Pan Tealight i Misa Niewykorzystanych Liter…

„Za mało używane K.

Te niechciane, nie że jakoś tak skazane, czy też może odrzucone, bo internet, bo dziwni ludzie nieakceptujący tak naprawdę egzotycznej inności, ale z łatwością dający sobie wmówić…

Wszystko inne.

Po prostu dziwnie tracące na popularności w świecie języków, które zmieniały się ku ucieszeniu leniwości pospólstwa. Nie było żadnego okólnika, ni jakiejś tam obwieszczającej notki, zwyczajnie… chociaż nie, zaraz, przecież niektóre kraje chciały się pozbyć swoich nader specyficznych liter, nie rozumiejąc, i to właśnie czyni ich wyjątkowymi, niesamowitymi, egzotycznycmi i pożądanymi.

Głupota.

Nie no… może jednak to wina internetu nie kochającego ąćś i tak dalej… może to jednak to? Duńskich, pięknych liter też nie lubił rozpoznawać… dlatego piątek stawał się piatkiem i tyle mógł z tym zrobić co nic, jeśli jescze był w nawie strony www, to już kompletnie miał przerąbane. Nagle…

Odbierano mu tożsamość…

Dlatego ona Misa chyba się pojawiła, pod lewem w kuchni Sklepiku z Niepotrzebnymi.

Dla ich wygody?

Czy też… głupoty?

Ale były te one, litery nieznane, odrzucone w pomroce dziejów apreszłych, gdy to układano alfabety, gdy czyniono zmiany, gdy kozikiem rzezano napisy na drewnianych belkach, gdy dłutem wydrapywano, wybijano większe szramy… wiecie, jak za bardzo skomplikowana, to może uprościć… hieroglify, hieratyka, demotyka…

Ech, to były czasy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aaaa! Nie myślałam, że mi się uda, jeszce w tym roku, ale się udało. Niewiele, bo niewiele, ale jednak… brawo ja. W końcu kto potrzebuje jedzenia, i tak się starzeję, jeść tra mniej i tak dalej… czytać więcej.

Patrzcie jakie nowości.

Po prostu jak nie ja.

… więc książki pod choinką były, znaczy były przez większość czasu, bo wiecie, bez urazy, ale nie mogłabym tak sama sobie zrobić czegoś takeigo, zmusić się do założenia czegoś, co nie jest czarne i tak dalej i uśmiechać się do obcych ludzi i ten stół i jeść przy kimś… z kimś. Nie, nie mogę…

To jedna z moich wizji piekła.

Kolejną jest opaanie się i ogólnie tak wane ciepłe kraje.

No ale… święta, święta i po nich. Nie oszukujmy się. Kto lubi rodzinnie, mam nadzieję, że naprawdę wam się udało i było filmowo i pięknie, i nikt się nie pokłócił. Jak ktoś woli tylko we dwoje i nieformalnie, czy w małej rodzince, zdrówka i dla was, mam nadzieję, że wsio się wysrało, wiecie, przeróbka żarcia jest ważna… tym, co w ogóle mają to gdzieś, też najlepszego. Może byliście na fajnym spacerze? Może nikt nie zadał wam tych durnych pytań, które wkurwiają was co roku…

A tym, co wolą być sami, nielicznym…

… uściski z daleka. Wirtualne. Bo wielu z nas nie lubi się ściskać, tacy jesteśmy nieokrzesani. Niezrozumiani przez wielu. Chociaż, z czasem dochodzę do wniosku, że to tak, jak moja Babcia, która nie rozumiała tego gotowania i wielości żarcia. Dla niej to było głupie. I jeszcze ono niewygodne siedzenie przy stole, żadnego zajęcia, czy przycięcia komara… no tak…

Święta to skomplikowana sprawa, odkomplikujmy je i niech karp i żarcie nie będą oną wyrocznią dobrze spędzonego czasu. Jak nam dają wolne, wykorzystajmy to dla siebie i tych, których kochamy… inni, cóż, inni też niech to zrobią. Chociaż w tym roku tego wolnego mało…

No tak, w tym roku wolnego mało.

Święta w weekend?

Zgroza wszelaka!!! Jak tak można, to powinno być zakazane, ale wielu ma wolny cały tydzień, wiecie, do pierwszego 2023, więc wielu wyjechało, wielu zaszyło się w domach, wyłażą ino w dzicz i strzelają… choć nie wolno, ale taka tradycja, czasem wciąż się zdarzy, iż ktoś wypali fajerwerka przedwcześnie.

Taki przedwczesny wytrysk…

He he he…

No jak żarty starego wujka, wielce obleśnego, przy karpiu. Oj, pamiętam takiego… yyyy… aż mogłabym przysiąc, że karp się na niego dziwnie patrzył i oczami przewracał. Zawsze był taki jeden, cały i patrzący… bleee… może dlatego tak kocham ten Jul. One choinki proste takie, one spotkania rodzinne, ale też całkowite olewactwo religijności, po prostu, spotkania znajomych czy rodziny, chwilowe czy dłuższe, i picie… no piją no, a potem bileciki i jakieś Majorki. Albo siedzenie w domu i zwyczajnie hygge i laba. Niepracowanie… taka fajna sprawa.

Chyba?

Wciąż mam z tym problem.

Co ja robię? Otóż ja świętuję cały grudzień od września, a przez cały rok na ten czas szykuję kalendarz, takie wiecie, po dwa prezenty dziennie, które upamiętniają nasze przygody, wydarzenia ważne i takie tam… wyjazdy… no i idę w dzicz, jak się da, w tym roku jakoś przedwcześnie no bo śnieg, a potem bez śniegu i wciąż mokro i pada, i mało bezpiecznie na ledwo ubitych, podmokłych ścieżkach, ale… kocham ten ciemniejszy czas. Bez słońca,  pochmurnością i szarością…

I jeszcze…

Ten spokój Wyspy… tak… skończy się w okolicach i w Sylwestra, ale… potem znowu chyba wróci. Chociaż…

Będę musiała wycierpieć.

I nie, nie lepię, nie gotuję, jemy normalnie chociaż, mamy jakieś te tam grzeszki… no wiecie, granie w gry i czekolada!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Misa Niewykorzystanych Liter… została wyłączona

Pan Tealight i Letnia Dzioucha…

„Bo prezenty przyszła podobno pod choinkę wstawić.

Pierun wiedział ino pod którą, no ale… mieli całą Wyspę do sprawdzenia, kilka choinkowych plantacji, lasy, no i te wszystkie sadzonki u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. Nie no, mogli jednak nie zdążyć jeśli było to coś zjadliwego… i ta wilgoć w powietrzu, dziwne ciepło, które otuliło ich wszystkich, miękkość deszczowych pioseneczek, sztorm…

… wiatry…

Nie…

Musieli się wziąć za siebie, założyć gumowce czy płetwy raczej i leźć na spacery poszukiwawcze, bo przecież nie można było tego nazwać inaczej, jakimiś wyprawami, czy akcjami, to już byłoby za wiele… i jeszcze ktoś by się dowiedział, zaczął węszyć, nie nie nie, trzeba było to bardziej po cichu załatwić. Po pierwsze coś takiego pojawiło się… eee chyba po raz trzeci za ich istnienia, znaczy nie wszystkich, tych najstarszych, a po drugie prezenty, w końcu tak nieładnie je przeoczyć… no i wiecie, to jednak Letnia Dzioucha. Ona. Może nie taka Ona jak Ona, którą mieli, ale jednak…

Ona.

… więc lepiej było znaleźć tę choinkę, modlić się by nie była członkinią kółka jakichś zainteresowań czy co gorsza, siostrzanego bractwa… wiecie, ha ha ha, i nie podzieliła się giftami z innymi, by też uszczknęli czegoś z onej całej niechwały i jakoś tak, normalniej mniej lub bardziej…

No wiecie, by się nie podzieliła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Odwilż…

I zaczęła się… nawet nie odwilż, a woda z nieba, która zmyła śnieg. Do tego temperatura ponad 7 stopni, nie no, wcześniej było ponad 7 na minusie!!! I mróz, szadź, śnieg… i nagle, z dnia na dzień… wszystko się zmieniło. Jak to tak… Ciepłota sprawia, że nie dość, iż wszystko spływa, problemy mają na Wyspach Owczych, gzie błotne zlewki ochodzą do morza… czy u nas coś spłynie? A kto to wie? W końcu nie było onego jesiennego wymieszania się ziemi, rzeki i morza?!

Może to teraz będzie?

W końcu pogoda w tym roku to było czyste szaleństwo… bolesne szaleństwo.

Spoglądanie na resztki śniegu po pierwsze uświadamiają mi, iż tak wiele go spadło, a po drugie, że tak wiele go nagle deszcz odbiera. Niby i to woda i to woda, a jednak kurcze jakaś inna. Jakaś taka obca…

Nie stąd.

Jakaś taka smutna.

Bo jak to zima się zaczęła deszczem i mleczną mgłą? Ale przecież to nie o to chodzi, stary Scrooge będzie miał używanie, Grinch się skulił i rechoce ze śmiechu pod kapiącym okapem przysłoniętym jemiołą i choinkowymi gałązkami… bo się ludziom ubzdurzyło znowu, że będą białe święta… i tak, nie obchodzę, mam własne, ale to oznacza, iż wymagam zimności przez cały grudzień!

A co!

Mam prawo do szaleństwa wszelakiego.

Odwilż…

Nie tego człowiek chce na ten niby świąteczny czas. Czas, w którym tak naprawdę nigdy się nie odnajdywał. Zawsze nudziły go stoły i krzesła, zawsze chciał być z dala od onej masy ludzi… być ze sobą, książkami… tak, ja nie miałam onych świąt wspaniałych i tak dalej, wiecie jak z Hallmarkowych filmów.

Nie…

I wiem, że wielu z was też nie.

Krążą w świecie internetowym memy mówiące, że to nie Sanepid nadchodzi, więc przestańcie się wykańczać sprzątaniem i gotowaniem, ale z drugiej strony, może ktoś się w tym spełnia? Jak tak, to do roboty! Jak was to cieszy i wciąż myślicie, iż się uda osiągnąć to coś… to próbujcie, ale jak już wiecie, że to ino cierpienie, dajcie sobie siana, bo ból, który sprawiacie, sprawiacie sobie.

Zbyt wielki ból…

Może jak na Wyspie wyciągnijcie picie i jedzenie i odpocznijcie. Serio, żarcie nie musi być wielce wytworne i nie trzeba się trząść nad każdym pierogiem. Można po prostu je kupić. Można jeść też uszka poza świętami, wiedzieliście o tym? Bo jak tak zrobiłam kiedyś, to ktoś to widzący poczuł się…

Urażony.

Dziwne… jestem dziwna i już.

Można po prostu się wyspać, można odpocząć i jakoś tak wyluzować. Połazić w piżamie, poczytać, zjeść to, co się lubi, a nie to, co trzeba i już… i można zrobić też nic. Kompletnie nic. Niezauważyć tego czasu… bo czasem wydaje mi się, iż ludzie zapomnieli o onej wolności nierobienia tego, co tradycja nakazuje jak się jest u siebie, w domu, własnym, po dachem, w ścianach… robię to od tak dawna… a wy?

Ech ludzie.

Wesołego Czegokolwiek.

PS. W prezencie z pracy Chowaniec dostał ohydną niewielką walizkokuferkę ze skóry krowiej chyba czy świńskiej. Brzydkie to, nieprzydatne i śmierdzi. Ale warte pewno trochę, ktoś chce kupić? Na co komu takie coś? Może by się pokazać, ale serio, no szczerze… nie lepiej wydać taką kasę inaczej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Letnia Dzioucha… została wyłączona

Pan Tealight i Powrotnik…

„Powrotnik wrócił i podobno prezenty z Zagramanic przywiózł.

I to jakie.

Perfumy i ciasteczka, słodycze wszelakie i rzeczy, które nie mieściły się w gniazdka elektryczne czy ptasie, one rzeczy kolorowe, fascynująco egzotyczne, choć podobno wszystko made in China… ale też i te dziwnie monochromatyczne, sprawy te ze sobą przywlókł, opowieści i malutkie torebeczki soli, pieprzu i cukru, wiecie, jednak lepiej mieć je, niż nie mieć, co nie?

Zawsze jakaś oszczędność, jak te wszelakie cuda, które dają w hotelach czy podczas długich lotów, nawet piżamki miał, całą kolejcję No dobra, raz używane, ale nie wszystkie… niektóre dwa razy, inne zachowane na potem.

I te choroby…

No po prostu był istną kompilacją wszelakich zarazków, zaraz i innych tam plag, ale wszystkie, jak ino zobaczyły jakie to ceny są na Wyspie poprosiły o szybkie odprowadzeni do najbliższego punktu wypływalnego z Wyspy, bo sorry, ale one tutaj nie przeżyją. No nie ma mocnych…

… nie dadzą rady.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane jakoś tak je rozumiała, no naprawdę. I do końca… sama zaczynała rozumieć, iż to małe zwycięstwo 2022, które udało jej się wywalczyć, przypłacając to oskrobaniami swej, i tak miernej zdrowotnośc, jakoś jest naprawdę niewielkie.

I smutno się jej robiło, znowu, jescze bardziej… i ono smutno podkopało się pod te inne smutno i inne i piramidę całą onych smutno i jeszce, no wiecie jak to jest, czasem wszystko się tak ukłaa w piramidki i stosy…

Nawet smutności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Druga pełnia” – … nie po kolei… Nie będzie po kolei, bo preczesując sieć uało mi się dorwać tylko kilka tomów tego cyklu, ale jednak… będzie, jest coś chociaż by wrócić do tej historii. Bo jest w niej coś takiego… niegrzecznego. Pierwotnego dziwnie.

W tym tomie spotykamy się z Triumwiratem… i tak, oczywiście, że polecam czytanie od początku do końca, bo jednak nie będziecie wiedzieć co i dlaczego! Pomieszają się wam postacie, agubicie postępy zrobione przez naszą bohaterkę i… no tak, ona trójca, ona, wilkołak i wampir…

Ech.

Seks skli się w powietrzu niczym szron na zewnątrz…

… okay, może nie w tej chwili, bo odwilż, ale jednak, było i się szkliło, szklaniło i błyszczało… i są one, wszelakie łaki, bo precież Anita nie jest już tylko Animatorką. Oj nie, jest kimś o wiele bardziej skomplikowanym, a jej związek, no właśnie, obstawiacie iż skończy z wampirem czy łakiem, a może…

Człowiekiem.

I kim jeszcze może się stać…

Kim tak naprawę jest?

Ech… ta seria, to taka niegrzeczna przygoda, ale też ogromna opowieść o różnicach drzemiących w ludziach, o układach, etykietach, wszelakich tak i nie… o przyjaźni, która jest ważniejsza niż bogactwa i bogactwach, które nie są złotem czy kamieniami… i o magii. Oj tak, magia rozkwita z każdym tomem…

Zima w lesie.

To właściwie, naprawdę, nie wiem… jak to wytłumaczyć, że u nas to się nie zdarza. A już sron, szadź, wszelakie lodowe twory, oblepione gałęzie, ona cisza, która jest tak specyficzna, iż winna mieć właśną nazwę. Piękna, wyzwalająca, niesamowita, prywierająca do człowieka, jakby… jakby chciała ofiarować mu siebie…

Na zawsze.

Na ten czas i ten ciepły…

Idzie człowiek po drodze, którą nikt nie szedł i tonie w onym puchu i w onych zamrożeniach, które wyglądają jakby paprocie i babka lekarska postanowiły stworzyć coś razem. Poprzyczepiały to na śniegu, który spadł wcześniej i na wszelakich palach… na wszystkim, co je przyjęło.

Fascynujące, niesamowite.

I ten zapach…

Śniegu, zimy, onej zaprzeszłości, którą pamięta się za zamarzniętych rzęs, zza zawiniętego szalika, na którym osadzały się kryształki lodu. Szczypanie w policzki… rękawiczki na sznurku i te kombinezony, w których siku trzeba było kurna trzymać, oj treba było, bo wysikać się w nich w lesie, umarł w butach… znaczy popuścił w buta, albo i obydwa. Innej opcji nie było, to człek trzymał…

Ten zapach jest już tak rzadki.

I przydarzył się tutaj, w miejscu, gdzie wielu wciąż uważa, iż śnieg nie pada, zimy nie ma i tak dalej… no wiecie…

Ci ludzie…

Niewierzący!

Ale… po listopadowym uderzeniu śnieżnym, kolejny przytrafił się gdzieś pośrodku grudnia, by 20go stopnieć na amen. Niestety. Naprawdę dziwnym było budzenie się przez ponad tydzień ze śniegiem, mrozem i w ogólnie pojętym zimnie. Niesamowitym i fascynującym. I tyle… dla innych może to koszmar, może nic, może po prostu coś więcej, la mnie to wszystko. Jak książki, archeologia, pluszaki i zapachy i zdjęcia i jeszcze, jeszcze oczywiście kamyki!

I…

Wiele by wymieniać…

Ale… poszliśmy do nasej dolinki, będąc właściwie pewnymi, że albo nas zamrozi, albo ciemno się zrobi, ale niedziela była piękna i naprawdę wcześnie wstaliśmy, więc jakoś się udało. Udało się przejść przez pasma mgieł, pogapić się na pola, wypatrzyć cuda z ziemi wystające, a potem potańczyć z zamrożonymi listkami, tam, nad jeziorem, by w końcu znowu wtopić się w to wszystko, takie białe, takie… jakby drogi nie było, ziemi nie było, ino ten śnieg…

I zamrożona rzeka.

I liście, jeszcze jesienne…

I nikogo.

I to chyba było w tym wszystkim najfajniejsze, iż wiedząc o nieodśnieżonych szlakach nie tylko ci na nartach mieli ubaw, ale też i ci na nogach, czyli my, no wiecie, prawie jedyni, a może jedyni? Tak, szło się ciężko, ale to dla tej dziczy przyrodowej człek żyje. Dla onej zimności, śnieności i zjedzonych potem lodów, a co… przecież i tak zimno. No i kwiaty trza było kupić – rocznica! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Powrotnik… została wyłączona

Pan Tealight i Kazanie…

„Wygłaszacz na Wyspę przybył…

I głosił to tu to tam, pasjonująco wymachując rękoma, ale też i dokładnie brzuch wciągając, no bo wicie… te paparazi, one telefony wsędzie, wiadomo, że zawsze powinno się być gotowym… Szalejąc z onymi swymi połaciami szat swych wszelakich, w kolorach widocznych, do tego jeszcze wstęgami machał, książkami rzucał, ale gumowe były w oprawie, więc wiecie, spokojnie, nikomu nic się nie stało… i tak większość wiatr zabierał, a potem rozrzucał…

Na szczęście rozpuszcały się w wodzie, wiecie, żelatynki zwykłe.

Ekologiczny taki był, w końcu wiedział, że jego styl nie mógł podpaść nikomu, ni obrońcom ekologii ni wegetarianom, więc były książki i vege i nie, by zadowolić każdego. By przynajmniej chociaż większość. Może i był szaleńcem, ale świadomym onych podobno normalnych i ich ciągłego… niepasowania. Że to im nie pasuje i tamto, w to się nie mieszczą i w tamto i jeszcze…

Nieważni byli, ale chciał być słuchanym…

Nie zrozumianym, nie obchodziło go to, czy cokolwiek wyniosą z jego przepastnych przemów, kwiecistych i soczystych, raczej, zwyczajnie, chciał być zauważony, doceniony, poklepany i nagrodzony, ale co do rozpatrywania jego działań i mów w wymiarze naukowym, czy też zwyczajnie klubowo słuchalnym… no nie, miał się za lepszego. Wiedział co mówi, wiedział, czego nie chce przekazać.

Wiedział.

Że oni są tylko tłem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Chyba po raz drugi takie mrozy na Wyspie widzę, czuję i podziwiam.

Chyba…

Naście stopni tutaj, to wiecie, naprawdę sporo.

W miejscu, gdzie klimat określa się jako łagodny. Ale jednak, jeśli lato mogło nas palić, to dlaczego nie ma być w drugą stronę? No więc… dwanaście, trzynaście… w ciągu dnia pięć poniżej zera. I wciąż ten śnieg. Zamarznięty zsuwa się z dachu z dziwnym łoskotem. Przeraża, ale i fascynuje.

Bardzo.

I w końcu pojawiła się ona szadź i znowu wróciły te dziwne mgły, a do tego błękitne niebo niczym na rąbanej Północy? No przecież, jak to tak? Ile się zmieniło w tej atmosferze i aurze, jak bardzo natura czuje się inna?

Bo ja tak.

Ale… śnieg, zimno, a oczywiście prognozy były jakie? Oj nie martwcie się ogrzewaniem, ciepło będzie, pogoda łagodna, wszelako, no kurna zimowe tropiki i tak dalej… i co? Że tak powiem, się chyba nie sprawdziło jak na razie. No ale… każdy się może mylić, a jednak, oni to robią ciągle!!!

Może przywykli…

Ale… chodźmy na spacer!

Bo dlaczego nie?

Jest śnieg, jest błękit nieba, mrozek szczypie i tak dalej, więc można. I ludzie nie wyłażą inni, bo przecież wszystko nieodśnieżone, tak szczerze to mało bezpieczne takie wyłażenie na zewnątrz, bo ino ulica wględnie bezśnieżna i posolona, więc jakoś tak można, ale jednak… chodniki i przejścia?

Ekhm, po kolanka w niektórych miejscach.

A co gorsza, śnieg jest niesamowicie twardy, więc jak się załamie pod wami, bez przypadek, nie mówię, że za wiele pierogów LOL kocham pierogi! Ale robić mi się nie chce, no i tak samej żreć. No i, przecież i tak mam od nich wszelakie wzdęcia i problemy żołądkowe, więc wiecie… pomarzyć o zjedzonych można.

Ale, do sedna.

Śniegu wiele na chodnikach i poboczach, więc trudno jest. Kierowcy wariaci, więc i niesamowicie niebezpiecznie, ale jak już zejdziecie między drzewa, czy na plażę, to nagle kurcze… inny świat. Woda lekko przy brzegu zmrożona. Fascynujące, jak Bałtyk zamarznie idę na shopping do Ystad. No co? Jak drzewiej bywało… Kurde, ciekawe, czy kiedykolwiek to się jeszcze wydarzy…

Może tak?

Spokój plaży, gdy nie ma nikogo, szybko umykające słońce, spadająca temperatura, a jednak, jakoś tak normalnie, cudownie… a może to tylko ja, woląca wodę i kamienie, drzewa i cichość, zaraz czy to znowu ten mój kozioł co to tak ostatnio wonieje. Ja pierdziu, aż tutaj go czuć…

Ech…

Nie ma to jak uroki dziczyzny!

Choć on lekko udomowiony.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kazanie… została wyłączona

Pan Tealight i Walentynka…

„Nie zadawaj się z wiedźmą
bo złamie ci serce
a masz je tylko jedno…
nie zawierzaj jej uczynkom
w nich denek wiele
żadne z przykrywką.
Nie słuchaj jej nuceń
omami cię i omota
złamie w tobie ducha
i choć…
zostanie w tobie ochota,
to nie zadawaj się z wiedźmą
z nią nie igraj
nie tańcuj
od niej nie ma ucieczki
możesz li też skończyć w garncu.
Nie zadawaj się z wiedźmą
ale jak już za późno
na wszelkie łzy i zamówienia
bacz
byś zawsze przy sobie
prezenty dla niej miał.
Może i ona nie łasa
na codzienne przyjemności
ale strony jej daj
i słowa, kamienie
a zmiękknie
złagodnieje w niej codzienne brzemię.
Choć nie odejdziesz od niej
ale może jej nie rozłościsz…
Nie odejdziesz, bo wiesz
że taka ino jedna
i ona twoja jest…
choć niełatwa to życia dziedzina.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

11tego niebieskie pioruny i śnieżyca, grzmoty trzęsące Wyspą… po prostu Armagedon i Ragnarok i Fenrir węszący już pod oknami, szaleństwo czyste. Niby śnieg zaczął paać w weekend i człek miał nadzieję, że zostanie, ale to… przez większość czasu ciemność, do tego oczywiście mało w domu ciepło, bo kogo stać na ciepło w dzisiejszych czasach. Dodatkowo sucho… nie żebym narzekała…

… mam na pieńku z wilgocią.

Ale… spojler alert – śnieg został… i to do kolejnego weekendu, a przynajmniej piszę to w niedzielę 18tego, więc wiecie… słyszę dujący wiatr na zewnątrz, w środku ino małe światełka, oczy pieką od monitora, ale damy radę. Bo chociaż świat jakoś tak chce nam dokopać wszystkim, bez urazy, ale ostatnio to każdy obrywa. Nie ma zbawienia i miłosierdzia, ale jest śnieg.

Może i zamarznięty, ale… człowiek mógł przynajmniej oną bielą się ciesyć. Jakoś tak, po ludzko dziecięcemu. I już. Tylko to. Na ten czas i to było piękne. Bo świat jest dziwnie nieprzyjazny, jeśli chodzi o ludzi, ale jednak, ten przyrodniczy, chociaż straszny, grzmiący, to jednak… piękny.

Zimowy.

Ale, co do grzmotów. Po pierwse u nas w ogóle rzadko grzmi, jednak w zimie, no weźcie no, w zimie to się nie dzieje, i jeszcze takie niebieskie, roproszone, może to wina powietrza, może jakieś zakrzywienie przestrzeni, ale jednak…

Niebieskie światła?

Alienowie?

15go znowu grzmoty i kij wie co… myślałam że naprawdę dach nam się wali, jakby wcale przetaczały się po ulicach, czy olbrzymy z kąśliwym uśmieszkiem głazami w drogę walili, celując ino tam, gdzie nie ma domów i ludzi…

I znowu to światło.

I ten dźwięk.

Bałam się.

Oto jest ono nieznane, które w nasych przodkach wywoływało potrzebę kreowania bogów i od razu oddawania im krwi, dusz, żyć… no wiecie, te tam rytuały. Te, które przeinaczyły się w instytucje wszelako bogate, przebogate i tak dalej.

Ale… gdy to ucichło znowu był tylko śnieg i szarość cudowna i… nagle szarość przeszła i wstrętnie przez kilka dni słońce waliło jak szalone. No po prostu, kurde no, jak tak można, ja tu się cieszę ciemnością. I chociaż nie może człek sobie kupić żarcia jakie lubi, sklep zamknięty, to kurna, chociaż mógłby…

Dlaczego zamkniety?

No bo myszy w sklepach mamy.

Jakoś najpierw chyba Netto, teraz Spar. Nie wiem co to a spisek Mysiego Króla czy innej, na pewno podległej mu, istoty, ale te myszy, myszowei i myszówny, no po prostu włażą do sklepów i wiecie, imprezują. A jak ju wlezą, się okazuje, iż jest protokół tak wielki i długi, że sklep zawarty na tydzień!

Nosz kurna no, śnieg, gdzie ja indziej pizzę z cebulą znajdę?

LOL

Każdy ma swoje zachcianki, no co?

… więc problem zapewne taki, główny, iż dzięki kryzysowi i tak dalej, to nie odśnieżają. I to tak na mega. Nie sypią, albo ino posypią, po prostu sajgon. Ludzie też nie lepsi, bo większość opony dopiero teraz zmienia, wiecie, szaleńcy wszyscy siebie warci. Ale u nas nie ma obowiązku jak w Szwecji. Tam nie wjedziecie bez zmienionych na zimówki. A w niektórych miejscach i bez łańcuchów…

I to nie że fizycznie, a mandatowo!!!

No więc… sypie, wieje, śnieg był przez tydzień ponad – podobno ocieplenie od poniedziałku, więc nie wiem, smuteczek… Spar w końcu otworzyli, ale czy żrę coś po myszach, które podobno znaleźli, dwie mieli, teraz jakieś eksperymenta na nich robić będą, by zbadać czy nie wrogie jakieś nasienie…

Szpiedzy Innego Króla?

A może wszystko świeże?

Nie no, w to nie wierzę… dziwny ten świat… naprawdę dziwny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Walentynka… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Innej Wyspy…

„Bo i ta wyspa miała swoją Panią.

Damę i Wariatkę w jednym.

Ale tak już po prostu było, co wyspa, to jakiś byt, który się nią zajmował, który opiekował się tym co na niej było i pod nią, nad nią i w okolicach i zważał na wszystko, co mogło w ogóle na nią wjechać, lub się podkopać, wiecie, od dołu… w końcu niektóre z wysp miały jaskinie, a w nich smoki i takie tam, skarby czy księżniczki. Wiecie, jak kto sobie pościelił, tak sobie tam mieszkał.

W końcu łoże, wszelakie spalne, jest naprawdę czymś niesamowicie istotnym w życiu tych, co śpią… nawet wąpierzowie mają te swoje trumienki wyłożone atłasem i pierzami, chyba że alergia, to wiadomo…

… inaczej, pewno jakieś poliestry czy trawy.

Chociaż, może nie zniżają się do onych nowoczesnych urządzeń i ustrojstw. Taki poliester może nieźle skórę nadpsuć, a jak masz żyć mniej więcej wiekuiście, to raczej nie chce ci się parzyć za snu, gdy może i nikt nie patrzy, może i nie cujesz prawie nic, ale jednak żyjesz nieżyjąc… Trzeba wyglądać. Jakoś tak zabać o wszelako pojętą aparycję i by mówili dobrze… ale nieczęsto.

Lepiej nieczęsto.

Pani Innej Wyspy nie ujawniała kto tam u niej żył, kto jednak wolał oną odciętość od kontynentu. Kto wolał te wszelakie głazy i wieczystą morskość… nie wciągała nikogo w te swoje sprawy, ale jednak widać było, iż poruszył nią przyjazd Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane…

Dosadnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Psychoterapeutka” – … okay. Opis był intrygujący, ale jednak, jednak pomyślałam sobie, oj weźcie no, przecież to już było, ile razy można i tak dalej, jednak, sięgnęłam po tę powieść i nie do końca wiem czy żałuję czy nie? Po pierwsze, to wiecie, jakoś skandynawskie opowieści mało mnie przekonują. Zwyczajnie. One realia są dla mnie codziennością, więc…

Po drugie, to coś, co miało być opowieścią o zbrodni bardiej jest właśnie historią o niej, o psychoterapeutce i jej pacjentach, ale historią dziwnie niedokończoną, bo ten jej mąż, wiecie, zaginął i jest ino wkurwiającym elementem, który od dawna winien nieistnieć, nie wiem w ogóle po co on jej w życiu…

I tak naprawdę, kto tutaj potrzebuje terapii?

I jeszcze… nie, chyba mi się ono pisanie nie poobało. Po pierwsze jakoś tak od początku człowiek wie co się stało z nim i guzik go to obchodzi. Po drugie, cała powieść jest dziwnie porozrzucana, zdejmowanie ciuchów jest ważniejsze od przemieszczania się i pobytu w innym miejscu… niby byłby to intrygujący zabieg, gdyby się z czymś wiązał i wiąże się… ale to coś, z czym się wiąże, jest…

… nieważne.

Kompletnie.

Tylko ta opowieść kobiety… no właśnie, dlaczego to jest thriller? Bo masa takich poobnych opowieści? I to bardzo podobnych, czy raczej chodzi o zakończenie, a może jednak ktoś nie chciał napisać dobrej powieści o kobiecie, której niby nic się nie dzieje, ale jest nieszczęśliwa, dziwnie agubiona we własnym życiu i lekko rozchwiana emocjonalnie, z czego zdaje sobie sprawę.

… więc…

Nie wiem, dla tych, co chcą spróbować.

Trzeba przyznać, że wyspa wiadomo, jak wyspa, ma swój urok, ma swoją moc, ma ono coś w sobie i jakoś tak nie chciał człowiek z niej wyjeżdżać, ale też, chciał do domu. Chyba po raz pierwszy tak bardzo chciałam do domu, naprawdę.

Nie rozumiem tego, ale, czy ja w ogóle siebie jeszcze rozumiem?

Powiem jedno, tę część Szwecji w ogóle warto zobaczyć jak i cały kraj, który jest tak niesamowicie zróżnicowany, że aż coś człowiekowi w sercu się porusza i nie jest to komora czy zapadka czy coś… Ale poza środkiem dziwnie pustym, przynajmniej w części, którą widzieliśmy, jakoś tak mało tych drzew, to jednak mnie osobiście najbardziej urzeka ono wybrzeże. Niby klify na północy, ale jednak nie do końca, niby zatoczki, ale jak wdrapać się na one gładkości…

Niby jedno, a jednak wiele więcej.

Niby…

No właśnie, ono niby jest w tym wszystkim takie czarowne, niesamowite i szalone. Ta woda taka czysta, skały, miejscami one piaszczystości plaż, kładki przyczepione do gładkich głazów, zieleń i niebieskości wody, jej zmienności… a może ja zwyczajnie już nie potrafię żyć bez morza?

Może to ja?

Może morze?

… ale, żeby nie było, chociaż chciałam do domu tak bardzo, to jednak teraz jak wariat tęsknię i już bym pojechała, ale jak myślę o pobudce tak wczesnej, to jednak na miesiąc bym raczej wolała, ale jak tak dom zostawić?

No właśnie…

Czy można rozdzielić serce?

Siebie?

Nie no, oczywiście że wiem, iż luzie to robią, ale jednak… czy ja jestem ludzie? Z ostatnich rozmów z Chowańcem, który zaliczył kolejny julefrokost w robocie, czyli dużo ryby i śpiewania, no to nie jestem ludź. Nie rozumiem onej potrzeby tłoczenia się, bycia razem, onej stadności. Tych radosności zależnych od ludzi, procentów i żarcia i jeszcze, dzielenia się zarazkami…

Może zwyczajnie coś ze mną nie tak i dlatego będę musiała nosić tą brzydką smycz zieloną w słoneczniki? Jeśli dadzą wam taką na promie, pamiętajcie, że ma ona wielkie znaczenie. Oznacza, że osoby tej, która ją nosi, nie należy… no właśnie i tutaj dochodzimy do definicji niewidocznej niepełnosprawności, którą posiadam, ale wolę jak luzie nie wiedzą, chociaż czasem podchodzą, więc…

Może lepiej nosić?

Może przestaną?

Ale czy w innych krajach wiedzą co ona zieleń ze słonecznikami znaczy?

No ale… dlaczego o tym piszę, bo podróż powrotna ukazała nie tylko idiotów na drodze, cudowne osoby w niektórych sklepach, to, że powinnam sobie w CV wpisać: umiejętność pracy na kasie w IKEA, pośpiech, to, iż prom o 18;30 jest za wczesny, ten o 20tej ino pływa latem… wkurwiające!!! No i światła oczywiście mniej, nam trafił się pogodowo deszcz, śnieg miejscowy bardzo i pizgawica, i morze bujające i spokojne, więc… Ale poza tym, dowiedzieliśmy się, że takie smycze będą rozdawane na promach, więc… pamiętajcie, że to nie zabawka.

Może sprawić, że ktoś was nie ugryzie.

Albo zrozumiecie, dlaczego nie chce z wami rozmawiać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Innej Wyspy… została wyłączona

Pan Tealight i Milioner…

„Oj jak ona o takowym marzyła, wiecie, sponsorze, co dawał, a nic nie chciał poza jej pozytywnym istnieniem, w jej oczach oczywiście, potem może tam nikłym uśmiechem, czy prezentem ze splecionych liści… no wiecie, coś w rodzaju zapatrzonego, niezgodnego z normami, może i zaćpanego szaleńca, ale jak ma wiele na koncie, to nigdy nie głupiego czy szalonego, chyba…

Chociaż…

… ostatnimi czasy już unika się mówienia ekscentryczny… zauważyliście? Coraz więcej wariatów i porąbańców. Niezależnie o miejsca i pozycji urodzenia. Sorry. Można powiedzieć, że głupi bogaty, ale raczej cicho.

… więc o takim marzyła.

A plecione liście są super i trawy czy kamienie i gałązki…

Koszyk można zrobić sobie, wiecie, naprawdę, łatwo się go robi, można nawet łatwiej jak ino bierzecie liście, dźbła, no i potem gruba nitka i igła i szyjecie… nawet dywanik można lajsnąć sobie. Wszystko można, torebeczkę, ciuszki nawet, ale do bielizny to nie bierzcie tej, która tak rani, trawy się znaczy, z onymi brzegami niczym lancety, skalpele wszelakie, parzące…

… do wnętrza.

Ale sponsor taki…

rzucający się na kałuże pod waszymi stopami, no wiecie, taki niby konieczny niewolnik, ale wiecie, to on płaci, was wielbi, więc jakby stajecie się niewolnikami jego zapatrzenia, chciwości bycia i miłości może nawet… hmmm, no ale, chciała to chciała. Chciała go karmić obrazami i zdjęciami, sztuką wszelako szeroko pojętą splatającą słowa i obrazki, barwy i szelesty.

Tego chciała.

Ale, żeby nie musiała jakoś tak być z nim blisko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I może Vitlycke było jakie było, ale ten śnieg, chwila spaceru w lesistości białej, w śniegu głębokim, oczywiście, że wzięliśmy ze sobą łopatę, no weźcie no, wozimy zawsze… to jedyne ono doznanie, ale to, iż Google znowu nas jakoś pokierował… serio? Ale przecież ja ciągle mówię że on nas podsłuchuje, no i może i dobrze, bo w końcu wylądowalimy w kamiennym kręgu, kolejnym…

Abrott.

W rzeczywistości nie tyle krąg kamienny, co grób.

Fascynująca sprawa, chociaż może żelazny, więc jakby wiekowo nie dla mnie do końca, ale jednak… pośrodku szczątki, tajemnica, grzebień spalony, dookoła, cóż, dziwnie nazbyt wiele kamieni. Bo zwykle maks to 10, a tutaj… 15?

Co najmniej, dlaczego, kto, co, jak?

Można by porozprawiać, więc tym się zajmę.

Sama ze sobą.

Jednak… nigdy nie byłam o tej porze, w takim śniegu w takim miejscu. Nie żebym nie pracowała w zimie na stanowisku, ale jednak, śniegu było o wiele mniej. Pamiętam, bo szaleniec kazał nam łapami ryć, by sprawdzić jaki wał na nas czeka, czy ziemny czy ziemno-kamienny, no wiecie, pasjonaci…

Szaleńcy?

Nie wiem, ale odmrażanie dupska w archeologii, podobnie jak poparzenia słoneczne, to norma, wciąż mam blizny na nogach. I bóle reumatyczne od mycia skorup w zimnej wodzie. No co…

… szaleńcy lub pasjonaci?

Ale to miejsce, te drzewa, kamienie, cisza… magia prawdziwa.

A następnego nia w końcu czas na sam Tjörn, wiecie, gdzie skały inne, głowa na szyi stoi i cmentarzysko mają, no i co najważniejsze, brązowe na oatek mają i one moje kochane helleristningery.

15 łodzi.

Ale od początku…

Mieszkaliśmy chyba na obrzeżach Skärhamn… chyba, ponieważ to wsio takie wiecie, jedna wyspa a tyle miejscówek, no ale widok na uśmiechnięty kościół był. Jest tutaj Nordic Watercolor Museum, jest i cudowna skalność, taka dziwnie inna, jakby każde miejsce miało swoje one skały, kolory i faktury… nic dziwnego, że tutaj jest usytuowane ono muzeum, muzeum dziwnie na one skały otwarte, nietypowe, niesamowite… któego nie odwiedziłam i wiecie, no cóż, może następnym razem…

Pizgało za bardzo na zabawy z papierem i farbkami.

… więc posiedziałam sobie w mikroporcie, gdzie jak widać znalazłam fajne chatki nadwodne do wynajęcia – widać na Instagramie… posiedziałabym tam dłużej, ale jakoś mi nie było ane, a lampki nawet tam powiesili, kurna, jak cudnie no… w wodzie pewno jakieś byty machały do mnie, alem ślepa…

To polazłam zobaczyć ją.

Ale najpierw ocywiście łódki.

Jeśli chodzi o skałę z rytami, to jest dla jenych imponująca, dla innych, no wiecie, dla każdego coś niemiłego. Zaraz przy drodze 15 łodzi, największe skupisko w okolicy, pewno póki nie odkryją innego i tyle. Dla mnie piękne i stare, ale Chowaniec marzł, to udaliśmy się do głowy, co na horyzoncie mamiła…

Chyba.

Ona… Anna by Jaume Plensa, no cóż… jest szaleństwem. Z jenej strony powala, z drugiej niszczy mi widok… nie wiem co myśleć, jest jak bogini wysuwająca się ze skał, z drugiej strony, nią nie jest. Wiele uczuć, dziwnych myśli, dobrze że w dole cmentarzysko piękne ze stojącymi kamieniami, kręgami, więc człek może to przemyśleć… i wiecie co, no wygląda to mocno surrealistycznie. Pewno też ta kawiarnia w sezonie otwarta, więc jest inaczej, ale jednak, no nie wiem…

Za to cmentarzysko mega!

Nie ma to jak starocie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Milioner… została wyłączona

Pan Tealight i Obska Koza…

„Ale była obska… kurcze!

No serio.

Nie taka jak te znajome, czarno – białe, ale raczej taka łaciana, jakby podpalan, dodatkowo z ognistymi kopytkami… gdzie stąpnęła tam się paliło. I to jak, paliło, hajcowało, aż do wnętrza ziemi docierały płomiennie, ale zawsze tylko na niewielkim obszarze i musiała, koniecznie musiała stać ługo by po prostu wypalić to coś po sobą, a że ziemia uciekała, to i ona się tak jakoś, nadzwyczajnie zapadała i zwykle, no wiecie, zapewne nauczona doświadczeniami żyć poprzednich nie stawała, nie hajcowała, uciekała, odskakiwała, wcią była w ruchu, póki Kozieł Wiedźmy jej nie zagadał i zwyczajnie, zapomniała się. Może po raz pierwszy, może tak naprawdę po raz kolejny…

Może?

Kto to wie, wynik był taki, że skołowali skądś lekko nadpsute dynie, ułoyli na tym otwore co pozostał, do tego szyszki, jakieś drewienka pachnące niesamowicie i zioła dziwne, potem piaski szkliste, wodorosty, odrobinę, dla aromatu, no i w końcu wylali gliną, a jak ta się wypaliła, to wyłożyli innymi elementami i taki wiecie, kopułkowy, naer profesjonalny piec na pizzę sobie zbudowali ponad; taki wiecie, wiecznie się hajcujący, ale z przykręcanym kureczkiem.

W końcu co?

Zmarnować się miało?

Wieść Gminna niosła, niczym oni obwieszczacze z przeszłości, że Koza Obska się miała dobrze, wylazła stamtąd dokąd się udała i po prostu poszła gdzieś dalej. Może się obraziła, może nie, wszelako mieli poczucie, iż raczej się już nie zobaczą. Podobno też wełnę straciła, ale… cóż, tak się zdarza…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W niedzielę pojechaliśmy w szaleństwo… ale nie wiedzieliśmy jeszcze o tym.

Po pierwsze Google poprowadził nas dziwnie, po drugie, dobrze nas poprowadził, ale stres był… celem było Vitlycke i jarmark w muzeum, a skończyło się na ośnieżonym lesie. Bo jak się okazuje im dalej na północ, tym bardziej ośnieżone samochody się zaczęły pojawiać, a dookoła raczej nic albo tylko taka posypka… i nagle pasmo ośnieonego idealnie lasu! W znaczeniu każda gałązka oblepiona, każda brzózka, wielkie, obciążone sosny pochylają swoje gałęzie.

Zieleń i biel, biel i zieleń, po prostu szaleństwo.

Piękno skończone.

Nie trafilibyśmy tutaj, gdyby nie ten błędny Googlowy prowadzacz…

Robienie siku w takich okolicznościach przyrody było cudowne. LOL Tak, wiem, możliwe iż to too much information, ale jednak, no weźcie no, czasem trzeba i tyle. Nie da się inaczej, po prostu. Trzeba znaleźć las, ustronność gigantyczną, by innych własnym tyłkiem nie straszyć, wiecie, może i śnieg dookoła, ale biel bieli nie jednaka… no mój zadek ma ją na pewno inną…

Ale, do rzeczy, dotarliśmy w końcu na miejsce.

A tam… wielkie zaskoczenie.

I nie, nie miłe jakieś, czy coś, niestety.

Często tak jest, że człowiek sobie o czymś marzy, dostaje to, a to kupa.

I już…

Taki był ten jarmark… dotarliśmy tam dookolnie jadąc z wyspy, po drodze ciesząc się śnieżnością, która w okolicach Vitlycke oczywiście zaniknęła, no pewno, kurcze, no weźcie no… ale… no dobra. Śniegu tam mniej, w muzeum samym raczej nic, poza śliczną choinką i tyle… Jakieś filce, jakieś dziwadła, wełna… czyli wszystko to, co mnie uczula. Ha ha ha! No po prostu ubaw roku.

No weźcie no…

Na zewnątrz pomiędzy zabudowaniami oczywiście i jakieś wełny i kremienie. Kurde no, krzemieni to bym chciała, ale… ech, widać moje pytanie o to, czy bułę krzemienia mogę sobie nabyć w celu samotnego stukania okazało się dla brodatych facetów dookolnie miejsce obstawiających mocno nie do przyjęcia, więc… krzemienia nie mam w ogóle. A niech się pindolą! Kurde, a taki piękny był no. A u nas na Wyspie wychodni krzemienia brak. Ino są one chlebki – jajka. Malutkie.

Nie tak, że na pole wyjdziecie i jest.

Ech…

No więc tyle.

Ale w Fjällbace było piękno, chociaż krótko, za to te ozdoby, ja pinkole, jak oni pięknie stroją miasteczko, to morze, te skały, śnieg nawet inaczej tam smakuje! Ja chcę tam na dłużej. Bardzo dłużej. Ale… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obska Koza… została wyłączona

Pan Tealight i Czas Szarości…

„Nadszedł Czas Szarości i było jakoś spokojniej…

Ciszej.

Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane w końcu nikt nie niepokoił i chociaż myślami wciąż była gdzieś indziej, bo jakoś znowu im zniknęła na kilka dni, i w panice najpierw, szaleńczo i bez planu całą Wyspę przeczesali, by w końcu internetem ją wyśledzić… tam, gdzie jej być nie miało, nie teraz, nie gdy śnieg jest… no ale, w końcu jakoś wróciła, węc przestali szaleć z niepokoju i najzwyczajniej w świecie, jakoś takoś… zaczęli odpoczywać.

Bo to w końcu i zimno cudownie i szaro za oknem, głębookie i szerokie, ciężkie i puchate chmury zakryły słonća wszelakie i jakoś tak, zwyczajnie całkowicie, po prostu mogli tylko jeść, pić, sikać i spać. I czasem kupę zrobić. No bo wiadomo, jak coś włazi, to i wyleźć musi. Konieczność i tyle. To łączyło ich wszystkich, niezależnie od tego w jakiej sferze magiczności przebywali…

… kim byli…

A Mikołajowie ponownie odmówili pracy.

Za to na pewno coś kombinowali w swojej Mikołajskiej Destylarnii, która to już uzyskała nie tylko pomieszczenie i nazwę, ale jakieś dziwne, połyskujące na ścianach kamiennych certyfikaty i przyklepania łapą czy macką… no naprawdę, w tej jaskini, która chyba gdzieś pod dnem morskim się znajdowała, bo ściany na słono ociekały, ale spod Domostwa Białego dojść ino można było…

Chociaż… to dziwne studniane dziurastwo pośrdoku?

Cóż…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Grzeszne rozkosze” – … Anita Blake… Ech, wielu o niej zapomniało czytając one najnowsze czytadła YA… Wielu nie pamięta o tych bohaterkach, które stworzył, scenach, pomysłach… No po prostu… Laurell K. Hamilton to jedna z prekursorek, jedna z tych, które pisały, a potem nazywano jej pisanie zboczonym, seksualnym, nadmiernie rozbuchaną…

Wiecie jak to jest.

Wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, iż kobiety nie potrafią uzyskać seksualnej przyjemności… od razu przed oczami mam ten film o psychiatrii i szaleństwie kobiet. O onych maszynach wspomagających… No, ale nie o tym ta seria, bo wiecie, to pierwszy tom. I wciąż jeszcze można go wyłowić w sieci… w znaczeniu kupna, no weźcie no! Przecież chodzi o papier. O opowieść w pełni fantastyczną. O wampirach, Egzekutorce, tej, która potrafi przywołać zmarłych i świecie, gdzie tacy jak ona są zwyczajnie, wiecie, do wynajęcia. Ale nie tanio…

Anita to, omijając one najwcześniejsze opowieści, jedna z pierwszych takich bohaterek. Na nich bazowało wiele… dlatego warto ją poznać. Niską, ale jednak… no tak, wiele nie mogę powiedzieć, bo seria trochę tomów ma, a warto przeczytać je wszystkie. Dla odmódżenia, wyjścia z teraźniejszości i czasem…

… no wiecie, dla uśmiechu.

To nie tylko przygoda, akcja, ale też czasem trochę humoru… a przede wszystkim historia kobiety, która dla przyjaciół zrobi wszystko.

No więc zadekował się człowiek na innej wyspie, ale tak naprawdę tylko dla spania i tego morza… innego tak bardzo. Chciał ją zobaczyć, ale o tej porze roku wymiar godzin, w których w ogóle coś widać jest bardzo, hmmm, limitowany. Bardzo i przeraźliwie limitowany. A jeszcze trafiła nam się besłoneczność, która wzmocniła niewidoczność, ale jednak… jednak i tak było niesamowicie…

Usiąść ponad wodą, na pomoście, pod skałami…

Okay, pizga, ale klimat jest.

Najpierw jednak Göteborg, który był pierwszy na naszej drodze. Zależało mi na jarmarku w Hadze, dzielnicy miasta znanej ze starych, drewnianych domów. Co do klimatu i drewnianości, to wiecie, lekko nazbytnio powiedziane, ale one kawiarenki, choineczki, wiecie, stoiska z żarciem…

I tłum!

Ja pierdziele, myślałam że będą mnie wywozić stamtąd jak w którymś momencie utkneęliśmy na uliczce w grupie ludzi, którzy się nie ruszali. No kurna stali tak… nie wiem co z nimi nie tak było, ale przerazili mnie… uciekłam stamtąd, chociaż orkiestra była milusia. Taka… oficjalnie poprawna.

Młoda…

No i te przeceny! LOL

Mają tutaj takie sklepiki, w których, no wiecie, są takie rzecy, których człowiek nawet nie wiedział, że pragnie. Oj mają ich wiele, a że korony swedzki są tańsze, to Swecja zdaje się miejscami rajem dla Duńczyków. Mówi się o tym, że najlepiej pracować w Danii, ale mieszkać i wydawać w Szwecji.

Serio.

… ale jednak osiągnęłam swoje, dostałam oną świąteczność.

A raczej nią między oczy.

Mocno.

Soboty to miejsca, które naprawdę tłumnie zapychają miasto. Nawet jak człek stara się dotrzeć tam wcześnie. A market jest tylko w grudniowe weekendy, więc… rozumiem to, ale dla mnie to zbyt wiele ludzi. Dlatego uciekliśmy na wyspę i chociaż w mieszkaniu było ciepło, człek był wdzięczny, to już po chwili nie mógł oddychać, okna się nie otwierały, no po prostu wpadłam w panikę.

Ale… wytrzymał człowiek.

Poza tym czysto i naprawdę miło, ale jednak, mieszkanie w czymś w rodzaju garażu z oknami i widokiem, fajną łazienką, maciupką szafeczką i sypialnią… kurcze, niby wystarczające, ale jednak, ja muszę mieć otwierające się okna, a nie ciągły szum jakiejś dmuchawy i to ciepło!

Ich stać w Szwecji na ogrzewanie?

A może to nas nie stać i już przywykliśmy?

Mniejsza, właściciele mieszkają nad onym apartamentem, obok zaraz garaż, więc nie wiem… w maciupkiej szafce – składziku drzwi prowadzące najprawdopobniej do reszty domu. Takie… trochę to przerażające… nie wiem, jakieś takie niefajne. Ale przecież nic nie zaszło. Poza tym momentem jak koleś zapukał w drzwi wejściowe – zewnętrzne – w mundurze. O rany! Przez ułamek sekundy zastanawiałam się nad tym, czy od razu więzienie i czy gaci mi starczy…

No co?

Ale okazało się, iż to marynarka, w znaczeniu wodne siły… a raczej nie pływałam. LOL Tak w ogóle facet bardzo miły i dostaliśmy w prezencie flaszkę. Cóż, wiem, że dorośli tak robią, ale ja nie piję. Będzie prezent dla kogoś…

Chętni? Wystrzałowa jest. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas Szarości… została wyłączona

Pan Tealight i Maminek…

„Temat matki, matczyństwa, matczestwa i wszelakiego matkowania był dziwnie omijany w towarzystwie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. Znaczy, nie żeby jakoś specjalnie, czasem coś rąbnęli, ten czy tamten walnął wspomnieniem z przeszłości prawie niepamiętalnej, oczuciem, uczuciem, ale jednak… nie mówili o matkach. Nie bleblali o trudach macierzyństwa.

Nie było słodkich pogadanek.

Nie było wspominek, jakichś tam wszelakich porównań, a bo moja gotowała to tak, a przewijała mnie inaczej, a na dodatek jeszcze te przepisy, tradycje… no tak, tradycje to jednak coś, czego Wiedźma Wrona nie o końca akceptowała. Jakoś tak. Nie rozumiała w ogóle tego, iż inni postrzegają tradycje jako coś po prostu wszelako stworzonego przez świat, ludzi, nie boskości…

Chcociaż, jakby tak pomyśleć…

Ludzie też bogi.

Może i matki bogi, ale jednak, cóż… w rejonach jej istotności raczej lepiej było o tym wszystkim nie wspominać. Lepiej jakoś tak… no zwyczajnie nie. Po prostu, nie dlatego, że miała coś o czyiś matek, zwyczajnie, nie miała swojej. Chociaż inni uważali inaczej, ale ona… odebrała Tej, Co Ją Wydaliła ono miano.

I już.

Bo mogła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem sobie myślę, że możnaby zrobić coś niezaplanowanego, ale w tym dziwnym świecie z niezaplanowanych to ino większe podatki, rozstrój żołądka i sraczka się u mnie zdarza. Jak już… ale tak prawie niezaplanowanie wylądowałam na kilka dni na innej wyspie. Bo dlaczego nie? Bo przecież wszystko jest takie planowane. I pogoda, no dobra, na Wyspie pogoda potrafi poszaleć, ale tylko jeśli czytacie one przepowiednie, bo jakoś tak, nadzwyczajnie zbyt często się mylą…

Nie potrafią docenić jej siły.

Mocy.

Zapewne podobnie jest z inną wyspą… wie się Tjörn. Jest dziwną, miejscami pustą całkowicie, potem znowu dewastowaną, wyrównywaną skałą, gie stawiają zestawy takich samych domków. Okno w okno, bo jakoś tak na tych szwedzkich wyspach lubią. W drewnie i okno w okno. Ale co najdziwniejsze, wsio na biało, do tego mają tyle hipermarketów, że… obeszliśmy jeden, dwupiętrowy, pusty, ale rzeczy w nim pełno. Ludzi… mniej. Chociaż, jak na wyspę… albo i gminę? Dziwnie, że wyspa nadała imię całej gminie… takie to zaskakujące. Szalone nawet. Gminie, która ma nie tylko one wyspy, wysepki, sczyty górskie wystające z mora oraz ląd większy, jeziora, lasy, drogi, skały… oj tak, przede wszystkim właśnie skały…

Ale dlaczego tak wszystkich pcha na wyspę?

Okay, rozumiem, sama mieszkam na wyspie, ale oni mogą mieszkać na kontynencie, nieutrudniać sobie życia dojazdem do pracy w wielkim mieście… Göteborg. Tak, jest całkiem niealeko, autostradą w ponad godzinę i już… a wracasz w całkiem inny świat. Pełen onego dziwnego przepychu, pięknych wybrzeży, morskich czarów, ale też i rowalających się ruder.

Wołających o pomoc…

… więc dlaczego tam?

Nie wiem, może jakoś kolekcjonuję wyspy? Zawsze żyłam na jakiejś. Czy między drzewami, czy wąwozami, na wyspie między splotami Odry… jakoś tak, dziwnie, lepiej mi w odcięciu jakimś. A może to po prostu jakiś taki sposób na ucieczkę od cozienności? Nie wiem. Zwyczajnie… na początku tylko tak się zdarzało, a teraz, teraz to jakaś taka… nie umiem inaczej… bez morza i skał.

Udało nam się wynająć coś tanio, co przypłaciliśmy totalnym wysuszeniem. A tak, każde miejsce, które wynajmujemy czegoś nas uczy: nigdy indukcji, żadnych nawiewnych wymysłów w stylu tych, co były w tym mieszkaniu. Woda w szklance wyparowywała w mgnieniu oka. Jakby w tym małym mieszkanku, na parterze, panować miała ino susza. I choć widok niesamowity, na ten kościół, miasteczko, to potem człek patrzy i widzi coś innego… ucięte góry, zdewastowaną naturę…

… i po co?

Dla ludzi, którzy przyjadą tutaj raz w miesiącu, może czasem w weekend?

Nie wiem…

Na pewno są tam tacy, co mieszkają na stałe, ale poza tym… to niesamowicie dziwne miejsce… charakterne. I jeśli chcecie coś tam kupić, to sorry, ale wiele simoleonów mieć trzeba. A jednak… ta pustka skał, te mosty, które cię prowadzą na wyspę, ta rzeźba – głowa dziewczyny… unosząca się ponad cmentarzyskiem kurhanowym, ze stojącymi głazami, kręgami…

Helleristningery.

No sorry, ale bez archeologii nie jadę.

Jak nie ma starego, to ja nie mogę… i może o to chodzi… bo w końcu one skały najstarsze takie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Maminek… została wyłączona