Pan Tealight i Tłitłler…

„Dopadło i ich.

Nawet nie pamiętali kiedy to wszysto się zaczęło… naleziony telefon, czyjaś zguba nieodebrana, ktoś zadzwonił, ktoś inny coś wdusił, coś mignęło, zapiszczało, poleciała muzyczka, a potem pojawiły się obrazki, filmiki, dzieła nie dzieła, słowa, muśnięcia, pociagnięcia… mieli nacisnąć nie teraz, ale wlazło… dodaj, utwórz… wklej mnie w aplikację, pobieram…

Jestem częścią.

Potem trzeba było egorcyzmów i odczyniania, wszelakich terapii, naświetlań, olejami smarowań oraz wielkich inkantacji oczysczających i odwyku zwykłego, by wszyscy jakoś wrócili do siebie… ale wiedzieli, czy też racej po raz kolejny się przekonali, iż to nie dla nich. To życie, ono nowoczesne i cywilizowane.

Nie dla nich.

Jednak kady zachował dla siebie jedno wspomnienie… tego diwnego otwierania słoika, wiązania włosów, wyplatania garnków, nie koszyków, bo to już niemodne, onej modności i jej braku, wszelakich slik mum i silk ban i jeszcze ich odwrotności, bycia beżowym lub waniliowym i na dodatek, uależnionym od patrzenia. Podglądania… jakby już i telewizji było mało śmiecia, durnot i większych, czy mniejszych wpadek na obligacje, i kleconych naprędce gównianych filmików…

Zapamiętali to… a potem, zapomnieli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ukochane dziecko” – … tak… Wyobraźcie sobie, że przez lata czekacie na córkę. Szukacie jej, ale powoli tracicie nadzieję, jednak nigdy nie do końca. Nigdy. Bo jak żyć inaczej, bez niej? Bez onej misji mającej na celu jej odnalezienie… ale w jakim stanie? Żywej… tyle lat minęło…

I nagle… jest.

To ona, taka sama, jak w dniu, w którym zaginęła.

Ale… przecież to niemożliwe! Czas się nie zatrzymał, więc, jak? W jaki sposób? Kto? Gdzie? I kim są te dzieci?

Tak naprawdę oto opowieść, którą zwykle tworzymy w swoich głowach, gdy już gliny znajdą przestępcę, gdy wybrzną syreny… gdy wszyscy wrócą do domów. A ofiary mają zacząć nowe życie. Tylko jak? Jak żyć, gdy wszystko o czym dotąd się wiedziało, wszyscy, których się znało, cała wiedza, ogromna, jest dziwnie nieprzydatna, bo świat nie jest małą chatką z zalepionymi oknami, jest… wielki.

A taty już nie ma…

Niesamowita powieść. Z jednej strony od razu ma się podejrzenia co i jak, ale zerenie świata ofiar, rodziców, zmian, które zachodą w ich życiu w ciągu sekund… oczekiwana wiadomość wcale nie musi być ulgą, wprost przeciwnie, może się okazać cierpieniem. Drogą ku… ostateczności.

Kolejna opowieść o tym jak bardzo chłonne są umysły dzieci, jak ważna jest intencyjność umieszczanych tam informacji… bolesna opowieść, ale też, chyba potrzebna. Historia po… po oklaskach, łzach obcych… historia zmagania się z „normalnością”.

Z cyklu przeczytane: „Sanctuary” – … hmmm… Widząc taką okładkę i tytuł od razu macie skojarzenia, od razu tworzycie sobie otoczkę, w którą pragniecie wejść, jakbyście byli zaprogramowani na te znaki… na one ptaki, sylwetkę, drogę… i wiecie, że wszystko może być niczym, a nic może być czymś…

Tylko tutaj coś nie do końca pyknęło, bo jak ktoś nie załapał co się stało o razu, to szczerze, ale naprawdę treba mieć w sobie ono urocze zaćmienie. Bo o początku wiecie kto TO zrobił. I kto za TO opowiada, ale te kobiety, ich dziwna niewinność, zwyczajność, poprawność polityczna, ten świat, w którym magia jest wpisana w akcie urodzenia… gdy wykorzystana, jednak wciąż wywołuje przewidziany efekt w społeczeństwie… polowanie na czarownice, ponieważ ludzie nigdy się nie zmieniają…

… zbyt przewidywalne.

Boleśnie przewiywalne… i tym ta powieść jest, interesującą miejscami, ale przewidywalną książką o kobiecej przyjaźni, którą tak łatwo zniszczyć. A magia, cóż, to tylko dodatek… niewielki… Tak naprawdę jest zmiażdżona i odebrano jej należną ważność i istotność. Zmielono ją, wykorzystano o reklamy powieści, a potem… jakoś odrzucono. Ale to, w jaki sposób działają kobiety, cóż, jeden z powodów, dla których unikam ludzi… bo zawsze to robią.

Jednak, warto… warto sobie przypomnieć jak działa tłum.

Co z tym kwietniem?

Te porąbane temperatury!

Raz naście, potem nagle spada w okolice zera, nosz kurde no, ale ten kwiecień serio odleciał i to nie w moją stronę. Ulice miasteczek wciąż pustawe, jakoś tak nawet ferie ich nie zapełniły, sąsiad w kufajce – nosz serio pizga północny wiatr i to mocno – kosi trawę, a dokładniej trawnik własny i całą połać tej diałki tego wariata od helikoptera, co se tutaj lotnisko zrobił…. podobno w ramach odszczurzania, ale mu nie wierzę, on ma uraz do zieleni, albo coś… tosz przecież nawet mleczyki ledwo dychają, krokusy dopiero przekwitły, kończą się hiacynty, wywalają się narcyzy i inne tam… ale noce dobijają zieleń i powrót do początku zapewniony.

Jedno jednak jest dobre… jest mokro.

Znaczy względnie mokro, więc wzrost roślinności zapewniony, ale jednocześnie w powietrzu dziwnie tak jakoś sucho, więc nie wiem… znaczy jak rok temu nie było, znaczy bardziej odwrotnie. Rok temu susza zimą, susza wiosną, teraz przynajmniej mamy wodę, ale powietrze jest dziwne…

… przeciwne oddychaniu…

W lesie budzą się przylaszczki i zawilce, ale brakuje im słońca.

Jakby dziwnie zaskoczone tym, co się dzieje dookoła, ale chcą rosnąć…

Dragespiret…

Børsen…

1620 rok… pomyślmy, z jednej strony nie tak dawno… z drugiej, panowanie Chrystiana IV, świat całkiem inny, ale, my nie o tym, interesuje nas tylko fakt tego, iż wtedy powstał niesamowity kompleks i wieża ze smokami… i tyle. Znaczy, czas mocno przeszły. Spłonęła w końcu była. Była ubezpieczona, ale wiecie jak to jest, od razu skamlą, że nie ma kasy, ojoj, jak to odbudować, ale dni wolne nam zabierają, Duńczyk ma pracować więcej i tyle. Żanego świętowania, żadnych wolnych dni modlitwy! Nevermore!!! Nosz kurde, no!!! A miało być tak pięknie.

Powrót do tragedii ogniowej… cóż, taki trochę omen, można by powiedzieć… w roku smoka giną smoki i to jescze w momencie poddawania ich torturom renowacji! No serio? I to w urodziny Królowej! Nie mylić z Królową… Jak to nie omen, to ja już nie wiem. Mają odbudować, ale czy to robią? Cóż…

Czy człek tego dożyje?

Na pewno dożył obowiązkowej służby wojskowej dla kobiet.

Ciekawe…

Znaczy, ciekawe, czy to przegłosują. Jak się poczyta komentarze w internecie, to naprawdę zwątpienie ogarnia dla onych nowych pokoleń. Chociaż wróć, i tak w nic już nie wierzę, więc co mnie tam… człowiek naprawdę zaczyna się cieszyć, że żył bez internetów i onej wiedzy zbędnej i jeszcze jakoś tak spokojniej… jakoś tak. Bez tego chcenia, nie żeby nie miał marzeń, ale jak patrzy czasem w one otchłanie instagramowych filmików… naprawdę, nie polecam, dla zdrowia psychicznego.

Ale… przynajmniej wciąż cisza, jak już sąsiad zwiał do domu z tą swoją maszyną… i kurteczką. Wielce ciepłą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tłitłler… została wyłączona

Pan Tealight i Wilkołajki…

„Widzicie, to było dopiero odkrycie!

No po prostu mega i sztos i na maksa! Nowa rasa, nowy gatunek, podgatunek, coś, co wymagać będzie może i własnej systematyki, nowych szkół, wyksztalceńców i jeszcze sprzętu, o tak, bardzo wiele sprzętu i osobnego święta, dotacji państwowych i z Unii Euromniejlubbardziejpejskiej… I… na pewno powstaną pamiątki, całkiem bezużyteczne tony plastiku w odpowiednich kształtach i koszulki z durnymi napisami, oraz jakieś tam uściski dłoni, słowotwórstwo…

W końcu w tych czasach wsio tak działało.

Inaczej było niewidoczne, nieistniało…

… jakoś tak wszystko wokół nich zaginało się, nikło, mętniało, a potem wtapiało  nimi w tło, więc… filmiki w social mediach, fani, tak, może i sława miała trwać krótko, ale musieli to wykorzystać, przecież nie mogli tak zwyczajnie, bez zdjęcia przyznać się do tego… i na dodatek znaleźli to całkiem przez przypadek, tutaj, nad Rzeczką, po Krzaczkiem Dziwaczkiem całą rodzinę cosiów kompletnie zmutowanych… Sława im się należała i tym, którzy to odkryli, chociaż oni… Tak, spojrzeli po sobie, przypomnieli sobie własne opowieści, życia strony się presunęły, i postanowili wszystko wyciszyć. Nowych zwyczajnie nakarmili, na szczęście znalała się gromadka niemieckiej Turyścizny… ci to potrafią zimno wytrzymać…

I już.

Niech sobie Wilkołajki żyją, bez wiedzy innych. A jak będzie nadmiar, to się okroi populację i tyle…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Spirala zła” – … zaczęłam, więc brnę w oną opowieść o nim, gliniarzu, który widzi więcej i jest w stanie wytrzymać zatrważająco wiele, niczym robot i o świecie, który jest niesamowity, górzysty, piękny, a jednak… wyzwala też w ludziach one morercze instynkty i… tym razem o młodej dziewczynie i horrorach. A tak, tym razem Servaz wkracza w świat filmografii…

Powiem jedno, powieść jest jednocześnie kiepska i pasjonująca. Z jednej strony oszałamia wiedzą autora dotyczącą tego tematu, aż człek pół czasu w Googlach szpera czy to prawda, a to… okazuje się, że tak i już nigdy nie obejrzę Egzorcysty na normalu… no nie, albo Omenu. Nie… Potem daje nam reżysera, intrygującą osobowość, niestety słabo rozwiniętą, a potem… umierają ludzie i to jakby wsio miesza, powstaje bałagan zwłok i ran, moc niewyjaśnionych tropów, a potem nagłe zwycięstwo tylko po to by zawiesić głos ostatnim zdaniem… wiedzieliśmy przecież że tak będzie…

No tak, przewidywalność…

Minier na nią choruje! Od początku jakoś czuć kto co i jak. Jakoś tak, zwyczajnie, ale nikt nam tego nie wyjaśnia. Domyślacie się i winy i winnych, ale jednak… autor ma gdzieś zderzenie się z nimi, oplecenie tego dowoami… i… nie, na pewno nie jest to najlepsza książka ze sporego już cyklu.

Ale wciąż intrygująca.

I TA śmierć… czy naprawę była potrzebna?

Z cyklu przeczytane: „Czarodziejka z ulicy Grodzkiej” – … kolejny tom mini opowieści z magicznego uniwerku. Tym razem nasza bohaterka znowu wpada, jak zwykle nieporadnie, bo ona tak już ma, w tarapaty, a dokładniej na trop dziwnej zbrodni no i… i jest fajnie! Jest magia, są znani bohaterowie, jeśli czytaliście tom pierwszy i jest klimacik. A do tego różne osobowości i… lekki strach.

Oraz smutek.

Tak sobie myślę, że autorka musi się ograniczyć z onym zabijaniem, bo… ekhm, no magów nam nie starczy, a jeszcze bym poczytała! Może ducha choć dorzucić? LOL

Jeśli chcecie czegoś lekkiego na jeden wieczór, ale nie głupiutkiej lekturki, to polecam, jak najbarziej. Może miejscami brak jej szlifów trochę, i przydałoby się mini polerowanko, ale kocham ten świat! I ich. Nawet profesorów! Może da się zapisać, chociaż, to ryzyko gony proszkowego… no nie wiem?

Urban fantasy prosto z Polski!

Z cyklu przeczytane: „Rozważna i romantyczna” – … czy czytałam? Oczywiście. Cy skusiła mnie oprawa graficzna? Oczywiście… Czy kupiłam by mieć i czasem zaglądać o niej w ramach tworzenia od nowa mojej biblioteczki?

Oczywiście!

Pięknie wygląda, obrze spleciona, a czyta się ją jakby w tamtych czasach, pewno przez one róże… jakoś tak, nadzwyczj jest romantyczna… te stare opowieści są tak bardzo terapeutyczne…

Na påskeferie zjechali się ludzie, a tutaj wiatr i dziwnie i pada… więc myśmy pojechali w drugą stronę, na chwilę, oka mgnienie, no wiecie…

Jak co drugi miesiąc właściwie. LOL

Prom na szczęście się nie zepsuł, był na czas i nie bujało. Oj, jakie to odświeżające, jakie to dziwnie piękne, ot, taka normalność, chciałoby się rzec, mała sprawa, a cieszy, ale jednak… jakoś tak, było choć to, choć to było niesamowicie spowalniające, bo czas na promie jakoś taki jest. Muzyka w uszach, książka, pisanie, albo zamknięte oczy, albo przymknięte i one spojrzenie w wodną nicość i bogactwość zarazem. Pełnię i pustkę. Cudowność, ale też i przerażenie, strach…

Babki robiące na drutach, ktoś gra w grę, której nie widzę, ale przegrywa…

Ktoś inny je, przysypia nad posiłkiem, wdycha kawę i ma nadzieję na nagłe przebudzenie, a inni, po prostu siedzą i rozmawiają, albo milczą i tylko są… bagażem, obciążeniem. Czymś, co prom wziął w siebie, niewiele myślać, bo taka wybiła gozina, by ich zabrać na wodę… dać im złudę panowania nad nią…

Złudę ułudy.

Że panują nad czymś, co zwyczajnie mogłoby ich pożreć… i nawet nie mieć problemów z trawieniem.

Malmö przystrojone na święta w kolorowe patyczki, piórka, jajeczka, nosz czyste szaleństwo… jakby naprawę w to wierzyli, coś czuli, oni wsyscy ludzie gdzieś biegnący. Jedni mają wolne, inni nie, a tamci z torbami ładują się do auta… wyjeżdżają do swoich domków, na wycieczki… w końcu, wolne mają.

A co…

Ale, wróć, co do ferii, to chyba nie do końca wyszły, bo pogada z gatunku wyspowych, się znacy pizga, saro i buro, no pięknie, a jednak, ludzie nie tego chcieli, czyż nie? W sklepach ich trochę i muszę przyznać, że fascynująco nie tylko zwykłe sklepy były otwarte, ale i one, wiecie, Turyścinowe. Jakoś tak widać ludzie, nie wiem, wiosnę poczuli, czy co? Znowu moc nowych sklepów się pojawiła. Czy będą ino na sezon, czy więcej, się zobaczy… Na pewno ludzi zjechało multum, aż straszyli na promie, że mają nadbagaż, by się spieszyć… a na stronie bilety wciąż dostępne, więc jak to było?

Kłamali?

Prawdopodobnie… ale wciąż łapię się na tym, że przecież normalnie ludzie używają aut i pociągów, autobusów i takichtam, a nie łódek z pojazdami by pojechać kurna po tańsze bułki… bo w końcu to prawda. Może nie do końca ino bułki, ale ceny tam są dla nas niższe… choć też podskoczyły.

No ale, wróćmy o Szwecji, więc odwaliliśmy sprint w IKEAi… zawsze tak jest, no nie mogę tam, zawsze multum ludzi, jakby ich wynajmowali, czy coś, na godziny czy ni… może tam serio mieszkają? Ale świeczki wciąż mają tańsze i inne tam pierdololo… które kiedyś kosztowało mniej, ale… te podwyki…

A potem… miała być stuka.

I niby była… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wilkołajki… została wyłączona

Pan Tealight i Teatrzyk Bezkukiełkowy…

„Na niewielkim wozie, pod łataną tyle razy plandeką, iż nie można było określić ni jej pierwotnego kształtu ni wzoru na niej może niegdyś pląsającego, zaszewek i splątań, czy koloru…. pod onym szkieletem z drewienek, w wielu miejscach sznurkiem wiązanych, czasem zastąpionych kością, czasem kimś, kto wciąż jeszcze coś miał do powiedzenia… za rozsuwaną zasłonką, na niewielkiej scenie zrobionej z dziwnie nowej i żywicznie tchnącej skrzynki, odbywać się miały pokazy. Się znaczy wiecie, bardziej dla onych inteligentnych… się znaczy sztuka wyższa, ale niscy też mogą oglądać, nie dyskryminują nikogo… chociaż, patrząc na cenę biletów, może jednak dyskryminują? Wiedżma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane odmówiła patrzenia, nawet jak Pan Tealight „postawił” jej bilet…

Chyba poczuła się urażowna w swojej niskości i ubożątkowości…

Pojawili się chyba nocą, ale nikt nie zaszczekał, więc nie byli pewni, chociaż przecież tak wielu z nich czuwało całkowicie niezainteresowanych oną wiosną, troszkę podenerwowanych i tak dalej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe… a raczej kilka nowych, reszta stare… wciąż nie mogę skompletować Pratchetta, a Mary… no cóż, sentyment do tłumaczenia. Teraz jest już nowe…

Z cyklu przeczytane: „Żniwa dusz” – … kolejna… Kolejna opowieść ze świata Kojocicy smarem tchnącej. No wiecie, jednak praca ważna rec, szczególnie taka powiąana z pasją, a dla Mercy samochody to pasja… ale ostatnio jakoś tak ma mniej do roboty, Pradawni, Przedwieczni, Wampiry, Wilkołaki, jak tu żyć w takiej różnorodności? Jak utrzymać wszystko w jakiejś równowadze, tym bardziej, że uderzenie dynią w dyńkę wcale nie pomaga, ale cóż…

… wypadek przy pracy…

Tym razem opowieść jest aż nazbyt agmatwana i nie dostajemy tego, co uznaję zawsze za najlepszą część tych książek, czyli samej watahy, jej humoru, grania w pirackie szaleństwo, onych przepychanek, czułości, szaleństwa… nie, znowu pędzimy i tak naprawdę nie do końca wiemy co i jak, dlaczego my, dlaczego znowu?

Co z tymi wampirami?

Nie, to nie jest jedna z lepszych części cyklu, ale i tak ten świat jak zawsze pochłania!

Z cyklu przeczytane: „Niewypowiedziane” – … okay… Tutaj mamy problem. Problem w stylu: to nie o końca to, o czym napisali na okładce, ackolwiek… w pewnym sensie tak, więc… Zerknęłam na opinie po napisaniu tej recenzji i powiem jedno, wielu nie zrozumiało chyba o czym ta powieść jest. Nie zrozumiało w pewnym sensie autobiograficności tej powieści, ukazania koszmaru widzianego ocami iecka, onej niewinności nierozumiejącej, że dzieje się coś… więcej.

Coś…

Zbyt wiele.

Mózgu odpychającego zło.

Młodości wciąż nie rozumiejącej lub nie chcącej zrozumieć, bo w końcu, by zachować oną niewinność, by być dzieckiem i to jeszcze wtedy, nie dziś… tak robiliśmy. Uciekaliśmy od dorosłości… Po prostu. Tak jak wzorowana na autorce bohaterka. Nastolatka, ale wciąż dziecko. Gdy dzieje się COŚ w okolicy, dzieci nie wiedzą, podejrzewają i czują… ale… tak, w tej książce nie otrymacie onych opowieści policyjnych ale doskonale poprowadoną narrację z punktu widzenia dziecka wciąż niewinnego. Obserwującego, ale nierozumiejącego jeszcze… zakochaną dziewczynkę, która…

Traci niewinność…

Nagle rozumie zbyt wiele.

To niesamowita opowieść, psychologiczna, ukazująca tamtą przeszłość, naprawdę warto dać jej szansę.

Z cyklu przeczytane: „Domek z kart” – … chyba… Chyba nie do końca wiedziałam na co się piszę. Znaczy, tajemne miejsce, książki, klimacik, oj tak, to wiedziałam, ale opowieść o tarocie, o skomlikowanych ludzkich osobowościach, o dążeniu do wszystkiego po trupach… o chciwości… oj tak, ta powieść ma wiele podhistorii. Nie możecie być niczego i nikogo pewni.

Tu każdy tak naprawę jest zły…

Tylko, czy zło jedną ino ma definicję?

Fajna książka, piękne wydanie, no cymes i w ogóle.

Opowieść kupy się trzyma i chociaż podejrzewacie jak wsio się potoczy, może was zaskoczyć i to niejednokrotnie! Oj tak, dobra to powieść. Nie tylko dla tych, co lubują się w starodrukach i tarocie. Nie tylko dla tych, który kochają się w tajemnicach, casem zachwacają o mistycyzm…

Dla tych, co kochają biblioteki… mniam!

No więc… święta i tak dalej.

Po świętach spokojność, wiosna… blech!

A tym czasem afera, bo się okazuje, że największe buractwo i szowinizm wszelaki dzieje się w onych przykościelnych organizacjach, wiecie, jak to się tam nazywa: rada parafialna? Chyba tak… Okauje się, iż wprost pod okiem Bozi ludzie nielubią się najbardziej, albo najbardziej nienawidzą… Niektórzy przechodzą od szwindli do wyzwisk i tak dalej. Wciąż wielu pragnie być pochowanymi na cmentarzach, a by tak się stało, musicie należeć do kościoła i płacić… więc cała masa ludzi określających się jako ateiści oczywiście płaci. No bo… CO LUDZIE POWIEDZĄ…

… czy jakoś tak?

Ludzie, to jednak ludzie, wszędzie tacy sami.

Tego chcą, więc będą o to walczyć, a że nie ma to tak naprawdę żadnego znaczenia, no cóż…

Czy chodzą o kościoła, ano pewno na śluby i takie tam, pogreby czy chrzciny, czasami, lecz, czy to dla nich jest w ogóle ważne? Nie mam pojęcia. Wielu twierdzi, że nie, wielu kłamie, a reszta, zwyczajnie wciąż o tym miejscu na cmentarzu… „trzyma nogi w kałamarzu, przyszedł duch, babę buch, baba fik, a duch znikł”… Babcia mi to opowiaała. Dotą nie wiem o co chodziło tej babie z kałamarzem.

Ktoś coś? LOL

No ale…

Przyznam się do czegoś…

Szczerze.

Widzicie, wydawało mi się, że nas dzieci z Sephory nie dotyczą, że ten gen alpha nie ma zwyczajnie gdzie łazić i psuć. Jakżesz się myliłam! O ja durna! Się okazuje, że łażą po aptekach, bo z Matasa to je wypierdzielą od razu… nie oszukujmy się, mnie by wyprosili jakbym się psiknęła więcej niz raz czymś, co kupuję. A Chowańca objebała sarkastycznie, że przyszedł bo promocja… mój kochany, nosz kurna sorry Dziunia, ale opinię się wystawi, że było niemiło. Promocja jest, ino wtedy mnie stać na specyfik, a że mnie lepiej naprzeciw żywego człowieka nie stawiać, więc ten mój jedyny, kochany człowiek, kupuje mi balsam do skóry. Wiecie, też w swoim w końcu interesie, bo przecież inaczej żona mu się obwiśnie szybciej…

… no ale…

Wracamy do bachorów…

Chowaniec natknął się na nie w aptece jak ceny przestawiały. Bo nie zrobią koktajlu z pijanego słonia, bo nie ma. W większości wsio jest wysoko, albo nie ma testerów, albo wsio pozamykane… ale! Co usłyszałam! W Szwecji w aptekach mają zakazać wpuszczania nieletnich, bo im brudzą! Nosz Szwecja, geniusze!!! Covid pokazał, że rozum mają, widać wciąż im on działa! Ciekawe jak im to pójdzie…

No zobaczymy!

A jak u was dzieci kosmetyczne działają?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Teatrzyk Bezkukiełkowy… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Wózek…

„No oczywiście, że chodziło o gwiazdy, no jakżeby inaczej być miało!!! W końcu był jedną z konstelacji, więc… chciał być unany jak miśki i ten ze złamanym dyszlem… wielki czy mały, nosz przerąbane z oną dyskryminacją! Nawet przeszedł na oną ekologię i wegańskość wszelaką, nawet już nie przeklinał, nie pił, nie brał… znaczy do tej chwili, bo jakoś tak miał już dość, walił się cały do Sklepiku z Niepotrzebnymi i schował w niewielkiej jamce po stoliczkiem w kuchni. Takiej mysiej norce, która od dawna była niezamieszkana… wynajem był prawie za darmo, więc naprawdę mu odpowiadało.

Mógł w końcu wszystko przemyśleć.

Nie, wcale a wcale nie odbierał sobie prawa powrotu, nie chciał tutaj zostać, nie chciał się przemienić w coś innego, zwyczajnie, po prostu musiał odsapnąć, a tutaj nie zadawali pytań, każdy zajmował się sobą, no chyba że chcieli być razem, to byli, ale jak nie chcieli, to mogli to olać i zasyć się gdzieś. Tych miejsc było tutaj tyle! Miłych, bezpiecznych, cudownych, można było być, albo nie być i tyle… potrzebował tego, właśnie teraz. On… Konstelacja niezauważalna, właściwie ledwo łyskająca światłem. Niczym rąbany Lustrzaniec. Jeden z tych dziwnych osobników, które próbowały wykrozystywać gwiazdy. Które nie miały czym świecić, więc odbijały i twierdziły, że jeśli odbiajają, to są gwiazdami…

… to one sprawiły, że w końcu spadł z góry.

Po prostu…

Nie chciał się kłócić, choć wiedział, że zwyczajnie kłamią… wszyscy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niedźwiedź” – … ha! Proszę, oto jest książka, a tak, dla dzieci, ale wiecie, jak spojrzeć na to od strony ilustracji, to dla wszystkich. By odetchnąć o świata i popatreć na ładne obrazki. Piękne wydanie, dla mnie artystka znana, bo na Etsy śledę ją od dawna i zawsze kupuję u niej kartki, a tym razem i naklejki. Ten journaling mnie zeżera!!! No kocham to!

Bajeczka jest wprost idealna dla malucha, no i czyta się ją łatwo jak ci wtłaczali rosyjski przez osiem lat… Czasem warto dać szansę tym, co wydają sami!

Z cyklu przeczytane: „Muminki zebrane” – … nie trzeba przedstawiać, chyba? W tych dwóch tomach mamy wszystko. Po prostu, plus rysunki, piękną, niesamowitą oprawę graficzną, ten ciężar baśniowości, dzieciństwo, a może i obecny czas, jeśli wciąż kochacie Muminki, a ja kocham… i nie, nie z powodów Skandynawskich, nie, wcale a wcale, w końcu teraz to Japonia ma na nie monopol. Kurde, jakie mają cudowne rzeczy… ech, to dzieciństwo komunistyczne mnie obija.

Potrebuję tych pierdół, ale najwaniejsze zawsze są książki. I tak, mam też ono wydanie z pojeynczymi opowieściami…

… bo ładne.

A to takie, wiecie no, luksusowe, ale do trzymania przy łóżku, bo wszystko w kupie. Genialna sprawa!!!

Z cyklu obejrzane: „Hobbit DVD” – … dlaczego?

Żeby być niezależnym od wszystkich.

By mieć te filmy, które regulują mi psychikę, a to jeden z nich. Długi… Chociaż nie prepadam a dubbingiem, ale jest wersja oryginalna, więc no worries!!! No ale, wiecie… brałam, co było. Dopiero po tym jak przyszło skapnęłam się, że są tam dodatki w dużych ilościach, ale… nie obchodzą mnie, może kiedyś. Na razie najważniejsze jest to, że mam, mogę włączyć kiedy chcę…

I tyle.

I Empik wysłał to be problemu, a robią problemy… więc…

Tak w ogóle, to dziwa na Wyspie…

Bo widzicie, obecnie wiele się mówi o samotności i jakoś tak, nie do końca to rozumiem, ale ostatnio wątpię we własne człowieczeństwo, więc… może tak ma być, ale… do kupy i mety, bo chodzi o spacer dookoła Wyspy w imię właśnie „niebycia” samotnym. W imię głoszenia światu, iż wszyscy są samotni, tak się czują i tak dalej… i to jeszcze, a tego już w ogóle nie rozumiem, do tyłu.

Znaczy wróc, tyłem?

Nie rozumiem dlaczego koleś musiał iść tyłem dookoła Wyspy, szczególnie po tych wertepach, korzenie, kamienie i tak dalej, przecież to jest niebezpiecne, w imię głosu… właściwie głosu czego i kogo? Czy starsi ludzie są samotni, wiem, że wielu tak się czuję, ale to głównie dlatego, iż ich rodziny się na nich wypięły. A ci tak zwani dorośli, czy w kwiecie wieku… no bez urazy, przecież… naprawdę nie macie co robić?

Bo widzicie, ja uciekam od ludzi.

Bo ludzie bolą.

Szczególnie teraz… w tych czasach.

A ona samotność, jak bardziej wczytać się w posty, czy pooglądać filmiki, to opowieści o potrzebie kogoś w rodzaju służby, kto pomoże, wesprze i tak dalej… nie partnera, nie kogoś, dla kogo będziesz słuchaczem, nie ino tym pomniczkiem i pucharkiem do polerowania… wielbienia…

Czy ludzie są w ogóle zdolni do uczuć takich jak miłość i przyjaźń?

Wątpię…

Jestem oną oazą wątpliwości, która stara się nie spotykać ludzi na swojej drodze. Jakoś tak. Po prostu… chcę być w naturze, tam, sama, albo tylko z tą osobą, która to rozumie, iż przyjęcia i spotkania, knajpy i inne tam zajarania nie są dla mnie… Bo widzicie, jak spojrzeć na to, co nazywają przyjaźnią, to często wycajne zależności i po prostu potrzeby partnera… biznesowego. Albo mienia, posiadania kogoś, kogo będzie można kiedyś wykorzystać… nie wysłuchać, czy się temu komuś oddać, a tym jest dla mnie przyjaźń, więc… Może znowu kolejną definicję zmienili?

W końcu w kobiecość się wpierdolili!!!

Nie mam sił na ten współczesny świat, SM są dla mnie dziwacznie niepotrzebne i złudnie ogólnikowe, często kłamliwe, niszczące zwykłych ludzi, żonglujące realiami, które nieistnieją… i teraz ona moda na to bycie samotnym, cierpiącym… jakby ludzie nie byli tak naprawdę sami zawsze. Nawet otoczeni wieloma osobami… tak naprawdę zawsze jesteśmy sami, więc pokochajcie właśnie siebie i rozwijajcie się, a nie będziecie czuć się samotni… ze sobą i w sobie.

W środku, wiecie, w misiu mitycznym. LOL

A co o Wyspy… no weźcie, i tak nazywają nas depresyjnymi w tym okresie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Wózek… została wyłączona

Pan Tealight i Klątwa Glutenowa…

„… podobno i szarańcza, rzeki krwią spływające, ciemności… wyższe ceny na wszystko, papier toaletowy na kartki i brak internetu… nie były tak druzgocące, jak widok łkającego bochenka chleba, jak bułeczki świeżutkie, błagające o to, by je zjeść… jak ona cała mączność, która powstała in w jednym celu, by nakarmić, a była tak bardzo pogardzaną, tak bardzo unikaną.

Teraz maszerowały, niczym pochód za władcą władców, niczym uchodźcy za tym, który obiecał dać im to, czego oczekiwali…. toczyły się, podskakiwały, niektóre nawet kromkami się podpierały, inne, już czerstwawe, kruszyły się idąc, ale nie ustawały. Nie chciały być tu, gdzie tak na nie patrzono… na nie… Chleba i igrzysk! Zabawy i jedzenia! Może dorzućcie sera i masło i będzie okay…

Ale już tak nie było.

Już nie…

Ale wiedziały, iż są ludzie i miejsca, gdzie się ich pragnie i nie ocenia… wiedziały, że są takie miejsca, a jednak, jakoś tak, nie po drodze im tam było. Jakoś tak, za daleko, za wilgotno, choć… były jeszcze ptaki, tak, te nie pogardzały suchą kromką… przynajmniej one, chociaż, sami ludzie… zabierali im je.

Nazywali szkodliwymi…

Chleby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zero” – … tia… Czytałam to kilka lat temu, wiecie, jeszcze przed utratą książek i jakoś tak stwieriłam, że trzeba to mieć, bo patrząc na wiek książki, to jest w tym ona jebama prepowienia. Szczególnie patrząc na one nowe binokle. Ale ci ludzie zabawnie wygląają. Machają łapami w powietrzu na nosie mając czołg prawie, a podobno to ja wariat, no ale… Oto opowieść z przyszłości, którą warto poznać. Opowieść o social mediach i manipulacji, o tym, jak wszystko łatwo może się wymknąć spod kontroli, ale też, jak może być przydatne…

Chociaż…

Czy robi więcej dobrego, czy złego?

I jeszcze o gromadzeniu informacji, ale co ważniejsze o rodzinie i przyjaźni, onej namacalności i o tym, jak łatwo ją utracić. I że maszyny jej nam nie zastąpią… Chociaż, może nasze mózgi dostosują się i do tego, jak można mieć za dzieci koty czy psy, to wiecie… ja mam pluszaka, no co?

Nie znacie go?! LOL

… więc warto! Chociaż to powieść sprzed lat, wciąż aktualna… boleśnie, jak 1984…

Z cyklu przeczytane: „Sprawa prezydenta” – … no dobra, chciałam przeczytać, bo lubię autora, ale jenak… nie wiem, to nie dla mnie. Chociaż… precie prawdopodobieństwo właśnie takiego przebiegu rzeczy i spraw po aresztowaniu prezydenta, jeszcze prezydenta  USA – ŁOŁ – wiadomo… no tak by było, więc, tak, warto przeczytać, by uświadomić sobie oną masę manipulacji w świecie, bo chciaż wszyscy jakoś stykamy się z social mediami, to chyba nie do końca uświadamiamy sobie jak to jest.

Serio…

Książka jest miejscami denerwująca, jakoś wiemy jak to się potocy, a jednak… nie wiem, główna bohaterka ma jak la mnie za mało pasji w sobie i jakiejś iskry, one ukryte elementy, efekt askoczenia, mikry racej, więc… przeczytać należy, by spojreć poa woal, który kryje się za zasłoną, która jest a ścianą, za kolejnym woalem… no wiecie, tam, gzie już plusczą się tak zwane teorie spiskowe, które… po latach nazbyt często nazywane są prawdą… warto, ale nie jest to ciekawa, porywająca, trzymająca w napięciu opowieść… ale też, co w polityce takie jest?

I w prawniczych kruczkach…

Raczej to wszystko jest obrzydliwe niż ciekawe…

Przerwy w dostawie internetu…

… czy to byłby problem?

Nie wiem, naprawdę nie wiem… jakoś tak sama uciekam ostatnio od internetu, od komputera, wróciłam do normalnego papieru i cegoś piszącego, po prostu… to moje narzędzia, a klawiatura, może i pomaga na Alzhaimera czy inne starzenia się umysłu, ale jednak serio, chcecie mnie przykuć do maszyn, o nie, dziękuję. Tak wiem, czasem nie ma wyboru, bo świat ziwnie jest ułoony… nie mam pojęcia jak wyglądają już banknoty czy monety, nie mam…

… nie wiem…

Szaleństwo.

Niby wiadomo yło, że tak się stanie i tak, jest to wygodniejsze, ale jednak, jakoś tak, nawet nie wiesz jak zarabiasz i czy w ogóle. Jak wyplewisz ogródek, widzisz co robiłeś, a jak napiszesz coś, przetłumaczysz, wypuścisz to w eter, zdjęcia zrobisz, wymiana finansowa jakoś odbywa się poza tobą, wiesz co i jak, i tak, ono coś możesz wymienić na coś, czego chcesz, czy czego potrzebujesz, ale nie widzisz onej nagrody…

Głównej.

Pliku papierków, które kiedyś były kruszcem, czy innym płacidłem… przecież to też się zmieniło, muszelki, metal w kawałkach, obrzynane monety, krzemień, ładne kamyczki, uśmiech, marzenie, opowieść… a teraz…

… nicość.

Ale nicość nicością, jednak lepiej na kwiatki popatreć, które od końca lutego szaleją. Tu krokusy, tam wciąż przebiśniegi i ranniki, pierwsze rogacze w ogródku… żesz no nie żryj mi cebulek!!! Jak tu żyć w zgodie  naturą? No jak? Pająki też się pojawiły, zawał serca no, biegnie toto po podłodze, spieszy się pewnie, może ma dentystę umówionego, czy coś, albo teściowa na chatę zjechała i trza coś ugotować, co i tak dla niej smacznym nie będzie, no ale, płyn do kibla kupić…

… gotowanie to sranie w końcu.

Koniec twych mąk.

A mój strach.

Przymrozki zaskakują, ale nie są czymś nienormalnym, chociaż… ostatnio nic w przyrodzie pogodowej nie jest normalne i przewidywalne, więc człowiek skrobie szybkę i tyle… podziwia przez chwilę wymalowane kwiaty, a potem do roboty! I tylko rzuca okiem na morze i czuje, że gdzieś go ciągnie, gdzieś by się wybrał, tak nie patrząc na nic, na ten świat skotłowany, na to wszystko…

Jakoś tak…

Ale za co…?

… więc tak ino patrzy w morze, na one kwiatki zeżerane prez zwierzynę, no serio, do sąsiadki kurna idź! Wiesz ile to kosztuje!!!? Rogacz jeden. Rąbane Bambi! Dlaczego moje, że co, że nie wygonię, nosz i się będie na mnie gapił, że niby co, niegroźna jestem, a zrobię zobie zjęcia dziczyny, a co…

No dobra, jestem małogroźna, ale won mi od cebulek!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Klątwa Glutenowa… została wyłączona

Pan Tealight i Żołnierzyk…

„Mały był, niczym wisiorek czy bardzo zerodowana figurka, jak nic kolekcjonerska i to o numerze 00. Srebrzysta taka i choć miejscami zarysowana, niczym zabliźniona, to jednak w niesamowitym stanie… bo przecież to musiał być antyk, nikt tego już nie produkuje, chociaż, może produkują… cóż tam w tych czasach o tak wanej normalności mogła wiedzieć taka zwykła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… no cóż? Niewiele, albo i nic właściwie…

… w onym natłoku informacji…

A może on z bajki się urwał, w końcu to Andersena świat, a tam i o nim było, o żołnietzyku, a może on tylko nie chciał na wojnę, i wojny samej nie chciał zwiastować, więc oddał się żywiołom, a one go zmieniły, i walczyć zaczął o siebie i o tych mniejszych o niego i jeszcze… o ideę i już… wiedział, co należy…

… nie robić.

Ona też wiedziała… ale o tym, że on na nią patrzył, właśnie teraz i uśmiechał się tak, jak tylko on potrafił, nie wiedziała, nie czuła tego, nie zrozumiałaby, wiedział… dlatego go posłał. Po prostu. Niewielka rzecz, większe marzenie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dożywocie” – … tak, miałam pierwsze wydanie. Ostatnio nawet się dowiedziałam, że miałam bibliotekę… bo o 5000 książek zaczyna się właśnie biblioteka, znaczy można otworzyć… od 1000 domowa biblioteka… jakby to coś o czymś świadczyło, ono posiadanie. Obecnie szał ciał w social mediach i co z tego, co widzę, one piękne wydania, sprejowane kartki, książki może mające rok, dwa…

Modne…

A co powiecie o tym, oto jest opowieść, którą się zaczynało mocniej karierę, jeszcze nie do końca doskonała, ale doskonale zwiastująca, piękna i wymowna, wzruszająca, chyba o takich mówią: ciepła literatura, hygge, cozy i tak dalej… Coś, co sprawi, że się wruszycie, ale nie musicie się bać nazbyt. A może i w ogóle… bo w końcu spadek i kilku nowych, intrygujących osobników to przepis na cudowności!

I jesce to Kiesielowe pisanie – MNIAM!

… więc w końcu odzyskałam Dożywocie. Nie takie jakie było, lekko ulepszone, ale je mam, czas na następne książki Marty, a wam mogę je tylko polecać. Na właśnie ono lepsze czucie się w środu. W misiu, no wiecie…

Z cyklu przeczytane: „Obserwując Edie” – … tia…

Już patrząc na okładkę przypominają się nam one opowieści o kobietach, które nie wychodziły z domów, albo wychodziły ino na moment, a potem nie pamiętały, no wiecie, opowieści o zamknięciu, przeszłości naznaczającej osobowość i jeszcze, strachu i niepewności i tworzeniu sobie własnych światów i ludziach, którzy one światy pragnęli zniszczyć… o bezpieczeństwie i wciąż jątrzących ranach… Koszmarach za dnia i nocą… wciąż drgających… dzieciństwie, miłości, pragnieniu bycia kochanym przez wszystkich lub tylko kogoś…

Chociaż kogoś.

I taka jest i ta opowieść, ale, mam z nią na pieńku, bo ja widzę tutaj same skrzywdzone osoby, winne, ale czy po równo? Nie. Są czasy i lata, których potem nie da się ocenić, ani nawet dobrze spamiętać… Nie widzę tutaj tylko winy i kary, jakoś… nie, nie zgadzam się z oceną i ostracyzmem. I stworzenie takiego zakończenia w dzisiejszych czasach moim zdaniem jest wyrazem pustki i wściekłości,  którą autorka sobie nie poradziła. Zadrami z dzieciństwa… ale… to tylko sprawia, iż książka jest ciekawa, że zmusza do rozmowy, nie jest pusta, jest dobra. Bardzo dobra…

A jednak… wkurzyła mnie trochę.

Ale to nic, o to chodzi!

No dobra, skandal.

Sąsiada okradli…

Znaczy, nie do końca, że jego złapali gdzieś pod sklepem, czy w lesie i obrabowali z nerki i wątroby, ale był on sobie wyjechany, wiecie, na wywczas jakowyś, kurde, burżuj jeden, stać go, na emeryturze ju jest, wcześniejsej jakowejś, młódkę ma za kochanicę… no i szopę mu obrobili. Żeby nie było, należy nadmienić, iż szopa niezamkniętą była, co oczywiście sprawcy nie usprawiedliwia, ale jednak, no kurna, kto szopy nie zamyka, pierwszą rzeczą były nowe kłódki w naszym przypadku. I tak, kiedyś tego kradzenia nie było, a jak już to ktoś pożyczył i oddał, ale teraz…

Mniejsza, więc obkrali go na ameno i tak dalej…

Pomyślicie sobie: a co tam człowiek w szopie może mieć, no wiecie, ja mam popakowane obrazy i szpadle, więc nie wiem, no i pojemniczki na ziemię, w znaczeniu doniczek czekających na roślinki i takie tam. Grabie stare, widły są na widoku, a co, takie casy, i to na czerwono pomalowane, więc… właściwie wsio mamy raczej ogrodowo takie nienowe, ale jednak kłódka jest, bo to rzeczy ważne i tyle, a dokłanie kłódek są trzy, bo 3 szopy mamy… tak już było, a kasy na zmianę tego istnienia brak, więc na razie pozostaje, ale… sąsiad dopiero co nakupował sobie wymyślnych i drogich maszyn o czegoś tam… i tak jakoś mi się wydaje, że powinien złodzieja szukać pośród tych, co wiedzieli, że owe maszyny zakupił.

Czyli wiecie, tak zwanych znajomych…

… bo jak inaczej?

Brzytwa Oghama i tyle.

A może wycajnienazbyt wiele człek się Agathy nacytał i od razu jaoś tak, kure, a może to ten inny sąsiad sąsiada zrobił w gołodupca maszynowego? Hmmm… ślectwo będzie, czy nie? Kurde, na razie policja do nas nie przyszła, tak nadmienię.

LOL

No ale…

Głupio, że tak na wiosnę go obrabili… jednak przyznam się wam, iż większe mam i własne zmartwienia na łbie, więc… kure, a jakoś tydzień temu wydawało mi się, że ktoś łazi w ogrodzie, niby mógł to być ten wredny jeleniec, co to mi wsio zżera, co z ziemi wylezie, no tulipanów jebany koneser, a może dwunóg jakowyś…

Może?

Mniejsza, luty był chorowity, więc oczekuję od marca wiele, ale wiecie jak to jest, gdy to piszę wciąż mamy pierwszą jego połowę, więc czekam na one cuda zdrowotno-finansowe. Bo i zdrowia i kasy trzeba. Ceny lecą w górę jak szalone. A wsio co człek miał albo się rozpadło, albo trza było wyrucić przy przeprowadzce te kilka lat temu i wciąż potrzeba nam jakiś pierdół wykłych, normalnych… ale, z rugiej strony, można i bez niektórych z nich żyć. Nie potreba nam fancy łóżka, ale półki by się zdały metalowe, jednak, można na nie poczekać, a co…

Może kiedyś, a może nie?

Co to ja influencer, coby się pokazywać, wystarczą materace, dobra podłoga, kołderka, książki i woda, którą pić można i miś i… kurde, notesy, dobra, journaling mnie objął i nie puszcza, ale tak serio, to więcej… dobry krem – to ten wiek, i coś, w czym się umyć można i już. I czasem jakieś szaleństwo, jak ten journal z małą Mi, chcę!!! Traveler’s Notebook mnie ma, serio, gdybym była w Japoniii…

… ale nie jestem…

… więc ino marzę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żołnierzyk… została wyłączona

Pan Tealight i Garażówa…

„Dorobili się w końcu Garażów.

Bo to wiecie, nie opłacało się inwestować tylko w jeden, więc poszli od razu w wersję niejedną, znaczy: domek na drzewie – dla latających, jak dywany, potem postawili pięć naziemnych i podziemne, które już rozwijały się organicznie, we własnym tempie… a potem Komisja Opłat Paranoicznych wysłała im Garażówę, taką panią Kiblową, co to wydaje papier, ale wiecie, nie ściera po was, za to umie zmierzyć długość stolca i zapisać go jako mini, midi czy maxi…

Ekhm, miała na imię Elizabeth Bennet i była piękna.

Bardzo piękna…

… oną urodą mlodości niewinnej, niczym róża angielska, ale piękna, nie brzydka, nie toporna, raczej miękka, choć zwiewna… była…

Niesamowita.

… więc nic dziwnego, że żeńskie osobniki ze Sklepiku z Nieopotrzebnymi nagle zaczęły mieć coś do roboty, kilka wyjechało do Mamuś i Babć, inne znowu na obozy czy szkolenia i tak nagle został Pan Tealight nie do końca sam, ale jednak… trochę… z nią. Z tymi jej oczami wyrazistymi, rzęsami podkręconymi, na których zawisało światło, brwiami obrysowującymi oczy, wielkie, tkwiące w onej idealnej czaszce, którą gdyby tak młoteczkiem czy siekierką łupnąć umiejętnie, to niczym może geoda by się rozpykła na połówki i ukazała jaskinię kryształową…

… pełną światełek…

Wiedział, iż to nie jego myśl, ale spodobała mu się, więc przestał wpatrywać się w stołeczek przy Garażach i podszedł do Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i poszeł na pogreb wrony.

Jednej ze zbyt wielu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Z magią jej do twarzy” – … trzeci tom serii o niemagicznej w magicznym świecie. Plus jeden demon, a raczej, kurde no… magiczny świat stał się dziwnie niemagiczny, a ona, no cóż… jakoś tak nagle jeden demon przemienił się w inne problemy, a tu z drugiej strony już suknię jej niosą z welonem, wsio dotarte by mieć domek, płotek, kota… no dobra, kot już jest, ale…

Po wypadkach z tomu środkowego, jakoś tak się porobiło!

Oj!

I co teraz?

A teraz, że demon wraca, a co, uparte toto widać jak i ona sama, wciąż przepraszająca, w poddańczej pozycji, wciąż taka sama, a jednak… zmieniająca się. Chyba nam w końcu bohaterka dorasta po tych dwóch latach związku, chyba zaczyna wiedzieć czego chce, ale czy na czas? Czy się jej uda w końcu odnaleźć samą siebie w postaci bohaterki, onej wciąż ratującej świat, ale nie będącej już people’s pleaser… nie potakującego pieska z tylnego siedzenia samochodu… bezmagicznej w magicznym świecie, ale i niemagicnym, więc… może łącznika…

Lecz…

Czy zdąży?

Fajne zakończenie – jeżeli to będzie trylogia… chociaż no, miała być, więc chyba będzie, chociaż, czy chciałby człek by była nią, tyle drzwi otwartych, tyle postaci, możliwości, legendy, mity się pchają by je wykorzystać… ech! No, zobaczymy, jak na razie, trylogię warto obczaić. Zakończenie… ech, wiecie, no jak to zakończenia mają w zwyczaju, niektórych ucieszy, innym jest niedostatkiem. LOL

Nowości… albo starości i nowości, no wiecie, jak to tam kto widzi.

Nowe jedzonko.

I coś na wakacje… miejmy nadzieję… LOL

Tak, z wakacjami jestem monotematyczna.

Z końcem lutego deszce trochę przycichły i wiatry przestały łupać po czaszką i jeszcze, przyszedł dziwny lęk, ale, jakoś tak statnio było wszystko, dziwnie straszne. Dziwnie niepewne, niebepieczne… Ludzie zaczęli wychozić z onej imowaatości, ruszać się w swoich miejscach i dookoła nich, ale jeszce tak nie do końca, powoli, spokojnie, jakby nie chcieli z siebie zrzucać zimowatości…

W końcu dopiero kilka dni było słonecznych.

Tak w pełni…

A ja… tęsknię za ciemnością i oną szarością spoglądając na przebiśniegi, sasanki i ranniki, na które natknąć się można w różnych miejscach, na krokusy różnobarwne, w końcu i one tutaj są, najlepiej im się rośnie nad morem, w piachu, widać im one mikroelelemnty odpowiadają, czy coś? Nawóz psi? Na te pąki… one zmiany, które widziało się już świadoemie tyle razy, a jednak… wciąż oszałamiają. I choć wiosna to nie mój sezon, to jednak mój.

Urodzinowy…

To w końcu ja spływam płonąc rzekami i takie tam…

Mnie topią… a jakby nie topili, to może by lepiej było? Może… Marzanny… czy wciąż się je topi? Czy ekologia nie pozwala?

Świat się zmienia, znowu i znowu…

I znowu…

… nami zatrzęsło. No wiecie, w ten sposób, w który to jedni twierzą, że trzęsło, inni się śmieją, a wojsko milczy wymownie… nie da się być spokojnym nawet jeśli dookoła, tak naprawdę, ino cisza. Nawet sąsiadów chyba nie ma. Może wyjechali na urlop, czy coś… mszę odprawiają wymownie czarną i kury pokradzione po kontynencie jakoś tam, zmumifikowane, teraz w ofierze komuś składają…

Ale…

… nawet jeśli, to do kogo się molić, kto teraz jest modny? Bóg silikonów, hialuronów, social mediów czy jednak zwyczajowo, ino zdrowia i kasy, a resztę to se załatwię. Nawet tę starą, co na mnie dziwnie zerka jak na nią nie patrę, a wiem, że erka… nos czuję jak mnie po pośladkach smera… LOL

A w ogóle, to się ostatnio pochorowałam i to tak raczej długofalowo. Coś w formie niby grypy, przesilenia, a jednak też i totalnej obojętności na wszystko. Jakoś tak, wiecie, psyche siada i twierdzi, że nie wstaje i tu będzie siedzieć, a ja se mogę skakać dookoła niej, ona i tak ma to wszystko gdzieś. A jak ja, to i Chowaniec padł, więc na bank na luziowatych to te działa. Ostatnio coraz bardziej utrzymuję, iż cłowiekiem chyba do końca nie jestem. No szczerze… Nigdy nie robiłam zakupów na onych dziwnych chińskich stronach! Tych Alibabach i Temu… i nie mogę nawet patrzeć na oliwki i awokado. No nie rozumiem ich, oliwy też… więc coś ze mną nie tak…

Co nie?

W końcu to takie popularne, na wiosnę znajdziecie tam wsio, łącznie z ciężkimi metalami i zatruciami, nie tylko pokarmowymi…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Garażówa… została wyłączona

Pan Tealight i Janosik Bezziobra…

„Janosik… tak, przywiozła jego mit ze sobą tutaj.

Tu, gdzie gór nie ma, połonin, gdzie jakaś jaskinia, to ino to coś ponad wodą… a czasem w niej, pod nią… tam gdzie owce może i błąkają się po skałach skubiąc mikrotrawki, wszelakie porosty i krzaczki niewielkie niszcząc, gdzie zostawiają swoje wełenki dla wszelakich magicznych, by te tkały sobie ubranka, a może wyściełały kołyski dla swoich dzieci… gdzie wiatr hula, morskie powietrze doprawia wszystko sobą, a Turyścizna, jest… więc zawsze to coś znajomego. I czasem nawet i kozy są, może i nie kozice, ale jednak, wyglądają groźnie. I mocarnie tak…

Gdzie morze jest wszystkim, a wszystko jest raczej wzgórzem niż górą, wyżynką, niż dotykaniem nieba, gdzie niebo samo się kłania trawom i rzekom, by tylko odbić się w ich listkach i toniach, a cała reszta, jakoś tak, nie myśli zbyt górnolotnie… gdzie wszystko trochę wolniej działa, chociaż i tak wydaje się, iż tak jakoś ostatnio naprawdę… nazbyt szybko…

… gdzie…

Oscypków nie uświadczysz, a mleko z syreny jest czymś oczywistym.

Tutaj jakoś ten mit zaczął się przeinaczać i dostawać choroby morskiej. I jeszcze mieć problemy ze skórą, bardzo dziwnie zielenieć i jeszcze, jakoś tak, całkowicie ponadczasowo się uwsteczniaać, że aż zdawał się być tak pradawnym, że bardziej nie można i tak powstała ta historia.

O onym Bezziobra.

Janosiku, co prawie jak ten Robin w Kapturze, co mu ten Kaptur czasem nazbytnio dogadywał i na oczy opadał, ludziom służyć miał, ale w rzeczywistości, po prostu skory był do tego, by w mordę komuś dać, a piękne panny obłapiać… wiecie, tak, jako to drzewiej bywało jakoś…

… i to bez podatków!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zaginione dziecko” – … hmmm, nie wiem. Znaczy tak, przeczytałam i mam jakoweś opinie, ale jakoś tak, nie wiem… Z jednej strony za krótka, z drugiej skomplikowana tak, iż można się pogubić, a z trzeciej strony niesamowita. W końcu pokazująca jak bardzo kobiety miały i wciąż mają pod górę.

Autorka pokazuje nam życia, a raczej ułamki żyć kilku kobiet, przechodzi przez czas, ale spaja wszystko miejscem. Pokazuje jak wiele siły często wymaga… istnienie. Jak wielkie marzenia mogą szybko polec. Problem w tym, iż kilka bohaterek i ona niejasność, która z nich jest tą główną, miesza nam w głowach. Skakanie między epokami, choroby psychiczne… to byłaby niesamowita powieść, gdyby ją rozwinąć, a tak jest świetnym scenariuszem na film. W czym nie ma nic złego. Niektórzy wolą szybko, krótko, inni znowu, jak ja, lubują się w słowach…

A tutaj jest ich dla mnie byt mało, jednak… polecam.

Szczerze.

Z cyklu przeczytane: „Tajemne rysunki” – … WOW. No tak, oto powieść, która przywaliła mnie do podłogi i nie powoliła zrobić niczego innego poza przeczytaniem jej. Coś na jedno posiedzenie, niezbyt długie, bo w końcu połowa to niesamowite rysunki, ale jednak zarezerwujcie czas.

Warto.

Oto opowieść o walce o siebie, braku naiwności, ciągłej kontroli oraz tajemnicy. Zawiera co najmniej jednego ducha! Chociaż, czy to duch? Oto sztuka i słowa w jednym. Młoda dziewczyna postanawiająca uwierzyć samej sobie, a w jej przypadku nie jest to łatwe, oraz rodzina z dzieckiem, które przy niej się otwiera. Tylko, czy nie za bardzo? I o co chodzi z tym domem, oraz dziwną okolicą… oj tak, jest się w co zagłębiać. Bo tajemnic i traum tutaj sporo. Ale nie przytłaczają. Dziwnie łatwo się podróżuje po onych stronach i bardzo szybko chce się poznać prawdę… ale gdy ona nadchodzi, cóż…

… obuch, łeb…

To taka powieść.

Powieść, której nie warto ominąć.

Z cyklu przeczytane: „Hex” – … okay, dobra… tia…

Nie czytać w nocy, spoglądając na tych, którzy przeczytali pierwszą wersję, a okładniej ich wiadomości do autora, to… na wielu ludzi ta powieść wpłynęła aż nadto depresyjnie. Przerażająco ich odmieniła. I wcale się nie dziwię, chociaż, czy spodziewałam się tego po opowieści o miasteczku, w którym wciąż po ulicy krąży wiedźma. Od wielu, wielu, wielu lat… wieków… Wyobraźcie sobie, iż nagle widzicie ją w nogach łóżka, albo obok siebie, albo… zbyt blisko…

Oni z nią żyją, ale nie tylko z nią, też i z tajemnicą. Tajemnicą tak wielką, że… no właśnie, czy w ogóle winni żyć, a może to wszystko to tylko czyjść durny eksperyment? Przecież to nie jest „normalne” życie, raczej… wegetacja z wiadomym końcem, a dla wielu i początkiem i środkiem i… wiedźmą na dokładkę.

Całkiem namacalną.

Powieść jest niesamowita, element paranormalny nie do końca rozgryzalny… tutaj wszystko jest oryginalne, chociaż nawiedzone miejsca to przecież nic nowego. Ale takiego nawiedzenia to serio, wierzcie mi, nie chcecie! I takiego miasteczka, chociaż… może w uporządkowaniu nie ma nic złego, ale co jeśli nagle ludzie nowu będą ludźmi? Wiecie jak to jest z młodymi. Z tymi, którym świat rzucił więcej kłód pod nogi…

Oni mogą namieszać.

Genialna!

Wiatr, deszcz, cisza…

Wiatr, deszcz, cisza.

Wiatr…

Ona dziwaczna powtarzalność dźwięków i ich braku, poranne trele ptaków nagle ucichające, powiew, trzaśnięcie belki, pierwsze ranniki i przebiśniegi… tak jest ciepło, a jednak kwiatów tak niewiele. Czy to przez nadmiar wody, czy jednak coś znowu wiedzą, czego my nawet nie przewidujemy?

No tak, pogoda raczej wiosenna, ale tak z mokrej strony. Może to i lepiej niż ona susza zeszłego roku? Może, ale kto to może przewidzieć co przyniesie dobro, a co zło i te wszelakie definicje? W końcu dobre dla jednego, to złe dla innego… pomyślcie o przeszczepie serca… ktoś umiera by żył ktoś… Tak, wiem, porównanie z bardzo górnej półki, ale sami pomyślcie. Czy da się być wdzięcznym za spacer, po którym po kilku godzinach odczuwasz ból i okazuje się, że coś zwichnąłeś…

Tia, nie jestem dobra w one modne w dzisiejszych czasach wdzięcznościowanie. Oj nie jestem, od razu wydaje mi się, i wsio szlag trafi, czy inna imba. Ale, każą wam social media, więc #wdzięczność. Ale co z uczuciami… gdzie wciąż dominuje strach, zakłopotanie i dziwne zagubienie… szczególnie w przypadku młodszych.

Wsędzie jest, może nie tak samo, ale…

… podobnie.

Wiosna czy nie, oto mój miesiąc urodzinowy!

To też moda, ale walić to. LOL

W końcu ma się rozum, z tego można wybierać jak ze szwedzkiego stołu. Jak przetrwałam dzieciaki walące w drzwi z okazji Fastelavn, to i dam radę z tymi wyborami… a raczej, co ja tam mogę wybierać? Biorę co jest, tudzież co dają i tyle. Ale kurde w tym roku napieprzały. Wiem, że to miesiąc temu było, jednak kurde no… łażenie po domach by zobyć kasę na fajki dla rodziców i wódkę.

Bez urazy, ale dawno już przestałam być naiwna. No, przynajmniej w tym wymiarze… w końcu człek stał za dzieciakami, gdzie rodzic pozwalał im wybrać coś dla siebie, a reszta, dla niego… czy to fair? Nie… Czy możesz coś zrobić, też nie. W końcu to tradycja. Możesz tylko przetrwać i tyle. Intryguje mnie jedno, czy zaczną chodzić z czytnikami kart, bo kto w tych czasach ma gotówkę?

No weźcie!

Dania uczy dumy, odbiera naiwność, jakąś tam skrępowalność i przede wszystkim wymiata z ciebie wszelakie wstydliwości. Możesz być sobą, ale nie wychylaj się a bardzo, to też nie jest wskazane. W końcu… nie chcesz wleźć w najważniejsze prawo Skandynawii… lepiej je obejść. Z daleka…

No nic, żyjmy… czasem pod wiatr.

A może… najczęściej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Janosik Bezziobra… została wyłączona

Pan Tealight i Wodny Brat…

„Czasem człowiek ma rodzinę bardzo oczywistą.

Natrętną nawet…

… upierdliwą, chociaż czasem i pomocną… a innym czasem ona rodzina to coś bardziej na papierze, coś, co się dziwuje, jak dostaje spadek, albo nawet urażone twierdzi, że okay, kasę weźmie łaskawie bardzo, dziękujcie mu wsyscy, ale nie śmieci… a czasem ona rodzina nie głosi wszem i wobec o wspólnocie krwi, ino jest czymś tylko li namacalnym. Czymś wybranym. Czymś ustanowionym powyżej, mocniej i bardziej… bo jakby pozbawieni onego pokrewieństwa krzywego nosa czy wczesnego łysienia, są ponad to, ale i po tym, więc muszą się bardziej napracować…

Ale są rodziną.

Wiedzą o tym…

Rodziną, którą połączyło miejsce i czas, wspólne zniewolenia żywieniowe, czy też… ich brak. Wiadomo, jakieś podobieństwa, ale i całe więcej różnic. Dlatego pojawienie się Wodnego Brata nikogo nie zaskoczyło, w końcu, po pierwse mógł mieć fantastów za rodziców, którym odpierdoliło w kwesti imienia, a po drugie, no i na lądzie wodę lubi, więc… kochali nawet…

Dlaczego nie?

Ale po pewnym czasie, gdy nikt się nie zgłosił, gdy nikt go nie zaanektował, tudzież on ku nikomu się nie wychylił, zaczęli narzekać na porozlewaną wodę, te rybki w kubku do kawy, węgorze w wannie, w umywalce strusia morskiego, nazbyt gadatliwego i kochającego plotki i frytki z papieru toaletowego… i zrobiło się mało przyjemnie. Bo Brat był miły, a że mokry, w końcu woda to życie, co miał na to poradzić?

… więc zbudowali bajorko, tam na lewo od winorośli i chatkę mu przy nim postawili… i zaczęli się widywać coraz mniej, aż w końcu…

Zapomnieli o sobie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Echo” – … kur… No i co mam napisać o tej powieści, która mnie wciągnęła, przeciągnęła pod kilem, sprawiła, że na pewno już nigdy, nigdy nigdy nie pojaę w góry, a dodatkowo szalejący sztorm, od kilku dni jeszcze wzmocnił wszystko i jakoś, nie mogę z niej wyjść!

To cudowne, ale i zniewalające uczucie i przyznać należy, iż dawno go nie odczuwałam. Brakowało mi tego opętania przez kartki i czyjś świat. Inne historie niż moje własne lub im podobne, coś nieznajomego całkowicie dla mnie… bo chociaż kocham zimno, to jednak wysokość to dla mnie wyzwanie często nie do pokonania.

Często? Zawsze, czasem…

Dwóch facetów i pasja jednego, która ich częściowo rozdziela. Są razem, ale jakoś tak, nie do końca… gdy jeden wkraca na ściekę, z której wraca raem  górą, a bez znajomego, coś się między nimi spuje, coś też rodzi… Czy można być opętanym przez górę? Wielu mieszkających w Alpach tak twierdzi… czy można być zniewolonym przez przyrodę? Cóż, to wiem nawet ja, racej nisoka… Ale… W tej powieści jest coś więcej ni ino ona ponadnaturalność, niepewność, ono bycie, osobowości świetnie nakreślone, miejsca wspaniale opisane, które Google wyrzuci wam od rau… jest przede wszystkim intrgujące rozważanie na temat piękna. Piękna świata i człowieka. Jak bardzo jesteśmy zakochani ino w zewnętrzności? Jak bardzo potrzebujemy onej skorupy, a jak mało często wiemy o tym, kogo kochamy… O wnętrzu często zapomnianym, zakurzonym, a jednak… Oto też i opowieść o demonach z przeszłości, które nigdy nas nie opuszczają i samotności… pośród wijących wichrów.

Niesamowita, psychologicna, a jednocześnie pełna pasji wspinaczkowej!

A na zewnątrz wieje i wieje…

Na przemian deszcz i śnieżne wspomnienia, które uderzają w ściany i szyby, ale na ziemi zostawiają ino mokre plamy… jeszcze więcej onej wody i więcej, ale też i dziwne, szorstkie, suche powietrze, które wdziera się w płuca mimo onej całej wilgoci. Pola pełne małych jezior i stawów. Kałuże większe niż definicje prewidują, a może ino lustra upuszczone prze niebiańskie legiony, które postanowiły sprawdzić, co tam po sukienkami mają… tak naprawdę…

Z jednej strony Wyspy fale, z drugiej ino lekko pomarszczone morze…

Ale wiatr zdaje się być wszędzie.

Unosi to, co może i porusza tym, czego przenieść nie może. Czasem słychać, nawet tutaj, u mnie, na wzgórzu, ten śpiew masztów, chociaż u nas w porcie ich nie ma… ale słychać je i nie możesz być pewnym czy to nasze maszty, czy jakieś z przeszłości czy przyszłości… a może tylko z innego miejsca na świecie?

Jęczący zaśpiew…

Nastał luty i wsystko jest… smocze. Smoczy rok, smocze łuski na oczach niektórych, smocze pomysły i żądza złota… Skarbce pełne tego, co sobie każy uskładał, ale też i one puste, jęcące za zawartością, jakąkolwiek…

… pragnące wypełnienia…

Na szybie może ostatnia, taka perfekcyjna, śnieżna gwiazdka… płatek nadziei… nadziei na inną zimę, może lepszą, normalniejszą, może chocciaż bariej zimową… chociaż, przecież nie było tak źle, czyż nie? Przecież był i śnieg i mróz… przez chwilę, ale był jednak. Był… nie możesz powiedzieć, że nie.

Nie możesz.

Woda wszędzie, dziwna destabilizacja w rejonach balansu żywiołów, ale przecież tak niedaleko inna wyspa płonie, fale lawy tańczą w powietrzu, niczym demony w końcu uwięione, które aczerpują onego wrzącego powietrza krzycząc: jesteśmy w domu! Znowu w domu… bo to ich czas, ich miejsce… Taki to dziwny czas pomiędzy zimą a wiosną, gdy człowiek naprawdę cudownie bajki plecie…

Ale czy aby na pewno bajki?

I czy to on plecie, czy natura?

Ech, siedzenie na Wyspie naprawdę sprawia, że w artyźmie można zatonąć. W tym okresie powstają najlepsze obrazy, rzeźby, ceramiczne dziwy i opowieści, myśli i sny najbujniejsze oraz marzenia… oj tak, marzenia… i dłubanki i rzezanki i jeszcze lutowania, i szklane dmuchańce…

Oto czas pomiędzy, w którym wsystko i nic zdarzyć się może.

I w którym czyta i pisze się najlepiej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wodny Brat… została wyłączona

Pan Tealight i Księżniczka DSM…

„Z północy była.

To jedno zdanie winno im było wszystko wyjaśnić… i skrzynkę z jasnego, sosnowego drewna, i one gwozdki dziwnie nieistniejące, wirtualne prawie, one napisy z kropeczkami nad literkami i jeszcze nazwa… i miejsce wysyłki…

Na Północ Stąd.

Znaczy, nie że do nich. Znaczy, iż należy pchnąć dalej, ale przecież ona ciekawość musiała się pojawić ze swojego Nikąd i męcić im umysły i zmysły i wszelakie pomyślenie i jeszcze ruchy spowolnić, nagle niektórych wysłać w rejony sikalni, czy numeru dwa, a innym przypomnieć, że coś zostawili na gazie, ogniu czy innym tam prądzie… kilku poczuło nagłą potrzebę bycia gdzieś indziej, ale ci, co zostali, znaczy ci, co w rzeczywistości zostali z onej grupy pozostałych, wspominali, że była piękna. Taka wiecie, szklana. One włosy cieniutkie, ledwo pokrywające lekko różowiącą się czaszkę przy uszach, nosie i u nasady… oną rysowość twarzy, wycięcia i koloryty…

Te żyłki widoczne…

Dziwne pulsowanie, a potem… nie pamiętali więcej. Ci z Maszynowni i GeoCentrali nie mieli żadnych nagrań, no śladu po tym wszystkim nie zostało ino, to dziwne uczucie pyłu świerkowego w płucach i one cięcia… widzieli je, widzieli, że nie była cała, a jednak była… tylko taka, niezłożona, nie do końca…

Do Samodzielnego Montażu.

Śrubki, klej, nakretki i narzędzia dołączone do poprzedniego zamówienia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najnowsze jedzenie!

Takie wiecie, naukowe bardziej!

Z cyklu przeczytane: „Zaklęcie dla czarownika” – … trzeci tom, jak na razie, trylogii. Ostatni… ale czy to naprawdę ostatnie spotkanie z naszą Belladonną? W końcu wyjechała, poznała wielu, jakoś tam się w końcu odnalazła i zagubiła, więc, czy to koniec, czy jednak nie… Nie?

Tym razem akcja prenosi się na Wyspy Brytyjskie, no wiadomo, obiecała, a obietnicę trza wypełnić. Czarownik chce dopełnienia umowy, problem w tym, iż nie wiadomo, czy klątwa, którą ma nasza magiczna odnaleźć nie uderzy w nią… albo i w niego. Albo w obywoje, lub… pochłonie cały magiczny Londyn… który wcale nie jest Londynem? O tak, oto wyjeżdżamy z Polski, pakujcie kalosze i kapturki przeciwdeszczowe! Będzie mokro, będzie intensywnie i… nie wiem, jakoś tak nie do końca przekonywująco, przynajmniej dla mnie. Jakoś ta część mnie nie poniosła. Była zbyt niemagiczna, nazbyt napisana na siłę, a szkoda, w końcu ona cała angielskość, mgły i tak dalej, baśniowość wysp… to wszystko miało potencjał a jednak, jakoś nie pykło.

Przynajmniej dla mnie, zaznaczam… nie. A tak kurde czekałam na tę powieść! Czuję się trochę oszukana po pierwotnym zadziwieniu, zabawie środka, a teraz… jakby z autorki chęć i para trochę uszła. I nie, nie chodzi o to, że nie ma tam bohaterów, a dokładniej bohaterek naprawdę dobrze rokujących, nie… tylko autorka pozwoliła im umknąć. I jakoś tak… nie wiem, czuję się naprawdę kijowo… Główni bohaterowie mnie olali. Jakby byli już zmęczeni swoją obecnością, a przecież…

Oceńcie sami.

W one pochmurne dni cłowiek czuje się tutaj jakby nie mogły się go imać jakiekolwiek łe rzeczy. Jakby całe ło tego świata tutaj nie mogło dotrzeć, a jednak, jednak przecież dociera… odgrzebywane są nie tylko opowieści o magicznym tunelu, który miały połączyć nas ze Szwecją – w tej koniunkturze, to ja tego już kompletnie nie widzę, więc serio musicie? – oraz zbrodnie, których wyniki DNA w końcu zapipkały. Okazuje się, że mordercę można znaleźć poprzez zbrodnie jego potomstwa…

Ale czy to etyczne?

Drzewa dookoła uginają się pod wiatrem i ilością wody, ale jakoś to wszystko nie ma już znaczenia, gdy dookolność spowija ona mglistość i szarość. To wszystko nie jest ważne, nie jest ważne… ważna jest tylko miękka szarość i odcięcie. Rzeczywiście można tutaj zapomnieć o świecie… tym poza Wyspą.

Ale nie tym tutaj, on istnieje.

To miejsce nie jest rajem, ale pozwala niektórym na oną samotność, samotność, która nie boli i nie ciąży. Samotność pełną sztuki i rozwoju, swobodę gapienia się w okno, narekania na ból głowy, bo znowu wieje i jedzenia ciasta, bo przecież ktoś na pewno ma dziś urodziny, albo na wakacje jedzie, czy coś… ale też jest to miejsce, w którym zwykli ludzie mierzą się ze swoimi zwykłymi mniej lub bardziej demonami, gdzie matka choruje na depresję poporodową, a nowonarodzony jest tylko pod opieką ojca, który nie wróci już do pracy…

Zwyczajność?

Patrząc na Wyspę ludzie zapominają o tym, że tutaj mieszkańcy mają problemy. Wielkie nawet… grzeją tylko jedno pomiesczenie i tam spędzają czas, wybierają jedzenie lub rachunki, chodzą na spacery, bo przecież nic innego nie ma… spotykają się, udają, zakładają maski… opiekują się rodzinami swoimi lub innych, są pamiętani lub zapominani… są, lub ino przemijają.

Dobijające?

Taka prawda.

Albo piją… nadmiernie… kolorują swoją rzeczywistość w social mediach, bo przecież co ich różni od reszty świata? Wyspa? Ono opętanie tym miejscem? Bo przecież jeśli nie jesteś nią opętany, nie przetrwasz tutaj. Nie da się. Musisz być wyspoworeligijny…. wyspowoodpowiedni i naznacony. Musisz. Inaczej… cóż, długo tutaj nie pociągniesz, więc… tak, jest to też czas, w którym ludzie wracają tam, skąd przybyli, albo szukają innego miejsca wierząc, że Wyspa ich puści…

Ale…

Ona czasem nie puszcza.

Czasem możesz żyć tylko tutaj… jakbyś był pod wpływem jakowejś klątwy rzuconej przez skały i wody, powietrze i ogniki z gwiazd. Tylko kto i dlacego decyduje o tym kto ma tutaj zostać, a kto nie może tutaj żyć?

Kto lub co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżniczka DSM… została wyłączona