„No wiecie, nie można mieć wszystkiego.
I altu i tenoru i sopranu i jeszcze tych mezzo… nie można było, choć niektórym się wydawało, że mogli. Wydawało się im, że naprawdę im to wychodziło, ale nie, nigdy nie wychodziło. Zawsze przegrywali… jednak ostatnie wieści z bogosfery donosiły, że AIowe bóstwa miały się świetnie i wydawały na świat swoje nowe i szalone coraz bardziej offspringi… dlatego, nikt nie miał już niczego do stracenia. Jeśli byłeś artystą, naprawdę… mogłeś być ino takim zwyczajnie, w pełni ludzkim. W pełni pełnej szalonym i nie do ogarnięcia. W pełni nieobliczalnym i nie do opanowania… poskręcanym i popieprzonym z zasmażką i panierką.
Co innego zostało ludzkości, gdy technol0gia zabierła wszystko… rzeczywistości nie było już w tak wielu miejscach. Palce ludzi zaczęły nie tylko większać lub zmniejszać swą liczbę, ale przede wszystkim dziwnie się wykręcać, a Bezalt był dopiero na początku swojej kariery. Od czasu, gdy mu powiedzieli, że nie jest tenorem. A preceiż był nim od zawsze… od kiedy pamiętał, a pamiętał wiele.
Zbyt wiele.
Wiedział, że nastanie czas, gdy ludzie nasycą się oną technologią i sztucznością złożoną z ich własnych doświadczeń i dzieł, wiedział, ale nie miał czasu by na nie czekać. Nie teraz, nie nigdy!!!
Nie on!”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Meanwhile…
… na Wyspie chwilowy gorąc. Znaczy ja mam nadzieję, iż chwilowy, bo wymęczeni oną suszą odczuwamy wszystko bardziej i mocniej… Oczywiście, jak to się często zdarza, po jednej stronie większy, po drugiej mniejszy, ale… woda piękna. Turyścizna zmieniła typ na spokojniejszy, starszy i tak dalej. Spacerując po Gudhjem zauważylam jednak coś dziwnego… pustki w sklepach. Braki w onych biżuteryjnych zakamarkach, gdzie dotąd znajdowałam cuda z mniejsych firm…
O co chodzi?
Wiem, że biznesy upadają, niektóre w ogóle sie nie podnoszą, są miejsca, dość wyeksponowane, z którymi wciąż nie zrobiono nic, od lat! Wszystko marnieje, niektóre budynki zdają się obumierać w oczach, inne znowu niby odnowili, ale czy na pewno, a może to ino fasada?
Za to Gramyr wciąż zielony, ale zbiornik, choć upiększony kwiatami onych lelyji wodnych, tudzież nenufarów i tak dalej, wiecie, liście i wiele kumkania, no żaby zieloniutkie jak jakowyś absynt, czy coś… do tego sesję akuurat para miała, ślubną chyba… romantycznie, jednak gorąc… susza… ścieżki zanikają, obsuwają się w niebyt. Ciekawe jak wygląda ona kyststi? Czy już jej nie ma…
Miejscami…

Ale… podróż…
Pogoda po drodze, to był kosmos!!!
W naczeniu, e wszystko było…. i jasne niebo i ciemne, chmurzaste, jakby dotykające swą łapą dachu samochodu – no piękne, potem słońce palące, zwyczajne słońce, słońce prze chmury i pokropujący deszczyk, sam deszczyk, nawałnica, grad i mordobicie… ekhm, no dobra, wyobraźnia stój… a potem wiatry z tej i tamtej… no ja nie wiem, ale to było kilka godin kompletnej meteorologicnej szakszuki!
Nawet stojąc na parkingu gdieś na odludziu, gdzie wielu ludi było akurat… polazłam na mikrospacer dookoła i nagle musiałam uciekać przed nawałnicą, okna w samochodzie zamykać, wiecie, panika człowieka nienawykłego do wody z nieba, bo w końcu u nas wciąż ona susza… wciąż…
Ale… w końcu dotarliśmy! Stwierdziłam, że co jak co, ale z onej nawałnicości i doskonałości wselakiej archeologii rytej/stukanej to chociaż to… czyli Himmelstalunds. I jest to miejsce… ekhm, gdzie imprezy robią i psy na gówienko wyciągają… wiecie, skałki i trawa, kilka drzewek. Parking obfity… ale, nieważne one kupy czy puszki po piwie, nieliczne, ale jednak… cudowne misiowe łapy ryte! Te łodzie takie inne, one wszystko… po prostu… I tak, oczywiście, większość wyblakła, czerwona farba poszła się pinkolić, ale spojrzyjcie pod światło, na grę cieni i może je dojrzycie…
… a potem się zamyślcie…
Nad przesłością… albo i nie.
Oto Norrkoping. Miasto dziwne… bo jakby składające się z onej starszej części i potem reszty. Oczywiście barwność ludności zauważalna i dziwna. No co? Przeraża mnie to i mam do przerażenia prawo. Ja chcę dzieci z Bullerbyn, a nie meczetów! Ale… muzeum archeologiczne, w ogóle ona okolica tego kanału, po prostu miodzio, dodatkowo wsio ubrane było na Midsommar – flagi i kwiaty ze szmaty. Na niebiesko i żółto… Piękne, delikatne… polecam szczerze. Oną starą część, malownicą, oczywiście i wszelakie ryty, ale resztę można ominąć, jednak przycupnijcie przy dziwnej rzeźbie, gdzie czycą złotego cielca… serio, świnia złota i człowieczki… bo jakoś tak, nagle, po tej stronie Szwecji każde miasto zdaje się mieć jakąś korespondującą odmianę onej sztuki… złoto i beton. Ludzie i ono COŚ. Magia, kasa, seks, włada, marzenie, kijwieco…
… ciekawe…
Trza odkryć co to…
A potem był Sztokholm. c.d.n.

