Pan Tealight i Znicz…

„Zagaszony…

Zalany.

Nie doczekał się pełni ognia, nie stopiły mu się ścianki, nie odpadła pokryweczka na kopułkowej główce… nie stał się światłem w ciągu dnia, niewidzialnym, niezauważalnym nim się nie pochylisz, nim się nie sparzysz, nie doczekał nocy, w której mógłby być iną latarnią la dusz i wszelakim shostopperem.

Nie.

Od razu zalała go woda deszczowa, zara po zapaleniu, a kurcze miał być nieprzemakalny. Miał być całkowicie odporny na warunki atmosferyczne, które przecież się zdarzają wciąż i wciąż i wciąż cały czas. Przecież…

Miał być elementem tego święta, czasu, ludzi chodzących wszędzie, podkradających sobie wszelakie nagrobne ustrojstwa. Mógłby przecież być elementem tego całego cyrku, który odstawiali, tych pieniędzy wydanych, tych wszelakich dziwnych praktyk, o których większość już zapomniała skąd i dlaczego to robią… robili, bo moda, bo zdjęcia na Instagram, a po wyjściu z cmentara hot dog i może ciasteczka, a na eser do omu na pewno jakieś kurczaki pieczone.

W końcu jeść trzeba.

Chciał być częścią tego wszystkiego…

O tym marzył stojąc na półce tu obok żółtych chryzantem, miniaturowych, co zdychały dopiero po dwóch tygodniach, ale czasem wcześniej, jak się im podobało, w końcu, to tylko kilka dni, kto zauważy, a nawet jeśli, zwalą na pogodę… nie na sprzedawcę. Nigdy… A ten niestety wolał jak ludzie wracali i kupowali więcej i więcej i było na życie i przemyślenia wszelakie… wiadomo…

Codzienność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zmiana czasu i chociaż to przecież poza pierwszym dniem nie powinno mieć wpływu na człowieka, to jednak… jednak jakoś tak ma.

Niszczy wszystko… oną codzienność.

Jakoś tak…

… chociaż, przecież nie sprawdza się tej godzinności wciąż i wciąż i ciągle, nie mam na ręku zegarka, a jednak, jakoś tak rozpierdziela to dzień. I noc trochę też… i sny dziwne przynosi, one o piasku i wodzie, piasku tak pomarańczowym i wodzie tak niebieskiej jak niebo lekko ciemniejące na obrzeżach…

I o światach innych.

I czasach… i jakoś tak ciągnie mnie do Egiptu.

Bardzo… bardzo dziwnie i bardzo mocno.

Ale dlaczego… dlaczego? Nie umiem tego wyjaśnić, ale jednak, jakoś tak, jakoś wszystko pasuje do onych czasów dziwnych, pokręconych, pomieszanych, onej jesienności dziwnie niejesiennej, chociaż kolorowej, ale za ciepłej.

Za ciepłej.

Ale co można na to i z tym zrobić? Nic… Mogę tylko nierozumieć i to robię. Mogę tylko marzyć o onych przymrozkach i o tym czymś, co znam, czy też znałam raczej… chyba, chyba raczej czas przeszły.

A w Szwecji…

W Swecji zmiany.

Widzicie…

… po pierwsze, musicie to zrobić – wymażcie z siebie wszelakie opowieści o dzieciach z Bullerbyn, czy inne tam idylliczne strofy, a już te o ekologii to w ogóle. I teraz spróbujcie wytłumaczyć ich potrzebę przestawienia się na ekologię atomówkową. Napiszę w ten sposób, bo wiecie, jak walnę rozbicie atomu, to mnie znowu schowają w czeluściach internetu, ale… co mnie wkurza, to to, iż kolejna atomówka powstaje na wysokości Kopenhagi, więc właściwie…

Mamy przesrane.

Z dołu Polska, z góry Szwecja, jesteśmy w jądrze atomu, a ci, co pierdolą, iż to najczystsza z energii, a ci co mówią inaczej siedzą w cieniu Czernobyla… cóż, ciekawe, czy mieliście znajomych bez pewnych zębów, czy z problemami genetycznymi, zajściem w ciążę i tak dalej. Wróć, czy nie macie ich czasem… a jak myślicie, kurna, skąd się niektóre rzeczy biorą? A?!!! Skąd kurna… tia, już się nie mówi, że brak kłów to właśnie przez promieniowanie – osoba, która mi to powiedziała i wciągnęła w temat, przyszła na ten świat w kilka miesięcy po wybuchu…

I jakoś nikt nie pamięta o Fukuszimie?

Może mnie wiele omija, na przykład wiedza na temat tych turbin wiatrowych, jak to się winno mówić na wiatraki… wiedzieliście, iż one są… właściwie toksyczne? Skrzydła onych turbin? Ja nie. I to je Dania zakopuje, bo co z tym robić. Słyszeliście o tym? Zapewne nie, bo przecież… ekologia.

Ale… może jak będzie atom, to drzewa w Szwecji przestaną wycinać?

Może… pewno nie, ale…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znicz… została wyłączona

Pan Tealight i Wrona Wodniczka…

„Chodziło o wodę.

I oczywiście o Wiedźmę Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane.

No i te jej wrony!!!

Właściwie, gdzie były wrony, to była i ona, gdzie ona była, przynajmniej jedna z nich stała na straży, jedna się z niej nabijała a jeszcze jedna kołowała nad nią by obsrać wroga, jakby jakiś był na widoku, a wzrok wrony miały perfekcyjny. Pamiętały tych, co dawali jedzenie i tych, co odganiali od swojego śniadania, onych kelnerów, co gardzili nimi i tych, którzy oddawali resztki…. w końcu były szybkie. Naprawdę szybkie. Okruszki, strzępki czy padlina znikały w mgnieniu oka.

Były Wielkimi Sprzątaczkamia, Wrzaskunami Przestworzy, Zwiastunami Czegotamseżyczyłeś… były wszystkim, ale przede wszystkim wciąż były onymi niezrozumiałymi. Onymi odganianymi, niechcianymi, uznawanymi a złe omeny, a już czarne, oj, te to miały przerąbane…

Kruków nie było.

Na razie.

Ale była Wrona Wodniczka… ta jedyna, która po prostu wolała plażę, na śniadanie wpierniczała wodorosty i karmiła się duszami, które przyciągał sztorm, tymi mniej ruchliwymi, bo leniwą była. Ta z szarymi skrzydłami, dziobem nasolonymi i dziwnie nastroszonymi piórkami na nim… wiecie, nie depilowała, uważała tę modę a totalnie idiotyczną i niepotrzebną.

W końcu…

Była jedyną w swoim rozaju, więc… mogła mieć wszystko gdzieś, a że inne tego nie rozumiały, że są jak ona, jedyne, wolały stadność, cóż, to był ich wybór, ona wolała przynosić Wiedźmie Wronie najczerwieńsze z wodorostów, najzieleniejsze i kamyczki, które szeptały… rozumiały się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I listopad.

Jak zwykle, nie, nie jak zwykle, bo przecież lato się człowiekowi tak dłużyło… ten żar tropików i takie tam, ale jednak… wciąż jest czasem ciepło, aż nadmiernie ciepło. Powiedziałabym, iż nawet wrze wszystko, nagle w mrugnięcie okiem wszystko się czerwieni i żółci. A potem opada. I nie, nie było w tym żadnych seksualnych podtekstów. PROMISE! No dobra, może i miałam jakieś, ale mi padły.

LOL

Jesień jest dziwna w tym roku.

Niby jest, a jej nie ma… niby w końcu mamy te nagie gałęzie, trochę powiało, ale jednak wszystko tak jakoś tak, no wiecie, nie tak jak zwykle. Pamięta ktoś jak na 1 listopada od razu wszyscy w kożuchy? No tak było. I w znicze. To pewno w Polsce wciąż jest… tutaj też, ale wiecie, spokojniej, w końcu bycie na cmentarzu jednak kosztuje. I to bardzo dużo, w szczególności ateistów… się muszą do kościoła zapisać coby leżeć potem w onej poświęconej ziemi…

Hmmm…

Hmmmmpokryzja?

A pewno tak.

Ale te mgły…

Jest coś w onych wyspowych mgłach innego niż w reszcie świata, bo przecież wszędzie są mgły, czyż nie? Zwyczajne zjawisko atmosferyczne, tudzież przez człowieka spowite z onych wszelakich wyziewów i palenia czymkolwiek. Oj wiecie jak to jest… wystarczy poczekać na sezon grzewczy.

U nas jednak ona tak zwana „czysta ekologia” zmusiła jakieś 10 lat temu prawie wszystkich do założenia varmepumpe i tak, uważam, że to super sprawa, jak się czyści i tym zajmuje, ale jednak, no właśnie… to jest podłączone do kontaktu, więc wymaga prądu. Nie gazu, nie pierdów trolla, a właśnie onego prądu… i myślałby ktoś, i w miejscu obwarowanym turbinami prąd jest… no właśnie…

To długa historia i skomplikowana.

Ale…

Podobno wszystko przez jakąś rzekę w Norwegii… to ona to zaczęła, bo opadów mniej i wiecie co, no jakoś to logicznie by pyknęło, ale… mam dość onego pykania. Po prostu. Mi też już woda nie płynie.

LOL #sarcasm

Wszystko ma takie ceny, że… no dobra, rozumiem, iż bogaci się cieszą bo konsumpcjonizm mniejszy, ale ja bym chciała się pokonsumpcjonizować. No co. Jakoś mi nie było dane. Nie wiem nawet czy byłabym w tym dobra? Nie lubię śmieci, zbyt wiele rzeczy mnie prytłacza, ale nawet nie daliście mi spróbować, więc jakoś będę się pocieszać oną mgłą… bo co mi innego zostało. Może to i dusze potępione, a może nie.

Może jednak tak… to w końcu listopad…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrona Wodniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Żółty Liść…

„Zawsze był żółty, od kiedy pamiętali, no zawsze.

Nie przechodził etapu od pączka na drewienku poprzez jakąś zielonkawą jasność, czy burą jakąś, a potem był zielenią, mocną, intensywną, szaloną, czy czymś, nie… No wiecie, nie zawsze żółtym… nie zawsze tym czymś złotym, oczojebnym, bardiej tombak może, fools gold, ale jednak… robił wrażenie…

Tylko…

Tylko że wcale tego nie chciał.

Przez całe dotychczasowe życie szukał sposobu by zzielenieć, ze złości, zazdrości, wszelakiej jelit niestrawności. Ze złością jeśli chodzi, to od razu to porzucił, no szczerze, dobra dusza tłukła się w tej żółtowatości, nie umiał jakoś tak, wrednieć, wrzeszczeć, świnie podkładać… być po prostu tym złym.

Wielkim Złym… nie pasowało to do żółcieni.

Jeśli chodzi o zazdrość, to tak, był w tym dobrym, ale jednak nie wpływało to na zielenienie, raczej na oną żółć. Na one wszelakie odcienie. Oj tak, stawały się coraz bardziej jasne, wszelako prawie neonowe, mocno rażące, że aż Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie mogła powstrzymać rechotu. I to takiego wrednego wybitnie… bo jako jedyna nie rozumiała onego pragnienia zzielenienia. Ona już była dawno po tym okresie, oj bardzo… wiedziała, że może każdy musi przez to przejść, sam tak, ale jednak… całe liściowe życie na zzielenienie… Jednak, chciała pomóc, więc wzięła się za niestrawność. Znała się na tym…

I chorobach morskich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Weźmisz czarno kure…” – … powoli. Bardzo powoli zaczynam uzupełniać sobie Wędrowycza… a tak, zdecydowałam, że go chcę. Bardziej z powodów osobistych, no sorry, ale to jak wujek Józek, a ja na Lubelszczyźnie rodzona, więc zobowiązuje, po drugie i trzecie bo tak.

LOL

Nie, nie jest to najwyższa literatura, najwyższych lotów, a nawet bardziej lotnych lotów, po prostu, tak to jest, iż są książki, które człowieka rozjebują w dobrą stronę, jak mu bardzo źle i już. No wiecie, rozrywka i tyle. Taka, do której podchodzić należy jednak z dystansem, bo humor to… ekhm… wyjka Józka…

Świętej pamięci!

Ale… o rzeczy, trzeci tom cyklu zaiwera aż 19 opowiadań: Weźmisz czarno kure… Problemy, Bimbrociąg, Dom bez klamek, Drewniany umysł, Dziadek, Lenin, Lenin 2: Coś przetrwało, Okazja, Ostatnia posługa, Znalezisko, W kamiennym kręgu, Ostateczna polisa na życie, Park Jurasicki, Reprywatyzacja, Spowiedź, Titanic, Zbrodnia doskonała oraz Pogotowie. Same tytuły mówią wiele. Zauważyłam, iż bycie pod 40stkę pomaga w czytaniu. I bycie archeologiem.

Też.

Wątek z wioskowymi osobnikami kręci mnie zawsze najbardziej oraz… pewna niepewność w onych opowiadaniach, bo wiecie, autora nie trzyma nic. Tu nie ma poprawności politycznej. Możecie się czuć urażeni… i amen z pacierzem.

No chyba… chyba że jednak nie?

No dobra, było zaćmienie słońca… guess what?

Było pochmurnie!!!

Potem zaś robiło się ciepło, potem chłodniej, a potem, nie wiem już co z tą pogodą… ale kolory się zmieniają. Zwykle o tej porze wiatr tańczy i zdziera z ludzi ciuchy czy inne tam wdzianka, a z drzew liście… oczywiście. LOL Ale jednak nie tym razem. Czyli jest źle. Kurde no!!! Potrzebujemy sztormu?

Nie wiem…

Jakby co, to może dopiero w listopadzie?

Bo mam plany!!!

Ale wiecie, mieć plany w dzisiejszych czasach to jest tak, że je macie, budujecie sobie marzenia, a potem prychodzi rachunek a prąd i nagle chcecie ino mieć diesla i smrodzić hałasując… tak na złość innym i ekologii. Zaraz wam przechodzi, i tak was na silnik nie stać, ani na diesla, zresztą, nawet jeśli o drewno chodzi, tak wiem, inne paliwo, to i ono jest drogie… zdarzają się już kradzieże tego tam groszku drewnianego. I innych utensyliów takowych. No wiecie…

Ludzie to zwierzęta.

Zwykłe.

Albo gorsze niż zwykłe…

Nie, Wyspa nie jest miejscem, które jest idylicznym rajem, wszelako mającym wyjebane na wszystko i żyjącym z Turyścizny. Turyścizna już od dawna mało płaci, więc… wiadomo, każdy orze jak może.

I tyle.

Warto sobie zeskrobać już one otoczki.

To zwykły świat. Pewno, że lekko piękniej tutaj, czasem i mocniej, ale też i ciężej w pewnych wymiarach. Tutaj się żyje, jeśli się to miejsce kocha, albo nie ma innego wyjścia czy też pomysłu na życie. Wiadomo. Inaczej przyjeżdża się tylko na wakacje i takie tam. Nie wiem, imprezki? Może popływać, połowić, poszaleć na desce, pożreć dobrze, bo niektóre miejsca bywają otwarte cały rok.

Sporadycznie, ale bywają.

I choć na zewnątr mgła, to powiem wam, że bym jej nie zamieniła na coś innego, chwilowo. Chociaż, no dobra, każdy ma marzenia, ja też mam, by teraz siedzieć i ziębić sobie adek na skała Tjurpannan i robić zdjęcia. Oj być tam w Samhain. Dziś wieczorem, byłoby niesamowicie. Byłoby…

Nie jest.

Jestem gdzieś indziej. W miejscu, które kocham, ale problem w tym, że kocham dwa miejsca, no kurde no! Zdarza się, ale ta mgła tutaj, oj piękna jest, niesamowicie podkreśla ostee czerwienie i żółcienie. Piękne, szalone, niesamowite. Wtapiajace się w już nagie gałęzie, w one jeszcze zielone, odkrywające to, co zakryło lato oną swą pełnością barw i odcieniami zieleni.

Podnoszę łeb i widzę pole, drzewa…

Gaard w oddali.

Taka ta mgła dziwna, taka niby havgus, niby mgła, niby wilgotność, a jednak tylko jakieś dziwne ochłodzenie, zimno nawet, chociaż miesiąc się ocieplił mocno… aż za mocno, a jednak… ech, cudowna jesienność…

W końcu bezsłoneczna.

A jednak aż drżąca od światła.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żółty Liść… została wyłączona

Pan Tealight i Inspiracje…

„Liście opadały, więc opadały i one…

… na ścieżki i drogi, na dachy i w rynny, przyklejały się do okien i przemykających samochodów. Wpadały do toreb i plecaków, w kaptury też wpadały czy do butów… niektóre przyczepiały się do podeszw i naprawdę ścierały się na pył, inne znowu próbowały jak najdłużej pozostać niezniszczone, trwałe… jakby nie chciały premienić się w pył, oną siateczkę, koronkę…

Wpadały, opadały, spadały, lądowały…

Zahaczały się o włosy, próbowały się schować w ich puszystości, być częścią dziwnego, falującego świata pożerającego światło. Ozdobą, ale mało widzialną. Jak najdłużej nieodkryte, przenoszące się w otchłanie domów, miejsc pracy czy miejsc kultu wszelakiego, sklepy, hotele i miejsca masażu… bo o to chodziło, by dostać się w te miejsca, gdzie drzew nie było. Na razie…

Bo teraz były one, więc były i drzewa.

A wraz z nimi inspiracje, które ulatując z zapisanych stron czy też głów dziwnie otwartych, rozpostartych myśli… tuliły się do drzew. Bo nie mogły pozostać same. Inspiracje nie chciały, nie czuły się dobrze bez tłumów drzew, liści, krzaków czy traw czy też na przykład samych korowych tworów… gałęzi połamanych…

… wietrznych zawirowań.

Potrzebowały tego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie wybarwiły się…

Jakoś tak to wszystko wygląda…

Mło…

… jadąc drogą, AKA szosą, człowiek mija zielone pola, tutaj chmury, tu trochę słońca, tam gdzieś dziwna mgła, zamazanie kolorów i odcieni, ale nie jakaś taka jesienna radość, raczej, przygnębienie. To samo czuje się w sklepie. Pęd ludzi gdzieś, ale nieukierunkowany, jakby kompletnie nie wiedzieli co i po co robią? Jakby robili, ale… tia, pojawiły się rzeczy świąteczne, więc ludzie wiedząc już, nauczeni przez one lata, wyćwiczeni w rzucaniu się na wszystko póki jest, a nie czekanie na potem, bo wiadomo, przed Julem schowają i na przyszły rok będzie…

Albo nie.

Nie wiem…

… ten świat stoi na głowie, każdy dostał swój rachunek i nie wierzy. Państwo oczywiście coś tam obiecuje, ale tak szczere, to niektórzy aczynają podchodzić do wszystkiego z ozycji: czy ja wiem czy będzie następny rok albo nasepny, nie wiem, więc… huzia! Może dlatego rozwalają te dynie wszędzie… może to jakiś dziwny gang, który zwyczajnie dyń nie toleruje i tak po miastach jeżdżą i akcja…

Turlu turlu turl…

LOL

Jakby co, to nie przychodźcie do mnie po cukierki w poniedziałek.

Znowu zrobiło się ciepło… znaczy wiecie, jesiennie ciepło, nie że lato… i jakoś tak, dziwnie, wilgoć wkrada się wszędzie. Jakby nie było tego baansu już w świecie, albo żar i sucho albo chłodniej i wilgoć…

A przecież nie pada.

Nie…

Okay, tak, popadało w nocy, ale to są takie przelotne ulewy, trwające chwilę moment, odchodzące tak nagle, że zwyczajnie nie wiecie, czy się wydarzyło coś, czy jednak nie. Ale wilgoć jest wszędzie i to takie, dziwnie zaskakujące. Jakby… nie włączycie ogrzewania, bo po pierwsze ceny, po drugie zaś za ciepło, ale też cały czas nie można wietrzyć… choć nawet przy otwartych oknach to wszystko wciąż…

… się nie zmienia.

Ale w lesie…

… tak, tam jest najdziwniej.

Z jednej strony są pojedyncze wybarwione drzewa, z drugiej, jakoś tak, zielono. Na ziemi czerwonawy, rdzawy dywan, niczym krew zakrepła, zapomniana, rwana w paski, strzępki upuszczone, rozwiane przez wiatr… ale też i ta zieleń górą, jakby nikt nie miał wcale zamiaru przebranżawiać się na jesień…

Czy odbijają sobie a suche lato?

Nie wiem… ale dziwnie się oddycha.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inspiracje… została wyłączona

Pan Tealight i Imprezka…

„Seryjni mordercy nie pojawiali się często…

Znaczy, tak uważano, w końcu ilu tam morderców łapano od razu, ilu w ogóle łapano, a ilu kończyło, jak już ich złapali, z łagodnymi onymi wyrokami, z pobytami w szpitalach i placówkach o takim standardzie, że niektórzy z chęcią by się zapisali… tam właśnie, wiecie, na wywczas jakiś, na ono dbanie, dokarmianie, jakiś fitness, książki, TV, inne rozrywki… by pobyć sobie, by w końcu może i odpocząć, no bo może choć i tam towarzystwo szemrane, ale jednak, cała reszta, w takim porównaniu… no wiecie, no tam, ekhm, jakoś dawało się to przetrwać.

Ale jak się robiło imprezę, szczególnie taką teraz, w oną jesienność, gdy welon opadał, zmarli przychodzili bardziej bezczelnie… chociaż, tak bardziej myśląc, przecież zawsze przychodzili, nawet nie proszeni… ale teraz jakoś, no to był ten czas. Ten czas dotykania się światów.

Ten świat i tamten, który miał być zarazem przeszłością, jak i przyszłością i ten teraz, na chwilę stawały się jednością… a może nie? Może to wszystko bujdy? A może jednak po prostu tak się jakoś nie składało? Innym się znaczy. Wiecie, może im te światy stykały się tylko raz w roku…

Chociaż…

Może nie?

A może wszystko było jednością, tylko jakoś tak nie widzieli tego, abiegani, zapatrzeni w one ekraniki, w siebie samych… może chodziło o oną zombiczną ślepotę? A może jednak o coś więcej? Może nie chcieli być widzianymi?

Ale jedni, cy drudzy?

A może wszyscy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szczerze, ale ciągle coś się dzieje… jak nie myszy, to szczury, a jak nie zwierzaki, to szaleńcy, a jak nie to, to płonie dach na Kvickly… nie no, naprawdę, gdzie ta spokojna i cicha Wyspa… tak znana.

Teraz jest dziwnie obca.

Obcy ludzie w sklepie, to już nie te znajome twarze, ciągle te same, wiecie, kiedyś może i znaliście mieszkańców, ale ostatnimi czasy, jakoś tak, nikogo. Jakoś tak dziwnie, sami obcy. Jedny kupili domy, inni znowu raczej próbują sprzedać to, co kupili, bo już im się tutaj nie podoba, bo to, co stworzyli nie wypaliło, no więc chcą to zmienić… jakoś taką Duńczycy mają mentalność, że jak nie ma z czegoś miliardów od razu, to należy to rzucić iść na kurs i zostać neurochirurgiem, a że się rączki trzęsą, no weźcie, nie wolno nikogo dyskryminować!!!

Jakby…

Ludzie nie mają jednej pasji… w moim przypadku archeologia, antropologia kulturowa, książki… to wszystko ciągnie się za mną od zawsze. Przeszłość, kopanie, trupy, pozostałości po cywilizacjach, które były nami… To zawsze byłam ja. Pewno, że próbowałam nowych rzeczy, ale jakoś szybko człowiek ustalił czego na pewno nie lubi i co mu no… mówiąc ładnie: nie pasuje.

A tutaj, codziennie coś innego.

Intrygujące…

Wyspa znowu się zmienia i nie wiem, czy uda nam się oną zmianę przetrwać… bo niektóre zmiany są ciężkie, a tu jak zachodzą, to łupią w łeb, a po kilku latach przechodzą… tak było na początku tego wieku, gdy wszystko stawało się bardziej turystyczne i sprzedajne. A teraz… niszczą plaże, bo postęp.

Te obecne zmiany są… bolesne.

Niszczenie środowiska, nagły przeskok od ekologii w śmietnik… a właśnie, jeśli chodzi o śmietniki, to pamiętacie jak mówiłam, pisałam, że będą nam robić śmietniki jak w Szwecji… no więc… też jak zwykle trochę, znaczy się, pieniądze wzięli, ale śmietników na razie nie będzie. Nagrody zgarnęli, poklepanie po pleckach było, ale co do reszty, to jakoś tak… nie. Nie ma, nie będzie…

Czy uważam, to wciąż za poroniony pomysł, no tak.

Dlaczego?

Bo po pierwsze plastiki i szkło wywalamy przy sklepie, i tak człek do niego podchodzi, podjeżdża, więc… część jest zresztą z kaucją, człek chce swoich marnych koronek, a co do reszty, resztek nie ma. A nawet jak się zdarzają, to jakoś tak, ptaki zjedzą, roślinki się poywią. Nie marnuje się takich ilości jedzenia… i nie kupuje się ich też. No wiem, ci co przyjeżdają pewno ich stać, choć ostatnio, jakoś tak, no nie wiem, ale jakoś tak patrząc na to wszystko, to wygląda to żałośnie…

Mocno.

Smutno.

Kiedyś, to chociaż były pozory, a teraz… ile jeszcze drzew, ile jeszcze ludzi odejdzie, ile onego ducha umknie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Imprezka… została wyłączona

Pan Tealight i Czas Nadchodzenia…

„Byli w tym dziwnym miejscu…

… w miejscu, w którym na coś czekali, ale cokolwiek, co pukało do drzwi, jakoś tak, nie było tym, co miało być. Jakoś tak dziwnie wciąż się nie składało by pragnienia stukały do ich drwi, by marzenia się spełniały, by wszelako wszystko to dookoła stawało się czymś bardziej znośnym, fascynującym może nawet?

Ale wciąż czekali…

Tak, to było znajome miejsce, znajome od tylu lat, a jednak, czuli się w nim wszyscy jakby trochę obco, jakby od nowa, jakby… nie do końca właściwie? Nie było źle, nie wychodziło najgorzej, ale nie było tego czegoś… CZEGOŚ!!! Może nie do końca magicznego, ale nadmierna ciepłość tej jesieni i jej niewystarcająca barwność, jakoś tak… i jeszcze te mgły? No ile można?

Wilgoć wszędzie…

Jakby plaga znowu nadchodziła.

Zmora wszelakich zmór, mór i pomór, czarne szmaty na wietrze powiewające, ostrzegające, by nie wchodzić do miast i wiosek, by trzymać się z daleka, nie pić wody, nie jeść niczego, jakoś tak… jakby nie mieli już dość? Wszystkiego. Bo może i bogowie pomagali tym, co sobie potrafili pomóc, ale jednak, kurcze, przecież to takie mocno i bogato popierniczone?

A co z cudami?

Gdzie one?

W Sklepiku z Niepotrzebnymi było ostatnio dziwnie cicho… niektórzy mogliby uznać, że cicho to dobrze, ale niektóre wymiary CICHO stawały się wręcz nie do zniesienia, albo więcej… przerażające… bardziej niż krzyki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Biały żar” – … ojojojjj… Oj no, po postu lubię ten duet autorski. Po prostu. Tak, jest ten seksualny żar i tak, pomijam pewne sceny – są dwie, więc bez bólu – dlaczego, no bo kurcze, nie wiem, nie potrzebuję ich, chcę więcej magii, mordobicia, tajemnic i tak dalej…

A onych tajemnic jest w drugiej cześci tej serii, moc.

Oj jest… moc też jest.

I tak, autorzy powielają pewne schematy, nie da się od tego uciec. Po prostu, jest dziewczyna, ma moc, odkrywa jej więcej, potem pojawiają się sekrety, nowe, więcej i więcej i miłość, oczywiście nie do końca taka chciana, wyczekiwana, zawsze w konflikcie z lubianą pracą… i rodzina…

Tak, rodzina jest dla tego duetu ważna.

Bardzo ważna.

Tym razem, co nie zaskakuje, wszystko jest konsekwencją wypadków z pierwsego tomu. Onej sprawy z kochającym ogień mężczyzną, sekretami, które nagle spadają i na naszą główną bohaterkę, Nevadę, zdolną każdego przesłuchać, oraz na Magnusa prawie wyjętego spod prawa. I ich bliskich. Bo obydwoje mają swoje rodziny. Mniej lub bardziej łączone więzami krwi, mniej lub bardziej ukochane, ale jednak, dla których zrobią wszystko… tylko, czy będą mieli siebie?

A może jednak nie mogą, nie powinni…

A może…

Tak, oto kolejna prygoda, wybuchy, pierdolnięcia mocą i tak dalej. Do tego żar tropików jeśli chodzi o uczucia i pewien mag z małą córeczką, który pełen jest tajemnic. Oj jest… można by powiedzieć, iż nadmiernie jest podejrzany, ale pomóc trzeba. Tylko, czy na onym pomaganiu Nevada nie wyjdzie jak Zabłocki?

Przeczytajcie.

Od początku!!!

I zimno, pierwsze przymrozki…

I zaskoczenie?

Oj oczywiście!

Nie oszukujmy się. Temperatura w domu spada do 17 stopni, miejscami nawet 16tu, no i co teraz? Jakoś trzeba zagrzać chociaż łazienkę. Jakoś tak. No przecież to wszystko to drewno i tak dalej… ale… czy nas na to stać?

Szczerze?

Nie.

Sąsiedzi w oknach już nie zapalają lampek. Najtańsze świeczki znikają z Lidla. Cała ta normalność świata, który się znało, jakoś zniknęła. Już nikt się nie wita na ścieżce, wprost przeciwnie, patrzą na ciebie jak na jakiegoś dziwoląga. Nikt się nie uśmiecha… okay, tak, to był proces, coraz mniej ludzi, coraz mniej zachowuje się jakoś tak, no znajomo. Miło i sympatycznie. Jakoś tak…

Za oknem liście w końcu zmieniają kolory, a cudowny chłodek sprawia, że możnaby spać dzień cały, ale przecież jak tak… przecież te kolory, przecież ta jesień tutaj, to jest tylko chwila. To tylko moment, więc…

… jak nie wyjść na zewnątrz, chociaż ludzie, Turyścizna…

Ale te kolory.

To światło!

Wyspa czeka na ten moment, w którym w końcu będzie mogła przyciąć komara.

Tak się to wszystko odczuwa.

Tak jakoś…

Wielu wyjeżdża za granicę, walą kolejne szoty sczepionek byle tylko do słońca, czy jakoś tam. Nawet szef w robocie u Chowańca. Czy zazdroszczę? Stanu konta zapewne, ale wyjau, oj nigdy w życiu. byt wielu wraca z wiadomym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, więc nie… zresztą, nie oszukujmy się, gdzie ja do słońca… ja chcę na północ, na północ stąd i jeszcze bardziej.

A już marzą mi się święta na północy…

Oj, tak mocno.

Ale kto tam wie jak to będzie w grudniu? Z drugiej strony to już końcówka października i wciąż żyjemy, nie wiem w jaki sposób, bo cięcia budżetowe oczywiście sięgnęły żarcia, a życie wyłącznie na mące czy paluszkach rybnych z Lidla raczej nie wpłynie dobrze na moje wszelkie flory bakteryjne mniej lub bardziej.

W mediach pocieszają, że zima ma być ciepła…

Eeeee… naczy będzie w uj zimno.

No pięknie.

Ale… kto tam dziś nie ma problemów… no dobra, może ten szef, czy inni, których konta napchane są boską mamoną i nie muszą się dogrzewać w nocy stertą starych koców, może oni nie mają ich? Albo mają inne, które mi wydawałyby się kosmiczne? Nie wiem… wiecie co, jakoś chyba już nic nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas Nadchodzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Ojczulek…

„Z lagą?

Na nią?

Ale jakim prawem, dlaczego i czy w ogóle nim był? Ojcem, prawdziwym. Onym snem ziszczonym, ucieleśnionym. Tym, co miał pomóc, ochronić, ale nigdy go nie było. Nie było kartek, prezentów, potknięć, wszelakich połajanek, nauczek, zastraszonych chłopców… rycerze na koniu, wielkim, wielkiego rycerza, który byłby tarczą, powiedziałby, że to, co robi jest złe, ale jednak musi to zrobić…

Ale z lagą?

I to rzeźbioną… zaraz, ale przecież ona ją znała.

Pan Tealight odnalazł ją w pomieszczeniach jej najbardziej schowanych wspomnień, w tych zakurzonych, pełnych mysich bobków kątach, gdzie jakoś tak nikt nie zaglądał, bo i po co? W końcu tam kryły się te wszelakie obrazy i dźwięki, do których nikt nie chciał wracać. Nikt o nich nie chciał myśleć…

Lubiła tam siedzieć.

Wspomnienia chowały się przed nią, plotły sobie sieci, w których się zamykały, tworzyły domki o ciemnych szybach, dziwne ogrody i wszelakie labirynty. Byle tylko się nie pokazać, ale też nie znikać, nie o to chodziło… nie mogły przecież zniknąć. Musiały być, bo mogły być przecież kiedyś przydatne.

Kiedyś…

Tak jak ono o tej lasce… kawałku drewna, które czyjeś palce i ostre oznaczyły tworami i twarzami, łapami i liśćmi. Wszelakimi zawijasami…

Pamiętała go, ale nie jego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No i posypały się dynie… nie u nas… w Nexoe.

Wiecie, w październiku wystawiają ich całą masę w mieście, pod miastem, w porcie, koło kościołów, na rogach, skrzyowaniach, przy drogach, przy sklepach, przy domach, galeriach, no wiadomo, chcą jakoś zachęcić ludzi, stworzyć pozory i tak dalej… ale ciągle te same kostki siana, tylko dynie są kupowane, te same ozdoby, ale i na nie kiedyś wydano pieniądze, a teraz ktoś wziął i porozpierdzielał je po całym mieście. Dlaczego? Nie mam pojęcia… wiem tylko, iż miasto wygląda jak jakiś pumpkinowy rozpierdzielnik. Jakby ktoś chciał coś wyciąć, ale mu nie wyszło. Nie do końca wiedział, czy miał to być numer, czy jednak twarz, a może…

Coś innego?

Właściwie, to jakie są trendy dyniowe w tym roku?

Nigdy nie wiem, coś tam człowiekowi mignie w social mediach, ale jakoś nigdy się w to nie zagłębiałam. W oną miłość do dynii, tę produkcję czegoś, co tak naprawdę kończy potem gnijąc na chodnikach, albo – w lepszej wersj świata, porozrzucane po lesie… czasem coś je skubnie, ale niektóre są tak sztuczne choć prawdziwe, że jednak… nie wiem, nie przekonują mnie. W ogóle…

… ale kabaczki w occie.

Cudowne!

Patisony tyż!

Jakoś w Jul tak nie szaleją, a przecież powinni wzbudzać i pobudzać radosność w ludziach męczonych ciemnością…

Powinni?

Nie oszukujmy się, kto tam przyjeżdża w zimie na Wyspę, ino desperaci, a ci, których stać, z mieszkańców, spędzą miesiąc czy dwa gdzieś indziej. I wiecie co, nie rozumiem tego, ale to w końcu ja. Dziwadło, co tęskniło za pochmurnością, wieczorami długimi i całym tym chłodem niesłoneczniowym. Chociaż wróć, w końcu mieliśmy kilka dni wględnie ciepłej jesieni, ale… ale nie do końca… bo nocą już chłodniej. Lepiej, fajnie. Cudownie i w ogóle czadowo!!!

Bo przecież… sezony od czegoś są.

Można się cieszyć latem można i zimą i tak, można lubić ono chowanie się pod kocem z książką… problem w tym, że ja to lubię przez cały rok, a lato przeszkadza. Wiosna już zresztą też. Robi się jasno byt wcześnie, zbyt mocno, zbyt nagle i na zbyt długo, więc… jakoś tak, wolę czas pochmurności.

Tia wiem…

… woli pochmurność, a mieszka na rąbanej, słonecznej wyspie… cóż… taki już mój urok. Albo go brak, można dyskutować. No ale, przyznajmy się w końcu do tego, że w sprawie jesieni, to ja poproszę zimniej i więcej wody z nieba. Bo wciąż potrzeba. Jednak, bez przesady, spokojnie…

Bo jakoś tak…

Ostatnio mnie deszcz przeraża, taki wietrzny i bujający się o ściany.

Zresztą, jakoś tak wszystko ostatnio przeraża, a już ceny a prąd! Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ojczulek… została wyłączona

Pan Tealight i Księżna Anne…

„Zawiadomienie o jej przybyciu dotarło na czas, czyli 3 miesiące przed onym wydarzeniem i się błyszczało… ale tak waliło po gałach… no po prostu wyjmowało się je z koperty i oświetlało sporą część kuchni i jadalnię w Białym Domostwie, co przy dzisiejszych cenach prądu…

… no wiadomo.

Całkiem użyteczna rzecz, ale co z tym zrobić, poza nastrojowymi kolacjami za darmowe oświetleniowe hygge? Poza tym światłem, które lekko przytłumione kocem sprawdzało się przy nocnych wyprawach do kibelka czy lodówki… wiecie, jednak nie byli przygotowani. Zwykle ktoś się pojawiał i tyle. Byli tacy, co robili hałas, czy tumult wszczyniali, czy jakoś tak… ale zwykle jak ktoś się pojawiał, to pragnął schronienia. Zakutany, zaszczuty, chciał swojego kąta, tylko swojego i spokoju i herbaty czasem podsuniętej, do której Mikołajowie, których komnaty ostatnimi czasy wciąż jakoś się poszerzały i w dół biegły, aż dotarły do jakichś źródeł…

… no waliło trochę siarką, ale wiecie, prozdrowotnie. Może i były jakieś widły czy ogony, ale nie oceniajmy…

Raczej nikt się nie zapowiadał.

Pory roku jak się zjawiały, to po prostu, no było to logiczne i tyle, ale jednak jak dochodziło już do czegoś takiego, czyli nieczęsto, sporadycznie, czy raczej… nie no, czy kiedykolwiek? Aż tak mocno?

… więc spoglądali na to zawiadomienie, oznajmienie i wszelakie: przyniosę ciasto… i nie byli na to gotowi, więc Wiedźmy z Pieca spakowały ono światło, otumaniły je wcześniej kilkoma naparami i odesłały dalej… do kogoś innego, kogoś, o kim jeszcze nie potrafiły w ogóle mówić… a może nie chciały?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W Gudhjem Halloween…

Bo wiecie, u nas wcześniej, dłużej i tak dalej.

Ludzie są, znaczy Turyścizna co lubi jesień, ale tak bez przeady. Wywiesili za zewnątrz to, co wywieszają już od kilku lat… bardiej straszą one nierementowane, a tak chwalone elementy, jak one żółte, zapleśniałe ściany, one bezszkłowe okna, lekko zatkane jakimś plastikiem. I jeszcze ponownie na sprzedaż kolejne sklepy, budynki, które już wcale nawet nie udają tego, że są mieszkalnymi, wszędzie coś można kupić, wszystko tutaj na sprzedaż, dusze po prawej, klątwy za rogiem… a już człowiek myślał, że będzie jakoś spokojniej po tym wszystkim?

Oj, Gudhjem zmienia się w dzielnicę sklepową.

Za to na campingu sporo osób.

Na pewno nie ma tych, co wyjechali do Chorwacji by przyoszczędzić. Tudzież się do takiego zimowego wyjazdu szykują, no ale…

Co do Gudhjem, wracając do problemu, to szczerze, trudno sobie wyobrazić, iż w ogóle ktoś tutaj mieszka. To zaś, co mnie przeraża najbardziej, to ten smród wilgoci i grzyba, pleśni, której boję się paranoicznie… czuć go w sklepach i na ulicach. Czuć go, jak ktoś otworzy okno… coś się tu źle dzieje i gorzej nawet… w porcie znowu jakieś pomieszania  Christiansøfarten, ale może się dogadają. Znaczy, wiecie, jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno o kasę… wciąż można normalnie płynąć na Christiansø, więc boja nie ma, ale co będzie a rok?

Nikt nie chce nawet przewidywać.

Ja na pewno.

Pogoda w weekend była słoneczna… w ogóle ona jesień wietrzna taka, ale jeszcze względnie ciepła, ino ten wiatr i te noce…

Ale słońce wciąż wali.

Deszcz zaś jest słabym przyjacielem. Nie odwiedza, prezentów nie przysyła. Nie wiem… sucho dość, a jednak pleśń, wilgoć dookoła, ale… serio, co się dzieje? A może po prostu jestem przeczulona? Wciąż te rzeki ubogie, morze dziwnie odległe, liście zielone. Nie wiem, połowa października, druga, a tutaj tak…

I jeszcze ten wiatr, zatoki to mi popękają.

Ból jest okropny, szczególnie taki, gdy naprawdę nie da się funkcjonować, a jednak trzeba. Co mówili w skole, że paluszek i główka… niech się odewą ci  klasterowymi bólami głowy cy właściciele wrastających paznokci. I co durni wychowawcy, serio wciąż paluszek i główka… nienawidziłam tego powiedzenia.

Ech!

Może i w miastecku ludzie impreują, ale zwyczajni my, zwyczajnie i wprost nidnie przywitani niesamowitym wschodem słońca siedzimi w pracy. No bo wiecie, się samo nie zaorbi na te rosnące ceny prądu. Poszaleli. Przecież teraz, to wszędzie ino ciemność i zimność. Może dlatego ta wilgoć? W końcu typowy Tubylec załącza varmepumpe w okolicach 20 stopni… jak na potomków Wikingów strasnie są ciepłolubni. No weźcie no. Tutaj polar plunge a w domu jak w piekarniku.

LOL

Ale… żyć trzeba, albo jak ja to mówię, jak kto chce.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżna Anne… została wyłączona

Pan Tealight i Zagubione Plemię…

„Otuleni wciąż przeszłością, może dziwnie zaskoczeni, nierozumieli dlaczego teraźniejszość nie nagina się do ich pragnień, marzeń i snów.

Nie spełnia życzeń.

Nie jest tutaj i teraz, nie odwala większości roboty, w szczególności onej zbędnej, nie pozwala na lenistwo, tudzież… jakoś nie podrzuca pomysłów, jakoś nie wybrzmiewa chwilami i momentami, niby jest, a jej nie ma… przeszłość, która ich stworzyła, ukształtowała, jedyna droga im znana, bo w końcu wszystko nią było. Wszystko. Herbata, ju wystygnięta, kawa i ciastko zjedzone. Pościel wrzucona do prania, uniesienie, które minęło, ale chce się więcej.

I jeszcze…

Tylko przeszłość znali, teraz było tak umykającą chwilą, tak szybko, że nie dawało się go złapać, opisać i poczuć… dopiero, gdy stawało się przeszłością, częścią oddechu i pokarmem dla ciała, jakoś grało.

Istniało.

Było ich częścią.

Dlatego byli tacy zagubieni, dlatego też tak ich nazywali. A oni sami, jakoś nie potrafili trafić ze sobą w jeden borny punkt, w którym mogliby się spotkać i jakoś tak działać… dlatego też rzeźbili i malowali. Tworzyli obrazy z przeszłości oraz wizje tego, co ma nadejść unikając słów teraz, dzieje się, jest…

… wyrzucili je nawet ze słownika.

Jeżeli nie czuli tego, więc po co im było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I jeszcze troszkę…

Nowości!

Mimo onych informacji dobijających o problemach z papierem, jakoś się udało, ale jednak widzę, że jeżeli nie będzie wznowień, to nie zaopatrzę się w całego Pratchetta, Harris czy Anne Rice… tęsknię za jej książkami.

Bardzo.

No więc… po pierwsze mysz w Netto…

A co, wiecie, jedni by ukryli, a inni znowu kurcze, od rau walą karteczkę na drzwi i zamykają go na… nie, nie na godziny, a na dni! Ehm, ale dlaczego? Czy to naprawdę była mysz, czy jednak coś więcej? A może w momencie, gdy tak wiele dziwnego dzieje się na Wyspie, to i to należy wtłoczyć w oną dziwność?

No co… teoria spiskowa?

Może był to wielki zmutowany szczur wychowujący malutkie żółwiki? Przecież u nas jest promieniowanie, wprost namacalne!!! Może jakiś postanowił się zainspirować wiadomym serialem? No co? A szczur gorszy? Na pewno od tego chemicznego żarcia stały się tak wysoko wyewoluowane, że… ekhm…

No dobra…

Już podobno myszy nie ma, ale fasolkę lub groszek z Chin, mrożony, pewno znajdziecie… nie wiem co gorsze… ale, tak serio, to miałam napisać przecież o naszej cudownej Królowej i tym całym pierdolniku, co to nawet ludzie od monarchii wszelakich na Youtubie się rozgadali tak, że aż no nie wiem… Przecież zmiany w monarchii rozpoczęły się ju wiele lat wcześniej, za czasów jeszcze Elżbiety II. Nawet najbardziej mocny w swych ustaleniach i wszelako sztywny dwór Hispanii, też się zmienia…

No ale… zacznijmy od początku.

Tak trzeba…

Królowa Margrethe II, a dokładniej Margrethe Alexandrine Þórhildur Ingrid… no wiecie, wielu imion królowa, w końcu Dania, jeszcze za czasów panowania jej ojca Frederika IX i Ingrid Szwedzkiej miała po swojej stronie Islandię, więc… obecnie imiona dzieci następcy tronu często kłaniają się Grenlandii i Wyspom Owczym, ale, to akurat dłuższy temat. I ciekawy… no ale… Królowa, najstarsza z dzieci jako druga kobieta wstąpiła na tron duński!!! Zaskoczeni?

Margrete Valdemarsdatter, czyli ta pierwsza, zwana Panią Król – Lady King – była niesamowitą postacią i wciąż jeszcze nie znam całej jej historii, ale jak znajdę jakieś dobre opracowania, to się podzielę opowieścią o kobiecie panującej na przełomie XIV-XV wieku… kurde, to musiało być trudne… ale…

Ciekawe czy też miała takie problemy z dziećmi?

Bo nasza Królowa, która ze związku z księciem, Henri de Laborde de Monpezat… zmarłym kilka lat temu, wkurzającym ją podobnie jak angielski Filip Elżbietę, no te same umysły, wiecie, jęczącego, że czemu to ja nie jestem królem… bla bla bla… bo nie kurna! Nie rozumiem co tu jest do nierozumienia!!!

Nie jesteś i tyle!

Takie prawo, wiedzieliście obaj o tym wcześniej, a jednak… podobno nawet się spotykali i gadali o tym, spiskowcy. Jeden uciekał na statek, inny o Francji. Ech, kobiety mają pod górkę, a już jak urodzą im się synowie, z których ten młodszy będzie tak marudny, że po prostu nie da się wytrzymać, zwą go Jęczącą Martą, znaczy Jęczącym Księciem, ale tak mi się skojarzyło… no ale… Królowa Margrethe II synów ma dwóch. Starszy niegdyś golden boy, teraz zdaje się spokorniał, poślubił Mary z Australii i mają 4 dzieci, młodszy żony miał dwie i dzieci też ma tyle samo, czyli 4, o czym pisałam, ale… od tego czasu jak to pisałam Joachim, bo takie imię młodszego lata po gazetach i jęczy, że dzieci mu bullingują w szkole, że on bidulek, jak to…

Zaraz, przecież kasę zabrano wszystkim, a tytuły, nos kurna, ile można wytrzymać szmacenia tytułem poza granicą Danii i to na rynku modelingowym? A tak, dwójka starszych synów postanowiła olać szkołę i balować w ten sposób, wiecie, książęta od reklam = słaba inspiracja dla młodych. Wiadomo, że takie tytuły sprzedadzą więcej… łatwiej… i tak teraz myślę, że może jednak Królowa miała tego szmacenia książęstwa jakoś tak dość… więc tytuły pozostawiono im ino diadkowe, hrabiowskie, kasę zabrano jak trójce starszego syna.

I tyle… i dlaczego Królowa musi się z tego tłumaczyć?

Przecież ludzie tego chcieli, więc dlaczego teraz jęczą…

No i… te dzieciaki, podobnie jak ich ojciec Joachim, mieszkają we Francji czy USA… poza granicami Danii, więc po kij im tytuły? Nie pracują tutaj, a prawo duńskie jest ostre. Jak nie mieszkasz, odbieramy ci zwykły człowieku obywatelstwo, więc… I czy król Karol królowej Karolinie… znaczy, czy UKej też to zrobi? Wiemy już, że zmiany się szykują, ale wciąż ludziom źle?

Hmmm… nie dogodzisz, co nie?

Ale… co się dowiedziałam?

Po pierwse Joachim jest jęczącym upierdem od małego, zawsze był, więc nikogo jego wybuchy nie powinny dziwić, ale płakać na wizji? Rany! A po drugie, podobno kocha się w bratowej… ekhm, inaczej teraz patrzę na Marie… a tak, jego druga żona ma tak samo na imię jak bratowa… hmmm…

… dowodów brak!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagubione Plemię… została wyłączona

Pan Tealight i Niewiadomych Awatar…

„Bała się…

Nigdy jej takiej nie widzieli, a przecież strach nie był czymś jej obcym, abstrakcyjnym dla niej czy niemożliwym do… strawienia. Karmiła się nim, wydalała go i z nim tworzyła, ale ten strach był inny. Namacalny i prawdziwy. Cielesny wprost, ale nie jak Strach, oj nie, ten też się bał… skulony pod stołe czepiał się jej wielkich, puchatych, różowych mdle skarpet, mieszkał właściwie w jednej z nich wciskając się między palce, jak trzeba było… tak bardzo się bał tego innego…

Strachu.

Paraliżującej siły, która zmuszała do zatrzymania się a potem pędzenia gdzieś, gdziekolwiek, robienia cokolwiek, co by tyko zatrzymało myśli, co by sprawiało, iż nic innego nie było ważne, nic, wyłącznie ten pęd, praca, tworzenie, niszczenie, zajęcie, zmącenie, niesłuchanie, niewiedzenie…

To był strach, który nie obawiał się głaskania i tulenia. Wiedział, że jego mocy nic nie zmieni, zdawał sobie sprawę z tego, iż miał swoje pragnienia, swoją przyczynę i następstwa, cieszył go ten cały pęd, cieszyło go ono motanie się ludzi, dziwne niezałapywanie się na chwile spokoju, na one odetchnięcia… uwielbiał na to patrzeć. Po prostu przybywał i wszyscy starali się… niemyśleć… robić wszystko i więcej, by tylko coś innego nie przyszło im do głowy…

Inaczej jednak, ale inaczej niż zwykle.

Byli… jego.

Był jedynym bogiem i panem, ale wtedy pojawił się on, tylko awatar, nawet nie półbóg, czy coś onej masy… awatar…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gråmyr i królewskie problemy…

… oraz strach…

… strategiczny.

Ale od czego tutaj zacząć, kurde, tyle się dzieje, ku transparentności, nie żebym o nią dbała, nikt mi nie płaci, nikt mnie nie sponsoruje, więc nic mnie nie więzi… ale sama dla siebie zanotuję, że jest popołudnie późniejsze, no i mamy czwartek. Czyli trochę dni wstecz. Wiecie, nigdy nie wiadomo, kiedy to wszystko szlag trafi… naprawdę zaczynam się czuć jak te wselakie dzieciaki w apokaliptycznych filmach wyjebujące wszystko w powietrze, wreszcące, slag to i chlejące piwsko cy co tam… PS> Polecam kinematograficzne szaleństwo o tytule: „Ewolucja”. Film stary, ale kurde, ona poprawność w niepoprawności politycznej… i wciąż nie wiem czy to ino reklama, czy jednak też i film, czy jednak… z drugiej strony…

No chodzi o statki.

Wojenne, porządne statki, srebrzysta ona, niesamowita flota Królestwa Danii, stanęła u wrót Østersøen.

Tia, znaczy po polskiemu to stanęła na Morzu Bałtyckim, ale wiecie, po naszej stronie, no bo przecież te sabotaże i tak dalej. Wiem… pisałam o tym wcześniej, problem w tym, że wtedy tylko pisałam o tym, co widzę, a teraz już jest oficjalnie. Oficjalnie też prypomniano o strategicznym położeniu Wyspy, ale nie bójcie się, nie, jeszcze nic nie robimy, jeszcze… JESZCZE?!!!

To jest najgorsze, co można rąbnąć.

Chcę na Północ.

Bo prawda taka, że jak coś jebnie, to mamy małe możliwości ucieczki, nosz kurna trza było się uczyć chodzić po wodzie, w końcu jak Jezus był człowiekiem, to jak każdy z nas ma onego pierwszego przodka, więc jesteśmy spokrewnieni, więc… primo voto i tak dalej, każdy umie chodzić po wodzie?

Dedukcja level hard!

Po prostu się boję… jak wtedy, gdy w stan wojenny wywieźli mnie do Babci… wyczuwało się strach, nie wiedziałam o co chodzi, ale czułam jak on mnie otula, materializuje się i przemienia w duszący koc…

Ale…

… poza tym zwyczajnie postanowiłam to olać i pójść w las.

Problem mamy taki, że widać, że drzewa znikają. Jak tak dalej pójdzie z cenami prądu, to pewno drzewa znikną i tyle z onej ekologii. No sorry, przecież tutaj nikt długich gaci nie założy. Ale… co ja tam, sama marznę sobie, bo na to mnie stać. Na marznięcie. Na szczęście są grube skarpetki i jeszcze koce…

Ale… jeśli chodzi o naszą Szarą Mrówkę, to zszokowało mnie jedno – kompletna susza. Poziom wody w bajorku bardzo niski, wsystko zarosło, ale widać, że na horyzoncie drzewa zniknęły, jakby nie wiem, patrzysz są, potem patrzysz znowu i ich nie ma… no i tam, w onej zarośniętej atmosferze, która okazała się być chwilowo deszczowa, zaskakujące, znaleźliśmy dwa borowiki, prawie dwa kilogramy skurcybyki miały razem. No w życiu takich gigantów nie widziałam…

A człek nachodził się na grzyby i jagody, oj tak!

Traumatyczne to odrobinę…

Mniejsza…

… w onej lesistości ludzi niewiele, raczej jeszcze zielono, raczej jeszcze tak świeżo, małość wodna odbija błękit nieba, liście lilii wodnych, jakby nierozkwitniętych… liście dziwnie mniejsze, jakoś tak…

Cicho.

Gdzie żaby?

Czy plotkują o Królowej? My w następnym odcinku!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niewiadomych Awatar… została wyłączona