerwowanie. Codzienne też, bo przecież codzienność często nam kłody po nogi rzuca. Otacza cię ono podenerwowanie. Napada. Jest nagłe, powiew, trząśnięcie. Możesz przejść bez niego przez cały dzień, a potem, gdzieś w okolicach wieczornego mycia zębów cię łapie…

I ma.

A myślałeś, że nie, nie dopadnie cię dzisiaj…

I w końcu nadchodzą burze i wichury.

Niektóre przeczuwasz, niektóre cię zaskakują.

Niby ktoś ostrzega, a nic nie ma, potem nie ostrzegają i nagle z niebios spadają i wody i powietrza masy i jeszcze… więcej. To jest życie. Ono wszelakie niespodziewanie, trząsące tobą, mieszające w codzienności, odbierające i bryzę i wiaterek zwykły… po prostu. Odbierający wszystko. Mogący zwyczajnie odebrać ci czy życie, czy tylko przedmioty… ale za przedmiotami też możesz tęsknić przecież.

Te nagłe sztormy, które zmieniają statkom kursy, które odwołują promy, które po prostu odcinają nas od świata, w dawnych casach pewno te zabierając prąd, ale teraz tutaj wiecie, wszystko pod ziemią, więc… jak i nikt nam w kabel kotwicą nie walnie, to będzie dobrze… może będzie dobrze? Sztormy przynoszące mgły, miotające krzakami i gałęziami, zrywające dachówki, bawiące się światem małej Wyspy, niczym jakaś… piłeczką  wypustkami. Niczym czymś nieważnym…

… nieistotnym.

Tak się czujesz…

Małoistotny.

Wiatr, niby tylko powietrze, a jednak, takie prerażające. Niczym pięści tlenu i innych gazów, a w rzeczywistości siła natury, z którą trzeba się liczyć. I z którą nikt nie wygra. Przychodzi i zmienia powierzchnię piłeczki jak jej się pooba. Bo może… bo taką jest, bo nie ma jakiś tam… wartości.

Albo ma, ale inne…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porannik… została wyłączona

Pan Tealight i Mała Szafa…

„Wnętrza domów zawsze intrygowały Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomorddowane, zawsze, pewno przez brak własnego, znajomego kąta, to musiało to być, a na pewno w ten sposób opisaliby to oni wszelakich odmian i nurtów lekarze od głów… wiecie, ci szaleni.

Oni.

Interesowały ją oczywiście zewnętrza domów, bo tak.

Ona zróżnicowana czy jednolita architektura: dachy, skosy i podcięcia, fundamenty, drewniane elementy, kolory drzwi, szyby, formy okien, okiennic, jeśli były, stare rzeczy, nowoczesne… takie kochane i lekko już marniejące, obdrapane, ale i wielokrotnie farbowane, miejsca, gdzie było widać wszystkie warstwy, zmienność kolorów posesji, oną dziwną, kobiecą jakże niezdecydowalność… oną rozrzutność, tu czerwień, tam chłodne błękity, musztardowe żółcienie i szałwiowe szare zielonkawości… bo dlaczego nie? Przecież… No dobrze, tak, oczywiście, czasem zapisane w papierach mieli, iż ino earthy tones, ale czasem nie…

Dlatego…

Chodziła, głaskała ściany, robiła zdjęcia i…

Zaglądała przez okna.

To wtedy, onego dziwnie migotliwego dnia, gdy to niebo nie mogło się zdecyować czy chmurą złapać słońce, czy jednak nie, dyskotekowa kula rozpierniczała i tak bolący wiedźmi mózg co chwilę potęgując lęki… to wtedy auważyła oną szafę. W małe, niebieskie kwiatuszki Czerwoną… winnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Właściwie to… link na kawę…

Właściwie to cholery można dostać od onej pogody zmienności. Naprawdę. Tak po prostu. Raz zimno, potem dziwnie ciepło, słońce wciąż przypieka, no ile można? Jak to wytrzymać? Gdzie jakaś regularność, za którą zdaję się wołać, jęczliwie bardzo, głośno wołać tracąc ostatki tchu i tak dalej…

Wiecie, dramatycznie.

W przyrodzie w końcu zaczęło się ono poruszenie, ale wciąż jest ono dziwnie powolne, jakby i rewa i kwiaty, wszelkiej maści bulwy i inne tam sadzeniaki, nie do końca wierzyły sobie… bo przecież to one powinny wiedzieć i na pewno wiedzą czy wychodzić, czy jednak jeszcze nie teraz? Dlatego nie wychodzą. Niektóre zielonymi czubkami macają powietrze, pragnąć wody jakowejś, ale jednak tam nic… sucho… jak nigdy, chyba naprawdę dawno nie było tak suchego przedwiośnia.

A to kiepsko, bo przecież z wodą ogólnie kiepsko.

U tych za wiele, tym a mało…

Tam jakieś tony śniegu, bałwany może i na Wielkanoc będą, ale kogo tam Wielkanoc, wakacje, wolne i ta dalej, cała reszta to tylko otoczka. Temu ceramiczne czy innorobione jajka, tamtemu nowu, wiecie, wegańskie, z plajzdiku… Wstążeczki, króliczki, ale poza tym, to zwyczajność gwiżdże, kolejny sztorm na horyzoncie już o sobie daje znak. A tak, życie na Wyspie właśnie tak działa.

O sztormu do stormu, od sezonu do sezonu…

Ech.

I nie narzekam.

Jako osobnik urodzony w onej turnusowej zmienności i w niej chowany przez te pierwsze lata życia, jakoś tak ją rozumiem, ba, lubię nawet, ale… z czasem jeszcze mniej i mniej, i mniej toleruję ludzi, więc wiecie, tu leży pogrzebany pies, krowa i stadko kucyków, co się zbiesiły… i nad nimi 666.

Chodzi mi o to, że poprzez oną dostępną ciszę i powolność późnej jesieni, zimy i wczesnej wiosny, jakoś tak człowiek, naprawę sobie uzmysławia, i ludzie schodzą… nie no, nie napiszę, że na psy, bo psy są kochane, ludzie schodzą na jakieś dupkowate stworzenia, których nazwy nikt nie zna, ale wszyscy wiedzą, że co jak co, ale one istnieją i to one postawiają nogę byście się wywalili, skórkę od banana rzucają, słyszycie z krzaków: o jaka dupa i tak dalej… no właśnie o to mi chodzi… ludzi po prostu zmienili się w dwunogi, z którymi lepiej się nie stosunkować.

W żaden sposób.

A czasem, to najlepiej od razu uciekać… chociaż często się nie da, jak napanie na was taki kurier na przykład… ma dla was paczkę, checie paczkę, ale on niemiły taki, obślizgły glizdogonowy typ, który akurat was sobie obrał za cel… wtedy zaczynam krzyczeć. I doceniam to, że jestem legalną wariatką. Szczególnie we własnym domu, bo wiecie, tu we własnym domu, to można przecież i nago kosić trawnik. Można… ino kto to robi? Jeszcze nie widziałam, ale jakby ktoś coś…

Ludzie jednak nie reagują już na krzyk jak kiedyś…

Dobra, mrok nadchodzi, idę podlać ogródek… niech się ona wiosenność napije, przecież jej nie powstrzymam, choć bym chciała… może? Chyba? Nie wiem… często już jest tak, że nie wiem czego tak do końca chcę. Ale wiem czego nie chcę.

Wystarczy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Szafa… została wyłączona

Pan Tealight i Wierszoklet…

„Śmiecił.

Znaczy, oczywiście że on uważał, iż nie śmieci, ino wiersze daruje, ale wiecie, każdy miał na to inne spojrzenie, a w szczególności ci, co woleli czysto mieć na trawniku. Pan Tealight wolał. Wolał mieć trawnik, a nie śmietnisko słów łkających o uwagę… na procentach będących… bez terapii.

Czasem ze słowami jest największy problem.

Ludzom się wydaje, iż pisząc, nie robią nic złego. Bo w końcu wszystko zostaje na papierze, ale zapominają, że papier powstał z drzew, no chyba że z bambusa, ale to już wasze zmartwienie, trza było nie używać obskich wynalazków… papier z drzew, a one jednakowo rozmowne, więc jeśli jeszcze poleziecie pisać do lasu, sukać inspiracji, no i tak dalej, to wiecie, bomba gotowa.

Ale kto o tym myśli.

Kupują te notesy i notesiki, naklejki, ołówki i długopisy… a potem się produkują, bo myślą, że im się ua, że im się jakoś tak, po prostu… no przecież każdy może, każdy powinien, każdy może się sztuką bawić, no przecież… małe formy, większe formy, opasłe tomiszcza, nowele, miniatury, wierszyczki, poematy, fraszki, ścierki, szmatki, Hallmarkowe podsumowania egzystencji…

I coś w stylu: każdy ma w głowie swoje szczęście…

Wkurwiające.

A jeszcze taki, co to mniemanie o sobie ma, że jest najlepszy i wszelako spełnia się jako jebany Misjonarz pisanej mowy… szaleniec i upierd swędzący w reczywistości, coś jak opryszczka, wiecie, co ją leczycie, nie ma, ale wiecie, że jeden powiew, jakaś skórka i o razu wróci, więc… myślicie o tym, by nawet zastąpić sobie usta czymś robotowym, ale kogo na to stać, no kogo?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Polowanie” – … okay, no więc przeczytałam raz jeszcze i pierwszy i drugi tom tak od razu, no bo wyszedł niedawno, no i jakoś mi się podoba bardziej, czy to możliwe?

Właściwie…

Możliwe!

Wiadomo, iż ino krowa zdania nie zmienia, chociaż przyznaję, iż muciek o to nie pytałam, wiecie, jakoś tak żują, większe so niż ja, więc człowiek respektuje oddalenie się od nich, jak już żują… jak nieują też. No ale… oto jesteśmy w kolejnej opwieści o jenym chyba z najbardziej intrygujących postaci Marokowego stadła. Oj tak, ten z jego synów jest moim ulubieńcem, i tak, z powodu rdzenności korzennej. I tak, fajno, że w końcu ma kogoś, ale to miałam być ja… ech, pomarzyć… zresztą, USA nie dla mnie no ale… Nasza świeżo sparowana para, która już swoje przeszła wystawiona została na nowe wyzwania. Musi stawić czoła… cóż, on samemu sobie, a ona… musi w końcu poznać kim tak naprawdę Omega jest i co potrafi.

Właściwie, jak działa.

A wszystko w obliczu wszystkich władców watach… hmmm…

Jest mocno.

Oczywiście, iż część z was spokojnie się domyśli co tak naprawdę morduje innych i czego chce, ale ci, który się nie omyślą, będą mieli niezłą jazdę. I jedni i drudzy wciągną książkę i afunują sobie miłość, trupów kilka i niezłe śledtwo, a wsio okrasone sierścią. No co… to w końcu wilkołaki.

Są sobą…

Książka wchodzi łatwo, jest znajomym światem, do którego wraca się, gdy ona codzienność za bardzo da nam po duszy. Zwyczajnie. Bo przecież im nic nie może się stać, prawda? Prawda?!!! Są bezpieczni…

… ale co, jeśli nie?

Jednego wąta mam: wydanie mi się nie podoba, jakoś dziwnie odwalona ta szata graficzna, bez skrzydełek i tak dalej, ale rozumiem, kryzys… wolę wydaną książkę niż świat bez niej. I nie mogę się doczekać kolejnej… to taka przyjemna magiczność, chociaż casem mnie wkurza jak te wilki robią to po wilkołaczemu… no wiecie, nie do końca, podobnie jak nasza bohaterka zapewne, rozumiem… ten świat.

Wciąż… ale to nic, jest co odkrywać.

Miejmy nadzieję!

Zimny tydzień, ciepły tydzień…

… ludzie wyjeżdżają na rowery, łamią se tam co mogą, potem ostają gzieś na połudiu, bo przecież kady prze ku ciepłu. Tylko nie ja. No dobra, kocham kocyk, ale jednak na zewnątrz musi być jednak mniej niż zero. Tylko nie na koncie. Na koncie wolałabym sumy kosmicznie ogromne, w onym ludzkim mniemaniu, coby mnie tu nikt z matematyką nie posedł, że wiecie, 2 i 2 to 5 być może w takim a takim wymiarze. Się nie dam nabrać. Wszystko to ino semantyka, a płacić za prąd trzeba.

Ceny kosmiczne.

Miało być lepiej, a jest jak jest.

Jestem wykończona onymi kolejnymi wieściami z cenowego zestawu pytań i przemyśleń. Wszystko drożeje, płace się nie zwiększają, czyli powiedzieć można, że jak wszędzie, ale u nas, boleśnie, zawsze było za drogo nawet dla nas, więc… nie wiem… nie wiem jak wszyscy mogą wciąż jeszcze, jakoś tak… żyć. W sezonie ceny pewno pójdą w górę jak zwykle, no i co wtedy? Robić dobrą minę do złej gry?

Bo znowu piga.

Miał śnieg padać, nie pada…

Ale dziwne to jest, że jedni mogą sobie pojechać i leżeć na ciepłych piaskach, a inni nie wylezą nawet  domu, przytłoczeni i pracą i obowiąkami, i jeszcze onymi brakami w rejonach finansowych… nie wiem, nielogiczność świata nie jest nowością, a jednak, jakoś ostatnio boli bardiej.

Może to dlatego, iż trwa od końca 2019 roku.

Ostatnio złapałam się na tym, że nie zauważam czasu międy 2019 a 2023… jakby te lata nie istniały, a przecież były, żyło się…

Czas stał się wymiarem kompletnie niezrozumiałym.

Podobnie jak ludzie, którym już raczej lepiej nie mówić cześć na szlaku, a kiedyś, było inaczej… kiedyś. No weźcie no, nie tak dawno, ale jednak, jakoś dziwnie dawno się zdaje, jakby czas naprawę się załamywał, motki z siebie kręcił i plątał wszystko i się mechacił, i w ogóle… miecz Damoklesa ino i ciąć.

A ja spoglądam w czerń, której nie rozświetla ona nowoczesna technologia lampy, co to się rozjaśnia jak się po nią staje, a tak ino niby jakiś dziwny błędny ognik, podobno śnieg miał padać, ale kto im tam wierzy, tym od pogody… co do lampy, to dziwacznie się załączają, pyknięcie jest takie, jak wybuch małego jabłuszka, więc wiecie, człowiek poskakuje i rąbie w podsufitkę. Jakoś tak… do tego nie można przywyknąć. I nie wyłączają tego, bo to te tam, nie żarówki ino ledy czy coś…

Nie wiem.

Wkurzają mnie.

Żeby je zamontować wycięli tyle drzew… idiotyzm lewel hard… drzewa odcinały ludzi od ulicy, a teraz, żryjcie spaliny!!! A tak było miło jak ona ciemność była czysta, ino gwiazdy, na morzu one statki się chowające przed falami i jeszcze te tam, prawdziwe ognie Elma świętego… czy coś.

I jeszcze pełnia, ale dziś takie chmury…

… więc może odwołana?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wierszoklet… została wyłączona

Pan Tealight i Slalom…

„Najpierw wyrosły patyczki.

Białe z czerwonymi i żółymi paseczkami…

… dość wysokie, zaskakujące jakoś tak, wiecie, jakby śniegi miały nadejść, a one wytyczać drogi bezpieczne, ale przecież nie przez łączkę… znaczy łączkę, która nią jest w sezonie łączkowym, no ale… do patyczków, niczym kwiaty doczepiły się wstążeczki i jakieś takie szurawce wszelakie, pewno plastikowe, ale nikt nie chciał pomacać. Tylko patrzyli na to wszystko. Na one dołki, które się pojawiały, na one wzgórki, jakby nagle Kretowce się pojawiły… ale przecież one wciąż śpią.

Sprawdzili.

Potem trawka jakby się zbiesiła i zmalała, zgęstniała i przybrała mocny, zielony jak trawa kolor. Naprawdę zielony. Wiecie, taki jak zza drugiej strony płota. I wtedy zaczęły rosnąć piłki. Ale no naprawdę, mimo wiatru, mimo zimna, braku deszczu, czy też brutalnej siły nagłej ulewy… sztormu. One wzrastały, powoli, przybierały kształty, kolorów nabierały, nawet jakieś się wzorki pojawiały…

Piłeczki wielkości gałek ocznych…

Ale dlaczego?

Po co?

Jeżeli pojawiły się też one ślady i czerwona szarfa, to po co, gdzieś w oddali, gdzieś tam, gdzie już prawie droga się zaczynała, a onym laskiem i rzeczką, bagienkiem, gdzie mieszkały Naguski i jeszcze tą polną drogą, gdzie żyły Pylenice. Po co one? Jeśli ślady się ugładziły na trawie, jakby niewidoczne dwunogi przesuwały się na jakowyś deskach… po prostu. A jednak, nie tak prosto, bo slalomem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pełnia księżyca rąbie światłem dookoła i po prostu jest… jasno.

Nie no.

Ile można z tym jasno? Ja tak bym chciała powrotu do szarości, jesienności późnej, jakiejś mroczności zimowej… naprawdę. Wiem, że to niepopularna opinia, ale tak wolę. Światło akceptuję, jak pracuję i tyle. Poza tym czasem wolę chmury i poszarości, jakieś cudowne wersje mglistości… wszystko to.

Ale… wiosna idzie.

Chociaż, jeżeli o to chodzi, to mamy za sobą zimowy właściwie weekend. Było w nocy mroźnie, w dzień co prawda słonecznie, lekko powyżej zera, ale jednak wciąż jakoś tak, no nie do końca zimowo. Dziwnie jest tak jakoś, jakby wody nie było. Jakby nie było z czego zrobić mroźnych listów, kwiatów i tak dalej. Szczególnie na szybie samochodu, bo wiecie, w innych miejscach raczej nie.

Nie.

Może rzeczywiście ona mroźność nie może rozwinąć skrzydeł, bo wody brak? Może ta susza już się zaczęła? Może tak naprawę mamy wodny deficyt? Spoglądając w morze to raczej tak, ten podnoszący się poziom wody to chyba nie u nas. Oj nie… wszystko jakby się cofa, ale erozja brzegu postępuje.

Co się dzieje?

Kiedy i jak?

Jakby co, to snestorm był…

Krótki bo krótki, ale się liczy.

Spadające  nieba płatki śniegu… kurde, jakby mogły spadać z innego miejsca, wiecie… no ale, spadające one płatki, tańczące w pochmurności czasem przetykanej agubionym promieniem zagubionego słońca. Ech, piękne to było, ale wiecie, jednak się skończyło i już. przez kilka dni w niektórych miejscach mieszkały sobie niewiekie śnieżne wydmy, ale to tyle… nic się nie zzimniło, poza temperaturą.

Szkoda.

Brakuje mi zimy, a tu już wiosna wali do drzwi, niewychowana, nie puka…

No cóż, trzeba wziąć się w garść i za robotę, bo przecież… a może nie, może jednak potrenuję lenistwo, bo mi kiepsko idzie? Wiecie, czemu nie? Przecież co jak co, ale trzeba poznawać nowe. Inaczej człek w jakowejś stagnacji się zanurza, a tego nie lubię. Mam za dużo pomysłów na twórczości i książki i jeszcze pasje i robotę, no i jeszcze dom i to i tamto, pewno i wrony, ale…

Nierozumiem jak ludzie mogą się nudzić.

Nie rozumiem…

Ale ja ostatnio niewiele rozumiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Slalom… została wyłączona

Pan Tealight i Portki…

„Z daleka wyglądały jak typowe dżinsowe…

Wiecie, takie mocno powycierane, całkowicie sprane, jakby chcące ze sił wszelakich, wątku i osnowy, udowodnić, że znoszone, albo kłamliwie, po prostu tylko na takowe wyglądające. Z paskiem, ciemniejszym o kilka tonów, więc może i skórzanym, ale by się przekonać, musieliby się zbliżyć, a jakoś nie chcieli…

Ale najdziwniejsze było, że stały, co oznaczało, iż mogły mieć nogi, stopy nawet, gdy trawa sięgała rąbka szarpanego nogawek… wtedy niewidoczne wszystko. Nawet zimą, kiedy to powinien śnieg wszystko spowijać, dawać ino wytchnienie, rozgrzeszać z win przyszłych, przeszłych i nijakich…

Wszystkich.

No więc stał tam, czy stały, bo wielka gałąź zakrywała wszystko to, co powyej paska, z klamrą, bo coś się łyskało w rejonach nadzipperowych. Nie pytali do kogo należą, nie miało to znaczenia, ważne było tylko to, iż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczęła się bać… niekoniecznie ich, ale może wspomnienia, może jakiegoś snu, dnia sprzed dni obecnych… nie chciała wychodzić nie tylko do Sklepiku z Niepotrzebnymi, ale w ogóle z domu.

Jak wtedy, gdy pożerała ją Nicość Największa…

… jak wtedy.

Ale te spodnie, dżinsy, nie o końca rurki raczej, chociaż dość obcisłe, raczej, uwidaczniające wszystko, ale jednak nie jakieś porwane… może i obiekt w nich się znajdujący był umięśniony, może ino tłusty michelinowo, ale jednak, co, jeśli w nich nikogo nie było…

Nikogo?

Czy tego się bała?

Podświadomie… niebytu w czymś, co wskazywało na bycie, istnienie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Co mi się udało upolować… cóż, trochę starego, trochę nowego…

Znaczy, nie, nie aryzykuję używanych książek w swoim księgozbiorze, po prostu się boję. To paranoja, ale… wiecie, stracenie wszystkiego uczy strachu. Jakbym już nie była nim wypełniona po cebulki włosów, ich końcówki, na szczęście nierozwojone. Na szczęście… ech…

Najważniejsze, że mam co czytać, przynajmniej na razie… i już.

No więc zapowiedzieli snestorm…

I ludzie chyba nie uwierzyli w oną zapowiedź, w wiatr tak, ale śnieg, cóż, raczej nie. Raczej… wiadomo, że może i zimno, coś tam w powietrzu zaczęło rano tańczyć, ale jednak, jednak nie ostało na długo… wiatr po kilku godzinach się zmienił na cieplejszy i wszystko stopniało, ona urocza mroczność się rozwiała, uderzające o szyby płatki zniknęły, deszcz, wiatr… i nagle zniknęło ono magiczne uczucie wszelakigo odcięcia się o świata, który boli i rany stare rozwiera, jątrzy…

Snestorm jest moim ulubionym stanem natury, obok havgusa… niby wieje, ale dziwnie niestrasznie, śnieg zatyka okna, oblepia wszystko, sprawia, iż Wyspa zamiera bardziej, ale też ofiaruje oną dziwną, pokrętną spokojność. Jakieś takie wyciszenie, to wprost katharsis, chwilowy, ale jednak… oczyszcenie z onego współczesnego hałasu, motania się w sprawach, które tak naprawdę nas nie dotyczą, które tylko odciągają nas od codzienności, które odpychają nas od dbania o to, co dookoła…

O siebie i tych, których kochamy, o ogrody, drzewa, lasy, trawniki i łąki…

Rzeki i jeiora…

Od słuchania morza.

Od wsłuchiwania się w oną wietrzną muzykę. Od… natury, której częścią jesteśmy i nie możemy temu zaprzeczyć. Zwyczajnie. Patrzenia w niebo, robienia rzeczy nieinstagramowych i wszelako nudnych może, zwyczajnych, a jednak poprze oną zwyczajność w tym niezwyczajnym świecie… niesamowitych. Po prostu… nagle bycie kimś, kto sam sobie wystarczy jest…

Złem.

Niedzielenie się sobą…

Z nikim?

Nie, niekoniecznie, po prostu… nie robienie z siebie cyrku dla uciechy innych i to właściwie za armo. No weźcie no. Kto to robi? Serio? Pokazówki, zdjęcia i nazywanie tego wyzwoleniem, że można pokazać dupę w mediach… jakkolwiek one media postrzegamy, jednak są one… dziwne. Kiedyś były wyłącznie dla niewielu, diwnie dostępne tylko dla tych nerdów… a teraz…

Śmietnik.

Właściwie, to co jest ważne, tak naprawdę?

Podobno trzeba być sobą, no ale… nie dziwota, iż są ludzie, którzy umykają od internetów. Których nie można nawet wygooglić, aczkolwiek to mnie trochę fascynuje, bo przecież wrzucić nie musisz, ale za ciebie ktoś to może robić. Jakieś listy zatrudnionych, podpisy pod zdjęciami…

Czy można nieistnieć w sieci?

Cóż… w wietrze człowiek się czuje taki trochę nieistniejący. Jakby był poza światem i czuje się, a może to jednak tylko ja… możliwe, że to tylko ja, ale czuję się bezpiecznie odcięta od świata. Jakbym potrzebowała go wyłącznie w przypaku usług, dowozu książek, rukowania ich i tak dalej… no i wiecie, sera sama nie zrobię, jajek nie zniosę, chociaż… LOL wiecie, dla chcącego… LOL

W wietre snestromu jest dziwnie cicho, chociaż duje i stuka o okna.

Chociaż przewraca krzesła i rzuca łopatą do śniegu…

Ale bez śniegu wiatr już przeraża. Bez śniegu staje się tylko niszczącą siłą, zwykle, miotającą przemiotami, falami straszącą… drzewa wyrywającą… jakoś już nie jest tak miło. No ale, cóż… natura. Z nią nie możesz się zmagać, przeciągać lini, struny naciągać, ją trzeba zwyczajnie zaakceptować i odnaleźć coś w tych żywiołach. Coś takiego dla siebie… tylko dla siebie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Portki… została wyłączona

Pan Tealight i Pacjent…

„Miał nawet taki ten fartuszek, wiecie, co to tyłek było widać, frontu się nawet nie trzeba było domyślać, zrobiony z papieru właściwie, wiązany gdzieś tam z tyłu, gdzieś jakoś na zdrowaśkę i jakiegoś ojca nie do końca waszego, do tego miał i bambosze, ale też, wiecie, liche strasznie… tyż jakby z dykty robione, klejone na wieczny niepoczynek, czy z czegoś takiego, nikomego innego wykonane, zlepione… namoknięte były, to na pewno, pełne mchów i cykających derwiszów.

I jeszcze opaskę na nadgarstku…

Zieloną.

Neonową właściwie.

Na niej widoczne były jakieś znaki, ale w jakim to alfabecie, nie dociekali, zwyczajnie wyciągnęli maski, a jak w Sklepiku z Niepotrzebnymi maski są grane, to wtedy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane ma doprawdy używanie… bo ona sobie wrony nie do końca swoje woła, a one zawsze chętne dziwnie, może i przekupione, no robią za całe okrycie ciała… ale to jest widok, prawdziwie niezapomniany i dla wielu ostateczny zarazem.

Czasem tak jest…

On chyba nie zakumał. Pacjent z Niewidocznego Może Szpitala Dla Błąkających Się… ale też raczej tego nie oczekiwali… widzicie, ostatnio było nudnawo co poniektórym, więc się zabawili. I powstał obraz na ścianę, nadmiernie realistyczny, oniryzmy pływały w powietrzu i hieroglify kląskały w błotku rozmokłego śniegu, którego nie było, nie mogło być, a jednak był… i ognisko było, a jakie kiełbaski i kotleciki, nosz po prostu, ju tak dawno się tak nie bawili, nawet wiatr się skusił i ucichł… Ależ no… jak można tak myśleć, oczywiście że go też nakarmili.

Pacjenta.

W stylu starych, dobrych wiedźm… tych z bajek dla dzieci.

Tłustych dzieci.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klątwa dla demona” – … trzy… i kurcze nie mogę się doczekać więcej, bo tak wiele linii tej historii poostałootwartych, nawet nienadszarpniętych, nawet nie napiętych, a inne się lekko zmechaciły, naruszyły, ale wciąż trzymają. Wciąż, jakoś tak, nie wiadomo nic… znaczy wiadomo, że nie wiadomo…

Nasza bohaterka, wiedźma od klątw, po przejściach z Czarnoksiężnikiem, znowu wpada w kocioł spraw, wyzwań… no weźcie no, jak już sama Syrenka coś odwala, to wiadomo, że będzie się działo coś większego, ale jak jescze większego? No i… jak to… ale będzie się działo tylko dla niej i dla jej rodziny oraz jej młodej wychowanki, która w końcu powinna pogadać z rodziną.

Powinna…

Czy inni też dostaną po tyłku?

A może i cały magiczny świat?

… więc mamy przepowiednię, uczucia, fakty, wszelaką, panoszącą się nieależnie od magiczności wolę bogactwa i nepotyzm, no wiecie, wszędzie są ci, co zwyczajnie chcą zarobić i utrzymać zarazem i kasę i władzę. Rodzina to sprawa wielka i ważna, a nasza bohaterka, cóż, pewno wolałaby trochę w końcu wolnić, może i zatopić się w otchłaniach nowej posiadłości… być po prostu, nie bronić, nie chronić, nie rozmyślać o tym czym tak naprawę jest jej dar…

No właśnie.

I czy on wie…

Świetna kontynuacja serii, pięknie napisana, wciąż trzyma w napięciu, dobrze rozłożona, tonowana, wciąż nie wyjaśnia najgłębsych sekretów, nie odkrywa kart… trzyma tam je przy onych swych magicznych orderach… chyba tak to się mówi, co nie? No wiecie sami, po prostu, wciąż kręci… Czytać od początku. Znaczy od pierwszego tomu, bo nie warto tak w środek włazić.

Oj nie.

Pożar, wyprawa do miasta, no i havgus…

Tak można przetłumaczyć ostatnie wydarzenia… a i jeszcze wojsko. No tak, to ostatni dodatek. Może jednak powinnam zacząć od początku? Od tego, że wiedziałam kompletne nic, a fajczyło się podobno nieźle i to całkiem niedaleko od nas. Nie słyszałam karetek, ni onych tam, strażackich syren… nie wiem dlaczego, powinnam przecież. A może to przespałam. Wiecie, snem na jawie?

Nie wiem…

Ale dach i pewno wnętrzności jednego z onych klockowatych domków, białych, z ceglastym dachem, wiecie, z ceną za wynajem taką, że lepiej coś kupić… a no właśnie, co do kupowania, kto mi wyjaśni w jaki sposób aktorka „Emily in Paris” nabyła posiadłość w Kopenhadze, czy pod miastem?

Jak zwykle, jak posmarujesz to możesz… no nie wiem, wymagania mają, ale widać, jak zwykle nierówne… no mniejsza, ona se będzie tu przyjeżdać, albo i nie, a tam ludzie mają problem z remontem podczas ciągłych wiatrów. Widać, że wsio zafoliowali i czekają, ale na co, jeśli ma nadejść zima?

Nie wiem…

Znowu nie wiem.

Niewiedza czasem jest błogosławieństwem. Jednak jakoś tak, nie wiem… wkurzać powinno mnie to wszystko, ale jednak, jakoś tak, nie mam na to siły. Na nic nie mam siły, nawet na tę podróż do miasta, comiesięczną, wiecie, trzeba kupić papier do zadka i takie tam, w cenie morderczej, ale wciąż mniejszej niż u nas. Bo nadal pogrom cenowy na wszystko wszędzie, ale promocje czasem się zdarzają.

Wypłaty niestety tylko raz w miesiącu.

Niestety…

No ale… miasto.

Oto jest i nasza stolica… nie zmieniła się. Wciąż poza sezonem na chodnikach pusto, ale też i w sklepach niewiele. Dziwnie niewiele jak się człowiek napatrzy na one hamerykańskie vlogi, ja pierdziu, te Walmarty i inne tam sklepy jak moja Wyspa, rozmiarowo… ja nie mogę, czy to prawda, no mniejsza… pewno prawda, komu by się chciało kłamać w takim temacie? No komu?

Wielkanocne pierdolety dostępne w Tigerze.

I to tyle…

… ale może na razie, w końcu ta cała Wielkanoc tutaj jest tylko przerwą od pracy – a jak o przerwach mowa, to w przyszłym roku jeden dzień mniej wolnego od pracy, wychodzi na to, iż Dania za mało pracuje – przerwą od pracy, którą ludzie zwykle wykorzystują na wyjazdy, a nie jajeczka i koszyczki.

Taka prawda…

Ale czasem wiszą na gałęziach piórka kolorowe, przy kościołach, gdzie ksiądz baba dosłowna, i nibyjajki jakieś nawet… choć najczęściej ekologicznie nie wiszą. No wiecie, takie czasy.

Ale…

… tym razem chodziło i havgus. Nie o zakupy, nie o oną comiesięczność i kupowanie kartek na cudze urodziny, chociaż tak naprawdę to mój urodzinowy miesiąc… hej no, mój i już! No ale, po drodze ten havgus przewalający się po drodze, potem drzewa plączące w nim nagimi gałęziami i jeszcze… jeszcze… no właśnie, ona pochmurność, wdzięczność dziwna powietrza… taka inna niż słońce nad Gudhjem… bo widzicie, jak nad Wyspą havgus był, tak nad Gudhjem słońce było…

Dziura we mgle… dziwne to.

A tak kocham havgus, dlaczego mnie omijał, aż go gonić musiałam… ech, no cóż, ważne, że go złapałam, i havgus i papier w promocji, i nawet masło dla Chowańca. LOL Są w życiu priorytety. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pacjent… została wyłączona

Pan Tealight i Kamyczek…

„Mały był.

Naprawdę malutki…

Właściwie mikroskopijny, więc nie dziwota, że go połknęła, jak z wiatrem gnał, dzieś tam pęził, mooże i miał umówione spotkania, wiadomo, jak już coś/ktoś tak leci, to po prostu musi mieć jakieś większe powody, a nie tak po prostu… no i wiadomo, raczej już nie mieli się dowiedzieć gdzie… bo jak go teraz zapytać? Jak jest tam w środku… znaczy, tak im się wydawało, bo przecież, nawet jej nie powiedzieli.

Starali się nazbytnio na nią nie patrzeć, ale któreś wtopiło i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wybuchnęła. Co oczywiście nie wywaliło Kamyczka na zewnątrz, ale jednak było intrygująco. Bo nie wywaliło go. No weźcie no. Dokładnie sprawdzili… i nie, nie powiedzieli jej dlaczego taki zamęt robią dookoła jej osoby, ale też nie mogli jej pozwolić odejść.

No na pewno takiej niepilnowanej.

Nie mogli…

Ale jednak Kamyczek… nie dawał kompletnie znaków kamyczkowego życia. Czy też raczej kryształowego, wiecie, pierun wie, jasny był taki, niczym szklany prawie, może i był odłamkiem kryształowego lustra… może był… wiecie, tego od Zimowej Właczyni, co to Kaja męczyła. Zboczona baba…

A co jeśli to było to?

Odłamek zimowego lustra?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe śmieciarki i ludzie drony widzący…

Na niebie.

Znaczy nie śmieciarki na niebie… chociaż, kurde, kto to wie, może to śmieciarki. Ech! Jeśli chodzi, w temacie śmieciarek, to wiecie, nowe mamy. Nie takie kolorowe, czerwone, żołte, z wrednymi kolesiami… kiedyś byli niewredni… ale w czerownych i żołtych. A potem, znaczy wróć, a teraz mają być białe. No wiecie, bo śmieci to chyba takie czyste są, czy coś? No serio? Wciąż nie mamy poziłau śmietnikowego na one, za któreśmy apłacili, no ale… jednak nie, nic z tego. I wiecie co, chyba mi się nie spieszy. Bardzo wcale, a wcale. Wystarczy mi to, gdy w Szwecji trza szukać pojemników by wyrzucić co się podzieliło wykonując magiczne sztuczki z nożami, nożyczkami i zębami… no co… wszystko jest jednak dziwnie łączone, więc…

W okresie epidemii coś się w tej części Szwecji, którą lubimy najbardziej, zadziało, one pojemniki poznikały i teraz to bądź mądry i jeździj z tymi woreczkami. Tak to się zwykle kończy, bo one woreczki malutkie, butelki wiadomo, oddaje się, bo przecież za to się płaci, ale jednak cała reszta… szklane… ech, ile tego człek ma, większość i tak zachowuje, po prostu, jakoś tak sobie coś z tym robi… prawie nic, ino ten papier ma, ale to tylko dlatego, że są gazetki reklamowe, sorry, ceny masła są istotne na Wyspie! Jak człek biedny to jednak trzeba się naczytać i naszukać.

No ale… zmiana kolorów śmieciarek… wiecie, news na topie.

Jak nowy exit, Froxit?

LOL

Ale… co do dronów…

Jakoś przez kilka dni, dni kilka temu, gdy to na niebie odbywał się taniec planetarny… ludzie zaczęli dzwonić na policję, że jakieś drony ich podpatrują… i w ogóle, ruskie pewno, no precież wselakie zło tego świata na nas napaa i w ogóle, więc przyjedźcie i nas uratujcie, i w ogóle zabierzcie ich stąd!!!

Czasem się zastanawiam jak to jest ze szkolnictwem w Danii.

No naprawdę…

Ale…

… planety rzeczywiście szaleją sobie, jednak robiły to już wcześniej, więc… może jednak patrzymy częściej w górę… oglądał ktoś? Naprawę dobry film, jak rzadko. Ale może jednak za dobry, kto tam wie jak to współcześni na to spogląają… pełni onych pozycji serialowych. Wróć, może jednak chodzi o to, iż ludzie za sporadycnie zauważają one zjawiska na sklepieniu niebieskim i… nie no, przecież każdy ma telefon, dobra, ja nie mam, ale ludzie normalni mają telefony i od Chowańca wiem, że jest apka, która pokazuje, co jest na niebie. Jak i pokazuje co jest na morzu, czy jaki to samolot właśnie wam spojój zakłóca, no wiecie, normalność współczesności…

Ech.

No ale, policja miała ubaw.

Ciekawe jak im tłumaczyli co się dzieje? Jeszcze w Danii, gdzie i tak wykli ludzie z trudnością się ze sobą dogadują…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamyczek… została wyłączona

Pan Tealight i Aurorka…

„Upierdliwy dzieciak z loczkami w miejscach, w których nikt by ich nie chciał mieć i tak, można o tym mówić, bo chociaż dzieciak, to tak naprawdę miała prawie tysiąc lat… dziwna, lekko wampiryczna postać… w zwiewnej, krótkiej sukieneczce, niewielkim weloniku, jakby miała zaraz w jakimś mieście Italii do komunii pierwszej iść. Albo i jeszcze kwiatki sypać, niewinność wcielona, chociaż i dziwnie podejrzana…

Jakoś tak, była i nie była czystością…

Chciała i nie chciała nią być, chociaż, kto to tam może wiedzieć tak na pewno czego chciała, czym była, kim, może nawet nie była dziewczynką, w deszczu wiosennym przebiśniegi zbierającą, bawiącą się liśćmi zeszłorocznymi, uchachaną ich chrupkością niesamowitą, do onej rzeki idącą, w niej się przeglądającą i z mostu popatrującą na omszone kamienie, czekające promieni słonecznych…

Może… już nic nie było tym, czym się zdawało?

Może…

Ale przecież wiedzieli czym była, odbiciem tego odbicia, które próbowali nazwać zorzą polarną, ale które nią nie było… rozmytego światła na nocnym niebie, które sprawiało, że Wiedźmie Wronie Podartej Przez Książki Pomordowane przypominało wielkie miasta. Straszne miasta. Miejsca, z których uciekła i o których nie chciała wracać, nigdy, przenigdy… po prostu, koszmary, chociaż i ludzie… a może dlatego, że właśnie ludzie, może dlatego?

Światło pojawiło się na niebie Wyspy.

Onym wyjątkowym… i pojawiła się ona.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No tak, no właśnie i w ogóle…

Nie dość, że jakaś koniungcja czy inne dziadostwo, planety z Księżycem taniec synchroniczny uprawiają. Zaraz, sprawdźmy, co tu mamy: Jowisz, Wenus i kto jeszcze, a tak nikt więcej, chodzi o to, że tak się zbliżyły do siebie 1go i 2go marca, że aż… kurde no, nie mam siły. Nie wiem dlaczego, ale nie mam siły, może ona miłość i zapowiedź wszelakiego finansowego pomyślnościowego się sprawowania jakoś mnie wydudlała… naprawdę… mega to wygląda, szczególnie na onym naszym nadmorskim niebie bez świateł miasta…

Ale…

Zmęczonam.

Sprawdzam dalej to niebo, Marsa wiać, podobno nowu coś ma spadać  neiba, jakaś kometa pod koniec miesiąca się szykuje, ale to mój urodzinowy miesiąc, więc wiecie, jednak mui się dziać… pełnia za kilka dni… i sąsiad napierdala piłą. Chyba go uciszę, potrzebuję ciszy na one kontemplowanie nieba, nic to kurna, że słońce wciąż wali, dzień przecież, ale wiecie… cisza ma być. LOL

I po kiego on te drewienka tak tnie…

Komina nie mają… zauważyliśmy to dość niedawno, właściwie w zesżłym miesiącu i do dziś mnie to jakoś… no wiecie, może jedzą, może są w stanie trawić one sczapki, wolą takie z kleszczami w żywicy czy bez?

A może bez wolą, ale nie kwitnie jeszcze…

Nadal mało co kwitnie.

Wracając do sąsiada, to w końcu się uciszył…

Ech, wiem, marudzę, ale szczerze jakś tak… moe to one planety, a może ta aurora… no wiecie, ludzie poszaleli, siedzą po ćmoku dookoła linii brzegowej i zwyczajnie fotki cykają. Jak jacyś nawiedzeni, a przecież to ino poświata, nie ma się nijak ijak do prawdziwej aurory, ale… cóż…

Kiruna pokazała swoje światła, wiecie, tak w haśle narodowym: „hold my lakrids”, co nie… bo beer tu jakoś nie pasuje. To jednak Szwecja, może hold my fika? Jakkolwiek, więc rąbnęli tym obrazkiem zieleni na górze i bieli na dole i wiecie, jakoś te nasze, dziwnie południowe odpryski światła są skromniutkie, ale są… tylko, jakoś nikt nie myśli, nie pisze o tym, co to znaczy… wiecie, zwiększona aktywność słoneczna i tak dalej… już to poranne słońce tak rani oczy, że nie można wytrzymać…

Potem jest tylko gorzej.

W ciągu dnia ona siła narasta, a przecież to wciąż zima!

Jak to?

I kolejny dzień mija, mrok dopiero nadejdzie, pewnie jak zwykle nagle, pewnie jak zwykle  z nienacka, podnosisz głowę znad książki, czy gorzej, wyciągasz ją z laptopa, jakoś tam utkwiła i widzisz co? Ciemność…

I świeczki u sąsiadów.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Aurorka… została wyłączona