Pan Tealight i Goblin Solny…

„Lizalny…

No bo wiecie, te mikroelementy. Te wszelakie dodatki i minusy, plusy i ujemności. Mocno solny, ale wiecie, prawdziwie morski, ale te kolorowany. Kolorowany w stronę onego Tiffany blue… nie, że jakieś tam różowe, nie, on nie  Himalajów. On goblin, nie troll czy krasnolud jakowyś.

Goblin, niewielki, ale nie głupi.

Bardziej blisko mu do zdolności jak ze światów Pratchetta czy Rowling niż poniżanych i brzydkich z onych światów pozostałych. Nie hobgoblin, a już na pewno nie kumpel czy jakiś tam kuzyn dziwny orków. Nie. Miał to zapisane w swoim certyfikacie, z oną piecąteczką, zwisającym kutasikiem  kartki lekko pożółkłej, lekko takiej zmiętolonej, ale jak widać, nadzwyczajnie wytrzymałej. Wiele musiała znieść, już. Wiele też zapewne przed nią czekało…

No chyba… nie no, kryzys racej w branży cukrowej, nie solnej…

Chociaż.

Hmmm…

Ale jednak był przede wszystkim onym sławnym, choć często zbytnio osobnikiem wielokrotnie doktoryzowanym. Onym nadzwyczajnym osobnikiem, który przyciągał zbyt wielu, ale wiedział jak sobie z tym poradzić. I było to dla niego nadzwyczajnie a niesamowite. Konkurował, jako ten osobnik, sam ze sobą wprost w zachwytach nad oną swoją mikroelementowatością i lekkim posmakiem sałwii… nad zapachem i brakiem spmrodku, nad gładkością…

Próbował innym to powiedzieć, próbował…

Ale czasem… przegrywał i ostatnio, jakoś tak… znikał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ekornavallen…

Ale najpierw powrót komunizmu…

Bo jak inaczej nawać pustawe sklepy i to ciemne na dodatek… no jak to inaczej nazwać. Tak wiem, pierniczony kryzys energetyczny, wszyscy łby w piasek, nic nie ma, ale kupować, nic nie będzie, ale macie się trząść o wszystko… nagle kolejna fala strachu opada na Wyspę… a ona już nie może.

Nie ma siły.

Oglądam vlogi z Polski i innych krajów, patrzę na te sklepy i półki wciąż uginające się pod ciężarem towaru wielorakiego i zastanawiam się, czy serio, czy naprawdę znowu ten świat jest gdieś daleko, za sybką sklepu, na którą się chuchało, bo tam mieli takie samochodziki i zabawki…

Pewex?

Tia…

Może i gaz leci, może zamknęli, zakręcili, może zrobili to, czy tamto… może… nie wiem, nikt nie wie. Jedno jednak wiem, minęłam w poprzednim tygodniu kilka portów i wszędzie one srebrne, wojskowe jednostki, jakiś statek… który potrafi w gaz i poza gazem, nie znam się, wiem tylko… że nie chcę o tym myśleć i znowu odpowiadać na pytanie: czy się nie boję? Oczywiście, że tak… ale co z tym strachem mam zrobić? Pakować? Kupicie? A ja za to wyjadę w ostępy…

Ale zaraz, czy jest gdzieś jakieś bezpieczne miejsce?

I może nie aż tak drogie… bo na ogrzewanie nas nie stać. Ni na ciepło, ni na światło, ni nawet na… marzenia…

Dlatego wracam znowu do Szwecji…

Już wtedy było wiadomo, że koniec wakacji będzie oznaczał mierzenie się z problemami, ale jednak… Ekornavallen… dziwne miejsce. Wielkie miejsce. Za mało casu… owce… oj tak, wracanie z owczymi kupami wprasowanymi w podeszwy butów to już chyba tradycja, w końcu te iejsca, takie miejsca, najczęściej właśnie okupują owce. Przycinają trawę, nawożą się… gravekeeperzy…

Kurde, że tutaj sklepiku z pamiątkami nie ma przy parkingu, to się dziwię, bo cała grobość niesamowita! Po jednej stronie ścieżka, na potem, po drugiej kamienie, groby, Girommen… piec giganta… no reczywiście, tak na to nie spoglądałam, ale widząc one owce, archeologię wciąż żywą… ha ha ha, jakoś tak, człowiek rozumie, iż tak musiało być przez cały czas, bo po co marnować przestrzeć. Bo jeśli ludzie tutaj byli od epoki kamienia, to dlaczego mieli rezygnować z takich widoków…

Bo w końcu śmierć, to początek…

Dobra ziemia, zwierzyna i woda.

Tak…

Stojąc obok głazów, będąc muskanym przez wszelakie aromaty oraz jakieś 5 tysięcy lat, co najmniej, pomijając już oną zaprzeszłą przeszłość samej geologii, tak… to tutaj, to jest wielkość. Wielkość tych, co byli przed nami i są w nas.

To trzeba zobaczyć.

Unurzać się w trawach, polecam szcerze długie portki, bo kleszczowa plaga w Szwecji jak najbardziej wciąż na topie… i dobre buty też polecam, a potem od grobu, do grobu, od kopca do kopca, choć to teraz ino one, ale nie tylko, kamienne ostańce… widzicie ich cienie, słyszycie brzęk naczyń, ten wielki zbiór kamieni na wzgórzu, patrzący na was, one owce, stare zabudowania drewniane… I zapach jedzenia… Bo przecież ze zmarłymi się jada, z nimi wciąż się jest… zawsze tak było, tylko teraz jest jakoś… dziwnie, nie tak jak powinno, jakby…

… obco.

Wracaliśmy do domu już ze zmrokiem, ale jakoś tak…

Do dziś z auta wygrzebać onego nawozu nie mogę!!! LOL

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.