Pan Tealight i Zboczeniec…

„No kompletnie nie umiał w prosto!!!

Jakby ono „prosto” w jego głowie nie istniało, onej środkowej głowie, razem je bo trzy miał. Tak jakoś mu wyrosły, nie narzekał, ale jednak czasem czuł się z nimi dziwnie, tym bardziej, iż chciał mieć na każdej taką samą czapeczkę, a one nie chciały. na dodatek każda miała inne preferencje włosowe, żadna nie chciała iść w łysość no i uszy, jedna klipsy, druga piercingi, a trzecia całkiem goła w tym rejonie.

Bezwstydnie nawet.

Czasem, zimą, jakoś udawało się dogadać, bo jedna kochała zimę, druga zasypiała na zimę, więc nie trzeba było pytać, a ta trzecia, cóż, po prostu przyjmowała swój żywot za pewnik i caem nic jej nie intersowało… kompletnie nic.

No ale… ta prostota, chyba nie była mu pisana.

Wiedział, że prosto było najkrótszym wynikiem i rezultatem, ale jakoś wolał zbaczać w kierunku choć chwilowego zwątpienia, przygody i anormalności. Bo i czemu nie miał tego robić? Jak już tu był, jak miał, co miał, nie krzywdził nikogo, to dlaczego nie? Dlaczego nie miał po prostu sobie zbaczać, z drogi, tematu, szlaku nie… ale zbaczać z drogi mody, teraźniejszości, czy też onej cudownej rozmowniości.

Bo prosto było, zwyczajnie, za proste.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tak więc… był 17sty czerwca, pogoda normalnie ciepła, ale bez przesady, nie bujało za bardzo, więc aviomarin w ilości normalnej… tak, jestem osobą, która ma swoją pościel, kocyk i inne takie dziwne rzecy, z którymi inni nie podróżują. Tak wiem, może trochę tego sporo w małym samochodzie, ale uwierzcie mi, z powrotem wdusimy tam jeszcze szafkę z IKEAi. LOL Tetris!

PS. Póki pamiętam, no i na świeżo, to u nas, na Wyspie, ostatnio ciągle ino policja coś kombinuje. Znaczy, zajęci są. A to wypadek radiowozu, a to szaleniec za kółkiem zjeżda na zły pas, potem na niego wraca, gdy ten z naprzeciwka już chcąc uniknąć zderzenia wykonał podobny manewr… no po prostu hałasy!!!

I gorąc!

I śmierdzi, algi kwitną, chociaż u nas koszmarnych upałów nie było… ale tak zwykle jest, jak nam grzeje, to woda czysta, jak u innych żar i tropiki, to nam wody zasmradzają… ciekawe, czy jak Polska zapragnie onej ropy naftowej, to wyjebią ten Bałtyk kosmicznie w kosmos całkowicie już?

No weźcie no!

Ale, wracamy do wycieczki…

… więc zapakowani po korek jedziemy jak zwykkle, najpierw do Malmo po biały ser, no weźcie, ja muszę kilka razy w roku mieć tydzień serowania! To stare smaków przyzwyczajenia, ja stare drewo, się mnie nie przesada z półtłustego lub chudego twarogu jedzonego łapą, brutalnie i po zwierzęcku… a co… na jakieś nowomody jak awokado. Bleee!!! Nie chcę!!!

… więc najpierw sklep z polskim żarciem, a potem Lund, w końcu Muminki mają 80 lat, więc trzeba fanty znaleźć. I to markowe, się znaczy najepiej. A co do Malmo, to tam dwa sklepy polskie są, w dzielnicy… ekhm, że tak powiem imigranckiej, czasem mocno niebezpiecnej, więc jakby co, będziecie wiedzieć, że obok chustek na głowę i takich tam barberów, co od razu z usami…

No wiecie.

Spacer po Lundzie to zawsze rozrywka, tym razem była to rozrywka remontowa.

No niestety, nie wiem dlaczego, ale właśnie na okres letni postanowili sobie rozkopać one wszelako urocze uliczki… te w centrum miasta. I to całkowicie. Uniemożliwiając ruch, tamując przepływ mamony i takie tam. Nie żeby to bardzo spowolniło ludzi, ale jednak, chaos totalny… za to Muminkowe utensylia, które narodziły się z okazji 80tej rocznicy ich narodin… znaczy urodzin, znaczy, no wiecie… rocznica! A rocznice oznaczają nowe pierdolo, które moe podkarmić dopaminkę, lub też w końcu udekorować wam dom. Ja tam dumnie na ścianie mam i Bukę i Małą Mi.

A co!

W planach mam jakieś dłuższe posiedziny w Lundzie, ale tak najlepiej, moim zdaniem, to jesienią. W końcu tutaj sezon turystycny raczej trwa rok cały, nie jak w innych miejscach Skandynawii, gdzie otwierają i zamykają się dokładnie z planem letnim… może dłuższy weekend? W końcu w podziemiach są tutaj cuda cudowne, są i dookolne megality i inne archeologiczne cuda, muzea… naprawdę, to taka mniejsza wersja Krakowa… a może i dokładnie taka?

Tylko…

No nie wiem, ostatnio, AKA wczoraj, preraziłam się ruchu u nas na drodze. No samochód za samochodem, czyste wariactwo!!! I uświadomiłam sobie, że nawet odwiedzając miasta, jestem oddalona od takiego ruchu. Raczej widzę tylko auta szukające miejsca parkingowego, albo autostradę, którą staram się przespać. Jakoś tak… Nie kręcą mnie one cywilizacyjne szaleństwa i odgłosy. Wciąż… kocham się w koła powstaniu. LOL Wciąż to mnie kręci… no co? LOL c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zboczeniec… została wyłączona

Pan Tealight i Majanica…

„Problem?

No był…

… w końcu mieliśmy już połowę, i to drugą, lipca, a ona wciąż tutaj była i się maiła… aż furczało. Jakby nie do końca była świadoma tego, że się skończyła. Już, tak po prostu. Slut i tyle! Mówili jej o tym, krzyczeli, śpiewali, listy długie pisali, telegramy tworzyli, znaki dymne, niektórzy z tym dymem to trochę przesadzili, znaczy z ogniem, bo wiecie, choć są dymy, co ognia nie potrzebują, to jednak… czasem ogień nie musi być dymiącym… może być ino ogniem.

Bo tak.

Ale nie w tym przypadku.

Czerwiec nie miał jej tego za złe.

Może i coś do niej czuł, jak to plotki donosiły, a może zwyczajnie ją olewał, jak inne plotki krzyczały, jednakże Lipiec miał jej dość. Wiedział, że tak właściwie, to ma jeszcze tylko tydzień, by coś z tym zrobić, w końcu pogoda była, jaka była, wkurwiające osobniki dwunożne narzekały na zbyt niskie temperatury, a i chociaż glony oraz algi kwitnące morze im zasmradzały, to jednak im wciąż był mało… nieodpowiedzialni głupcy. Ogólnie mówiąc, nie wiadomo czy to przez Merkurego w retrogradacji, czy też zwyczajnie był zawsze w bojowym nastroju, ale postanowił sam, i to z hukiem najlepiej, ukrócić to ono jej szaleństwo barwne i śpiewne.

No ile można?!!!

Co powie na to Sierpień!

Ona nigdy nie była z tych wyrozumiałych!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W końcu jakieś książki!!!

Nowe, stare, znaczy no wiecie, to i tamto…

Pewne rzeczy trzeba było dokupić, inne znowu…

… krew i flaki… mniam! LOL Trochę nauki, akurat była dostępna…

Miałam zacząć opowieść o podróży, tam i tam, i jeszcze w inne miejsce, czyli do Szwecji, bo przecież człowiek jakoś tak wciąż uważa, iż nie widział wszystkiego, no i blisko, znaczy nie do końca, to jenak długi kraj i wysp ma sporo, ale jednak, jakoś tak swojsko trochę jest… i w końcu udało nam się dotrzeć na Midsummer, taki spojler… ale najpierw chyba zacznę od samego lata. Lata się znaczy tu, na Wyspie które trwa już od ponad miesiąca i jak dla mnie, jest całkiem niezłe…

Znaczy zimne.

Znaczy… wróć, no mieliśmy jeden dzień, co to był upalny i nawet kilka parnych, ale poza tym nie jest przez cały czas w okolicach 30stu! WOW, w końcu! Mieliśmy te ze dwa deszczowe dni, bardzo interesoujące… i tyle. Tak w ogóle, to jest nawet chłodno, wciąż nocami nastoletnie temperatury, więc człowiek nie zdycha ino śpi… względnie, oględnie. Albo nie śpi, w końcu bezsenność to koszmar!

Tylko to słońce, pali tak strasznie, że aż boli!

Nazbytnio boli!

Powiem jedno, takie lata pamiętam sprzed nastu lat. Ciepłe, ale z oną bryzą, zimną, czasem nawet kąsającą mrozem dziwnym, jakimś takim nieznajomym… w Kirunie podobno 30 stopni, czy tam w Norwegii, we Francji słyszałam, że skwierczą… i nie, to nie dla mnie. Oj nie… wolę nasze wiatry i fale, może zimne, ale przynajmniej nie palą! Płuca mają lepsze prez to może? LOL, no co, nie palą… palą?!

Ech…

Lato, to zawsze trudny czas, ale one chłodności jakoś chyba Turyściźnie nie przeszkadzają… pełno ich. Nie żebym widziała wszystko, wolę się chować, jak normalni wzglęnie ludzie, czy oni szaleni, no wiecie, czasem trudno nas rozróżnić. Pamiętam to z pierwszego przyjazdu tutaj… miejscowi pochowani w domach, tłumy szalały… a jeszcze wtedy nie było ich tyle aż…

Ogólnie mówiąc, Turyścizna jaka jest, każdy wie. Nic dziwnego, iż niektóre państwa podejmują pewne środki i tak dalej… oberwą jak zwykle ci normalni, co to chodzą i podziwiają i płacą i sprzątają po sobie, bo ich na przykład gdzieś nie wpuszczą, czy skądś wygonią, albo… przeniesie się na nich one uczucie…

Nienawiść…

Nienawiść, którą poczują na sobie Duńczycy jadąc o Szwecji… oj, i to wybitnie. Mam na myśli nie tylko spojrzenia, gesty i pewne słowa, ale też… coś więcej. Bo jak nie można wkopać tym, który niszczą ci kulturę, to chcesz wkopać tym, co to setki lat temu byli z wami jednym… wiecie, zadawnione rany są i tutaj. A biały to biały, jemu łatwiej… że rasizm powiecie, ano rasizm, jak najbardziej. Bo ta podróż, którą odbyłam w drugiej połowie czerwca i początku lipca, jakoś tak mi udowodniła wysoce mocno, że nienawiść w narodzie Szwecji kwitnie i się rozwija, może już i owocuje nawet, a nawet z owoców przetwory robi… nie dziwię się, ale nie do końca to rozumiem, ponieważ wróg, czyli ono niszczenie kultury wygląda inaczej.

Tak, mówię o onych „imigrantach”.

Tak ONYCH!!!

Bo tym razem nie pojechaliśmy prosto z Ystad na północ, nie, udaliśmy się znowu na Olandię. Bo przecież nie wszystko człek zobaczył rok temu, a i wspomnienia z AKUTa widać mu nie starczyły… no mniejsza, to naprawdę cudowna wyspa i warto ją zobaczyć… ale chyba mnie nie lubi.

W ogóle wschodnia część Szwecji jest…

Inna!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Majanica… została wyłączona

Pan Tealight i Odwrotna ouija…

„Bo przecież świat była tak bardzo za: równość, wolność, braterstwo, każdego uznać, po główce klap klapu klap… miesiąc tego nawet mieli, więc wymyślili wyczajnie, tak dla balansu wględnego, coś dla tamtej strony, wiecie, by się tam też mogli zabawić… w końcu, jak inacej równowagę Wszechświata zachować?

… bo też i co to za równość, jak ino jedni jednym przeszkadzają, swobody naruszają? Wywołują, wrzeszczą, jak opętani, a potem zwalają winę na biedne Labubu! Albo inne trollowate. Ostatnio właściwie one nordyckie, dla wielu okrutnie brzydkie i przerażające normalności, jakoś tak odstępowały od cukierkowatej, tęczowej szaleńskości. A przecież one były tutaj od awsze… gdy tylko Pan Tealight zrozumiał, iż problem pośród onych Ukrytych i tych Niedokońcawidocznych, jakoś tak się nienormował, wzrastał i wselako ewoluował w okrucieństwo i wrodzony krwi głód, postanowił coś z tym zrobić… I to coś wielkiego.

Stworzył w zaciszu swojgo cybucha tabliczkę niepozorną, wzbogaconą o znaki tak potężne, iż nikt ich nie znał, więc początkowo myśleli, że zmyśla, ale szybko przeprosili. I to nie czekając, aż zaboli… Czasem im się wciąż wydawało, iż on był pokojowym, spokojowym i wszelako miękkim osobnikiem… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wiedziała, że zawsze będzie im się od czasu do caszu tak wydawać, ale… w końcu nie wiedzieli… znaczy nie wiedzieli wszystkiego.

Tak wybrali…

Ona, nie miała wyboru.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Encyklopedia wróżek i elfów” – … a miała być szmira… miało być coś całkiem przewidywalnego, nudnego, źle napisanego… a przynajmniej tak czytałam, jednak, jakoś nie uwierzyłam do końca i dobrze!

Bo ta książka, to jest hygge!

W jakiś ziwny intrygujący sposób, ona opowieść o młodej pannie naukowiec i jej zainteresowaniach, a wiosce, do której przybywa, o istotach, o magii, którą z taką łatwością odkrywa, jest czymś przyjemnym. To się czyta na jedno posiedzenie i tym karmi się swoje sny! A poza tym książka zwyczajnie, ładnie wygląda. Może to nie moje klimaty kolorystyczne i estetyczne, do końca, ale jednak… coś w tym jest. Na dodatek, nie jest to kolejne romansidło z pikantnymi scenami dla nastolatek – EUREKA! I elfem… a tak, no właśnie, uwaga: książka zawiera elfy i nie tylko. Nosz wiecie, ale jak chwytacie po fantasy, to czego się spodziewaliście?

Ale…

Poza elfami i panną w opałach jest tutaj jakowaś inteligencja, wola badania, naukowość, którą kocham w takich powieściach. W końcu sama jestem naukowcem. Chcę badań i rozrysowanych prekrojów!

Potrzebuję tego!

To moja rzeczywistość i też zawiera magię, więc… no dobrze, jest tutaj i pewne zauroczenie i przyszłość, którą i tak widzicie spoglądając na dorobek autorki… przyszłość dla tej opowieści. Spisanej lekko, ale z rozmysłem, miejscami dowcipnej, miejscami lekko wkurzającej, porywającej, potem trochę spowalniającej. To nie ideał literacki, ale miło spędzony czas.

To tak… KFC.

Trzy literki, które wielu zna, trzy literki, które niegdyś serio były czymś, Muminki nawet mieli i w ogóle, te kubełki, którymi można było nakarmić tak wielu… ale z czasem i firma się zmieniła i one dziwne normy wkroczyły i wiecie… tia, nie jestem poprawna politycznie. I mam do tego prawo. HA! No ale… KFC i Pizza Hut wracają do Danii. Nie do końca rozumiem dlaczego i kiedy to wszystko się poplątało, ale… po tym, jak wyszło na jaw, że nikt nie dostanie uśmiechniętej buźki, czyli syf jest straszny, a na dodatek przedłużali sobie jak się im podobało ważność kurczaka, o czym wspominało nawet WP… ale… to nie oznacza, iż z KFC koniec.

Podobno mają znaleźć inną derekcję inne pieniężne wsparcie…

… no wiecie, ono inne wszystko…

Podobno…

Zastanawiało mnie zawsze to, że w Szwecji, za mostem obie firmy są, nie żeby były jakieś oblegane, ale istnieją, jednak u nas tego nie ma. Nawet na Wyspie McDonalda zamknęli… i to jak dawno temu… Może to moc koronnego hot doga? No wiecie, dwie kiełbaski nawet w jednej bułce. LOL

A może Fika, nie tylko swedzka?

Może chodzi o to, że ludzie wolą pójść do piekarni, zjeść bułę z budki, czy też po prostu mają swoje kanapki? Szwedzka Fika to u nas inna odmiana onego sławetnego żarcia o 12stej. Świętowania narodzin, urodzin i innych rodzin… pewnego rodzaju kultura gromadzenia się, ale nie do końca w takich knajpach? Ludzi widuję u nas z koszykami piknikowymi w lasach, parkach, wszelako zielonych miejscach, na plaży po pływaniu… zawsze mnie to fascynuje, iż im się chce.

No serio…

… robić żarcie i targać je o lasu…

Ale…

Ale… pojedźmy do Szwecji…

Wyjeżdżamy tym razem w drugiej połowie czerwca, bo tak… bo trzeba zobaczyć to i tamto, a ja nie toleruję gorąca… chociaż, no nie wiem… gdy to piszę, już wróciłam, ale przecież nie będę zdradzać jak było tak na początku, a to powiem, czego się dowiedziałam, co jest dla mnie intrugujące…

Okazuje się, że do 1 lipca tego roku, Szwecja prawnie w architekturze nakazywała posiadanie tak zwanego światła zewnętrznego w każdym pomieszczeniu, dlatego też łazienki i kibelki mają w domkach okna… co kocham. Też mam, bo dom szwedzki. Podobno chodziło o dopływ naturalnego światła, ale mi od razu przychodzi też na myśl bezpieczeństwo, drewniane domki, pożar…

… no wiecie…

Jednak teraz już nie trzeba… szkoda…

No i trudniej będzie wietrzyć, ale pewno chodzi o te koszmarne urządzenia, które nie pozwalają na otwieranie okien i buczą tak bardzo przeraźliwie chłodząc lub ciepląć domy, kosmicznie je wysuszając… nie chcę tego! Okna są ważne!!! Ale… druga sprawa jest bardziej intrygująca…

… wyobraźcie sobie chirurga mózgowego, neurochirurga, jak nagle rzuca swoje narzędzia w środku operacji, zdejmuje ciuchy, myje się i jedzie do domu, bo dziecko chyba ma gorączkę… albo coś mniej drastycznego… koleś, który miał dowieźć chirurgowi żarcie dzwoni do niego do domu, że dzieciak mu się rozchorował, więc niech se pan sam przyjedzie po żarcie, wziąłem je do domu, to tylko godzinka…

Tia, nowe prawo rodzinne…

Jeśli masz dziecko i ono nagle zachoruje, masz prawo rucić wszystko i pojechać do domu, czy gdzieś tam. Z jednej strony wizja romantyczna, potrzebna, jakaś taka normalna, z drugiej widzę, jak faceci biorą tutaj wolne, no i spędzają czas w siecie olewając bachory, jeśli w ogóle te bachory są chore… Nadużywanie prawa to norma, chociaż, o tym rzadko się mówi… Skandynawia jest naiwna i dziwnie łatwowierząca…

… ale nie zawsze…

… popatrzymy jak to się rozwinie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Odwrotna ouija… została wyłączona

Pan Tealight i Plażówki…

„Postawili na olimpiadę.

Czy coś w ten deseń…

… w końcu tak naprawdę nikt i nic nie chciało się spocić, zmęczyć zbytnio, czy coś… raczej chodziło o to, by inni się pocili, ale z daleka, nie napachniali okolicności przyrody AKA drogi za Białym Domostwem, przy której ostatnio posadzili Winnicę, ale ona wciąż się opierała zakazom, nakazom i torturowaniom, i nie chciała się przyznać, a przecież wiedzieli, iż była winna…

No jak inaczej?

… więc w okolicznościach onej pylistości drogi, przy lasku, by cień jakiś był dla tych, których stać na cień było, postanowili rozegrać Plażówki. Gry całkowicie nieortodoksyjne i zapewne mało, lub i całkiem, nieznane. A dla czego, tudież dlaczego lub i dla kogo? No dla kasy! Oczywiście, jakżeby inaczej? I chociaż Ojeblik – mała ucięta, obecnie zbytnio uparta główka postanowiła wystąpić we wszystkich konkurencjach, zawczasu tak, nie znając reguł, dla bepieczeństwa swego i innych zamknęli ją w Piwniczce na słodkości… nie narzekała. Niektórzy nawet podejrzewali, że może taki był jej pan? Ale… mieli co innego na głowie. Słomkowe kapelusze, dziwne welony, firanki…

… zasłonki, turbany, fezy i kapcie…

… duże, takie filcowe.

Ale bez gumki…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane postanowiła, że jej obecność przyniesie wszystkim pecha, więc odmówiła udziału. Nie byli zdziwieni, ale jednak, jakoś ich to zabolało…

… na krótko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Folkemodet był… i tyle.

Było miło i wzglęnie chłodno, w cieniu szczególnie, więc… unikanie stresu równało się unikaniu zewnętrza i wszelkich części Wyspy północnych… najlepiej. Ale ona moc ludzi, samoloty, samochoy, nie no, na horyzoncie manewry, ludzie, ja tutaj muszę mieć bezstresowe zycie!!! Człowiek ucieka na Wyspę, na rąbane odludzie, a ludzie za nim… czy to tak działa zawsze? Naprawdę? No jak tak można? Mówią ci, że jak się nie podoba, to spierniczać, i spierniczyłeś, a tu za tobą konflikty wojenne, religijne, jacyś dziwni uchodźcy i tak dalej… nie no.

Ja sie na to nie pisałam.

Nie naprawdę!!!

I tak, przeraża mnie to, co się dzieje na świecie, ale odcięcie od mediów sprawia, że tutaj można od tego uciec, no chyba że nagle robimy pokaz sił wszelako podniebnych… rąbane echo niosące się po wodzie… jakby wojnę wywoływali. Tak, rozumiem, chłopcy lubią się bawić zabawkami i niektóre dziewczynki też, ale…

Ale…

Lato…

Czerwiec w końcu zaczął się ocieplać, ale tak wiecie, subtelnie… jak to piszę, to jeszcze się właściwie nie skończył, ale raczej cudów już nie będzie, jak na przykład jakieś opady deszczu, które jednak obudziłyby rośliny, przestały mi zeżerać jakieś robalinki roślinki, kwiatki to mały być, wredne paszczury polibury!

… a skrzynki pocztowe znikają.

Znaczy te wielkie, czerwone, no wiecie… od przyszłego roku nie ma już wysyłania kartek nie wiadomo kto będzie dostarczał taką lekką pocztę, więc… zobaczymy. Mamy jeszcze trochę czasu, ale spoglądając na one tam polityki wszystkiego, to wciąż będę starać się wysyłać tylko ze Szwecji, a co do reszty, cóż, się zobaczy.

Dożyje się… lub nie, kto to wie…

To mnie dobija.

One pocztowe problemy, tak na dodatek. Przeszliśmy w końcu z wprost radosnego raju pocztowego, gdy to dostarczali nawet w soboty i święta, w 3 dni z Polski czy z Niemiec nawet kiedyś na drugi dzień, pączki wciąż świeże kiedyś dotarły na Tłusty Czwartek… a teraz, jest jeden rasista antykobieciarz, seksita dostarczyciel i kurna, serio, gdyby nie zależało mi na onych paczkach i listach, gdyby tylko mógł się człowiek jakoś obronić, ale nie może. Jak zacznie próbować, oberwie…więc się uśmiecha, kłania i dziękuje, że prosioło jeden w ogóle raczył dostarczyć paczkę, co jest jego pracą, i tak dalej… znosi jego… mruknięcia, sturchnięcia i tak dalej…

… wierzcie mi, próbowałam i teraz żałuję…

… to boli… i boję się go!

Ktoś powie, że to żaden problem, ja przypomnę, iż pisane słowo jest onym jednym z tych sekretnych, które się politykom nie kłaniały, szczególnie jak piszecie jak ja, to Champolliona wskrzesać trzeba! LOL Onymi cudownymi, sealed with a kiss i tak dalej… no weźcie no!!!

Co się dzieje z tym światem?

PS. Takie tam… Folkemodet się skońcył, więc ludzie wracają do domu, przez Szwecję najszybciej i wiecie co, no nie mogą przez MOST, dlaczego, bo rocznica mostu, bo 25cio lecie i bieg wielki zrobili  tej okazji, więc korek na 6 kilometrów… przepraszają… mówią, że drugi raz tego nie robią. Ludzie zostawiają auta i lecą na samolot na piechotę… nosz pięknie… sceny dantejskie…

… ciekawe, kto to posprząta?

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plażówki… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Jama…

„Zawsze chciała być sama.

Ale to zawsze…

Zawsze też miała miętusy, ale to takie prawdziwe, lepione ręcznie z własnej, silnej jak sto koni, mięty… tej samej, która porastała dziwnie pobawione życia bzycącego zagajniki, w których roiło się od naćpanych wróżek i innych tam faerie… druidów i wiedźm, które nie chciały myśleć o smutnej codzienności, czarownic, magów, co przegrali życie swoje, lub czyjeś, oraz zwyczajnych ludzi, którzy w ten, lub w inny, nieco mniej konwencjonalny sposób, się tutaj dostali. W ono miejsce zakazane, było w końcu napisane: STOP, NIEBEPIECZEŃSTWO i TAKIE TAM…

Wyraźnie.

Czerwoną farbą, na deskach, które przyniosoły fale pobliskiego nader morza – w tej, specyficznej okoliczności zagajnikowatości nadmorskiej i piaszczystej, sosnowej i żywicznej… pełnej intrygujących kamycków, mikroskopijnych muselek oraz drewienek, do których była doczepiona ręka, lub ino palec, trochę włosów, lub coś wiecej, w końcu bulgoczący kociołek nie mógł być pusty. Pachniał tak niewinnie, ziołowo, oregano to, czy jednak rozmaryn…

… hmmm…

Pani Jama… tak ją zwali.

I tak, była kobietą rozprzestrzeniającą się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Rodzina zastępcza” – … jak ja go chciałam… zabić. Nie, nie małego chłopca, który znika, ale tak zwanego ojca. Rodzica. Nie matkę, która zdaje się być podejrzaną i ofiarą jednocześnie, nie staruszka – może i dla wielu po prostu szalonego starca, ale właśnie kogoś, kto wie, widział wiele… którego nikt nie słucha, bo przecież jak ma być inaczej?

W pewnym momencie wszyscy są podejrzani, potem chcecie zabić tylko plotącego durne teksty tatusia, aż w końcu wszystko się rozwija… nagle już wiecie, już przeczuwacie i tak… to opowieść o małym dziecku, ale opis na okładce, to marketing wyciskający od razu łzy i z oczu, stron i czytników, w rzeczywistości to opowieść o rodinie. O niej, o nim, o pragnieniu. O sktywanym bólu, niemożności zrobineia kolejnego kroku… ucieczce… walce wewnętrznej i zbroniach, które są niewybaczalne…

O kontroli, w którą tak wielu nie wierzy, bo przecież on i ona tacy piękni, adopcja to wielka sprawa, oni tacy mądrzy i inteligentni i… za drzwiami nie zawsze zamkniętymi dzieje się prawda. Tylko… kto gra lepiej na zewnątrz?

Kto lepiej kłamie?

Z jednej strony monotonna i dziwnie spokojna, z rugiej tak burąca ucucia, tak potrząsająca wnętrznościami, że nie można się oderwać… choć chcecie rzucić nią w ścianę… tak bardzo, ale i chcecie się dowiedzieć…

… co jest prawą.

I czy prawda istnieje?

Z cyklu przeczytane: „Ziemiomorze” – … nie trzeba przedstawiać… ale jednak, taki niesamowity tom, z barwionymi brzegami, rycinami i tak dalej. Pewno, że nie czyta się tego łatwo. W końcu to cegła potężna, ale chyba nie dla takich powodów nabywacie ten tom. Jak chcecie łatwego czytania, to kupcie wersję bez obrazków i może oną vintydżową, pojedyncze tomy, kieszonkowy stajl… co kto lubi. Ten tom nie jest czymś zabieracie na wycieczkę, to jak starodruk…

… w rękawiczkach do niego…

… no dobra, przesadzam.

LOL

Piękna książka, piękne wydanie łączące wszystkie tomy cyklu. Po prostu zniewala. Jakoś tak. Chce się je mieć, lekko przeraża, gdy się ją otwiera, ale pewno tylko ja tak mam. Zwyczajnie tak… no nie chcę jej uszkodzić. Bardzo. Smocza, czerwona księga… aż chce się powracać o tych historii chłopca i młodej dziewczyny. Dorastających… spoglądających na zmiany swego świata, walczących…

Świata… który oszałamia prostotą.

To takie prawdziwe fantasy… ale i mądre pisanie, piękne i obrazowe.

Deszcz, taka dziwna sprawa… właściwie uczucie, nasłuchiwanie, wsłuchiwanie się, doznawanie, mokrości, lekkości, oddychanie… kiedyś zapach deszczu był inny, kiedyś wszystko było inne, ale… zapach łubinu przynajmniej wciąż jest łubinowy. Tak niewiele rzeczy, spraw i uczuć zdaje się być…

… znajome.

Nawet tutaj, a może w szczególności tutaj.

Mieszkanie na Wyspie oznacza mniejszy teren, właściwie natychmiastową reakcję, gdy widzicie zmiany i jakieś takie ciągnienie w okolicach żołądka, serca, czy innej tam duszy… bo jenak ona niezmienność zdaje się leżeć w nature Wyspy. Zdaje się, ale jednak, jednak przecież i tutaj… ta ruina pod lasem rozpada się od co najmniej 20 lat i wciąż jeszcze ma trochę do rozpadnięcia się. Obok budują coś, co wygląda jak dom, ale czy nim będzie? Właściwie tutaj dom, to najczęściej chwila, mgnienie…

Ot, wakacyjna ucieczka, coś, co można wynająć innym…

Nie na zawsze, nie zobowiązanie.

Jednak, czy można ludzi zmusić? Zmusić do życia tutaj? Na dłużej, na zawsze? Może nie można? W końcu, to nie jest łatwe miejsce. To nie jest świat, który wiele daje… on wiele zabiera, ale też… jest… wykorzystywany przez tych, który potrafią nie mieć skrupółów i wyrzutów sumienia.

Onych jednorocznych fascynatów…

Ale głównie Niemców.

Oj tak, wielu chce się tutaj prenieść, bo przecież to właściwie ich świat, jak twierdzą, a i małe dzieci można tutaj szkolić w domach… zaczynam się zastanawiać ile jest takich „szkółek”, które przypominają raczej sekty… w końcu jak mamy problem z dragami, to dlaczego nie i z tym? Czy mamy?

Ale deszcz…

To taka rzadkość od wielu miesięcy.

Taka rzadkość…

Nawet wiatr… też jakoś bywa gościem. Bryza okay, bywa, ale wiatr, taki trzeszczący i brutalny, nie żebym tęskniła… może to dlatego ludzie tutaj przyjeżdżają, zakochują się, a potem uciekają… aż się kurzy. Bo wieje, bo obiecane słońce znika, bo ludzie często wolą spokój, bo… pewno każdy ma swoje wytłumaczenia, ale jeśli zakochujesz się w jakimś miejscu, to często na zawsze.

A może to tylko ja tak mam?

Może?

Człowiek tutaj uczy się słuchać żywiołów, nawet jeśli już słuchał ich wcześniej, teraz oducza się tego, co wiedział, i uczy się od nowa… specyficzności. Wyspowatości. Nie tylko języka, czy savoir vivre’u. Chociaż, w końcu nie przybyłam tutaj dla sławy, kasy i tak dalej, robiłam to z onej durnej miłości, a jednak, po tylu latach, zastanawiam się, czy w ogóle mogłabym być gdzieś indziej.

Chyba nie…

Ale jednak, ostatnio, mam jakieś ziwne przemyślenia… przede wszystkim dlatego, i natura tak bardzo boli. Ludzie wydają nakazy, które są tak durne, ustanawiają bezsensowne prawa… jak wszędzie – ktoś powie, i ma rację, to w końcu nie jakaś inna planeta, chociaż często taką się być zdaje…

… ale ten deszczz… zwalmy oną melancholię na niego…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Jama… została wyłączona

Pan Tealight i Broń astrologiczna…

„Ostatnio nieboskłon, w którego jasność i mroczność wpatrywali się ci czekający na cud i ci co chcieli apokalipsy… a względnie, naprawdę, czasem to to samo… zakochani i ućpani, znowu, czasem, często to stan nader zbliżony, ci, który nie mieli innego widoku, tudzież zwyczajnie leżeli na plecach, bo tak im było wygodniej, lub odchodzili poza ten świat, by umościć się w innym…

No wiecie, niebo…

… to coś niebieskie z obłoczkami, w górze, albo szare, zachmurzone, zasmogowane, lub zasmokowane? Jak kto tam widzi… albo jak tam ma? W końcu tutaj akurat lekko wszystko skłania się ku wieczorowi, chociaż ona jasność lata już obciąża ono dookolne wszystko, łącznie z nerkami i sumieniem, to jednak zegar nie kłamie. Chociaż czasem tak, w szczególności, gdy bateria siada, albo ktoś nie nakręcił go jak trzeba. Lub zwyczajnie, puknął za mocno i zegar się obraził, przez co osobnik, którego mieli zwać bohaterem, na ono bohaterstwo się spóźnił i tyle…

Chodzi o to, iż tam gdzieś była ona cała astronomiczność, którą nocą czasem było lepiej widać, ale gdy światło jej nie pozwala rozkwitnąć, obraża się ona, właściwie co roku się obraża… no i wtedy Broń Astrologiczna się rozwija.

Bo jak nikt nie widzi, lub mniej patrzy, to wiecie…

… bardziej może.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Fałszywe intencje” – … okay… po przerwie wróciłam o Abby Mullen, pożarłam wa tomy  trylogii na jedno posiedzenie i naprawdę, naprawdę nie wiem, co powiedzieć… znaczy, oczywiście, że to koszmar, jej życie, ale też… cała sprawa sekty, przeszłości, teraźniejszości, to wszystko, pewne elementy…

Powiem jedno, ci, którzy kiedykolwiek mieli jakieś styczności z sektami, polubią te trylogię. Ci, którzy kochają kryminały z nutą socjologii i psychologii, będą się świetnie bawić, a potem będą mieli o czym gadać z podobnie myślącymi…

Bo Mike Omer potrafi pisać… pisać o czymś, motać nici zbrodni, ale też… nie zapomina o człowieku. O jego specyficzności…

Z cyklu przeczytane: „Paląca obsesja” – … i kurcze, nawet zakończenie mu wyszło. Tak jakoś po prostu, chociaż i dramatycznie. Chociaż i szokująco… jakoś tak wyszło idealnie, ale też jednocześnie autor sprytnie zostawił sobie furtkę, gdyby tylko… może? Chciał do tego powrócić. Do niej, do postaci, która przed naszymi oczami przeszła koszmarną metamorfozę. Zresztą, nie tylko…

… dowiedziała się wszystkiego…

I to bolało… naraziło ją na rany, prawie na śmierć… zmieniło ją, uczyniło inną, jednak, czy silniejszą? A może tylko przydało traum?

Naprawę dobry pisarz i jakoś zawsze warto po niego sięgnąć, jeśli ma się ochotę na zbrodnię, ale też i opowieści o ludziach.

Zwykłych i niezwykłych…

Czytać po kolei. LOL

Powiem tak… jestem zaskoczona.

Prawdziwie.

Pierwsza połowa czerwca względnie chłodna i nawet spadła odrobina deszczu. No, może nawet nie odrobina, co ociupina, podobno z drugiej strony Wyspy trochę większa, ale jednak… mało.

Bardzo mało.

Temperatura jak najbardziej mnie ujmuje, wiecie, że nie przepadam za upałami, ale jednak te i zastanawia. W końcu to trochę coś zaskakującego… a zaskakujące mnie ostatnio preraa. Nawet to askakujące obre… jak to, że w okolicach 22giej wciąż jest jasno, albo już o 3 rano jest jasno, czego nie chciałam wiedzieć, ale brak snu to koszmar najbardziej ujawniony. Koszmarny. I tak, przesilenie już za rogiem, ciemność w końcu nadejdzie, jak co roku, jednak… natura zdaje się chwiać w posadach, a one posady są mi bardzo, ale to bardzo potrzebne.

By były, wiecie… stabilnymi.

Po prostu.

Jakoś Wyspa znowu przestaje być tylko nasza, tylko moja. Nie da się już wyjść i zwyczajnie nie natknąć się na kogoś. Turyścizna jest obecna i się bawi, ale pewno narzeka na pogodę, chociaż… nauczyłam się nie słuchać. Tak po prostu… mam to gdzieś. Ostatnio zdaję się mieć gdzieś więcej i więcej i więcej… może to wiek, może to jednak święte Maybelline, ale wiecie, tak jakoś jest lepiej, mieć to gdzieś, co inni myślą, twierdzą. Książki, odkrycia, muzyka… są ważne, ale te dziwne mody, rób tak, teraz inaczej i znowu zmiana… lub to, teraz tamto…

Social media…

Nie.

Ja już za to podziękuję!!!

W świecie, w którym niebo może spaść na głowy, jakoś stara się człowiek bać o ach, czapkę  wzmocnieniem i może… parasol… w świecie, w którym morze może wybuchnąć ze swojego skupienia, jakoś tak się przelać przez wały, wiesz, że nie możesz budować na piasku… chociaż, patrząc na pomysły rządzących, to ma się wątpliwości…

Oj wielkie się ma, czy im ona prosta wiedza nie umknęła.

Podobno mamy już pleśń, co to żyje sobie bez wilgoci, a wiecie jak baro paranoicnie reaguję na takie odkrycia.

Bardzo paranoicznie.

Oj, bardzo.

Na razie tylko obrazy i muzea głosiły ten koszmar, ale… widziałam tutaj ju takie pleśnie, że, uwiercie mi, mieskałam w wielu miejscach, ale takie kultury i rotwory oraz źwięki, kolory i bulgotania… nie no, to jest przerażające… Tylko… dlaczego, skąd się bierze? Wiem, że jest nie tylko w powietrzu, prawdopoobnie też w piachu… kurna, kolejna rzecz obok kleszczy, których to mamy najwięcej, rekord jak nic… mikruskowe takie, prawie mikroskopijne, średnie, duże i wielkie, niczym pestka czereśni.

Natura człowieka przeraża…

… boję się już pójść na łąkę, mimo długich portek i tak dalej. Ubieram się na czarno i długo, bawełna, ale wiecie, jak przygrzeje, to przypali, więc… może by tak namiocik jakiś, bańka, ale wtedy, w jaki sposób tak po prostu doznawać natury. Onej przyrody, liści, drzew… jak?

… jeśli mój własny trawnik pełza?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Broń astrologiczna… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie się Poniewieranie…

„… i się poniewierało ono Poniewieranie, a bez niego była… zagubiona.

W jakichś dziwnych odmętach swojej rzeczywistości, czy nawet osobowości, potrzebowała go… onego pomieszania, zamieszania, tej całej nerwowości, kary i nadziei na nagrodę, jakąkolwiek, bo przecież jeśli ciągle wszystko było karą, to w końcu ona musiała nadejść… nagroda. Wszelaka i dosadna. Mocna i naprawdę zmieniająca codzienność. Musiała, taki był układ świata. Dobro i zło, jing i jang, białe i czarne… ogon i pysk, spokój i zawirowanie, rozpierdolnik i czystostan…

Chyba że…

Nie la niej?

Może w życiu Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane była ino ona: laska, bicz i pejcz, wszelaka marchewka, a potem zatrucie pokarmowe, które wzięło się od samego zapachu, lub smaku potrawy, która wcale nie była smaczna, a miała taką być, no i trzeba było ją zjeść, bo tak wypada, więc…

Może jenak sama sobie wmawiała, iż go potrzebuje, może nie potrzebowała, a miała, więc jeśli miała, to mogła wyrzucić, lub choć odrzucić, powalić je i wielką lagą z kolcami obić mu oną mordę zawsze zadowoloną z celu łatwego? W końcu złość czasem nią telepała, choć miała na to tabletki… inni woleli czekoladę na ułożenie stresu, żarcie, by zrobić sobie dobrze, choć podobno byli i tacy, co używali do tego pejczów… ale nie ona. Ból odwracał co prawda zmysły od innego bólu, tego niefizycznego, ale ono się Poniewieranie… musiała z nim skończyć.

Przecież to już był taki wiek, że serio…

No naprawdę!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Silmarillion” – … erm… dlaczego kupiłam? Bo… piękne jest, no i tak naprawę nie mam, więc w końcu mam. Uzupełnienie pewne, a może i zbytek ino? Bo ładne, dwie mapy ma? Bo wróciły czasy, gdy książki mogą być znowu malowane i zdobione, być onymi dziełami nie tylko wielkiej i pięknej sztuki słowa, ale i tej tam, wiecie, wyobraźni rodzaju innego…

Kolorowej, kształtnej, czy tylko… delikatnie opowiadające o tym, co jest w środku?

Czy potrzebujecie piękna tomu? Bo przyznam się, iż nieczęsto o tym myślę. Czytam i tyle, ale czasem, gdy zobaczę, to już nie mogę przestać patrzeć i nagle chciałabym wszystko mieć tak wielce estetyczne i artystyczny… i nie, nie znaczy to, że słowa mi nie wystarczają, ale czasem… chcę dwa w jednym, a i trzy! Bo jest to coś innego, coś więcej, coś… nadzwyczajnego.

COŚ!!!

Tak, ten tom jest piękny i niełatwy w czytaniu. Jeśli chcecie się zagłębić w historię Tolkienowskich opowieści, silmarile, ich chronologię, ogólnie mówiąc przeczytać powieść, czy też raczej trochę taki podręcznik od historii… to weźcie jakieś zwykłe wydanie. Bo tego dziwnie szkoda pobrudzić, ot jeszcze coś się zegnie, nie… He he he, nigdy nie miałam takiej paranoi książkowej, rogi zagięte, paćka z sosu, notatka ołówkiem, ale wiele się zmieniło o nia, w którym straciłam bibliotekę swojego życia.

Zbyt wiele i to nazbyt wciąż boli.

Pamiętacie jak pisałam o Uberze, no więc się okazało, że wszystko się zmieniło i Uber kupił nasze taxi… więc teraz Uber wozi wszystkich, płacą im tyle ile za taksę, a ja przestaję słuchać onych moich donosicieli, bo kurna, serio, każdy mówi co innego, sprawdzacie, też inaczej, a teraz to… hmmm… Czy polecam taksówki? A skąd mam wiedzieć, czy polecam czy nie… mnie na to nie stać. Jeżdżą, są różnorozmiarowe i tak dalej, ale podobnie jak nie stać mnie na autobus, tak na to już w ogóle.

Nic ino skrzydła se szydełkiem dziergać…

Ostatnio popadam w dziwną desperację, a ciągłe wycie jakiejś zagubionej w swych rozmyślaniach krowy, mi nie pomaga. Nie, to nie moja krowa, to taka… no ktoś ma oną krowę i ona się żywi niedaleko, pod wiatrakiem, ale głośna jest… dziwna, w ogóle… nie wiem. Może to przez one szkółki lotnicze młodych wron, które przyprawiaą mnie o zawał serca i wszelakie inne palpitacje, ale jakoś tak…

Nerwowa jestem.

Wrony walą w szyby, krzycą na mnie, chcą cegoś, nie wiem czego… może tylko pokazać, że o, już mogą latać… a ja się boję, że spadną… wiem, że one mają skrzydła, ale kocham je i nie chcę by coś im się stało…

No i lato idzie.

A tak w ogóle czerwiec oczywiście przyniósł więcej ciepła, ale niewiele deszczu… susza wciąż ma się dobrze… bzy przekwitły, za to kasztany puchną z umy onymi swymi pagórkami kwietności. Ludzi sporo, ale wiaomo, to opiero początki… będzie ich więcej? A może jednak w tym roku nie aż tyle?

Jadąc dobrze znanymi drogami człowiek sobie myśli, że tyle się zmieniło, ale jednocześnie, dość niewiele. Sporo wciąż pozostaje nieotwarte, zamknięte, zniszczone, niedorobione. Wycięli tyle drzew, ale też… pojawiło się nowe… chociaż, jakoś tak nie wiem nawet czy przetrwa, więc po co dawać mu uwagę? Tak właściwie, to co pojawiło się nowe… kurcze, nie wiem, ale mam konfuzję teraz… jednak coś musiało. W końcu co roku coś się wykluwa, a potem umyka w zapomnienie.

Wiadomo jedno, lato już prawie tutaj, według kalendarza Północy, to właściwie prawie, ale nie o końca, jakoś tak przesuwnie każdy sobie to ustawia… robi się cieplej, rośliny robią swoje, ptaki, a ssaki muczą… znaczy ta krowa! Po prostu, wiecie, to w końcu zadupie, ja się ciszy domagam, a o nią niełatwo… to kosiarki, to przycinarki, to znowu jakieś piłowania i czyszczenia, strzelanki, wojskowe statki na horyoncie…

Dziwnie jest…

Za to w końcu załapałam się na kwitnięcie konwaliowe na Mysiej Ścieżce… cudowne. I te kumkania i rechotania żab i tam tych no grzechotników LOL, się znaczy ropuszek i tak dalej… rzezane w drewnie zwierzątka w różnych miejscach, bo one prawdziwe uciekły… pewno wiały, ale kto to tam wie…

… może patrzą na ludzi z góry. I też nie wiedzą co o tym wszystkim myśleć i czy w ogóle myśleć…

Nie! Żygolotu nie przywracają!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie się Poniewieranie… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrz Kozery…

„Był Mistrzem.

Oj, był nim na pewno…

… niczym pamiętny bohater opowieści wzglęnie komicznych ze świata mocno płaskiego, ale i górzystego zarazem, miał to wypisane na kapeluszu. Wielkim, z rondem szerokim i czymś na kształt moskitiery pryczepionej dookoła niego, niczym welon go szczelnie dość okrywającej, dzwoneczków i piórek oraz koralików do niej przyczepionych… przez co, gdy jakiś komar jednak prebił pbarierę, podskakujący twór kapeluszem zwieńczony, był nadzwyczaj komicznym pokazem ruchów i dźwięków, a czasem i zapachów, w końcu każdemu coś się może upsnąć…

Jednak, nie zdarzało się to często, lub też raczej zwyczajnie nie pozwalał sobie na pokaz onej słabowości, w końcu był li ino, jak twierdził, skromnością, wszelakim się uczynków wachaniem oraz kozerowaniem… czyli, najzwyczajniej w świecie kłamał, oszukiwał i szulerował na całego, ale ubierał to w takie słówka i osłonki, iż nikt się nie łapał na jego prawdziwej twarzy…

… rysach, charakterności.

Ale wiecie… zawsze zdarzyć się mógł ten wspomniany komar, czy to dosłowny czy metaforyczny, zawsze odnajdujący drogę do sedna sprawy… tutaj w postaci Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, zmęczonej upałem, który tak naprawdę nim nie był, może jeszcze, może nigdy, i pierdoleniem tych, co świata porządek lub względny ład jej mieszali…

A on mieszał, jak najbardziej.

I to na JEJ TERENIE!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wszędzie cię widzę” – … tak wyszło. Po pierwsze polubiłam autorkę, ale wciąż tak trochę niepewnie gram z onym uczuciem, wiecie… niedostępnam, więc zaopatrzyłam się lekko na chybił trafił, w dwa jej dzieła… Pierwszy zabrał mnie w crabi raj! Krabi? No wiecie, skorupiaczy. Na wyspę całkowicie od tak zwanego świata oddaloną… w miejsce, gdzie tak naprawdę nie ma nikogo, a jednocześnie jest ich wielu… i są tajemnice.

Są…

Ale przede wszystkim oto kolejna bohaterka serii tej autorki. Dziwna, specyficzna, tajemnicza… niby potrafi odnaleźć każdego, odkryć wszystko, ale jednak, jakoś tak… sama ze sobą ma problemy, zagubiona, nieprzynależąca do żadnego miejsca czy ludzi. Gdy naara się okazja by pomóc komuś, cóż, dość nie do końca  „dobremu”, ma wątpliwości, ale jakoś tak, cóż, ląduje na wyspie, w tropikach pieruńskich, ze zleceniem, pośród obcych i od razu wpada na trop zbyt wielu tajemnic. A z sufitu zwisa jej wielki pająk… no sorry, ale tutaj moja wyobraźnia nader żywo reagowała.

Nazbyt żywo.

Boję się krabów i pająków i w ogóle… ciepła!!!

To trauma!

Jej się jednak udaje przyzwyczaić do świata, przyrody, jakoś okiełznać ludzi… jednak gdy jest o włos o rozwiązania sprawy, cóż, wszystko się wali. Każdy może zginąć, każdy ma tajemnicę, która może ją zranić… a poza tym… serce bije… w tym jedynym rytmie. I co teraz?

Fajna opowieść. Szybko się ją czyta, jest gorąco, akcja akcjuje intrygująco, przerażają człowieka skorupiaki, a bogaci i biedni są jak zwykle po swoich stronach… brak jednego, wejścia większego w osobowści, w szczególności w naszą główną bohaterkę, ale… przecież zawsze są inne z nią książki, chyba dwie wydane?

Z cyklu przeczytane: „Kochać mocniej” – … a oto powieść, w której zderzamy się z bohaterkami inne serii tej autorki, dwoma policjantkami. Czy też raczej gliną i detektywem. Detektyw DD Warren właśnie zderzyła się we własnym, zwyczajowym życiu z kolejnym wyzwaniem, a w tym zawodowym sprawą, którą naprawdę trudno zrozumieć… Uprowadzone dziecko, zabity mąż, żona morderczynią… nic się nie zgadza, wszystko się mataczy…

Gdzie jest dziecko?

Co tak naprawdę się wydarzyło…

Jako czytelnicy zdajemy się wiedzieć więcej, gdyż narracja prowadzona jest z dwóch stron: DD i Tessy Leoni. Matki, policjantki, pięknej, młodej kobiety z dziwnie skrytą przeszłością… obserwujemy je obie. Podsłuchujemy, poznajemy najbardziej skrywane tajemnice, czasem wydaje się nam, iż moglibyśmy pomóc policji, ale potem… wszystko znowu się zmienia.

Oskarżenie.

Wina, kara, ból…

I ta właśnie narracja, to tylko dla wielbicieli tego typu pisania. Bo co jak co, ale nieźle miesza po deklem. Niektórych może to zniechęcać, chociaż powiem, że warto… może to nie arcydzieło, ale pewne elementy pracy policjanta-policjantki wtopione w narrację, mniej dialogów, więcej opisów niż w poprzedniej książce… oj tak, w tym się można zatopić. Jakoś tak mocniej, inacej. Poprzednia powieść, mimo swojego ciężaru niosła też jakąś wyspową radość i wolność, tutaj jest codzienność…

… kobieca codzienność.

Kogo kochasz… kogo kochasz bardziej… ty – kobieta – matka…

Ostatni tydzień maja…

… powrócił wiatr… dziwny wiatr. Jakby nas, ale jednak, ponieważ od tak dawna go nie było, od naprawdę dawna, człowiek może się odzwyczaił? Oczywiście, wszyscy zapowiadali i czekali na nie wiadomo jakie ulewy i nie wiadomo co jeszcze  niebios… a tutaj ino trochę gradu jako te ziarenka ryżu, trochę deszczu, nawet nie napełniła się miska dla ptaków, pizganie, no dobra, żeczywiście przez dzień, czy dwa ryło mocniej banię, ale poza tym… poza tym zimno.

Cudowne, niesamowite zimno.

Wciąż nie rozumiem, w jaki sposób kiełkuje cokolwiek, jak rośliny kwtiną i produkują te liście mimo takiego chłodu, jak na maj oczywiście. Jak znoszą oną, jasność tak, ale nie racej „nieupalność”… Czy tęsknią za nią, czy do niej przyzwycajone? Temperaturą podwyższającą poziomik cieczy… Czy się skarżą drzewom i chwastom, którym wiadomo, zawsze dobrze…

Może chwasty, to w rzeczywistości one wszelakiego rozaju terapie?

Terapeuci… zdaje się, iż naplotło się tego co niemiara. Ciągle ktoś o kogś łazi i rozpracowuje swoje traumy. I potem znowu i znowu, jakby teraz każdy miał mieć płatnego przyjaciela, z którym pogadać może o wszystkim, a pewności, że zostanie to między nimi nie ma… w końcu terapeuta i lekarz to nie to samo. Każdy może być tym pierwszym… tym drugim, no wiecie, wolelibyśmy nie.

Chyba?

Turyścizna się zjeżdża i marznie…

Wobec wszelakich Płanetników i szamanów pogodowych czerwiec ma być poobno cieplejszy… ale lato nie będzie takie gorące? No nie wiem, z tej strony mówią tak, z drugiej inaczej i człowiek już nikomu nie wierzy… będzie, co będzie i tyle. Tra będzie to przetrwać i znowu będzie się robić cora ciemniej… bo już zaczyna…

Zaczyna…

Zaczyna być za jasno. 21 sza, a tutaj wciąż wszystko i wszystkich widać, nie no, ja nie mogę tyle słońca przyjmować i to dziennie. Tak naprawdę, to nie przypominam sobie od dłuższego czasu dnia bez słońca, choćby długiego wschodu czy zachodu, albo bawiącego się z chmurami… wciąż gdzieś jest… i męczy… czujesz je, jak aburza ci wselaki rytm obowy, matatwi ze spaniem, ogólnie wykańcza.

Brak nocy potrafi być…

… niespodziewany i dosadnie druzgocący. Nawet konwalie w lesie nie przynoszą wytchnienia, choć piękne i pachną… nawet one. Wszystko to taka dziwna, zmarznięta marność na marnościami i po i przed i dookoła tańcująca, i jeszcze uszami klaszcząca. miany, które Turyścizna napotka w tym roku na Wyspie, zapewne dla wielu będą wielkie, ale dla niektórych… męczące. Jeszcze prawie miesiąc o przesilenia. A potem wracaj ciemności. Na swoje miejsce!

Podpisane…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrz Kozery… została wyłączona

Pan Tealight i Łowca Leniwców…

„Byli ci od przygód, byli ci od wszelakich ofert i okazji, ci od marzeń sprzedawania, czy też udostępniania ich tylko na godziny, lub ino minuty, zależy jak tam u kogo płynęła ona czasowość, oraz tacy, którzy wątpili nawet w to, co widzieli, czy też macali, bezwstynie dość… i był on.

Łowca Leniwców.

W końcu miał dość bycia samemu, więc chciał zwyczajnie dość, by nie uznać, że plebejsko nawet, no mieć kogoś, kto będzie czekał na niego, jakby mu się leżenie na Kanapie znudziło, kogoś do pogadania, jakby Milczenie odeszło, kogoś do słuchania… kogoś do popatrzenia, czy to jednak kleszcz na jego zadku, czy też tam w tym miejscu między łapami, gdzie, do czego się nikomu nie przyznawał, nigdy sam nie mógł sięgnąć, a naprawdę był wygimnastykowany, choć leniwy, to jednak rozciągnięty… kogoś, kto mu czasem po prostu zagłuszy myśli własne, tego w szczególności, lub do mamrotania, nawet chrapania w nocy.

Bo Cisza, tak, to z nią miał problem.

Z jej potęgą…

Bo widzicie, by być łowcą doskonałym, należało zrozumieć swoje ofiary, do końca, na wskrość i poprzez dostępne maszyny prześwietlające. I był w uczeniu się ich naprawdę dobry… ale samo łapanie, cóż, to miał przed sobą…

… jeszcze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To będzie opowieść o Wyspie i o sposobach na przemieszczanie się, o których możecie być przyzwyczajeni, a jednak tutaj ich nie uświadczycie, bo widzicie, u nas Ubera nie ma, chociaż jest, ale nie ma… tia, wiem, skomplikowane. Ale za to parkować możecie na ulicy, choćby wąskiej i choć innym będziecie przeszkadzać, to zgodnie z prawem, nie stoimy na chodnikach, czy O Bogowie!, zbrodnia największa, drogach dla rowerów, ale ulicy… szosie i tak dalej, wiecie, onej utwardzonej powierzchni, co to po niej auta jeżdżą, czasem wody deszczów spływają, czy śniegi roztopione… co to śliskie być mogą, albo nie, albo i zabójcze jak akurat nakładkę dla ubogich położą… tą wiecie, z kamyczkami, co to sami jeżdżąc musicie wbić…

Ale, do brzegu…

Uber był, ale ponieważ nie były zgodne ich prawa pracownicze z kodeksem pracy kraju, więc ukrócono to… ale firma jako taka pozostała. W końcu taksówki tutaj istnieją. I są drogie, ale za to są różnorakie i mają „różnokształtne liście”… LOL Znaczy, duże, mniejsze, dla niepełnosprawnych i tak dalej… nigdy nie używałam, więc się nie wypowiem, ale kilka widziałam… i to tyle.

Jednak, co do firmy wciąż istniejącej… no istnieje, ale wchłonęła ją korporacja taksówkarska, więc…

… są, ale ich nie ma.

Taki kot pana S.

Na szczęście pojawił się deszcz, w końcu…

Co prawda tylko jeden dzień nikłego padania, ale się liczy.

Nie zmyło to gówien z płotków i tarasów, dachów, czy okien, ale jednak… jakoś tak, świeżej, chociaż na chwilę. Trochę podlało smutne roślinki, na pewno ucieszyły się chwasty, widać kurna jak w oczach rosną. Nosz serio, co za świat… pozwólmy może chwastom rosnąć, a resztę wywalimy?

Może?

Pierwsza wieść jest taka, iż w Svaneke, do czego Królowej nowej potrzebowano, otwarto miejsce, gdzie Turyścizna będzie mogła się dializować. Z jednej strony super, wiecie, potrzebna sprawa, z drugiej, jakoś tak dziwnie. Po pierwsze… serio jest tyle turystów co to wyjeżdzają w jednak oddalone od świata tak zwanego miejsce z takimi problemami zdrowotnymi? A po drugie, przyjechała, na sekund pięć i tak po prawdzie, nie wiem… może wciąż pamiętam, że jak inni świętowali 80 rocznicę wyzwolenia, tutaj świętowani dzień bombardowania, który oddalił ono „wyzwolenie” o prawie rok… i wszyscy mieli nas w aku… taki to absmak we mnie poostawiło.

Jakoś tak…

… potem Król się zwalił nam na ziemię, a to w połowie miesiąca i po pierwsze przywraca polowania królewskie, które zawieszone były od czasów śmierci królewskiego małżonka – jego ojca… i było fajnie jak ich nie było, nie wiem po kiego on tutaj i mocne zwracania na to uwagi, wiecie popyt wzrośnie na strzelanie, czasem zawału w lesie idzie dostać… I tak, wiem, mały ekosystem, powinno się regulować populację, ale… jakoś z drzewami tak was to nie boli. Tniecie jak leci… nie wiem, jakoś… znowu absmak. Do tego zwalił się nagle, jakby bez zapowiedzi, mało oficjalnie, i pojechał po rozmowach z jakimiś bogatymi, czy też raczej przyjechał z nimi do muzeum Olufa, u nas w Gudhjem, a potem wszyscy poszli na picie, gdzie jego ochrona lekko sterroryowała właścicielkę? Tak to widzę… Dlaczego? Zabronili jej robić zdjęć… i nie wiem no, z jednej strony okay, można chcieć prywatności, ale z drugiej to w dzisiejszych czasach chamskie trochę. Nie mogłeś już z babką zrobić sobie tej fotki, powiesiłaby sobie na ścianie… miałaby się czym pochwalić w swym interesie… nie, lepiej wysłać goryli?

Ekhm… może warto uczyć się od Williama?

Warto!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łowca Leniwców… została wyłączona

Pan Tealight i Opad magiczny…

„Po prostu opadł…

… niczym deszcz, którego od tak dawna nie widzieli, tak naprawdę, do końca nie doświadczali… suchość w ustach, nosie i drapiące oczy, inne rzeczy dziwnie skrzypiące, lekko nadwyrężone, wszystko pokrętnie swędzące… bolesne nawet w onej kombinacji struktur nadwyrężonych i szemrań dziwnie nieukładnych…

I on opadł…

Na oną suchość wszelaką, na łamanie nazbyt ułatwione, kruchość milczącą, chyba, że ktoś na nią się nadział i wrzasnął donośnie zagłuszając szmer łamania się i innego tam odchodzenia sobie w ten mityczny pył. Bo brak wilgotności miał to do siebie, iż nie dopuszczał aż tak wielkiej ilości dźwięków do tych, którzy słyszeli, albo chcieli słyszeć, lub też nie mieli innego wyboru, w końcu dźwięki nie proszą, one uderzają w osobnika, a potem patrzą, jak ten się wije i próbuje oddychać i przyjąć w siebie oną moc całą, którą go radośnie, ale i boleśnie, właśnie obdarowały, nierozumiejąc do końca braku radości… ale może niektórzy tak ją okazywali…

… więc opadł.

Na to wszystko chcące właściwie ino zwyczajności deszczu, taki dumny w sobie, lekko tchnący boga kompleksowością, pełen puchu magicznego i pyłu wróżkowego, onej grzybiczności rozświetlającej i dnie i noce i to, co między nimi…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pociągnięcie pióra” – … po śmierci… Tak wciąż się zastanawiam, dlaczego śmierć Anne Rice nie sprawiła, że na półkach pojawiły się jej ksiąki? Na pewno czegoś nie wiem, ale, kogo pytać? AI? Nie, dziękuję… za to pośmiertne dodruki i odnajdywania starych opowiadań Mistrza są.

I są one cudowne…

Nie, to nie jest płaski świat, to raczej urocze miniatury opowiadające o miejscach i ludziach i nieludziach, magii i nauce, niemagii i zamyśleniu, życiu zywczajnym mniej lub bardziej, takim teraz i w presłości.

Ukrytym i odkrytym…

Wiecie… obrazki, co to się pojawiają w głowach tych, którzy lubią pisać, znam to, spisane, opisane, opowiedziane… czasem wybrzmiewające jakąś mądrością wieków, a czasem powodujące uśmiech, czy też zamyślenie…

Po prostu…

… pióra pociągnięcia… urocze, piękne, takie, które w was zostaną i takie, które pominiecie. Przeczytacie i tyle… gdzieś odeją i tyle…

… a inne, może was zmienią? Nie ma ich wiele, ale są ważne.

I bzy i jabłonie, a jednak pierwsza połowa maja jakaś taka chłodna. Nie żebym narzekała. W ogóle. Wprost przeciwnie. Cudownie się to czuje. Po prostu niesamowicie. Okay, słońce mnie pali, nie lubię, nie trawię, nie mogę, z czasem zdaję się uzależniać od chmur, o ciemności, szarości…

… onego otoczenia miękkiego i tak dalej.

Może to taki mój problem, ale jednak ten sezon, lato wpychające się w naturze, mediach i ogólnie mówiąc zewsząd już atakujące… już mnie męczy. A przecież to wciąż wiosna. Pewno, że jeszcze tylko miesiąc, ale jednak. Dajcie sezonom żyć. Niech sobie wybrzmiewają, niech się kręcą!

No ale… są pszczółki, bączki, kwiatki i oczywiście te cholerne syren próby… pierwsza środa maja co roku… koszmar. Nawet jak nigdy tego nie słyszałam, wciąż wiem. Na telefon sygnał, w powietrzu brzmienie… a w tym roku jeszcze cholerne F 16ście zdają się mieć jakieś podniebne gody, czy coś? Czy w ten sposób robią się małe samolociki? Serio… no nie no, rozumiem, że stacjonują tutaj i tak dalej, że wojna, ale to, a każym razem chowam się pod stołem i oczekuję bomby…

Dlaczego?

Bo w szopa pracza latają nisko! A to rozpierdziela mózg.

Na Wyspie żyjąc, szczególnie poza latem, jakoś tak człowiek odskakuje od reszty świata. I jest to całkiem naturalne. Zwyczajne. Postawiona bariera ekologiczna jest widoczna, działająca, czasem przerażająca, czasem otulająca. Tłumacząca, dlaczego mieszkają tutaj akurat tacy luie, a nie inni. Ci, którzy próbują tutaj wielkich biznesów i chcą zmienić wszystko, kończą kiepsko… Mam teorię roku i trzech lat, jak przechodzą przez te dwa okresy, to potem jest jeszcze trzeci…

Ale to moja teoria.

Która się sprawdza, więc…

… więc nie będę zdradzać, nadal prowazę badania, ale jednego jestem pewna. Tutaj ludzi nie da się zmienić. Oni tutaj są, jacy są, my tutaj jesteśmy z określonego powodu i tyle. Jesteśmy, jacy jesteśmy i tyle. Inni? Dziwni może? Nie wiem… nie jestem już człowiekiem z zewnątrz, więc…

Nie wiem nawet jakie to mamy wady?

Przeglądając, tak z innej beczki, internetowe filmy onych ekspatów, jak to się wielu określa, zauważam tendencję tytułów: co mi się nie podoba tutaj… i tak jakoś, tego nie rozumiem. Po kiego jesteś w miejscu, które ci nie przypasiło? Bo ono jest modne, czy coś? Bo jeżeli chodzi o mnie… to ja, tutaj, poczułam się w końcu w domu, nie mam czegoś, czego nie lubię. Ludzie wszędzie są i dobry i źli, więc trudno wymyślać coś w tej dziedzinie… prawo, cóż, to prawo, polegasz mu, zgadzasz się z tym i tyle. Musisz, chyba, że chcesz wylecieć stąd. Tak jest wszędzie, prawo to prawo i tyle. Plusy i minusy są wszędzie… chyba… Czy wyobrażam sobie mieszkać gieś indziej?

Nie… nie wiem… chyba?

Nie?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Opad magiczny… została wyłączona