Pan Tealight i Wieśniaczy Kapłan…

„Kapłan jak kapłan, wyglądał na siebie, wyglądał na swą definicję i wyglądał, jak najbardziej na kogoś kapłańskiego…

… a może kapłaniastego?

No weźcie, po pierwsze wiadomo, facet miał sukieneczkę.

Do tego taką narzutkę, spiczaste coś na łbie i jeszcze…

… w rękach takie coś do machania, walił kadzidłem, ale zarazem i niczym, najdroższymi perfumami, ale też i dziwną słodkością, którą przypisuje się ino padlinom. Dodatkowo miał książkę, i to tylko jedną, nucił coś tam, no i jescze ta walizeczka, której nie pozwalał dotykać z jakimiś krzyżykami i inymi symbolmai, ułożonymi dziwnie, ale te i przemawiającymi do wszystkich…

Nazbyt głośno.

Nie żeby był jednoreligijny, on chyba zwyczajnie głosił coś swojego, a sam apperance opracował na podstawie znanych religii, ale to wystarczyło. Nie Biblia cyniła człowieka marnej prominencji… No i dodatkowo, wiecie, tutaj, tera, on… Pojawił się, miał czelność, po prostu był, istiał…

… oburzenie…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane właśnie waliła dożylnie rumianek na uspokojenie, bo ostatnio jakoś tak wsio się waliło, więc jak tylko go zobaczyła, cóż, adrenalina zrobiła swoje. Pioruny z oczu, dym, ogień, wszelakie plagi, egipskie i nieegipskie, te zapomniane i niezapisane: obudziły się i zrozumiały, iż może to być ich jedyna szansa… teraz, albo nigdy…

… droga wolna.

A potem się okazało, że to sprzedawca zioła i już było okay.

Nie trzeba było nawet płacić… jakoś zioła wiedźmia wkurwia nie dotknęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Oj tak…

Święta upłynęły względnie spokojnie, jak ktoś obchodził, to obchodził, jak nie, to opitoli w końcu rewka – wcześniej nie było pogody – potem dorzucił do tego wywalenie tego i tamtego, zajął się ogrodem, ale niezbyt inwazyjnie, bo wiadomo, przecież cebulki wciąż nie wszystkie wyszły, więc nie należy im przeszkadzać.

Z drugiej strony, to kurna co to znaczy obchodzić?

Że jak trzepiesz razem z tradycją to jesteś okay, a jak robisz coś inaczej, to już nie, a może jednak, no nie wiem… wiadomo, religijnie religijni wiedzą co mają robić, raczej, ci, co się wyłamują na Hawajach czy innych Bangladeszach, to wiadomo… robią sobie co sobie robią, ale w pewnym sensie przecież też świętują… bo świętować można wszelako i definicji jest wiele…

A w ogóle to a mało świętujemy.

Popatrzcie na ludy tak zwane – jeszce wciąż – pierwotne.

Oni czas pracy mają serio ograniczony. Dopiero jak wchodzi przymusowe świętowanie, a nie zabawa na całego, dorzuca się do tego religia, to ju jesteście w dupie. Ino rola, zwierzaki i nic z czasu dla siebie.

No co?

Imprezka?

Jako takie imprezowanie, dla wielu ma różnorodną definicję.

Na przykład dla mnie to siedzenie na zewnątrz, w lesie, na plaży, na skałach, tudzież w domu, samej, i wszelakie próby niemyślenia o czymkolwiek. A potem robienie tego, co się chce. Po prostu. To moja imprezka. Nawet w tym nie jestem definiowalna. Nie upijam się, nie palę, wróć, nienawidzę alkoholu, a już smród papierosów to po prostu… bleeee… jak tak można. Znaczy wiem, że można, ale jednak.

Ech!

Bez muzyki, chociaż nie abstrachuję od niej, nie odstępuję, wprost przeciwnie, jak wychodzę one sznurki od słuchawek pomagają w odłączeniu ludzizny, czasem, bo nie zawsze, ale jednak, zawsze można krzyczeć, śpiewać… i tak dalej, ale i tak ludzie podchodzą i dlaczego? Może jakiś kapelusz będę za sobą ciągnąć? No przecież bez urazy, ale kurna za darmo już nie robię. Znaczy robię, ale nevermore!!!

A co!

Niech najpierw płacą… ktokolwiek? #buymeacoffee

Nie oszukujmy się, jak chcesz być one and only, wiadomo, nie kopiujesz innych, jesteś sobą, to po prostu jesteś niewidzialny. Nawet w niedzielę. Gdy to piszę… całkowicie niewidzialny i już… ale, co do pogody, to było nawet słońce w one święta. Nawet całkiem, chłodno, ale jednak, jak ktoś lubi takie klimaty, ja wolę deszczowo, mgliście, wszelako pochmurnie, zimowo najlepiej, wiadomo…

Upierd ze mnie! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wieśniaczy Kapłan… została wyłączona

Pan Tealight i Glutomat…

„… bo to tak pora roku.

Ni to zima ni to wiosna, zresztą, ofcjalnie Zima przysłała pismo, że jakby co, to jej nie było, więc niech nie marudzą marudzący, bo zaproszenie widać zniknęło w eposach PostNordowych, co to sama sobie firma pisze, więc nie jej to wina, że łaziła po innych miejscach, myślała, że jej nie chcą…

A wiosna…

Z Wiosną to w ogóle inaczej.

Niby przyszła, w końcu to jej czas, więc nie chciała niczego przegapić, ale jednak, jakoś tak, nie chciała od razu iść na całość. Po prostu nie chciała. Była sobą, inną sobą, małą babuleńką w chuście, której zawsze było zimno i chodziła o rzeźbionej laseczce i miała baloniki do niej przyczepione z siuśkowych chmurek. Małe bukieciki kwiatków zdobiły kaptur jej płaszczyka w mocno czerwonych barwach, jak te tulipany, które lubią wyłazić tak dziwnie, podejrzanie… wiecie, te wydłużone, niewielkie, ale jednak jebiące kolorem na tle onej świeżej zieleni.

Młodej i niewinnej… chociaż powtarzalnej.

Ona nie była w tym roku młoda i niewinna, wprost przeciwnie, wiedziała czego chce, czego nie chce i mocno znała się na rzeczy, ale jednak, jakoś tak, nie chciała się od razu rozpędzać. Chociaż miała swoje plany. Mogła od razu odwalić wszystko, ale jednak, jakoś tak… nie, nie ziś, nie jutro.

Powoli…

Najpierw postawiła Glutomat.

No co… pandemie może się chwilowo skończyły, ale jednak, ona wiedziała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W Aakirke znaleźli martwego faceta na cmentarzu.

I tak, wiem jak to brzmi.

Jeżli myśli się o śmierci, raczej tak normalnie, że nie jak ja, wiecie, nazbytnia wyobraźnia, pod płotem, pod stopniem, ofiara zakładzinowa, takie tam rzecy, wypchana ciotka w szafie, szkielet w gabinecie pani profesor od biologii, no wiadomo, takie rzecy… ona w zamrażarce, bo on ją wciąż kocha, nie że jakiś obleśnik…

I nie, nie chce jej emerytury.

Jeśli myśli się o śmierci jakoś tak po luzkiemu, to ciało na cmentarzu racej jakoś pasuje. Pasowałoby i w kostnicy, zapewne, na stole sekcyjnym czy w jakiejś tam innej prechowywalni. Nie no, pewno iż arzają się i tutaj momentu zgrozy, mordy i tak dalej, ale cmentarze tu zdają się tchnąć jakimś uporządkowanym spokojem. Jakby nic nie zaszło, nie było tam ni bólu tych żyjących, zostawionych, wciąż nadających wspomnieniom bieg… ni płaconych latami podatków, by sobie tam zapewnić miejsce, a wcześniej mówić wszystkim jakim to się jest ateistą…

No co?

Tak jest.

Ale… tutaj po prostu znaleiono ciało… ciekawe jak to jest, idziesz sobie, może po prostu spacerowo, bez modlitwy, w celach historycnych, czy wycieczkowych, a tam ciało… znaczy, na początku pewno nie wiesz czy ciało, czy po prostu wciąż człowiek… ale jak już tam nie bije, powietrze nie krąży, ino inne gazy, to nagle ciało… Jak to łatwo przemienić się z człowieka w ino ciało.

Dziwne to…

Potem czekasz na karetkę, policję… dopiero w szpitalu oficjalnie stwierdzają zgon. I nie człowiek bez dechu, bez onej poruszalności/prytomności jakiejś, ino ciało samo, dziwnie inne, odmienne, się objawia… Nie, nie wiadomo czy powody są naturalne, czy jednak będzie ciąg dalszy…

A nawiązując do popredniego wpisu, to coś mi podesłali fińscy znajomi. Otóż, u nich istnieje też takowe miejsce, nie do końca chyba góra, zwyczajnie obszar, który zdaje się należeć… do magii…

Kyöpelinvuori: „Kyöpelinvuori w fińskiej mitologii to miejsce, w którym (które) nawiedzają martwe kobiety. Plotka głosi, że dziewice, które umierają młodo, gromadzą się tam po śmierci na początku życia pozagrobowego. Podobne historie rajskich gór dla pobożnych dziewic znane są także w katolickiej Europie Środkowej i Rosji.” Pobożnych? Ech no… Ale czy to miejsce jest opowiednikiem szwedzkiej Niebieskiej Góry, gdzie wiedźmy latają, czyli taka kolejna Łysa Góra czy też coś jak Brocken w Harzu. Bo tak, cytat przytoczony, z jakiejś chyba Wikipedii, żeby mieć pewność, kiepsko tłumaczony… to też miejsce, gdzie wiedźmy się gromadzą.

Czy dla diabła, nie wiem…

W ogóle nie rozumiem dlaczego baby miałyby się gromadzić w imię chłopa jakowegoś, a jednak Szatan to… kurde. a moe Matka Szatanowa?

No co?

Ostatnimi czasy one wszelakie feminizmy i równouprawnienia, problemy ze sportsmenkami, które wyglądając jak facet i wygrywając jak facet, wciąż twierdą, że są słabiutkie jak kobiety… no wiecie, co innego problemy, z jakimi mierzą się ludzie, szczególnie w okresie dojrzewania, sama miałam, co innego pokręcone iksy i igreki, a co innego wykorzystywanie tego dla korzyści finansowych, albo co gorsza, przestępczych… ale nie chcę o tym pisać, mówić, myśleć… nie…

Lekarz zabronił.

Nazwanie mnie archeolożką przyprawia mnie o takigo wkurwa, że po prostu nie podchodź, serio… ić stond!!! LOL Tyle mamy problemów na tym świecie, a jak zwykle wszystko od dupy strony chcą rowiązywać…

Ech, ludzizna…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Glutomat… została wyłączona

Pan Tealight i Wyborca…

„Był zwarty i gotowy.

Był mocno przygotowany i zdecydowany.

Był…

… właściwie był taki przez cały czas, ale jednak, jednak jakoś tak, no jakoś tak mu nie wierzyli. Cakowicie. Nie byli przekonani, iż on sam jest pewien tego, że jest pewien, no wiecie, kogo krzyżyknąć, kogo ptaszknąć i tak dalej. Kogo jajcem może przy wyborczym budynku jajem walnąć, a kogo tylko kapustą, względnie świeżą, ale już bardziej taką na kiszoną niż sałatkę…

Niby miał ten garnitur, miał krawat, w dłoni zestaw długopisów, na wszelki wypaek i kilka ołówków, gumka i temperówka w kieszonce, ale i chustecka, na otarcie łez, bo wiadomo, gdy wybory się kończą, gdy już się zagłosowało, to nagle wszystko się kończy, więc chciał to widocznie przedłużyć… by to trwało, ono przed, nawet ono potem w trakcie, by trwało dłużej, pokręcić się, poczytać naklejki, obwieszczenia, jeszcze raz zapoznać się z instrukcją obsługi kart do głosowania…

Poczytać o kandydatach…

Ale… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane nie rozumiała go. Wcale a wcale. A co jak co, ale jednak ona miała dla wszelakich zboczeń naprawdę otwarte serce, oczywiście onych psychiatrycznych i miałko na świat spoglądających, nie żeby jakieś dotykacze, czy coś, żadnych cielesności… umysł tylko, naprawdę. No więc ona po prostu chciała, ale nie umiała go zrozumieć…

Onej potrzeby ciągłego decydowania…

Oczekiwania na decyzje, planowania… nudne to dla niej było, po prostu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Umrzeć po raz drugi” – … czytałam już. Ale kurcze chociaż było to jakiś czas temu, to wciąż i naprawdę uważam to za jedną z lepszych z serii z Rizzoli i Isles opowieści. Serio serio.

No i ta okładka, uwielbiam!

Wiem, nie dla okładek powinno się książki kupować, ale jednak, do tej wracam. Wracam, bo pokręcenie fabuły, ona dwuwątkowość, te bohaterki żeńskie, po prostu tutaj mamy ono mistrzostwo ukazania kobiety w wyjątkowych okolicznościach. Kobiety, która się poddaje, zaprzecza samej sobie, oddaje rodzinie, a potem, otwiera się na nowe, o tych, które stają zbyt często twarzą w twarz ze śmiercią i o tej, która przetrwała.

Chociaż przetrwały wszystkie…

Niesamowita książka, oczywiście morderstwem tchnąca, ale przede wszystkim udowadniająca, że jeśli się czegoś pragnie treba o to walcyć. Mocno arysowane postacie kobiece, tak różne w swym nasiąknięciu „poprawnym” wychowaniem, tak odmienne, a jednak pragnące tego samego. Bezpieczeństwa, miłości, spokoju, stabilizacji, rodziny, czegoś więcej…

Naprawdę intrygująca.

Szukałam ale wiecie, cena, to raz, dwa to jednak no jak?

Niby można sprowadzić z UK, ale wiecie jak to jest, więc…

Udało się w Szwecji – SFBokMalmo

Ocywiście, że nie jest to moje polskie wydanie, wielkie, albumowe, ale przynajmniej jest. Jeszcze polskie tłumaczenie i będzie…

Szwecja wiosenna.

Szwecja wiosenna w tym roku raczej jest pochmurna, ale wiecie, piórka wiszą, wiatr wieje, w szczególności na wybreżu, wiadomo, północ wciąż śnieżna, ale na południu śniegu jak na lekarstwo, więc…

No jest wiosna, ale mokro i zimno…

W sklepach jakieś wiedźmy, bo wiecie, tutaj to Wielkanoc należy do wiedźm i to bardziej niż dla zajączków i jajeczków znaczy też są istotne, ale od zawsze pierwsze były wiedźmy. Påskkäringar, czyli coś, co często nazywa się szwedzkim halloween… wiecie, jak zawsze najwięcej zabawy mają dzieci – dziewczynki, ale korzenie tego podobno tkwią w wierzeniach pogańskich – znaczy wiecie co o tym myślę, pogańskich, kurna, jakby tylko jedni mieli rację, no ale, z historią nie wygrasz, Szwecja jak inne Skandynawskie kraje przyjęła chrześcijaństwo, ale tak po swojemu. LOL – Blåkulla, tam podobno po zapadnięciu zmroku, a już się tak przesmykują jasne noce, słońce ostatnio nadgorliwe jest, one aurory widać wsędzie, więc… późno, ale tam to właśnie zlatują się wiedźmy. Dlatego czwartek to czas ognisk i petard. U nas nie wolno, just saying…

W Wielką Sobotę mają zajączka, ale tak jak i u nas podobno najważniejsze jest jedzenie i słodycze… nosz kurna chata ile Skandynawowie potrafią wtłoczyć w siebie onych cukierków. Jeżeli byliście w którymś ze sklepów, na przykład sieci ICA, czy nasze Kvickly, to wiecie jak wyglądają ściany z cukierkami na wagę.

Bleee…

No co…

Obrzydzają mnie cukierki na wagę, ponieważ widzę, że całkowicie i nikt nie trzyma tam higieny. Nikt tego nie kontroluje, ludzie wsadzają łapy, inni poprawnie łychą nabierają, w końcu na wagę jest, pakują do woreczka, ale pięć już wpierdzielili… nie, nie ma porządku, a potem wpierniczają to w pracy wkurzając Chowańca, który jest na mlaskanie dość mocno uczulony.

Ja też.

I to nie dzieci, a dorośli, co więcej, mocno dorośli, osoby starsze mają problemy z lakridsem. To już uzależnienie i jak się okazuje, całkiem mocno niezdrowe. Nadmiar lukrecji niesprzyja i przyznam, że mnie to mocno zaskoczyło, w końcu jedzą od tak dawna… a zęby, to już inna opowieść.

Uzależnienie jest tak mocne, że mogą nocą wsiąść na rower czy w auto i pojechać na stację benzynową…

Tak samo jest w Danii, Szwecji i chyba Norwegii, ale to obserwowałam tam tylko raz, więc wiecie, zapytajcie kogoś innego. Trza dane jednak uzupełniać i sprawdzać ich poprawność. A teraz, po cukrowym, głównie żelkowym temacie, słów kilka o Blåkulla… no cóż, tak naprawdę ono miejsce nie istnieje. W mitach tętni oczywiście od opowieści o trollich początkach, historii magicznych, ale namacalnie możliwe, iż jest to Blå Jungrfrun, wyspa dość intrygująca, ale wiecie, pewności nie ma. Inne źródła podają, że z diabłem można było się tam spotkać, a wyglądał on tak: „in a gray Coat, and red and blue Stockings: He had a red Beard, a high-crown’d Hat, with Linnen of divers Colours, wrapt about it, and long Garters upon his Stockings.”

Wszystko wiąże się też z procesami czarownic, ale… o tym lepiej poczytać na mądrzejszych stronach… lurcze, trzeba dorwać te książki!

To… miłego świętowania!

„Women and fairy-tales … generally say that all witches will go here (truly a rather difficult journey) each Maundy Thursday; but those who have visited the place once are not likely to return, and should find out the reason for the fable: If any place in the world looks hideous, this is surely one of the most cruel.”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyborca… została wyłączona

Pan Tealight i Grób…

„Właściwie był to Grób Znanego Nieznajomego…

… wiecie, poznali się, ale nie przedstawili się sobie, potem coś spadło, coś się rozlało, foliowa torebka, a raczej wielki wór na śmieci, czy cała rolka onych worków, chociaż… wszystko działo się w lesie, więc…

… ekologicznie.

Wcale nie trzeba było sprzątać, w końcu zamówiony był deszcz, chociaż wcale się nie spodziewali, że tak się stanie, ale jenak, wiadomo, lepiej zamówić, na wszelki wypadek, pewne sprawy się dzieją i mogą zawsze przybrać inny obrót, albo i kilka obotów i jeszcze kierunek i się zachwiać, obalić, uderzyć w ten dziwnie wystający kamyk, granitu kawał, jakby specjalnie tutaj postawiony, no i jeszcze te liście, takie na miejscu, niczym koc jakowyś, wyciszyły wszystko…

Miło.

Pamiętajcie, las zawsze z wami współpracuje, zawsze.

Może pomóc i wam zniknąć, tak po prostu… nawet i grób nie zostanie, jak sobie życzycie, no chyba że nabroiliście, wtedy zwycajnie będzie tak, jak się lasowi chce… lasu? No las wie zawsze lepiej. I już!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Prom, Szwecja, święta…

Tia, trzeba przyznać, że w tym roku święta mnie zaskoczyły, głównie dlatego, że ich nie obchodzę, więc… po prostu Chowaniec pracuje z domu, życie jak zawsze się toczy, tylko sklepy otwarte krócej i tak dalej, poczty nie ma, no wiecie, tutaj jednak ludzie mają prawie cały tydzień wolny, więc wyjeżdżają na wakacje i tyle.

Odpoczynek…

Ale dla większości to po prostu czas ogródkowy i tyle. Tutaj coś posprzątać, przyciąć drzewka, jeśli pogoda pozwoli, ale wiadomo, ostatnio pogoda raczej szaleje, więc może jednak w końcu człowiek się prześpi, wyśpi czy coś w ten deseń? Nie wiem… wiem jedno, rzeczywiście ludzie się zjechali… czosnek niedźwiedzi już wyłazi, więc mogą się pożywić, gdy fale przestaną szaleć może i nawet popływają, w końcu woda jest, a że zimna, oj weźcie no, cieszcie się, iż jest…

Przyroda nieśmiało wypuszca to i tamto…

Ptaki szaleją, ćwierkanie doprowadzi nawet najspokojniejszego na granice szaleństwa.

No wiecie, ta tam, wiosna czy jak to nazwać, w końcu wciąż nocą przymrozki jakieś niezapowiadane, już człowiek niczego nie może być pewny. Wciąż nie przycięłam jabłonki, boję się coby grzyba nie załapała, ale w końcu trzeba będzie. Niech ino przestanie tak… no powiedzmy to szczerze: pizgać.

Się stormować znaczy…

Buja…

No właśnie, ale jak wieje to i buja, nie oszukujmy się… czasem nawet dość przypadkowo, ale od początku… wybraliśmy się do Szwecji – no co, świeczki się skończyły, a Szwecja bliżej, więc… nie jest już jakoś taniej i człowiek sprawdza ceny w te i wewte, ale jednak oni mają rzeczy, których u nas nie ma.

Jak właściwie prawie wszystko.

Serio…

Ostatnio czuję się mocniej jak ten dzikus wpuszczony do jakiegoś Walmartu i dziwiący się, iż wsio na drzewach nie wisi, a jeszcze dodatkowo, że w ogóle jest, ale… co do Szwecji, to jak zwykle na gałęziach ma piórka, to zawsze w modzie, one kolorowe piórka, wszelakie jajeczki i zajączki oraz kolory pastelowe, które mi nie pasują. Wcale, więc w końcu dostałam swój wymarzony od kilku lat plecak, czarny na czarnym pod czarnym i już. Równowaga zachowana we Wszechświecie.

Ale, o Szwecji napiszę następnym razem, dziś będzie ino o promie.

W jedną stronę, chociaż na lądzie pizgało, to jednak fale były na niebiosko, znaczy na apce od fal, wiecie, od wszystkiego są apki… i nie bujało. Dość spokojna podróż, niewiele ludzi, ale wiadomo, wcześnie i tak dalej, za to powrót, nie dość, iż wsio na kilka dni wykupione i jakbyś miał jakiś problem, to nie wiem jak sobie radzisz… szczerze. Przecież ludzie poróżują częściej niż ja, znaczy raz na miesiąc czy dwa…

Ale… w drugą stronę, w Ystad deszcz i wiatr, ale morze dość spokojne i na początku, szczerze powiem, że przez godzinę no raj. Płasko, bez bujania, dzieci obżarte cukierkami i czekoladą cichły, siedziały, a Chowaniec zjadł swoją bułkę… spojler alert, pożałuje tego za chwilę… bo po godzinie nagle zaczęło promem rzucać z prawej na lewą. Dopiero po kiku minutach odezwał się kapitan, grzecznie informując, że będzie rzucać prez 25 minut, potem przestanie, zresztą i tak już jesteśmy niedaleko, więc wbijać pazury w siedzenia i cierpieć. Torebki są dostępne…

Ja pierdziu, po raz pierwszy widziałam na tych promach zielonych dorosłych. Niby mam tabletki, ale kto weźmie od obcego, no i nie oszukujmy się, nim zaczną działać… ale, najgorzej miał niemowlak… ciągłe 25 minut darcia się. Musiał cholernie cierpieć. I przyznam, iż nie wiem dlaczego, przecież bujało na boki, jak w wózku, wystarczyłoby, jak to mówią: do cyca… ale to są inne czasy, może, a może zasysał strach od rodziców. Nie wiem, walczyłam o własne niepanikowanie.

I bałam się… właściwie wciąż się boję.

Dziwny jest ten strach.

Ludzie, sprawdzajcie apki i bierzcie leki i nie jedzcie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grób… została wyłączona

Pan Tealight i Milczek…

„Pan Milczek był starszym panem z laseczką… melonik miał i niewieki woreczek na kupy w prawej ręce, a w lewej, w skórzanej rękawiczce miał drugą rękawickę ze smętnie obgryzionym kciukiem i oczywiście linkę jakowąś, która po bliższej inspekcji okazała się być odgryzioną smyczą…

… ale po kim?

Zwykły pies na pewno nie pasował do grubego, skórzanego garnituru bardziej przypominającego pancerz, dziwnej maseczki, niby hokejowej, wiecie, takiej grubszej wersji siateczki jak na pogrzeb damy zakładają, by nie było widać ich jakże kpiącego uśmiechu, braku onych łez, tudzież wyrazistej radości z powodu odejścia tej durnej świekry… i z powodu nadejścia na konto okrągłej sumki… mniejszej lub większej, to jednak zawsze cieszy.

… maseczki, woalki, ale jednak z grubszego drutu.

No i jescze ten plecaczek, w kolore jaśniejącego, neonowego, no nadgorliwego współpracownika Marii S.-C. Znanej  tego, iż się radowała ponad przeciętnie… oj była z niej dusza towarzystwa, Einstein świadkiem, że nawet się uśmiechała. Ciekawe, czy woalkę nosiła… hmmm…

… no ale…

Stał tak, z dziwnie zakłopotaną miną, jednak widać było to wyraźnie, pochylony, jakby chciał preprosić, ale jednak jeszcze nie był na to czas, jaby czekał na ten moment, ale jakoś tak, był askoconym, iż on wciąż nie nadszedł… i spoglądał na Pana Tealighta w koronkowym fartuszku, stojącego przy ognisku do szaszłyków – miał taki do grilla i wszelakich prac, wiecie, z elfickiej materii, odporne na wszystko: miłość, nienawiść, tłuszcz, ogień, ziemię…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kocham wrzask mew… może nie rano jak tupią mi w dach…

Nosz kurna, skubane no, jak lądują, to jakby coś spadło na dachówki, już człek leciał, w czym akurat był odziany, bez butów, ratować swoje domostwo, no i co, a tam siedzi ta rzeźba na dachu i się gapi. Czeka na jedzenie, oklaski, czy pierun wie co… i jeszcze tak przestępuje z onej błoniastej jednej łapy na drugą. I na zewnątrz w ogóle tego nie słyszycie, ale jednak… w środku, pod dachem, pod sufitem, niczym stado obutych w jakieś tam metalowe trzewiczki do tańców wszelako irlandzkich, no wiecie, stepowania, czy coś tam… te takie dźwięczące…

… a może jednak mają te buty…

Kto to tam wie, tak mrużysz oczy, chcesz spojrzeć bardziej, a ta mewa co, prycha i odlatuje, nosz kurna, no, zrobiły sobie jakiś meeting na polu, świeżo zaoranym… jest ich tam właściwie cała masa, przez chwilę wydawało mi się, że rozwinęły się one kulki trawy i siana, co to, wiecie, się tam kwaszą.

No te marshmallowsy no…

Nie widzieliście ich na polach?

No więc ten biały welon, na onej świeżej ziemi, dziwny taki, mocno kontrastujący z czerniawością przyszłych wzrostu, przyszłej zieleni. Co robią, o czym rozmawiają? Czy tylko chodzi o robaki, a może jednak planują jakiś tam przewrót, a tutaj człowiek całkiem tego nieświadomy obiera ogórka, który na pewno przybył z jakieś zbyt dalekiej zagranicy… i patrzy przez okno…

Czy powinien się bać?

Królowa nie przyjedzie.

No niestety, jeśli chodzi o naszą Królową, to chyba jednak pooperacyjnie wciąż nie doszła do siebie. Człowiek zaczyna się martwić, bo przecież… ech, Europa już straciła jedną Królową, a po nasej, to chyba tylko Wiktoria Szwedzka na tronie będzie zasiadać z żeńskiej populacji… choć, czy mi wolno w ogóle użyć tego słowa, onego wielkiego, obraźliwego dla tak wielu…

… czy tak wielu?

No mniejsza, panowanie dam się kończy, powiedzenie Król Karol kupił królowe Camilli korale nabiera teraz lepszego znaczenia…

Miejmy nadzieję, iż nasza Królowa jeszcze poszaleje i popali trochę na tym świecie. Bo serio, jest cudowna. Niesamowicie intrygująca jako człowiek, pełna pasji, artystyczna dusza… ma jeszcze tyle do stworzenia, ma na pewno tak wiele pomysłów… kurde, martwię się, ale, na Wyspie jej nie będzie.

Co do innych pojawień się i spotkań, na razie niepewność.

Czasem się zastanawiam nad onymi cjami i izmami. No wiecie, demokracja, władza jednostkowa, panowania tyranów… czy istnieje jeden, idealny ustrój? Nie, na pewno nie, ale demokracja, jak mawiali starożytni, to ten z najgłupszych, widać to doskonale… no ale… widać też i to, że święta idą. Znaczy przyszły, piórka wiszą na gałęziach, wszelako wieje, chłodno, jakoś tak dziwnie smutnawo…

Ceny powalają…

Jak tak dalej pójdzie, to kurde dogadam się z mewami w sprawie diety i tupania… worny też na pewno mają swoje sposoby, więc…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Milczek… została wyłączona

Pan Tealight i Psikuśnik…

„… i dlatego czasem lepiej niektóre księgi przed kobietami chować i nie edukować ich wszelako w onych manieryzmach, które to dosłownie i wszelako obficie biologię człowieka opisują, i jeszcze, w ostrzeniu noży i może… wiadomo, jednak nie zezwalać im zawsze na zaponanie się  instrukcją obsługi, na używanie onych rzedmiotów, morderczych już w swym wyglądzie, a już w szczególnych momentach miesiąca na, dostęp bezlimitowy do ostrzy, broni, wideł, mioteł, patyków ostrzonych…

… nawet…

Mężczyzna winien jednak oną władzę nad płcią słabszą, szatanom wszelakim i diabolicom, sukubom znajomą, władzę oną winien posiadać. Władzę, o której jednak nie wolno wspominać. Władzę namacalną, wpisaną w jego postępki, ale jednak nieujawnianą płci onej słabszej, gdyż…

I cisza…

I wykładu koniec.

Spodziewali się tego. I tak długo właściwie wytrzymała, w końcu jak szli, a ona na końcu, to słyszeli ono orzące ścieżkę dziwne szemranie, metal i ziemia, małe kamyczki uskakujące spomiędzy widelcowatych ostrzy…

… oj tak, znali je.

Czerwone Widły.

Też chciały posłuchać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Demon luster” – … tom drugi, jak na razie trylogii, prawdopodobnie cyklu, się obaczy, wciąż nie mogę dorwać pierwszego, a takie mam cudowne o nim wspomnienia…

Ech.

Mniejsza…

Drugi tom to oczywista kontynuacja pierwsego, więc czytać lepiej od początku. Nasza bohaterka właśnie dowiaduje się, że kurde, to co zrobiła raczej przysporzyło jej i wrogów i przyjaciół, ale też mocno zamieszało w mocy, więc szamanka o umarlaków musi się uczyć. Ale jak być szamanką i jeszcze studentką? Czy to w ogóle wykonalne? Przecież to wszystko wymaga czasu, a złożone przez szamankę obietnice mogą mieć śmiertelne konsekwencje. Możliwe, iż i dla niej samej, więc…

Co to będzie?

W rolach głównych ona, duch ciotki, Gryzak i mężczyzna… a raczej ich kilku i jeszcze gromada funkcjonariuszy i takich tam… ni wiecie, i oczywiście lustra i duchy i barwna ama, jedna z moich ulubionych postaci…

I magia.

I Wrocław.

Człowiek wychodzi…

… i znowu widzi one łkające na trawę wzrastającą drzewa ścięte, one dziwne drogi, domy pobudowane tam, gdzie być ich nie powinno, bo przecież prawo, ale prawo jak widać w Svaneke i Listed ominąć można łatwo. Można… i nagle już budowa na terenie zalewowym możliwa, i wróć, będą tam i mieszkania i domy i coś na wakacje ino i na zawsze… ale jak to? Precież miało być nigdy?

A w Listed…

… las wycięli, rzeka zaczyna szaleć, ale co tam, najwyżej ich zaleje i tyle… who cares? Only me?

Na znaki trzeba zwracać uwagę, było 40 jest nagle 50, kurde, niby żadna różnica, a jednak w płaconym mandacie raczej sporawa. Ale pewno wszystkich stać, znowu, who cares… wszyscy i tak jakoś tak wkuci… i spoglądając na świat, to raczej chyba tak wszędzie jest. Protesty, zwiększanie liczby dni pracowniczych, obcinanie przywilejów, nic ino pracuj, do domu spać, od rana to samo… i bądź zadowolony… nie jestem. Ale też moje życie się jakoś tak dziwnie pokręciło… że sobie niezadowolona mogę być. Po prostu mogę sobie być, w końcu i tak nikomu nic nie powiem.

Ci szaleni często widzą on brak sensu w takowm się skarżeniu.

Widzą…

Świat się burzy, faluje, marszczy w miejscach, które nie przywykły do takich zachowań… wszędzie. Jakoś tak. Jakby nie do końca było to coś nowe, ale jednak, one miejsca zapomniały już że tak może być…

Jakby…

Nie wiem, przeraża mnie ten świat, ale stojąc na środku ulicy, wsłuchując się w morze, wdychając oną nicość po drewach, po lesistości, po onych dzikich kwiatach, które już się nie pojawiają, bo podłoże zostało zryte kołami maszyn i innymi tam, trochę wygląda jak po wojnie światów, no ale… idzie nowe. Pewno staną tutaj domy, w końcu Listed połączy się ze Svaneke i po co?

Tyle domów czeka na odnowienie…

Po co nowe?

A może… może jednak pójdą po rozum do cudzych głów? I posadzą drzewa, pozwolą naturze się odrodzić? Jakoś tak… ha ha ha, dowcipne to jak nic. Żałosne i smutne, żałosna ma nadzieja… i ona pustka, bo przecież już lata temu Listed miało zmienić swoją grupę  miasteczka na coś w okolicach osady? Nie pamiętam już, ale ponieważ tak niewiele osób tam mieszka, więc…

Cóż, może liczą tylko na te kilka miesięcy turystycznych?

Może?

Ale co poza nimi… a wydaje się, iż coraz częściej ludzi coraz mniej, wielkie hotele niszczeją, to co ma sens bytu to tylko sommerhusy, wynajmowane domy i mieszkania… tylko to, no i jeszcze namioty, wiadomo…

… ale jak długo?

Coraz częściej zjawia się coś niebezpiecznego, w tym miejscu zostawianych rowerów i niezamykanych drzwi, coraz częściej… ale przecież, przecież już tak wielu tego nie robi. Już od dawna zamyka się drzwi, dzieci nie śpią na zewnątrz w wózkach… i oczywiście pilnuje się baczniej swoich plecaków.

Coraz częściej…

… smutne to, ale oto jest i postęp… cywilizacja.

Upadek.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Psikuśnik… została wyłączona

Pan Tealight i Społeczna Presja…

„Świat zmierzał ku zagładzie i Pan Tealight o tym wiedział.

Zagłada też była tego świadoma, ale jeszcze kompletnie na cokolwiek niegotowa, wiecie, nieposprzątane miała w domu i w ogóle, jakoś tak, wiecie, wiosna, więc inne sprawy miała na głowie. No wiecie jak to jest. Pozimownie jakoś tak, wciąż leniwie, wciąż jeszcze jakoś tak powolnie, a tam już rosną, burzą się, krzyczą… ludzkie głosy przeszywają dookolność swoimi szponami i niszczą cenną ciszę i oną niesamowitą spokojność. Oną gładkość wszelkich głosów…

Mógł tylko patrzeć.

Mógł, ale tego nie robił, szukał przyczyny onej zmiany, bo przecież jeszcze niedawno, ojejku, przecież on inaczej spoglądał na ten czas… całkowicie inaczej, więc coś przegapił. Przegapił moment, w którym coś upadło, coś się złamało, ktoś się pojawił, kogoś zabrakło, ktoś się zmienił… to wszystko, jeszcze w czasach, kiedy nie było Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, a od jej przybycia, tak, wtedy, od tego momentu zaczęło mu zależeć…

Nie na sobie…

Na niej.

Dziwna była ona troska w nim, jakaś taka niepasująca do rysów twarzy, czy też ich braku, oczu, które widziały, ale nikt ich nie widział… onych papci i kubka, fajki, w której się układał, onej mocy… pryzwyczaił się do tego wszystkiego, jakoś tak, nie chciał tego zmieniać, nie chciał przywyczajać się do czegoś innego. Zdziwił się tak strasznie onej myśli, zachwiał, zroumiał, że nie może na to pozwolić.

Po prostu nie mógł, bo nie chciał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kwiecień…

Śnieg, zimno, ciepło…

Znaczy wróć, no bez przesady oczywiście, nie ma 20 stopni, ale w okolicach 5, jednak nocą, gdy spada o minus pięciu jest już dziwnie. Nie dość, że ta egarowa kołomyja w głowie, to jeszcze na odatek to… ta pogoda, ta cała aura, wietrzność nieustająca… i nagle, wieczorem, wychodzisz spod prysznica i czujesz to coś… chociaż w domu jesteś i tak to czujesz. Czujesz zimę. Spoglądasz przez okno, machasz do sąsiada zapominając, że masz na sobie mały ręcznik i właśnie miałeś się wytrzeć w newralgicznzch miejscach i… widzisz oną zimę. One wsio obklejone. Oną wiosenność oblepioną i jeszcze, jeszcze… to światło z niewielkiej lampki i spadające płatki…

A wcześniej, w ciągu dnia, w pełnym słońcu spadały takie wielkie…

Niczym dyski, rąbane opłatki, kurna komunia z nieba prosto, ona manna może, kto to wie? No kto, ten co wyjdzie i złapie kilka śnieżynkowych zlepieńców? Wychodzisz, ale zmarudziłeś, bo buty, bo bluza, bo znowuś nieubrany i nie ma już śnieżnych płatków, ot kilka jeszcze kołysze się gdzieś wysoko, ale nawet nie sięgną ziemi. Nie dotkną kamyczków, onych krokusów i wyłażących winogronek, no wiecie, muscari… nic z tego nie będzie. Nie dotkniesz ich…

Może rzeczywiście wszystko tylko mi się przewidziało?

Może…

Wcześniej powlókł się człowiek do lasu, tak po prostu, by być gdzieś tam, gdzie jest jakaś tam normalność, zwyczajność… wiecie, kroki i drzewa i niebo, wszelakie cieki wodne, wszelakie liścieje zeszłoroczne, a może i nawet sprzed dwóch lat, może… i jeszcze te kształty, bezlistne wciąż oczywiście, ale jednak…

Byłam tutaj jesienią, teraz wczesna wiosna, ledwo wyczuwalna…

I co…

… i znalazłam niezłe składowisko śmieci i wycięte połacie drzew, i zrobiło mi się jeszcze gorzej. Nie wiem co ta Skandynawia odpierdala, ale serio im odwala w klimacie i gestii onych wycinek. I to tłumaczenie, że przecież to czy tamto… nie, nie kupuję tego, nie chcę tego słuchać, widzę co widzę, zniszczenie w imię dziwnych idei, które jeszcze podobno są ekologiczne… I tak, wiem, meble z drewna wolę i metalu nie z plastiku, ale jednak, jednak nie wymieniam ich kurna co sezon.

Kupione są tak na zawsze.

… więc jak to jest?

Kto marnuje, kto wycina tylko dla widoków, a kto… po prostu jest stuknięty i zwyczajnie uznaje drzewa za wrogów numer jeden?

Czy płaczę bardziej nad drzewami niż ludźmi? Tak… człowieka zrobić względnie łatwo, a takie drzewo, by było stare musi oprzeć się żywiołom wselakim, między innymi onemu ludzkiemu, głupiemu.

… więc w lesie było smutno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Społeczna Presja… została wyłączona

Pan Tealight i Naguski i Pylenice…

„Dwie panny w szatach zwiewnych, niebaczące na zimno, zacinający deszcz i wiatr sztormowy, mające gdzieś one pogodowe niepewności, jakoś tak… a może tylko nic niemówiące? Może… może po prostu jakoś tak nie chciały z nikim rozmawiać? Nie żeby głowę wysoko nosiły, chociaż były wysokie, ale jednak, raczej były lekko pochylone, jakoś tak, jakby szukały czegoś?

Jakby coś zgubiły, a może…

Może jednak robiły coś, o czym nikt nie miał pojęcia?

Może były czymś nowym, co sprowadziła na siebie ziemia ot tak, żeby po prostu to mieć, żeby zwyczajnie było inaczej, by coś się pojawiło nowego… Naguski i Pylenice, siostry i siostrzenice. Pociotki i ciotecznice, mateczniki i matczyne powierniczki, babcinki i wszelakie szwagierki i inne tam… no baby, wiecie, ale te takie, co to już trochę życia liznęły i wiedziały co którą stroną wychodzi.

Czasem aż za dobrze…

Ale Pylenice… oj, z tymi to już było dość specjalnie, gdyż jak tylko gdzieś przeszły, boso zawsze, z onymi ogonami wystającymi spod wielkich sukien… z pazurami rysującymi świeżą, wilgotną ziemię, trawę plączącą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem się zastanawiam, jak to jest… jak to jest żyć normalnie. Wiecie, normalnie w onym normalnym świecie, za który inni uznają normy normalności, o których często nie mam nawet pojęcia. Bo i dlaczego miałabym mieć? Po co mi one normy? Żyję w dziczy, na Mniejszym Krańcu Świata. Ubieram się w to, co mam. Posiadam jedną lub dwie pary butów, do tego takie gumiaki pod prysznic, bo wiecie, czasem człowiek wyjeżdża a i w domu jakoś tak, no jakoś… lepiej mi w onych gumiakach.

Inaczej wywijam orła i umarł w butach.

W końcu łazienka to miejsce bez miękkich stref… no dobra, poza gąbką… ale powierzchnia mała. LOL No i gąbkę ma ino Chowaniec, więc nie mogę tak jakoś ino na niej polegać. Nie mogę. Po prostu… ale… okazuje się, iż to problem w takiej Polsce, a przynajmniej tak piszą na różnych forach. Prześledziłam to i uświadomiłam sobie, że podróż do Polski mogłaby być dla mnie wielkim, gigantycznym szokiem kulturowym. A może i nawet wstrząsem jakimś, czy czymś…

I tak się zastanawiam, czy ze mną coś jest nie tak, onymi internetami, czy jednak… ludzie naprawdę są tacy?

Naprawdę?

Nie no, to chyba na pewno jest ze mną coś nie tak. Zawsze czarne ciuchy, zawsze właściwie te same, do tego jeszcze żadnych fancy torebek, butów na obcasie czy garsonek, na dodatek jeszcze po prostu żadnego makijażu. Ale przecież jestem już stara, więc co tam, wolno mi, co nie? Przecież nie jestem panną na wydaniu, zresztą, nawet panny na wydaniu nie muszą się układać w oknie wystawowym.

Szczerze.

Skandynawia w ogóle jest jakaś taka, modna inaczej.

Nie no, na pewno są one damy wszelakie obwieszone metkami, ale ja ich nie rozpoznaję. Sorry. Wszyscy raczej tak jakoś na luzie i panie w wieku babciowym w spodniach. Piękna sprawa. I jeszcze… one cudowne laski w wieku emerytalnym o ciałach takich, że krótka kiecka to mus.

I pięknie!!!

… więc nie wiem czy Skandynawia ma swoje normy. Na pewno ma za to zwiewność w ich olewaniu. Bo i dlaczego mieliby, no i po co… ważne jest to by o siebie dbać, ale bez presay, chociaż… Szwedki są raczej szczupłe i biegające… Dunki często w onych prostych krojach i jogujące się, ale też i biegające, pływające, po prostu ćwiczące. Jakoś tak. Wysokie też, często, ale bez przesady… w końcu mamy różnorodność.

No wiecie…

Ale jednak Wyspa to coś innego. Tutaj moda to raczej jakaś cudza wizja. Na pewno nie moja, a może po prostu to tylko ja? Nie wiem… może jestem modna? A może nie. A może zwyczajnie mam to gdzieś?

Nie roumiem zabijania się dla mody.

Robienia wszystkiego by wyglądać jak ktoś tam z social mediów.

Co złego w wyglądaniu jak ty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Naguski i Pylenice… została wyłączona

Pan Tealight i Kastrator…

„Ostrza…

… dwa ostrza złączone, a kluczyk od nich, się w znaczeniu ten no, wiecie, śrubotręk, ćpnięty w morze, ale jednak… działają, więc, jakby co, chyba raczej nie chcą się rozstać ze sobą, więc… po co on w ogóle…

Ale żeby mieć kolekcję nożyczek i brzytew?

Pan Tealight miał ich wiele… kolekcji.

Międy innymi kolekcjonował ostrza wszelakie z onej zaprzeszłej przeszłości i onej przyszłej i jeszcze wszelako onych wizji świata, które wtedy mieli, wtedy, gdy to wszystko się zaczynało i tworzyli na tyle, na ile mogli, a mogli bardzo, więc wiecie, dali upust wszelkim swym wizjom i jeszcze tam onym, które nagle im przyszły do głowy, czy narząu innego, którym myśleli, wiadomo…

Bo myśleli.

Ale te nożyczki.

Tak, były jego ulubionymi.

Fikuśne i pieruńsko ostre, ze sporymi oczkami, na każdy paluch, ale ostrzem niewielkim i onymi zdobieniami, które każdemu się wbijały w skórę. I pozostawiały one wielkie ślady, które nie znikały… a czasem wiadomo, znowu te zwyczajowa lekcja mocy, nożyczki to nożyczki, więc tną…

Ciach.

I jeśli nie jesteś uwany, a one nie są w gablotce zamknięte, onej metalowej z okienkami dziwnie zamglonymi, skrzypiące drewnem, łańcuchami potrząsające… bo trzeba je było trzymać na uwięzi. Nie mogło być inaczej. Nie z nimi, ale… nawet Pan Tealight nie pamiętał dlaczego i dla kogo je stworzyli.

I czy to był on…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Fałszywy pieśniarz” – … olalala. Po pierwsze, oczywiście, że miałam dwa tomy w mojej umarłej biblioteczce. Oj, pamiętam ono pierwsze wydanie,człowiek był wtey jeszcze młodszym krytykiem… a tak, blogów nie było, a raczej opiero się rodziły… ale już były internety i wszelakie opinie…

„Szamanka od umarlaków” jest dla mnie obecnie nie do zdobycia, ale udało mi się dostać dwa kolejne tomy serii… No właśnie, serii czy trylogii?

Nie wiem…

Ale jak psycholog/kryminolog/neurobiolog bierze się za książkę wiadomo, iż będzie dopracowana. Wiecie, to jednak świadczy o jakichś obsesjach. Wspaniałych obsesjach i pragnieniu wiedzy, więc od razu się skusiłam. Pamiętam, że pierwszy tom był dla mnie okryciem, podobnie drugi, ale trzeci… trzeci czyta już inna ja. Ja, która zapomniała co było w poprzednich częściach, więc…

Co czuję?

Czuję…

… lekkie zmęczenie materiału, lekkie pomieszanie i nie do końca wszystko rozumiem, ale to nie znaczy, iż się nie bawię. Bo obiektem wszystkiego nagle jest nasza bohaterka i wydaje się, że przecież jako wiodąca postać, to tak być powinno, ale jednak, jednak… kurde no, tak nie lubię jak bohater, którego się polubiło, jakoś tak, cierpi. No wiecie… jednak się człowiek przywiązuje do onych postaci. Mocniej czy słabiej, ale nie chce by cierpiały… ale… poprzednia sprawa, wiecie, lustra, jak najbardziej wciąż jest na topie, a dokładniej jej odbicia… ajacki rucone, a może raczej korzenie?

Bo przecież wszystko zaczyna się od trupa…

I snów.

Dobra powieść, ale trzeba się i wczytać i znać poprzednie tomy. I dać sobie czas na przemyślenie, co się tak właściwie dzieje… od początku. I nie ma nic złego  pokochaniu onych postaci pobocznych.

Bo piękne są!!!

Jasno…

Słońce wyłazi często po to, by człowieka wkurzyć wczesną pojebanie radosną jasnością i oną późną… ale nie ma zachodu słońca, kolorków i tak dalej, nie ma… jest tylko i wyłącznie ona jasność… i już noc nadchodzi dziwnie późno i już mi jakoś tak źle, bo to wiosna, ale… podobno ma śnieg padać.

Podobno…

Tak właściwie to ino onej jasności człek może być pewny. Ona już z nami zostanie. Nadchodzą jasne noce i nic z tym nie zrobisz. Wróć, mam zamiar nabyć ciemne żaluzje, przynajmniej od onej wschodniej strony… no bo nie da się inaczej. Wrzątek oczywiście w zimowe dni ładnie tnie rachunki za prąd, ale jednak, bez przesady. Nie da się tak żyć z nadmiarem światła i gorąca.

Tak wiem, wybrałam sobie najbardziej nasłonecznione miejsca na Bałtyku do mieszkania i marudzę… ale prawda jest taka, iż w ciągu mego dziwnego życia wszystko naprawdę czuć bardziej jak się zmienia. Bardziej, mocniej, gorzej… nie można tego wytrzymać, szczególnie, jeśli jest się właściwie wystawionym wciąż na jego działanie. A tutaj, chcąc niechcąc się jest…

No bo jak tak w domu…

A może jednak zostać w domu?

Ale…

Nie bójmy się już lata, jak jeszce wiosny nie przeżyliśmy.

Spokojnie dni moje nieutracone jeszcze, urodziny wpierw musę jakoś pretrwać. Znaczy, nie żebym cierpiała, wcale… ostatnio oszłam do wniosku iż obchodzę wszystkie dni, mamy, taty, babci, dziadka, choroby psychiczne w scególności, no wiecie, ogronika, cichodajki, wielodajki, jak i co tam jest… obchodzę oczywiście oczekując prezentów. A co. W końcu, po onych 40 latach życia dotarłam do miejsca, iż domagam się płacenia za usługi… znaczy, zawsze musiałam się domagać, nawet o wypłaty wykłe walczyć, opraszać się umów, no wiecie, zwyczajność… nie wiem dlaczego ludzie patrzą na mnie i wydaje im się, iż wszystko będzie za darmo…

A ni uja więcej. #buymeacoffee

Pierniczę to, nie robię za darmo, a to co za darmo robię, robię dla siebie!!!

Exterminate!!!

A nie, to nie ta bajka… a może ta? W końcu wraz ze wzmocnioną siłą słońca, popandemiowym popierniczeniem i tak alej, z oną wściekłością wselaką codzienności, jakoś tak, może i Doctor Who się znajdzie? No bo dlaczego nie? Co to ja gorsza? Nie dostanę swojego?

A dlaczego nie…

Ha! Dyskryminanci!!! Ci tam… no, przemocowcy…

Nie, mi się powinno odebrać nawet ten nikły dostęp do mediów, za wiele na mnie przechodzi onych nowych idei. A już to, co w UK się dzieje. Nie, nie dla mnie te części świata, które aż tak oszalały i one poprawności… chcę lasów, morza, skał i wszelakiego odlunienia. I już… i więcej książek, notesów, naklejek, taśmy, ołówków i jeszcze może trochę herbaty i… misia.

I…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kastrator… została wyłączona

Pan Tealight i Kozak…

„No grzyb no.

Całkiem grzybowy.

Miał i trzonek, korzonek, grzybnię dołem, kapelusz górą… więc zdawałoby się, iż całkowicie poprawny i może nawet popularny, wszelako pożądany przez kuchmistrzów i smakoszy czy innych tam, zwykłych bardziej pożeraczy? Może i miał w sobie smaki takie jakieś, któe dopiero uwalniały się po podsuszaniu i obgotowywaniu i dorzuceniu jeszcze trufli jakiejś… a może i trzech.

Ale jednak był i człowieczy jakoś…

… twarz miał i nos nawet duży i jeszcze czapeczkę, skarpetkę, czy też pończoszkę, bo długawa, no i jakby spódniczka czy też może kilt jakiś, a może jednak, nie wiadomo, moda jakowaś inna… do tego skórzana kurteczka, a zamiast rączek, włoski jakieś, pojedyncze, ale z końcówkami rozcapierzonymi…

Macające wszystko.

Jakby widział, ale wolał jednak dotknąć.

A może nie widział, może te oczy były tylko dodatkiem, cała twarz ino kreacją? Może jednak był czymś więcej lub mniej, innym lub tylko odmiennym… może w rzeczywistości trzeba go było zostawić tam w lesie…

… pod śniegiem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Havgus zawładnął Wyspą.

A dokładniej to macał i maca ją raz z prawej strony, raz z lewej, czasem zakrywa prawie całą, czasem ino połowę. Czasem powala się desczom rosić, czasem zlać nawet, a jednak, nic go nie rozrywa… a potem znowu, jakoś tak, przemieszcza się w formie postaci, duchów i kulistych stworzeń, które zdają się buczeć… wiem jak to brzmi, to trzeba zobaczyć i poczuć, inaczej człek nie wierzy… ale uczucie, jedno z najrzadszych. Dziwny chłód, przejmująca siła, szepty i wspomnienia… niby zimno i mokro, a jednak sucho i miękko, niby mgła, a jednak twór na poły boski, a może i w całości?

Nie wiem, ale wciąż mnie fascynuje.

Ale, do początku… znaczy, nie będzie to wykład o havgusie, ale o filmach w stylu byłem w dziczy, urodziłem się tam, zawieźli mnie do miasta i niczego nie rozumiem… taka jestem. I stało się to właściwie z dnia na dzień, jeszcze mieszkając we Wrocławiu jakoś tak, kochałam go, wciąż coś czuję, ale jednak nie mogłam… mieszkałam w okolicach parków nie znosząc dobrze onych sklepów i ulic, hałasu i spalin, a już kałasznikowy słyszane dookoła, dźwięki z wojskowych zabudowań…

Koszmar.

Niby miało być prywatnie, nawet anonimowo, ale nie, to mrzonka, więc… uciec, ale gdzie… na Wyspę? Ha ha ha, tutaj też człek nie jest prywatny. Chociaż ostatnimi czasy jakby ona znajomość wsystkiego się rozmyła. Po tych latach nagle pojawiają się psy napadające na ludzi… ale rzeczy się zmieniły…

… prawa zrzucono, ale chociaż były to dziwne prawa, to jak widać, potrzebne.

Potrzebne.

W Gudhjem psa terroryzującego ludzi szukają, a ja uczę się niewychodzenia z domu, w ogóle. Napadnięto mnie zbyt wiele razy, psy, ludzie, atak werbalny… nikt mnie jeszcze nie uderzył… jeszcze?

Jak to brzmi?

Przecież wszyscy piszą, że ludzie tutaj tacy mili, kochani… zapominacie, że jeśli przyjeżdżacie, to po prostu zwyczajnie płacicie. A klient sprawa ważna i tyle. Z czasem… z czasem widzi się więcej, ale, nie liczyłam nigdy na jakieś specjalne traktowanie, wprost przeciwnie, wiedzałam, że będzie dziwnie, ale nie do końca uzmysławiałam sobie jak bardzo szybko jakieś zmiany zajdą. Wiadomo, wszędzie one zachodzą, szczególnie po pandemii, ale żeby ludzie byli aż tak okrutni?

Przerażająco wkurwieni?

Gotowi wyżyć się na innych?

Nie wiem, ale jakoś tak ostatnio mniej Turyścizny. Może to i one obostrzenia zniesione, może jednak jakieś inne miejsca poruszone, otwarte, zamknięte, nie wiem… może się ludziom znudziło to wszystko?

Może…

Nie wiem, nie wiem czy mnie to w ogóle jeszcze interesuje, zresztą, bez urazy, ale jednak wiosna, to nie mój czas, więc staję się dziwnie wątpiąca. Nienawidzę Wielkanocy od dziecka, więc wiecie… mam uraz w kierunku bazi, wypadek dziecięciem będąc jak se w uszy wsadziłam bazie… kolczyki chciałam mieć!

No co…

… więc, jakoś tak, nie wiem, może ludzie też zwyczajnie już wszystkiego nienawidzą? Wiecie, po tych wszystkich czasach dziwnych nadeszły dziwniejsze, więc jak w szalonym świecie nie być mało zrównoważonym… nawet tutaj, widząc morze, słońce zachodzące… one pola, a no tak, znikające drzewa…

… no widzicie i już się wkurzam!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kozak… została wyłączona