Pan Tealight i Zakochana w szkapie…

„Pan Tealight ostatnio naprawdę nie chciał oglądać tego świata, więc chował się i ukrywał przed wszystkim i wszystkimi. Przesiadywał w swoim Białym Domostwie nie zwracając uwagi na piętrzące się rachunki, wewania do apłaty, ceki… wselakie papiery w końcu postanowiły same rozwiązać sprawę i stworzyły swój klub, ten, o którym się nie mówiło. W pełni krwawy i ringowy. Be rękawic, na plaski i trzepnięcia, zacięcia karteczek i piknięcia numerków po prostu, walczyły i dochodziły swoich praw, a on milczał. Czasem całkiem sam, czasem z nią i nią, i innymi…

Gdy przychodziła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, ożywiał się, nawet piekł ciasteczka, a one nie do końca, lub ino próbowały, miały mu za złe te wielce dziwne, lukrowane wzorki i guziczki, którymi je zdobił, zupełnie z zapoprzednich epok. Były dość nowoczesne, wiecie, choć często krótkożyjące, i zwolennikami były raczej beżów niż brązów, wiecie, niektóre nawet szarości, a on…

… cóż… inny gen.

I tak przy ciasteckach, tego nadzwyczajnie szarego, jesiennego prawie dnia, zobaczyli ją. Dziewczynę, młódkę. Wiecie, szczupła wybitnie, długowłosa jeszcze tak naiwnie niewinna, niezmącona prawami i obowiązkami przynależącymi z tytułu obywatela świata… i szkapę. Ale, jaka to była chudzina! Nawet przez to dziwnie powiększające wszystko Okienko w Kuchni Białego Domostwa było widać kości i skórę i nic więcej…

Właściwie na obu… i włoski.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki, książeczki, tomiczki!

Tomiczkowie?

LOL W znaczeniu nowe i stare, stare i trochę nowsze, wszelako są. I już. W znaczeniu jest co czytać, do jesieni powinno styknąć z zapasami, które mam w domu. Chociaż, gdyby tak popatrzeć na moją listę życeń, to mało tego LOL

Sztokholm… ech…

Powiem tak, na to miasto, wiadomo, to z tydzień by się przydał. Te uliczki, one cudowności… te sklepiki, one rzezania, ta księgarnia, te elementy i ona nadmierność ludzi… nie no, serio, tyle ludzi… Kręcą się to tutaj, to tam, niektóry ino kradną, inni podziwiają, większość się snuje odbębniwszy obowiązkowe selfie i takie tam internetowe… a ja, mi udało się znaleźć hobbitowe drzwi, rzeźbiarza, oraz Muminki. No wiecie, w końcu Finlandia tak daleko… Szwecja w dziwny sposób czci oną 80tą rocznicę narodzin trollich opowieści. Ale, oj tam, ważne, że w przeliczeniu jest taniej… ale, tak do końca, to bylo taniej… raczej było.

Powiem jedno, tutaj dobrze przyjechać jesienią, gdy ludzi mniej, gdy słońce nie tak agresywne i tak na tydzień… by zaliczyć one okoliczności miasta też, bo są fascynujące, chociaż, wciąż, nie tak jak druga srona kraju. Ech! Nie pozbędę się onej obsesji dotycącej zachodniego archipelago.

Oj nie…

Oczywiście nadmiar tak zwanych imigrantów znaczny. W niektórych miejscach jest jak najbardziej niebezpiecznie, jednak… jak wchodzicie do SF Bokhandel, to po prostu wszystko opada, z oszołomienia. Trzy piętra… książki i wszelkie SF pierdololo, które kocham, wyznaję i uwielbiam. Żyrandol, kocha je Skandynawia, sklane sufity, one tony książek, jakby mieli wszystko…

Jakby…

Tutaj zakochać można się w kostce brukowej, wycięciu okna, drzwiach, rancie, po prostu układzie roweru i okna, widoku na morze, wyspach, tylko nie w hałasie, onym dziwnym pędzie, choć można się tutaj zatrzymać, można iść pod prąd, uciec, naprawdę da się, ale tak poza latem, a najlepiej poszeptać z mieszkańcami, onymi wyznawcami stolicy… a potem uciekać… tylko nie do onego Westeros… a dokładniej Västerås. Choć zdaje się piękne i szczerze, ma kilka czarownych uliczek, jednak populacja… ekhm… no właśnie, ona populacja.

Nie chcę religijnych fanatyków różnej maści, mam dość… dodatkowo dziwne mają eRBandB. Kurcze, a może tylko jeśli o mnie chodzi, to Szwedzi lubią gadać. Podobno nie lubią, a ja jakoś tak wpływam na nich, że otwierają dusze, serca i może aorty. I pierun wie co jeszcze… jednak chciałam kamieni… Midsummer…

… więc…

… więc co z tą wschodnią Szwecją?

Nie wiem… muszę tam raz jeszcze… ale chyba „nieszybko”.

Chyba? A może jednak, tylko z szybkim planem ucieczki do chociaż środka Szwecji, a najlepiej od razu na zachód… od razu…

Jeżeli chodzi o Wyspę, to już 20tego oznajmiono zakończenie lata i tyle. Tak jak zwykle, w Skandynawii kończy się ono z pierwszym września, to jednak, to lato, jak dotąd było łagodne, w wymiarze temperatur oczywiście, nie cen i strachu. Cudowne nawet. Ale ta suchość, żeby w domu było 40 procent… hmmm, something is afoot… something’s rotten in the state of Denmark…?

Cóż, be Szekspira treba się obyć… bez nadmiernych upałów żyje się lepiej, a słońce jak bolało tak boli… za to widoki są piękne, na ono niebo poznaczone obłoczkami jak z reklamy, wysuszone trawy, mniejszą ilość Turyścizny, no aż chce się oddychać, serio, wiosna i lato doprowadzają mnie do obłędu, ale pierwszawichura jesienności, choć za panowania lata, jakoś tak, wyzwala…

… może nie endorfiny, ale jednak, coś…

Innego… nawet miłego?

Ech, może to ino premenopauza? LOL

Prawda jest taka, że wciąż wszystko się zmienia. Może i inni uważają, że wciąż wsio takie samo, ale jednak… w powietrzu czuć odchodenie i nie dlatego, iż jesień się zbliża. Te niszczejące domy… to mnie boli. Wycięte drzewa – to powoduje wkurwa… te żaby na Gramyrze! Takie niesamowite.

Przynajmniej tam wciąż woda…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.