Pan Tealight i Niewiosenek…

„… no przyszedł no.

Bezczelnie i w całości swej ołatkowanej i kwiecistej postaci. Pod spodem nagiej, ale owiniętej folią, bo wiecie, ci kosmici. Jakoś miał na ich punkcie wszelaką obsesję, której nie udawało się z niego wytrzepać, czy wyrzucić, w żaden sposób. Próbowali wszystkiego, ale w końcu spotykali go raczej raz w roku, więc czas nie był po ich stronie, a i… mogli go uwięzić, prawda, jenak skurczybyk miał jakieś takie zdolności do rozpuszczania się i przepływania przez macki i palce…

… więc więcej nie próbowali. Ale chcieli… chcieli kieyś znowu mieć zimę zimową i wiosnę i lato czy jesień… i znowu zimę. No dobre, niektórzy mieli na punkcie imy opsesję, ale jednak… nie wszyscy. Większość może? Mieli w końcu do tego prwo, by mieć swoje ulubione i miesiące i dni, tygodnie i pory roku…

Ale on…

… on był niczym… był tym czymś co było ni zimą ni wiosną, był czasem zimowym, ale wiatrem zbyt ciepłym, opadem deszczowym, częstą sztormowością i powodem wielu migren u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mrok” – … miodzio, cycuś glancuś i w ogóle! Po prostu… Nie, nie dlatego, iż autorkę uwielbiam, wcale a wcale, ale jednak, no kurcze no, po prostu ta książka, ono czytanie, chwila, zapomnienia o otaczającym świecie, ale i koszmar, w który wkraczamy…

Lacey Flint, tom 5 „przygód” tej, która ma więcej tajemnic niż ustawy przewidują. Tej, która zrobi wszystko dla wszystkich, ale też w jakiś dziwny sposób pryciąga zło. Zło w różnych postaciach, koszmary senne, najgorsze przywidzenia stają się prawdą… tym razem ofiarami padają kobiety i to wszystkie są zagrożone. Gdy dziwna organizacja nawołuje do straszenia kobiet, umniejszania ich zasług, powrotu czasów sprzed sufrażystek, jakoś tak… wcale człowiek nie czuje onej fikcji, a wszystko dlatego, że te czasy są obecne. W polityce coraz cęściej pojawiają się goście spragnieni odebrania nam praw wyborczych. Mamy iść za chłopem, rodzić, nie chodzić o szkoły, zwyczajnie, być czymś w rodzaju domowego zwierzęcia…

Tak, nawet w Danii.

Wiem… szokujące, ale Skandynawia zdaje się być głęboko nieświaddoma tego, w jaki sposób pomiata kobietami. Dziwnie zaskoczona odkrywa to od niedawna, że tyle praw, swobód, a jenak nic nie działa… dlatego ta powieść tak szokuje. Nazbyt prawdziwa pokazuje, co może się stać, jeśli tylko ktoś pociągnie za odpowiednie sznurki. Jak działa tłum… i tak naprawę oco chodzi prowodyrom…

… w końcu, zawsze o TO chodzi…

TO.

I nie inaczej jest w tej powieści. Szokującej, poruszającej, prawdziwej aż nazbytnio, z lekkim wątkiem miłosnym i jeszcze onym CZYMŚ w tle, co daje nam nadzieję na kolejne książki. bo Lacey, pani wody, jak najbardziej wróciła do pracy w policji. I chyba już nie da się z niej wywalić. W końcu świat jest aż nazbyt przerażający, a ona jest związana z Londynem na zawsze…

Świetna i szokująca.

Z cyklu przeczytane: „Pakt” – … tak… to raczej niepierwsza taka powieść. Coś się dzieje w latach nastoletnich, przyjaciele składają sobie obietnicę, jedno płaci za wszystkich, a potem, po latach pojawia się w ich życiach domagając się zapłaty za stracony czas. Złamane życie… i tak, czytałam już coś takiego, ale nie TAKIEGO.

Gdy grupa przyjaciół popełnia… cóż, właściwie zbrodnię, nie pomyłkę, nie zaliczają wpadki… są winni, ale tylko ona ma z nich najmniej do stracenia. Problem w tym, iż wszystko jakoś tak idzie nie po ich myśli, ona owieczka wybrana na rzeź naprawdę na nią izie, a oni, grupa przyjaciół… có, żyją. Dorastają, tworzą rodziny i kariery. Gdy ona znów pojawia się w ich życiu nie chcą jej w nim. Chociaż obiecali… więc… ona domaga się opełnienia warunków umowy, którą zawarli lata temu.

Czy lepiej ją zabić, czy spłacić dług?

Jednak żądania są absurdalne, a może tylko i sie tak wydaje?

Może wtedy to wcale nie był tak dobry pomysł, może… wszyscy płacili i wciąż płacą za to, co się stało?

Intrygująca, ale nie tak porywająca jak inne powieści autorki. W jakiś dziwny sposób przez cały czas miałam wrażenie onej absurdalności sytuacji. Narracja trochę leży, osobowości też. Jakoś tak… wiadomo było od początku jak to się skończy i rozwinie, a jednak, trochę sam koniec zaskakuje. Trochę… no, może odrobinę. Środek jest szokujący, ale przewidywalny, a cała reszta to fajna rozrywka…

Taka na jeden wieczór.

Pojedziemy do Szwecji?

No choźcie, na jeden dzień. Wiecie, zobaczyć jak to świat działa i tak alej. Większa ilość luzi jak wygląda, znaczy, że nie tylko w necie, ino właśnie na żywca i czy w ogóle świat poza Wyspą wciąż jeszcze istnieje, bo czasem człowiek ma wrażenie, że poza nią niczego nie ma i nic nie ma i w ogóle…

Jakoś tak.

Wciąż czasem mi się zaraz mówiąc komuś co robiłam, czy dlaczego mie nie było, nie zauważać dziwnego odbiorcy zdziwienia i zaskoczenia, bo w końcu… sama nie postrzegam Szwecji jako onej zagramanicy! W ogóle. Tak, pewno, że trza tam dojechać i dopłynąć, ale przecież stąd wszędzie trzeba, chociaż… jak tak sobie pomyślę, to reczywiście jest we mnie zakorzenione ono coś, co sprawia, że przejażdżkę dookoła Wyspy uznaję za powód do jet lagu. A raczej moje ciało uważa, no ale… jedziemy. Tak, ciemno jak w zadku, w końcu to początek lutego, ale… powoli. Znaczy wróć, szybko. Nie wolno się spóźnić na prom. Jak się spóźnisz umarł w butach i tak dalej…

Prom na szcęście stoi, chociaż pizga. No tak jest jak człowiek kupuje bilety z wyprzedzeniem kilkumiesięcznym, bo wiecie, taniej. Nie oszukujmy się. Nie stać mnie na bilety na ostatnią chwilę. Ino na te a 99DKK. I to nieczęsto… więc pogoda to zawsze jest loteria. Ale… mimo pizgawicy jakoś dopływamy do Ystad niemocno wykolebani… w pewnym momencie nawet mi się wydawało, że przez prerie sunę z Winnetou… bo ja z tych dzieci, co nie czytały Musierowicz ino kochały Rdzennych Amerykanów i jakoś zostało im to do dziś… choć boją się koni.

No serio, są piękne, ale… kopią.

Widzieliście kiedyś kogoś, kogo koń kopnął… ja widziałam, straszne to… i z wiekiem cora gorsze… a jeszcze za czasów zaprzeszłej służby niezdrowia, no koszmar i uraz, więc konie podziwiam z daleka.

Ale Winnetou… ech, wydumałam, że jazda bokiem do kierunku płynięcia, nacy wróć, siedzenie bokiem do kierunku płynięcia w takich okolicznościach wietrzności i tak alej, no po prostu jest okay. Nie no, wciąż na aviomarinie, błogosławione prochy! Serio! Szczerze. Do tego muzyka w uszy, coś uspokajającego, ługopis, notes, książka, swoje rzeczy i zapachy i można płynąć… stolik, cztery fotele, ktoś do potrzymania za rękę… tak można płynąć nawet jak buja… nawet jak się naoglądałeś onych filmików z falami z Morza Północnego. Oj, zły to był pomysł…

Ludzie naprawdę nie wiedzą jak wygląda nasz najbardziej wypasiony katamaran. A co, ma się piątkę… Numero 5! Rulez!

Ale… dopływamy, zjedżamy, ciepło, śniegu nie ma, ale… nie pada. No jakoś tak ziwnie, bo precież ostatnio zawsze jak jesteśmy w Szwecji, to padało, ale… to się zmieni, oj tak, zacznie padać, ale na razie zwykły krąg… tutaj oddać butelki, tam wysłać listy, tu siku… no co, ma się zwykłe też potrzeby, potem Malmo by sobie ludzi podoświadczać, a tak naprawdę po raz kolejny uświadomić, iż chyba nas już tu znają, w sklepie z herbatą babka się pyta: gdzie Miś… he he he… W tym z magicznymi elementami tyż wie, że ja to ja… nosz kurde no, przecież się w oczy nie rzucam.

Do oczu też nie.

Polski sklep i księgarnia. Oj tak, taka księgarnia to skarb… po prostu terapia. Po prostu zwyczajna terapia i niezwyczajna też.

Znów uderza mnie, że książki same mnie znajdują, iż niektóre rzeczy chcą zwyczajnie o mnie przyjść i jeszcze, że Muminki tu są i Egipt i jeszcze, magia i one obrazki, kartki, słowa, tyle słów… takie to cudowne, odświeżające, normalne. Takie to wszelakie i piękne, niesamowite i jeszcze…

Kurna, czy wszyscy nowu aczęli palić?

Co za świat… IKEA i potem coś, co chciałam i jeszcze… szok cenowy, oj tak, wsio poszło tak w górę, a przecież to Szwecja… U nas za lek, który dotą kosztował 50DKK płacimy teraz 250DKK cy 280DKK i nie ma zmiłuj, tam jest za grosze. Nosz kurna mać, co to, Meksyk USA? Straszny ten świat, ale… możemy z niego wrócić na Wyspę i chociaż Ystad, to taka Wyspa już, to jednak, dobrze, że… no nie… prom powinien być, nie ma go. Najpierw, że opóźniony 30 minut, potem 90… Poobno mają jakieś problemy, a ty czekasz na onym postoju przed morzem i czujesz jak coraz mocniejszy wiatr targa autami. Nie tylko twoim. I boisz się. Co jak nie przypłynie? Co jak prypłynie, ale nie odpłynie… przecież mogą cię tu zostawić, mogą owieźć, ale nie wypakować…

Mogą…

Spóźnieni i wytelepani trafiamy w końcu do domu prawie 2 godziny spóźnieni, ale docieramy, a to najważniejsze… może? Na pewnoe lepsze to, niż inne opcje. Podobno mieli problemy z elektryką… I w ogóle to ludzie się skarżą, że z portu wali tak dieslem, że nie daje się tam okien otworzyć. A wciąż to najdroższe miejscówki… chcieliście widoków, to je macie.

Współczuję, szczerze.

A teraz… nowu pada.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewiosenek… została wyłączona

Pan Tealight i Kuzynka Błędna…

„Najpierw przybyły kufry i torby, wszelakiej maści, wzornictwa, daty produkcji i materiałów, ale wszystkie równie piękne, zdobione umiejętnie, z wyczuciem, ale i różnorako różnorodne wszystkie. Potem dostarczono pudła i pudełeczka, od malutkich, niczym na biżuterię i chusteczki, po takie, mogące zmieścić stado telewizorów, których Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane się bała, bardzo, więc powiedziała: do widzenia i się zmyla…

Do siebie.

Za nią podreptał Pan Tealight i potoczył się Ojeblik – mała, ucięta główka, wszelako niezainteresowani tym, co się działo, a dostarczano wlaśnie wory i woreczki ora worecząta, tudzież wydarzyć się miało. Jakoś ostatnio wszystkiego było im aż niedość i aż nadto, więc trudno się dziwić… Gdzieś chwilę potem Szczeniako wybiegł ze Sklepiku z Niepotrzebnymi, potknął się o zwój lin, też dołączony do pakunków i wraz z kilkoma Wiedźmami z Pieca razem, pobiegli za odchodzącymi…

Coś się działo, coś wielkiego, a im zwyczajnie nie było do oglądania tego, ku poznawaniu nowego czy też wszelakiej nauce… chęci nie było ni zainteresowania… jakoś tak wyczajnie. Nie chcieli przyjmować nikogo i niczego. Nawet nikt nie zakosił onej złotej łyżeczki, która to wydostała się z toreb i potknęła o pierwszy stopień. Odbiła się od osłon, widać i Białe Domostwo nie było tym zainteresowane, a i międlący w sobie cebulki krokusów, trawnik, który powoli niwelował nadchodzące bagaże… bo były to w końcu bagaże. Jeden z Mikołajów zerknął na karteczkę, jedyny wspólnym element onych wszelakości i stało tam, że do kogoś należą, że skądś specjalnie tutaj przybyły i nie zamierzały odchodzić… No, przynajmniej niezmuszane.

Ale nie interesowało go kto to miał być… nie jego.

Nie nikogo.

… więc gdy pojawiła się ona, nie zobaczyli jej, bo całkowite zmęczenie i zniechęcenie omamiło im zmysły, czemu nie zaprzeczali i co z ulgą przyjęli. Wybiórcza ślepota, przytłumienie odgłosów, zajęcie się sobą i tym, co znane…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ulubione rzeczy” – … oj… Chyba od tego tomu zacęła się moja obsesja lekka, jeśli chodzi o Sharon Bolton, bo tak, mam na punkcie jej pisania lekkiego szmergla. Ale spokojnie, nic wybitnie szalonego, zwyczajnie ją uwielbiam i stworzone przez nią postacie.

A może był to drugi tom, niegrzecne czytanie od zadka strony?

Nie pamiętam, pamiętam tylko, iż główna bohaterka cyklu, bo w końcu to akurat cykl, zrobiła na mnie mega wrażenie. Do tego, w tym tomie, one nwiązania do Kuby Roprwaca, Londyn, krew, flaki i tajemnice…

… po prostu miodzio!!!

Tak, jest to jedna z tych książek, które się pożera na raz, które, niby gdy już wiesz o co loto i kto może być kim, zwalają cię z fotela by przeturlać po podłodze i kompletnie przefansować buźkę. A na dodatek dobiorą ci się do serca. I tam też nabroją. A potem, ostatnią kartką macie więcej pytań i chcecie więccej książek…

Niebezpieczna sprawa, warto!

Z cyklu przeczytane: „Nieznajoma żona” – … najnowsza powieść autorki cylu o Lacey Flint. Powieść osobna, samotna, spoza cyklu, dziwnie nieznajoma, ale tylko o pewnego momentu, bo nagle… ale, nie uprzedzajmy faktów.

Nagle znika mężowi ona, a że połączony jest on z partią, to cała sprawa może łatwo wymknąć się spod kontroli. Do akcji wkraczają ość skomplikowani gliniarze, ale ponieważ mamy też jakby wiadomości z pierwszej ręki, to jakby odchodzą na dalszy plan, oczywiście do czasu… do onej chwili, gdy wszystko się zmienia. I nie, nie szokuje. Chyba mój mózg już jest tak przetrącony, iż wiele trzeba by go potrąsnąć, ale jednak… jednak tak bardzo wiele ma pytań. Kto i dlaczego? Czy takie życie i wartości są aprawdę la ielu jedynymi i czy dla ogólnego obrazu zrobimy wszystko by wyglądać poprawnie? Według wydumanych reguł? I czy serce jeszcze ma coś do powiedzenia, oraz…

Tia, to nie najlepsza, moim zdaniem, powieść tej autorki, ale ona zawiesiła barierkę bardzo wysoko, więc… więc wciąż dobra. Intrygująca, ale nie tak mocna. Nie tak poruszająca i pozwalająca łatwo się domyślić o co w tym chodzi, jak to się zakończy. Szkoda, bo tematyka mogłaby być bardziej zgłębiona. Rodzina, rodzice, rodzicielstwo, ślepota na uczucia, religia i wybaczanie, złość i wojna…

Wciąż jednak warto… dla kwiaciarza!

Z

Zima?

Nie… postanowiła zmienić zdanie i w trzeciej części stycznia stać się wietrzną wiosną o temperaturach dziwnych, zbyt wysokich, o suchości przejmującej i siłach wiatru takich, że docierają do myśli i skrytych marzeń oraz pragnień, onych wstydliwych wspomnień i przemyśleń, by wyrwać ci je z duszy i głowy, i rozrzuciś, rechocząc przy tym straszliwie, dookoła… na pastwę fal i smoków… bo w końcu tutaj żyją smoki. Tam gdzie morze i tonie, żyją… potwory.

Wiatr jest wszystkim teraz.

Nadzieją i strachem.

Myślami i oddechem.

Porankiem i wieczorem, nocą, która przynosi tylko one soczyste majaki, pełnią księżyca, kolejną taką, że spać się nie da, albo gorzej, zasypiacie na umartego i wpadacie w studnię przemyśleń zbyt głębokich, zbyt… znacie ją, zbyt obrze, to w niej przecież poskładaliście je, one myśli, w oną teczuszkę w nosorożce i zamknęliście w skrzyneczce, a potem zalaliście betonem, potem jeszcze nadzialiście bombami, na wszelki wypadek, na to dwie klatki, wszelakiej wielkości i psy i starsze panie z metalowymi laskami… i jeszcze ona kamienna, krzemienna w środku studnia, tak, to wszystko w tej studni, na której wieku siedzi sobie bardzo otyły osobnik, który wciąż je i tyje i wie i kiedyś może wpaść do studni, więc je więcej, by się zaklinować, w końcu…

I tak nikt go nie ruszy.

Nikt.

A jednak, wiatr jakoś się tam dostaje, nienaruszając zabezieczeń i wymiata wszytsko i wisi to na zewnątrz. I nagle stoicie w kolejce po chlebek i zwierzacie się ze wszystkiego innym. Tak po prostu, jakby to była najzwyczajniejsza sprawa na świecie… bo jakoś tak, nagle, zmienia się wam osobowość i jesteście za trenami, akładacie Tik Toka i pokaujecie gołą niemytą, bo przecież, te followingi…

Wiatr…

Tyle może.

Ale też… jak nigdy… tyle trwa. Dnie i noce, nie jak onegaj, lat niewiele wstecz, gdy przytrafiał się raz czy dwa razy w roku…

… nie… te czasy odeszły.

Czasy ciszy.

Teraz tylko wiatr i latający kubeł, za którym uganiacie się przez pół ulicy mając gdzieś, czy ktoś was widzi, czy nie… nagle jakoś tak nic nie ma znaczenia, jakby było ino ono zmęczenie wiatrem i nazbytnie ciepło po cudownościach minusowych temperatur. Gdzie one? Kto je ma?

I kolejny wiatr, znowu sztorm.

Promy stoją, bo przecież się nie da, poczta olewa sprawę, często dosłownie, a ty… jesteś coraz mniej ważny, istotny, nawet dla samego siebie, jakoś tak. Jest ino zmęczenie. Oną muzyką wiatru, szeptami, stuknięciami, stęknięciami domu… trzaskaniem komina… metalową płytką, której nie można przymocować, by przestała TAK robić… macie dość. Ale nie ma w was już nerwów i wkurzenia, jest ino zmęczenie… jakby sama Wyspa zwyczajnie miała już dość.

Jestem zmęczona.

I nie ma we mnie nadziei… chociaż, szczerze mówiąc nigdy nie byłyśmy blisko, jakoś tak… może to moja wina, zapomniałam o jej urodzinach, czy coś?

Zima na Wyspie…

Jest jakaś taka… niepewna. Niby jest, lecz jej nie ma. Orka trwa nawet jak mróz strzela, ziemia nigdy nie opoczywa, a w cholerę eukaliptus znowu mi chyba zmarzł. Ciekawe czy na amen, czy da się go… jak się da, to go nawę Frankenstein. Franek w skrócie. A co… może jednak się uda? Przetrwać te pogodowe szaleństwa. W końcu trochę śniegu było, jak na nas nawet wiele, więc…

Nie, nie chcę tak!

Chcę porządku w porach roku!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kuzynka Błędna… została wyłączona

Pan Tealight i Nieradz…

„Pan Tealight czuł oną buzującą gorącość w ziemi, wystrzeliwującą w innych miejscach, wyczuwał dziwne wachania mocy, zawirowania w myślach Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane… było tego naprawdę zbyt wiele. Zbyt wiele wiatru i deszczu, zbyt wiele kamieni, zbiory jakoś go ostatnio oszałamiały… zbyt wiele zapisków, kolekcja ołówków wciąż niezaostrzona, rygory wszelakie, wskazania, nakazy i zakazy, plotki, ploteczki, szepty bezustanne i jeszcze…

Cisza, mróz, zima, których nie było.

Ale jednak bardziej przytłaczał go ten nadmiar, ona dziwaczna obfitość w naturze, ukierunkowana jakby dość jednostronnie… Sucho i mokro, wietrzenie i nieporządkowanie… Jednym dostawały się upały i lawa, innym znowu mrozy i wiatry, a jeszcze innym coś pomiędzy, czego nie rozumieli, a on miał na audincji przyjąć Nieradza, Pana Wszelkiej Nieobytności, Pradawnego Pierdołowatości, ale jakoś… nie był w nastroju. Bardzo nie był. Chciał odwołać, ale tak za godzinę tamten miał przyjść, więc chyba za póżno…

Chyba?

Jednak przecież mógł cofnąć się w czasie i jakoś tego uniknąć, chociaż… podrapał się po szarej głowie, na której znowu spoczywał słomkowy kapelusik, upierdliwy, którego nie umiał się pozbyć… po co jeszcze bardziej mieszać w onym sosie czasu i świata już i tak nader popierniczonego? Przecierpi to. Może uda chorobę, a może nie będzie musiał nawet jej udawać, w końcu gdzieś w poziemiach Matka Dżuma pieśni swe śpiewała, może pomoże… zwykle nie była oporna…

Zwykle.

Jednak dlaczego pierdołowaty miał za to cierpieć, że on, Przedwieczny też w końcu, miał wszystkiego, prawie wszystkiego, byt za wiele?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A u nas oczywiście pokoronacyjnie, chociaż żanej koronacji nie było, ot weszli do pokoju, Ona popisała papiery, oddała mu miejsce, on płakał, zdjęcie odchodzącej Królowej jest wzruszające… on podpisał, dwa balkony, dwa pocałunki i tyle. Jedna karoca, dwie głowy, a dokładniej trzy. W końcu teraz mamy dwie królowe i króla… Wiadomo, obrego nigdy nabyt gdyby nie… no właśnie, one pogłoski o zdrazie. Podobno Królowa abdykowała by małżonka się Fryderykowi obecnie X, nie wymknęła.

Śmiać się czy płakać?

Nie wiem… Przecież takich rzeczy nie szykuje się w kilka tygodni, no weźcie. Te wszystkie konie, te kupy i tak dalej…

Czego mi zabrakło? Wspólnego wyjścia Matki i Syna. Jakoś tak, no byłoby bardziej namacalnie, ładnie, porządnie, a tak to wyszło jakby trochę wyścig jakiś wygrali. Nie wiem, oczywiście, wzruszające to wsio i w ogóle, moment historyczny, od 900 lat tego nie było, żadnej abdykacji, a teraz, niby nagle, a jednak…

Czy UK pójdzie za przykładem?

LOL

Ale od początku.

Najpierw przejazd, potem papiery. Na ulicach tłumy, nosz kurde, szpilki by nie wsadził. Po podpisaniu Królowa znika, a on pojawia się najpierw na ulicy, potem na balkonie, gdzie obkrzykuje go królem… ekhm, dama z odrębnej, że tak się wyrażę, partii. Ale też partii, która ostatnio się zmienia w kierunku monarchii. Dziwne to wsio. No ale, głowa państwa, więc krzyczy w stron świata trzy… czwarta widać się nie liczy, albo to sam król, albo, nie wiem… na balkonie zostaje on, wprowadzają królową z Tasmanii – nomen omen poszaleli w tej Australii. Podobno coś nabroili z flagami, rdzenni się oburzyli, ale datek na iabły poszedł, więc… fajnie.

No i ona w tej bieli, niczym po ślubie dopiero… i ten pocałunek.

Ech!

Bardziej mi się podobało jak ją normalnie w czółko cmoknął.

Urocze.

Potem powrót do domu, znaczy, bo teraz mamy panującą flagę gdzie indziej, tak byście się nie zdziwili, chociaż, kto to tam dojrzy one zmiany na maszcie, niewiele się różnią, ot wyszywanką. Tak właściwie, to co się zmieniło? Nic? Wiele? Nie wiem… jestem li ino poddanym… wiecie…

No ale… mamy też nowego następcę tronu, który zgarnie sporo kasy, bo został nim wcześniej, pewno się ciesy. Kiecki od Prady i Herrery robią wrażenie… A ja mam ino jedno pytanie, nosz nie można było wyczyścić tego balkonu z glonów?

No serio!!!

Tia, wiem, drobiazg, ale mnie męczy.

Czy „Guds hjælp, Folkets kærlighed, Danmarks styrke” się zmieni jako motto włądcy, się zobaczy, ale… należy tutaj wspomnieć, iż to właśnie jego matka jako pierwsza kobieta znalazł się na tronie – zmiana sukcesji – a po drugie, że takiej królowej, to ze świecą szukać. Stanowczej i lekko butnej, a jednak też i twórczej duszy! Poprzednim, męskim władcą był Fryeryk IX, więc… naprzemienność imienna została zachwiana, no ale, widać tak można, wiecie, jak bab w paradę wejdzie, więc…

Impreza pewno była, ale pokazu jak z UKeja nie.

I tak, pozostaje w Amalienborgu, ale podobno młody się ma do niej wprowadzić… no wiecie, pałac wielki, więc… jest miejsce. Nie jak w UK, gdzie jeden książę o jedną kiełbaskę mniej dostawał. LOL Ech te podobieństwa, tam Harry, tu Joachim. Noszz kure, i to samo z tatusiami było, zazdrosnymi o koronę…

Władza uderza do łbów?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieradz… została wyłączona

Pan Tealight i Maszyna Zmian…

„Właściwie, to nie było źle.

Naprawdę…

Ostatnio, odpukać, poza zwyczajowymi problemami z aprowizacją, jakoś tak… no było znośnie. Niby coś jej wyskoczyło, tamto znowu zawsze bolało, a marzenia się nie spełniały, ale jednak, czyż takie nie było jej życie?

Zawsze?

Miała chyba dość… a jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane miała dość, to Sklepik z Niepotrzebnymi i Pan Tealight, Przedwieczny, Pani Wyspy i sama Wyspa też mieli dość. Wyraziście. Wszyscy chcieli odmiany. Na lepsze, lepsze oczywiście jak to oni widzieli. Bo w końcu widzieli i wiedzieli, w szczególności czego nie chcą, a to już bardzo dużo.

Wiedźmie marzenia postanowiły ułożyć się, i to dosłownie, w twór samoistniejący i ogłosić niepodległość oraz spisać rządania i potrzeby. Wybrały do tego niestety mało działający sprzęt komputerowy Wiedźmy Wrony, więc wynik był taki, iż nie dało się tego przeczytać. Coraz więcej liter znikało, a korekta, oj weźcie no, to marzenia, mają inne zajęcia, muszą się marzyć…

… jak inaczej?

I tak powstała Maszyna.

Z wymarzenia… i była piękna, i wiedziała o tym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedzonko…

… dawno nie było, bo wiadomo, kryzys i tak dalej, ale tym razem się udało. Mamy i stare i nowe. To wydanie Strange’a i Norrella… no piękne!!! I udało mi się uciułać na ponad połowę twardego Pratchetta, ale reszty nie ma na Empiku, więc panika!

Zima na Wyspie wciąż trwa.

Ujemne temperatury nie tylko mrożą wszystko i wszystkich, ale też i sprawiają, że… jakoś tak jest znajomo. Jakoś tak, wiecie, no wszelako po staremu. W końcu już dawno nie było tak, by zima była ujemna w temperaturach i poniżej zera. I śnieg jest. Może i niewiele na obrzeżach, ale podobno na środku Wyspy więcej. No ale, ja nie o tym. Abdykacje i tak dalej, wiadomo, każdego to ruszyło…

Jednak miesiąc temu byłam gdzie indziej!

I było intrygująco.

Tjörn wciąż… Mikołajki były mega. Leniwe i raczej leżące, bo kolano sobie załatwiłam. Ale przecież nie bezproduktywne, szczególnie, gdy zaczął padać śnieg… nosz przecież to bajka! Nie dość, że śnieg i ciemno, to jeszcze te lampy i architektura… po prostu można się gapić godzinami i robić zdjęcia!

A co… lenistwo ma wiele odcieni i temperatur.

Te Mikołajki były dość specyficzne, ale niezłe. W ogóle takie wcześniejsze święta, to super sprawa. Wciąż spokojnie, ale w sklepach są rzeczy… wciąż jakoś niesamowicie zimowo, więc trzeba to wykorzystać. I wykorzystałam. W końcu, bez urazy, ale obchodzę sobie grudzień po swojemu.

Dnia następnego poszliśmy do muzeum, a że w tym miejscu, znaczy na onej wyspie jest jedno najważniejsze, więc tak… kurde, zara, przerwa w nadawaniu, czy są inne muzea na tym kawałku skały, cy też racej wielu skałach połączonych miejscami… chyba są, więc sprecyzuję. Chodzi o TO muzeum, Nordiska Akvarelmuseum.

Wystawa to Psykologiska rum.

Ale mi zryła banię… nie no, potem musiałam w naturę, a jeszcze potem pod koc i w ogóle. No szczerze. Te obrazy, kolory, może to to, a może jednak one konstrukcje graficzne, tudzież filmiki… lub… nie wiem, ale uczucie było przerażające. Dla mnie samej. Sama się wystraszyłam, że przeraziłam siebie, swoich myśli, odczuć związanych z barwami i kształtami,wyobraźnia zaczęła szaleć…

Z jednej strony niektóre ramki skrywały opowieści o człowieku, inne znowu tylko kolory, których połączenie… a może to tylko mój umysł? Ale w takim bądź razie dlaczego inni wychodzili tak szybko, a mnie tam zassało… i jeszcze ten padający śnieg i morze i skały i prawie bezwietrznie. Warto było.

A może to tylko to muzeum, miejsce…

Hmmm.

I tak szczerze, to dzień następny znowu spędziłam na zabawie w śniegu i takich tam, a co, taki to wiek, że wolno wszystko. LOL Polecam czasem zwyczajnie być tylko… być tylko i wyłącznie sobą. Najlepiej w innym kraju, no wiecie. Obciach może mniejszy, czy coś, jakoś tak? Spróbujcie. Przyspieszając… po dwóch kolejnych dniach powrót, sprawnie poszło, mgła i takie tam, deszcz, zimno, prom działał na szczęście i znalazłam na nim owcę, ale to już prywatna sprawa.

Wyspę polecam. Jest tam wiele do odkrycia, o wiele więcej niż mówią przewodniki. Guzik wiedzą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Maszyna Zmian… została wyłączona

Pan Tealight i Zniesmaczanica…

„Zniesmaczanica miała to o siebie, że była nie tylko zniesmaczona, zochydzona, wszelako niezadowolona za wszystkiego i ze wszystkiego, ale przede wszystkim, emitowała ono uczucie dookoła siebie, na wszystkich, na wszystko widzialne i niewidzialne, będące i dopiero się rodzące, na byty i niebyty, na wszechświaty i światy równoległe… ono uczucie jakiegoś takiego niesmaku, absmaku i mglistych mdłości, jakby kurna świat i życie samo w sobie już ostatnio a nadmiernie wszystkim nie dopiekało.

Tera jesce ona.

Na szczęście decyzję podjęto szybko i dobrze się paliła, więc… więc gdy opadł pył, a pył przykrył świeży śnieg, to zaczęli o niej zapominać, jak to o wszelakim pamięci niewartym obostrzeniu i nacisku, ale… z czasem, jakoś tak, w snach i beknięciach, pierdnięciach pośród lesistości, gdy to myślałeś, że nikt nie czuje, nikt nie słyszy, a wszyscy wiedzieli co robisz odsuwając udo od uda…

… wypuszczając ten zwodniczy dech na świat…

Obumierające liście… i tak zdechłe, ale jednak…

… bardziej…

U niektórych pojawiła się zgaga, innym dokuczał rozstrój żołądka lub kilku. A jeszcze innym dziwne smaki podchodziły pod nos i zaczynali przeżuwać tapetę, czy stare wkładki do butów, uznając je za smakołyki warte ich podniebień. Sami zaczynali się stawać nią. Oną dziwacnością wewnętrzności, oddziaływującą na zewnętrzność i… musieli się przegłodzić, ale jak… zimą… za zimno, za smutno by nie jeść.

Jednak musieli zdjąć z siebie oną klątwę, bo nie mogli tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tjörn… znaczy dzień trzeci… koszmarny.

Po prostu, wiecie jak to jest… czasem się trafiają takie dnie, że jakoś tak… Po pierwse miało być słońce, więc zaplanowałam, że pojediemy o Fjallbacki. No co, kocham to miejsce, wiem, że się zmienia, właśnie teraz, więc chciałam, po drugie, śnieg i światło, no ideolo na zjęcia, a tutaj jakoś prognoza zdawała się nie mylić…

Ale po trzecie, nie wiem, coś mnie męczyło od pewnego casu… no ale, wiecie, nie poddajemy się, myśli precz, pigułka na drogę i jedziemy… i właściwie od początku coś było nie tak. Te moje myśli, potem niewielki lasek, pobocze, no co, siku! Nie zdążę na miejsce dowieźć, więc… jakoś nigdy nie wywalam się w lasach, mogę się potknąć, ale tam, wtedy, jakby mnie ktoś pchnął… dopiero po godzinie się skapnęłam, że wtedy zerwał mi się też łańcuszek. Ale nie, przecież nie dopuszczam kijowych myśli do siebie, na wisiorku napisane: flower of life, nosz kurna…

Słońca oczywiście nie ma, na dodatek jest ta pogoda, co to światło zasysa i za żadne nie zrobisz zdjęć bez wspomagania sztucznego… widok onej dziury w miasteczku – budowa –  mnie dobił, w sklepie mieliśmy coś wziąć i wtedy nagle czuję jak mi się coś, nie przepraszam, po cycku zsuwa… jest i mój wisiorek, łańcuszek zerwany… ale on jest… tylko to uczucie mnie nie opuszcza. Smutek, który kumulował się od miesięcy, dziwny ciężar… próbuję udawać, coś jakoś, ratować dzień, którego nie ma, rozchodzić to, ale nie, nie w tej ciemności, nie, nie mogę…

Wróciliśmy szybko, po drodze jeszcze omal kilku rzeczy nie spieprzyłam, wsio mi z rąk leci… stwierdziłam, że włączę komputer, tym raem, apiszę coś, może adres sprawdzę, bo jeszcze mi coś do wysłania zostało i już wiem…

Wiem dlaczego.

Jest wiadomość…

Można nawiązać przez internet taką nić poroumienia, że gdy ona nić się napręża by pęknąć a kilka godzin, tak właśnie reaguję. Kiedyś wydawało mi się, że to tylko sny, że tylko tak misię wyaje, że… dość… YAYA D. Byłaś dla mnie przez prawie 20 lat połąceniem przyjaciółki i matki, dziwne to wszystko… tyle maili, tyle wiadomości… ostatnio ucichłyśmy obydwie, zagubione… wiedziałam o chorobie…

Ale miałam tę durną nadzieję.

YA YA.

Człowiek to istota skomplikowana. Wie więcej niż mu się zdaje i mniej zarazem. Zapomina, iż pierwotne umiejętności wciąż są żywe…

Zapomina… po prawdzie myślałam, że to ktoś inny…

Przepłakałam i noc i poranek dnia następnego tym okrutnym, dzikim szlochem, do którego nie zużywa się chusteczek ino papierowego ręcznika, a i tak zlizujesz gluty… jak jakiś oszołom. Jednocześnie wmawiając sobie, iż nie mam prawa się tak czuć… przecież nigdy się nie widziałyśmy nawet. Poza zdjęciami ino słowa i myśli, wspólne zaintersowania, ale i te całkiem inne…

Dziwny ten świat zaadaptował się do techniki, czy te po prostu tak było zawsze, ale to próbowaliśmy zakłamać, zagłuszyć? Powiedzmy szczerze, że następny dzień też piękny nie był… ale jednak był… bez niej, już. I wstałam, zryczana, pojechaliśmy do Valgsansby… nie wiem dlaczego, nigdy nie słyszałam o tym miejscu, a jest, takie było odpowiednie do tego, co czułam… 3 chatki  XVII wieku, morskie, rybackie, stojące, zatoka, wyspy dookoła, wysokie klify i idealne niebieskie światło…

Potem znalazłam łańcuszek… no nie cudem, w sklepie znalazłam. LOL

Ale tamto miejsce, to światło, mróz, wiatr przejmujący, ona wiekowość i wieczność zarazem, tak piękne, tak bardzo odosobnione, ukryte, prywatne wciąż, więc… można ino patrzeć, nic więcej… Za to kurna, całkiem inna inność, ale fajne sklepy mają tam na Oruście. Kurde, czy to był Orust w ogóle… potem i frytki… nie wiem… ale pomogło trochę. Niczym obiata za zmarłego.

Ofiary złożone… ogień…

Dziwna ta podróż… 5 grudnia 2023.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zniesmaczanica… została wyłączona

Pan Tealight i Nowyrok…

„Ło Bożątka Wszelakie jaki on był Dżen Zi i Łołk.

A jaką miał garderobę, nie większą niż pretensja i wszelkie rządania. I czepiał się wszystkiego co się dało i co nie dało, to i tak się czepiał. Jakby tylko o niego chodziło, ino jego osoba, jakkolwiek by ktoś nazywał one kości i dziwne ubranie masywnie geometryczne i sferyczne, pstrokate ale strukturalne, niby to sztuka, niby spotkanie z maszyną do rwania, trącania i mielenia… a może, może jednak było w nim coś ludzkiego? W końcu był dla ludzi.

Oni… w jakiś tam sposób… chociaż nie, raczej nie… ostatnimi czasy czas wszelako jakoś tak żył i biegł przed siebie dla samego siebie i nikogo więcej. Jakby wiedział już tak wiele i tak wiele przeżył, iż naprawdę nie miał na to wszystko czasu. Sam będąc czasem nie miał… siebie samego…

Nowy Rok.

Niby nowy, a jednak, jakoś ostatnio każdy z nich wiązał się z tym samym. Wysyłanymi prez innych luzi, na pewno siezących na kanapach i wpierdalających żarcia niedostępne w tej serokości geograficnej, cudowne i niespotykanie smaczne, no i one napitki… oj tak, ostatnimi czasy Pan Tealight był tak głodny, jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane głodna nie była… znaczy jedzenia, bo jeśli chodziło o książki, to apetycik miała nieskromny… ale co do Nowego Roku, to miała Przeczucia, a to nie był racej dobry omen. Nomen omen…

Pan Tealight nie wiedział o co chodziło z tym jego głodem i trochę się niepokoił brzuszkiem, który zaczął się u niego pojawiać, lekko rysować pod rękawiczkami… Zasłaniał brzuch od dawna… może bardzo dawna nawet. Ciuchami, pozami, opozycjami i jeszcze przemowami o miłości do siebie samego, ciałopozytywnością i oczywiście szarym, grubym włochato szlafrokiem i rękawiczkami, które umocował sobie na środku brzucha, by udawać, iż tak zwyczajnie ma być… ale ten nowy smarkaty, nie no, przecież tak być nie może. Nie tak!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No pięknie… Nie dość, że trzęsienie ziemi, wulkany, to jeszcze w lutym Królowa abdykuje! Nie no, ja tak nie mogę żyć! Zaraz, nie w lutym, a już, teraz… nosz kurna te wiadomości!!! Pierniczę to!

Jak żyć…

Niby logiczne, na pewno po operacji kręgosłupa i śmierci królowej Elżbiety miała wiele przemyśleń, ale to Moja Królowa! Smutno tak, epoki się kończą, ono bycie na załamaniu się czasów, etapów, historii, wydarzeń, wieków… ech, to by się dobić, przypomnę tylko, że u nas to się choinki sprząta od rau rano 27ego. Serio. A niektórzy to drugiego dnia świąt i posprzątane mają. Niby to rozumiem, każdy po swojemu, ale… jakoś tak, może to ta pogoda, ciągle deszcz, te strzelanki w Sylwestra dobjające, choć podobno w ogóle mają to znieść… no ale, czy tak będzie?

Może…

I tak okroili czas wybuchów… ale to, co działo się 31go, to było straszne, ja pierdziele, i to jedna rodzina, no pojeby no! Ale teraz, wracamy do codzienności tak zwanej. Znaczy 2024. I tyle, pamiętać przy podpisywaniu dokumentów.

Właściwie, co to zmienia…

Wróćmy o Tjörna!

A co! W końcu nie skończyłam opowieści. A mamy siedem dni, więc teraz dzień drugi, kiedy to wstałam nazbyt wcześnie, boleśnie, ale dziwnie radośnie. Na zewnątrz i śnieg i mroźno i słońce, nosz czas na zdjęcia, ale człek zmęczony po wczorajszej jeździe, więc ino do Skärhamn. A czemu nie, połazić. Po prostu, tak w ogóle, w końcu obaczyć ten uśmiechnięty kościół i jeszcze domki i morze…

I jeszcze…

Trzeba przyznać, iż miasteczko jest ciche i spokojne. Oczywiście o tej porze roku, nie oszukujmy się. Zima, drogi śliskie, na schodach prowadzących do kościoła napis, że nie sypią, więc sami uważajcie na siebie, albo nie wiem, módlcie się czy coś… człek zatrzymał się pod kościołem, hotelem, przy ścieżce rozgwiadowej… jakoś mnie śledzą one rozgwiazdy… wszędzie.

I wielkie zdziwko, bo uśmiechu na kościele nie ma.

Dlaczego?

Przecież w grudniu rok temu był, więc nie mogą zdejmować na zimę, może to sztormy, nie wiem… trudno znaleźć wiadomości… Co się stało? Nie wiem, pogrebię w necie, ale to na potem, za to widok z onego wniesienia, no bajka po prostu, na one wszelakie skały wystające ze spokojnej wody, do tego słońce, mocne, zimowo prawdziwe i jeszcze te omy i wselakie, portowe czary mary…

Kolorowe to takie, a jednocześnie, normalnie monochromatyczne.

Pizga, oczywiście, że pizga, no weźcie, tosz to jednak zima tutaj już… północ i tak dalej, ale jednak człek by chciał po onych skałach połazić, ale słońca i dnia tyle, by potuptać po mieście, kręte uliczki, potem nagła płaskość, tutaj wszędie kiedyś były ino góry, skały, spiczastości, a teraz, modyfikacje…

Ludzkie.

Niedziela, a pod kościołem pustki… i ono słońce błogosławiące wszystko i wiatr i słoność wody i jeszcze, coś kamienistego… obietnica, ostrzeżenie.

PS. A tak w ogóle znowu były kartki świąteczne PostNordu za darmo, więc obłowiłam się na przyszły rok, chociaż przy tych cenach znaczków to ja nie wiem czy się uda wysłać cokolwiek kiedykolwiek…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowyrok… została wyłączona

Pan Tealight i Inne Światy…

„Wrota otworzyły się od razu, ale ich narodziny… ich pojawianie się w onym wymiarze było tak bardzo bolesne, że miał dość.

On… miał dość.

W jaki sposób coś nowego, coś, co dopiero właściwie się wydarzało sprawiło, i miał dość? Nigdy tego nie czuł. Tak, bywał zmęczony, ale to zawsze można było zmienić, po prostu przestać myśleć, zmienić wizję, coś odać, inne coś wyrzucić i już… zawsze w końcu było fajnie na coś czekać. Coś dobrego, coś cudownego, albo po prostu książki, no wiecie, to jednak proste… Problem w tym, iż ostatnio Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane dostarczała mu tyle rozrywki wszelakiej, że naprawę był mocno znoszony. Sfilcowany właściwie nawet. A przynajmniej tak się czuł, więc one rodzące się drzwi, wyłażące z wilgotnej ziemi, spomiędzy korzeni wielkiego dębu rosnącego tuż przy szosie, ponad miasteczkiem, jakoś tak… nie, wcale nie był zainteresowany co tam jest. Co chce wyjść, kto chce tam wejść, czy co można zobaczyć przez ono uchylenie czy też dziurkę od klucza.

Bo była tam dziurka, spora.

I był klucz unoszący się w powietrzu, niczym wyzwanie… użyj mnie, zamknij to, albo otwórz szerzej, miej władzę dzierżąc mnie, zajrzyj, a potem zatrzaśnij, klucz rzucony w morze i już będzie to tylko twoje…

Tylko.

Albo przejź przez drzwi i zamknij je za sobą.

Albo… Pan Tealight machnął dłonią i drzwi zniknęły. Przeniosły się do jego prywatnej skrytki by pomyślał o nich jutro lub za miesiąc… albo wtedy, gdy zwyczajnie nadejdzie ich czas, tamtego miejsca, tamtego wejrzenia… nie teraz, nie… nawet o nich nie myślał, gdy powoli wracał do Białego Domostwa. W końcu urodziny Wiedźmy Wrony się zbliżały, powoli, ale jednak i prezent trza było wymyśleć…

Jakiś.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na Wyspie pizga…

I to jeszcze jak.

Ktoś może powiedzieć, że to przecież taka pora, ale… kiedyś mieliśmy jeden taki sztorm w sezonie pizgającym, a teraz… właściwie trudno się załapać na dzień bezpigający. Niepizgający? Chyba tak lepiej… I jak mówię KIEDYŚ, wcale nie oznacza to epoki lodowcowej, ale tak pięć, sześć lat temu.

No ale… pizga, na kontynencie podobno ma być gorzej, więc może i człek winien być wdzięczny? Tam znowu wulkany pykają, no dobra, przyjmijmy pogodę jaką jest i tyle, a teraz pogadajmy o wycieczce na Tjörn. I tak, wiem, znowu… ale tym razem dłużej, inaczej i w ogóle! Chociaż tyż pizgało, ale za to z mrozem! Bo to początek grudnia był, a wtedy to i na Wyspie i śnieg i mróz… jak za tych epok z dinoaurami…

LOL

No serio, na morzu nie bujało, sobotni rejs był całkiem spokojny, ale za to w Ystad, no po prostu zaspy, w Malmö już mniej, ale tu na brzegu morza, no zima. I to całkiem zimna jak na te okoliczności przyrody.

Nawet w drodze sypało, tu mocniej, tam słabiej, ale jednak, nosz szaleństwo. Na szczęście oponki są nie tylko na brzuchu, więc wiecie… jedziem. Pierwszy przystanek jak zwykle i się nam na nim zeszło i mocno złaziło, nosz kurde no, jakbyśmy normalni byli… a tłumy jakie w Malmö?! Nos jakby i Turyścizna i Tubylcy z domów wsyscy wyleźli. Nie wiem, może coś za darmo gdzieś dawali?

Nie załapałam się… ech, człek docenia spokój własnego auta…

Oj bardzo czasem.

Zatrzymaliśmy się w tym samym miejscu co ostatnio, rok temu się znaczy prawie dokładnie… czyli, jak to teraz nazywam, w tej no, Dolinie Królów. Znaczy wiecie, białe grobowce mieszkalne w skale wyrąbane, ale robione na mastaby bardziej. Diwne, zimne, ciasne, a jednak, osiedle niesamowicie czarujące. Tymi bryłami, oną skałą naturze wydartą i widokiem na światła miasta i na wodę i skały, i malutkie wysepki w oddali… i na niebo i nagość pewną natury…

No dobra, mieskanko jest mini i suche w pierony, ale milusie.

I internet jest!

Ciepło i woda, a dla wielbicieli bąbelków coś w lodówce znowu. Akurat nie jesteśmy, no ale, jak dają, to wiecie, prezent przechodni będzie, głupio powiedzieć nie. A jeśli z mówieniem nie macie trudności, to poaję: jestem na lekach, prowadzę, uczulenie, trauma po alkoholikach w rodzinie, mój ojciec… mama… itp itd. Działa. LOL I tak naprawdę w planach nic nie mamy, zresztą, tak pięknie, śnieżnie lekko, zimno przemiło, do minus 10. No po prostu bajka, ale nas pewno poniesie. Ale najpierw mycie, herbata, spanie, jak się da w onym szumie… bo szumi to suszenie/wietrzenie/wszelka powietrza wymiana… mumifikacja naturalna, bez soli, zresztą, odradzają kąpiele i wszelakie morsowanie, a chciałam sobie skoczyć… podobno prądy przyniosły jakieś gadziny parzące, co się tak w kupie trymają. Może i nie zabiją, ale na pewno nie będzie to miłe spotkanie, więc… chyba nie… może następnym razem?

I wiecie co?

Postanowiliśmy, że oto są nasze święta. Tydzień nicnierobienia… nie do końca wyszło lenistwo na sofie, bo nie połazić jak waliło słonko to głupio, ale trochę się udało, po prostu być. Wiecie… być…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inne Światy… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Opętana…

„Taka wróciła z tamtej wyspy… jakaś inna, dziwna i z kimś, jakby już trzy osobowości całkowicie pokręcone już tam nie siedziały. Nie umiał tego nazwać inaczej jak opętaniem, do tego, wsio jej z rąk leciało, ale nie zawsze się biło, łańcuszki i sreberka się plątały, jakby jakowyś demoniak ciągle nie mógł łap upilnować, ADHD jakoweś, tudzież nadgorliwość, a poza tym wszystkim…

No po prostu był zazdrosny, że mu się jego miejsce zajmuje.

On, Pan Przedwieczny.

Jeden z Pierwszych. Zazdrosny o Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane… on, zgroza. Zgroza to była ogromna jak to sobie w końcu uświadomił i jakoś tak się z tego otrząsnął. Jest od niej zależny. Nie może be niej żyć, a na dodatek jego życie jest oparte na niej… a niegdyś było inaczej. O wiele bardziej nudno i zwyczajnie może, ale jednak…

… inaczej no!

I jak wyjeżdżała, wolał z nią… ale tym razem miał zajęcie i jakoś tak nie wyszło po jego myśli, a potem Czas go omotał i już wróciła, nagle i z nienacka, a on tak się nie przygotował. Ale nie taka, jakaś znowu inna, jakby kurcze nie mogła pozostać w onej jednej postaci, jakby ta zmienność, podejrzana i podejrzliwa zarazem, po prostu go prześladowała. Nie pozwalała ni zaplanować urlopu ni nawet zabukować sobie miejsca w jakiejś knajpie, na innej planecie, w kompletnie innym, prostszym wszechświecie, może bez balonów… i rukoli.

Niecierpiał rukoli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sekret pacjentki” – … okay… Po pierwsze okładka… nie przypomina wam czasem innej opowieści o pacjentce? Oj założę się, że przypomina. Durny zabieg wydawniczy, przez chwilę zastanawiałam się, czy już to czytałam, czy nie… w końcu ta okładka, ale jednak nie…

Dwa: fabuła…

Ona i on, małżeństwo z dwójką dzieci i ta trzecia… chociaż do końca nie wiadomo czy tak, czy nie. Czy on zdradza, zdradzał? Wydaje się, iż w takiej pięknej, bogatej dzielnicy ino czekać na smaczki w stylu: zdrada, majątek, śmierć w dziwnych okolicznościach, zboczone poglądy czy czyny… nosz przecież nikt się chyba już nie nabiera na one czyste trawniki i białe płoty… a może, jednak?

… no i sekrety z przeszłości.

Wszystko jest, ale jednak nie bangla. Nic się ze sobą nie łączy, nie skleja, jakoś tak nie łączy. Niby każdy jest, obecny, ale tak kiepsko opisany, iż właściwie wszyscy są podejrzani i każdy mógł zabić łącznie z noworodkami w becikach… do tego podtekst psychologiczno-terapeutyczny… to już było. Za często było i za bardzo, nadto jest wyeksploatowane. Na dodatek te postacie, jakieś takie mdłe i mało zaczepne, właściwie co mnie obchodzi czy on czy ona… nie nawiązuję jakiejś linii porozumienia z jakimkolwiek z bohaterów. Mam ich gdzieś. Niech giną. Czy to będzie ten Zabójca Biegaczek, który tam podobno działa w okolicy, czy nie… I to jest problem tej powieści. Ma potencjał, dałoby się z nią coś zrobić, ale jest kiepsko napisana, nie do końca przemyślana, za mało w mniej mroku, opisów, jakiejś artystycznej mienności, czegoś…

… za mało.

Warto… jak nie macie co robić… na szybkie przeczytanie.

Coś, co znalazłam w Malmoe… widziałam na obcojęzycznych stronach, ale nie w Empiku. Zresztą, wiecie gdzie mi bliżej… Piękna książka. Naprawdę cudowne wydanie, idealne na prezent! Na przykład dla siebie!

I coś innego…

Dla lubiących temat.

Miało być o wyprawie na północ, ale nie będzie, znaczy nie będzie teraz…

Nie w tej chwili.

To na potem, teraz będzie o przyjaźni… bo tak właśnie się stało, iż jedna mi się zakończyła, wiecie, na zawsze… jak to mówią, na ten ostatni dech i to mi coś uświadomiło, że ta cała definicja przyjaźni się zmieniła. Przez social media, telefony, wszelkie monitory i takie tam, nagle listy odeszły do lamusa, chociaż akurat w moim przypadku nie do końca, wciąż je piszę i wysyłam kartki… i jakoś tak, ze śmiercią przyjaźni, jednej z moich takich pierwszych dorosłych, doszłam do wniosku, że definicja nie oznacza już kontaktu cielesnego. Patrzenia drugiej osobie w oczy…

Nie.

Ta przyjaźń zaczęła się od mejla. Od mejla, który przyszedł od obcej kobiety. Prawie dwadzieścia lat temu, a może i ponad… wtedy jescze czytało się je wszystkie, nie było zasypu spamu, człowiek robił w Wirtualnej Polsce, pisał recenzje dla wydawnictw wciąż w szoku, że z młodszego krytyka stał się jakimś tam recenzentem… i pisali do niego. Tak poznałam wielu autorów, pamiętam, iż jedna z pierwszysch takich wiadomości nie była miła. Oj nie, a wtedy recenzję napisałam jako całkiem zwykły człek… prawdziwą, niezgadzającą się z opisem na książce… oj, ale się autorka wkurzyła. Tak myśląc teraz, to jakoś tak, no weźcie no, pisać o kogoś opierniczając go za poglądy, predstawione ładnie, z naciskiem na dobre strony…

… wot to durna baba to była. Spojler, kariery nie zrobiła.

Inne wiadomości, wciąż je czasem dostaję… są inne… i taka była ta wiadomość. Od trochę starszej oe mnie babki, która też pokochała książki, które ja kochałam… od kobiety, która przez lata słów, bitów, bajtów, stała się dla mnie i przyjaciółką i obrazem matki, o jakim marzyłam… nigdy nie zobaczyłyśmy się twarzą w twarz…

I już się nie zobaczymy.

Czy oznacza to gorszą przyjaźń?

Nie. Bo to była przyjaźń, mam dowody na plikach… sarkastyczny LOL. Widzicie, dochodzę do wniosku, iż trzeba zmienić definicję przyjaźni, bo czasem jest ona mocniejsza i łatwiejsza, gdy wcale się nie widzicie, gdy wymieniacie między sobą ino ono jestestwo, a nie twarze… gdy to jak wyglądacie nie ma znaczenia, co macie na sobie… gdy tylko znaczenie ma wnętrze.

Czasem zewnętrze rozprasza.

I nie, nie twierdzę, iż nagle przyjaźnie internetowe są lepsze czy gorsze, nie, chodzi tylko o to, że to też przyjaźnie i gdy dostajecie wiadomość, że ta druga osoba znika z tego świata, wymiaru, cierpicie… prawdziwie.

To boli…

Śmierć przyjaciela.

Takiego, którego nigdy nie widzieliście… bo czasem można nie widzieć, a wciąż ufać i darzyć kogoś uczuciem. Można. Najpierw ludzi zmienił język, potem pismo, pamięć zaczęła szaleć, zmieniać się, ubożeć, a teraz idziemy dalej. Uczymy się kochać bez ciał, czuć bez nich, nagle nie potrzebujemy widzieć fizycznych podobieństw w innych, by… nagle… wszystko jest inne i chociaż długo trzymaliśmy się tego, iż przyjaźń to tylko to, co namacalne, to nagle…

One nienamacalne stają się dziwnie prawdziwsze.

Może i łatwiejsze?

Odejście przyjaciela boli… tego internetowego też.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Opętana… została wyłączona

Pan Tealight i Ruina Definicyjna…

„Wiele Definicji zamieszkiwało Wyspę.

Czuły się tutaj pełne, wolne i niezmienialne… bo reszta świata jakoś tak nie do końca ostatnimi czasy tolerowała definicje i prawa. Jakoś nie potrafili żyć z ich niezmiennością, w pełni sprzeciwialności, wolności bycia innym, niedefiniowalnym… może i nawet samemu szalenie wolnym… może? Jakoś nie rozumieli tego, że by się buntować, trza wiedzieć przeciwko czemu i nie można tego zmieniać, bo wtedy ten bunt nie ma sensu. Kompletnie… potrzebujesz definicji by wiedzieć przeciwko czemu się buntujesz. Musisz mieć granicę, by wiedzieć kiedy ją przekraczasz… a jednak ludzie jakoś tego nie rozumieją. Kompletnie… więc się przeprowadziły tutaj.

Dla wolności wiary i wyznania i wszelakich postępków…

Znaczy bycia sobą.

I było im tutaj dobrze, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane je po prostu kochała, bo były takie prastarzyście normalne i dla niej prawdziwe oraz logiczne… co nie oznacza wcale, iż ze wszystkimi się zgadzała, ale z mądrym to i pokłócić się miło jest, jakoś tak.

A czasem można było z nią porozmawiać.

Czasem nie…

… często tylko słuchała… i to wystarczało. Oczywiście nie Ruinie, ale jej nikt nie lubił, nawet ona sama. Jakoś nie pasowało jej, że można być i upadłym i całym jednocześnie, więc po prostu w sprzeczności sama ze sobą nie mogła się jakoś tak, ogarnąć. I tylko przesiadywała pod mostami słuchając wodnych cieków. Zaskocona tym, że takie coś na nią jakoś tam wpływa.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Inkwizytor” – … cykl… Cykl o Morimerze Madderdinie to coś, co się lubi lub nienawidzi, kocha, albo cię odrzuca. Jakoś tak chyba jest w ogóle z całym pisaniem Jacka Piekary. On to w sobie ma, pasję, ale też i specyficzność, oną wyrazistość. Nie spotkałam go, ale rozmawiałam, było właśnie specyficznie… mało powiedziane, człowiek był smarkaty, a ten tutaj z mostu prosto młotem… no cóż, takie samo jest jego pisanie i chcę mieć je u siebie… z powrotem.

Chociaż część…

Chociaż kilka tomów… jakoś tak, dla grzeszności.

I znowu wiało.

Kolejne kilka dni przepełnione wiatrem, skacząca temperatura, jakby jej za to płacili, że raz wyżej, raz niżej, raz niby pada śnieg by zara zrobić się tak ciepło, iż naprawdę nie można wytrzymać… budzą się pszczoły, gdzieś wciąż mamy gniazo czegoś, co wygląa jak mutacja szerszenia i osy… wielkie i bzyczące, ale sennie. Jednak, jak tego nie zauważysz, nie przymusisz do wyjścia, wtedy dostaniesz igłą…

Z dupy.

Ale ten wiatr… temperatura rośnie, robi się ciepło i cieplej… płotek nadal stoi, cud prawdziwy, może i ja sobie tak postoję, ale nie w tym wietrze, nie! W końcu mogłoby mnie zmieść skrzydło wiatraka… a tak, nasz wiatrak w Gudhjem stracił jedno ze swoich skrzydeł, więc jeśli zawitacie tutaj zimą czy wiosną zobaczycie okaleczonego, białego olbrzyma… no dobra, lekko grzybniejącego, ale wciąż…

Nienaprawionego.

Podobno wezmą się za niego w okolicach Wielkanocy, ale…

Czy ja w to wierzę?

Chyba nie, ale wiecie, jak się uda, to się człek przekona o tym wszystkim… nawet o tym, czy w tym roku będzie choinka przy kotwicy, czy jednak nie… Jakoś tak to akurat miejsce ma spore trudności w jednoczeniu się i byciu razem… sami pierniczeni indywidualiści, łącznie ze mną. LOL

Oczywiście wiatr oznaca też, iż promy nie pływają. Bosz przecie mamy je takie nowoczesne, takie nienadające się na one wody Bałtyku, jednego z najbardziej niebezpiecznych akwenów, w rzeczywistości… i przy dnie i przy powierzchni.

No ale…

Poczta to przecież przeżytek. Od przyszłego roku znowu podwyżki, zmiany, nie będzie już pocztówek i listów, nie, nie opłaca się… więc co będzie? A nie pytajcie się mnie. W końcu wszyscy możemy zamarznąć przez zimę… elektryczność ino da wybranych i ino w określonych terminach, nosz po prostu raj! I nie, nie przesadzam. Ale… prawdopodobieństwo braku zimy jest też wysokie, więc…

Może będzie ino wiatr?

Ino ten oszałamiający, drylujący wsio po kopułką wiatr…

Światełek dookoła coraz więcej, ale jeszcze bardziej ubogo niż rok temu. Bo przecież… ceny. A może ino lenistwo, w końcu wszystko to ledy, niektóre chodzą na słońce, więc… jakie inne wymówki? Niby nikogo nie zmuszamy, ale ciemność tutaj jest głęboka i przejmująca, jak lubię, więc dlaczego nie dodać jej światła?

Dlaczego…

A może już nie należy pytać? Mamy na Wyspie kilku buntowników, którzy światełka ogólnie określane jako świątecne, zapalają co wieczór, niezależnie od pory roku! Kocham ich za to. Ten buntowniczy status w powietrzu, gdy widzisz w lecie choinkę z metalu. Nie chodzi przecież ino o to, że są, ale o to, że ich nie wyłączyli… rozumiem lenistwo nieściągania lampek… ale wiatr niszczący wszystko…

Może i on rozumie…

… może je lubi?

Tarmosić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ruina Definicyjna… została wyłączona

Pan Tealight i Zabójec…

„Smutny był…

… rzeczywiście, od ostatniej roboty trochę minęło, a zresztą i tak jakoś nie odczuwał tego, co zwykle. Tej obsesji, radości, onej pasji. Nie czuł nic, jakby coś zniknęło z jego wnętrza, znajomego, cudownego, bezpiecznego… coś, czego potrzebował, by odychać, by się rusza, wstać z tego leśnego posłania i zwyczajnie pójść o pracy. Rozczłonkować to i tamto, znowu poczuć w dłoniach, spracowanych, pełnych niekrwawiących ran i blizn, nieowłosionych, ten drewniany trzonek siekiery, te metalowe ostrza, chłód, powoli grzejący się od jego własnego ciepła, albo… ofiary.

Przedmiotu badań…

Eksperymentu.

Ale nie mógł, nie chciał opuszcać chatki w lesie, na zewnątr wyglądającej całkiem normalnie, zwyczajnie nawet, belki, drewno, mech na dachu, płotek, drzewa, ogródek z warzywami, lekko teraz brązowiejący, w końcu to już późna jesień, jedyne co zostało to kapustowate i trochę pastewnych w ziemi… Nikt by nie pomyślał, szczególnie po onych koronkowych gaciach suszących się na ganku, na sznurku rozwieszonym nie do końca dyskretnie, lekko ponad barierką, rzezaną w róże i liście klonów, że on tutaj mieszka. Kat samozwańczy zwykle, ale też i do wynajęcia…

Nikt…

Chociaż, ona wiedziała, i bardzo doceniała jego pracę, więc stawiając na progu metalowy pojemnik z rosołem tylko lekko astukała, wiedząc nie tylko to, iż ją widzi, ale też, że weźmie zupę i zje. Bo w końcu lepiej nie wkurwiać wiedźmy… a już w szczególności tej, w tym okresie życia… tej z czerwonymi widłami, dyskretnie za nią tupiącymi ostrzami i jakoś dziwnie nie pozwalającymi się powstrymać… czy to przez błoto czy liście. Nic. W niczym nie utykały, a były ostre i dość zwyczajne…

… więc zjadł zupę i nocą odniósł naczynie wraz z dziękczynnym małym drzewkiem w malowanej doniczce, którą sam zrobił, wiedział, iż to lepsze niż kwiaty. Oczywiście, że umył garnek, no błagam! Znał protokół. Jak wszyscy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pierwszy przymrozek… a potem wiatr, sztorm i czywiście 10 na słupku…

Pięknie.

Ale, taka uroda tego miejsca. Zmienność i niepewność. Tylko twój ból głowy daje ci znać, iż coś może się zmienić, promy nie będą kursować, albo będą tylko raz, i to możliwe, że w jedną stronę, a potem, potem zaczniesz pilnować roślinek na zewnątrz, bo choć koniec listopada, to jednak, kurcze… zielono. Większość liści zerwały sztormy, jesieni barwnej nie było, ale… już zima właściwie, więc…

O czym tu myśleć, mówić…

Przeczekać trzeba i tyle.

Zwyczajnie.

A może jak zwykle? Bo przecież to nie pierwszy raz? Przecież nastał sezon sztormów. Tych zimowych. Niekoniecznie gadzających się z kalendarzem, ale jednak, jaoś tak, zwyczajnie wies… w powietrzu wisi apach śniegu, chociaż na termometrze aż 10 stopni. Szaleństwo. A przecież dopiero był przymrozek. No weźcie no, jakaś liniowość by się zdała, jakieś takie po sobie następowanie w pogodzie tejsamości, jak to w lecie było ino słońce i susza… ale nic to, najważniejse, iż straszna wilgoć odeszła i już. Chociaż to. Chociaż to… bo przecież o to chodzi. By jej nie było…

Oto zło tego miejsca… wilgoć i pleśnie.

Smrodki pomieszczeń, przejmujące zapachy ludzi, naznaczające ich ubrania i skóry, jakby ludzie byli nie własnością siebie czy kraju, ale właśnie nieruchomości… domów, gaardów, może i nawet pokoi tylko… okien drzwi, ścian i dachów… Już nawet nie onych roślinek, które przy takim wianiu trzeba będzie znowu pozdejmować, pochować, gdzieś poukrywać i tak dalej.

… więc sztorm.

Ale ważniejsze były one oblodzone drogi, które sprawiły, że w końcu kierowcy jechali przepisowo, niektórzy nawet wieźli ze sobą opony… no tak, bo przecież nie mieli czasu. Jakoś tak nikt nie ma, nigdy… Czas ucieka, znika, zagina się, miętoli, nie da się go wyprasować, jakoś tak rozciągnąć, może i nawet odać lycry czy innego poliestru, świństwa recyclingowanego, kłamstw ekologicznych inaczej…

Taki świat.

Tutaj też tak jest, a jednak, jednak i jest inaczej. To natura panuje nad wszystkim. Jak pizga tak, że zatrzymuje cię w miejscu nie dzieje się nic poza tym, wianiem, niszczeniem, strachem, a strach sprawia, że nie ma nic więcej. Dominuje nad wszystkim od dachów po drogi, głów po drzewa, pola i rzeki, wody i kamienie, metale i marzenia, sny i ich brak… kompletny brak snów.

Wiatr sprawia, iż przestajesz być sobą, ale tak jest z wianiem w wielu miejscach.

Tak jest z naturą… iż zapominamy o tym, że jesteśmy jej częścią…

Ale tu czujesz, że wiatr nadchodzi, czujesz, że coś się zmienić, czujesz to i jeśli tylko pozwolisz sobie na to, by poznać siebie, coś do ciebie wraca. Jakaś pierwotna cząstka się budzi pobudzona zapachem, czuciem, mieszanką zmyślonych zmysłów i umysłów umyślonych… Szalejesz, a przynajmniej tak ci się zdaje, nagle wpadasz w wir pracy, a potem otrząsasz się i nie możesz spać i znajdujesz sobie kolejną pasję i kolejną… by wypełnić każdą dziurę, każdy zakamarek siebie, który nie jest już czymś zagracony. Który wciąż jest jeszcze… wolny?!

Bo jak wieje, podlegamy innym siłom…

A może to tylko zmyślenie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zabójec… została wyłączona