Pan Tealight i Pocieszajka…

„… i pół kilo mąki, piętnaście jaj, mak, koniecznie biały i czarny w mniej lub bardziej równych proporcjach… do tego oczywiście prosek do piecenia, trochę mąki, cukier, ale cukier cukier, nie jakieś zamienniki i odrobina miodu koniecznie z pyłkiem i wszelaką pszczelą magią…

I czekoladowe kawałeczki.

Ale takie z nadzieniem. Z czekolad wszelkich: mlecznej, czarnej, białej i brązowej, i jescze odrobina serka waniliowego. A może i więcej niż odrobinka. Bo dlaczego nie? Zrowy taki serek, białeczko się ma w sobie potem, no i waniliowy, a nie jakieś poróbki, wiecie… I trochę procentów do tego, ale najwyższej jakości, w końcu nie chcemy by od razu uciekły. Niech się trzymają innych składników onymi łapkam, jak to na chemii tłumaczyli dlaczego H2O jest takie a nie inne…

… pamiętacie?

I wszystko apiec, a potem, na wierzch koniecznie gruba, chrupka, ale miejscami i lejąca się… polewa z gorzkiej czekolady.

I takie paćki ze śmietany i może miseczka śmietany bitej mocno, ale wiecie, po zgodzie, nie że lejecie tę śmietanę, a ona płacze, nie, tak to masło wychodzi, tę śmietanę bić należy umiejętnie i uważać na czas, gdy poda hasło. Wiecie, to słowo, które winno wszystko przerwać, gdy trzeba odpuścić.

I już.

I tak niektózy tworzą Pocieszajkę, ale wiecie, nie każdy, w końcu każdy z nas inny, czyż nie? Inni idą do sklepu po flaszkę i ciastka, czipsy, czy inne spożywcze wynalazki, a jescze inni idą na zakupy wszelako odzieżowe tudzież ino idą w torebki albo buty, albo na przykład w książki, czy tak zwane stationery.

No wiecie, notesiki…

A jeszcze inni…

Siedzą na brzegu morza, w wietrzny dzień i patyk moczą… ale seryjny patyk, nie że rybki chcą ukrzywdzić… kay ma coś swojego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niebiańskie grzechy” – … oj. Ech. No tak… erm… dobra, przyznaję się, że pomijam te sceny. No wiecie; TE SCENY. I tak, erotyka w filmach mną miota, czerwienię się i tak dalej… w książkach tak na mnie nie działa, ale cała masa erityki, dziwnie wymuszona, chociaż logiczna jeśli kogoś opętało on ardeu… ale jednak, bez urazy, a treść!?!

Jakaś przygoda?

I tak, w poprzednim tomie nastąpiły pewne szczególne zmiany. Ktoś się fochnął, ktoś zastąpił jego miejsce, ktoś inny nowy… no wiecie, to jest jednak cykl i trzeba czytać od początku, ale jednak premiana naszej głównej bohaterki z prawie zakonnicy w sypiającą z wieloma, pijąca krew… nie do końca wiadomoco…

Ech.

Trudno za tym nadążyć, ale jednak, doceniamy ewolucję. LOL

Tym razem w mieście pojawia się ta, która wszystko zaczęła. Moc uczłowieczona. W osobie dziewczątka… hmmm… jak to będzie? Czy Animatorka winna od razu ją zaciukać, czy jednak nie wolno, bo przecież te wampirze prawa i ludzkie prawa dotyczące wampirów i jeszcze… ech, nie wiem, ale kiedyś życie Anity było łatwiejsze. Kurczak czy koza, krąg, strzelba…

Wiecie…

Jakoś tak mało pracy więcej problemów z łakami… robi się nudnawo. Robi się z jednej stronie logicznie i skomplikowanie, ale jednak, jakoś tak… nie wiem, po prostu chcę czegoś więcej. Bardziej mniej pseudo romantycznego, a bardziej opowieściowego. Bardziej magicznego… bardziej…

Okay, przyznaję, ta książka mnie nie uniosła i to w żadnych rejonach. Ale zawsze to jakaś rozrywka… ciekawa jestem, czy wydawnictwo bęzie ryzykowało wydanie kolejnych tomów  serii. Bo są. Rozumiem, że w tych czasach to ruletka, ale jednak, ech, trochę to dziwna klasyka… wiecie… jedna z pierwszych i jakoś chciałabym się dowiedzieć co będzie dalej. Co było… i czy się zakończy? Czy „Smolder” będzie/jest ostatnim tomem. Mimo wszystko cłowiek się przyzwyczaił…

Szarość, szarość, szarość i jeszcze więcej szarości pod szarością przykrytą szarością i imieniu onej szarości wydająca szare rozkazy szarym żołnierzykom o szarych minach, w których głowach ino szare myśli w szarej mgle się kłębią… z szarej mgły wynurzają i w szarych wodach kąpią, szarą szczoteczką szare zęby myjąc, szarymi paznokciami drapiąc szare rany, gdzie szare strupy już się narodziły…

… z szarości.

Był taki dzień.

Niby sztorm jak sztorm, gdyby zamiast zacinającego, przerażającego ogromem wody deszczu był śnieg, byłoby pięknie, ale… nie jest. Jest przerażająco. Jest a duo, zbyt wiele i nie, nie chodzi o brak słońca, bo akurat to lubię, nic na to nie poradzę, iż mroczne jakoś e mnie stworzenie, ale jednak…

To ducie… po prostu bóle głowy od 10 dni to zbyt wiele!

Nawet dla mnie.

Zbyt wiele tego dźwięku, onej dziwnej niesubordynacji pogodowej względem pory roku. Ciepłości, ale i zimna, które zakrada się i szczypie człowieka w zadek. Jakoś tak. Niby cieplej, a jednak zimniej.

Niby zima, a przecież nie widać, nie czuć…

Dziwnie tak.

Czasem człowiek wsłuchuje się w ten wiatr zbyt długo, zbyt mocno, zbyt… oddaje siebie naturze, onym żywiolom, które tak naprawdę zdają się być ucieleśnione. Rozumiejące co myślisz, a może nawet, karmiące się twoimi marzeniami, myślami i sekretami… podglądające?

W końcu, czego można być pewnym, jak wciąż wieje i wieje.

Cały świat, cała dookolność zdaje się być wypełniona dźwiękami, które burczą, trzeszczą, chłostają powietrznymi biczami, bawią się kroplami, wciąż gonią jakieś liście, które zapomniane przez jesień wcią jeszce… istnieją.

Są.

Nie ma spokoju.

Nie ma uciecki… nie można założyć słuchawek, znaczy może i można, ale podmuchy czujesz. Jakby cała Wyspa poruszała się w ich rytmie. Jakby ktoś ją tulił, ale ile można znieść onego tulenia? Ile onych kołysanek, uspokajania czegoś/kogoś, co nie chce być spokojne. Bujania i miętoszenia…

… rozdrażniania…

Tak, wiatr przynosi ze sobą i rozdrażnienie.

Czasem… a czasem tylko dziwne milczenie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.