Pan Tealight i Szkielet Morski…

„Oto i był on, Szkielet Morski.

Piękny i doskonały, w całości całkowitej własnej, naprawdę oszałamiał wysokością i szerokością kości… lekko miejscami dziwnie tchnący jakimś takim zatchnieniem, mułowatością, chociaż morski, więc nie powinien… może się gdzieś szwędał, w rejonach rzek nie do końca płynących?

Może?

W końcu Szkielet nie oznaczał istoty nieżyjącej, wprost preciwnie. Żywy był bardziej niż niektórzy, którym się wydaje, iż są żywymi, miał masę pasji, kochał i owady i spady, i opady kochał wszelakie oraz kolekcjonował skamieliny i nadmiernie, oraz nadzwycajnie wybitnie, kochał sobie w ciszy żuć wapień. No wiecie, to jednak na kości dobre, więc raczej zroumiałem.

Bardzo.

Uwielbiał ten dźwięk, tę miękkość, smak a każdym razem inny bo przecież jak nie wejdzies do tej samej rzeki, chociaż po ostatnich upałach to wejdziesz jakoś i to przerażająco spokojnie wejdziesz, ale jednak… w każdej cząstce wapienia inna przeszłość, inne życie, inne kruchości i miałkość, gdy tylko połączycie z cieczą. Tak, to było coś naprawdę wyjątkowego i co zaskakujące, okazało się, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, kiedyś wpierniczała ściany, więc jakoś tak z łatwością ją, gdy tylko powróciła ze swojej wyprawy na Wyspę, i wciąż była lekko skołowaną, nakłonił do spróbowania…

Zresztą, nie musiał jakoś zmuszać…

I połączył ich ten smak i pasja skamielinowo – narzędziowa. On jej znosił krzemienie, ona mu podawała one kamyki znalezione na plaży. Na tej jej plaży, która ostatnio dziwnie odległą się zdawała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wtorek!!!

Mieliśmy odpocząć, ale nam nie wyszło…

… wiecie, nie wyszło być onymi turystami, którzy są między skałami i drzewami i nic nie robią ino drzemią, no dobra, czytają, nie oszukujmy się… ja pierdziu, marna jestem w tych rejonach turyzmu.

Tych all inclusive… czy jak to się zwie.

Ale nic z tego, zmęczyła mnie już sama myśl, zresztą, no weźcie no, jak tak żyć? Domek jest prześliczny, ale przecież nie będę komuś okien myć, a jak nie okna, to wezmę się za robotę, atego chciałam uniknąć, chciałam tego tygodnia bez komputera i to mi się udało i chcę więcej… próbuję… dlatego kompletnie nam to odpoczywanie nie wyszło. Długie spanie też nie, w ogóle ostatnio nam nie wychodzi, więc spokojnie udaliśmy się, z moimi obtartymi nogami, bo se buty uszkodziłam na skałach…

Dalej…

Jednak z powodów finansowych, sorry, dzień wypłaty miał nadejść następnego dnia, dzień dnia? Ja nie mogę, gramatyka mnie po prostu dobija, Z wciąż nie działa, reszta literek wychodi kiepsko też, więc… za oknem ciemności już w okolicach dziewiętnastej już nas otulają. No cudownie jest, tam wtedy wieczorami też było całkiem chłodno. Zapowiadana descowa pogoda się nie wydarzyła…

Dziwne.

Często tak jest.

No więc…

By nie przesadzić, zwyczajnie poszliśmy do miasta, coby popatrzeć na to czego nie mogę kupić i zjeść ryby, na które nas było stać. No dobra, ja jadłam frytki i robiłam zdjęcia, Chowaniec dostał moją rybę.

I tak czasem w związkach jest.

Jedno zjada ryby drugie ziemniaki i  tyle, ważne, by się nie pomylić. No wiecie, głupio by było, nie gryźć ręki, która karmi i takie tam… więc w pewnym sensie, poza onym chodzeniem był to bardziej spokojny dzień i nawet prze chwilę siedzieliśmy w restauracji, a dokładniej pod nią, znaczy na zewnątrz, znaczy nad morzem, prawie na morzu… no wiecie jak to jest… nawodnie trochę… i ryba z frytkami była i dłuuugi spacer, choć miał być krótki, znaczy miało być bez chodzenia, bo najgorsze to usiąść z poranionymi stopami, w butach, a potem się rusyć…

Oj…

Ale… jak zwykle Fjallbacka piękna.

I już.

Cudowna. Jednak te wróble, które ma, dziwny brak wron i mew, gdzie one są? Co oni z nimi robią? Czy to była ryba czy nie? Ale te wróble i kawki… ale wróć, kawka jedna, wróble cudowne, dokarmiane prez wszystkich, kąpiące się w misce z wodą, dla psa, ale kto tam wróbelkowi, cudnemu włochatemu, puszystemu onemu kurczaczkowi zabroni? No kto? Kto będie tak okrutnym?

Nie ja.

Za fajne zdjęcia wychodzą…

A potem to miastecko, te domki, jakieś nowości, tu coś poprawili, tu skończyli, tutaj coś takie samo jak było, tam ten dom, co był za 30 milionów i szybko został kupiony, zazdrość… lekka, może większa, ale czy chciałabym mieszkać przy skale… moje lęki twierdzą, że nie… one by chciały, bardzo by się nasiliły. Ale jednak, przecież cała Fjallbacka przy skale, więc dlaczego boję się tylko jednego miejsca…

I to i tak marnie się boję.

I to morze…

… ta spokojność i cisza zachodzącego słońca, ona ludzi niewielość… taka cudowna, jak ja lubię jak jest mniej ludzi… cytując Kleopatrę? Chyba, a może to była jej służka? kto oglądał Asterixa i Kleopatrę?

Nikt?

Dotarliśmy do domku znowu późno… nie wiem jak nam się to udawało, ale zarywaliśmy noce, nie spaliśmy, wstawaliśmy wcześnie, szaleństwo… żadnego odpoczynku, a jednak, wciąż chcę więcej.

Teraz, już!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szkielet Morski… została wyłączona

Pan Tealight i Obce skały…

„Niby były obce, niby ju się kiedyś spotkali, ale jednak, to inny czas, inne skały, inne miejsca, nawet i morze jakieś inne. Inne było niebo i wiatr chłoszcący onym słonecznym żarem, ale też i chłodzący, nie wiadomo, ubierać się czy nie… ale lepiej nie ciemnieć, na starość nie…

One skały może i obce, ale jakoś tak swojskie.

Jakoś tak lekko znajome… jakby w innym życiu, poprzednim, tworzyły coś na kształt tła, w którym się odbijało, wtapiało, działało… ale z innym życiem pojawia się i niepamięć, a w niepamięci i strach ten…

I jeszcze…

Skały.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane kochała one Obce Skały. Kochała w nich oną inność, to nieodkrycie i jeszcze tą gładkość, tak aksamitną, oną lekkość i ciężkość, poddawanie się żywiołom innym i stawianie się im. Dotykanie wody i jej odychanie. Podziwianie wietrznych mocy i jeszcze… tylko podziwianie. One, co tak niedawno z wody wyszły. Pokazały się temu światu i wciąż się mu dziwowały. Wciąż rozpamiętywały swą oną przeszłość, więc gdy tylko przyszedł ktoś je wysłuchać, te opowieści, od rau się poddały…

Może nie urokowi osoby, co raczej, dziwnej potulności…

Wiedźma Potulna i Obce Skały… tak nie do końca, a jednak, trochę na pewno, a jednak, jakoś tak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Tjurpannan…

Wciąż poniedziałek.

Ale najpierw powiem, że kilka dni temu już było 10 stopni w nocy!!! Ja pierdziu. Nagłe przejście ze strefy tropikalnej w znajomy chłodek, to jest takie niesamowite, a wtedy, w tamten dzień, końcówkę września, wtedy właśnie… te wiało. Też było chłodno, ale nie popadywało jak dzisiaj…

Nie…

Słońce grzało, nawet i paliło, ale na skałach było dziwnie, z jednej strony naprawdę było chłodno, z drugiej ono palące słońce, ta żarówka z nieba… i jeszcze te dziwne… nieodgłosy. Kompletna cisza. Nikogo dookoła. Kamienna pustynia, ale nie gołoborze, a raczej dziwnie pofalowane dno pozbyt wody.

Dno smagane niegdyś falami, magmami, mocami i siłami, temperaturami, ale też i głazone, jakby wielka dłoń po prostu je utuliła, zwyczajnie jakoś tak, przytuliła, ugłaskała, niczym w śnieżne kule, ale lekko się do siebie tulące i tak szliśmy… przez kilka godzin. Noga za nogą, łapiąc cień w tych kilku kępach onych karłowatych iglaków, bo wiecie, brutalnie tutaj wsio czyszczą…

Jakby nic nie miało prawa tu rosnąć, a jednak…

Rośnie!

To miejsce jest rezerwatem przyrody i tak, odwiedzilśmy je rok temu, jednak szliśmy z drugiej, łatwiejszej strony, ale tym razem chciałam skał, onego dziwnego, pustynnego ucucia, onego tchnienia mocy wiatrów…

I spalonej pewnej części ciała.

Ryj też mi sfajczyło, może jednak maska na ryj to byłoby dobry pomysł? Ale co  oczami? Worek? Dziury?

Nie wiem…

Idziemy…

… a tam i załamania i kształty i jeszcze więcej. Ona sarość, miejscami prawie biel rażąca oczy, od któej odbija się słońce. Fascynujące miejsce… w oddali morze, ale po godzinie już bardziej obok, ju idziesz inaczej, zastanawiasz się, czy wciąż jesteś na szlaku, czy nie, czy ściągać gacie i skakać w oną widoczną wodę, czy jednak nie ryzykować. Z jednej strony droga się dłuży, z drugiej…

Nagle zakręęca i ruiny w dole, jakieś takie miejsce, gdzie na pewno mieszka smok, który biega to, co morze mu wyrzuci… piaszczysto/kamienista plaża i jeszcze trochę drewna. Możnaby tutaj zostać, na zawsze, ale tęskniłabym za drzewami. Nie mogłabym tak, więc idziemy dalej odkrywając miejsca, których wielu nie zobaczy, przynajmniej od tej strony… od morza może? Ale idziemy, dookoła morskiego jeziorka, przez róże dzikie, w górę, w dół, przysiadając na chwilę i pijąc woę bardziej z rozsądku niż potrzeby ciała, bo ciało postanowiło sie wysuszyć…

… przynajmniej moje tak lubi.

Nie wiem dlaczego.

Może jednak ze mnie camel?

I w końcu, po kolejnym zakręcie i zwątpieniu jest… ona chatka dwuolorowa, gdzie można odpocząć by pójść już w znane części Tjurpannan, skoczyć na oną wysepkę, sprawdzić czy są muszele – nie ma, zdobyć sól – nie ma… tutaj jednak padało. Nie jest aż tak gorąco, choć w morzu wielkie, parzące meduy są…

Sama już taką jestem gdy wracamy do domku z dwoma krabimi szczątkami… widzieliście jak fascynujące są one kraby, jakby ćmy miały na plecach… och nocy, bądź zimną… na szczęście była…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obce skały… została wyłączona

Pan Tealight i Matka Matek…

„Była Tą Jedyną…

… oną niesamowitą Matką Matek, największą, najważniejszą, oną pierwszą, wszystkowiedzącą… i wszelako miała dość swojej roboty i tego przeznaczenia całego i w ogóle. Wszystkiego miała dosyć, a już matek w szczególności. I ich bombelków, Niewychowane skurczyszony no… Rozumiała Babę Jagę, jakbyście nie wiedzieli, to i ona była matką… a tak…

Ale.. nie wyszło jej.

No i tyle.

Dlatego się umówiły razem i tak od słowa do słowa jedna się drugiej zwierzyła. Wylały się z nich one prawdy, zatoczyły koło ponad stołem, nad paterą z kanapkami z masłem i ogórkiem, nad koperkiem, ponad onymi pomidorkami pokrojonymi w cząstki – cebulka osobno, w końcu miały rozmawiać, więc będzie na potem, ze śledzikiem, ale przezroczysty… okay, nie do końca przezroczysty płyn, lał się do niewielkich kielisków często… zapełniał je, pryskał dookoła, moczył paterę, moczył one słowa, a te wirowały coraz bardziej i bardziej, i w końcu zawirowały tak, że stworzył się z nich całkiem inny wszechświat… niewielki… ale inny.

Bardzo inny.

Nie było w nich matek ni wiedźm, dzieci nie było, ogólnie mówiąc było w nim wszystko, ale tak jakoś inaczej… i lepiej było… jednak świat ten nie potrzebował ludzi, więc nikt nie pona onego smaku i zapachu, uczucia wszelakiego tych samotności, bycia i niebycia, muszenia i niemuszenia… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Hygge” – … okay. Tak wiem, dorwałam ją po tym jak była popularna i maltretowana przez wszelakich infuenserów i tak dalej… no ale, jakoś nigdy mi z modą nie było po drodze, najpierw idę ja, a moda ze mnie ściąga. Naprawdę tak sądzę i mam na to dowody!!!

Ale wróćmy do książki.

Jest śliczna.

Wiecie, niebieska i tak dalej… w środku ma obrazki i jeszcze… i w ogóle, ładnie na półce wygląda. I tyle. No co? Hygge się czuje, o nim się nie czyta, no ale, wiadomo, książka jest, wytłumaczenie co i dlaczego też jest, ale, chociaż to po części naukowa sprawa, to jednak, nie, no weźcie no…

To trza czuć!!!

Nie da się inaczej.

Ale książkę przejrzeć warto… czy kupić? Hmmm…

Po łosiowym szaleństwie oczywiście późno wróciliśmy do domku i szczerze, zrobiło to na mnie takie wrażenie, że nie sądziłam iż trzeci dzień, którym był poniedziałek… jakoś mógłby mnie zaskoczyć. Mieliśmy plany i do wyboru to lub tamto, woda czy skała, wiać miało, więc może lepiej nie fale?

Ale…

Tutaj należy wspomnieć, iż na stacji benzynowej, gdzieś pomiędzy światami nabyłam bukiet kwiatów, który wciąż żyje, czyli ma dwa tygodnie… znaczy się kilka kwiatków przekwitło, ale naprawę, przeżył drogę w dwie strony z klimą, prażeniem i bez i deszcami i bez… i wciąż chryzantemy w nim zawarte lśnią…

Wodę im wymieniłam…

No ale…

… poniedziałek, wrzesień już puka do drzwi, a my jedziemy najpierw do Grebbestad na ciastki. No co? Jak się człowiek wyrwie z zadupia zwanego Mniejszym Krańcem Świata, to chce zjeść ciastków. A oni tu mają piekarnio-ciastkarnię, w której też i śniadania i zupy i kanalki i w ogóle, no zjeść można i popracować i posiedzieć i pogapić się w dal. Dal jest obecna, albo na zewnątrz albo wewnątrz… znaczy nie dal wewnątrz, a siedzieć można… my w środku, bo chciałam tym razem w pokoju cerwonym… Bo oni tutaj mają taki szał z tymi tapetami, bibelotami, no po prostu…

A jaki kibelek!!!

Matko Wyspo!!!

Te tapety!

Siedzenie tutaj, jeszcze jak akurat się trafi, że ludzi nie ma, to jakieś takie nasiadówki między epokami. Z jednej strony wiecie, hałas sztućców, normalnych, żadne tam nowoczesne dziwactwa, talerzyki różne… jakbyście do babci ulubionej przyszli na ciastko, a ona wyciąga dla was ukochany was talerzyk z dzieciństwa… ino teraz porcja dziwnie wydaje się mniejsza…

Ktoś na przeciwko może siedzi z laptopem, ale przecież równie dobrze mógłby w kajecie coś notować. Coś słcyhać i nic nie słychać. Co prawda pod oknami droga, ale w oddali port i morze i skały i one kolorowe domki, chociaż tutaj w większości jakieś takie białe. Fascynujące, drewniane małe domki.

Jakieś takie maksymalnie bajeczne.

Jak te ciastka… jedno z kremem, obłożone ciastem na poły francuskim, lekko kruchym, w środku krem jak krem, ale śmietana prawdziwa i prażone migdały… no i oczywiście budapesztańskie ciasto, takie tutaj normalne, że w sklepie je znajdziecie. I wcale nie smakuje ono sklepowe tak źle.

Sprawdziliśmy…

To z piekarni lepsze… oczywista.

Do tego chleb w torbie papierowej, na potem, bo przecież jak człek najedzony i w takiej przepięknej kiblownacji ustępowej załagodzony, twarz opłukana, to można iść… tylko może jeszcze chwilę pozostańmy. Poczytajmy te listy na pożółkłym papierze pisane, popatrym na one fotografie, gdy lustra taksują nas mocno krytycznie po spożytym posiłku… ale od tyłu… a od tyłu wiadomo…

Nie widać. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Matka Matek… została wyłączona

Pan Tealight i Medialność…

„Medialność odmówiła bogowania i wszelakiej łorszipowości.

Nie chciała obrazków i relikwi ni darów…

Nie chciała…

… nie prosiła o nie. Ale bez urazy, wcale nie była taka skromna, czy coś… zwyczajnie… nie musiała przecież prosić o cokolwiek. Była oną najbardziej pożądaną, chcianą, wymarzoną i upragnioną przez prawie każdego… poza Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki Pomordowane. Ta jej kompletnie nie rozumiała i wciąż będąc całkiem gdzie indziej, nie życzyła sobie żadnych kontaktów, jeśli wróci…

… więc nie ostali sławni.

Wybrali.

Wybrali Wiedźmę Wronę ponad Medialność.

Ją samą przerobili na kompost i poszła pod przyszłoroczne stokrotki i truskawki mutanty, które kochały poezję śrendiowieczną i podściółkę z sianka. W szczególności taką z wigilijnego stołu. I niby nie żałowali. Wiadomo, jednomyślność nie istniała w tym miejscu, a już szczególnie pośród tych, który zostali, ale co zrobią dwie osobowości, nawet nieuczłowieczone, nienawzwane… wciąż… bardziej będące mgłą, niż jawnością. Może i sprawcze, ale jednak…

Jakoś tak nic więcej  tego nie wyszło.

One te wkrótce zniknęły, a truskawki, gdy tylko Pan Tealight powrócił do Białego Domostwa, ponownie zaowocowały. Smak jednak miały tak słodki, tak rumiany, że wprost lepiły się do ust. Jedzenie ich wcale nie było łatwe, zresztą, dziwnie rymowało potem w brzuchu, więc…

… zgniły.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rok temu oczywiście było inaczej, ale wiecie co? Spało mi się już jak w znajomym łóżku. Na szczęście człek bierze ze obą kopę prześcieradeł i własne pościele. Znaczy kocyk. I poszeweczka i kilka prześcieradeł…

No co?

Pierun wie kto i co robił na tym łóżku!!!

O Bogowie, wyobraźnio idź spać!!!

Ale… było inaczej, bardziej jesiennie, puściej, jakoś tak, no nie wiem… może to przez one zniesione restrykcje, może są inne powody, ale ludzi wciąż masa. I tak od razu ruszamy w kilka miejsc, które są przeze mnie musowo odwiedzane po pryjeździe. Nic to, że niedziela, się da przeżyć. Pamiętajcie, że w Szwecji często to poniedziałki są niedzielami i wtedy są pozamykane sklepy czy placówki.

Serio serio.

Po pierwsze szybki rzut oka na miasteczko, no wiecie, musowo, kocham je strasznie… a potem muzeum w Vitlycke i macnięcie chociaż kilku helleristningerów. Niestety, tak trzeba, się nie da inaczej, a potem… no właśnie, zastanawiałam się czy kąpiel, czy odpocząć po podróży, czy stare kości jakoś tak gdzieś ułożyć, no i wiecie, tak po prostu być i wszelako nie być jednakowo…

Ale mi się nie udało.

Bo nam się przypomniał łoś na skale stojący przy drodze…

A stał taki. Się okazuje metalowy… widzieliśmy go kilka razy, ale jednak jakoś tak nas ona myśl w muzeum napadła, no i chociaż plany miałam inne, to jednak zawsze w większości większej kierujemy się onym tchnieniem komórek mózgowych, które nagle decydują się zrobić coś innego.

Na przykład popatrzeć na łosiów…

Ale zaraz… moglibyście powiedzieć…

Przecież miałam zajrzeć znowu do Ed… no miałam, ale w tym momencie, na onym parkingu,  chmurkami i lekką dusnością w powietrzu… jakoś nas pchnęło w Googe i znaleźliśmy Moose of Anneröd.

Trzeba co prawda trochę jechać od Tanum, ale powiem wam, że… warto. Jest to spory park, skalisty, właściwie górka, więc dobre buty i raczej nie dla małych dzieci. Spokój i cisa z dyskretnym łomotem autostrady, która biegnie niedaleko. Ale za to te drzewa, chociaż wróć, te drzewa za płotem, do tego jeszcze bilecik najpierw treba kupić, no a potem… potem się idzie… pod górę. Mówią wam niby by pójść tak, a potem tak, a potem jeszcze, ale nie dostajecie tych łosiów na tacy…

Oj nie.

Se sami musicie je znaleźć.

Niby okay, idzie se człek wydeptaną drogą, potknie się czasem, gapi się w oną przestreń i tak serio to nie wie jak te łosie wyłuskać zza płota, a nagle, z nienacka jakieś poruszenie, poszum… i jest, sterta brzozy zwalona i wielkokoronny byk wsuwa te liście. Żre oną całą brzozowatość, a ty się człeku gapisz… a potem zauważasz dziwnie nieruchomy kształt… jest i ona… siedi na gołej skale i chowa młode.

Pierun wie gdzie, inni mówili, że młode trudno zobaczyć, no ale…

Ważne, że mamy już dwa, a nie, czekaj… jest i młodszy pan rogaty i ten… kurde się patrzy, ale on się patrzy… się boję, bo idzie do mnie, posikam się z wraenia jak nic, więc w tym miejscu powiem, że o siku trudno, jakby co, ale jest tutaj jakby co chatka i kilka takich przystanków jaby ulewa czy coś… zbirowie? Albo zombiakowie? Czy inne tam niełosiowe ladaco was chciało podejść. Ale… w międzyczasie jak ten młodsy do mnie szedł, to omal mi kamera nie padła tak się telepała, a on podchodzi do siatki, łypie i…

ŁAPS!

Za młodziutką brzezinkę za płotem…

No oczywiście, że jestem dobrze wychowana i mu pomogłam. I w ten sposób przeszliśmy kawał siatki szukając gałązek i bawiąc się z łosiem. Znacy wiecie, on przyzwyczajony, my przeskoleni co wolno, a co nie, ale oczywiście, że na mnie kichnął, a potem parsknął, więc… obsmarczył mnie maksymalnie.

Nie wiem… baptyzm czy olanie… a nie, olanie inaczej, to widziałam…

Z łosiem gadać mona długo.

A i łazić po tym miejscu też. Kupujecie bilet i guzik ich obchodzi kiedy wyjdziecie. Po prostu. Parking pod budynkiem, który zostaje zamknęty, chyba że wynajmujecie pokój, to pewno wtedy możecie wejść, a no, tam też knajpka jest, ale ino w godzinach otwarcia… więc, jak się dacie załosić, a łatwo się dać, to wracacie szarówką, stąpając stromizmą w dół i nagle… widzicie JEGO… czwartego gościa… chyba najstarszego, jak ściąga sobie oną skórkę z rogów.

A w dotyku ona taka miękka, macałam…

Ale nie u tego kolegi.

Ten był dość daleko i zajęty sobą, niczym wielka kozica ocierał się o wszystko z taką mocą, że krople krwi ściekały po wszystkim, a resztki tej skórki zwisały mu niczym dredy i wkurzały go maksymalnie. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Zresztą, to było moje drugie spotkanie z łosiami, więc…

Nie żebym miała doświadczenie…

Kurcze… bolało go?

A w ogóle, to jak one po tych skałach chodzą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Medialność… została wyłączona

Pan Tealight i Na skale…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wyjechała w celach całkowicie wiedźmowych, domagając się samotności i tak dalej, więc logiczne, że pojechali za nią!!! No przecie, jednakowoż i w ogóle, mogła im spierdniczyć… znaczy, miała takie plany, wiedzieli o tym, więc woleli trzymać się blisko swojej wiedźmy. Jakoś przyzwyczajanie się do nowej… nie no, jeszcze dostanie się im gorsza jakaś, albo porządna. To by dopiero było!

Sprzątająca i pieląca?

Nie, trzeba było trzymać wsio na pulsie, a jeszce lepiej zwyczajnie i na oku i w odległości nie mniejszej niż 3 metry… i tak była ślepawa więc raczej ich nie zauważy, no ale… lepiej nie ryzykować. Trzeba było jej pilnować, bo ostatnio jakoś tak się oddalała. Przestała przychodzić do Białego Domostwa, tak naprawdę miała gdzieś kto i co się sprowadziło, tudzie, czy kogoś ubyło, w końcu ktoś mógł kogoś zeżreć, czy ino nadgryźć, a potem te gangreny i inne klimaty…

Ale…

Musieli za nią pojechać, chociaż dobrze wiedzieli gdzie będzie.

Znowu z Nią, u Niej, otoczona inną magią, skąpana w innych mocach… Pani Wyspy czuła się trochę porzucona, ale z drugiej strony, to jakoś tak, tam też była przecież wyspa i to nie jedna. Wiele… skał rzuconych w morze, tudzież miejsc, które morze odrobinę odsłoniło… takie dziwne miejsce.

Nie mogli mu jej oddać.

Nie chcieli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No więc droga do Fjällbacki była deszczowa.

Ale no tak deszczowa, że po prostu… człek marzył o deszczu i go dostał, co prawda w dość niebezpieczny sposób, no ale… jednak dostał. I mówić tutaj, że życzenia się nie spełniają, no jak się spełniają. Po drodze oczywiście masa wariatów, bo dlaczego nie. Szaleńcy niedostosywujący swojego stylu jazdy do pogody i wszelakich wzorów wselakiego bezpieczeństwa, czy jakoś tak…

Tym razem z Malmö jechaliśmy już ciurkiem…

No wiecie, jednak pogoda, ale jak tylko przyjechaliśmy do Fjällbacki, to od razu jakoś tak, nie wiem, miałam przeczucie. Miałam przeczucie, że będzie okił. No musi być, może i znowu miasteczko łka na nas widok, znaczy wróć, no happy tears, ej, happy tears for sure, co nie? Dobra… przestało padać, więc od razu stwierdziłam, że rozpakowujemy się i Plaża Grubych Dam być musi.

No zwyczajnie…

Nie może być inaczej.

I nie było… po prostu niby jeszcze chmury, niby kilka kropel, a jednak jak tylko dotarliśmy na miejsce, to… ech… no właśnie…

Nie było tak cudownie.

Po pierwsze komary.

To jest wprost zaskakujące, i one krwiopijceskurkowańce wciąż jeszcze w tym roku były aktywne. No weźcie no, killersi momentów wszelako romantycznych… po drugie, no tak, ludzie. Nie wiem skąd się wzięli i dlaczego, tyle razy tam człek przyjeżdżał, a teraz co to? Pop spot?

Czy co?

Banda pijanych babeczek, muzyka na żywo, powariowały? Człek tutaj sobie przybywa by pomedytować, pomyśleć, li przemyśleć sprawy, popatrzyć się w naturę i tak dalej… a one sobie imprezkę tu urządziły. W onej dziczy. No rozumiem niby one spotkanie, może urodziny, rozwód, zgon teściowej, nie wiem, ale jednak serio… muzyka do tego? I to jebanie na całego? Przyznam, azaliż wżdy zaznaczę, że małpy jedne ściszyły te swoje pijackie głosy i one bijące basy z maszynki, ale jednak…

Za to zachód słońca był po prostu…

Breathtaking!!!

Wyspa Hamburg się zmieniła… Hamburgsund też. Pobudowało się ludzi, dom na domu, aż straszno, czy za rok będzie tam już knajpa? Oczywiście na pewno już zamknięta, bo ja zwykle posezonowa jestem, no ale… Szwedzi mają to do siebie, że kochają zaklejać wyspy domami. I to maksymalnie. Tak by się przejść nie dało… i mieszkają tam albo tylko w weekendy, albo przez cały rok.

Nienawidzący miast?

No nie wiem… za to ja i zachód i Chowaniec… bosko!

Chłodno, cudownie, no dobra, komary, ale jednak jakie zdjęcia mi wyszły. „Miodzio lodzio szeregowy!!!” Oj tak! I nawet wkurzające babeczki mi nie przeszkadzały w onym chłonięciu skał i morza i nieba i skał… i onych w oddali skał i jeszcze tajemniczych plusków i huknięć tępych, i oczywiście mniejszych dźwięków, dziwnych…

Magicznych…

Takie leżenie na skale jest po prostu doświadczeniem samym w sobie… a potem powrót do domku. Do tego samego co rok temu. Wyczyścili niektóre rzeczy, na szczęście, żarówki jednak spalone… no cóż. Sam domek niby taki sam, a jednak… nie do końca, kilku drzew brakuje, szkoda… ale, za to widok na sąsiada… dla tych co lubią oczywiście. Ja niebyt… i wiecie co, jarzębiny wciąż zielone!!!

Zdziwko!!!

Bo rok temu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Na skale… została wyłączona

Pan Tealight i One Wyjące…

„Ostatnio miały dużo pracy, nie dość, że pogrzeby, to i wesela, uciekające panny młode może nie były już tak popularne, ale panowie, oj ci to dopiero sobie radzili. I to jeszcze jaka recydywa. Wszelako były oburzone, ale robiły swoje, wiadomo, praca to praca, a jeśli jeszcze praca jest pasją, to już wtedy…

Po prostu były w tym dobre.

Naprawdę dobre, więc wszyscy ich chcieli, a ruch w interesie oznaczał, że nadawały się do wszystkiego. Na chrzciny i rozwody, na miesięcznice i rozdania świadectw, w szczególności tych bezpaskowych. Oj we wciórności, po prostu no chcieli je wszędzie, zwyczajnie… oczywiście nie za darmo.

A jakie miały stawki!

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… no tak, ona całkiem dobra była w wycie i łkanie, wszelakie płacze i jęki, empatyczności i nasiąkanie wielkimi i mniejszymi smutkami… ale brać za to kasę?

Ale jak to?

One się nie cykały…

Wprost przeciwnie, nie chcesz to nie. Przecież nie zmuszają wcale a wcale, każdy może świętować jak chce, chociaż… one dziwne dymki jakiejś magicznej energii wokół nich, to uczucie, że musisz powiedzieć tak, chwycić za kawałek plastiku… musiały coś kombinować. A może nie?

Może to one?

Tak naprawdę wydzielały z siebie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pakt królowej” – … bałam się. Bałam się ją otworzyć, wejść z powrotem, nowu w ten świat. Nie wiedziałam co tam będzie, przerażenie onymi kontynuacjami stworzonymi na siłę dawało o sobie znać… było ich w przeszłości tak wiele. Zbyt wiele…

Ale…

Ten pomysł, oj, tak, naprawdę.

Właściwie to tak, jak najbardziej ciąg dalszy. Logiczny i ciekawy. Wciąż trzymający poziom i fascynujący, chociaż JEJ tak brakuje, ale przecież to nie do końca ona zawsze rozdawała karty, czyż nie? Niektórzy mieli innych ulubieńców… może jeszcze żyją? A może spodobają się wam nowe pokolenia Krwawych? Noszących Kamienie. Magicznych mniej lub bardziej, kierujących się w życiu uczuciami, pasją, wszelakimi siłami, onym CZUCIEM, odczuwaniem, poznawaniem, zrozumieniem… albo tylko i wyłącznie knowaniem. W końcu to nie raj…

To wcią Piekło.

Wdowy i Wojownicy, Czarownice i Wiedźmy, Silniejsi i Słabsi… a może tylko inni? Sprytniejsi i ci, którzy nie potrafią sobie radzić? Czy będą w stanie poprosić o pomoc? Bo przecie tutaj zawsze jest ktoś, kto pomoże. I jakaś przepowiednia i jeszcze ułamek preszłości, który teraz właśnie zaczyna błyszczeć…

I…

Tak, to ten rodzaj powieści, który tak kochałam… dziwnie nieskomplikowany, a jednocześnie ukaujący tak bogaty świat. Pełen intrygujących osobowości, ale też i onych dobrotliwych, współczujących… nie do końca. Fałszywych suk i zawistnych skur… Okay, ale naprawdę. Oni tacy są… i tak, to nie jest książka dla dzieci. I tak, jak najbardziej najpierw przeczytać pierwsze tomy serii.

Może ubogie w słowa, ale i tak wciąż kreujące TAKIE światy, obray i postaci, że… ech, zwyczajnie człowieka to kręci!

Dobra kontynuacja.

Budzicie się rano, a tutaj noc za oknem!!!

W końcu…

Aż prawie się na prom spóźniliśmy tak nam ona mroczność chyba do łba uderzyła… no po prostu, żeby wjeżdżać ostatnim na pokład, no wiecie, co?! Moje miejsce zajęte? Jak tak można… kurcze, gdy to piszę właśnie za oknem pierwszy od dawna sztom, ale rozwala mózg, no mniejsza, wróćmy te dwa tygodnie wstecz. W inny dzień, poranek, mało jasny, wszelako jednak wciąż parny. Na sczczęście morze względnie płaskie, ino lekkie telepanie, więc dobre choć to, podróż wodna zaliczona, całkiem szybko poszło, aż sama siebie podejrzewam o przyśnięcie…

No szczerze!

A potem w samochód.

Ystad przywitało nas i słońcem i deszczem, a potem to już wszystko tylko rozjeżdżało się w deszczu. I to jakim! Ulewa jak się patrzy, aż wycieraczki skrzypiały. W sklepach, co było lekko zaskakujące, wcią jeszcze party krabowe poostałości. Oczywiście krewetki i inne tam morskie twory dostępne są wszelako rok cały, ale ten charakterystyczny zapaszek, oj nie dla mnie on… ale wiecie, siku trzeba zrobić w kulturalnych warunkach, więc polecam ICAę pod Ystad. Tak z drugiej strony, wiecie, tak jak na Malmö się jedzie, no to tam. Duża taka, po prawej!!!

Fajny kibelek.

I poczta…

Droga do Malmö deszczowa, ale jeszcze względnie spokojnie, dopiero w mieście się rozpadało, a człowiek sobie zaplanował akupy do kalendarza światecznego… wiecie, robię go od kiku lat, jakoś tak, wolę na zapas, nigdy nic nie wiadomo, a wcią w ciągu tych kilku miesięcy człowiek zapomni co kupił…

No mniejsza, odwiedziny w Polonusie.

Tak, kupiłam chałwę…

… no co, guilty pleasure! Ale przyznam się, że coś z tym jedzeniem z Polski jest nie tak, jakoś tak awsze ląduję potem w kibelku i ogólnie mi niesprzyja mocno ono… nie wiem, osukana się czuję. O wiele lepiej rozejrzeć się w miejscowych sklepikach, a jak ju traficie na coś z ogródków, to skarby panie i panowie, no po prostu skarby wszelakie i niesamowite! Tylko… tylko że w tej części Szwecji, onej brzeżnej, to takich miejsc mało znalazłam. Dlatego poleźliśmy do księgarni. Zarąbistej księgarni SF z Tardisem w środku, albo na odwrót, kto ich tam wie…

No i potem miała być herbata, bo Chowaniec uzależeniony od angielskiej torebkowanej, wiecie, tej od księcia Karola… kurcze, jak to piszę, to wszyscy się w Balmoral spotykają… więc moe już króla? Złe myśli… może jednak nie, może dotrze do setki i w ogóle wszyscy jakoś przetrwamy ten kryzys i…

Nie wiem, ale trzeba jakąś butlę z gazem skołować jak za dzieciaka.

Na te wyłączenia prądu, czy coś, już zapowiedzieli bezlampkowe święta. Jul po ćmoku, hygge bez światełek, tosz przecież to jest okrutne!!!

No weźcie no… ale…

Wracamy do wycieczki… więc kądujemy w brytyjskim shopie, bierzemy te herbaty i inne tam, nie wdajemy się w sczegóły i moją obsesję dotyczącą pewnych postaci literackich z UK. Tudzież… ten fudge… pomarańczka czekoladowa i to miętowe coś z Lake Districk! No genialne!!!

Chcę!!!

Nie było…

Świat jest okrutny i uświadamiałam to sobie jednocześnie moknąc smutnie, ale też i ciesząc się wodą z nieba, gdy tak stałam pod platanem na rynku, widząc parę nowożeńców z parasolkami – hmmm, kurde, raz nowożeńcy wychodzący z ratusza, potem para szykująca się na ślub i nasza rocznica ślubu… symbolizm? – czekając na Chowańca, co to ma nogi dłuższe, który poleciał po samochód, bo przecież ze mną to będzie drobił jak kaczuchna i obydwoje mchem się i wodorostami pokryjemy…

I w ten sposób resztę drogi byłam mokra…

I to z klimatyzacją w aurze deszczowej jadącą.

Przepis na koklusz i suchoty!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i One Wyjące… została wyłączona

Pan Tealight i Ten Odważnik…

„Ważył ludzi nie piwo warzył, ino ludzi, koszmar dietetyczny… onych napchanych pulpecikami  pseudomięsa nie będącego mięsem, z sojowych paścideł, chrupek zero kalorii i tym podobnych.

Wszelako jedzących, a jednak zawsze będących głodnymi.

Umartwionymi wiekuistą czytaniną co to się na etykietach tliła, onymi literkami, cyferkami, liczbami i tym podobnymi, oznaczeniami bliższymi potomkom Mendelejewa… chociaż wróć, czy on miał potomków? A może nie… może to sprawka kogoś innego, te wszelkie okresowości, tabliczki niemnożne i tak dalej… pierwiastki, widział ktoś jakiś, jakiegośc? Znał?

A może był w związku z jakowymś?

No i ono jedzenie niejedzenia?

I jeszcze… normalnoś abnormalności?

Ten Odwanik był skrupulatnym, łysym, starszym panem w prochowcu z nieodłączną, nicym do dłoni przyczepioną, teczką lekarską: czarną, czystą, ale już tak znoszoną, że otarcia ukazywały wielokrotną kolorowość podszewek i zaszewek, szwów naciąganie ponowne, a potem znowu, dodawanie innych sznurków, niteczek, ćwieków i zamka smarowanie, cerowanie, klejenie… ale gustowne. Stara, dobra szkoła, gdy to miało się jedno i o jedno się dbało…

… bo jak inaczej się mieć miało?

Cokolwiek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedziemy na wakacje?!

No dobra, to nie do końca wakacje, bo przecież i jakaś tam praca, ale nie będzie internetu, będzie tylko dzicz wszelaka, starocie, możliwe są łosie, oraz deszcz, bo go zapowiadają, ma być też zimno… dziwnie, znaczy, zimniej niż u nas, a może tak samo, bo przecież koniec sierpnia wciąż był na Wyspie dziwnie zbyt ciepły, nadmiernie parny i wszelako męczący, no ale… jednak jedziemy…

Żeby nie było, w obecnej sytuacji wszelako światowej, wszystko jest droższe, mniej dostępne, dziwnie zastraszone, więc… zbieraliśmy na te 8 dni poza Wyspą. No wiecie, szczere mówiąc, jakoś tak dorosłość nie pobłogosławiła człowieka opływaniem w finanse. Winię za to tylko siebie, bo nie podczepiłam się pod social media wcześnie, a teraz robić z siebie pajaca na TikToku…

Nie dla mnie.

Ale… coś planuję.

Czy z tego będzie finansowa hossa? Nie wiem, pewno więcej stresu, zachodu i roboty niż mamony, no ale, coś trzeba. Trzeba coś zrobić, bo marzenia może innym się spełniają ot tak, mi nie. Trzeba cisnąć… trzeba im wciąż przypominać, że mają się spełniać. Mają i już, bo ja tak chcę!!!

Tak.

I jak najbardziej, to nasa taka jedyna wyprawa. Jesteśmy nudni i wyspowi cały rok… czy bylibyśmy tacy z większą ilością kasy w kieszeni? Możliwe że nie, wróć, chyba nie, na pewno nie, ale tylko w kierunku Północy…

Bo piękną jest.

Chociaż zdrożała…

W świecie tych przecen i wyprzedaży letnich jakoś tak, kurcze no, jakoś tak drogo. I tak wielu rzeczy nie ma. Widok pustych półek mnie przeraża, jest aż nazbyt znajomy. Aż nazbyt, obecnie, świadomy. W końcu wtedy człek był dzieckiem, teraz przez moment zaznał jakiejś tam spokojności konsumpcyjnej, chciałby popaść może i w jakieś szaleństwo, ale po co, na co…

Choć może…

Tak spróbować, zabawić się, sprawdzić, czy to rzeczywiście działa?!

Na wszystko, na spokojności.

No ale… od początku miało być, więc… jeśli planujecie wyprawę, należy najpierw zabookować sobie jakieś miejsce tam, no w moim wieku to już kibelek być musi, bez urazy, robię w lesie jak trzeba, nawet lubię, wiecie, ta poprawna postawa i tak dalej, ona naturalność. Ekhm, z naturą obcowanie, ale jednak prysznic wieczorem jest musowy. Nie mogę inaczej! No więc najpierw trza coś znaleźć, a jak planujecie już tak poza sezonem, to pewno i będzie tanie AKA w końcu mnie stać. Wyjazd z Wyspy oczywiście oznacza też prom, w końcu samochodu nie weźmiemy do teczki jak George Jetson. Zresztą, z dwojga złego wolę prom.

PS. Wiedzieliście, że George urodził się latem 2022 roku?

Hmmm…

No ale… wracamy do promu, wcześniejsze bookowanie oznacza, że możecie się załapać na tanie bilety, tanie onacza 99DKK za auto i dwa człowieki… i tyle, to jest najważniejsze. Nie macie wpływu na pogodę, na fale, na nic.

A potem… treba rano wstać… c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten Odważnik… została wyłączona

Pan Tealight i Inne Słowa…

„One jeszcze nieużyte.

One wszelako zapomniane lub one zmienione ostatnio, które znowu chcą być wypowiadane i wyśpiewywane… ale już nie są sobą, tak naprawdę i nie wiedzą, nie są pewne czy w ogóle wiedzieć chcą… słowa, które dopiero miały się narodzić, nazwy, imiona, wszelakie określenia na rzeczy i sprawy, których jeszcze nie ma, lub też zostały zapomniane, dziwnie teraz niepotrzebne.

Nie ich to czas.

Nie ich moment…

One niewymyślone jeszcze.

Bo zwyczajnie nikt nie miał odwagi, by określić coś, co było, drżało, spoglądało na wszystko i wszystkich i domagało się nazwania. Jakiegoś określenia, imienia może nawet… a jednak, odmawiano mu tego, określano IT, co było i tak samo w sobie słowem dość niezdecydowanym, pełnym depresji i napadów bulimicznych… no weźcie no, jak tak można traktować słowa…

One…

One wszystkie zebrały się pod domeme Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i domagały się azylu. Schowania gdzieś na stronach, między zasusznymi kwiatami i liśćmi, gdzieś w książkach, do których nie zagląda tak często, pomiędzy listami i papierami, nawet rachunkami za wspomnienia… kartkami z czyichś wypraw, które się odbyły i nikt już o nich nie wspominał… onych wybrmiałych radościach, smutkach, marzeniach… może i spełnionych?

Chciały schronienia.

Bo miały dość bycia używanymi, istnienia w świecie, gdzie ludzie nimi sobie ryje wycierali i dupy zarazem, czasem jednocześnie i w łej kolejności!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobrze…

Tak naprawdę, to wciąż susza.

Tak naprawdę, dla wielu wciąż lato, ale dla Skandynawii to już jesień. Od pierwszego września wsio daje się zamierać. Mocno. Jakoś tak zwalnia, krzyczy REA! Znaczy tam, wiecie, wszędzie wyprzedaże… znaczy, nie podniecajcie się tak, nie u nas, bardziej tak na przykład na wybrzeżu Skandynawii.

Oj, tam to dopiero wyprzedaże, a wiem, bo właśnie wróciłam.

Wróciłam ze świata be internetu… bosko było.

Ale…

Oczywiście powrót do codzienności był dość dużym szokiem. Wróć, wciąż jest. Przecież dla nas Wyspa to codzienność. Praca, życie, podatki, podwyższone podatki, brak dopłat, ceny idą w niebo, kurna no!

Co się dzieje?

Czasem myślę, że zdałoby się jakoś tak zatrzymać, zamknąć się w domu, nie używać prądu, nie zużywać wody… ale czy się da? No nie da się. Lodówka być musi, woda w zlewie też, coś pić trzeba. No dobra, to tylko ta lodówka i jeszcze woda… ale książki. Książki być muszą, no weźcie no. Jak ja mam tak bez książek? Przecież to się nie da. Przecież to wszelako jest już zdechł pies!!!

Albo i KOTEK!

Kto wie skąd KOTEK?!

Ludzi mniej…

Prom dziwnie puściejszy.

Dałoby się zwolnić, tutaj można, ale jakoś tak, ta ciągła susza, nie, to dobija. Za oknem czyste niebo, wieczór, ciemność się w końcu zjawia o jakiejś bardziej sensownej porze… paznokieć przybywającego księżyca… ten nów miał moc, ale chyba jakoś się rozmyła między Gudhjem a Gudhem…

A tak, jest i Gudhem na tym świecie, ale o tym póżniej.

Na razie… no cóż, codzienność.

Chwasty do wyplewienia, krzaki do przycięcia, dojrzewające śliwki, no niektóre właściwie dojrzałe, ale kurna każda z lokatorem, nosz kurna, ile można no. Ja za mięskiem naprawdę nie… od wielu lat. Zwyczajnie mi nie podchodzi, smak nie taki, źle się czuję, dziwne to wszystko, bo jako młody dorosły byłam pewna, że bez mięsa to nie życie… no i jakoś tak, patrząc na one wszelkie rzeczy, to mam rację. Ale też jednocześnie jej nie mam… no przecież żyję, czyż nie?

A może nie?

Czy u nas jest wegetariańsko? Jak się dobrze poszuka pewno jest. Wiem tylko tyle, gdzie kupiś dobre warzywka, nie jadam na zewnątrz. Szczeczerze, mnie nie stać i tyle. Taka prawda. Właściwie, to Tubylcy jadają na zewnątrz, ale częściej cuć podsmażaną cebulkę z prawie każdego okna i tyle…

Grillowy czas?

Czy ja wiem…

Czasem zawieje jakąś podpałką, może w takich miejscach bardzo wszelako rozrywkowych i turystycznych to więcej ich, mamy też kilka burgerowni sezonowych, świnia w całości… zaraz, nie miało być o braku mięsa? Zawsze można pójść do Lidla. No, nie bądźmy snobami, zróbmy sobie warzywne mielone!!!

LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Inne Słowa… została wyłączona

Pan Tealight i Zamartwiacz Zawodowy…

„Zawodowo to zaczął robić właściwie już w dzieciństwie, gdy zamartwiał się pozostawioną na zewnątrz łopatką, którą i tak ktoś zarąbał, jak się okazało rano, już po burzy, ukradł razem z wiaderkiem i foremkami, grabkami z niebieską rączką i wiatraczkiem, który był przyczepiony do wiaderka…

To wtedy zauważono jego potencjał.

… więc już tak zostało.

Zwyczajnie go wykorzystali, a dokładniej scenę, którą odstawił. Bo odstawił, oj z całej siły i całego siebie… dał wszystko z każdego swego członka.

I był z siebie dumny, ale…

Ale nie o to chodziło, kochał te swoje zzabawki.

Wciąż je wspominał… nawet teraz, gdy już był aż nazbyt dorosły, gdy miał skrytą w szopie szafę pancerną rozmiarów pięćiu słoni i trech żyraw, jeśli chodzi o wysokość, wypełnioną właśnie nimi… foremkami i wiaderkami, grabkami i łopatkami… we wsystkich kolorach i kształtach, używane i nowe, kochane i zapomniane, ale wciąż nie te. Uwielbiał je, zbierał i zabierał ze sobą, ale jednak, wciąż szukał… wciąż łkał za tymi, które zniknęły wtedy, kiedyś tam, w przeszłości tak dalekiej.

Zamartwiacz Zawodowy…

Płatności na konto, przelewem, w ofiarach ciałopalnych tudzież dusze, kości… z każdym się mógł dogadać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedma” – … Biwia. I wyspa. I magia, wszelkiej maści słowiańskie stwory, moce nęcące, moce władające, moce, od których najlepiej uciekać i… chociaż bohaterka młoda, to jednak opowieść niekoniecznie tylko dla YA. Wprost przeciwnie, spoglądajac na poboczne postacie…

Oj, po prostu to dobra powieść jest, a jej druga część już w księgarniach… chyba? Nie wiem, jeszcze nie mam. Ale nie mogę się doczekać, bo chociaż skończyło się w dość, znaczy DOŚĆ neutralnym miejscu, to jednak, już tęsknię. Za oną naturalnością opowieści, pisaniem takim jakimś łatwym, czytaniem płynnym, wydarzeniami logicznymi, oną Słowiańskością…

Tym światem znajomym, a jednak nie do końca.

W końcu uczyli nas mitologii i Greków i Rzymian, ale własnej… no właśnie, dlatego ta powieść jest i intrygująca i zabawna, wciągająca… ale też gromadzi w sobie ogromną wiedzę. Wiedzę, która dla naszych babć i prapbć i tak dalej, była trochę codziennością. Bo nie zapominajmy o tym, że Chrzest Polski nie oznaczał ot tak odrzucenia wierzeń. Nie… nie wiem co mówią teraz w szkołach, ale sądząc po internetowych wpisaach… eee, niewiele, więc… Oto macie opowieść z przeszłości, aczkolwiek założę się, iż i Domowik i Bzdzionek się znajdą u was. Może i Topielec?

Wiedźma…

Oto piękna i czarująca, dla mnie klimatycznie takie mikro „Mgły Avalonu” w odczuciu… powieść, na której dalszy ciąg się doczekać nie mogę.

W suchej trawie nie widać wróbli.

Niby niska, niby niepoorna, iemia spękana, a te wariaty się tak ukryją, że człek nagle się zbliża w jakieś miejsce, a one się nagle chmurą podnoszą. Zresztą, nie tylko one. Mewy jakoś bardziej się drą, szpaki i jaskółki szaleją grupowo. One to w ogóle wszystko tak jakoś grupowo wolą. Jakoś widać u nich jak pojedynczo, to bez sensu, no ale… wolno im. Taki mamy klimat…

Chociaż…

Teraz, to już kompletnie nie wiadomo jaki mamy klimat.

Chłodniejsza bryza wieczorami, w ciągu dnia zmyłka, że niby można oddychać, ale wejdźcie w słońce i od razu wiecie, iż coś jest nie tak. Że robią was w konia. Co najmniej w konia, pegaza, czy inne latające ustrojstwo.

Bo słońce parzy.

Wprost pali… skóra dziwnie piecze, boli.

Nie tak jak kiedyś.

Wprost przeciwnie, tak jak wtedy, gdy załapałam się na wykop w rejonie Głogowa i właśnie tam otworzyła się dziura w ozonowej powłoce. A ja skrobałam śląskie miski – AKA sensacja, więc nie można się było od tego oderwać.

I spaliłam nogę tak, że do dziś mam dziwną, woskową bliznę… dziwną, gdyż w tym samym miejscu bliznę miała Babcia… ale ona od wiecie, tych wakacji, co to Niemcy niegdyś fundowali za czasów IIWŚ.

Mewy urządziły sobie dzisiaj niezły koncert…

Ogólnie, jakby były na prochach, czy czymś?

Kurde…

… no wrzeszczą, ganiają inne ptaki, jakby w końcu postanowiły kademu wpierdniczyć, bo przecież, żyje się raz. Chociaż, czy na pewno? Kto to wie, tak z całą masą onych danych, że to i to, i to jeszcze, tak, to się wydarzy i koniec. Nie będzie ciebie… a może jednak z nas one romantyczne gwiad odłamki, nie że meteoryt pierdyknął komuś w chałupę wyganiając stamtąd, oną, matkę, teściową i dziada z babą… znaczy kochanką. Może i nawet niejedną… Współczesność ma to do siebie, że tak bardzo, cholernie chce być poprawna, więc i pewno na to jest jakieś COŚ.

Nie pytajcie mnie, się nie znam.

Chociaż, błąkając się po Wyspie, czasem człowiek ma ono wrażenie nieśmiertelności. Wiecie, że jednak się starzeje, no logiczne, gabinety medycyny estetycznej tutaj działają, ale nie polecamy. ładują niektóre w siebie tego tyle, że Chowaniec ostatnio nabrał dziwnej maniery mocniejszego się dziwowania…

Aż czekam, gdy niczym maluch jakowyś pokaże palcem i spyta się: a co to?

No jak ja za dzieciaka.

U nas chyba niektóre rzeczy widać bardziej…

Niektóre sprawy zdają się mieć więcej początków ni końców, wiadomo, wiatry wieją, wilgoć napada człeka z nienacka i jakoś tak już nie wiesz czy to było po napisach, czy przed nimi, kłaniać się już, czy jednak czekać na reżysera?

Głupio tak przed szereg…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zamartwiacz Zawodowy… została wyłączona

Pan Tealight i Pizgawiec…

„A w zadku miał te robotę.

Może chudym i kościstym, dziwnie zakrzywionym w różnych miejscach… kurcze, naprawdę dziwnie wyglądał z tej strony, jakby jego macica, której nie posiadał, połknęła trapez a potem jakimś trójkątem zakąsiła… i jeszcze wiecie, na deser kozła z porożem w dziwne zawijasy dorzuciła. Ot, taka dieta. Mocno nieschematyczna. Mocno zaburzona, albo… w końcu prawdziwa?

W tym świecie warto się martwić rzecami, ale nie tą.

Na pewno.

Chyba?

On się martwił, ale tylko w soboty, prze resztę tygodnia zwyczajnie pigał wszystkim co go nie interesowało, a się mu narycało, gdzieś. Pod szafkę, do rzeczki, pod mostek, na mostek, z mostka… z drogi, auta, roweru czy tramwaju, z korytarza, banku, restauracji… w powietrzu latały dookoła niegoo i rowere i talerze, maszyny do pisania i skrawki materiału. Zawsze miał na sobie podarte ciuchy, ciasno opinające to dziwnie wysuszone ciało. Jakby niechcące żyć, a jednak… ni to mumia, ni wiecie, model katalogowy. W dzisiejszych czasach nie wiesz.

Nie rozpoznasz.

No chyba że cię pizgnie… to wtedy, może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szarość…

Lyse nætter się skończyły, co więcej, pojawiła się, przynajmniej przeze mnie upragniona, szarość ona poranna. Cudowna, przechodząca w szarość dnia, lekki wiatr, chłodny, w końcu nic nie pali, w końcu można oddychać…

Morze słychać…

Jakby nic nie zaszło, jakby przez ponad miesiąc świat nie próbował nas stopić, spalić i wszelako w popiół zamienić. Jakby… nic nie zaszło, tylko ta trawa taka dziwnie niska, nieistniejąca, wszelako złota, biała prawie. Ten piasek zamiast ziemi, one spękania, wszystko dziwnie osowiałe…

Tak, wciąż nie pada, ale ma.

Wciąż nie pada, ale znowu obiecali…

Podobno premier Polski zjeżdża i inni, ale… spojler alert… gdy to czytacie, nie ma mnie na Wyspie. WOW usz mnie spotkanie na szczycie obejdzie bokiem, nie żebym chciała cokolwiek, wselako jednak, niech mnie ktoś oświeci, dlaczego to tutaj się zjeżdżają. Wiem, że nas łatwo poświęcić, historia kocha się powtarzać, ale szczerze, może to dobrze, że nas nie będzie…

Przecież zafundują nam kocioł!!!

Wiecie, w wymiarze ochrony, policji i tak dalej…

Ale… nic to… szaro dziś jest 25 sierpnia jest wietrzny, szary i wszelako oddychający. Człowiek nagle jakoś tak… żyje.

Ale…

Dość o pięknej pogodzie i szarości, o końcu jasnych nocy i takich tam, wracamy do… jesieni, bo przecież z końcem sierpnia tutaj, a dokładniej w całej Skandynawii zaczyna się jesień. I już. Przyjeżdżacie do Szwecji 1 września i wsio pozamykane. I nie, nie żartuję, już tak pocałowaliśmy klamki kilka razy.

Zawsze warto sprawdzić w Googlu czy coś jest otwarte, potem na ich stronie, potem na jakimś innym ustrojstwie, a potem jeszcze zadzwonić. Naprawdę. Wszystkie media potrafią mieć inne wiadomości. Na szczęście… jestem człowiekiem, który najbardziej kocha zwiedzać to, co otwarte prawie przez cały rok.

Przyrodę.

Niektóre ruiny.

Groby…

No co? Każdy ma swoje szaleństwa!!! Jedni wolą lupanary inni kamienne grobostwa, wselkie osuwiska, ostępy i przestępy leśne. No wiecie, dla każdego coś innego, coś miłego, coś pięknego… chociaż, przecież one piękno to definicja dla każdego inna, więc, kto to tam was wie. Może nie widzicie w szyszce oszałamiającej matematycznośc Matki Natury? Jak ja? A może to mi odbija…

He he he!

Właśnie się dowiedziałam, że u nas w Gudhjem bryza, ale w stolicy gorąc…

He he he!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pizgawiec… została wyłączona