„Był Mistrzem.
Oj, był nim na pewno…
… niczym pamiętny bohater opowieści wzglęnie komicznych ze świata mocno płaskiego, ale i górzystego zarazem, miał to wypisane na kapeluszu. Wielkim, z rondem szerokim i czymś na kształt moskitiery pryczepionej dookoła niego, niczym welon go szczelnie dość okrywającej, dzwoneczków i piórek oraz koralików do niej przyczepionych… przez co, gdy jakiś komar jednak prebił pbarierę, podskakujący twór kapeluszem zwieńczony, był nadzwyczaj komicznym pokazem ruchów i dźwięków, a czasem i zapachów, w końcu każdemu coś się może upsnąć…
Jednak, nie zdarzało się to często, lub też raczej zwyczajnie nie pozwalał sobie na pokaz onej słabowości, w końcu był li ino, jak twierdził, skromnością, wszelakim się uczynków wachaniem oraz kozerowaniem… czyli, najzwyczajniej w świecie kłamał, oszukiwał i szulerował na całego, ale ubierał to w takie słówka i osłonki, iż nikt się nie łapał na jego prawdziwej twarzy…
… rysach, charakterności.
Ale wiecie… zawsze zdarzyć się mógł ten wspomniany komar, czy to dosłowny czy metaforyczny, zawsze odnajdujący drogę do sedna sprawy… tutaj w postaci Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, zmęczonej upałem, który tak naprawdę nim nie był, może jeszcze, może nigdy, i pierdoleniem tych, co świata porządek lub względny ład jej mieszali…
A on mieszał, jak najbardziej.
I to na JEJ TERENIE!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wszędzie cię widzę” – … tak wyszło. Po pierwsze polubiłam autorkę, ale wciąż tak trochę niepewnie gram z onym uczuciem, wiecie… niedostępnam, więc zaopatrzyłam się lekko na chybił trafił, w dwa jej dzieła… Pierwszy zabrał mnie w crabi raj! Krabi? No wiecie, skorupiaczy. Na wyspę całkowicie od tak zwanego świata oddaloną… w miejsce, gdzie tak naprawdę nie ma nikogo, a jednocześnie jest ich wielu… i są tajemnice.
Są…
Ale przede wszystkim oto kolejna bohaterka serii tej autorki. Dziwna, specyficzna, tajemnicza… niby potrafi odnaleźć każdego, odkryć wszystko, ale jednak, jakoś tak… sama ze sobą ma problemy, zagubiona, nieprzynależąca do żadnego miejsca czy ludzi. Gdy naara się okazja by pomóc komuś, cóż, dość nie do końca „dobremu”, ma wątpliwości, ale jakoś tak, cóż, ląduje na wyspie, w tropikach pieruńskich, ze zleceniem, pośród obcych i od razu wpada na trop zbyt wielu tajemnic. A z sufitu zwisa jej wielki pająk… no sorry, ale tutaj moja wyobraźnia nader żywo reagowała.
Nazbyt żywo.
Boję się krabów i pająków i w ogóle… ciepła!!!
To trauma!
Jej się jednak udaje przyzwyczaić do świata, przyrody, jakoś okiełznać ludzi… jednak gdy jest o włos o rozwiązania sprawy, cóż, wszystko się wali. Każdy może zginąć, każdy ma tajemnicę, która może ją zranić… a poza tym… serce bije… w tym jedynym rytmie. I co teraz?
Fajna opowieść. Szybko się ją czyta, jest gorąco, akcja akcjuje intrygująco, przerażają człowieka skorupiaki, a bogaci i biedni są jak zwykle po swoich stronach… brak jednego, wejścia większego w osobowści, w szczególności w naszą główną bohaterkę, ale… przecież zawsze są inne z nią książki, chyba dwie wydane?

Z cyklu przeczytane: „Kochać mocniej” – … a oto powieść, w której zderzamy się z bohaterkami inne serii tej autorki, dwoma policjantkami. Czy też raczej gliną i detektywem. Detektyw DD Warren właśnie zderzyła się we własnym, zwyczajowym życiu z kolejnym wyzwaniem, a w tym zawodowym sprawą, którą naprawdę trudno zrozumieć… Uprowadzone dziecko, zabity mąż, żona morderczynią… nic się nie zgadza, wszystko się mataczy…
Gdzie jest dziecko?
Co tak naprawdę się wydarzyło…
Jako czytelnicy zdajemy się wiedzieć więcej, gdyż narracja prowadzona jest z dwóch stron: DD i Tessy Leoni. Matki, policjantki, pięknej, młodej kobiety z dziwnie skrytą przeszłością… obserwujemy je obie. Podsłuchujemy, poznajemy najbardziej skrywane tajemnice, czasem wydaje się nam, iż moglibyśmy pomóc policji, ale potem… wszystko znowu się zmienia.
Oskarżenie.
Wina, kara, ból…
I ta właśnie narracja, to tylko dla wielbicieli tego typu pisania. Bo co jak co, ale nieźle miesza po deklem. Niektórych może to zniechęcać, chociaż powiem, że warto… może to nie arcydzieło, ale pewne elementy pracy policjanta-policjantki wtopione w narrację, mniej dialogów, więcej opisów niż w poprzedniej książce… oj tak, w tym się można zatopić. Jakoś tak mocniej, inacej. Poprzednia powieść, mimo swojego ciężaru niosła też jakąś wyspową radość i wolność, tutaj jest codzienność…
… kobieca codzienność.
Kogo kochasz… kogo kochasz bardziej… ty – kobieta – matka…

Ostatni tydzień maja…
… powrócił wiatr… dziwny wiatr. Jakby nas, ale jednak, ponieważ od tak dawna go nie było, od naprawdę dawna, człowiek może się odzwyczaił? Oczywiście, wszyscy zapowiadali i czekali na nie wiadomo jakie ulewy i nie wiadomo co jeszcze niebios… a tutaj ino trochę gradu jako te ziarenka ryżu, trochę deszczu, nawet nie napełniła się miska dla ptaków, pizganie, no dobra, żeczywiście przez dzień, czy dwa ryło mocniej banię, ale poza tym… poza tym zimno.
Cudowne, niesamowite zimno.
Wciąż nie rozumiem, w jaki sposób kiełkuje cokolwiek, jak rośliny kwtiną i produkują te liście mimo takiego chłodu, jak na maj oczywiście. Jak znoszą oną, jasność tak, ale nie racej „nieupalność”… Czy tęsknią za nią, czy do niej przyzwycajone? Temperaturą podwyższającą poziomik cieczy… Czy się skarżą drzewom i chwastom, którym wiadomo, zawsze dobrze…
Może chwasty, to w rzeczywistości one wszelakiego rozaju terapie?
Terapeuci… zdaje się, iż naplotło się tego co niemiara. Ciągle ktoś o kogś łazi i rozpracowuje swoje traumy. I potem znowu i znowu, jakby teraz każdy miał mieć płatnego przyjaciela, z którym pogadać może o wszystkim, a pewności, że zostanie to między nimi nie ma… w końcu terapeuta i lekarz to nie to samo. Każdy może być tym pierwszym… tym drugim, no wiecie, wolelibyśmy nie.
Chyba?

Turyścizna się zjeżdża i marznie…
Wobec wszelakich Płanetników i szamanów pogodowych czerwiec ma być poobno cieplejszy… ale lato nie będzie takie gorące? No nie wiem, z tej strony mówią tak, z drugiej inaczej i człowiek już nikomu nie wierzy… będzie, co będzie i tyle. Tra będzie to przetrwać i znowu będzie się robić cora ciemniej… bo już zaczyna…
Zaczyna…
Zaczyna być za jasno. 21 sza, a tutaj wciąż wszystko i wszystkich widać, nie no, ja nie mogę tyle słońca przyjmować i to dziennie. Tak naprawdę, to nie przypominam sobie od dłuższego czasu dnia bez słońca, choćby długiego wschodu czy zachodu, albo bawiącego się z chmurami… wciąż gdzieś jest… i męczy… czujesz je, jak aburza ci wselaki rytm obowy, matatwi ze spaniem, ogólnie wykańcza.
Brak nocy potrafi być…
… niespodziewany i dosadnie druzgocący. Nawet konwalie w lesie nie przynoszą wytchnienia, choć piękne i pachną… nawet one. Wszystko to taka dziwna, zmarznięta marność na marnościami i po i przed i dookoła tańcująca, i jeszcze uszami klaszcząca. miany, które Turyścizna napotka w tym roku na Wyspie, zapewne dla wielu będą wielkie, ale dla niektórych… męczące. Jeszcze prawie miesiąc o przesilenia. A potem wracaj ciemności. Na swoje miejsce!
Podpisane…

