„Smutny był…
… rzeczywiście, od ostatniej roboty trochę minęło, a zresztą i tak jakoś nie odczuwał tego, co zwykle. Tej obsesji, radości, onej pasji. Nie czuł nic, jakby coś zniknęło z jego wnętrza, znajomego, cudownego, bezpiecznego… coś, czego potrzebował, by odychać, by się rusza, wstać z tego leśnego posłania i zwyczajnie pójść o pracy. Rozczłonkować to i tamto, znowu poczuć w dłoniach, spracowanych, pełnych niekrwawiących ran i blizn, nieowłosionych, ten drewniany trzonek siekiery, te metalowe ostrza, chłód, powoli grzejący się od jego własnego ciepła, albo… ofiary.
Przedmiotu badań…
Eksperymentu.
Ale nie mógł, nie chciał opuszcać chatki w lesie, na zewnątr wyglądającej całkiem normalnie, zwyczajnie nawet, belki, drewno, mech na dachu, płotek, drzewa, ogródek z warzywami, lekko teraz brązowiejący, w końcu to już późna jesień, jedyne co zostało to kapustowate i trochę pastewnych w ziemi… Nikt by nie pomyślał, szczególnie po onych koronkowych gaciach suszących się na ganku, na sznurku rozwieszonym nie do końca dyskretnie, lekko ponad barierką, rzezaną w róże i liście klonów, że on tutaj mieszka. Kat samozwańczy zwykle, ale też i do wynajęcia…
Nikt…
Chociaż, ona wiedziała, i bardzo doceniała jego pracę, więc stawiając na progu metalowy pojemnik z rosołem tylko lekko astukała, wiedząc nie tylko to, iż ją widzi, ale też, że weźmie zupę i zje. Bo w końcu lepiej nie wkurwiać wiedźmy… a już w szczególności tej, w tym okresie życia… tej z czerwonymi widłami, dyskretnie za nią tupiącymi ostrzami i jakoś dziwnie nie pozwalającymi się powstrymać… czy to przez błoto czy liście. Nic. W niczym nie utykały, a były ostre i dość zwyczajne…
… więc zjadł zupę i nocą odniósł naczynie wraz z dziękczynnym małym drzewkiem w malowanej doniczce, którą sam zrobił, wiedział, iż to lepsze niż kwiaty. Oczywiście, że umył garnek, no błagam! Znał protokół. Jak wszyscy.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pierwszy przymrozek… a potem wiatr, sztorm i czywiście 10 na słupku…
Pięknie.
Ale, taka uroda tego miejsca. Zmienność i niepewność. Tylko twój ból głowy daje ci znać, iż coś może się zmienić, promy nie będą kursować, albo będą tylko raz, i to możliwe, że w jedną stronę, a potem, potem zaczniesz pilnować roślinek na zewnątrz, bo choć koniec listopada, to jednak, kurcze… zielono. Większość liści zerwały sztormy, jesieni barwnej nie było, ale… już zima właściwie, więc…
O czym tu myśleć, mówić…
Przeczekać trzeba i tyle.
Zwyczajnie.
A może jak zwykle? Bo przecież to nie pierwszy raz? Przecież nastał sezon sztormów. Tych zimowych. Niekoniecznie gadzających się z kalendarzem, ale jednak, jaoś tak, zwyczajnie wies… w powietrzu wisi apach śniegu, chociaż na termometrze aż 10 stopni. Szaleństwo. A przecież dopiero był przymrozek. No weźcie no, jakaś liniowość by się zdała, jakieś takie po sobie następowanie w pogodzie tejsamości, jak to w lecie było ino słońce i susza… ale nic to, najważniejse, iż straszna wilgoć odeszła i już. Chociaż to. Chociaż to… bo przecież o to chodzi. By jej nie było…
Oto zło tego miejsca… wilgoć i pleśnie.
Smrodki pomieszczeń, przejmujące zapachy ludzi, naznaczające ich ubrania i skóry, jakby ludzie byli nie własnością siebie czy kraju, ale właśnie nieruchomości… domów, gaardów, może i nawet pokoi tylko… okien drzwi, ścian i dachów… Już nawet nie onych roślinek, które przy takim wianiu trzeba będzie znowu pozdejmować, pochować, gdzieś poukrywać i tak dalej.

… więc sztorm.
Ale ważniejsze były one oblodzone drogi, które sprawiły, że w końcu kierowcy jechali przepisowo, niektórzy nawet wieźli ze sobą opony… no tak, bo przecież nie mieli czasu. Jakoś tak nikt nie ma, nigdy… Czas ucieka, znika, zagina się, miętoli, nie da się go wyprasować, jakoś tak rozciągnąć, może i nawet odać lycry czy innego poliestru, świństwa recyclingowanego, kłamstw ekologicznych inaczej…
Taki świat.
Tutaj też tak jest, a jednak, jednak i jest inaczej. To natura panuje nad wszystkim. Jak pizga tak, że zatrzymuje cię w miejscu nie dzieje się nic poza tym, wianiem, niszczeniem, strachem, a strach sprawia, że nie ma nic więcej. Dominuje nad wszystkim od dachów po drogi, głów po drzewa, pola i rzeki, wody i kamienie, metale i marzenia, sny i ich brak… kompletny brak snów.
Wiatr sprawia, iż przestajesz być sobą, ale tak jest z wianiem w wielu miejscach.
Tak jest z naturą… iż zapominamy o tym, że jesteśmy jej częścią…
Ale tu czujesz, że wiatr nadchodzi, czujesz, że coś się zmienić, czujesz to i jeśli tylko pozwolisz sobie na to, by poznać siebie, coś do ciebie wraca. Jakaś pierwotna cząstka się budzi pobudzona zapachem, czuciem, mieszanką zmyślonych zmysłów i umysłów umyślonych… Szalejesz, a przynajmniej tak ci się zdaje, nagle wpadasz w wir pracy, a potem otrząsasz się i nie możesz spać i znajdujesz sobie kolejną pasję i kolejną… by wypełnić każdą dziurę, każdy zakamarek siebie, który nie jest już czymś zagracony. Który wciąż jest jeszcze… wolny?!
Bo jak wieje, podlegamy innym siłom…
A może to tylko zmyślenie?

