Pan Tealight i Jedna nóżka…

„Zwykle pojmowało się je jako parę.

Czasem ktoś narzekał, że jedna dłuższa, ale to i tak w związku z oną drugą, która jakoś jej nie dorastała, albo jakoś tak ta pierwsza zmalała czy coś, więc tak, były jednością, jak uszy czy dłonie… wszystko, co parami występowało. Wszystko, co zwyczajnie miało się razem, co chciało występować podwójnie…

Ale nie do końca widać wszystko…

Bo ona chyba nie.

Tak stała koło wideł z czerwoną rączką, wiecie, tych Wideł Wiedźmy… wideł, które wiele widziały i w wielu miejscach były, wszelako wszystko słyszały i wszystko zapamiętywały, a co więcej, no właśnie, same potrafiły też puszczać w eter różnorakie informacje i skomlikowane opowieści. Ale czy z tego towarzystwa były zadowolone, Pan Tealight nie był pewien. Wprost chyba przeciwnie, ale jakoś wolał nie podchodzić, tam, pod śliwkę… gdzie coś się zaczynało kłębić…

Coś, nie ktoś.

Ktoś stał obok niego i podobnie się dziwiło ono ktoś.

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane miała zagwozdkę i wcale nie paliła się o jej rozwiązania. Z jednej strony taka noga, to wiecie, oj tam, może się przydać, do wymiany, czy coś, ale z trzeciej strony, pomijając drugą, o której lepiej nie mówić… no mogła zacząć wonieć.

Mogła…

Albo co gorsza, kogoś przywołać, bo niektórzy lecieli na nóżki, a już na stópki to leciało ich tak wielu ostatnio… podobno, Pan Tealight w końcu zajmował się ludźmi wyłącznie hobbystycznie, więc… nie wiedział wszystkiego.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Kurcze, chyba już dawno tak nie było żeby nawet promy się pochowały. W końcu jest Anker, wielki i ciężki, wiecie tam z żelaza i stali, a nie jakieś auminiumy, znaczy, nie żebym się znała, ale jest takiej starszej formy i prezencji, więc… to on zwykle w stormy wypływa, ale tym razem zatrzymali go dłużej, no i… wynik tego taki, iż i tak będie bujało, ale wiecie, jakby ścisną dwa kursy w jeden, znaczy cztery w dwa, jakoś tak, czy inaczej. No będzie się im opłacało, chyba… ale to dziwne, że nawet on został zatrzymany w porcie na te kilka godzin, przecież…

No mniejsza, miejmy nadzieję, że znają się na tym, co robią?!

Miejmy?

Promy kursujące między Wyspą, a resztą świata, czyli Koge i Ystad, to katamarany. Lekkie, szybkie, wiecie, siadasz i ma być po prostu ino o kawce i dotarciu z punktu A do B, a jednak… ech, wciąż te sny o Pomeranii… wiem, wiem, wiem, jest już w formie żyletek, ale jednak… jakoś tak.

Ech… sentymenta!

Fale jednak będą wyższe niż zapowiadali, wszystko na zewnątrz lata, dziwne dźwieki, trzaski, stuknięcia, pukania… nie moja bajka, a jednak, moja jakoś. Tylko ta inna. Innej mniej, która… wie, że trzeba wiąć leki i po prostu to przeczekać. I już. Nie da się inaczej, chyba, że wiecie: na Dorotkę?

No co?

Ino gdzie mój Toto?

Byliście kieyś na promie, tudzież na różnych promach podczas sztormu?

No więc byłam.

Ja we własnej, dziwnej osobie, durna taka, na początku myślałam, że przecież duży, wielki właściwie statek, to mnie nie wybuja, ale leki miałam i ocywiście… bardzo szybko zmieniłam zdanie na takie, by brać je zawsze przed wyruszeniem w morze. Po prostu. Z czasem/wiekiem wcale mi się nie polepsza stan błędnikowy, więc…

Przeżyjemy to jakoś.

Ale utoksykowani!!!

Bez urazy, ale nie będę się męczyć, bać idiotycznie, miotać się niczym w grypowej gorączce, pocić, próbować wydalić z siebie wnętrzności, nie, to nie dla mnie, a tak… popatrzy se człek na zielonych ludzi, pewno że widok niezbyt miły, ale jednak, jakoś tak, no szkoda mi ich, ale wybrali tak. Pamiętam, że za pierwszym sztormowym razem, na Pomeranii, co to jest już żyletkami, a była taka piękna i pływała między Polską a Bornholmem, więc wtedy, onego czasu, dnia, sztormu… wiecie, mieliśmy kajutę, ot szalone doświadczenie, prom płynął wtedy kilka – 6? godzin, więc można się było i wykąpać i coś zjeść i przespać… no więc raz bujało, a sala jadalniana była na czubie, gdzie wielkie okna ukazywały one fale i dziób w dół i górę, górę i dół i znowu góra dół…

I wiecie…

A ja tutaj te frytki.

Wtedy to nauczyłam się, że woda tak, ale nic poza tym nawet jak jesteś na lekach w przypadku pożądnego sztormu. No sorry!!! Na szczęście człowiek jadł tuż przed wysiadką, więc… jakoś przetrwałam.

YAY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jedna nóżka… została wyłączona

Pan Tealight i Stary Kucharz…

„Stary był i to było widać, ale że kucharz… Pan Tealight bardzo długo patrzył na niego z dziwnym niedowierzaniem… no wiecie, suchy, jakiś taki szczupły bardzo, kościsty, jakby jakiś wysuszony kurczak, wiecie, oblepione gnaty skórką, niczym rąbana mumia, więc jak to kucharz? Dla takich suszonych? A może specjalista od wszelakiej niejedzeniowości? Może w onej współczesności właśnie o to chodziło?

Może właśnie od tego był?

A może zwyczajnie miał truniejszy okres, się pochorował, czy coś, no przecież to każdego może dopaść. Zupełnie i w ogóle. Może należy dać mu szansę, w końcu papiery miał i to francuskie, azjatyckie jakieś i jeszcze w języku, który naprawdę nie był zrozumiały dla nikogo, póki nie podłączyli tego do prądu…

I wtedy to zaśpiewało.

Ale wciąż, jakoś tak, wciąż po prostu nie umieli mu zaufać… nawet jak zbudował sobie kuchnię, tam, pod złamaną sosną, obok wezbranej rzeki, która karmiona ostatnimi ulewami i wichurami rozbrykała się i tańczyła tak jak jej głazy i piaski grały. Po prostu w końcu miała w sobie wodę.

Oj miała!!!

I nie chciała jej oddać nikomu.

Ale z nim chyba jakoś się dogadała, bo miał się gdzie umyć, miał z kim pogadać, a zapachy z jego kuchni, oj tak… choć wyglądało to jak mocno obalona rura bardziej, wycięta z jednej strony, z dobudowanym, drewnianym paleniskiem, kamiennym kominem, wysoko, niknącym wprost w niebiańskich ostępach, ale i dziwnymi dziurkami w nim, które jakby… odychały… jakby otwierały się i zamykały, niczym skrzela…

Jednak te zapachy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Chory człowiek patrzy na świat inaczej…

Na przykład wkurza się, bo nie może iść wysadzać cebulek, a kurde już można… ciepło. No i się wkurza, nie dlatego, iż nie może się doczołgać do rękawiczek i spodni, wiecie, do szpadla i tak dalej, ale pizga na zewnątrz i duje i leje tak przeraźliwie, że mnie to zaczyna przerażać. Naprawdę. Nie wiem dlacego, ale wiatr z pewnej strony jest jakiś taki, araz, to chyba wiatr z zachodu…

Hmmm…

Wiedźmą, to ja chyba jestem z Północy Środkowej, z Mniejszego Krańca Świata, ale dokładnie tak się określić… nie, nie określam się. Postanowień noworocznych nie mam. Pragnienia, marzenia, tudzież raczej, w moim języku: to ma się wydarzyć, bo tak, bo jak nie, to się kurna tak wkurwię, że…

No… i wtedy to się zdarza.

Bo umiem się wkurwić tak, że aż grzmi.

Poobno nawet piorunuję oczami, no ale… nie będziemy sprawdzać, wiecie, lepiej nie, co jeśli inni mają rację? Wiecie, ci co to widzieli? Hmmm… z lustrem bawić się nie będę, naprawdę. Oj nie! Tam się coś wypowie ze trzy razy i to wyłazi jak dziewczynka z telewizora… a jak się nie ma telewizora, to wiecie, z komputera, laptopa czy nawet telefona wylezie, podobno…

Booo!!!

Ale… nie o tym chciałam, chciałam o tym, że coś nas złapało.

Pierun wie co, bo to w dzisiejszych czasach wiadomo, raczej się cierpi i to wszystko. Nic poza tym. Chowaniec pracuje z domu i tyle. Już nie można se pochorować, tak wiecie, na płasko… no dobrze, kiepska w tym jestem, ciągle gdzieś mnie nosi, serotonina mnie męczy i po prostu jakoś tak, jakoś tak naprawdę chciałabym wysadzić te cholerne cebulki hiacyntów, które to oczywiście nabyliśmy w celach kwiatowo-dekoracyjnych, no i teraz mają iść w trawnik, na za rok, coby pięknie było…

Wiecie.

Ale… to może poczekać, oczywiście, moje smarki ważniejsze i bóle wszelakie i jeszcze oczywiście te całe trolollololo… ale te cebulki. No zwyczajnie, nie lubię bałaganu no!!! Kurde!!! Nie znoszę!!! A tutaj poświąteczne pierdołki do pochowanie, a choinkę naszą całoroczną trzeba przestawić już na raczej nieświąteczną, ale jednak, jednak jakoś tak… w połowie roboty człek nie może oddychać i już…

Koniec.

Nagle do niego dociera, że jednak jest chory, ale trzeba robotę robić.

… więc może wolniej?

Pół choinki dziś, pół jutro? W końcu to nie prawdziwe drzewko, prawdziwe kupujemy w lecie lub na wiosnę, wtedy, kiedy to wiadomo, że większa jest szansa ich na przeżycie i izie do ziemi, a nie teraz, jakoś tak… okay, małe w doniczce mieliśmy, ale to nasze, to takie drzewko, co ma lampki i co jest lamkpą…

Fajnie na nim zabawne rzeczy bimbają się.

I można je mieć cały rok!!!

A na zewnątrz apokalipsa, a na ulicach nikogo… fajnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stary Kucharz… została wyłączona

Pan Tealight i Mechanik Umysłów…

„To było chyba w nim najdziwniejsze, wiecie, takie uderzające od razu, jakoś nie zaskakujące klapkami w umyśle, jakoś tak, smęcące, że ale dlaczego on tak i czy zawsze tak, a może to model specjalny, czy fashion taki?

Mechanikowy?

Bo miał na sobie kombinezon, razem z pasem, za którym powsadzane miał zwyczajne klucze, te takie obcojęyczne jak francuski, czy ten zaciskowy, jakieś wkrętaki, jakieś młotki, no rzeczy, których używał zwykły mechanik czy monter, do tego skrzyneczka, w której masa śrubek i nakładek, do tego jeszcze te plamy z oleju. I włosy, jakby je dopiero napędowym popryskał i grzebieniem przeczesał, bo miał go: w prawej, górnej kieszonce… miał, czerwony taki, spory nawet, ale o cienkich ząbkach…

Cienkich, wrażliwych, ale ostrych ząbkach.

Jadowych zapewne… w końcu tutaj nic nie było takie, jakim się wydawało.

Ani on, ani jego narzędzia, ani to, co o nim myśleli, jeżeli w ogóle pozwalali sobie na jakiekolwiek myśli, gdyż w końcu był tym od nakręcania umysłów, od luzowania ich, w sobie tylko znanych miejscach i oliwienia, wszelakiego nastawiania, przestawiania, dociskania, doklejania nalepek z ważnymi datami przeglądów, czy też dawania ostrzeżeń, co do złego prowadzenia i oprowadzania się z onym urządzeniem.

Mózgowym.

To on wiedział gdzie puknąć, gdzie nie pukać, w ogóle, a gzie naprawdę lepiej było nie pluć i wsadzać paluchów…

Wiedział, a przynajmniej taką mieli nadzieję, gdyż…

… nie wyglądał, ale mówią, że nie powinno się po wyglądzie oceniać, ale jednak, jeśli nie po wyglądzie, to kurcze w jaki sposób mieli osiągnąć i mieć ten pierwszy i ostatni zapewne, oka rzut? W końcu to on miał ostatnie zdanie…

Zapewne?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zauważyłam, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy naprawdę wraz z pierwszym stycznia zyskują jakąś dziwną nadzieję, plus tysiąc do pewności siebie, wiecie, mają te plany i tak dalej, rozpisują sobie listy, szykują się na to czy tamto, podsumowania robią, wyciągają jakieś wnioski…

… nie wiem, szaleńcy…

Jakby się nie nauczyli poprzez poprzednie lata, że serio nie warto. Wróć, właściwie nie powinno się sobie tego robić, bo potem jeszcze bardziej boli, jak się po dupie dostaje. To zwykły kolejny rok. Dzień z dnia poprzez noc przechodzi i tyle… jak wczoraj, jak jutro, no chyba że nas w końcu ta apokalipsa dojedzie to wiecie, inaczej pewno będzie, ale na razie… no zwykły dzień, więc jak?

Dlaczego?

Co ćpają?

Ale… to a nich pewno wydają te kaledarze i tak alej. Chociaż, przyznaję się, że sama sobie nabyłam, w charakterze notesu taki, jeszcze w zeszłym roku, ładny był i na przecenie, no co? Niebieski! A pisać w czymś trzeba, to dlaczego nie? Ale nie znajdziecie tam goalsów na 2023. Nie. Dlaczego? Bo wiem czego chcę i wiem to od jakoś dawna. Jakoś tak bardzo dawna. Nie potrzebuję mody, coacha czy czegoś w ten deseń, a tych naucycieli życia to się namnożyło… ja pierdziu, u nas to po prostu jak one grzyby… a wiecie, pada od wielu dni, więc się mnożą… może przez pleśniowe sprawy?

Nie wiem…

Nie wnikam.

Unikam!

… więc coachów nie chcę, onych rad, że trzeba sobie jakieś mapy marzeń rozpisać, też nie chcę. Bo wiem, co chcę. Oj, aż za bardzo, nawet w jakim kolorze, chociaż co do tego, to wiecie, raczej można się jeszce dogać, ale ogólny zarys… kurde no, patrząc na siebie z onej przestrzeni lat, to szłam przez cały czas onym torem, z jednym zawirowaniem, ale ono musiało być, może zbyt wiele bólu, ale na to często nie miałam wpływu, więc nie trza się biczować, olać to…

Wykorzystać rzucając onym przemądrzałym mordom prosto w nosy, pewno chirurgicznie poprawione, niech się zadziwią…

Jestem.

Mam.

Nie mam… ale wiecie, to jest na liście, a tak, mam taką listę jeszcze z czasów spred internetów, czego chcę, wiecie, onych marzeń największych i takich mniejszych, by pamiętać, a potem może i wymazać… zmienić zdanie, bo co do onych pobocznych spraw, to zawsze można je zmienić.

Właściwie…

Ech.

Wiadomo, że cozienność rzuca w nas bobkami i to nie takimi suchymi, ale tymi, co się rozbryzgują i cuchną, ech, antybiotyki, czy co… szparagi w moczu? Erm… TMI. Chodzi mi o to, że świat i tak jest nieprzewidywalny, więc zawsze trzeba być gotowym na to, iż by spełnić marzenia, tra będzie iść po trupach. I modlić się o to, by były już zeschnięte, bo takie miękkie, nie no, padlinka wali mocno! Wystarczy po lesie się przejść i poczujecie. Wystarczy… no dobra, bez obrazowości… chodzi mi o to, że tak wielu zdaje się podążać drogą cudzych marzeń…

I nie rozumiem tego.

Cudzych nosów, cudzych rysów twarzy, figur i zachowań, mimiki, mebli, kolorów, szat, w które się odziewają…

No zero zabawy w tym świecie i wyjątkowośći! A tego optymimu noworocnego nie kupuję. Schowajcie biały proszek i powiedzcie prawdę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mechanik Umysłów… została wyłączona

Pan Tealight i Nowakasa…

„Była nowa, była wszelako mądra tak wiecie, mądra w matematykę, liczyła na palcach, no tych, których miała… właściwie tak patrząc pod światło dnia zimowego, czyli raczej kiepskie, szarawe i umysł męczące światło, ale jednak nadmiernie ciepłego i mokrego… zdawała się z nich składać, choć poza świałem wyglądała raczej jak zakonnica we włochatym habicie, który się poruszał tak, jakby tworzyły go gromady gryzonii, których nie chcesz mieć w domu…

Na dziko.

Albo co gorsza, odciętych paluszków, wciąż żywych, poruszajacych się, a każdy z nich odziany był w swojego zimowego kondoma.

No cóż… każdy ma swoje.

Ona miała paluszki, i to wszędzie, gdyż liczyła i to mocno. Była w końcu nową kasą Wszechświata. Nowakasa miała na imię, tak, ku ułatwieniu innym odnalezienia się w tym 2023im i była przemiła, ale też od razu przechodziła do sedna sprawy i chciała za wszystko rachunek.

Co czasem było kłopotliwe…

… szczególnie tutaj, gdzie pewne interesy zachodziły pomiędzy wymiarami, pomiędzy niewidocznymi, pod welonami, nad bramami, w wykopach, przestrzeniach całkowicie podziemnych i jeszcze…

No wiecie, nikt ze sobą fiskalnej nie nosił.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kapie z nosa…

Mięśnie bolą.

Właściwie, to zastanawiam się, co mnie nie boli. Nawet obcięte paznokcie bolą, chcoiaż to u mnie norma, jakoś tak obcinanie paznokci czy włosów mnie boli, tak wiem, nienormalne, ale nigdy z normalnością nie miałam wiele wspólnego. Wprost przeciwnie, ale po co tam straszyć ludzi, wiecie…

No więc cłowiek chory…

Niby nic dziwnego, z tego co słyszałam, w Europie ludzie chorują, ale u nas to jakoś tak nie jest źle… oczywiście, że można sobie zrobić test, ale wybaccie, nie stać mnie. I tak nigdzie nie wychodzę, a jak już, to morze, kamienie czy drzewa gdzieś mają moje mikroby. Chociaż, może je lubią? W końcu nie wiadomo jak to wszystko działa. Niegdyś, gdy chorowały kasztanowce i przepowiadali ich upadek, co się nie wydarzyło, to wiecie, mówili, że to też się na człowieka może przenieść i jakoś tak… jest w tym jakowaś logika, w końcu jeśli grzyb, to spory się mogły unosić wiatrem i pod drewm stojąc na przykła mogłeś coś w płucka wepchnać… więc może i jest odwrotnie?

No nie da się przecież nie oddychać.

Nie da się!!!

Ale… podobno wszyscy chorzy, ale głównie to infekcje płucne, odechowych dróg i górnych i dolnych i tak dalej… więc chyba racej nie to, bo oddycham. Raczej wszystko mnie boli. Nadal czuję pewne sprawy, więc to nie TO. A nawet jeżeli, to czy ono TO wciąż jeszcze jest popularne? Bo co jakiś czas dobiegną mnie wieści, że nowy wariant, pomrzemy, i tak dalej, kolejny booster, ale jakoś tak, no wiecie sami…

A może to przez Wyspę?

Odległość, oddzielenie, separacja… morze.

Ale…

Jako człek niewiedzący co się w świecie dzieje na własne życzenie, jednak wpadłam oczywiście na ścieki dotyczące onej pary królewskiej niby co to w USA siedzi. Oj wiecie, Harry i Meghan. I po prostu… nie wiem co gorsze, ten pesnis, stallion, 25, czy jednak to, iż każde słowo sprawia, iż oskarżani wydają się być jeszcze bardziej mili, ludzcy i normalni, no weźcie no… koleś, jak najeżdżasz na brata, to nie mów, że robi to z miłości do ciebie, albo, że wyśmiewałeś jego łysinę!

Ale…

Widać w trech rodzinach królewskich ostatnio pierdolnik.

U nas wiadomo… Joachim, czyli zwany tutaj jęczącym księciem osobnik, którego dzieci nie mają już tytułów, bo zrobiły z nich rąbany merch. No weźcie no, chcesz być modelem, okay, bądź sobie, ale nie dlatego, żeś książę… teraz możesz być byłym księciem, chociaż, wróć, taki już był, jest?

Pytacie co z trzecią rodziną…

… a oczywiście chodzi o Szwecję i chociaż tam ono przejście z opłacanych na zwyczajnych przeszło łatwiej, zostali zresztą księciami, ale to wciąż dzieciaki, więc jest na co czekać… więc nie o to chodzi, nie o tytuły, nikt nie łka, a przynajmniej łkają niegłośno… za to król, oj tak, podobno postanowił rzucić bombkę i walnął, że Szwecja powinna mieć króla. I że władcą winien być jego syn… hmmm, szkoda, że biedna Victoria, od lat odwalająca brudną robotę, to usłyszała, naprawdę, bo tyle, ile ona roboty w to wszystko wkłada, to się Harry’emu nie widziało.

Czasem to sobie myślę, że te chłopy w rodzinach królewskich to serio…

Niewypały.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowakasa… została wyłączona

Pan Tealight i Sklepik z Wątpliwościami…

„Podobno mieli otworzyć jak tylko sezon na Turyściznę się zacznie.

Podobno wystrój mieli mieć co najmniej szalony, nie chcieli się ograniczać, w ogóle. I podobno będzie tak, że wszyscy się zaskoczeni poczują i jeszcze mogą popuścić. Lepiej nerwowi niech nie przychodzą, oraz ci, co wszelako padają i drgawki mają, bo podłoga ma być z mozaiki, ale lekko wrażliwej na dotyk, więc niech jej nikt ino nie podrapi… wiecie, naprawdę. Naprawdę zadbali podobno o wszystko. O oświetlenie, o wszelaką muzyczność i półeczki, o foteliki, oprawę kwiatową i prezenty, czy też podobno napoje, no wiecie, napoje mają też być…

Chociaż może tylko pierwszego dnia?

Kto to wie?

Na razie to przecież tylko i tak jakowaś ichnia, choć bardzo wszystkim opowiadania, wyskokowa wizja, jakaś obietnica, właściwie może i wątpliwa w tych czasach onej niepewności wszelakiej, podwyżek i braku materiałów, no wiecie, nie ma nawet czasem okien czy drzwi, ale może ich nie będą potrzebować, w końcu wietrzenie i wentylacja dla wątpliwości ważna.

Ale mieli mieć zamiast okien, kilku, nie wszystkich, kalejdoskopy… więc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… chciała tam robić zdjęcia, chciała się tam dostać, chciała aż za bardzo.

Chciała…

Jednak, czy w ogóle bęie jej dane? Pan Tealight miał wątpliwości…

… w ogóle był nimi ostatnio wypełniony aż nazbyt po dekielek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Bogowie, co z tym czasem?

No weźcie no!

Człowiek się nie zdążył jakoś tak otrzepać w onym czasie nowym, a tutaj już prawie wa tygodnie? Naprawdę? Ale kiedy to się stało? Jak to? Rozumiem, że czas sobie płynie i tak dalej, masz go łapać, wołać, gonić za nim, zatrzymywać… nie wolno ci się pomarszczyć, zestarzeć, bo od razu hejt…

Nic nie możesz z czasem.

Wróć, możesz go olać…

Na dodatek ta pogoda… dziwne, jakby przesączające się przez piaski wielkiej klepsydry światło rozciąga się nad Wyspą i nie wiesz, czy poranek to czy wieczór, czy jednak coś, czego nie a się nazwać, określić. Brzoskwiniowatość tego odcienia powinno uspokajać, przypominać letniość wieczorną, kiedy to rozmawiało się, lub wprost podsłuchiwało wyłącznie starszych… i jednocześnie pożerało się tony owoców. Niemytych, zerwanych dopiero z drzewa.

Dziwnie bezkarnie…

Ale nie, ono przeraża.

Jakby pochodziło z innego świata. Do tego jeszcze mgła i deszcz, który jej nie rozburza, gdyż ona zdaje się być czymś większym, silniejszym od niej. Mgły, która potrafi się ucieleśniać, ale jednak, nie… tym razem się poddaje, daje się oświetlić, pozwala sobą manipulować, ale nie rozbić…

Roztrwonić swej ściany na mniejsze.

… więc olać czas.

Brać dzień za dniem, nawet z tym światłem, zimą za ciepłą, snestormem obiecanym, który nadszedł, ale jednak nie pozostawił Wyspy pokrytej białą pierzynką. Z wiatrem, który zdaje się ciągnąć od prawie dwóch tygodni, jak nie dłużej, i jeszcze, te wszelakie kłody pod nogi rzucane przez kolejne podwyżki…

Tu zawsze było drogo, ale teraz…

Obniżka ceny masła i już kolejnki.

Każdy bierze tyle, ile mu pozwolą, kitrasi to w domu, ale na dobry chleb, taki z piekarni, nie ono białe gówno, to już niewielu stać. Musisz wybrać, to czy coś innego. Jeść, czy nie jeść. Grzać się czy jednak… nie do końca rozumieć co się ma i czego się już zostało pozbawionym?! 

Pada od tak dawna, że człek zapomniał już jak to jest spacerować…

Tak po prostu.

Oj wiem, że przecież można się ubrać, ale po pierwsze na ciuchy mnie nie stać, a po rugie, jak leje, znaczy, że leje jakby wiadrami pizgali, do tego wiatr, szarość, zakręcisz się, poślizgniesz, nikt twego głosu nie usłyszy, zresztą, czy w ogóle chcesz by usłyszał. Ten świat stał się tak bardzo bolesny i beznadziejny, że pozostanie w onej chłostanej zmianami przyrodzie zdaje się by wyjściem najlepszym. Zamienić się w oną podstarzałą nimfę czy jakąś wodniaczkę inną, przylepić do drzewa, wrosnąć w nie… niech mnie połknie, a wszystkie zmartwienia odejdą.

A jednak jakoś się będzie, nawet jak… zetną…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sklepik z Wątpliwościami… została wyłączona

Pan Tealight i Pocieszajka…

„… i pół kilo mąki, piętnaście jaj, mak, koniecznie biały i czarny w mniej lub bardziej równych proporcjach… do tego oczywiście prosek do piecenia, trochę mąki, cukier, ale cukier cukier, nie jakieś zamienniki i odrobina miodu koniecznie z pyłkiem i wszelaką pszczelą magią…

I czekoladowe kawałeczki.

Ale takie z nadzieniem. Z czekolad wszelkich: mlecznej, czarnej, białej i brązowej, i jescze odrobina serka waniliowego. A może i więcej niż odrobinka. Bo dlaczego nie? Zrowy taki serek, białeczko się ma w sobie potem, no i waniliowy, a nie jakieś poróbki, wiecie… I trochę procentów do tego, ale najwyższej jakości, w końcu nie chcemy by od razu uciekły. Niech się trzymają innych składników onymi łapkam, jak to na chemii tłumaczyli dlaczego H2O jest takie a nie inne…

… pamiętacie?

I wszystko apiec, a potem, na wierzch koniecznie gruba, chrupka, ale miejscami i lejąca się… polewa z gorzkiej czekolady.

I takie paćki ze śmietany i może miseczka śmietany bitej mocno, ale wiecie, po zgodzie, nie że lejecie tę śmietanę, a ona płacze, nie, tak to masło wychodzi, tę śmietanę bić należy umiejętnie i uważać na czas, gdy poda hasło. Wiecie, to słowo, które winno wszystko przerwać, gdy trzeba odpuścić.

I już.

I tak niektózy tworzą Pocieszajkę, ale wiecie, nie każdy, w końcu każdy z nas inny, czyż nie? Inni idą do sklepu po flaszkę i ciastka, czipsy, czy inne spożywcze wynalazki, a jescze inni idą na zakupy wszelako odzieżowe tudzież ino idą w torebki albo buty, albo na przykład w książki, czy tak zwane stationery.

No wiecie, notesiki…

A jeszcze inni…

Siedzą na brzegu morza, w wietrzny dzień i patyk moczą… ale seryjny patyk, nie że rybki chcą ukrzywdzić… kay ma coś swojego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niebiańskie grzechy” – … oj. Ech. No tak… erm… dobra, przyznaję się, że pomijam te sceny. No wiecie; TE SCENY. I tak, erotyka w filmach mną miota, czerwienię się i tak dalej… w książkach tak na mnie nie działa, ale cała masa erityki, dziwnie wymuszona, chociaż logiczna jeśli kogoś opętało on ardeu… ale jednak, bez urazy, a treść!?!

Jakaś przygoda?

I tak, w poprzednim tomie nastąpiły pewne szczególne zmiany. Ktoś się fochnął, ktoś zastąpił jego miejsce, ktoś inny nowy… no wiecie, to jest jednak cykl i trzeba czytać od początku, ale jednak premiana naszej głównej bohaterki z prawie zakonnicy w sypiającą z wieloma, pijąca krew… nie do końca wiadomoco…

Ech.

Trudno za tym nadążyć, ale jednak, doceniamy ewolucję. LOL

Tym razem w mieście pojawia się ta, która wszystko zaczęła. Moc uczłowieczona. W osobie dziewczątka… hmmm… jak to będzie? Czy Animatorka winna od razu ją zaciukać, czy jednak nie wolno, bo przecież te wampirze prawa i ludzkie prawa dotyczące wampirów i jeszcze… ech, nie wiem, ale kiedyś życie Anity było łatwiejsze. Kurczak czy koza, krąg, strzelba…

Wiecie…

Jakoś tak mało pracy więcej problemów z łakami… robi się nudnawo. Robi się z jednej stronie logicznie i skomplikowanie, ale jednak, jakoś tak… nie wiem, po prostu chcę czegoś więcej. Bardziej mniej pseudo romantycznego, a bardziej opowieściowego. Bardziej magicznego… bardziej…

Okay, przyznaję, ta książka mnie nie uniosła i to w żadnych rejonach. Ale zawsze to jakaś rozrywka… ciekawa jestem, czy wydawnictwo bęzie ryzykowało wydanie kolejnych tomów  serii. Bo są. Rozumiem, że w tych czasach to ruletka, ale jednak, ech, trochę to dziwna klasyka… wiecie… jedna z pierwszych i jakoś chciałabym się dowiedzieć co będzie dalej. Co było… i czy się zakończy? Czy „Smolder” będzie/jest ostatnim tomem. Mimo wszystko cłowiek się przyzwyczaił…

Szarość, szarość, szarość i jeszcze więcej szarości pod szarością przykrytą szarością i imieniu onej szarości wydająca szare rozkazy szarym żołnierzykom o szarych minach, w których głowach ino szare myśli w szarej mgle się kłębią… z szarej mgły wynurzają i w szarych wodach kąpią, szarą szczoteczką szare zęby myjąc, szarymi paznokciami drapiąc szare rany, gdzie szare strupy już się narodziły…

… z szarości.

Był taki dzień.

Niby sztorm jak sztorm, gdyby zamiast zacinającego, przerażającego ogromem wody deszczu był śnieg, byłoby pięknie, ale… nie jest. Jest przerażająco. Jest a duo, zbyt wiele i nie, nie chodzi o brak słońca, bo akurat to lubię, nic na to nie poradzę, iż mroczne jakoś e mnie stworzenie, ale jednak…

To ducie… po prostu bóle głowy od 10 dni to zbyt wiele!

Nawet dla mnie.

Zbyt wiele tego dźwięku, onej dziwnej niesubordynacji pogodowej względem pory roku. Ciepłości, ale i zimna, które zakrada się i szczypie człowieka w zadek. Jakoś tak. Niby cieplej, a jednak zimniej.

Niby zima, a przecież nie widać, nie czuć…

Dziwnie tak.

Czasem człowiek wsłuchuje się w ten wiatr zbyt długo, zbyt mocno, zbyt… oddaje siebie naturze, onym żywiolom, które tak naprawdę zdają się być ucieleśnione. Rozumiejące co myślisz, a może nawet, karmiące się twoimi marzeniami, myślami i sekretami… podglądające?

W końcu, czego można być pewnym, jak wciąż wieje i wieje.

Cały świat, cała dookolność zdaje się być wypełniona dźwiękami, które burczą, trzeszczą, chłostają powietrznymi biczami, bawią się kroplami, wciąż gonią jakieś liście, które zapomniane przez jesień wcią jeszce… istnieją.

Są.

Nie ma spokoju.

Nie ma uciecki… nie można założyć słuchawek, znaczy może i można, ale podmuchy czujesz. Jakby cała Wyspa poruszała się w ich rytmie. Jakby ktoś ją tulił, ale ile można znieść onego tulenia? Ile onych kołysanek, uspokajania czegoś/kogoś, co nie chce być spokojne. Bujania i miętoszenia…

… rozdrażniania…

Tak, wiatr przynosi ze sobą i rozdrażnienie.

Czasem… a czasem tylko dziwne milczenie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pocieszajka… została wyłączona

Pan Tealight i Książka…

„Pojawiła się na plaży…

Może zmieciona z pokładu jakiegoś statku, może zagubiona w podróży, może wyrzucona, bo kogoś przeraziła, może jednak ukochana, zagubiona… moe ktoś za nią tęsknił, chciał przeczytać raz jeszcze, albo ją nienawidził i naddarł specjalnie 34 stronę, bo… nie mógł już więcej, po prostu nie mógł… ale jednak, teraz, jak jej nie było wyrzucał siebie, iż przecież mógł spróbować raz jeszcze… W końcu to książka. Nie zwykły przedmiot, nie film, nie piosenka bez refrenka, ale książka.

Symbiotyczny związek liter i drzew.

Cud narodzin.

Osobowość, która ucieleśniła się pomiędzy okładkami. Okay, przy pomocy autora, oczywiście, ale jednak, jakoś tak… on to coś bardzo pobocznego… coś bardzo dziwnie nieistotnego, jak już słowa są na drewnianych stronach, jak już wszystko jest zamknięte, zszyte, sklejone, dorzucona okładka…

Może i z babą z wielkim cycem, ale jednak…

Książka.

A ta, wydawała się być jedną z tych bardziej specyficznych. Z oną skórzaną okładką, z tym zamknięciem, chyba brązowym, no może to były mieszane metale, ale ten kamyczek to na pewno nie był zwykłym, błyszczącym otoczakiem. Na pewno był czymś, za czym ktoś tęsknił i naprawdę mógł mieć za to co najmniej willę z basenem, ze trzy samochody i może kilka kobiet jescze… a może i panów.

No co kto woli…

Czyż nie?

Tylko ta skóra, ta okładka, czy te sutki były prawdziwe?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zieeew…

Powrót do codzienności.

Nie ma już czekania na święta, nie ma tej całej jesienności i zimowości, jest mokrość codzienności, kolejne ulewy i ciągła niepewność… bo wiecie, ci od ogłaszania pogody wciąż się nie mogą zdecydować, czy będzie zima, czy nie. Czy już teraz? Czy jednak poczekajmy z ogłaszaniem radości, a może będzie, ale ino przez chwilę? A potem od razu temperatury wysokie…

Do tego znowu prąd zmienny się zmienia cenowo, więc ciągle człowiek nerwowo erka na wykresiki, czy wolno mu załączyć oną żaróweczkę, czy jednak nie? Ciepła woda, czy ciepło w domu… co wybrać?

Straszne!

Ale, nowy rok, nowe… a walić to. Tak naprawdę, to nowe są ino sposoby manipulowania ludźmi. Jakby ktoś naprawdę przeprowadzał jakiś eksperyment na człowiekach. I to serio, bez płacenia im. Takie myszki czy świnki morskie chociaż dostają mieszkanie i żarcie. A wikt i opierunek w dzisiejszych czasach to wiele!

Wszystko drogie…

Tak naprawdę większość miała smutnawe święta… chociaż precież i tak nie ma tu świętowania poza tańcami przy choince, na której wciąż modne są proawdziwe świeczki i tak ino patrzeć, jak choinka zrobi puff… wiecie, jak w tej scenie ze Święta: w krzywym zwierciadle?!!! Puff! I po choince, domu, gaardzie. Bo przecież mimo mokrości, to jednak wsio takie łatwopalne.

Ale…

Dziwne coś…

W sklepach nadal są świąteczne rzeczy.

I to wiecie, lekko przecenione. Nie żeby ktoś to kupował, ale jakoś od 5 lat zawsze sprzątali wszystko jeszcze przed Wigilią… i już dawno zaprzestali onej procedury wyprzedażowej. Po prostu… co się dzieje? I to u wszystkich? Chociaż nie, to akurat nie dziwne, w końcu u nas wszystko to Coop, nie oszukujmy się.

Monopol jak nic.

Ale… wróćmy do sprawy… dlaczego zostawili te rzeczy? Czy oczekują, iż ktoś się skusi, czy jednak mają zamiar wspierać prawosławnych? No wiecie, styczniowe święta dla popów i cerkwii? No co? Może to o to chodzi… ale wtedy to trochę nie fair, bo oni mają te święta po tańszemu, nie fair!

Okay, żartuję, ale jednak… podejrzane to.

A na raie posłucham sobie deszczu, pozmniejszam, zdjęcia, wezmę się za sprzątanie i pomyślę nad przycięciem jabłonki, bo jeżeli zimy nie będzie, albo będzie późno, to jestem w zaku  jabłonką. Nie zdążyliśmy przyciąć w listopadzie, pgoda była ciepła, liście wciąż, człek chciał poczekać i co… zima…

A teraz zimy ni ma!

Ale może będzie?

A co jak nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Książka… została wyłączona

Pan Tealight i Zagubione Jagnię…

„Właściwie, to plany były inne…

Wiecie, słodkie, małe jagniątko, wszelaka rozmemławująca cię ciepłota serca, odbierająca myśli, które świat ten uznaje za złe, nieodpowienie i wysoce obraźliwe, niemiłe, niepuchate, nieskromne, aksamitnie obrzydliwe, czy nawert zaraźliwe. Kto to wie… te czasy, takie dziwne.

A jagniątko od zawsze i symbol i roztkliwienie…

Bo ono malutkie, puchate, wełniste, nieskromnie pożądajace tylko matki i jej mleka ale też i onej rozrywki, poznania nowego, poza onym stadem. Bo cóż jest tam, poza jednostajną, puchatą pierzynką stada? Może coś jeszcze bardziej miękkiego? A może i swawolnego, gzie można brykać i skakać i kląskać językiem tak różowym jak casem niebo o wschodzie słońca, wiatry zwiastujące…

Ale…

Są i tacy, co postregają jagniątko inaczej.

Jako ofiarę.

Nie ofiarę losu czy też wszelakiego uprzywilejowania, no bo białe i ładne, młode i wszystko przed nim, ale przede wszystkim jako ten podarunek dla bogów. Bóstw wszelakich większych i mniejszych, by je zatłuc, krwią ochlapać kamienie, by pozwolić karminowi nasycić trwę, ziemię pod nią, spłynąć ku wodom poskórnym i dzięki temu przemówić do wszystkich… bo pić trzeba. A woda jest, na razie, jescze jest. Nawet taka, oświęcona oną krwią… ale krew to jedno, potem mięso smaruje sę ziołami, zawiesza, piecze… część ofiaruje duchom, część innym bytom, część nieznanemu… by przebłagać ich za grzechy, których na pewno nie zdając sobie z tego sprawy, popełniliście wy człowieki, bo przecież zawsze dajecie plamę. W ten, czy inny sposób… i by przebłagać, zjawia się jagniątko… ale co, jeśli się okaże, iż ono jagniątko gryzie?

I wyrywa się…

I ucieka?

Kogo poświęcić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mokro i wieje, wieje i mokro…

Dziwność onej zimy jest niesamowita.

Jesień już była dziwna, wciąż zielona, się niekolorująca, a potem nagle nastała zima i liście i liście i zima… i to zimna zima… ale niestety przeszła i po dwudziestym grudnia nastała wiosna i wylazły robale. A robale, to nie jest fajna sprawa. Do tego ilości wody spadające z nieba, oj nie… za dużo, za szybko.

I to ciepło!

10 stopni, naście… nie no, przecież to jest jakieś szaleństwo… i nagle… wiadomość, że znowu ma się ochłodzić. Nie mam nic przeciwko, ale się zastanawiać, czy jednak nie posadzić drzewek i cebulek już nie wsadzić?

No co…

Bo jeżeli zamrozi, to wszystko… nie no, ale może nie zamrozi?

Może jednak…

Wieje… znowu wiatr się wzniósł na wyżyny wszelakiego pędu i gdzieś gna, coś gdzieś niesie, coś przestawia, coś podrzuca, coś… czegoś nie zabiera. I to jest dziwne, że wciąż pojawiają się jesienne liście.

Skąd?

Co do Sylwestra, to tak, strzelali.

I pryznam się, że tu mnie zaskoczyli. W końcu światełek to nie wynieśli na zewnątrz, ale wydawać kupę kasy na chwilę jebnięcia to od razu? Serio? Dlaczego się dziwię? Nie wiem, no ale… nic na to nie poradzę, ale się dziwię. W końcu te śmieci postrzelaniowe wciąż mokną, ale…

Najważniejsze, że listonosz w końcu paczki przyniósł.

Ach te priorytety z Polski, które idą dokładnie miesiąc… wysłane w tamtym roku, 3go grudnia, no tak, fajnie. Cudownie wprost. Niech żyje poczta północna. Oj, chyba im coś się pozmieniało znowu, że najbardziej zgryźliwy gość życzył mi miłego nowego goda. Z zaskoczenia omal nie oberwał w zamian drzwiami…

No przypadkowo!

Przecież nie specjalnie!

Zwyczajnie mnie wziął z zaskoczenia porannego, chociaż raczej już lekko popołudniowego. No weźcie no. Nie będę się tłumaczyć, boję się go! Zawsze jest opryskliwy, tym razem może wciąż na bani był? Nie wiem… wiem a to, że tutaj raczej piją. Wiecie, piją i jadą, to dość normalne. Dla nich. Młodzi to widzą i mają wszystko gdzieś, co najczęściej kończy się wypadkiem, w którym ktoś rani osoby trzecie, lub zabija, lub zawija się wokół drzewa… tak, tak zwani młodzi ludzie – dość ruchoma definicja w wymiarach wiekowych – są bardzo wraliwi i nie wiedzą co robić.

Nikt ich nie nauczył jak żyć… i dlatego są biedni tacy…

Czy pytanie: gdzie są rodzice? jest na miejscu?

Nie. Nie tutaj!

No ale, mamy nowy rok, nie wiem, jakoś nie kręci mnie to, że nowy stary czy jakiś tam recyclingowany… po prostu kolejny dzień. Szary i wietrzny, znowu deszcz wali w okna i szyby, w dach i ściany.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagubione Jagnię… została wyłączona

Pan Tealight i Rozdziobią nas Kciuki i Wrony…

„One Kciuki.

Mocarne i okrutne.

Niewybaczające.

Hejterzy przebrzydli wciąż klikający „nie lubię”, łapki w dół wrzucający, oskarżający w komentarzach wszystkich o zachowania wszelako nieobyczajne… albo piszące co im się tam podoba, bo przecież mogą. Wysyłające te zdjęcia, klikające wszystko co się da, regulujący mocno wszelakie wirusowe zachowania przedmiotów, które choć podobno martwe, jednak mają inteligencję…

… inteligencję nie do końca zrozumiałą.

Kciuki…

Nawet nie dłonie, nawet nie ręce, może owłosione i spuchnięte, pachy i kadłubki, odnóżki i nóżki, wielkie i mniejsze, brzuchy i stopy… i jeszcze te oczywiste nieoczywistości i oczywiście… ludzie. Człowieki. Osoby. Posiadacze dojść w internetowy świat, ale czy naprawdę oni tym władają?

Oni…

Może im się wydawać, że coś wiedzą, że przeczuwają, może i nawet czasem coś im się wyaje, iż nie, to nie oni, przecież nie pisali, przecież byli tam może, ale zajmowali się całkiem czymś innym…

Kciuki i Wrony, to będzie świata koniec.

A może tylko Kciuki, a Wrony ino na wyżerkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Narcyz spętany” – … eeee… czy ja to w ogóle czytałam? Bo wyszło jak już nie mieszkałam w Polsce, a powieści, które wtedy wydano raczej nie zawsze trafiały w moje ręce, więc czy czytałam…

Czy jednak nie?

Chyba, nie wiem… może to przez to, że czytałam tylko raz. No co? Nie oszukujmy się, to taki wciągający odmóżdżacz z seksualnym zacięciem, przez co czasem człek podnosi łeb i się zastanawia, czuł coś, czy nie? A może jednak… pełnia jakaś, czy inny wampirzy pierun, a może do lupanaru mu… no wiecie…

Tym razem nasza bohaterka po wyprawie na pustynię i naukach u swojej mentorki stara się jakoś tam no ten swój konflikt rozwiązać, płciowy… znaczy, dosłownie to chodzi o to z kim spać, bo być przecież i tak zawsze mają być razem, poprzez jego naki, czyż nie? A może wszystko się odwróci, jeśli na scenę wkroczył nowy gracz?

Oto wraca triumwirat… ona, nie do końca wiadomo co, wilkołak i mistrz wampirów. Ekhm, niezły zestaw, do tego inne łaki, ameno i marakuje!

No co?

To pisanie jest takie właśnie rozwalające. Pozwala jakoś odsunąć codzienność i zwyczajnie sobie być i już…

PS. Czytać od początku, choć są tacy co czytali od środka i te jakoś przeżyli.

Wieje, wieje, wieje…

Nagle już nie pamiętam czasu sprzed wiania, nie wiem jak to jest, gdy nie buczy, majta domem, pada… Gdy można normalnie wyjść na zewnątrz nie ryzykując gałęzi drapiącej w plecy, lub co gorsza walącej sę na głowę. Nie no, niby nie jest to jakiś mega huraganowej mocy wiatr, ale dziwnie drapiacy, umysłowy, myślowy…

Męczący.

Ciężki był ten świąteczny czas, gdy człowiek chce sobie wyjść i pobyć w naturze, z naturą i wszelako bez kleszczy. Nie dość, że nagle zrobiło się 10 stopni  minus 7, to pojawił się deszcz, potem sztorm, wiatr, nie no, ja się na to nie pisałam. Jak to USA ma mój śnieg, znaczy co? Znowu postnordem wysyłany był? A mówiłam, że wyłącznie kurierem i to najlepiej UPS… z doświadczenia…

No ale, człek już wie, że na nic wpływu nie ma, nawet na reklamy na YT wyskakujące i dorzucające mu coś do depresji. Szczególnie te pierdoły o kryzysie i Czerwony Krzyż, co to każe wyłączać wszystko… znaczy co? Bez wody, bez światła. Nie no, spoko, ale pracować pewno wciąż trzeba?

Na ślepego?

Nie mam plazmy, którą mogłabym wyłączyć, nie mam mywarki, czy mikrofali, czy… nie wiem, co tam normalni mają. Wciąż ino pralka i lodówka, więc jak to jest, Krzyżyk? Dołożysz mi się do mego zróżnicowania diety, bo węglowodany mnie dobijają. Chcę warzyw, ale mieszkam na Mniejszym Krańcu Świata i…

… mało tu jest i drogo tak, że przyjezdni uciekają.

I okay… nie mamy wiele, ale w takim razie, przestańcie nas bullingować!

Podatki w końcu chyba są wystarczająco męczące!!!

Poczucie winy…

Jak bardzo wzbudzają je media? Nie wiem, unikam ich… czytam książki sprzed wieku, czy też takie, całkiem zmyślone lub naukowe i jakoś tak, nie ma w nich reklam i odezw państwowych. Niby kryzys, ale jeszcze wam dokopiemy, w końcu od kilku lat tak wam ludzie cudownie, że w końcu…

Święta tutaj były smutne.

Ciche…

Nieoświetlone.

Nawet porezygnowali z choinek, na przykład u nas. Wiecie jakie to jest smutne? Wydają na pierdoły, ale nie na coś, co sprawi, że Tubylcy się uśmiechną, może poczują lepiej, lżej odrobinkę, może… bo ludzie się nie śmieją, liczą. W oknach coraz mniej świateł, domy znowu na sprzedaż… Wyspa ma przejebane. Co kryzys to zmiany. Co zmiany, to w dupę… kop  prawej, z lewej, może odpady atomowe nowu się pojawią… czemu nie, w końcu kryzys, cisza ma być… a… Nowy Rok?

Oj, nie zauważyłam.

Czy ludzi chorują?

Nie wiem… nie wychodzę, bo pizga, a do ludzi, nawet jeśli wychodzę, wolę się nie zbliżać, bo i po co? Pierun wie gdzie byli czy będą? Lepiej się nie zbliżać. Ale może te deszcze chociaż rzeki wypełnią?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozdziobią nas Kciuki i Wrony… została wyłączona

Pan Tealight i Rok…

„Nie był nowy, nie był stary, był recyclingowany…

Najgorszy sort.

Wiadomo, że recycling rzecz wspaniała, ale czasem… pewne rzeczy, sprawy, idee były naprawdę tylko jednorazowego użycia. Jak papier toaletowy, czy pomysł na to by zjeść kilo muchomorów, czy też poślubić tę dziewczynę, co wygląda jak kochana mamusia, a potem odkryć, że nie tylko wygląda i…

Nie wszystko winno się przetworzyć na coś nowego.

Coś… tak, coś może być pokarmem dla nowego, nawozem czy też jakąś pożywką, ale takie krojenie, mieszania i lepienie od nowa. Nie… takie się świństwa w procesie przetwarzania wydzielają, że aż strach! Nawdychać się można nieswoich pomysłów, opryskać jakimiś odchodami, czy też zwyczajnie, ześwirować.

Albo odparzyć tyłek czy inną, istotną część ciała…

Próbowaliście kiedyś stać przez cały dzień… na początku jest niby normalnie, ale po kilku godzinach chcecie przykucnąć, jednak się nie daje… potem się opieracie o coś i zawsze, zawsze dotknięcie bolącego miejsca, więc dalej stoicie, dziwnie, niczym na warcie własnego… pokrzywdzenia.

Rok też jest jednorazowy.

A przynajmniej powinien być.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najczęściej najpierw jest ból głowy, dzinwie abarwione niebo, pocucie jakiejś miany budujące się w powietrzu, kąsśliwość w słowach i czynach i jeszcze, może jakieś zapomnienie się… może…

Właściwie nigdy nie jest tak samo, a jednak, zawsze wiesz…

Zawsze wiesz, że wiać będzie.

Chociaż czasem nie, ale jenak, zawsze… tak, wiem, paradoks. Ważny paradoks. Istotny i wszelako pulsujący w żyłach… bo z wiatrem już tak jest, jest przez cały czas, a jednak go nie ma, widzicie uginające się gałęzie, ale nie rękę czy kamień, sznur czy łapę dinozaura na nią stąpającą… nie…

… a jednak tak.

Bo ta siła powietrza w czasie stormu staje się dziwnie namacalna. Formuje się w twór człekokształtny i dotyka cię. Tyka nie tylko twoje myśli i wspomnienia, przynosi nowe, zabiera te nieużywane i wszelako bawi się wszystkim tym, co myślałeś, iż ukryte. Że mocno niewidzialne. Nie… on wyrywa je i pokazuje światu, na szczęście, podczas sztormu tylko wariaci wychodzą, wiedźmy i fotografowie… no i wiecie, ci, którym się wydaje, iż dadzą radę na morzu, albo ci, co nie mają wyjścia…

Innego.

Ale to, co robi z ciałem… to już trochę okrutne, bo czasem je nadmuchuje, przynosi bóle dziwne, tego łokieć, tamtego kolano na zmianę pogoy, temu coś puchnie, tamtemu maleje, staje, nie staje, no wiecie… biologia wietrzna.

Istnieje taka… a może nie?

Wiatr ma to do siebie, że męczy lub przynosi wytchnienie.

Niszczy lub buduje.

Wyłącza czy też włącza… zwyczajnie i nadzwyczajnie ma moc.

Pierwsze wiatry się pamięta… przynajmniej mi się wydawało, że to drzewa, przez pierwsze noce na Wyspie, pod namiotem, na trawie, w lesie, pod sosnami, byłam pewna, że to one, a jednak, nie… spojrzenie w górę pokazało nieruchome właściwie drzewa. Niespadające szyszki czy igły. Niebujające się konary. To mnie zaskoczyło, bo przecież taki szum, wiatr, zawsze łączył się  drzewami… ale tutaj nie. Tutaj to fale. To wody wzburzaone bijące w skały i drące piaszczyste połacie… czy też ziemskie, czy w ogóle ogólnie pojęty brzeg bliższy lub dalszy.

Byłam… zaskoczona.

Bardzo, ale też niesamowicie zauroczona tym dźwiękiem, tak znanym, a jednak pochodzącym z innego miejsca. Ale jak to? Można tak? Jak? Kto? Po co? Czy da się to okiełznać, czy też to okiełznało mnie?

Okazało się, że wiatr powoli, właściwie niewidocznie…

Zmienia cię.

Mieszkając tutaj dłużej przeczuwasz sztorm, ale nigy nie jesteś tego pewny, nie, nie w tych wymiarach zmieniającej się szybciej niż zwykle natury. Nagle już kolory nieba nie zwiastują wiatrów, takie, a nie inne wschody deszczów, krzyki ptaków, no z tymi to już w ogóle tutaj jest inaczej… naprawdę.

Ale wiatr… ten zwykle się zapowiada…

Zwykle.

Ten sztorm teraz, ech, zaskakujący chyba jest trochę… tylko między Ystad i Gudhjem dziwnie… nie do końca, ale jednak, jakby skłóceni kochankowie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rok… została wyłączona