Pan Tealight i Demon Bardzo Mały…

„Właściwie, to było tak zawsze, że jakoś na jej widok się czuły w obowiązku, by za nią podążyć, więc z każdej wyprawy, czy to w kamieniu, czy to w pluszu, czy to jednak drewienku… przybywały za nią. Przybywały gromadnie albo pojedynczo, pod postacią własną, albo się wcielały w jakieś miśki czy niemiśki. Czy też jakieś tam inne łosie, które tak się do niej garnęły…

A przecież i one chciały, więc…

Oj tam, kto jest samotny w swoim ciele ten się nudzi. Zresztą, nie zawsze trzeba się ujawniać, no po co? Jeśli tylko ci chodziło o to by z nią być, by po prostu być, słuchać, być częścią jej świata…

Demon Bardzo Mały był jak nazwa wskazywała naprawdę mały… inni by może określili go mianem mikroskopijnego, ale nie on sam siebie. Nie. Wiedział dokładnie, iż są mniejsi niż on i o wiele groźniejsi. Ale jest ich tak bardzo niewielu, że nie trzeba się martwić, nie trzeba się nimi zajmować…

Znikną.

On zostanie.

A teraz w końcu jest z nią… jak pragnął od dawna. Ładował się jej do snów, ale zawsze wybierał złe naczynia i nośniki… ale z nienacka go oświetliło, coś mu podsunęło tę myśl, by był to kryształowy otoczak, może… a może to tylko on?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Askeberga…

To naprawdę nader dziwne miejsce.

Cudowne, magiczne, pradawne, pełne mocy, ale też lekko przerażające… albo i mocniej niż lekko. Bo jakoś tak, droga nagle się kończy, wjeżdżacie na polówkę, po prawej dom, raczej niezamieszkały, po lewej jakaś szopa, chyba, kilka drzew powalonych, kilka stojących, w oddali pola, pagórki i zachód słońca, po drodze wte i wewte jeździ jakaś maszyna, a na niewielkim pagórku stoją one…

Głazy.

Kiras och Luppes Bestiarium?

Tajemnice…

Bo tak naprawdę nie wiadomo czy był to dom, czy jednak miejsce grebalne, czy ten dom rzeczywiście tu stał, czy jednak to był dom, czy ten kamienny statek, drugi podobno co do wielkości w Szwecji ma związek z tym kurchanem we Flistad, którego w końcu nie zobaczyłam, tylko z daleka, ale wrażenie robią obydwa…

Czy było to miejsce spotkań…

Czy jednak…

Najdziwniejsze dla mnie jest to, że badania są tak bardzo świeże, aż wierzyć się nie chce. Okay, to miejsce dla mnie nowe… ale wiecie, to dla mnie nowe. LOL W znaczeniu oczywiście wieku… w znaczeniu chronologicznym 500 – 1000 n.e… i jakoś tak, no nie wiem, ale wierzę w oną chronologię się ciągnącą, szczególnie tu, więc musi być coś wcześniej, no musi, nie chcę wierzyć, że nie ma, chcę znaleźć.

Chcę…

A może jednak nie chcę…

To dlatego tak bardzo ważniejsze dla mnie stały się badania powierzchniowe, one techniki nienaruszające grobów, te zabawy z rytami, ale… nie oszukujmy się, w końcu i tak zawsze powracam chociaż do powierzchniówki.

No serio…

Ale, wracamy do Askebergi… na wzgórzu tutaj, obmywane cienia drzew się poruszających się stoją 24ry kamienie. Gigantyczne głazy, ogromne, wielkie, na niektórych można usiąść, wprost się położyć, gdyby obok było palenisko, spokojnie możnaby po prostu żyć, ten dach z gałęzi, w górze niebo w tonach szarzonego błękitu i lekkiej brzoskwini… no bo zachód wszystko zmienia, jak zawsze.

I co  tą maszyną?

Serio, te pola, ten dziwny czerwony dom, nie wiadomo czy ktoś tu żyje, ta szopa obok parkingu, ta droga, która nagle znika, a potem się pojawia, czy jednak, a może to elfy? Nosz kurcze no, coś tutaj się dzieje, coś mami, coś zmienia archeologię w baśń o przeszłości i jej tajemnicach, które…

… wielu się wydaje, że znamy…

… tia…

Tak wiele nie wiemy… i ta droga powrotna po ciemku, kurcze, w tej Szwecji serio oszczędzają na świetle, nawet na znakach, czy co, ale daliśmy radę. Powrót nocą to oczywiście pogoń z zającem, dzięki za zawał zając – omal pawia nie puściłam, znowu sarny na poboczu i drodze, naprawdę, teraz trzeba przechodzić, ależ proszę, idźcie… myśmy tu by wam oświetlać drogę… Ech, kurde, dobrze, że człek wyćwiczony, ale i tak dech to zapiera… jak tak stoją i patrzą. Jakby próbowały coś nam powiedzieć?

A może…

Tylko się bawią?

Czy zawsze tak było?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Demon Bardzo Mały… została wyłączona

Pan Tealight i Goblin Solny…

„Lizalny…

No bo wiecie, te mikroelementy. Te wszelakie dodatki i minusy, plusy i ujemności. Mocno solny, ale wiecie, prawdziwie morski, ale te kolorowany. Kolorowany w stronę onego Tiffany blue… nie, że jakieś tam różowe, nie, on nie  Himalajów. On goblin, nie troll czy krasnolud jakowyś.

Goblin, niewielki, ale nie głupi.

Bardziej blisko mu do zdolności jak ze światów Pratchetta czy Rowling niż poniżanych i brzydkich z onych światów pozostałych. Nie hobgoblin, a już na pewno nie kumpel czy jakiś tam kuzyn dziwny orków. Nie. Miał to zapisane w swoim certyfikacie, z oną piecąteczką, zwisającym kutasikiem  kartki lekko pożółkłej, lekko takiej zmiętolonej, ale jak widać, nadzwyczajnie wytrzymałej. Wiele musiała znieść, już. Wiele też zapewne przed nią czekało…

No chyba… nie no, kryzys racej w branży cukrowej, nie solnej…

Chociaż.

Hmmm…

Ale jednak był przede wszystkim onym sławnym, choć często zbytnio osobnikiem wielokrotnie doktoryzowanym. Onym nadzwyczajnym osobnikiem, który przyciągał zbyt wielu, ale wiedział jak sobie z tym poradzić. I było to dla niego nadzwyczajnie a niesamowite. Konkurował, jako ten osobnik, sam ze sobą wprost w zachwytach nad oną swoją mikroelementowatością i lekkim posmakiem sałwii… nad zapachem i brakiem spmrodku, nad gładkością…

Próbował innym to powiedzieć, próbował…

Ale czasem… przegrywał i ostatnio, jakoś tak… znikał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ekornavallen…

Ale najpierw powrót komunizmu…

Bo jak inaczej nawać pustawe sklepy i to ciemne na dodatek… no jak to inaczej nazwać. Tak wiem, pierniczony kryzys energetyczny, wszyscy łby w piasek, nic nie ma, ale kupować, nic nie będzie, ale macie się trząść o wszystko… nagle kolejna fala strachu opada na Wyspę… a ona już nie może.

Nie ma siły.

Oglądam vlogi z Polski i innych krajów, patrzę na te sklepy i półki wciąż uginające się pod ciężarem towaru wielorakiego i zastanawiam się, czy serio, czy naprawdę znowu ten świat jest gdieś daleko, za sybką sklepu, na którą się chuchało, bo tam mieli takie samochodziki i zabawki…

Pewex?

Tia…

Może i gaz leci, może zamknęli, zakręcili, może zrobili to, czy tamto… może… nie wiem, nikt nie wie. Jedno jednak wiem, minęłam w poprzednim tygodniu kilka portów i wszędzie one srebrne, wojskowe jednostki, jakiś statek… który potrafi w gaz i poza gazem, nie znam się, wiem tylko… że nie chcę o tym myśleć i znowu odpowiadać na pytanie: czy się nie boję? Oczywiście, że tak… ale co z tym strachem mam zrobić? Pakować? Kupicie? A ja za to wyjadę w ostępy…

Ale zaraz, czy jest gdzieś jakieś bezpieczne miejsce?

I może nie aż tak drogie… bo na ogrzewanie nas nie stać. Ni na ciepło, ni na światło, ni nawet na… marzenia…

Dlatego wracam znowu do Szwecji…

Już wtedy było wiadomo, że koniec wakacji będzie oznaczał mierzenie się z problemami, ale jednak… Ekornavallen… dziwne miejsce. Wielkie miejsce. Za mało casu… owce… oj tak, wracanie z owczymi kupami wprasowanymi w podeszwy butów to już chyba tradycja, w końcu te iejsca, takie miejsca, najczęściej właśnie okupują owce. Przycinają trawę, nawożą się… gravekeeperzy…

Kurde, że tutaj sklepiku z pamiątkami nie ma przy parkingu, to się dziwię, bo cała grobość niesamowita! Po jednej stronie ścieżka, na potem, po drugiej kamienie, groby, Girommen… piec giganta… no reczywiście, tak na to nie spoglądałam, ale widząc one owce, archeologię wciąż żywą… ha ha ha, jakoś tak, człowiek rozumie, iż tak musiało być przez cały czas, bo po co marnować przestrzeć. Bo jeśli ludzie tutaj byli od epoki kamienia, to dlaczego mieli rezygnować z takich widoków…

Bo w końcu śmierć, to początek…

Dobra ziemia, zwierzyna i woda.

Tak…

Stojąc obok głazów, będąc muskanym przez wszelakie aromaty oraz jakieś 5 tysięcy lat, co najmniej, pomijając już oną zaprzeszłą przeszłość samej geologii, tak… to tutaj, to jest wielkość. Wielkość tych, co byli przed nami i są w nas.

To trzeba zobaczyć.

Unurzać się w trawach, polecam szcerze długie portki, bo kleszczowa plaga w Szwecji jak najbardziej wciąż na topie… i dobre buty też polecam, a potem od grobu, do grobu, od kopca do kopca, choć to teraz ino one, ale nie tylko, kamienne ostańce… widzicie ich cienie, słyszycie brzęk naczyń, ten wielki zbiór kamieni na wzgórzu, patrzący na was, one owce, stare zabudowania drewniane… I zapach jedzenia… Bo przecież ze zmarłymi się jada, z nimi wciąż się jest… zawsze tak było, tylko teraz jest jakoś… dziwnie, nie tak jak powinno, jakby…

… obco.

Wracaliśmy do domu już ze zmrokiem, ale jakoś tak…

Do dziś z auta wygrzebać onego nawozu nie mogę!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Goblin Solny… została wyłączona

Pan Tealight i Apokalipsa…

„Ale była zmęczona…

No po prostu padała na pysk, wychudzony bardzo, skóra wprost przezroczysta i pokryta strupami, ale mimo to wciąż coś jeszcze paluchami wduszała w tym swoim notatniku elektryczny, klikała w telefonie trzymanym ostatnimi zębami… Coś tam zamawiała, odmawiała…

Tworzyła scenariusze, dobierała aktorów, uważała, że są ważni, uznawała ich za istotnych bardziej, niż ona sama. Niż te legendy, mity i zapisy… niż te wszelakie archetypy, które same sobie robiły dobrze, zaspokajając własne potrzeby, własne widzimisia i to wszystko, co było ich…

… wszystko…

Ale jednak…

… ostatnio wymagano od niej tak wiele. Musiała być tutaj i tam, chcieli jej wszędzie, właściwie wszystko jej przypisywano. Każdą chorobę, większy katarek, każde wybuchy, wataszkowe spięcia, większe wojny, mniejsze wojenki, a jednak… nie czuła tego, w ogóle. Kompletnie. Jakby…

Jej w tym w ogóle nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Karleby i Ekornavallen – podejście drugie…

Czyli kocham kamienie!

Podejście drugie, bo przecież nie skończyłam tematu, bo gaz wcią cieknie, teraz kolejne pęknięcia, jak nic ino butelkować… a szczerze, sram ze strachu, ale nic to. Jakoś tak trzeba oddychać, jakoś tak… więc wracamy do naszej wycieczki. Bo była stylowa, pogrzebowa, ruinowa, rocznicowa i jeszcze…

Kamienna.

Oj tak.

Bo Karleby, to pas kurchanów.

Pierwszy z megalitów, to największy na północy, czyli Ragnvars Kulle czy też Ravarehögen. 16 na 2,5 metra, oczywiście wieloludziowy, bo po co marnować wielki grób na jednego człeka. W tamtych czasach, zwanych w Szwecji Farmerską Epoką Kamienia, tak, nie słyszałam dotąd, widać mi umknęło, wiem, wstyd, ale… widok to oczywiście najpierw pola, w nich one ścieżynki i jeszcze wydeptane, wyorane, przygotowane, przy wejściu wystawka z kwiatów w kankach na mleko, tych pradawnych, znaczy z mojego dzieciństwa, więc wiecie, nie że jakaś prehistoria, ale jednak…

LOL

Po prostu jestem dumna z tych ludzi, którzy to robią… historia wciąż żywa, czczenie umarłych, najprawdopodobniej kilku pokoleń tutaj pochowanych, one głazy, wciąż jeszcze trzymające kształt, trochę… i one ryty, jakby każdy zmarły miał odciśniętą kropkę, wgłębienie, cup mark… czy można sobie wyobrazić imprezy jakie tam odchodziły w czasie święta zmarłych?!

Oj można!!!

Są dowody.

I jeszcze ten widok… na te pola, wzgórza, to wszystko… ciszę…

Stąd widać, że w prawo, albo w lewo… a potem…

Nie no, trzy na razie, wystarczy.

Następny, do którego prowadzi wąziutka droga przez pole koniczyny, i to racej niepryskanej, kurcze no… więc następny to Klövagårdens gånggrift. Podobno kiedyś stał tutaj młyn… podobno drewniany, jeszcze jakieś więcej niż 100 lat temu, ale potem ktoś sprawdził głębiej i okazało się, że mamy piękny neolityczny cud kamienny z prawdopodobnie około osiemdziesięcioma pochowanymi ludźmi. Grób ponownie z długim wejściem, plan litery T…

Ryty… trawa.

Zieleń.

Błękit…

Trzeci z kurchanów to Logårds Kulle. I znowu to samo… ono zapatrzenie się w przeszłość. Ono zrozumienie, oszołomienie… Jakie to musiało być dla tych odkrywców z przeszłych wieków, tak nagle odrzucić kamień i…  drugiej strony wydaje się, że bliżej byli wtedy śmierci… jakoś… ale, w okolicy około 13 kurchanów tworzy coś, co nazywa się ponad pięciotysiącletnim cmentarzem. I ci ludzie są z niego dumni. Muszą być widząc te kwiaty, porządek… pomiędzy kurchanami są ścieżki przez 300, 500 metrów… wszystko przygotowane ino sklepika z pamiątkami brakuje, żeby nie było jest puszka na datki i księga gości, do której w końcu zapomniałam się wpisać…

Wstyd.

Oscar Montelius pewno nie miał takiego problemu…

Potem Rössberga… i znowu megality, śmierć i narodziny w jednym miejscu… wszystko takie prenoszące w przeszłość. Niby człowiek się uczył o tym, doświadczał tego, jakoś tak zna to, wie z czym to się je… a jednak…

Pomacać na żywca to inaczej.

Wtopić się w teren… poczuć na sobie dziwne spojrzenia, choć nikogo tu nie ma… a może jednak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Apokalipsa… została wyłączona

Pan Tealight i Wodnik…

„Właściwie to był Wodnik Morski.

Niebyt popularne w przyrodzie zjawisko, ale tak po prawdzie całkowicie nieróżniący się osobnik od swoich jeziornych i stawowych braci… bo wiecie, wodnikami sporadycznie były damy, raczej ino chłopy… tak już było i tyle… w niektórych ajęciach chłopy są lepsze, zresztą, po co się moczyć, jak już można być Utopielicą, czy Nimfą Bagienną, Szuwarkową, tudzież Szuwarkowo-Bagienną…

Lub cym tam baby chciały.

Baby mogły wszystko.

On nie…

On był jednak jedyny w swoim rodzaju, zrodzony z tego akwenu, wszelako przynależący jedynie do okolic Wyspy, więc… te nazwyczajnie bogaty, ale niekoniecnie w rzeczy i sprawy, marzenia i przemyślenia, które innych by przyciągały… nie był smokiem na górze złota, oj nie.

On zwyczajnie wolał inne kamyczki.

Te morskie bardziej, dziwnie niezauważalne przez ludzi, nim nie zaczną tonąć. To dopiero wtedy im się one ukazują. To dopiero wtedy doceniają ich jasność, gładkość, piękno, one zarania tworzące światy, w których mogą…

Odpocząć.

W końcu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarownik Iwanow” – … no tak. Cały mój zapas Pilipiukowego pisarstwa mi zdechł znaczy się, no wiecie, pleśń zeżarła… więc teraz tom za tomem. Może nie wszystkie są dla mnie dostępne, to jednak, chociaż ten i tamten… czyli mam dwa. Skąpo, ale…

Przynajmniej coś jest… No a teraz do szczegółów. Po raz pierwszy wydana w 2002, miałam chyba z 2 wydania, książka składa się z 4 opowiadań i jednej mini noweli? Opowieści… Nie wiem jak to nazwać, miniatury? Czyli mamy: Hiena, Bestia, Mięcho, Kocioł i ten tytulowy, czyli Czarownik Iwanow. Mała nader opowieść o Iwanie Iwanowie, co to nam Jakuba zabić chciał. Bezczel jeden no…

Oczywiście, znając kolejne tomy wiemy, że się mu nie uda.

Chociaż po pierwszym tomie opowiadań możemy mieć wątpliwości…

LOL

No wiecie, jest jak to u Pilipiuka. Jest abawnie, jest lekko pogańsko, są duchy, no i młoda dziewoja się trafi, są postacie lekko zaprzeszłe i całkiem nowoczesne prosto z Watykanu. Bo Wojsławice to specyficzne miejsce, gdzie nie tylko ścierają się siły, światy przenikają, ale przede wszystkim każdy coś pędzi…

I to nie pędzi w ramach nordic walkingku czy innych biegów…

Jakuba się lubi, albo nie i tyle.

Karleby i Ekornavallen

Ale najpierw to. I jeszce…

No przecież… oczywiście… wyciek. A czy coś widać? Statki. Wiadomo, że tam, okolice Dueodde, pływać nie wolno… i tyle. Kilometr w jednym miejscu bubli, dziwne dźwięki czasem słychać… Czy nieczynne rury były pełne i dlaczego, nie mam pojęcia, poa tym, że no, fiyka… Czy to sabotaż? A jaki byłby w tym sens ze strony P.? Szczerze? A z innej, oj mam swoje pomysły…

… zbyt ich wiele nawet…

A prasa duńska podbuża wsio… nakręca spiralkę lęku znowu…

Mniejsza.

Kolejny news jest taki, iż nasza Królowa odebrała tytuły książęce rodzinie swojego młodszgo syna. Znaczy, w Danii jest tak, iż pierworodny, w zależności od tego jakie imię nosił jego poprzednik na tronie dostaje imię Christian albo Frederik… i w ten sposób my mamy tego drugiego, a jego młodszy brat, Joachim, który rozwiódł się z duńską małżonką imieniem Alexandra, by poślubić francuską Marie… ma czówrkę dzieci, po dwa z każdego związku, co sprawia, że rodzi się we mnie taka teoria spiskowa, iż w rodzinie królewskiej, w naczeniu w każdym małżeństwie, zezwolenie było ino na dwa potomki i dlatego kronprins, jako że ślubował ino raz miał dzieci dwoje pocątkowo, a potem nagle czwórkę dzieci… i one bonusowe bliźniaki u nich pojawiły się po ślubie młodszego brata… jakby dla wyrównania? No ale, do portu Wiedźmo!

Do portu!

Bo nas sztorm złapie.

Podobnie jak w UKej problemy z królowaniem, królestwem i tak dalej są. Są tacy, którym się wydaje, iż Królowa nic nie robi. Idiotyzm, no ale… cała pyskówka obecnie w mediach i najazd na nią, że odebrała synusiowi, a dokładniej wnukom tytuły, jest dość zabawna, jak wcześniej tak wrzeszczeli, że za bogata jest i dzieci leniwe… I w ten sposób tylko książę – następca tronu i jego małżonka mają prawa do tytułów, oraz oczywiście czwórka jego dzieci, ale…

No właśnie, bo jak takie sprawy to wiadomo o co chodzi… o kasę.

Joachimowym dziatkom wraz z tytułami odebrano apanaże, podobnie u syna starszego, nastęcy tronu… Znaczy, poza pierwszym synem Frederika – Christianem, dzieci choć będą wciąż księciami i księżniczką, to jednak… nie będą dostawać kasiorki.

Hmmm…

Zgubiliście się?

Wracamy do Szwecji…

Stoimi pod ruinamy Gudhem i zastanawiamy się ile uda nam się zobaczyć w ciągu tej chwili, która nam została. Już wiedzieliśmy, że będziemy wracać po ćmoku… wczujcie się w atmosferkę. LOL

No wiecie, jesteście na jakimś pustkowiu, niby droga asfaltowa, ale jednak dziwnie nie taka jak wszędzie, w oddali jakieś wielkie jezioro, może zdążymy obejrzeć, tam też fajny krąg kamienny na wzgórzu – spojler, nie zdążymy… no zwyczajnie, nie da się. Tam trzeba pojechać, zostać gdzieś, zanocować, a nie wracać 300 km z powrotem na wybrzeże, gdzie se człek kocha mieszkać.

Szcerze…

Polecam wynająć coś i poobjeżdżać te miejsca, nad jeziorem na pewno coś jest, a kurchanów tam jak kot nasrał! Znaczy wiele! I w ogóle mocno megalitycznie i tak dalej, ale… myśmy postanowili przynajmniej w tamtym momencie zobaczyć cokolwiek. Znaczy co najbliżej, co się da…

I najpierw…

Karleby.

Stajecie przy drodze, po jednej stronie widok dech zapiera, pola, drzewka, domki, gospodarstwa, wszędzie te trawniki, kurna, no jakby za Ludwika z nożyczkami je i tą no, poziomicą cięli. Ta zieleń, czerwień, błękitne niebo, gdzieś tam chmurka… po drugiej strony głazy i pola w oddali pagórki i…

Po prostu cisza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wodnik… została wyłączona

Pan Tealight i Zakochani…

„Zakochani byli po prostu totalnie upierdliwi.

I to dla wszystkich!

Wiecie… nie chodziło już, że ktoś im zazdrościł, może Księżniczki czy Królewny coś tam czuły, jakieś drgnienie, pamięć, jakąś taką, wspomnienia może, może i wątpliwości, czy kiedykolwiek one kochały i były kochane, chociaż upragnione, niczym one zakazane owoce, niczym… porzucone zabawki, kwiatki, które zwiędły, odrzucone słowa, listy podarte i wyśmiane wiersze czy pieśni…

Uśmiechy rzucone, które roztrzaskały się o skały.

Zatopione uczucia…

We łzach skąpane wspomnienia. Jakieś obray, kilka liści między kartami pamiętnika, wstążka, guzik, kilka kawałków tasiemki… włosy przewiąane srebrnym sznureczkiem i jeszcze… odrobina zapachu, tak… ale to wszystko było ino mgnieniem. Chwilą. Dniem może, może dwoma, a już potem było ino coś, co zwać można było zniesmaczeniem, bulimią i ostrymi napadami rzygownymi.

No bo… patrzenie na nich ino w siebie zapatrzonych.

Te spojrenia, ona nierobotliwość ich… zaślepienie, zaślinienie, nierozerwalność… jakoś tak, w końcu każdemu puszczały nerwy. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zieleniała na ich widok, a przecież kochała… jednak to… oj, kiedyś i ona była w stanie takowego…

… zniesmaczenia…

I sama pamięta, iż czuła do siebie odrazę.

Teraz czuła ją zwielokrotnioną… i nie chciała ich widzieć. W ogóle… niech się idą ślinić gdzieś indziej. Problem w tym, że Gdzieś Indziej też ich nie chciało. Odesłało ich zaledwie po pół godzinie.

I to z dopłatą!!!

Chyba Ebay?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhem.

No dobra, miałam w planach, ale jednak… to trochę daleko od wybrzeża… trochę mocno raczej daleko, ale pogoda była taka sobie, mogła się zmienić na lepsze gdzieś indziej, wiadomo, a po drugie w Szwecji tańsze paliwo.

No co, takie czasy… więc…

Więc wsiedliśmy, wzięłam leki, bo przecież pjukam jak kot nie tylko na morzu, więc, lepiej nie pjukać, czyli lekko mnie zmuliło, ale spod przymkniętych powiek spoglądałam na oną Szwecję za oknem, dziwną, bezdrzewną, pełną pól i jezior i jeszcze dróg, które to do góry, to w dół, jesteście na górce i widziecie one pola i te chmurki, błękit nieba, zielenie, jeszcze wtedy nietknięte jesiennością…

No po prostu magia.

Wszelakie miasteczka, jakieś tam mosty, wiadomo, rzek tutaj sporo…

I jeszcze…

Rzecywiście ta pogoda postanowiła nie padać. Znaczy nie pogoda, aura postanowiła tutaj się zmienić, być inną, czy coś? Nie wiem, ale słońce za chmurkami, przed chmurkami, jakoś tak, to nieo takie niebiańskie, ziemia ziemista, drogi, gdy skończyła się autostrada dziwnie wioskowa… po prawej krowy, po lewej owce… pola zaorane i niezaorane i jeszcze takie, wiecie, oczekujące.

I te trawniki, kurcze, co jest?

Dlaczego tutaj tak to wsio bajkowo wygląda?

No naprawdę… baśniowo, ino elfy i trolle dosadzić i nisseny…

No ba!

Ale… dotarliśmy do Gudhem. W końcu, jak ktoś w Gudhjem mieszka, to powinien, co nie? To w końcu to samo, no ale, dlaczego… a dlatego, iż to miejsce i właściwie cała okolica była uytkowana od najpierwsych dni przebywania tutaj człowieka. Znaczy wróć, wiecie, człowiek tam przybył był nader wcześnie, więc mamy tam sczątki neolityczne, a nawet podobno i wcześniejsze i samo Gudhem, było miejscem czczonym przez pogan i chrześcijan. I wiecie co, nie dziwię się im.

Bo tutaj jest to COŚ.

Nie tylko kościół nowszy, niesamowite ruiny i oczywiście ona piwniczka, ale przede wszystkim ona obronność, ten widok!

Cudowne miejsce, cudowne na naszą rocznicową wycieczkę i jeszcze, akurat wpadła w ruiny para, co to ślub miała mieć wkrótce, obgadać wsio z pastorową. Znaczy, nie żoną pastora ino pastorem kobietą. No jak i u nas pastor to baba. Ach te baby, no władają światem, a już wszelako w takim opactwie… znaczy zakon żeński, opactwo, w końcu tutaj kobiety władały, wiele te pochowano…

Sam zakon założono w latach 1160, w 1250 latach wszystko przekstałcono i kościół z budynkami krół Karl Sverkersson oddał właśnie zakonnicom. A one zrobiły z tego najbogatszy zakon średniowiecznej Szwecji. No jak nic wiedźmy, w końcu wsio nie trwało długo, bo w wieku XVIItym wsio spłonęło, a ruiny są połowicznie odnowione z kamieni, które znalesiono po pożarze… i wygląda to niesamowicie.

Łącznie z katafalkiem, łukiem nawy…

Królowa Katarina Sunesdotter została też tutaj pochowana.

Ale spoko, to replika…

… znaczy ten grób. Znaczy płyta kamienna… jej oryginał znajduje się w muzeum w Sztokholmie. Jakbyście chcieli obejrzeć. Sama królowa spędziła tutaj, mam nadzieję, fajne dni, no i została… a co do piwniczki, to jej nie sfajczono. No po prostu warto wejść, polecam! Genialne miejsce. Jak się wyciszycie, usłyszecie ten hałas, tupot, konie, te zapachy, coś gotują w kuchni, coś się dzieje, ktoś śpiewa…

I to nie ja…

Jak ja tam wlałam, dlaczego?

Przecież boję się takich miejsc!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakochani… została wyłączona

Pan Tealight i Jesień…

„W tym roku Jesień na Wyspie okazała się być nadzwyczajnie… zwyczajna.

Przyszła, spokojnie, ale też i dość nagle, wcześniej niż Wielkie Kalendarze przepowiedziały, przykręciła kurek z ogrzewaniem, polała trochę, zaczęła liście ograbiać z zieleni, zajęła się polami, łąkami i lasami, zamarzyła morza… naprawdę była bardzo zabiegana, jak zawsze w swojej porze, ale jednak…

Coś było inaczej.

Ona jej nadzwyczajna zwyczajność zaczęła jakoś ją… przerażać.

Bo przecież zawsze coś było nie tak, szczególnie tutaj, na tej Wyspie. Albo i wiatry, sztormy nią targały, albo ona susza tak mocno ją wydoiła, że odmawiała życia, a nie piła jak teraz, bardzo spragniona, ale dziwnie gotowa na coś, przygotowująca się, zbrojąca… przerażona, ale gotowa…

Jednak nie na wszystko.

W pewnym momencie Jesień przystanęła, ona kobieta w średnim wieku średniej miary, średnich wymiarów, ino tych włosów takich nieśrednich, długich, przetykanych kolorami, liśćmi, trawami, niektóre same jak trawy, dziwnie ostre pukle czasem targały jej płaszcz i kaptur, ale zacięcia, zadrapania od razu się cerowały… przyzwyczajone do onej ich zwyczajnej nieporadności…

… tosz one niechcący.

Bardzo.

… więc przystanęła i jakoś tak, zaczęła się rozglądać… dookoła siebie i w środku swym, na Wyspie i na jej zewnętrzu i zobaczyła ich, obcych. Obcych jakoś innych… pragnących tych dziwnie innych rzeczy i spraw, i innych konfliktów i innych marzeń pełnych. Obcych ponad wszelakie miary. I myślami i uczuciami, dziwnymi wdziankami, pływających… jakby chcieli wejść, ale nie do końca byli pewni, czy skały ich nie sparzą, piaski nie pochłoną…

Byli…

Złem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Massleberg ryty i zachód słońca. I frytki!!!

I jeszcze ciepło, a potem zimno, bo przecież  końcem sierpnia i początkiem września w Szwecji za dnia słoneczną, nocą zaś chłodniawą się było istotą… erm… no wiecie jak to jest. Milusio, schłodzi nocą, więc za dnia już nie spali… nawet jak się stoi na skałce między gospodarstwami. Dookoła przystrzyżona trawa, wszelaka zieloność, czerwień zabudowań, jest i droga, ale pustawa, bardziej polna niż szosa…

Tak.

Tak dziwnie tu i spokojnie.

Beczące, napastliwe owce jakoś tak w oddali coś tam sobie robią, słońce coraz niżej, wciąż błękitne niebo, jedno drzewo, kilka krzaków, skała pod trawą i pod piachem… nie do końca świeżo odmalowane, ale widoczne, głębokie jedne, inne znowu już płytkawe… tak, są, trudno je naleźć, ale są… i pomyśleć, że w okolicy ich jeszcze więcej. Tak bardzo bym chciała je zobaczyć, ale nie dziś…

Słońce umyka coraz szybciej, więc wiem, że wrócimy do domku już ciemnością otoczeni, ale najpierw dziwne szaleństwo…

A co?!

I mi wolno?

Tia… możliwe, iż to szokujące wynanie, ale nie przepadam za KFC czy McDonaldami. Po prostu. Nie wiem. Może to sprawa tego, że kiedyś człek spróbował i jakoś nie dla niego ona słodka bułka z dziwnym kotletem, ale… może też i sprawa tego, że wychowano go w onym nastroju kanapek w domu robionych i jeszcze termosów z herbatą i – teraz kubków termicnych i tak dalej.

No wiecie…

Lepiej zrobić jedzenie w domu, czy nawet po drodze kupić jakieś zielsko niż zjeść coś… w restauracji… no jak do restauracji w takich asranych butach? LOL Nie da się. Oj nie… jakoś tak nie… i w ogóle…

Nie stać mnie też, może i na szczęście, bo to w końcu w towarzystwie ludzi trzeba siedzieć, ale tym razem, na onym dziwnym parkingu… a właśnie, sprawa parkingowa, się okazało, że wylądowaliśmy na jakimś, nie, w jakimś skupisku sklepów i tym podobnych. Wiecie, galerie handlowe w romiarach miasteczek sporych bliskie granicy z Norwegią, więc i ich tutaj pełno… jakbyście nie wiedzieli, to Norwegowie lubią sobie tak przyjechać do Szwecji na zakupy, bo taniej.

No zwyczajna zwyczajność, a jednak…

Jednak jakoś tak, dziwnie.

Ci Skandynawowie też to robią?!!!

Ale nieczęsto zachodzą do McDonalda. Raczej żywią się w środku, w jakichś tam knajpkach, które pewnie dla was znajome, dla mnie nawet logo nieznane, więc poza kupieniem gaci i koszulek na rok, oraz utensyliów, których u nas nie ma, dostałam frytki i zjadłam je. I wiecie co…

Nic mi nie było!!!

Ja pierdziu, mój pieruński, wrażliwy żołądek stwierdził, że frytki mu nic nie robią.

Co za czasy?!!!

Ale… mniejsza, parking, frytki, zachód słońca, potem po ciemku powrót do domku, białego, skrytego między skałami, a innymi domami, w miejscu, gdzie jeszcze tak niedawno morze było… są sarny, jest zając, skurczysyn się ściga ze światłami, raz co raz prawie pod koła, nosz Pasztet jego imię no.

Nie… no bez urazy, oczywiście, że przeżył.

I zapewne świetnie się bawił.

Zawału jednak omal nie dostałam, tudzież frytek nie zwróciłam temu swiatu w bardziej rozpoznawalnej postaci… ech, te lokomocyjne choroby. Cudowne po prostu, no serio!!! Koszmar wszelaki!!! Ale wcześniej, chwilę wcześniej ten zachód słońca nad Fjallbacką. Po prostu… cudowny…

To morze, te kolory, dźwieki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jesień… została wyłączona

Pan Tealight i Zaklejas…

„Zaklejas…

Kochały się w nim prawie wszystkie panny i mężatki, te zaręczone, przyrzeczone, zamotane i wszelako przyczepione do chłopów, kotów, psów i innych… co komu tam odpowiadało, znaczy do tej pory… wiecie, do kamieni, głazów, drew i krzewów, ale i mostów czy znaków drogowych. Była też jedna przyczepiona do bramki od nożnej, bo wiecie, baby też kochały piłkę… a co!

Czy mężczyzn?

A nie… on jakoś tak ino baby do siebie przywoływał… może to były feromony, może to były jakieś one duszące aromaty, a może coś z niego wyciekało, albo też i… no nie wiadomo, ale jednak, jakoś tak… chciały być z nim, przy nim, pod nim, nad nim, wszelako dookoła i w środku. Były i takie, co się z tej całej chcicy skraplały i wziewną drogą właziły, porami też… wszelako, szczerze.

Desperatki?

Może.

Ale jeżeli coś je do tego pchało? Jeśli się nie mogły po prostu oprzeć? Nie wiadomo… nie wiadomo właściwie co, ale jeśli była to siła, z którą nie mogły nawet walczyć, to… przecież są wytłumaczone.

Jak walczyć ze sobą?

Ale z nim przecież mogły…

Tylko… nie chciały.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Jakuba Wędrowycza” – … no tak. Cały mój zapas Pilipiukowego pisarstwa mi zdechł znaczy się, no wiecie, pleśń zeżarła… wszystkie pomarły, ale znoszone były, zczytane, bo jakoś tak, to serio, w szczególności dla kogoś rodonego w lubelskim, rozrywka…

Pełna.

Jakub wygląda toćka w toćkę jak mój wujek Józek. Świętej Pamięci… świeć jego pamięci? Jak to się mówi, no mniejsza, wujek, gdziekolwiek jesteś, nie było fajnie szczypać dziewczęcia w zadek! Ale poza tym, no… powiedziałeś mi też, że za króteki ręce mam, no i dziwnie się teraz zrobiło, ale, ktokolwiek na wsi onej lubelskiej był, to wie, że i chmiel i tyczki i obwieszone liśćmi tytoniowymi chaty to niegdyś norma była… teraz to nie wiem. Bo tamtego świata już nie ma, to inna planeta…

Ale u tego pana egzorcysty dłogowiecznika z przyjaciółmi i wrogami, specyficznymi, wszystko gra i buczy. Wiadomo, sprawy się przytrafiają, powstają z nich miniaturow opowiadania i za każym mam niedosyt, że to już. Bo choć każdy żartem jakowymś, to jednak zawsze, za mało… książeczka jest niewielka, a nią postępuje cały pułk kolejnych, tak FYI… i wierzcie mi, kurde, jakby go ekraniowali, to byłoby… ekhm, niepoprawnie politycznie? Na pewno…

Co to jest?

Po pierwsze wnowienie – kolejne – pierwszej części cyklu magicznego, ale też nader uderającego w słowiańską mitologię. Mamy duchy, mamy upiory, kosmitów, robale, godille, no co tam kto tam, a poza tym wielce naprocentowanego pana, który, wierzcie mi kiedyś takich po Polsce chodziło wielu…

Inaczej wtedy było…

Wiecie, gdyby Harry Potter urodził się w wojennej Polsce, to tak by skończył… i nie byłoby mu źle!!! LOL

Massleberg, owce, Stenhuset…

No wiecie, jak już, to nie wspomnę o tym, że świąt nie będzie. Informacje o tym, że każy rezygnuje ze światełek i innych tam, nawet na Wyspie, po prostu są wszędzie. Zalewają depresją media. Przecież nie będzie lepiej… tego już… znaczy to se ne vrati! Jak już raz stwierdzą, że nie, to nie wrócą do strojenia domów, do onych, przesadzonych, przaśnych i naćkanych wszelako wystawek przed domami… Po prostu. Będzie już tak, smutno i ciemno, a pamiętajcie, że u nas ciemność to…

Ciemność.

Pełna i prawdziwa…

No ale… poza tym, że nie będzie lampek, to jeszcze zapowiadają hejt na tych, co się będą chcieli jednak choć trochę obwiesić, że prąd marnują.

Chyba się boję.

Naprawdę…

Dlatego powspominajmy sobie Massleberg. W Szwecji… u nich też problemy i koszmarki, no ale, miały być milsze wspomnienia… apomnijmy na chwilę o codzienności, pomyślmy za to o ulicach bardiej polnych, o onych trawnikach wykoszonych, polach zasianych, kurcze, ten środek Szwecji wcale nie jest taki leśny. Przerażające to trochę, no ale, nic nie zrobisz. Za to pola to pola, wiadomo, a jak pola, to i owce, znaczy łąki, a jak owce to i kupy, a że opieka nad stanowiskami archeologicnycmi w Skandynawii owcom przypadła, no wiecie, to… wdepnęłam.

Massleberg to przede wszystkim cmentarzysko z owcami.

Żywymi i nader… pragnącymi atencji, więc przeczytajcie dokładnie z karteczki gdzie i kiedy wolno je dotykać by nie poodgryzały wam dupki. Serio… no nie wiem, ale rzuciły się na nas jakbyśmy jadalni byli… a może to zombiaczki? Albo dusze tych tu pochowanych… w onych kurchanach niewielkich, przy tych kamieniach, w onych grobach naruszonych, tuż przy gospodarstwie dziwnym…

Zombie owce?

Pomijając owce, które mogą gryźć, domagać się jedzenia i ogólnie być nadmiernie tutaj i teraz wraz z wami i w ogóle… no szczerze to był jak atak, czy coś… to tak sobie pomyślałam, że te groby, widać, że naruszone, może ich i ponad 30, może i kiedyś te kamienie stały, ale teraz… Mogą sobie pisać o cmentarzysku będącym częścią świata żywych, ale jednak, cały ten pas od Masslegergu przez Jorlov był użytkowany od epoki kamienia, więc… jakoś widać musieli się pomieścić i ci co odeszli i ci, co się narodzili dopiero… pamiętać, niezapomnieć, a może…

Nie wiem…

Może ich to wkurzało, że starsi kładli im do głów jakieś mądrości – znaczy nie owcom, no ludziom no!!! Może to zmieniało świat? Poglądy… pomysły, ideologie… to co mamy teraz, to resztki, szcątki pamięci, z której próbujemy odgadnąć przeszłość i… piękne to wszystko, chociaż potem trzeba buty obskrobywać z kupy.

Dosłownie…

Ale… poza onym polem pełnym pagórków i kamieni, poza tymi owcami mamy też tak wany Stenhuset… czyli dolmen, grób kamienny w postaci stojących kamieni, na planie prostokąta z wejściem, nakryty ogromnym głazem. Ten tym bardziej intrygujący, że nie dość, że niezbadany, to neolityczny.

No piękny!!!

Po prostu… do tego ten wstęp do jesieni w powietrzu… pomijamy fakt, że sobie lekko nogę skręciłam na onych polnych wądołach… ech, no jak w przeszłości, gdyby nie te stojące samochody i traktor w oddali.

Jak zawsze mówię, że ino zabawki się ludziom zmieniają… reszta ta sama.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaklejas… została wyłączona

Pan Tealight i Ogór…

„Pan Ogór miał się świetnie i był nasiennym.

Bogaty w oną grzechotliwość, po prostu leżał na plaży, popijał drinki z palemką z wielkiego kubła i po prostu, znaczy zwyczajnie tak, swojsko możnaby rec nawet… tak sobie sechł. Nic go już nie obchodziło. Kompletnie nic. Po prostu nie miał do tego głowy, ani jednego mózgowego ziarenka.

Nic.

Bo on miał właśnie mózg z ziarenek i jakoś mu to nie przeszkadzało. Wiedział, że jakby co, to zombie go nie zeżrą i tak dalej, w końcu te apokalipsy ostatnimi czasy zaczęły przybierać na sile, więc kto tam wie co się stanie i kiedy, trzeba, jak to sama Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane mówiła: „mieć marzenia, tworzyć je, tkać i wszelako nawet farbować, ale żyć teraz, żreć co się ma teraz, siku zrobić jak się chce, właśnie teraz ale nie tu!

Ty durny ty…”

No tak było…

Jeszcze wtedy z nimi był, widział wszystko, ale nie komentował, po prostu patrzył, a teraz przemyślał to wszystko… i patrzył z ukrycia wiedząc dobrze, że oni też go na pewno podglądają… chociaż może nie? Może był dla nich całkiem nieważny i nieistotny i ta dziwna babka/zamek na piasku postawiony wcale nie miał księcia z jego budową, specyficzną i kolorystyką z sałaty morskiej zrobioną… już raczej bleknącą, ale wciąż jednak, jakoś tak…

Świat był już inny… zmienił się, obrócił, potem podkopał pod sobą kolejny dołek, piwniczkę na wino, piwnicę na sery, głębszą, no by i studnia była, potem i te wielkie, projektowane przez najlepszych lochy, a potem znowu i ogrzewanie trzeba było założyć, więc się dokopał do środka…

… i tak sobie podpiekał ten bekon na wiszących rusztowaniach na jądrem Ziemi… ten świat…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ed…

… tym razem obeszliśmy go tylko, znowu, od tej łosiowej strony dookoła i powiem wam, że warto.

Całe ono ranczo łosiowe ma domki do wynajęcia, więc jeśli ktoś coś, to fajnie mieć i wodę i niesamowity las, zwierzaki i jeszcze to niebo ponad… i poza tym cisza. Trochę ludzi w sezonie na pewno, ale wiecie, zawsze można trochę poza seonem, trochę na skraju sezonów.

Dookoła rancza, chociaż wciąż na ranczu, idzie się… kawałek.

Idzie się najpierw prostą, leśną drogą, uważajcie na korzenie, a potem nagle wszystko się zmienia i z jednej strony przepaść z drugiej siatka ochraniająca zwierzątki, bo wiecie, tutaj jak pukniecie łosia, to nie można go leczyć, a tak, dowiedzieliśmy się, iż ostatnimi czasy prawa w Szwcji pomieniały się w wielu wymiarach… jednym lasy zabierają, ale to niby zawsze było problemem, drudzy znowu, nie rozumieją co  tymi łosiami. Bo niby jest ich więcej, odstrzał, okay, rozumiem to, ale…

Ale jednak serio?

Stukniecie łosia, znajdziecie malucha, to od razu w kazamaty, a zwierz na suszone mięsko czy wędzonki jakieś. Nie wiem, są do kupienia… po prostu, jakoś tak, patrząc w ono łosiowe oko człowiek wie, że może i w większości mięsożerny i tak dalej, ale jednak, po kiego ono nadmierne okrucieństwo? Nie lepiej dać im żyć, zjeść, ale nie męczyć… oj wiem, wzdłuż lasów jak jedziecie w szczególności autostradą są siatki w Szwecji. I w pewnym momencie dociera do was, że odgradzają was od lasu, ale… no przecież to dla dobra zwierzątków, oj no przecież, tylko, czy na pewno… nie wiem… w Danii jest artia, która chce odebrania ludziom zwykłym prawa do posiadania ziemi…

Znamy to?

Znamy…

… więc jak jedziesz, idziesz, nagle nie wiesz czy to ciebie chronią, czy trzymają w klatce?

Idzie sobie człowiek, po prawej przepaść, ścieżka zdradliwa, wszędzie czyhają na ciebie korzenie, szyszki i wrzosy i jeszcze jagody! W końcu jagody, zapewne i nawożone łosiową kupą, więc…

… więc super!

Przyznam, że łosia nie widzieliśmy po drodze ale sama droga, te punkty widokowe, wszystko zasłonięte, nic nie widziałam, ale wiecie, jam wzrostu siedzącego psa. A łosie potrafią się genialnie wtapiać w ono tło lesiste. Czasem, jak się nie poruszą, to zwyczajnie ich nie widzicie… a dobre są w nieruszaniu.

Oj bardzo…

No ale… idziemy i po drodze one rewa potężne, ścieżka dla samobójców, chyba podziękuję i jakoś tak człek w końcu się zalesił, że dwa razy tyle nam ta droga zabrała. Ale każdy zakątek sprawdziliśmy, skrótów nie było… te wrzosy, one roślinki i porosty takie inne, jakby świat dopiero co wynurzył się z wody i wciąż na onych iglastych gałęziach włosy topielic i topielców…

Widać łysi nie toną?

Nie wiem… creepy subject? Lub durny żart?

No mniejsza, porosty, włosy, po prostu magia rąbanego elfickiego alfosna, który chce stworzyć sobie gdzieś lekko niedostępną samotnię. Ale wiecie, z dostępem, w końcu interes musi się kręcić… rany mojeskie, co ja mam dzisiaj za skojarzenia… wtedy tam ich nie miałam, butelkę wody miałam i jeszcze za ciężki plecak, i wracając do sklepu by popatrzeć na inne teraz łosie, oraz poczynić zakupy, wiadomo, to po prostu było magicznie. To słońce tak się zniżające, ona jeziorność tak blisko…

Mistyczne wprost wrażenie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ogór… została wyłączona

Pan Tealight i Korzystne Dni…

„Zwinęły się i odeszły.

Spakowały swoje torby i torebeczki, dostane prezenty okreciło folią bombelkową i zapakowało w takie kolorowe tytki, restę w pudełeczka i foreczki, a potem w dorby z Ikeai i jeszcze te papierowe, wiecie, taki strojne… Dorzuciło oczywiście wstążeczki, ale odczepiło dzwoneczki od plecaków, te dźwięczące rurki, patyczki, listki suszone, kwiatuszki i szyszki oczywiście… a potem odeszły…

… cichaczem odeszły…

Nie treszcząc, nie bębniąc, nie szeleszcząc. Nie podnosiły głosu ni kopyt, nie drapały pazurami, ni jakimiś tam papierami, chociaż coś ukradły, coś zabrały, ale wciąż nie wiedzieli co, tylko czuli, tylko czuli, że czegoś już nie ma w Białym Domostwie. Czegoś ważnego, ale nie tak by codziennie o tym gadać. Czegoś bardzo istotnego, ale jednak nie aż tak, by było pod ręką, ale istotnego…

Nie wiedzieli czego… ale bali się.

Bali się tego, co nastąpi.

Pan Tealight nerwowo rozlał troche wrzątku, kuchenka się za to na niego obraziła, czajnik zaś niezbyt, bo wrzątek kochał, więc przytulił, ucałował bubę i takie tam. Plasterek. Trochę maści… wiecie, jak zwykle, jak w rodzinie. Rozsypana herbata wyczuwając nerwowość panującą w powietrzu, razem z koroną, berłem i wiecie, miotłą, wiadomo, na co komu jakiś ozdobny kijaszko-pałek, miotła lepsza.

Podróżna…

… więc no ona herbata sama się rozsypała i pozbierała z powrotem, umowę miała taką  łyżeczkami, że zawsze sobie pomogą. I tak to nikt niczego nie zauważył, znaczy nie do końca, ale jednak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ed.

Ale nim powrót do opowieści o wyprawie szwedzkiej, ale nie że potop, czy coś… a tak właściwie, to poza tym, iż ich wielu było, to dlaczego potop? Jakoś zapomniałam. Naprawdę, trza będzie w googla pójść. No ale… na Wyspie wsyscy zaciskają pasa. Wiadomo, że każdego ceny elektryczności dobijają. Jest źle. Ale wiecie, jak to mówią ci, co tu nie mieszkają, przecież macie takie widoki. Cóż. Widoki nas nie nakarmią i nie ogrzeją, czy jakoś tak… mogę pisać na papierze, kocham książki, więc jakby ino światła mi trzeba a przy świeczce też się da, ale…

… no właśnie.

Ale.

Przecież u nas, w szczególności w takim miejscu, gdzie nasrane onych turin wietrznych, nie powinno być problemu, czyż nie?

Wieje…

… one się ruszają, ale prąd, ech, spora część, wiadomo, nie nasza, reszta, która by nam wystarczyła, to nie starcza, bo gdzieś idzie nie wiadomo dokąd… skąd ino wiadomo, że kabelkiem ze Szwecji prąd ciągniemy, czasem go odajemy, ale jednak… jakby nie Szwecja, jak ktoś znowu przyrąbie kotwicą, serio, do cholery, czy to nie powinno być oznaczone? Jak oni pływają… no więc, jak to się stanie, to wiecie…

Czapa.

A poa tym niby trochę popadało, ale… rzeki puste, znaczy wyschnięte koryta straszą swą pustką. Straszą tak mocno i już od tak dawna, że naprawdę nie pamiętam by za moich czasów tutaj tak było. Pamiętam lato tak wilgotne, że wszystko pleśniało, ale jeśli chodzi o takie pustki w wodzie, to nie.

Jest kiepsko.

Bardzo.

Za to jedno należy przyznać, tyle wróbli ile mamy w tym roku, to kurcze nigdy! No serio. I to jakie dowcipne, wścibskie i wszelako… lekko denerwujące, szczególnie gdy pieją o nazbyt wczesnej porze. LOL

… więc wróćmy do podróży, bo przecież co nam zostało?

Ino wspomnienia, wciąż świeże, wciąż nie do końca przetrawione, bo widzicie, tym razem mieliśmy wiedzić Ed. I to tak w znaczeniu onego jeziora, jak sobie popatrzycie na mapę, północnej Szwecji, to znajdziecie tam jezioro miejscami wąskie, miejscami niczym more wgryzające się w klify…

… to właśnie Ed.

No i zaplanowaliśmy sobie kurcze pochodzenie dookoła, bo przecież łosie pewno ino te co były, więc wiecie… i w tym momencie ci, co znają mojego Instagrama wiedzą, że raczej mi nie wyszło, bo łosie. No właśnie. Łosie. Nie dość, że zwykłe młode z matką, tegoroczne, cudowne, wciąż jeszcze nie zgrałam zdjęć… to jeszcze one, rodzeństwo w różnych kolorach, więc no sorry, ale poszliśmy w las i tyle…

Nie dało się, znowu trza wrócić.

No więc tak, łosie były, ale spóźniliśmy się na karmienie dwa razy!

Tak, to jest możliwe, ale wiecie co, to nie znaczy, że było gorzej, wprost przeciwnie, ludzie sobie poszli, człowiek mógł zostać sam… z onymi porzuconymi maluchami, z tymi starszymi panami, z oną lekko znużoną matką, dwójką rozrabiaków. Po prostu… to było niesamowite i tak, znowu na mnie kichnął i patrzył się i w ogóle, nie wiem o co chodzi, ale czasem czuję sięprześwietlana przez takie oko.

Oko łosiowe, z rzęsami długimi… czarne, głębokie…

Magia.

A już dawanie im brzozy, no serio… to jest takie… okay, mokre, w końcu się ślinią, spróbujcie strawić tyle tych liści! Może i zielone, ale jak wydyma, no na pewno, i szczerze moczopędne jest. Tyle sikania i srania… a wciąż mówią, że zielone trza jeść i tak dalej, nie no, serio… nie.

Tylko nie brzozą.

Chociaż nowa miotła by się zdała…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Korzystne Dni… została wyłączona

Pan Tealight i Gwiazdeczka…

„Chciała spaść, ale nie mogła.

Szarpała się, gryzła, machała onymi odnóżami i wypustkami, ale nie… nie udawało się. Patrzyła w dół, chciała tam, ale się nie dawało. Ono tam, którego pragnęła od pierwszej nocy, zawsze było dla niej domem. Domem, którego nigdy nie miała, domem, którego zawse pragnęła, onymi ścianami i dachem, ziemią i płotkiem, malutką furtką  fantayjnym zamknkiem i wielkim, żelaznym kluczem z ozdbną rączką, kilkoma krzaczkami czarnej porzeczki i malin, drewkami oblepionymi wiśniami i śliwkami, oraz koniecznie wielkiemi, soczystymi brzoskwiniami.

Wielkimi, włochatymi owockami…

I jeszcze choinki, koniecznie musiały tam być choinki, bo w końcu była gwiazdką i chciała sobie czasem na czubeczku posiedzieć… a potem w domu pozmywać naczynia, wyczyścić półeczki i bibeloty, bo chciała je zbierać, koniecnie porcelanowe figurki wszelakie, pastereczki i zwierzątka, drewka, domki, czy co tam teraz ludzie mają… no i jeszcze suszone róże. Wszędzie…

I żywe też…

Ale…

Nie spadała.

Obserwowała tylko to co tam, na dole. Ten biały domek i żółty i jeszcze czerwony… i oczywiście te pola i lasy, rzeczki, niebieskie wstążki… Morza i jeziora, czasem tylko kropki niebieskości, czasem mogła się w nich przeglądać, ale zawsze oślepiało ją jej własne, dziwnie niechciane światło…

Wydawało się ono ranić te wodne zbiorniki, stawy i rechot żab, trzepot skrzydełk ważek i skrzek, taki niewinny, więc… uciekała, tam gdzie skały, gdzie była tylko ona jedna, dziwnie dzieląca się między wodę, kamień i lasy…

Dziwna…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Fionavarski gobelin” – … właściwie… Właściwie, to jak opisać pisarstwo G.G. Kaya?

Szczerze?

Jako pełne, magicne i bogate, czy też dziwnie historyczne, opowieściowe, przygodowe, ale też opisowe?

Nie wiem.

Nie wiem, ponieważ większość odstrasza objętość jego książek. Chociaż niektóre – na przykład „Ysabel” czy „Pieśń dla Arbonne”, są dość niewielkimi nowelkami, to jednak te najobszerniejsze są najbardziej znane… a „Fionavarski gobelin” to po prostu coś… na czego kontynuację czekałam wieki!!! I teraz się zdziwicie… bo to po raz pierwszy wydawano w 3 tomach, tutaj macie całość.

W pięknej oprawie.

Coś akurat na te dłuższe, wolniejsze wieczory… i dla tych, którzy kochają wciąż oną fantasy z zeszłego wieku. Coś postTolkienowskiego, coś… no wiecie, o bogach i światach, o prekraczaniu granic, coś monumentalnego, inspirowanego, może i nie ugrzecznionego, ale jednak… i tak, oczywiście, wiem, że na temat tej książki powstały prace, w większości wcale jej nie wychwalającej, ale dla mnie to sentyment. Jakaś taka przeszłość, powolność, znajomość…

Powrót.

Wejście do tej samej rzeki.

Tak, ta powieść nie jest dla każdego, ale jak nie spróbujecie, nie będziecie wiedzieli.

Bornholm – nie daje się niezauwayć tego, iż rzek nie mamy, morze cofnęło się z dwa metry w siebie odkrywając skarby i pada. Znaczy nie cały czas, ale jednak… połowa września to chłodny deszcz. Fascynujące. Można zamknąć okna, okryć się kocem i dygotać sobie w onej perfect hygge atmosferze.

Aż wylazłam z domu pomiędzy burzą, a nagłą lecz krótką, ulewą.

Po prostu.

Pobiegłam nad morze sprawdzić, czy są te no, wiecie, Księżniczki… i są, znaczy meduzy. I malutkie może, niewielkie, ale są, zagubione w onych odkrytych pokładach kamiennych i lekko piaszczystych. Zadziwione, omdlałe, a w większości całkowicie zdechłe. czyli jak zwykle, ale poza tym, w wodzie nic… czyściutko. Zimniutko, więc nadmiaru człowieków chętnych schłodzenia nie ma… zresztą i sama woda nie taka zimna, prynajmniej od naszej strony. Choć mówią, że więcej ochłodzenia idzie…

W Svalbardzie śnieg spadł, więc dlatego.

Ale wciąż, ono morze, już takie jesienne, tang się płoży na piasku, kolorowy w świetle słońca, jak się wam na słońce da ałapać, drapiące w nim mewy znajdują nader jadalne skarby… szałowo wyglądają w tych kolorach…

A w tle rąbany błękit i chmurki jak  fotoszkopa jakiegoś.

A i może ktoś ten świat maluje, wiecie, mocniej… w końcu, czemu nie. Kto mu zabroni, jak i tak nie wiedzą, że to robi?

No…

A tymczasem… pamiętnik ze szwedzkich wakacji…

No dobra, po pierwsze powrót do Vitlycke i Aspeberget.

A potem, no łosie i inne takie… stay tuned? LOL

W Vitlycke musiałam przejrzeć jeszcze książki, więc przy okazji człowiek obejrzał jak działa to mueum po onych perturbacjach i przyznam, że działa, ale już nie tak. Film jest dziwny i malutki, to już nie to… dobrze, że człek se nagrał. Jednak 2018 był inny… a potem wsio upadało, a teraz, sklepik się trochę poprawił, odrobinkę, a po prawej ino produkty z Danii, więc zonk lekki. No ale… najważniejsze, że to miejsce wciąż jest i się rozwija, szczególnie w tej zewnętrznej części.

Nie byliśmy…

… bo widzicie, po pierwsze chciałam zobaczyć jak ten panel zaatakowany prez niewiadomo co się uzdrowił, rok był zasłonięty… a po drugie, no wiecie, łosie… Łosie jednak zdecydowaliśmy się zaliczyć.

Niedosłownie!

Aspeberget udało nam się ułapić wcześnie, więc słońce obmywało skały jak należy. Tym razem adnej wody, wsio okay, bardziej magicznie jakoś tak, bardziej… nawet tutaj wiele się mieniło, zniknęły takie postumenty, na których można było popatrzeć na wszystko z góry, ale… ja już widziałam. Dobra, byłam tutaj tyle razy, nam rozkład, mam papiery, a jednak, to jakoś zawsze mnie urzeka.

Bardzo…

I te postacie i statki i w ogóle… kropki, zagłębienia, gra światła, niebieskie niebo, nikogo w okolicy, jakoś tak… ppierwotnie, prawdziwie…

A teraz do Ed.

Trochę trwa żeby tam dotrzeć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwiazdeczka… została wyłączona