Pan Tealight i Pan Łykend…

„Chodziło o to, że nie lubił się z sir Piątkiem… ale kochał pannę Poniedziałek… miał względnie obojętny stosunek do Wtorku i żadnych stosunków z oną Środą. Czwartek był nawet względnie użyteczny. Czasem spotykali się na pilatesie, w końcu co, chłopcy nie mogą? A mogą! Potem macha i dalej w kierat codzienności. Mijających godzin, dni, miesięcy…

… byle tylko, zwyczajnie się nie nudzić…

Tak Pan Łykend nie lubił się nudzić.

Nie uznawał nudy za coś potrzebnego, czy użytecznego, od razu przechodził z pomysłu w pomysł, z zabawy w zabawę, nawet piosenki ulubione zapętlał do usranej… żeby tylko nawet ona mgiełka nicości nie zmęciła mu jego poukładanego świate Onej po sobie następowalności. Bo jakoś tak…

… kochał ją.

Czuł się z nią bezpieczenie i nie zamierał z niej rezygnować. Dla nikogo i niczego… a nawet bez tych elementów. Po prostu nie. Nie był gotowy na miany, reztą, jak na razie nikt mu nie groził, czy coś tam… nikt nie wymachiwał mieczem, czy podatków nie nasyłał, a te skurczybyki umiały kąsać, niczym wyrośnięte pchły, i to w miejsca, w które trudno się podrapać… i choć cieszysz się, że swędzi, bo znaczy to, że się goi, to jednak… moe patykiem, łyżką?

Kopyścią?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wojsławicka masakra kosą łańcuchową” – … okay Jakub, niech ci będzie… jedziem dalej… w końcu jeszcze żyjesz. Ekhm, chociaż, tak jakoś już zaczynasz mówić o jakimś końcu, jakimś odchodzeniu, nie, to mi się nie podobało, się domagam nieśmiertelności Wędrowyca i Semena!!!

Tak ma być!

Ale, myśli dziwne na bok… oto 11sty? tom przygód naszego egzorcysty, który chyba nam trochę się ukulturalnił, trochę nawet odbardaczył, no nie wiem, ale jakiś grzecniejszy jest, piesków już na hotdogi nie przerabia… jakby serio się zestarzał. I jakiś zrobił się bardziej śmiertelny… no ale, rozwija się chłopina. Wiecie, z wiekiem pewno tak jest? Nie wiem, może u chłopów bardziej?

Jak zwykle autor odnosi się w swoich opowiadaniach do czasów współczesnych mniej lub bardziej, do tego, co modne, co jakieś znane, internetowe. Mamy krótkie opowiadania, jedno długie, mamy zwyczajowe schematy, odnośniki do mitologii, wierzeń, wszelakich wizji po pijaku… ekhm, i mamy coś nowego… mamy też sporo Bardaków. Oj. Przyznam się, iż skurczybyki trochę show kradną, no ale… jest trochę ugrzecznienia w tym tomie, ale jest też stare, dobre, wojsławickie pierdolowo, więc…

Ja jestem zadowolona! LOL

I kamienie… to dla nich tutaj przyjechałam… nie dla Sztokholmu, chociaż te Muminki, nie dla kamieniczek, chociaż… no dobra, ale najpierw chodziło o nie… o miejsce… ono… Anundshög…

Powiem jedno, pojechałam tam w Midsummer i…

… nic nie poczułam.

Okay, ból czułam, bo baby tak mają, ale poza tym, czuję się zawiediona, onym brakiem cucia. Czasem tak się zdarza w niektórych miejscach, onych nazbytnio wybebeszonych, nazbytnio wyeksploatowanych przez ludzi… a to tutaj przypomina łąkę rekreacyjną, z przyciętą trawką, gdzie pikniki odwalają, pieski wyprowadają… gdzie świętość? Wielki kurchan, kręgi kamienne, dwa połączone statki z megalitów i ten słynny kamień z runami, który wciąż adziwia badacy… bo choć odczytać treść łatwo, to jednak symbolika onego połączenia… no i datowanie, weźcie no, kurde, tosz to problem…

Brąz czy żelazo?

Obydwa?

Ciągłość chronologiczna miejsca jest zachwycająca, bo w rzeczywostości trwa nadal. Nie chodzi tylko o archeologię… Ludzie, tacy może bardziej jak ja wciąż przybywają i składają ofiary. Pamięć, choć i tajemnica, wciąż są obecne. Te głazy… tak, na pewno lepiej być tu jesienią, czy zimą nawet, ale… czy żałuję? Nie… jednak nie wrócę. Wolę te cichsze, zapomniane, gdzie przeszłość wciąż jest namacalna…

… bardziej.

Jakoś…

Niedaleko obok jest Badelunda kyrkan i polecam… tak jak przerażają mnie kościoły, tak zobaczenie tej dzwonnicy, no naprawdę. Ten kształt, to drewno i one zabudowania tchnące czerwienią obok. Do tego kwiaty, krzewy…

Po prostu cudo…

Resztę dnia niestety odwołałam i chyba padłam… tak dosłownie i do końca. Czasem po prostu trzeba, inaczej się nie da, mus to mus i tak dalej… No nie wiem. Domek, który wynajmowaliśmy niestety znajdował się w ogródku właścicieli, więc ich spokojne obchody Midsummer, które zaskakuje mnie wciąż, że nie toleruje daty, ale musi być przedłużeniem weekendu, grillem i piciem, były… nie wiem… wolę ciszę i one miejsca bliżej dziczy. Nie żeby było oszałamiająco głośno, wprost nudno, ale sama tego nie robię, więc nie chcę sluchać tego czy wąchać… To jednak wciąż było miasto. Na szczęście następnego dnia, z samego rano, wyruszyliśmy na zachód. I z każdym kilometrem było lepiej. Mi zwyczajnie wschód Szwecji nie podchodzi.

Ja potrzebuję inności i słoności zachodu.

Inne skały, inne zapachy, trochę mniej kolorów… skóry.

Wracając odwiedziliśmy łosie w Ed. To polecam niezmiennie, bo chocia wszystko się tam zmieniło, to patrzenie jak prawie biały Brzoza dorasta jest takie rozczulające. No i ten ich las. Lekko padało, więc odświeżająco… chłodno i przyjemnie. Łosie, drzewa, jakoś tak… to jezioro… te zwierzęta, cisza i radość dziwna, sklepik… no i ta podróż była szybka i tak bardzo chciana.

Do domu… do Fjallbacki.

Aż dziwnie chciana podróż… aż obsesyjnie oczekiwany odcinek trasy. Następny dzień spędziliśmy w domku, po raz piąty tym samym, który tym razem mocno byl zabrudzony, no ale… miotła w dłoń, śmieci wywalić, zmywarkę opróżnić… czy serio teraz wszyscy zaczynąją budowę od zmywarek?

Tak one potrzebne?

Ja podziękowałam.

Ale… dzwonienie do Novasolu nie ma sensu, serio… standardy wsędzie lecą na łeb na szyję, naprawdę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.