Pan Tealight i Gwiazdeczka…

„Chciała spaść, ale nie mogła.

Szarpała się, gryzła, machała onymi odnóżami i wypustkami, ale nie… nie udawało się. Patrzyła w dół, chciała tam, ale się nie dawało. Ono tam, którego pragnęła od pierwszej nocy, zawsze było dla niej domem. Domem, którego nigdy nie miała, domem, którego zawse pragnęła, onymi ścianami i dachem, ziemią i płotkiem, malutką furtką  fantayjnym zamknkiem i wielkim, żelaznym kluczem z ozdbną rączką, kilkoma krzaczkami czarnej porzeczki i malin, drewkami oblepionymi wiśniami i śliwkami, oraz koniecznie wielkiemi, soczystymi brzoskwiniami.

Wielkimi, włochatymi owockami…

I jeszcze choinki, koniecznie musiały tam być choinki, bo w końcu była gwiazdką i chciała sobie czasem na czubeczku posiedzieć… a potem w domu pozmywać naczynia, wyczyścić półeczki i bibeloty, bo chciała je zbierać, koniecnie porcelanowe figurki wszelakie, pastereczki i zwierzątka, drewka, domki, czy co tam teraz ludzie mają… no i jeszcze suszone róże. Wszędzie…

I żywe też…

Ale…

Nie spadała.

Obserwowała tylko to co tam, na dole. Ten biały domek i żółty i jeszcze czerwony… i oczywiście te pola i lasy, rzeczki, niebieskie wstążki… Morza i jeziora, czasem tylko kropki niebieskości, czasem mogła się w nich przeglądać, ale zawsze oślepiało ją jej własne, dziwnie niechciane światło…

Wydawało się ono ranić te wodne zbiorniki, stawy i rechot żab, trzepot skrzydełk ważek i skrzek, taki niewinny, więc… uciekała, tam gdzie skały, gdzie była tylko ona jedna, dziwnie dzieląca się między wodę, kamień i lasy…

Dziwna…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Fionavarski gobelin” – … właściwie… Właściwie, to jak opisać pisarstwo G.G. Kaya?

Szczerze?

Jako pełne, magicne i bogate, czy też dziwnie historyczne, opowieściowe, przygodowe, ale też opisowe?

Nie wiem.

Nie wiem, ponieważ większość odstrasza objętość jego książek. Chociaż niektóre – na przykład „Ysabel” czy „Pieśń dla Arbonne”, są dość niewielkimi nowelkami, to jednak te najobszerniejsze są najbardziej znane… a „Fionavarski gobelin” to po prostu coś… na czego kontynuację czekałam wieki!!! I teraz się zdziwicie… bo to po raz pierwszy wydawano w 3 tomach, tutaj macie całość.

W pięknej oprawie.

Coś akurat na te dłuższe, wolniejsze wieczory… i dla tych, którzy kochają wciąż oną fantasy z zeszłego wieku. Coś postTolkienowskiego, coś… no wiecie, o bogach i światach, o prekraczaniu granic, coś monumentalnego, inspirowanego, może i nie ugrzecznionego, ale jednak… i tak, oczywiście, wiem, że na temat tej książki powstały prace, w większości wcale jej nie wychwalającej, ale dla mnie to sentyment. Jakaś taka przeszłość, powolność, znajomość…

Powrót.

Wejście do tej samej rzeki.

Tak, ta powieść nie jest dla każdego, ale jak nie spróbujecie, nie będziecie wiedzieli.

Bornholm – nie daje się niezauwayć tego, iż rzek nie mamy, morze cofnęło się z dwa metry w siebie odkrywając skarby i pada. Znaczy nie cały czas, ale jednak… połowa września to chłodny deszcz. Fascynujące. Można zamknąć okna, okryć się kocem i dygotać sobie w onej perfect hygge atmosferze.

Aż wylazłam z domu pomiędzy burzą, a nagłą lecz krótką, ulewą.

Po prostu.

Pobiegłam nad morze sprawdzić, czy są te no, wiecie, Księżniczki… i są, znaczy meduzy. I malutkie może, niewielkie, ale są, zagubione w onych odkrytych pokładach kamiennych i lekko piaszczystych. Zadziwione, omdlałe, a w większości całkowicie zdechłe. czyli jak zwykle, ale poza tym, w wodzie nic… czyściutko. Zimniutko, więc nadmiaru człowieków chętnych schłodzenia nie ma… zresztą i sama woda nie taka zimna, prynajmniej od naszej strony. Choć mówią, że więcej ochłodzenia idzie…

W Svalbardzie śnieg spadł, więc dlatego.

Ale wciąż, ono morze, już takie jesienne, tang się płoży na piasku, kolorowy w świetle słońca, jak się wam na słońce da ałapać, drapiące w nim mewy znajdują nader jadalne skarby… szałowo wyglądają w tych kolorach…

A w tle rąbany błękit i chmurki jak  fotoszkopa jakiegoś.

A i może ktoś ten świat maluje, wiecie, mocniej… w końcu, czemu nie. Kto mu zabroni, jak i tak nie wiedzą, że to robi?

No…

A tymczasem… pamiętnik ze szwedzkich wakacji…

No dobra, po pierwsze powrót do Vitlycke i Aspeberget.

A potem, no łosie i inne takie… stay tuned? LOL

W Vitlycke musiałam przejrzeć jeszcze książki, więc przy okazji człowiek obejrzał jak działa to mueum po onych perturbacjach i przyznam, że działa, ale już nie tak. Film jest dziwny i malutki, to już nie to… dobrze, że człek se nagrał. Jednak 2018 był inny… a potem wsio upadało, a teraz, sklepik się trochę poprawił, odrobinkę, a po prawej ino produkty z Danii, więc zonk lekki. No ale… najważniejsze, że to miejsce wciąż jest i się rozwija, szczególnie w tej zewnętrznej części.

Nie byliśmy…

… bo widzicie, po pierwsze chciałam zobaczyć jak ten panel zaatakowany prez niewiadomo co się uzdrowił, rok był zasłonięty… a po drugie, no wiecie, łosie… Łosie jednak zdecydowaliśmy się zaliczyć.

Niedosłownie!

Aspeberget udało nam się ułapić wcześnie, więc słońce obmywało skały jak należy. Tym razem adnej wody, wsio okay, bardziej magicznie jakoś tak, bardziej… nawet tutaj wiele się mieniło, zniknęły takie postumenty, na których można było popatrzeć na wszystko z góry, ale… ja już widziałam. Dobra, byłam tutaj tyle razy, nam rozkład, mam papiery, a jednak, to jakoś zawsze mnie urzeka.

Bardzo…

I te postacie i statki i w ogóle… kropki, zagłębienia, gra światła, niebieskie niebo, nikogo w okolicy, jakoś tak… ppierwotnie, prawdziwie…

A teraz do Ed.

Trochę trwa żeby tam dotrzeć…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.