Pan Tealight i Małoświęty…

„Nie żeby miał z tym problem…

Naprawdę.

Ogólnie mówiąc, jak dotąd… on chyba nawet nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, wiecie, jakoś tak pomijał to w myślach, mowie, uczynkach i zaniedbaniach, które mu się zdarzały, no jak każdemu, wiadomo… Przecież był ino człowiekiem. Oną skórzaną woreczkowatością na kości, krew, zamyślenia, marzenia i smutki oraz płyny skomplikowane i nieskomlikowane, i wszelkie fluktuacje.

Po prostu.

Zwyczajnie.

Był sobą.

Miał swoje zajęcia i przemyślenia, ale jakoś tak, nie chciał do ludzi. Może i był trochę odludkiem, moe i w oczach wielu dziwakiem, wielu tych, co to nie potrafili zrozumieć potęgi inności i sobiebytności, ale… nie miał im tego za złe. Zwyczajnie go to jakoś tak, no, malo obchodziło. Mało obchodziło co inni myśleli, mało obchodziło, co inni o nim mówili, dopóki nie szli z widłami i pochodniami w stronę jego małej chatki w lesie, ogródka i wygódki z ulepszeniami, sauną i podziemnym garażem na worek podróżny… po prostu omijał ich łukiem szerokim.

… więc, gdy nagle mu powiedzieli, że jest małoświęty… poczuł się nie tyle zaskoczony, co w ogóle zaintrygowany tym, iż o nim pamiętali. Że akurat to ich najbardziej w nim jakoś tak, zaskoczyło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu oglądane: filmy – … bo zwyczajnie… nie chcę by coś decydowało za mnie, co mogę oglądać i kiedy. Zwyczajnie… więc niektóre z nich staram się posiadać. Nawet jeśli na początku oskarżają mnie o piractwo… tia, na starych dyskach są takie kwestie. Cudo… ale, można pominąć…

… więc, gdy tylko mam możliwość, szukam tych niektórych, tych starych najczęściej, nie oszukujmy się… nowości są, mówiąc oględnie, zjebane.

A teraz usiądźcie dzieci, będie opowieść wigilijna o tym, jak to Empik wraz z Post Nordem zjebali mi święta. Czy raczej zjebały, to w końcu firmy… Pierwszy spieprzył moje konto, stare, stareńkie, premium i tak dalej, oczywiście na początku grudnia, bo przecież te promocje. Aż mi się chce wkleić tutaj screeny mojej romowy z robotem, czy czym to tam teraz, bo raczej człowiek to nie był… najbardziej mnie urzekło żadne: to nasza wina i zadośćuczynienia nie będzie…

A ja durna opłaciłam premium na przyszły rok!

EMPIK SSIE!

Bujam się między telefonami, a Insta czy FB…

… i nadal wychodzi na to, iż to moja wina, bo nie znam gabarytów paczki. Jak mam je nać, jeżeli to nie ja nadaję paczkę? Kiedyś normalnie maksymalnie 40 książek i tyle. Teraz nagle jakieś gabaryty. Probiem? Mają wciąż najniższą przesyłkę. A mnie nie stać, no i opłacone premium, do cholery jasnej!

A poczta… no cóż, uważają, iż otrzymuję za dużo poczty, więc każą mi płacić za prezenty, za rzeczy, które ludzie mi wysyłają – nieobjęte podatkiem. Wiecie, no święta, kartki, życenia, pierdoły… nic wielkiego, wszyscy zapoznaliśmy się z regulaminami poczt wszelakich, co i jak, do jakiej kwty można i tak dalej… ale, poczta zapomniała, że święta, to czas życzeń i dawania…

… więc wielce to polskie święta, bo wkurwa przekstałcającego się w giga stan lękowy już mam, czyli jak to prawdziwa polska kobieta… uciekłabym gdzieś. Ale jak uciekać, tak bez książek? Dobre, że chociaż pocztę udało mi się wysłać i nie chcę myśleć ile mnie to kostowało. I tak, najprawdopodobniej w pryszłym roku już tego nie będzie. Pisanie wymrze. Na zawał portfela!

A! Wysyłałam ze Szwecji, na duńską mnie nie stać.

… a w Szwecji… podwyżki.

Ja pierdziu! I to jakie! I masa ludzi i jeszcze Lund, piękny, te ozdoby, ale te tłumy… no dobre, moe wyjazd w piątek nie był najlepszym pomysłem, ale jednak Mikołajki i na szczęście nie bujało, chociaż miało strasznie, padało i pizgało, ale jakoś tak ucichło i chociaż mapy morskie pokazywały fale, to jednak… jakbyśmy nad nimi płynęli na jakowymś… Czasem serio myślę, że wsystko jest magią…

Niewytłumaczalnym!

No ale… Sama Szwecja jak zwykle… w każdym oknie gwiazdka, albo coś podobnego, ale po lepszym się przyjrzeniu uznaliśmy obydwoje, że jakoś wszystkiego jest mniej. Jakoś i Ystad i Malmo nie miały tego klimatu, ale za to Lund! Ja pierdziu, w przyszłym roku jadę tam na zakupy. Walę to. Nie kupuję niczego nigdie, ino tam. No szczerze. Nie wiem jak to działa, ale jednak mają to, czego chcę, potrzebuję i co mnie kręci.

I na dodatek mieli rzeczy jeszcze w grudniu!

Nie jak IKEA…

… ta w grudniu to wiosna już właściwie. Ale za to jakie prędkości osiągam na kasowaniu. Nos kurde, minęłam się z powołaniem… poczta wysłana. Oczywiście, że z Ystad, bo choć poczta ta sama i u nas i u nich, to u nas tak drogo, że za cenę jednej kartki tam wyślesz 3 i jeszcze ci one kartki dadzą za darmo!

Ale… jeśli chodzi o Wyspę, to pizga, mokro i burzą, ale wciąż nie wyburzyli. Oczywiście w Nexoe… Najpierw jakieś problemy, potem coś innego, sztorm kolejny nadchodzi, więc to też opóźni… może onego 14go będzie już po ptakach, ale na razie silos wciąż sobie stoi. I myślą jak wykorzystać pozostałości, co mnie szokuje, bo pełne są pleśni, więc… weźcie no, i tak mamy na Wyspie z nią problemy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Małoświęty… została wyłączona

Pan Tealight i Demoliszon…

„Umówili się na piknik.

Taki prawdziwy z kocykiem, imbryczkiem na krótkich, gorących zawsze nóżkach, co to powodował sauny dla tych co pod ziemią i oparzenia traw wszelakie… z bułeczkami, ciasteczkami i dżemem oraz, dla balansu, korniszonami i kabanosami. A co, na pełnym wypasie być miało, w końcu… to nie codziennie się wydarzało, by się tak aż świat zmieniał… a tak.

Zmieniał się…

I to kompletnie…

Miało nagle w jednym miejscu Wyspy pojawić się coś, co dziwnie Człowiekowie nazywali ocean view… a czego Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie rozumiała. W końcu morze to morze, nosz do rąbanej onej, no kurnej nędzarki!

Kurna Nędzarka też była zaproszona, bo dlaczego nie… i gdyby nie pewien istotny fakt, to może i by coś zobaczyli, ale… wiecie, akurat tutaj, gdzie wody kamieniste dno mają, płytkie są i w czasie ciepłym parują od nagromadzonego życia pierdzącego… cóż, wonieje. Mocno! Znaczy cuchnie, śmierdzi i zniewala aromatem. Ale wciąż domy drogie, bo przecież ten widok miał być…

Obiecali!

Czas może ciepłu nie sprzyjał, ale Zimę odwołali w jakieś inne miejsca chyba, może w delegację, czy zaproponowali jej jakieś tam influencerskie bajery, a może to ona sama, jakoś tak pomyślała o mianach, no i olała sprawę, i rzuciła robotę… więc, nie chciało im się na oną zmianę czekać. A i zapach nie był sprzyjający, do tego hałasy, wiatr i tak dalej… nie, to nie było dla nich.

W ogóle.

No i to opóźnienie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Powiem jedno…

Wyspa się zmienia, a raczej ludzie dochodzą do wniosku, że znowu należy wyciąć to i tamto i to robią, co oczywiście wkurza mnie nieśmiertelnie i na zawsze. Robią tak co kilka lat, raz wycinają wszystko po prawej, potem po lewej, nie myśląc, nie planując, zwyczajnie, niczym one ludzke buldożery niszczą naturę, a potem wielce dziwieni gdy im się ziemia obsunie, czy coś… Natrętnie próbują mi wmówić, iż widok jest ważniejsy niż tlen i, że zasadzony młodniak to więcej niż wielkie, stare drewo i młódki, które ono skoli. Nosz precież… i może dlatego, moje wselakie choroby psychiczne mają się tak wybitnie dobre, kwitną i owocują jak…

Na pewno nie jak moje zarobki, te stoją wm miejscu, co kura, gdy ceny w sklepach szaleją, nawet w onej Szwecji, która dotąd zdawała się być mekką i zbawieniem… ale teraz już nie… tak, Duńczycy z południa kontynentu wciąż jeżdżą na akupy do Niemiec, a co… ale jeśli o nas chodzi, no nic z tego.

Ale… co poradzis?

Trza wodorosty zacząć zbierać, czy coś?

Kamienie?

Wiecie co mnie bawi? W TV podobno jakaś mała dramaturgia się rozgrywa, że niby one jarmarki świąteczne są niemieckie i nie powinny w ogóle istnieć w Danii? Oczywiście mówi to kobieta o tak :duńskich: rysach, że klękajcie ornitolodzy. LOL Żarcik, miało być antropolodzy, ale wiecie, jak się denerwuję, to staram się jakoś to kryć żartownie, ale chyba mi nie wychodzi. Już mocno nie wychodzi. Bo ludzie są tak głupi, iż to zwyczajnie nawet nie daje się wyśmiać. Nie można, nie da się, niente i nada! Co na to zwykli ludzie? Chcą jarmarków, bo czują się tam hygge, no ale…

Co do naszych jarmarków świątecnych, to coś jest diwnego w powietrzu i ogólnie w odmienności, butności… bo jeszce na żadnym nie byłam. A i właściwie mają być dopiero w połowie miesiąca, no poza tym w Nexoe, ale tam, to dziwnie iść, w końcu wszystko, co tam, mamy pre cały rok w sklepach, więc…

Co za fun w tym?

Żaden, i te tłumy i kaszlenie i moliwość morskiej bliskości… zbyt bliska i ciemna… hmmm, naprawdę, czasem mi się wydaje, że niektóry mają tak wiele, że stracili połączenie z tymi, który mają mało, lub w ogóle…

Jak wszędzie?

Pogoda szaleje, ciepło i dziwnie… ogólnie mówiąc niezimowo.

To też nie sprzyja świąteczności, no ale… robimy, co możemy, czyż nie?

Albo… odpuśćmy?

No nie wiem, jak tam kto chce, wolny wybór. Można robić nic, można troszeczkę, naprawdę, można… A przynajmniej tak jest u nas. Czy choinka jest? No tak, na razie metalowa tylko, ze światełkami, owockami głogu i srebrzystymi łańcuchami, jakoś tak ostatnio jestem ukierunkowana minimalistycznie w tym kierunku. I wiecie co, nie chcę mieć co roku tego samego. Czy to tylko ja? A może to przez to, iż mój dom jest choinkowo-drzewny-misiowy-reniferowy przez cały rok?

Nie wiem…

Może… może może…

Zwyczajnie, jako już dorosły człek, stwierdziłam, że robię rzeczy tak jak ja chcę, a nie jak chce świat, inni, czy też dziwne tam zwyczaje nowe jakichś Tiktokowych prowodyrek. No weźcie, ja i trendy… to trendy ściągają ze mnie. Wyobraźcie sobie, jak nagle stajecie się modni, na chwilę pewnie, ale podobno niektóre rzeczy i sprawy są teraz modne, a moje były od zawsze, więc…

No nie wiem jak się czuć, na szczęście tutaj, na skałach, grzebiąc w kamieniach, szukając narzęzi kamiennych, czy też zwyczajnie będąc między drzewami… po prostu nie ma to znaczenia. Tak idealnie i czysto…

Nie ma.

Bo drzewa mają gdzieś co masz na grzbiecie, wane, by podlać pieniek. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Demoliszon… została wyłączona

Pan Tealight i Krajobrazy z Nieba…

„Spadały… mrożone.

Mikrokrajobrazy…

Zaklęte w płatki wody zmieszanej ze światami, całymi, niewielkimi, a może tylko takimi się wydającymi… och, ino odbiciami, czy też ino ułamkami, czyimiś wspomnieniami… Niby miałeś je w ręce, ale zaraz znikały, tylko kilka z nich, w całości zagubiło się we wciąż zielonej trawie, pod stokrotkami, onymi dzielnymi z najdzielniejszych, a może zwyczajnie niechcącymi odejść…

… odpocząć… pozimować.

Mogłeś poczuć się bogiem lub podglądacem.

Mogłeś…

Jeśli tylko wiedziałeś, gdzie patrzeć, jeśli miałeś świadomość istnienia świata i światów. Po prostu. Mogłeś… ale, że niewielu wiedziało, a jeszcze mniej patrzyło Pan Tealight z Wiedźmą Wroną Pożartą zbierali te trwalsze, te, które nie chciały się wtopić w trawę, ziemię i żwirek po kotku… i zwyczajnie wklejali je do klasera… znaczy tak bardziej niby znaczki niż journaling, ale jednak, trochę lizali. By nie uciekły i się nie pogubiły, w końcu, ktoś mógł z nich wyjść… I czasem ktoś pukał w brązową, niepozorną okładkę zeszytu szkolnego z przesłości.

Od środka…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nom nom nom…

Nowości i stare nowości, wznowienia, na które czekałam!

Dobra, skończmy najpierw opowieść wrześniową, bo wiele się działo, ale jednak, no jakoś tak… najpierw Wyspa… co miała trochę śniegu, który zaraz zniknął by na dzień następny wyrąbać z takiego żaru tropików, że aż mi zatoki tańcują. Naprawdę, te amplitudy temperaturowe skutecznie zniechęcają od jakichkolwiek radosności… niestety… taki świat, takie miejsce, wiecie, Wyspa…

Ale w Szwecji drugi tydzień wakacji to było po prostu jakoweś szaleństwo… no bo… po onym tygodniu afrykańskim nagle nadeszło ochłodzenie i ciemności dziwne, i deszcze, wiatry, wiadomo klimatu szalejum, czyste szaleństwo i we łbie – nie ino kiełbie – ale i tak udało nam się jeszcze zobaczyć spraw parę, w szczególności najnowsze ryty w okolicach Kville. No po prostu niesamowite, powalające panele pełne opowieści, które tylko cekają, by je odczytać.

I jeszcze te lasy.

No dobra, byliśmy też w IKEA, miało być, że wstąpimy po drodze, ale jakoś tak, padało, a tam wiecie, ostry spacer pod dachem, więc dobra… IKEA w poniedziałek zwyczajny zdawała się być dobrym pomysłem, ale i tak na mięsne kulki ludzi wpadło wielu. To dokładnie był chyba 9ty. I powiem jedno, niby wrzesień, ale produktów określanych jako jesienne, no właściwie brak… podobnie było, gdy pod koniec października szukaliśmy onych świątecznych… nosz kurna, co z tymi sklepami, już wystarczy że robiłam magisterkę z kasowania produktów, bo przecież teraz wszystko musisz sam.

Kurna!

Na kiego mi one studia były. LOL

Ale… poza onym dziwnym pogodowym saleństwem, sklepowymi pjustkami, zaobserwowanymi podwyżkami i innymi, dołującymi momentami, następnego nia było Gerum i jeden ze starszych paneli rytów, no po prostu bajka!!! Dzikość i wszelakie krowie szaleństwo, ale też… no tak, krowie, bo widzicie, tam masa pastwisk i ogólnie okolica taka bardziej, że zamordować kogoś możesz, teksańska piła chodzi, niekoniecznie mechaniczna… ogólnie mówiąc, niezłe odludzie…

Ogólnie powiem, iż spędzenie dwóch tygodni w nieswoim domu jakoś powinno było mnie odstresować, ale mi nie wyszło. Kompletnie. Każdego dnia, który to miał być dla odpoczynku i wyspania… a tak, kompletnie spanie mi nie wychodzi, a jednak człowiek jakoś egzystuje. I chce widzieć więcej i więcej i jeszcze więcej… jakby nie mógł się nasycić. Jakby… po prostu chciał tam zostać, a przecież nie może…

Nie może?

A może… nie wiem, z jednej strony by się chciało, a z drugiej jednak nie.

Podróż powrotna nam się szczęśliwie udała, szczęśliwie, że nie musieliśmy już do IKEAi, bo byłoby kiepsko. Autostrada zdaje się przypominać jakieś pole bitew wszelakich. Tu pomiędy osobowymi, tam nowu walki mieszane, a tu ino pas dla trucków. Serio? Ludzie, ja piernicze! Ale, onego 14go września nie pobije nic, bo nie dość, że na trawie szron był, to jeszcze musiałam szybkę skrobać i to było super. Ale jazda na początku, nim zjechaliśmy bardziej na południe, bardzo zimna.

Cudownie zimna!!! LOL

Nie ma to jak amplitudy temperaturowe, co nie?

Zdają się być tematem przewodnim tego roku, jak nic! Ale żeby skrobać w lato, i to jeszcze nad morzem, przecież zwykle tutaj cieplej… ale nie, masz, chciałaś zimniej i voila, dostałam! No i tyle… czy było fajno? Cóż, nie wiem, jakoś ostatnio nie umiem tego określić, ale wiem jedno, kocham tamto miejsce – miejsca i potrebuję ich dawki co roku, więc… więc nie wiem jak to wsystko połączyć?

Jak?!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krajobrazy z Nieba… została wyłączona

Pan Tealight i Zwyczajniak…

„Zwyczajniak zanikał…

Nie zauważyli tego na początku, a i w środku jakoś tak, dopiero, gdy filiżanka z wodą  miodem sama się podniosła, tego wieczora, gdy wiatry wyły, wszelakie, zanosząc się dziwną operetką, na którą nie zostali zaproszeni, ale raczej przymuszeni do onego odsłuchiwania, krzywienia się i ciągłego nierozumienia… ale  drugiej strony, przecie w tym rodzaju sztuki nie o rozumienie chodzi, a raczej o ono czucie, uczucie, skomlenie, o ono rozumienia, uczucia i inne tam… łzy, które pojawiają się, nieproszone… na kurde świeżo nakremowany najlepszą margaryną policzek Wiedźmy z Pieca. Jednej z bardzo bardzo, bardzo wielu…

No wiecie, zwykły wieczór na Wyspie…

Gdy Wiedźma Wrona Pożarta przez Książki Nakremowane… znaczy Pomordowane… odczuwała posiadanie głowy i wyobraźni, oraz wszelakich chorób psychicznych bardziej i bardziej bardziej… to jakoś tak do nichdotarło, że nie poostało wiele czasu. Iż za chwileczkę, momencik i mgnienie… on po prostu się rozmyje na tle onych firanek i zasłonek. Onych malutkich kwiatuszków haftowanych, jakkolwiek, onych plam po herbacie… zakurzonej półeczki z bibelotami, która pojawiła się z onego Niewiadomokąd… właściwie, to co tm stało? Pies, czy rąbana mini Godżilla? A może Cthulhu? Może…

Zmiany…

Tak, one się materializowały…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Cierń” – … jest piękny.

Niesamowity i baśniowy, trochę za krótki jak na wtopienie się i zapatrzenie, ale jednak, plot twist jest, bohaterowie intrygujący, ino więcej słów by się dało, by było to pełnym bajaniem, jak lubię… ale przecież mogę sobie dopowiedzieć i to i tamto. W końcu to znana opowieść o cierniach, królestwie i śnie…

Ale tym razem trochę inna… odrobinkę. Z innej strony, choć nie do końca, z innym pląśnięciem i jescze bulgotaniem. Intrygująca i piękna. Naprawdę świetnie spisana, ale to tylko taka chwila, broszurka… jednak cudowna…

Na szczęście nie zwokowana.

Można serwować młodszym też…

Z cyklu przeczytane: „Mistrz zagadek” – … okay… zachwyciła mnie na początku, zamotała, aintrygowała, po prostu pożarła mnie, a potem, jakoś tak… opuściła, a byłam zaledwie w połowie opowieści i wiecie co…

Nie pamiętam o czym to było… tak dokładnie.

Jakbym, nic nie przeczytała. Dziwne uczucie. Czy to thriller sensacyjny? Okay, zgodzę się, ale cy paranormalny? No też, jednak… bez urazy, nie do końca rozumiem po co on tutaj i to w takiej formie, ale… na początku niby ma to sens, jednak  kolejnymi stronami wszstko się sypie i… nie wiem, naprawdę, co to było.

Mamy tutaj mistrza zagadek, które są… ekhm, nie wypowiem się w temacie trudności, bo zwyczajnie nie moja to dziedzina, jednak… są tam jakie są. Niegdyś był zwykłym mięśniakiem, ale po wypadku stał się czymś na kształt sawanta, chociaż, czy do końca odpowiada definicji? Nie wiem, mi nie do końca. Nagle w jego samotnym pplus pies życiu pojawia się kobieta, i w końcu coś w nim drga… że tak to ujmę… problem w tym, iż ona siedzi w więzieniu, dowody zdają się być jednonaczne, ale one tajemnice, które ona zna sprawiają, iż nas bohater roumie, że ktoś… odgadł jego sekret największy… Chociaż… czzy był to sekret? I w tym momencie serio się wciągnęłam, jednak potem, potem to już była zwyczajna opowieść o strachu przed technologią, podsłuchami i tak dalej z lekką nutką biblijnej treści… Nie żebym nie miała własnego zdania w tej kwesti, jednak – ta powieść miała potencjał! Miała to coś i nagle to COŚ zniknęło.

Gdzie?

Czy to wina Biblii? Może… czy miałkiego bohatera głównego, dziwnie głupiego i niezauważającego prostych pułapek… nie wiem, ale się zawiodłam.

Jesień na Wyspie jest dziwna.

Niby zimno, a jednak za ciepło, niby czas sztormów i wszelakich wiatrów, a jednak ich brak, niby ulewy, a susza… skomplikowane to wszystko i tyle, więc wróćmy do Szwecji… mamy wrzesień i północ kąpie się w afrykańskim wrzątku… jest dziwnie. Ale jeszcze nie wiem, że za kilka dni będę skrobać szybę z mrozowej obwijki.

Serio…

Ale wtedy Munkekyrkan. Takie bardo dziwne miejsce, bo wiecie… ta zachodnia część Szwecji ma fascynującą linię brzegową, pełną załamań, klifów, wszelakich fidgrygałków oraz wysepek o różnych wysokościach i rozpostartościach. Miejsc kompletnie pustych, dziwnie fantayjnych oraz tych zarośniętych, niby spokojnych, a jednak, wyleźć stamtąd może wsystko: łoś, miś ili influencer.

Nie wiadomo co gorsze.

Tak, influencerzy maści wszelakiej upatrzyli sobie mieszkanie w Szwecji, bo podobno taniej i wiadomo co się stało… ceny poszły w górę… ale mimo to, wciąż są miejsca, gdzie możecie dostać ziemię za darmo, jeśli tylko się tam pobudujecie i zamieszkacie… tylko tyle… albo aż tyle? I teraz nagle Szwecja jest dziwna dla nich i ludzie dziwni, a jak blisko Finlandii, to już w ogóle ameno… no ja nie pojmuję ludzi od dawna, to lost case jak nie wiem co! I umywam ręce…

Ale… co do wybrzeża, jestem zakochana, sczególnie w tych skałach Bohuslanu ocywiście… a jednymi z najsłynniejszych jest są te za Grebbestedem. Ja pierdziu, no powiem, iż tego się nie spodiewałam, a zdjęcia na Insta czy innych mediach kłamią. Po prostu masakra slak, uwaajcie, dobre buty i woda wskazane!!!

Serio…

Ale… dzień, gdy się tam wybraliśmy wciąż był nadmiernie ciepły, chociaż, nie wiem… jakoś tak już nie było aż tak koszmarnie… zachęcona, jak się okazało kłamliwymi, opisami z profili wszelakich, stwierdziłam, że no co tam, spoko będzie, pewno jak Tjurpannan… ale no nie. Trasa jest bardzo ciężka, skałki chybotliwe, a oznaczenie często się kolebie, znika i tak dalej, ale wiecie co…

Warto!

Ranek spędziliśmy bawiąc się z zająco-królikiem… tia, nie wiem skąd się wziął na wynajmowanym trawnikku, ale widać było, że to raczej jego teren. Nosz przesłodki! Wcześniej był generyczny zając, więc na pewno się znali… zaskakujące stworzenie, szczerze! A po południu, już pod niebem zakrytym chmurami, powietrzem wciąż lepkim, poleźliśmy na spaceru. Na skały o kształtach tak fantazyjnych, że szczena opada. A widziałam w swoim życiu sporo tych skał. Krajobraz po IceAgeu, po prostu niesamowity, ale do chodzenia, racej trudny. Nie no, tutaj czasem dobrze mieć linkę i haki, ale z drugiej strony nie wolno: układać kopczyków, dziabać w skałach, zmieniać wszelako krajobrau i ogniskować…

… więc kiełbasek nie będzie. LOL

Nie żebym planowała… chciałam zobaczyć jaskinię i ołtarz i się udało. Co do ołtarza się udało, bo jaskinię, to zatarasowała taka skała, że na moje krótkie nogi i przepaść, w której można było zabawnie utknąć, tak, że ekipa ratująca miałaby niezły ubaw, no stwierdziłam, że nie. Nie włażę. Chowaniec wyższy, to wiecie, no łatwiej mu… dłuższe łapy też pomogły. Podobno były nietoperki tam. Ale… jaskinia, to raczej wiele powiedziane, raczej taka nisza głębsza i tyle, wciąż, niesamowicie malownicza, a te skały, te różnorakie wzory, załamania, rzeźbienia, one kształty i kolory, no po prostu…

Boskie miejsce!!!

Dawać dziewicę na ołtarz. LOL

Żarcik!

Spędziliśmy tam trochę czasu podziwiając głazy, kamyki i widok na morze i skały, no i tych bogatych, co mają domki w takich miejscach, które są… bajecznie czarowne… i te łódeczki, no bo tu to ino amfibią albo wpław inaczej.

Taka cudowna samotnia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zwyczajniak… została wyłączona

Pan Tealight i Jesieniak…

„Najpierw liść spadł z drzewa, niby nic dziwnego, ale taki z oczami był… znaczy dziurkami, ale jednak wiedziałeś, że patrzył na ciebie… silnie i usilnie… a potem wszyscy o tym zapomnieli i nocą liście się zaczęły zbierać, gromadzić, kumulować… kształtować nawet jakowąś osobowość, niczym mrówki, czy pszczoły, a o poranku mrocznym zaczęły się poruszać, mieszać, dziwnie do siebie dopasowywać…

… i powstał on.

Tak po prostu sobie powstał.

Znaczy, najpierw jakoś tak się narodził, wiecie, stworzył się bez onego cyrkowego wyskakiwania z głowy jakiegoś boga, czy też może bardziej niż trepanacja czaszki przyjemnego momentu, aczkolwiek z dziwnym zakończeniem, no wiecie… samemu sobie robić dobrze okay, ale potem…. iść w to dalej?

Nie…

On nie tak.

On po prostu powstał od razu na dwie nogi, jakby naprawdę ściągnął z kogoś bluprinta i zaczął na tej podstawie tworzyć samego siebie. Niby podobnego, ale jednak… no dobrze, wyglądał jak liściasty Pan Tealight, ale o poranku tak wczesnym i tej porze roku to saro jest i ciemnawo, więc… zaraz, czy o każdym poranku nie jest ciemnawo? Nie, nie jest. Na pewno, wierzcie im… lub mi.

… więc powstał i był… a oni go oglądali i dziwili się, że kurcze mu się chciało… że akurat przybrał oną formę. Cóż, o tej porze roku wiecie, no ogórkowy sezon, więc jakoś tak, była to jednak rozrywka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dawali za darmo!

Znaczy jak rok temu w Halloween, a potem się okazało, że aż do poniedziałku, za wypowiedzenie tajemnego hasła – patrz Instagram LOL – w SFBok Malmo dawali książkę. I w tym roku była to książka z karteczką, taki, no upgrade, czy coś. Trochę kiła, że w plastikowej torebeczce, ale może ona biocośtam? No nic, będzie w czym wysyłać prezenty pocztą.

I tak… Halloween spędziłam na morzu i było dziwnie, więc przerwa w opowieści z września, do tego wrócimy, w końcu muszę mieć opisik, a opowiem wam o tym, iż przerwana sznurówka rzeczywiście oznacza pecha… tudzież przynajmniej mocne, mocne perturbacje.

Naprawdę…

Obudziliśmy się jak zwykle świtem bladym, znaczy wróć, jaki tam świt, ciemno jak w zadku jest o czwartej nad ranem… w głowie miałam myśli buzujące o tym, iż burzyć chcą one wieże w Nexoe… tia, one dwie wieże… i jak się ludzie zwiedzieli, nagle jakoś, tuż przed burzeniem, to im się one podobają… nosz kurde. Plany i badania donoszą, że tego uratować się nie da, ani na lofty przerobić, więc… wiadomo, pleśń… I w tym miejscu pewno sobie pomyślicie, że może tam jakąś plażę zrobią, port powiększą czy coś, jak takowe, zalewowe warunki, a no nie…

Erm, mieszkania budować będą, tam… gdzie mury pleśnieją i wiatry uderzają najmocniej i krakenowie siuśkają.

Tia… przypominam tragedię w Tejnie… tak ino mimochodem, no i że na zalewowym się nie buduje, ale co ja tam wiem. Jak znowu w okna głazami dostaną to będzie, ale na raie czekamy na one zmiany. Numer dwa z wieści, to pogoda. Jest za sucho i już wieszczą armagedonium. Pewno wybory w USA to przykryją trochę, ale rzeczywiście sucho i dziwnie ciepło jest i liście zielone… szczerze, morowe nastawienie mam do onej aury. A kolejny problem, może nie mój, ale biorąc pod uwagę trudności nasze własne z dostępem do leków, to uważam medykację dzieci, nasenną nomen omen, za dziwną. Odstawcie cukier i telefony, czy co tam, i zadziała.

Niech się wybiegają jak psy na dworze i już…

Ale nie, lepiej leki… dzieciom…

A poza tym Chowaniec widział czarną świnię biegnącą po drodze… więc uznaję ją za dobry znak z podniebios i ameno mi! I Hallelują ją! Ciekawe komu spierniczyła i czy już zdziczała… jak ja, co udowodniła ta nasza wycieczka do Malmo… no serio, ja nie mogę z ludźmi. Oni są dziwni!!!

PS. Update świni… Korek podobno spowodowała i ogólnie jest sensacją. Nosz szatanium jakoweś…

No więc… po pierwsze wieje, mamy 31 października i wieje.

I pochmurnie jest i w ogóle… ale jedziem, wstaliśmy, to jedziem, chociaż w życiu tak mnie od tego nie odpychało jak tamtego dnia… ale nie mam wyjścia. Dam radę. Na szczęście zdążyliśmy na prom i na swoje ulubione miejsce, tak mamy takowe… i co, no i dupa. Siku zrobione, a potem, Chowaniec polazł po coś do sklepu, zawsze dobre tam kupić pamiątki, które wysyłam znajomym… i oczywiście czepia się mnie – a ja już naprochowana, ze słuchawkami, przerażona, ogólnie nieludzka – jakaś baba, że tu dwa siedzenia i czy sama jestem… Pewno, że kurna gówno winno ją to obchodzić, dookoła pustki, no ale… ja jestem na lekach, więc grzecznie odpowiadam, że mam co tam posadzić i kaptur na łeb. Czy się poskarżyłam Chowańcowi? Oczywista! I to tak, by się skapnęła, że to o niej… wspomnę ino, że miejsc cała masa… a moja psychiczność wymaga właśnie lekkiej przestrzeni, więc nie wiem o co jej…

… zresztą, mogła se pierwszą klasę jak na Titanicu wykupić!

A tak, mamy taką… no więc poskarżyłam się w języku oczywiście innym… i…

I bidulka od razu z przeprosinami, a won mnie… Nie wiem co mówiła, wyłączyłam się  Wagnerem w tle… a morze spokojne było, na szczęście, chociaż to, a miało nie być. Droga też jakaś normalna, chociaż, nie wiem… a potem, oj pewno że pamiętałam o sznurówce, zerwała się przy wychodzeniu, zapętliłam i tyle… więc w pierwszym miejscu klapa i nagle się okazuje, że tego, bez czego żyć nie mogę, i tak, dramatycznie, nie ma… nosz myślę sobie, trza odkręcić bad luck, bo kanał… Sznurówki nowe zakupiliśmy w sklepie z misiem, kobieta sprzedająca aż podobno chciała mnie tulić, bo takem żałośnie wyglądająca była, na szczęście Chowaniec wiedział, że lepiej nie… Co do Halloween, to nicość, i wiecie co, okay, tak lubię. Nie rozumiem onego narzucania innym cukierków i zabawy, ale książkę chcę, dawali rok temu, więc, czy są, będą… i wiecie co, umieścili post o onej akcji: książka za hasło, na Insta, właściwie jak weszliśmy do księgarni, problem z tym, że mnie zamurowało i…

… nie mogłam tego powiedzieć, ale w końcu się udało i proszę…

Było warto. LOL

Potem doszło coś jeszcze miłego, potem lekki kop w zadek, potem kolejny, potem WOW, w sklepie z ciuchami, co nagle miał taką przecenę, że człek zapłacił ino za połowę gaci i bluz, ale… tyle powinny kosztować moim zdaniem, więc… a potem, no tak, już po IKEA, gdzie w cholerę po świętach już jest w październiku!

Serio?!!!

No nic… nie przeskoczę tego sobie myślę i skoczyłam. Okazuje się, że można rozmontować dekoracje, w końcu poduszki mają metki! A stenbuki dwa ostatnie też się da nabyć. Po jękach, ale jednak!!!

I najlepsze… już jak płynęliśmy do Szwecji Kapitan poinformował, iż za darmo można przebukować powroty na wcześniejsze, bo potem ma bujać mocniej i co… i nie bujało… a co lepsze, jednak mimo wątpliwości, że się nam uda, przebukowaliśmy bilet na sekundy przed zamknięciem, jeszcze nas zmieścili na wcześniejszy prom powrotny, na który zdecydowaliśmy się w ostatniej minucie po Lidlu, choć trochę upchnęli kopytem, no i zasolenie niezłe na masce mieliśmy, ale odkryliśmy górę promu i nie jest źle… jest awaryjny spot, jakby nas, czy też mnie, jakowaś baba molestowała znowu, żem samotna i mi nie wolno mieć torby obok siebie… I tak wróciliśmy wcześniej… i był to jeden z dziwniejszych dni, czy dób właściwie…

Serio…

Sinusoida.

PS. Dlaczego tylu ludzi chce mnie przytulać? I dlaczego mimo map pokazujących fale nie bujało? No ja wiem dlazego, ale… czy o tym mówić? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jesieniak… została wyłączona

Pan Tealight i Czas Śnienia…

„W końcu nadchodził… w pełni swej całej kocykowej oraz kołdrowej pyszności… Czas Śnienia. Czas wszelkiej odpuszczalności i wyjebania na takie zwroty jak: prędko, natychmiast, od razu, nie zwlekaj, na czas… zwyczajnie, czas ciemności, czas gloomiowatości okolicznej i jeszcze czas zapominania…

Odrodzenie.

Dla wielu jesień i zima były oznakami umierania, ale nie dla Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. Nie dla niej… ona się w końcu budziła. Budiła do teraz i do senności, budziła do diałania, ale i lenistwa, na które udawała, iż sobie pozwala. A tak naprawdę ciosała se te kołki za małą produktywność… ale natury nie oszukasz… Moreny, Marzanny i inne tego typu Morrigan takie są. Albo walą od razu, albo nie żyjesz i tyle, siekierką, czy wroną, piosenką, czy wierszem, okładką czy patelnią… te, co pozwalają żyć i potem odradzają umarłych…

Ale najwięcej… śniła.

Z dwoma kamykami o niebieskim świetle pod poduszką śniła za wielu, a czasem za wszystkich. Śniła sny dobre i te, które wielu uznawało za złe. Śniła koszmary i historie, po których budząc się łkała, bo nie chciała by ją opuszczały. Śniła je dla siebie i innych, czyjeś i swoje, zagraniczne i bardziej lokalne.

I kochała to…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspowo…

Ale najpierw newsy z mojej Wyspy… ciepło jest.

Właściwie już ochrzcili październik miesiącem najgorętszym od tego pierwszego dnia, gdy to zaczęli mierzyć temperaturki, a przynajmniej Chowaniec tak mówił… Ale czy kąpiący się w morzu Norwegowie mogą być wytyczną? Albo wciąż kwitnące kwiaty i to słońce tak parzące, męczące, zwyczajnie… nie no, ciepło jest… koniec października i 16 stopni? Przesada!!! Mocna!!!

No ale… nadal jestem we wrześniu opisowo, więc… jedziemy na one, dla wielu mniej popularne, wyspy i wysepki… bo widzicie, Bohuslän to wyspy, archipelagi, niektóre łączone mostem, inne czasem zalewanymi brodami/drogami, a jeszcze inne to tylko promy – w większości bezpłatne albo… taksówki wodne. Nosz tutaj już auta nie weźmiesz i racej z mebelkami z IKEA trudno będzie. No i rozmiar tych wysepek miniaturowy… bardzo i wybitnie maleńki. Cuownie perełkowaty…

Niczym czubki nosów sceniaków pomiędzy klifami prawie norweskimi, ale  wkońcu Norwegia o rzut beretem stąd…

A o jakich wyspach mowa… zaraz, bo po kolei musi iść… Daftö, Oddö, Tjärnö, Saltö… albo jakoś tak? I onych pobocznych, zalesionych, których nikt nie rusza, onej dziczy właściwie kompletnej, z morzem otwartym po jednej stronie czy kilku i zielenią i dziwnymi mostami i jeszcze światłami…

… i myśleniem powolnym…

I niestety wciąż Turyścizną.

No dobra, wielu ich nie było, ale jednak…

… byli… ale i też jakoś ich rozumiem, jestem jedną z nich, w końcu to miejsce jest pełne wszelakich plaż i tak dalej, ale tak sobie myślę, jak to wkurzające być musi, gdy w sezonie Tubylcy siedzą w autach, wracając z pracy w swoje oazy spokoju, a tam… korek. No serio… przejechaliśmy chyba przez cztery mosty, dwa na pewno były tak wąskie, że w ruch poszły światła.

Ale widoki z tych mostów, a one ścieżki w dół, one domki tam zerkające na siebie, odbijające się w wodzie obłoczki, słońce wali, bo żar wciąż, chociaż tutaj jakoś jednak mniej gorąco, drew więcej… ale też te wyspy, jedne niskie, dotykające tafli wody, z drzewami, które jakoś znoszą one wiatry i sztormy, fale i tak dalej, inne znowu wysokie, nicym sczyty apomniane prze wspinaczy, tudzież im niechętne mocno,  których najlepse roztaczają się widoki i ieleń mają najgęstszą…

To jest po prostu raj.

Ludzi niewiele, bo jak już są, to siedzą tam, gdzie tyłki można moczyć, a ja chcę coś zobaczyć… nie tylko ten uniwersytecki cud w Tjärnö, ale przede wszystkim chcę pustki, samotności wyspowej onej. W końcu, wyspy to moje opętanie, czy coś. Od zawsze, więc tutaj po prostu bajlando! Znajduje sobie człowiek skałę, kładzie się na niej i słucha skały… już nie wie nawet na której z wysp jest.

Czy ma to znaczenie?

Woda piękna, skały cudowne, w jednej kamień upierdliwie stara się wyrzeźbić sobie dołek jakowyś, ciekawe czy za setki lat uda mu się go pogłębić… czy mu pozwolą, czy nikt go nie wyrzuci stamtąd… jak na przykład mocniejsza fala… czy mu tu wciąż dobrze, a może źle na to patrzę, może on chce stąd uciec… ale nie może?

Bo skały go trzymają… wyspy w końcu tak robią.

Kocham wyspy… ech, dziwny to był dzień… jeden miś na plusie! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas Śnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Podkasacz…

„Świat był inny…

Znaczy, wciąż się zmieniał, ale od jakiegoś czasu, gdzieś w okolicach VHSów Pan Tealight za tym jeszcze chyba nadążał, a teraz… nawet nie chciał. Nie interesowały go one nowinki, a co do polityki i wszelakich akcji społecznych, to wyznawał zasadę, iż to już było, więc po co mu o tym wiedzieć i tak sobie żył. Po prostu… spokojniej, od czasu gdy pojawiła się Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, miał zwyczajnie inną rozrywkę, więc… czy zaniedbał czas i świat, który współtworzył?

Zastanawiał się nad tym ostatnio… a dokładniej do momentu, w którym Wiedźma Wrona wpadła na nowy pomysł zburzenia jego ostoi związanej z fotelem, kapciami i fajką, oraz wszelkiej niewidoczności, którą ona sama zawsze potrafiła odczarować… Tak jakoś zwyczajnie… z pełną subtenością potrafiła. Umiała. Udawało się jej go przekabacić na swoją stronę, a przecież niczego nie odstawiała, we wszystkim była szalona spojność, jakaś spokojność, nawet jak wpadał w cug plecenia koszy z frasunkami czy miniaturowych pierdółek apospolitych… więc… uświadomił sobie chyba w końcu, iż to lubi. Podobało mu się to… jakoś tak, w dziwny i pokręcony sposób.

Niezwyczajnie…

Ale też niepokoiło.

Uświadamiał sobie powoli, że ona ma nad nim władzę. Jakąś taką dziwnie przyklejoną do jego myśli i świadomie może niesterując nią, zawsze sprawiała, iż za nią podążał. Zgadzał się na wszystko i słuchał… gdy milczała.

A milczała często… pracując.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Księga drzwi” – … czy wybieram tylko opowieści o książkach? Nie, one się nagle pojawiają, respią, niczym potwory w kopalniach… jeśli gracie w gry, to wiecie… albo muszki owocówki, czy coś…

Zwyczajnie są wszędzie… nawet jeśli mowa o drzwiach, to mamy księgę… i nagle, po księgarniach, zbiorach i bibliotekach, mamy jedną, niepozorną okładkę, ot tomik, nowela może… ale gdzie tekst? I dlaczego umierający mężczyna pozostawia ją prawie nieznajomej dziewczynie… i… w jaki sposób ona jedna książka jest w stanie przetransportować was gdzie chcecie? Gziekolewiek tylko potraficie sobie wyobrazić. Italia? Paryż? A może jednak coś, co pamiętacie z dzieciństwa…

Choć… te miejsca, one uczucia przecież już nie istnieją, to tylko wspomnienia, czyż nie? A może jednak… może jest w tym coś więcej ni tylko kawiarnia w Neapolu i plaża tropikalna i wyspa bez nikogo… byle tylko były drzwi… możesz znaleźć się wszędzie? Niestety taka książka to wielka ospowiedialność, ale, czy jest jedyną? I co będzie jeśli wpadnie w niepowołane ręce?

Skarbiec, zbiory, zniszczenia, kradzieże, rozbój…

Nasza bohaterka nie myśli o tym dopóki nie spotka dziwnego mężczyny, a potem, potem wszystko się zmienia, nabiera sensu, pęu, staje się przygodą i walką i… choć domyślacie się z łatwością pewnych załamań fabuły, to jednak ta opowieść o książkach niosących w sobie uczucia i możliwości, o kartkach, dzięki którym można ofiarować komuś uśmiech… lub ból, jest intrygująca. Przyznaję, że na początku mnie nie wciągnęła, ale główna bohaterka zwyczajnie mnie nie urzekła. Nadal jej nie lubię, no ale… sam koncept książek wywołujących uczucia czy iluzje nie jest nowy. Bibliotek, zbiorów, pasjonatów… ale też onej odwiecznej walki dobra ze złem, samej definicji jednego i drugiego… nic nowego, ale przecież lubimy czytać książki tematyczne…

… chociaż… jest tutaj coś, co może niektórych zaintrygować. Jest opowieść o opowieściach, przygoda, miłość, życie, walka, ciągłe załamywanie czasoprzestrzeni…coś, co chciałoby się rozwinąć w film… oj tak, to świetny scenariusz.

Lepszy niż powieść, o jako powieść, słabo.

No i tłumaczenie… zdaje się być dziwnie bezduszne, poprawne, ale brakuje mu czegoś… poza tym feminatywy… nie, polska język – zmieniająca się język, dziwna jest. Drażni mnie i… oj nie… Po prostu to nie dla mnie.

Co mnie podkusiło?

Nosz jakowyś doprawdy zabawowy czort chyba, by znaleźć się w maksymalnie nadgorliwej, i doprawdy mocnej wilgotności, gorącości i tak dalej, w onych zielonych, parkowych odmętach miejsca z mikro ruinami i czymś na kształt skansenu, gdzie poznałam miejsca, w które pot może docierać, choć może nie powinien…

Nowe miejsca… w takim wieku… odkrycie nie lada.

Ale… Gräfsnäs.

Czego chciałam?

Ruin? Stwierdziłam, iż to po drodze, więc warto, coś fajnego, jezioro i tak dalej… no i potem dopiero się okazało, że całkiem niedaleko jest fajny krąg kamienny, ale byłam ju tak odwodniona, że po prostu… kryzys. Ruiny wygląają jak to coś, co pokazują w Disneylanzie… wiecie, miniaturowe wieże paryskie i one tam piramiki… no to takie są one ruiny, ale dookolna infrastruktura na pewno wielu to rekompensuje, jednak… no właśnie, myśmy byli tam po sezonie, jezioro brudne i ziwnie martwe, widok piękny, ale ta wilgoć… koszmarna!!! W życiu czegoś takiego nie cułam. To jak sauna, ale z dodatkiem wody, znaczy więcej wody, ale i mniej i… jakby tlen zabrali, a może i azot, nos kurde… nie można było odychać, jenak wspomnieć należy, iż w innych warunkach pogodowych, dla grupy znajomych, czy rodziny to na pewno fajne miejsce. Dużo zieleni do siedzenia. jak jezioro oddycha, to i pływać się da, pewno jest rozrywkowo, organizują tu koncerty…

Nie lubię żanej z tych rzeczy, więc…

Dlaczego tu jestem.

Znaczy byłam…

Nie rozumiem.

I nie myślcie, iż nie oceniam pryrody. Parking świetny, marinę mają, jak ktoś łódkowy, spokojność tu pewno jesienią i tak alej, one omki rybackie, ten malutki młyn, stawy, kurcze, to wszystko kiedyś było rajem dla ryb, ale teraz, to trochę wygląa jak cyrk. Ino opuszczony… Zielone to było pięknie, wiadomo, temperatura i cisza w powietrzu… robali masa, ała… polecam, szczere, ale jesienią, albo wiosną…

Przecież tu zawsze musi być taki inny mikroklimat.

Nie da się tego inaczej wyjaśnić, to jak jakaś mokra gąbka zamknięta pod kopułą Kinga… czy coś w ten deseń. Może ten koleś, który to ostatni miał, który ten park poskładał i rybami innych żywił, no miał też inne moce… bo na pewno nie ten biskup od dachu na ruinach, który okazał się być ino legendą miejską… że niby ściągnął dach z ruin, bo dzieciaki tam robiły… no, wiecie co… i nie chciał założyć… znaczy dachu nie chciał, ten biskup, nie że dzieci… antykoncepcja…

… mówiłam, że gorąco?

Mówiłam?! LOL

W którymś momencie zaczęłam ju bredzić. Naprawdę. Ja nie umiem w gorąco, a już w sauny parowe i jeszcze poduszanie na pare jak pampuchy czy też inne tam gotowanie prozdrowotne to nie dla mnie. Ja kocham zimne prysznice przez cały rok!!! W tej temperaturze i wilgotności spieprzałam stamtąd zafascynowana ale i zniesmaczona… no naprawdę… wystarczyło jednak wyjść z onego ogromnego parku, dalej i dalej, i znikała ona wilgotność… Mówię wam, że tam jakaś dziwna magia się rogrywała…

A co do Wyspy… to mamy koniec października.

Ślicznie jest i tak dalej. Może i będzie ona kolorowa jesień, jak jakiś sztorm nie przypierniczy? Turyścizna na razie wyjechana… ach, cudowna pustka. Po prostu smaczna aż!!! Aż chce się oddychać w tych temperaturach… ale wrony znowu mi jakichś zwłok naznosiły za jedzenie i wodę, albo jako coś innego, o czym myśleć nie chcę… Jak kiedyś to nie będzie ptak, a noga ludzka, to chyba zacznę pisać jakieś protesty do nich. Tylko gdzie to wysłać?

Adres?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podkasacz… została wyłączona

Pan Tealight i Liść Specjalny…

„Złapać, złapać, złapać…

Miała nową obsesję, by złapać spadający z drzewa liść… roztańczonego, kolorami namokniętego, czarodzieja, który miał zapewnić jej wszelakie spełnienie marzeń i inne tam powodzenia. Ale wciąż jej się nie udawało. Godzinami stała pod drzewem, potem nagle je zmieniała, by w końcu znowu wrócić na swoje stare miejsce… i nic. Ciągle nic… liście ją mijały, wysmykiwały się z jej jednak niewielkich dłoni…

Stała, patrzyła się w górę, a wiatr miał z niej ubaw.

I to wielki… podchodził bliziutko, niesłyszalnie całkowicie i… dmuchał. Leciutko, troszeczkę… i albo ona się chwiała, albo liść wpadał w taki wir, że w końcu puszczał pawia i klapał wilgotnie na ziemię… i znikał. Nikt nie mógł zwalić na niego winy, w końcu mógł być to powiew, przenaczenie, niewiadomoco…

Najlepiej było w mieście… wielu wtedy było widzów, ale i lasy są niezgorsze w obserwowaniu chociaż zwyczajowo bardziej były zajęte sobą. Wiecie, drzewa i grzyby, liście i porosty, mchy i ptaki, gniazda i norki… różnie jest. Ciekawie jest, ale jednak, czasem czarno odziana, krótka istota ganiająca za liśćmi, którymi majtał jej przed nosem wiatr, była, no cóż, naprawdę dostojną i intrygującą rozrywką. Aż kora trzeszczała gdy się pnie rechotały… zresztą… ona zwykle dostarczała im rozrywki, niezależnie od tego czy była to nowa, czy stara pomysła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „To, tylko kolejna zaginiona” – … okay. Niesamowita. Intrygująca, a tak prosta… co jeśli nagle to ty, policjantka, stajesz po drugiej stronie. Co, jeśli jesteś dobrym cłowiekiem, ale musisz ratować swoją skórę i może też tych, których kochasz… szantaż, taka zwyczajna sprawa…

Książka jest z jednej strony prosta.

Jako człowiek dorosły od razu rozumiesz bohaterkę, ale też nie wiesz do końca co robić. Przecież… jeśli ochroni rodzinę, oznaczać to będzie przekupną glinę, a ona nią nie jest, nigdy nie była, a jeśli nie, przecież nie ma innego wyjścia… najważniejsza jednak jest ona zaginiona, tylko… cała sprawa jest tak strasznie pokręcona, więc zaczynasz wątpić w oną zaginioną, zaczynasz o niej zapominać i w końcu rozumiesz, że cała opowieść wcale nie jest prosta…

Jest zagmatwana.

Jest wciągająca… kryminał z nutką psychologii. Matka – córka, małżeństwo, rodzina, kariera i miłość.

Ciągłe pytanie: jak to pogodzić?

I zbrodnia, zbrodnie… kolejne osoby, kolejne kłamstwa, kolejne zaginione, kolejne zagubione, kolejne… czy ktoś ich szuka? Ktoś przecież powinien. Ktoś przecież… ale, czy zawsze będzie ten ktoś?

Październik chłodny i cudowny, ale ja mam jeszcze do opisania wrześniowe wojaże, więc… keep that in mind. W ogóle to mamy wciąż ten cały halloweenowy czas prawie a sobą, więc powoli luzie znikają…

Kocham to!

Tak samo, jak powracającą ciemność.

Już o 18tej ciemnawo, szarawo, miękko, pięknie, luziarsko!!! LOL

Ale kilka tygodni temu było wrząco i męcząco. Zaraz, no trochę więcej niż kilka, w końcu to był początek września… było gorąco jak… kurna, no po prostu tortura!!! Ponad 30, wilgotność, drażniące powietrze, nie no, rąbana Sahara się zieleni, a tutaj człowiek cierpi patrząc na brązowe ryty we Flyhov. Znaczy z epoki brązu. Może i dla wielu mało widoczne, ale łatwo dostępne, więc polecam. Można przynieść ze sobą jedzenie i zjeść z przeszłością… i to całkiem niezłą. Skały są łatwe do odnalezienia, opisane, ale w większości niepomalowane, więc rozumiem jęczącym, jednak, pamiętajmy o grze światła i cienia oraz o wodzie… wilgotność naprawę nadaje im życia…

Ale ryty… intrygujące.

Różnorodne… spoglądając na nie i pamiętając o tym, gdzie wtedy była woda, a gdzie wystające wysepki skał… jest to niesamowite. Ktoś się na nich kołysał, na woach się znaczy, ktoś sterczał na skale i stukał… tyle pracy, taka moc przekonania, iż to musi zostać uwiecznione na dłużej…

Amundtorp…

Okay, to miejsce mijaliśmy rok temu, ale było ju ciemnawo i wselako późno mocno, więc… apisałam żeby je onaleźć w tym roku i się uało. Poparzona pokrzywami, umierająca z przegrzania i wciąż pijąca wodę, co oczywiście skutkowało ciągłą potrzebą opuszczenia pojazdu się poruszającego… no wiecie, woda wyłazi z człowieka różnymi otworami… ekhm. Biologia… no ale, nie w tym problem i nie o tym temat… choć te krowy, ale to zoologia. Samo miejsce jest naprawdę niesamowite i naprawdę musi wyglądać magicznie teraz, jesienią. Wtedy, było plackami krowymi i przemiłym panem, który tworzył coś na kształt tunelu foliowego i do tej poru się zastanawiam, czemu to robił w taki upał. No szczerze, siedzieć na rabinie i splatać te metalowe rurki, nie… to nie najlepszy pomysł, ale, przez niego poznałam koguta i zobaczyłam przeurokliwą chatkę obsadzoną kwiatami. Nosz po prostu rajski zakątek, a nad nimi one groby. I pewnie pod nimi, bo wiadomo, lepiej nie mówić co się kopie jak chce się wykopać… tak mi mówili… niestety. Że lepiej z tubylcami dobrze żyć, bo inaczej nie oddadzą fantów…

No ale… wspinacie się: najpierw schodki, potem natura i one groby, niewielka odkrywka kamienna, i one kręgi i groby i krowy w oddali – na szczęście, przerażają mnie… i nagle uświadamiacie sobie, iż stoicie ponad wszystkim i wszystkimi i widzicie w oddali ono wielkie jezioro, i tak bardzo chielibyście być ptakiem…

I polecieć i się wykąpać.

Ale to miejsce, te kamienie, one układy, energie i jeszce ono COŚ, coś nieopisywalnego… to też po prostu niesamowitość spokoju, jak nie myślicie ciągle o onym czyimś mężu, ojcu czy dziadku, co stoi na tej drabinie… na szczęście jak już leźliśmy, to wciąż robił swoje. Może lubi jednak upał. Kogut też miał się dobrze… ciekawe, jak to jest tak żyć w takim miejscu? Ci ludzie, przechodzący przez twój podjazd i oni sąsiedzi… a może oba domy są jego? Może tam trzyma teściową, która jest wróżką i lata na tym kogucie nad jezioro by się pokąpać… czy coś…

… zmienia się w mokrą włoszkę… LOL

A nocami sieje kwiaty…

Ale… najważniejsze tam są jednak one megality. Po prostu fascynujące!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Liść Specjalny… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Pastlove…

„Człowieki, jeśli chodziło o miłość, to po prostu szaleli. I Pradawni wiedzieli aż nazbyt dobrze, że popełnili pewne błędy w rejonach onych hormonów, mózgów, płatków róż i kolców, kolacji, świec blasków… i tak dalej, ale jakoś tak było to zabawne i ogólnie mówiąc amuzing, więc nie poprawiali tego na pocątku, a potem, chyba było już za późno, a może… może w końcu o tym zapomnieli, i z czasem pozostawili ludzi samym sobie, no i się, wiecie, jak zwykle samo podziało…

Duch Pastlove był pastelowy i dziwnie namoknięty, jakby złożony z obsmarkanych chusteczek jednorazowych, ale też i takich z rąbkiem haftowanym, tych bardziej dziecięcych ze zwierątkami, kolorkami namokłymi, dorosłych, często z maskarą w rogach, szminką, oraz wykwintnych, z inicjałami, batystowych, ale też i zwykłych toaletowych rolek, papieru pożądanego… były też listy, nieczytelne, pisane w formach prerónych, mocniej nowoczesne, odbicia maili i esemesów, ale też i one papierowe.. niewielkie karteluszki ze słowami: „szukam więcej… nie jesteś moją, przeznaczenie chce inaczej… nie jesteśmy, ja jestem… ja ja ja…”

Był wszystkim… onymi rozstaniami w deszczu, niezrozumieniem, marzeniami, które nagle ktoś spuszczał w toalecie, długonogą blondynką, którą widzieli obydwoje, a potem, on zniknął… wyszedł, nie wrócił… odkrytymi zdjęciami, szeptami znajomych i nieznajomych, wskazaniem palcem…

Nim, który czekał pod kinem z tulipanami…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nic tu nie jest prawdą” – … hmmm… właściwie, właściwie, to człowiek czasem potrzebuje takich książek, wiecie, skomplikowanych, ale lżej napisanych, które pożera się w wieczór czy dzień, a potem się myśli o codzienności i dziękuje się światu za to, że nie jest się sławnym… chociaż…

Kurde…

Oto taka właśnie opowieść, poważna, a jednak lekko spisana onym językiem, co łatwo włazi, ale te łatwo czasem się go zapomina. Jakoś nie do końca nas obciążająca cudzym istnieniem, bo nie nawiązujemy uczuciowego powiązania z bohaterami, jakoś tak… skomplikowanie fabuły jest ogromne i gdyby spisać oną powieśc inaczej byłaby potężna, a tak jest nowelą… o życiu i stawianiu granic. O chciwości i umiejętnościach, które nie każdy posiada, o wyborach… Alix i Josie jakoś tak, nie wiem, przynajmniej może mnie nie wciągnęły w swoje życie. Jakoś one bliźniaczki, cóż, nie do końca, od razu łatwo było rozgryźć. Bogata i biedna. Jedna straciła młodość i nie zyskała tego, czego pragnęła, a druga… ale, czy jedna nie jest gnębiona, a druga oszukiwana?

A może obydwie są… cóż…

Kto jest wrogiem, kto napastnikiem, kto cierpi, kto się śmieje, czy istnieje anioł?

Wiele pytań, chociaż narracja przewidywalna. Lekko, ale… materiał do przemyśleń jest na pewno. Jak powieieć nie? Jak wierzyć, czy w ogóle ufać każdemu? Czy można… kiedy dziecko kłamie? Kiedy przestaje być niewinnością?

Kiedy… kryminał i psychologia.

Niezłe.

Koniec, wróć, dalszy ciąg onego wrzącego dnia września, gdy jak wariat człek pchał się w coraz cieplejszą Szwecję… o rany, temperatura rosła jak szalona. Wilgotność. Wszystko było zwyczajnie lepkie i nieznośne…

Najpierw Kallby…

Datowane na późną epokę żelaza cmentarzysko, rozjechane i zapewne zrabowane, ale jednak opisane, wciąż widoczne kurchany i oczywiście one niesamowite, ogromne, gigantyczne… no wielkie! kamienie runiczne. Ja pierziu… gdyby tylko nie ta roga, jakieś niskie abuowania i pola, gdyby nie dziwny parking, drzewa wykarczowane, gdyby nie to wszystko, to wiecie co, kurde, ale by było!!! Ta przestrzeń, tyle ziemi, nieba, woda gdzieś daleko… widok…

Jeden, starszy kamień poobno przestawia Diabła albo Thora.

Nie wiem tylko, czy niewygodne sobie skreślić, czy co… sama mam dorzucić swoją teorię, ale ja chętnie… w tłumaczeniu: tatusiowi ofiaruje synek o intrygującym imieniu. Tatuś zresztą też ma je mało spotykane, aczkolwiek… Ten drugi głaz ma na sobie krzyż. Wielki, typowy, z oną otoczką taśmową z run, no i dwóch synków tatusiowi dało, ku pamięci… cholera jasna :daddy issuses: jak nic. Ale te imiona. To nie mój okres, ale… Ulf i Ragnar dający tatusiowi o imieniu Fari głaz brzmi mocno wikińsko, futhark oczywiście młodszy, takie to poprawne północnie… No ale VG 56, czyli ten głaz bez krzyżyka… z ciekawym panem, zwanym też szamanem czasem, choć inni naciskają bardzo na Thora przez pas, który figura nosi, pas mocy, dość ciekawy i jakby intencyjny mocno… A tłumaczenie lekkie głosi, iż: Styrlakr umieścił ten kamień ku pamięci ojca Kaura… Karr to poobno w staronorskim znaczenie wielkiego przywódcy duchowego lub i zwykłych, kręconych włosów, co aurat w duńskim by się zgadzało, jak dodamy literek, więc… ech, lingwistyka to kopalnia zabawności.

Ale głazy… warto!!!

Lasse’s Grotto…

Usz kurcze…

… oto i jest ona grota niegrota… Miejsce zamieszkania osobnika o ciętym języku i złym oku, wiecie, tego gościa, co nikt z nim nie chciał, ale często potrzebnym było, co to na starość po prostu już dość widać miał ludzi, w szczególności w tym etapie swego życia i przez 30 lat sieział w lesie, gdzie pod skałą zbudował sobie z kamiennych cegieł dom… Lars Eriksen i Inga… a tak, jest i żona… widać jej oko nie przeszkadzało. Może patrzyła mu wciąż w ono drugie? No więc mąż i żona, ona szyła, on robił w broni, hmm… nie oszukujmy się, rozumiem ich chęć odosobnienia, ale jednak…

Poejrzani byli i jak la mnie wciąż są i wiem, to był XIX wiek, ale jednak…

Nawet wtedy byli dziwakami. Wyobraźcie sobie coś na kształt mikro-kamiennej, dwuizbowej budowli, zimnej, z dwoma piecami, trzema oknami, serio, widok milusi, dach ze skały, porośnięty różnościami, ogródek… kurde, marzenie introwertyka, jak jest z wifi i dostawą na drugi dzień, premium! Albo jest to coś, czym można dzieci straszyć… LOL Tak czy inaczej, zatrzymujecie się w zagajniku, na małym parkingu – parność nad parnościami – mały mostek, nie wiem na czym, bo sucho, potem otwarta nagle przestrzeń, niby polana, a i widok na ten architektonicny cud!

Schodki, wciąż działają, właściwie, gdyby z powrotem wsadzić okna i drzwi, mebelki z IKEA, to RBB może być. Ludzie na pewno by się skusili, ino trochę omieść, przemyć to, barierkę może dodać, bo ludzie teraz głupsi niż drzewiej, no ale… i kwiatki w okna, kibelek przenośny i jechane z interesem. W końcu można wpisać ducha ze złym okiem i będzie serio obrocik na koncie. Za domem fajny las i szlak, no miejscówka szczerze przemiła. Jeziora w niedalekości…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Pastlove… została wyłączona

Pan Tealight i Kotek Nieszczęścia…

„… bo był ten, co machał łapką, więc musiał być i jakiś taki, wiecie, odbicie lustrzane i tak dalej… musiał, zwyczajnie… istnieć gdzieś, może i w niedalekiej Niejbylanii, może i bliskim Zdarzysię? Może w miejscu, które opiewają poeci, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, iż ono naprawdę istnieje…

No wiecie, ten cholerny Kotek!

Odmachujący z wrednym wyrazem pyszczka temu, co szczęście rozmachiwał na cały świat, zwyczajnie musiał istnieć, dla wszem obecnego balansu. No wiecie: białe i czarne, zimne i ciepłe, dobre i niesmaczne… a przynajmniej tak się zdawało Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane. Nie, nie zdawało się, ona byla tego pewna wpatrując się w prezent, który dostał Pan Tealigh poprzez szemraną firmę Podejranych Dostarczycieli. Kolorowy kotek. We wzorki i powzorki, z cerwonym piedestałkiem i dzwoneczkiem, jakby mógł się zagubić, jakby mógł uciec, albo choć marzył o onym uciekaniu… dzyń dzyń dzyń i cię mają wredny sierściuchu…

Tak, Wiedźma Wrona kociarą nie była.

Nie żeby je gnębiła czy coś, ma nawet kompromitujące zdjęcie z dzieciństwa, gdy tuli małe kocięta, ale nie nadgryza żadnego… teraz też nie gryzła, ale nie rozumiała, nie do końca, onych zachwytów na miauczakami.

Bo wiedziała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Diabelska góra” – … hmmm… powiem jedno, uwielbiam główną bohaterkę erii, ale… tak wiele się tutaj ostatnio nie gaza i wiele wymuszone, że lekko się rechoczę. Nie znaczy to, iż nie czyta się tego migusiem. Siadasz i już po książce. I wciąż nie wiesz, czy to bardziej alienowie, czy archeologia?

I wiecie co? Najgorsze jest to, że mnie to już nie interesuje… od czasu, gdy książki tego duo bywały grube i bogate w narracji, cóż, minęło sporo casu, wiek nowy się znalazł, a autorzy, chyba nie zajarzyli, że pewne sprawy, cóż, przeminęły… a sama bohaterka przeżyła tyle, że trzeba by jej dać czegoś więcej, nie tylko przyjaźni pewnej agentki FBI. Jakoś tak w niej niewiele zostało z onego bagażu doświaczeń… ciągle się potyka i niczego nie może zdziałać, więc… no właśnie…

Człowiek stracił nadzieję i chwyta się czegokolwiek.

I… dopisuje sobie sam co nieco więcej… wiecie, z onej nostalgii…

Tak, książka należy do cyklu o pani archeolog i agentce FBI. I może archeologii w niej niewiele, to są tajemnice rządowe i takie tam… Ani jedno ani drugie nie jest opracowane. Postaci są papierowe, prześwitujące, płaskie i mdłe…

… pies był fajny!

Powiem jedno, zwykle tego nie robimy…

Naprawdę…

I przyznam się, że całkiem słabo mi szło, no dobra, może nie na początku, gdy wciąż niewyspana i zmęczona poprzednimi dniami i bezsennością, jakoś nie potrafię spać w tej Szwecji… zwyczajnie przeczytałam dwie książki, zaczęło mnie pędzić, by gzieś iść… potem padłam, jakby mi ktoś odciął zasilanie, a potem, no cóż… mycie, paciorek i spać. I rzeczywiście spałam. Czasem kompletnie nie rozumiem własnego organizmu, ale co tam. Wiadomo, że człowiek to nie jakowaś idealnie zorganizowana maszyna, chociaż, jednak i maszyna, i to idealna, ale jakoś tak… to zwyczajnie skomplikowane, szczególnie jak się jest kobietą.

Wiecie… księżyc i te sprawy…

No ale…

… jak spędzacie te tak zwane wakacje? Bo widziałam ludzi, co to leżą dniami i nocami nad basenem i walą procenty. Nie nadaję się do tego kompletnie. Za to zwiedzanie, wiadomo, wymaga nakładów finansowych, tak czy inaczej. Zawsze jest czy to paliwo, czy plastry na odciski, no wiecie, o muzeum musi cię być stać, natura niby darmo, ale jednak nie do końca… tak, w Szwecji można pić wodę z kranu, ale na przykład mi szkodzi. No kurde, ta z butelki plastikowej nie jest lepsza, ale przynajmniej mnie nie wykręca… nie wiem dlaczego, bo u nas na Wyspie normalnie wali się  gwinta, znaczy  kranu, czy to pod prysznicem, czy w kuchni.

Smakuje świetnie, ale… jest twarda.

Czasem młotem by ją… ale smaczna!!!

4 września wstał pochmurny, ale wiezieliśmy, że będzie to truny dzień i nie latego, że mi się zachciało długiej wycieczki,  okładnym planem i tak dalej, ale dlatego, że ten cholerny afrykański żar nadszedł… i tak, jak ranek był jeszcze w Fjallbace rześki, tak kurde z każdą chwilą w głąb Szwecji, onego kontynentu, co jest dziwnie płaski i bezlesisty, a w książkach opisują to inaczej… no widzicie, z każdym kiometrem robiło się bardziej ciepło, ale też jakby burza na nami wisiała plus ona wilgotność… nosz kurna, nie ma to jak na północy doświadczać żaru tropików. Ja się nie nadaję do takich klimatów, dlatego Meksyk nie dla mnie, nawet ona Środkowa Ameryka, wiecie…

… te piramidy… zawsze chciałam zobaczyć, ale robale i ciepło i wilgoć…

Chociaż, te cenoty…

Wolę północ, ale tego nie zamawiałam… ponad 30 stopni? Serio…

Okay, pierwsze miejsce po drodze do domu to kamień runiczny, który wydłubali z kościoła, wiecie, normalność… ale tutaj nie dość, że go wydłubali, to jeszcze pomalowali ryty, zrekonstruowali i ogólnie mówiąc obok kościoła postawili mu kapliczkę!!! Ze zdjęciami i tak dalej!!! Hmmm… intrygujące… i tak sobie zaczęłam myśleć, że ono wsadzanie głazów w kościoły niby miało im umniejszyć… a jednak, z drugiej strony jakby spojrzeć, to przecież oto starzy bogowie byli częściami tych świątyń, więc… były to ich miejsca kutltu, zrestą… młot Thora na większości szyi Skandynawów wiąż…

Taka myśl.

A miejsce zwie się Sparlosa… i jest impnoujący. Jego ona świątynia co prawda jedzie wilgocią i ofiar składać się nie da, no i te jakoś tak, dziwnie… otoczony onymi szybami, jakiś taki, niby chroniony, a jednak, też i ograniczony?

Ciąg dalszy… będzie potliwy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kotek Nieszczęścia… została wyłączona