Pan Tealight i Podświadomość…

„Podświadomość była ostatnio nie dość, że bardzo poirytowana, to jeszcze chodziła wciąż w butach na ogromnych obcasach, których nienawidziła, ale stwierdziła, że trzeba rozchodzić… wiecie, te kryzysy i tak dalej… i jak je rozchodzi, to w końcu jakoś zaczną do siebie wzajemnie pasować i już tak zostanie… a ona w końcu chodzić z wyżej frunącą głową będzie mogła.

Bo widzicie, Podświadomość miała kompleks niższości.

Dosłowny.

Pan Tealight przez dłuższy czas starał się jej wpakować do głowy, tej nisko położonej, że przecież to nie ma znaczenia, szczególnie przy jej umiejętnościach, tych manipulacjach, przy jej mocach, właściwie opisywanych jako magiczne i jeszcze… no wiecie, w końcu była sobą… SOBĄ!!! Kimś, kto się byle komu nie kłaniał, a na tych obcasach wywijała już orły, mewy, wrony i ogólnie mówiąc, każdy ornitolog by bielika zaliczył, gdyby zobaczył one ptactwo… naprawdę.

Ale nie dało się…

… więc chodziła w tych butach, a one ją piły w palce i pięty obcierały, i coś do kostki się jej przylepiło, więc skarpetki, więc bandaże, plastry i inne tam, maści jakoweś, listki, nielistki, nawet rozgnieciona ważka z wodorotlenkiem mniej określonego metalu… lepiej nie mówić, niebezpieczne to…

… jak zapałki i gaz.

Albo wiecie… benzynka.

I tylko Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, która ostatnio znowu bawiła się kryształkami jakoś tak wcale się temu nie dziwiła. Spoglądała na swoje kobaltowe, własciwie prawie purpurowe w onej kobaltowości buty i stękała. Powinna była coś zrobić… ale bolało… kryzys bolał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Może skromnie, ale to udało mi się zdobyć. Niewiele, ale jednak, ważne, że jest… wiem, iż nigdy nie będę mogła swojej biblioteczki odrodzić… nie odzyskam tych książek, ale chociaż część… chociaż… smutne to…

Poranki zaczynają się już coraz bardziej wcześnie.

Dotakowo wschodzące słońce bezczelnie znajduje każdą szparkę w zasłonach czy żaluzjach i sprawia, że wydaję dźwięki jak jakowyś wampir czy wąpierz. No wiecie, pierun wie jak to jest, mało doświadczenia mam, ale syczę pięknie. Czasem nawet dymię… jakoś tak nie rozumiem dlaczego tak musi być. No wiecie, jasno… oj wiem wiem, wiem… no przecież zdaję sobie sprawę z tego, iż rośliny potrzebują promieni słonecznych by przeżyć. Właśnie próbuję uchronić pieprzniki moje. Znaczy się, jak one się nazywają, no takie rośliny, co to wiecie, nie a bardzo wodę lubią, słońce też nie do końca, ale jednak internet kłamał, bo kazał mi trzymać je bez słońca, a się wydaje, że jednak potrzebują… w końcu znalazłam odpowiednią stronę.

Tyle to kurde zacodu z tymi roślinkami… ale… lubię je.

Bardzo.

Czy ludzie tu mają fioła na punkcie roślin? Oj tak, w szczególności storczyków wszelakich tam, do których takie fikuśne patyczki są. Ale spogądając na sklep ogrodniczy, to przede wszystkim gotowe bukiety wychodzą. Czy dla teściowej, żony, matki, kochanki, tudzież żyjącej, czy już nie. No co? Na grobach to może nie jak w Polsce, ale jednak casem coś stoi, leży, czy kwitnie.

Wychodzi na to, iż więcej wiem o wystroju grobów niż domów.

Ale można sobie domy pooglądać na stronie boligsiden. LOL

No wiecie, znowu, więc wiedzcie…

Świat się kręci, tu sprzedają, tu kupują. Tego stać tamtego nie stać i tyle. Większość jednak wciąż spogląda na ceny i się dziwuje. Ale, drugiej strony, jakoś tak, jakoś… nie widać popłochu. Wszyscy mówią, że drogo, ale jakoś tak, po prostu, starają się chyba przeżyć.

No i wyjazdy zagramaniczne nadal w modzie.

Bo przecież…

Nie, nikt się nie boi zarazy, chyba, nie wiem… raczej wszyscy mają już wszystkiego dosyć. Kompletnie dosyć. Jakby zwyczajnie byli już na onej granicy mocy wielkiej czy mniejszej, jakby już mieli wszystkiego dosyć.

Wszystkiego!!!

Ale…

Jak na razie, po dniu ciszy znowu wieje, więc wybaczcie, ale będę smarkać i kichać i zapewne mnie wysyfi… właściwie, to dlaczego mnie wysyfia na sztormy? Wiatry przynoszą jakieś kokistrepto? Czy inne tam prądki tudzież wiecie, no wiecie, co nie? Ale przecież… przecież na logikę to teoria jest prawilna, ale z drugiej strony…

Z drugiej strony miesiąc wiatru to przegięcie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podświadomość… została wyłączona

Pan Tealight i Mur…

„To nie był welon, jakaś zasłonka…

… nie była to nawet pajęcza mglistość, czy jakowyś dziwny zbiór wszelakości oddzielający jedno od drugiego… dziurawy albo tylko takim się zdający, falujący, jakby oddychał, jakby przemeniał tlen w dwutlenek węgla, a może jednak nie? Może ino udawał, by upodobnić się do tego, który na niego spoglądał…

Na pewno był dziwny.

Albo nie, raczej atypowy, lub raczej, dopiero co poznany, więc po co się od razu tak jakoś tak uzewnętrzniać, negatywne myśli w sobie wzbudzać i tak dalej, nie lepiej po prostu podejść? Pokłonić się i przedstawić, przywitać, porozmawiać o pogodzie i jakoś tak umiejętnie, mniej lub bardziej wstrząchnąć do rozmowy: a po kiegu tu stoisz? Ale wiecie, poprawnie politycznie, poprawnie i grzecznie…

Bo oponent czy współrozmówca, czy cokolwiek tam, może jednak ugryźć.

I to jadowicie.

Zapewne w przypadku takowych zasłon, murów czy innych parawaników ono gryzienie i kopanie nie musi być czymś, co jest pewnością ale przecież nigdy nie wiadomo… a co jeśli to jedna z tych innych, zaskakujących? Może i nawet przed torturami poda ciasteczko z bitą śmietaną i konfiturą, herbatkę, spodeczek i do tego malutką cukiernicę, bo przecież czemu nie… jak już, to na całego iść.

Niech ofiara tłustą będzie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zrobiło się chłodniej i zanurzając się w oną lekką mroźność, czy też raczej coś, co ją przypomina, oszronione szyby, lekko śliska nawierzchnia, którą  łatwością roztapia podeszwa, jakoś tak człowiek czuje się normalniej. Jakoś tak… i chociaż oczywiście śnieg nie pada, bo przecież i po co, na co? Dlaczego miałaby być jakaś tam zimowa zima, to chociaż ona chłodność jest taka, jakaś taka znajoma.

Wrażliwie sondująca myśli i duszę, jakby sprawdzała, czy tęskniliśmy…

Tęskniliśmy.

Ale nie zostaje na dłużej, znika, odchodzi, nagle najpierw zauważasz dziwną ciszę, która była do niej przywiązana. Tak, nie zauważyłeś, iż zrobiło się i chłodniej i ciszej zarazem, wiatr na moment odszedł, by znowu powrócić… ale masz jeszcze kilka godzin, więc wdychasz i zimno i ciszę i mrok ten, taki kojący…

Noc nadeszła, a ty znowu nie zauważyłeś jej najścia wgapiony w ten cholerny komputer, który odmawia posłuszeństwa… kolejne literki odchodzą w niepamięć, a wielokrotne sprawdzanie tekstu sprawia, że wątpisz w swą poczytalność… tym razem naprawdę. W pełni i do końca…

Nie wiem po co?

Oczywiście, że takie pisanie jest łatwiejsze, w końcu kto by rozcytał moją demotykę w notesach, sama mam problemy… i jak przesłać to komuś? Chociaż, czy wciąż chcesz cokolwiek komukolwiek pokazywać?

Chyba już…

Chyba znowu już nie…

I nagle, w otoczeniu onej mroczności i ciszy prawienocy, jakoś tak… dochodzisz do wniosku, że znaczenie naprawdę ma niewiele rzeczy… jak list od kogoś z daleka, amówiony notes, książka, którą świetnie się czyta, prawie smakuje…

I jeszcze ktoś obok.

Może i nie do końca cię rozumie, ale jednak, jest i czasem to wystarczy.

I do tego jeszcze może te małe rzeczy, które niosą ze sobą wspomnienia, wszelakie. Wspomnienia zimne i ciepłe, światów odwiedzonych, dziwnych niereczywistości, podróży, pogłaskanego łosia, skały, drzewa… miejsc na Wyspie, do których chcesz wciąż wracać… wciąż i wciąż, i wciąż. Tak po prostu, jakbyś nie mógł się nimi nasycić, ale też i tych, których unikasz, bo przecież i takie są…

… tutaj…

Mówią, że by pozostać we względym psychicznym zrowiu potrzebujesz poprawnego odżywania i diety, rozwoju umysłowego i ćwiczeń oraz jakiegoś wsparcia społecznego. W moim przypadku to ostatnie oznacza, że państwo zezwala mi na brak kontaktu z innymi ludźmi. Wiecie… dziwne to, ale fajnie mieć taki papier jak się jest mną… ale ty może wolałbyś one spotkania przy świeczkach, picie wina  kartonu, może robienie piwa w domu, te popularne…

Bo teraz, wciąż jeszcze Wyspa jest dla nas, mieszkających tu, więc nie przerażają nas wieści o tym, że coś się tam fajczyło w sommerhusach. W końcu kto przyjeżdża teraz? Tylko… tacy jak my? Czy raczej nikt? Koniec stycznia, zaraz będzie znowu lato, więc trzeba korzystać z ciszy i bycia sobą.

Bycia sobą…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mur… została wyłączona

Pan Tealight i Kociołek…

„Czarny, na nóżkach, ale bez bucików.

Dziwnie niewielkich nóżkach, ale z onymi pazurkami, z całą fascynującą komplikacją kości i skóry, która się nośnym częściom ciała przydarza, ale jednak, no wiecie, że też mu zimno nie było… znaczy przydarza się i one osobniki chodzą, biegają, maszerują, skradają się czy nawet uciekają, ale… dlaczego bez butów?

Właściwie, przecież te buty są takie nieobowiązkowe.

Może chodziło o pewnego rodzzaju naturyzm, a może brak czucia, chociaż jak drapnął jedną z Wiedźm z Piecyka, to było takie ajwaj, że cała Wyspa słyszała i kraje dookolne. Niektórzy nawet mówili, że jakieś wstrząsy były odczuwalne, czy coś… no cóż, co kraj to wytłumaczenia, a tutaj ino ałka. Zabandażowali, dali plasterek z kucykiem, tak, to jedna z TYCH Wiedźm… i zapomnieli o tym.

Potem wiele rzeczy się wydarzyło, ale to już inna sprawa.

Inna.

Co do Kociołka, to był gotowy. Naprawdę. I bardzo zadowolony, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane go w końcu znalazła. Jakoś na tych małych trzech nóżkach trudno mu się chodziło, wiecie, i stąd te pytania o buty, bo gdyby były… ale lepiej nie wspominać, zaraz robiło się dziwnie…

Drażliwy.

Wiedźmie Wronie to nie przeszkadzało.

W ogóle…

… dlatego tak do siebie pasowali. Tak dziwnie, mocno… chociaż był czarny, nie kobaltowy, to jednak, od razu było wiadomo jak połączyć kropki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śmierć mrocznego lorda” –  … tia… takie stare fantasy. Wiecie, w takim typie, jak to rewiej pisano. Jak to niegdyś się czytało. Powieść niewielka, nowela właściwie pisarki znanecj z cyklu o Anicie Blake, światach w tym świecie, światach równoległych, wróżkach, czarach, magii…

Tym razem znajdujemy się w nie do końca określonej prestrzeni, ale określonym mieście, gdzie żyje dość specyficzna „rodzina”. Bardziej zlepek ludzi, którzy mają swoje uprzedzenia, traumy, umiejętności, których charakteryzuje to, w jaki sposób przetrwali swoje dotychczasowe życie, ale nie tylko… też i niechęć w kierunku…

Magii.

Ale oczywiście ona familia, to nie jedyne osoby, które poznajemy… jest ono dobro i zło, są siły, którym można się poddać lub z nimi walczyć, oraz świat, może lekko tchnący przeszłością, może i prawie wiktoriański, może nawet wcześniejszy… no i ta okładka… nie no, to wszystko to takie lata dziewięćdziesiąte…

… i niestety w onej gorszej odmianie.

No co?

Ksiąka jest po prostu kiepska. Od razu wiadomo co i jak, dialogi są sztywne, sztampa, wszelaka nagminność występowania tego, co niepotrzebne, durnych wypełniaczy zamiast podać nam bardziej na tacy bohaterów. Ale… jednak jakoś tak, wiecie,  sentymentu… zabawne to było. Nie żeby to była komedia, chodzi racej o fabułę, o oną historię, której tak naprawdę… nie ma. Znaczy jest, ale jakoś tak nie ma. Jakoś tak została wypłukana, iż choć wiemy, co ma się stać, od pierwszych stron, to jakoś i guzik nas obchodzi, a przecież powinniśmy coś czuć…

… więc niezbyt polecam, ale jak ktoś lubi liznąć onej zeszłowiecznej, ale nie klasycznej, przeszłości fantasy, można poczytać… taki to trochę, z jenej strony niewykorzystany potencjał, z drugiej tragedia.

W ramach podróży poślubnej, wieki temu, polecieliśmy na Ibię i tak, oczywiście, że powiązałam to z pracą, ale się nie liczy, bo skarabeusze, archeologia i tak dalej… po co gdzieś jechać jak nie ma staroci? No weźcie no, nie można tak. Ja nie umiem leżeć na jakiejś plaży i nicnierobić. Nie potrafię i uważam to za marnotrastwo wszystkiego. I tak, jak czytam też czasem chodzę, lub stoję… No jak nie , jak tak. LOL Pionizacja to fajna sprawa, a czasem można i dwa w jednym osiągnąć…

Ale…

Polecieliśmy na Ibizę…

Taka tam podróż poślubna, jak człowiek po ślubie już był dwa lata chyba, a i studenci kasy na podróże nie mają, ale wiecie, człowiek był w tym dziwnym świecie i ten świat mnie przeraził jeśli chodzi o oną plażowość, gołych ludzi, jakoś ona golizna tam jest inna, no nie wiem… tutaj przecież… ale, dygresja… chodzi mi o to, iż jeszcze w wieku zeszłym Baleary były częściowo chronione jako park narodowy, czy coś w ten deseń. Wiadomo, iż Ibiza miała być imprezowa, że cała reszta też, ale pewne wyspy, elementy ich… można było tam być tylko przez kilka godzin.

Sporadycznie zanocować… po chmurką.

Teraz człek patrzy, a tam wszędzie ludzie!!! Nosz zrozumcie moje zgorszenie oną ludzką durnością. A miało być tak pięknie, ale… o co chodzi i do czego nieudolnie kręcąc zmierzam, a o to, by mieszkali na Balearach, wiecie, ci co tam naprawdę mieszkają, a nie ino kurna wille bogatych przyjednych…

Poobno mają zmieniać prawo i tak mi się skojarzyło z Wyspą…

Bo mamy problem.

Problemem są oczywiście bogaci, co to pokupili domy, a teraz nie wiedzą jak to umiejętnie sprzedać czy też podnajać, ale w miarę legalnie. Okna puste, ciemne i ściany niezabane, już nie malowane raz w roku, nie bielone, nie ółcone, straszą… kiedyś tak nie było, wiadomo, wsystko się zmienia, ale to…

Koleś, który pół Gudhjem wykupił oberwał z karmy, ale wiecie jak to jest z tymi kasiastymi, na pewno się wygrzebie… a ty wykły człowieku co chces tutaj mieszkać nie możes łatwo nabyć posesji w znośnej cenia, chociaż… Jak usłyszałam ile kosztuje mieskanie w mieście, to po prostu… tutaj za taką cenę dom z ogródkiem! No ale… co miasto, a co pustkowie, pewnie dla wielu depresyjne… jednym odpowiada powietre świeże, morze, widoki i takie tam, a inni mogą mieszkać z kimś okno w okno.

No więc…

… jak już kiedyś pisałam mamy ono prawo, w niektórych miejscach Wyspy, iż kupić można wyłącznie domy. W znaczeniu trza tam mieszkać cały rok i tyle, gotować tam i srać, a jeszce najlepiej dzieci robić. Nie żadne tam sommerhusy – choć tam dzieci chyba też wychodzą, co nie? Nie wiem, nie próbowałam… Nie że kupujecie coś, co wynajmiecie i tak dalej… jednym z takich miejsc jest właśnie Gudhjem, ale jak masz kasę, wsio można wyminąć. Problemem jest też zauważalny i dla mnie bardzo dziwny kult milionerów-miliarderów, czy jak to ich teraz zwą.

Wiecie, tych, co mają…

I teraz koleś ma, właściwie nie wiadomo po co mu, pewno, jak to hotele, to firma działa, przynosi zyski, ale robienie z domów knajp, nie tutaj! I po protestach, oraz biciu tych, co protestowali prez wyznawców konsumpcjonizmu miejscowego, tudzież mających w dupie spokój jakowyś codzienności… bo przecież to jest tak, że oczywiście, to jest miejsce turystyczne, ale nie przez cały rok. Zresztą, nawet w miejscu turystycznym, a jeszcze tak bliskim naturze powinny być mocniejsze obostrzenia pomagajace miejscowym, bo bez miejscowych to wsio się zapadnie i zgnije…

Ale…

No właśnie… w Danii każde obostrzenie ma swoją cenę… niestety.

I wielu na obejście go stać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kociołek… została wyłączona

Pan Tealight i Jedna nóżka…

„Zwykle pojmowało się je jako parę.

Czasem ktoś narzekał, że jedna dłuższa, ale to i tak w związku z oną drugą, która jakoś jej nie dorastała, albo jakoś tak ta pierwsza zmalała czy coś, więc tak, były jednością, jak uszy czy dłonie… wszystko, co parami występowało. Wszystko, co zwyczajnie miało się razem, co chciało występować podwójnie…

Ale nie do końca widać wszystko…

Bo ona chyba nie.

Tak stała koło wideł z czerwoną rączką, wiecie, tych Wideł Wiedźmy… wideł, które wiele widziały i w wielu miejscach były, wszelako wszystko słyszały i wszystko zapamiętywały, a co więcej, no właśnie, same potrafiły też puszczać w eter różnorakie informacje i skomlikowane opowieści. Ale czy z tego towarzystwa były zadowolone, Pan Tealight nie był pewien. Wprost chyba przeciwnie, ale jakoś wolał nie podchodzić, tam, pod śliwkę… gdzie coś się zaczynało kłębić…

Coś, nie ktoś.

Ktoś stał obok niego i podobnie się dziwiło ono ktoś.

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane miała zagwozdkę i wcale nie paliła się o jej rozwiązania. Z jednej strony taka noga, to wiecie, oj tam, może się przydać, do wymiany, czy coś, ale z trzeciej strony, pomijając drugą, o której lepiej nie mówić… no mogła zacząć wonieć.

Mogła…

Albo co gorsza, kogoś przywołać, bo niektórzy lecieli na nóżki, a już na stópki to leciało ich tak wielu ostatnio… podobno, Pan Tealight w końcu zajmował się ludźmi wyłącznie hobbystycznie, więc… nie wiedział wszystkiego.

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Kurcze, chyba już dawno tak nie było żeby nawet promy się pochowały. W końcu jest Anker, wielki i ciężki, wiecie tam z żelaza i stali, a nie jakieś auminiumy, znaczy, nie żebym się znała, ale jest takiej starszej formy i prezencji, więc… to on zwykle w stormy wypływa, ale tym razem zatrzymali go dłużej, no i… wynik tego taki, iż i tak będie bujało, ale wiecie, jakby ścisną dwa kursy w jeden, znaczy cztery w dwa, jakoś tak, czy inaczej. No będzie się im opłacało, chyba… ale to dziwne, że nawet on został zatrzymany w porcie na te kilka godzin, przecież…

No mniejsza, miejmy nadzieję, że znają się na tym, co robią?!

Miejmy?

Promy kursujące między Wyspą, a resztą świata, czyli Koge i Ystad, to katamarany. Lekkie, szybkie, wiecie, siadasz i ma być po prostu ino o kawce i dotarciu z punktu A do B, a jednak… ech, wciąż te sny o Pomeranii… wiem, wiem, wiem, jest już w formie żyletek, ale jednak… jakoś tak.

Ech… sentymenta!

Fale jednak będą wyższe niż zapowiadali, wszystko na zewnątrz lata, dziwne dźwieki, trzaski, stuknięcia, pukania… nie moja bajka, a jednak, moja jakoś. Tylko ta inna. Innej mniej, która… wie, że trzeba wiąć leki i po prostu to przeczekać. I już. Nie da się inaczej, chyba, że wiecie: na Dorotkę?

No co?

Ino gdzie mój Toto?

Byliście kieyś na promie, tudzież na różnych promach podczas sztormu?

No więc byłam.

Ja we własnej, dziwnej osobie, durna taka, na początku myślałam, że przecież duży, wielki właściwie statek, to mnie nie wybuja, ale leki miałam i ocywiście… bardzo szybko zmieniłam zdanie na takie, by brać je zawsze przed wyruszeniem w morze. Po prostu. Z czasem/wiekiem wcale mi się nie polepsza stan błędnikowy, więc…

Przeżyjemy to jakoś.

Ale utoksykowani!!!

Bez urazy, ale nie będę się męczyć, bać idiotycznie, miotać się niczym w grypowej gorączce, pocić, próbować wydalić z siebie wnętrzności, nie, to nie dla mnie, a tak… popatrzy se człek na zielonych ludzi, pewno że widok niezbyt miły, ale jednak, jakoś tak, no szkoda mi ich, ale wybrali tak. Pamiętam, że za pierwszym sztormowym razem, na Pomeranii, co to jest już żyletkami, a była taka piękna i pływała między Polską a Bornholmem, więc wtedy, onego czasu, dnia, sztormu… wiecie, mieliśmy kajutę, ot szalone doświadczenie, prom płynął wtedy kilka – 6? godzin, więc można się było i wykąpać i coś zjeść i przespać… no więc raz bujało, a sala jadalniana była na czubie, gdzie wielkie okna ukazywały one fale i dziób w dół i górę, górę i dół i znowu góra dół…

I wiecie…

A ja tutaj te frytki.

Wtedy to nauczyłam się, że woda tak, ale nic poza tym nawet jak jesteś na lekach w przypadku pożądnego sztormu. No sorry!!! Na szczęście człowiek jadł tuż przed wysiadką, więc… jakoś przetrwałam.

YAY!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jedna nóżka… została wyłączona

Pan Tealight i Stary Kucharz…

„Stary był i to było widać, ale że kucharz… Pan Tealight bardzo długo patrzył na niego z dziwnym niedowierzaniem… no wiecie, suchy, jakiś taki szczupły bardzo, kościsty, jakby jakiś wysuszony kurczak, wiecie, oblepione gnaty skórką, niczym rąbana mumia, więc jak to kucharz? Dla takich suszonych? A może specjalista od wszelakiej niejedzeniowości? Może w onej współczesności właśnie o to chodziło?

Może właśnie od tego był?

A może zwyczajnie miał truniejszy okres, się pochorował, czy coś, no przecież to każdego może dopaść. Zupełnie i w ogóle. Może należy dać mu szansę, w końcu papiery miał i to francuskie, azjatyckie jakieś i jeszcze w języku, który naprawdę nie był zrozumiały dla nikogo, póki nie podłączyli tego do prądu…

I wtedy to zaśpiewało.

Ale wciąż, jakoś tak, wciąż po prostu nie umieli mu zaufać… nawet jak zbudował sobie kuchnię, tam, pod złamaną sosną, obok wezbranej rzeki, która karmiona ostatnimi ulewami i wichurami rozbrykała się i tańczyła tak jak jej głazy i piaski grały. Po prostu w końcu miała w sobie wodę.

Oj miała!!!

I nie chciała jej oddać nikomu.

Ale z nim chyba jakoś się dogadała, bo miał się gdzie umyć, miał z kim pogadać, a zapachy z jego kuchni, oj tak… choć wyglądało to jak mocno obalona rura bardziej, wycięta z jednej strony, z dobudowanym, drewnianym paleniskiem, kamiennym kominem, wysoko, niknącym wprost w niebiańskich ostępach, ale i dziwnymi dziurkami w nim, które jakby… odychały… jakby otwierały się i zamykały, niczym skrzela…

Jednak te zapachy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Chory człowiek patrzy na świat inaczej…

Na przykład wkurza się, bo nie może iść wysadzać cebulek, a kurde już można… ciepło. No i się wkurza, nie dlatego, iż nie może się doczołgać do rękawiczek i spodni, wiecie, do szpadla i tak dalej, ale pizga na zewnątrz i duje i leje tak przeraźliwie, że mnie to zaczyna przerażać. Naprawdę. Nie wiem dlacego, ale wiatr z pewnej strony jest jakiś taki, araz, to chyba wiatr z zachodu…

Hmmm…

Wiedźmą, to ja chyba jestem z Północy Środkowej, z Mniejszego Krańca Świata, ale dokładnie tak się określić… nie, nie określam się. Postanowień noworocznych nie mam. Pragnienia, marzenia, tudzież raczej, w moim języku: to ma się wydarzyć, bo tak, bo jak nie, to się kurna tak wkurwię, że…

No… i wtedy to się zdarza.

Bo umiem się wkurwić tak, że aż grzmi.

Poobno nawet piorunuję oczami, no ale… nie będziemy sprawdzać, wiecie, lepiej nie, co jeśli inni mają rację? Wiecie, ci co to widzieli? Hmmm… z lustrem bawić się nie będę, naprawdę. Oj nie! Tam się coś wypowie ze trzy razy i to wyłazi jak dziewczynka z telewizora… a jak się nie ma telewizora, to wiecie, z komputera, laptopa czy nawet telefona wylezie, podobno…

Booo!!!

Ale… nie o tym chciałam, chciałam o tym, że coś nas złapało.

Pierun wie co, bo to w dzisiejszych czasach wiadomo, raczej się cierpi i to wszystko. Nic poza tym. Chowaniec pracuje z domu i tyle. Już nie można se pochorować, tak wiecie, na płasko… no dobrze, kiepska w tym jestem, ciągle gdzieś mnie nosi, serotonina mnie męczy i po prostu jakoś tak, jakoś tak naprawdę chciałabym wysadzić te cholerne cebulki hiacyntów, które to oczywiście nabyliśmy w celach kwiatowo-dekoracyjnych, no i teraz mają iść w trawnik, na za rok, coby pięknie było…

Wiecie.

Ale… to może poczekać, oczywiście, moje smarki ważniejsze i bóle wszelakie i jeszcze oczywiście te całe trolollololo… ale te cebulki. No zwyczajnie, nie lubię bałaganu no!!! Kurde!!! Nie znoszę!!! A tutaj poświąteczne pierdołki do pochowanie, a choinkę naszą całoroczną trzeba przestawić już na raczej nieświąteczną, ale jednak, jednak jakoś tak… w połowie roboty człek nie może oddychać i już…

Koniec.

Nagle do niego dociera, że jednak jest chory, ale trzeba robotę robić.

… więc może wolniej?

Pół choinki dziś, pół jutro? W końcu to nie prawdziwe drzewko, prawdziwe kupujemy w lecie lub na wiosnę, wtedy, kiedy to wiadomo, że większa jest szansa ich na przeżycie i izie do ziemi, a nie teraz, jakoś tak… okay, małe w doniczce mieliśmy, ale to nasze, to takie drzewko, co ma lampki i co jest lamkpą…

Fajnie na nim zabawne rzeczy bimbają się.

I można je mieć cały rok!!!

A na zewnątrz apokalipsa, a na ulicach nikogo… fajnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stary Kucharz… została wyłączona

Pan Tealight i Mechanik Umysłów…

„To było chyba w nim najdziwniejsze, wiecie, takie uderzające od razu, jakoś nie zaskakujące klapkami w umyśle, jakoś tak, smęcące, że ale dlaczego on tak i czy zawsze tak, a może to model specjalny, czy fashion taki?

Mechanikowy?

Bo miał na sobie kombinezon, razem z pasem, za którym powsadzane miał zwyczajne klucze, te takie obcojęyczne jak francuski, czy ten zaciskowy, jakieś wkrętaki, jakieś młotki, no rzeczy, których używał zwykły mechanik czy monter, do tego skrzyneczka, w której masa śrubek i nakładek, do tego jeszcze te plamy z oleju. I włosy, jakby je dopiero napędowym popryskał i grzebieniem przeczesał, bo miał go: w prawej, górnej kieszonce… miał, czerwony taki, spory nawet, ale o cienkich ząbkach…

Cienkich, wrażliwych, ale ostrych ząbkach.

Jadowych zapewne… w końcu tutaj nic nie było takie, jakim się wydawało.

Ani on, ani jego narzędzia, ani to, co o nim myśleli, jeżeli w ogóle pozwalali sobie na jakiekolwiek myśli, gdyż w końcu był tym od nakręcania umysłów, od luzowania ich, w sobie tylko znanych miejscach i oliwienia, wszelakiego nastawiania, przestawiania, dociskania, doklejania nalepek z ważnymi datami przeglądów, czy też dawania ostrzeżeń, co do złego prowadzenia i oprowadzania się z onym urządzeniem.

Mózgowym.

To on wiedział gdzie puknąć, gdzie nie pukać, w ogóle, a gzie naprawdę lepiej było nie pluć i wsadzać paluchów…

Wiedział, a przynajmniej taką mieli nadzieję, gdyż…

… nie wyglądał, ale mówią, że nie powinno się po wyglądzie oceniać, ale jednak, jeśli nie po wyglądzie, to kurcze w jaki sposób mieli osiągnąć i mieć ten pierwszy i ostatni zapewne, oka rzut? W końcu to on miał ostatnie zdanie…

Zapewne?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zauważyłam, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy naprawdę wraz z pierwszym stycznia zyskują jakąś dziwną nadzieję, plus tysiąc do pewności siebie, wiecie, mają te plany i tak dalej, rozpisują sobie listy, szykują się na to czy tamto, podsumowania robią, wyciągają jakieś wnioski…

… nie wiem, szaleńcy…

Jakby się nie nauczyli poprzez poprzednie lata, że serio nie warto. Wróć, właściwie nie powinno się sobie tego robić, bo potem jeszcze bardziej boli, jak się po dupie dostaje. To zwykły kolejny rok. Dzień z dnia poprzez noc przechodzi i tyle… jak wczoraj, jak jutro, no chyba że nas w końcu ta apokalipsa dojedzie to wiecie, inaczej pewno będzie, ale na razie… no zwykły dzień, więc jak?

Dlaczego?

Co ćpają?

Ale… to a nich pewno wydają te kaledarze i tak alej. Chociaż, przyznaję się, że sama sobie nabyłam, w charakterze notesu taki, jeszcze w zeszłym roku, ładny był i na przecenie, no co? Niebieski! A pisać w czymś trzeba, to dlaczego nie? Ale nie znajdziecie tam goalsów na 2023. Nie. Dlaczego? Bo wiem czego chcę i wiem to od jakoś dawna. Jakoś tak bardzo dawna. Nie potrzebuję mody, coacha czy czegoś w ten deseń, a tych naucycieli życia to się namnożyło… ja pierdziu, u nas to po prostu jak one grzyby… a wiecie, pada od wielu dni, więc się mnożą… może przez pleśniowe sprawy?

Nie wiem…

Nie wnikam.

Unikam!

… więc coachów nie chcę, onych rad, że trzeba sobie jakieś mapy marzeń rozpisać, też nie chcę. Bo wiem, co chcę. Oj, aż za bardzo, nawet w jakim kolorze, chociaż co do tego, to wiecie, raczej można się jeszce dogać, ale ogólny zarys… kurde no, patrząc na siebie z onej przestrzeni lat, to szłam przez cały czas onym torem, z jednym zawirowaniem, ale ono musiało być, może zbyt wiele bólu, ale na to często nie miałam wpływu, więc nie trza się biczować, olać to…

Wykorzystać rzucając onym przemądrzałym mordom prosto w nosy, pewno chirurgicznie poprawione, niech się zadziwią…

Jestem.

Mam.

Nie mam… ale wiecie, to jest na liście, a tak, mam taką listę jeszcze z czasów spred internetów, czego chcę, wiecie, onych marzeń największych i takich mniejszych, by pamiętać, a potem może i wymazać… zmienić zdanie, bo co do onych pobocznych spraw, to zawsze można je zmienić.

Właściwie…

Ech.

Wiadomo, że cozienność rzuca w nas bobkami i to nie takimi suchymi, ale tymi, co się rozbryzgują i cuchną, ech, antybiotyki, czy co… szparagi w moczu? Erm… TMI. Chodzi mi o to, że świat i tak jest nieprzewidywalny, więc zawsze trzeba być gotowym na to, iż by spełnić marzenia, tra będzie iść po trupach. I modlić się o to, by były już zeschnięte, bo takie miękkie, nie no, padlinka wali mocno! Wystarczy po lesie się przejść i poczujecie. Wystarczy… no dobra, bez obrazowości… chodzi mi o to, że tak wielu zdaje się podążać drogą cudzych marzeń…

I nie rozumiem tego.

Cudzych nosów, cudzych rysów twarzy, figur i zachowań, mimiki, mebli, kolorów, szat, w które się odziewają…

No zero zabawy w tym świecie i wyjątkowośći! A tego optymimu noworocnego nie kupuję. Schowajcie biały proszek i powiedzcie prawdę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mechanik Umysłów… została wyłączona

Pan Tealight i Nowakasa…

„Była nowa, była wszelako mądra tak wiecie, mądra w matematykę, liczyła na palcach, no tych, których miała… właściwie tak patrząc pod światło dnia zimowego, czyli raczej kiepskie, szarawe i umysł męczące światło, ale jednak nadmiernie ciepłego i mokrego… zdawała się z nich składać, choć poza świałem wyglądała raczej jak zakonnica we włochatym habicie, który się poruszał tak, jakby tworzyły go gromady gryzonii, których nie chcesz mieć w domu…

Na dziko.

Albo co gorsza, odciętych paluszków, wciąż żywych, poruszajacych się, a każdy z nich odziany był w swojego zimowego kondoma.

No cóż… każdy ma swoje.

Ona miała paluszki, i to wszędzie, gdyż liczyła i to mocno. Była w końcu nową kasą Wszechświata. Nowakasa miała na imię, tak, ku ułatwieniu innym odnalezienia się w tym 2023im i była przemiła, ale też od razu przechodziła do sedna sprawy i chciała za wszystko rachunek.

Co czasem było kłopotliwe…

… szczególnie tutaj, gdzie pewne interesy zachodziły pomiędzy wymiarami, pomiędzy niewidocznymi, pod welonami, nad bramami, w wykopach, przestrzeniach całkowicie podziemnych i jeszcze…

No wiecie, nikt ze sobą fiskalnej nie nosił.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kapie z nosa…

Mięśnie bolą.

Właściwie, to zastanawiam się, co mnie nie boli. Nawet obcięte paznokcie bolą, chcoiaż to u mnie norma, jakoś tak obcinanie paznokci czy włosów mnie boli, tak wiem, nienormalne, ale nigdy z normalnością nie miałam wiele wspólnego. Wprost przeciwnie, ale po co tam straszyć ludzi, wiecie…

No więc cłowiek chory…

Niby nic dziwnego, z tego co słyszałam, w Europie ludzie chorują, ale u nas to jakoś tak nie jest źle… oczywiście, że można sobie zrobić test, ale wybaccie, nie stać mnie. I tak nigdzie nie wychodzę, a jak już, to morze, kamienie czy drzewa gdzieś mają moje mikroby. Chociaż, może je lubią? W końcu nie wiadomo jak to wszystko działa. Niegdyś, gdy chorowały kasztanowce i przepowiadali ich upadek, co się nie wydarzyło, to wiecie, mówili, że to też się na człowieka może przenieść i jakoś tak… jest w tym jakowaś logika, w końcu jeśli grzyb, to spory się mogły unosić wiatrem i pod drewm stojąc na przykła mogłeś coś w płucka wepchnać… więc może i jest odwrotnie?

No nie da się przecież nie oddychać.

Nie da się!!!

Ale… podobno wszyscy chorzy, ale głównie to infekcje płucne, odechowych dróg i górnych i dolnych i tak dalej… więc chyba racej nie to, bo oddycham. Raczej wszystko mnie boli. Nadal czuję pewne sprawy, więc to nie TO. A nawet jeżeli, to czy ono TO wciąż jeszcze jest popularne? Bo co jakiś czas dobiegną mnie wieści, że nowy wariant, pomrzemy, i tak dalej, kolejny booster, ale jakoś tak, no wiecie sami…

A może to przez Wyspę?

Odległość, oddzielenie, separacja… morze.

Ale…

Jako człek niewiedzący co się w świecie dzieje na własne życzenie, jednak wpadłam oczywiście na ścieki dotyczące onej pary królewskiej niby co to w USA siedzi. Oj wiecie, Harry i Meghan. I po prostu… nie wiem co gorsze, ten pesnis, stallion, 25, czy jednak to, iż każde słowo sprawia, iż oskarżani wydają się być jeszcze bardziej mili, ludzcy i normalni, no weźcie no… koleś, jak najeżdżasz na brata, to nie mów, że robi to z miłości do ciebie, albo, że wyśmiewałeś jego łysinę!

Ale…

Widać w trech rodzinach królewskich ostatnio pierdolnik.

U nas wiadomo… Joachim, czyli zwany tutaj jęczącym księciem osobnik, którego dzieci nie mają już tytułów, bo zrobiły z nich rąbany merch. No weźcie no, chcesz być modelem, okay, bądź sobie, ale nie dlatego, żeś książę… teraz możesz być byłym księciem, chociaż, wróć, taki już był, jest?

Pytacie co z trzecią rodziną…

… a oczywiście chodzi o Szwecję i chociaż tam ono przejście z opłacanych na zwyczajnych przeszło łatwiej, zostali zresztą księciami, ale to wciąż dzieciaki, więc jest na co czekać… więc nie o to chodzi, nie o tytuły, nikt nie łka, a przynajmniej łkają niegłośno… za to król, oj tak, podobno postanowił rzucić bombkę i walnął, że Szwecja powinna mieć króla. I że władcą winien być jego syn… hmmm, szkoda, że biedna Victoria, od lat odwalająca brudną robotę, to usłyszała, naprawdę, bo tyle, ile ona roboty w to wszystko wkłada, to się Harry’emu nie widziało.

Czasem to sobie myślę, że te chłopy w rodzinach królewskich to serio…

Niewypały.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowakasa… została wyłączona

Pan Tealight i Sklepik z Wątpliwościami…

„Podobno mieli otworzyć jak tylko sezon na Turyściznę się zacznie.

Podobno wystrój mieli mieć co najmniej szalony, nie chcieli się ograniczać, w ogóle. I podobno będzie tak, że wszyscy się zaskoczeni poczują i jeszcze mogą popuścić. Lepiej nerwowi niech nie przychodzą, oraz ci, co wszelako padają i drgawki mają, bo podłoga ma być z mozaiki, ale lekko wrażliwej na dotyk, więc niech jej nikt ino nie podrapi… wiecie, naprawdę. Naprawdę zadbali podobno o wszystko. O oświetlenie, o wszelaką muzyczność i półeczki, o foteliki, oprawę kwiatową i prezenty, czy też podobno napoje, no wiecie, napoje mają też być…

Chociaż może tylko pierwszego dnia?

Kto to wie?

Na razie to przecież tylko i tak jakowaś ichnia, choć bardzo wszystkim opowiadania, wyskokowa wizja, jakaś obietnica, właściwie może i wątpliwa w tych czasach onej niepewności wszelakiej, podwyżek i braku materiałów, no wiecie, nie ma nawet czasem okien czy drzwi, ale może ich nie będą potrzebować, w końcu wietrzenie i wentylacja dla wątpliwości ważna.

Ale mieli mieć zamiast okien, kilku, nie wszystkich, kalejdoskopy… więc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane… chciała tam robić zdjęcia, chciała się tam dostać, chciała aż za bardzo.

Chciała…

Jednak, czy w ogóle bęie jej dane? Pan Tealight miał wątpliwości…

… w ogóle był nimi ostatnio wypełniony aż nazbyt po dekielek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Bogowie, co z tym czasem?

No weźcie no!

Człowiek się nie zdążył jakoś tak otrzepać w onym czasie nowym, a tutaj już prawie wa tygodnie? Naprawdę? Ale kiedy to się stało? Jak to? Rozumiem, że czas sobie płynie i tak dalej, masz go łapać, wołać, gonić za nim, zatrzymywać… nie wolno ci się pomarszczyć, zestarzeć, bo od razu hejt…

Nic nie możesz z czasem.

Wróć, możesz go olać…

Na dodatek ta pogoda… dziwne, jakby przesączające się przez piaski wielkiej klepsydry światło rozciąga się nad Wyspą i nie wiesz, czy poranek to czy wieczór, czy jednak coś, czego nie a się nazwać, określić. Brzoskwiniowatość tego odcienia powinno uspokajać, przypominać letniość wieczorną, kiedy to rozmawiało się, lub wprost podsłuchiwało wyłącznie starszych… i jednocześnie pożerało się tony owoców. Niemytych, zerwanych dopiero z drzewa.

Dziwnie bezkarnie…

Ale nie, ono przeraża.

Jakby pochodziło z innego świata. Do tego jeszcze mgła i deszcz, który jej nie rozburza, gdyż ona zdaje się być czymś większym, silniejszym od niej. Mgły, która potrafi się ucieleśniać, ale jednak, nie… tym razem się poddaje, daje się oświetlić, pozwala sobą manipulować, ale nie rozbić…

Roztrwonić swej ściany na mniejsze.

… więc olać czas.

Brać dzień za dniem, nawet z tym światłem, zimą za ciepłą, snestormem obiecanym, który nadszedł, ale jednak nie pozostawił Wyspy pokrytej białą pierzynką. Z wiatrem, który zdaje się ciągnąć od prawie dwóch tygodni, jak nie dłużej, i jeszcze, te wszelakie kłody pod nogi rzucane przez kolejne podwyżki…

Tu zawsze było drogo, ale teraz…

Obniżka ceny masła i już kolejnki.

Każdy bierze tyle, ile mu pozwolą, kitrasi to w domu, ale na dobry chleb, taki z piekarni, nie ono białe gówno, to już niewielu stać. Musisz wybrać, to czy coś innego. Jeść, czy nie jeść. Grzać się czy jednak… nie do końca rozumieć co się ma i czego się już zostało pozbawionym?! 

Pada od tak dawna, że człek zapomniał już jak to jest spacerować…

Tak po prostu.

Oj wiem, że przecież można się ubrać, ale po pierwsze na ciuchy mnie nie stać, a po rugie, jak leje, znaczy, że leje jakby wiadrami pizgali, do tego wiatr, szarość, zakręcisz się, poślizgniesz, nikt twego głosu nie usłyszy, zresztą, czy w ogóle chcesz by usłyszał. Ten świat stał się tak bardzo bolesny i beznadziejny, że pozostanie w onej chłostanej zmianami przyrodzie zdaje się by wyjściem najlepszym. Zamienić się w oną podstarzałą nimfę czy jakąś wodniaczkę inną, przylepić do drzewa, wrosnąć w nie… niech mnie połknie, a wszystkie zmartwienia odejdą.

A jednak jakoś się będzie, nawet jak… zetną…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sklepik z Wątpliwościami… została wyłączona

Pan Tealight i Pocieszajka…

„… i pół kilo mąki, piętnaście jaj, mak, koniecznie biały i czarny w mniej lub bardziej równych proporcjach… do tego oczywiście prosek do piecenia, trochę mąki, cukier, ale cukier cukier, nie jakieś zamienniki i odrobina miodu koniecznie z pyłkiem i wszelaką pszczelą magią…

I czekoladowe kawałeczki.

Ale takie z nadzieniem. Z czekolad wszelkich: mlecznej, czarnej, białej i brązowej, i jescze odrobina serka waniliowego. A może i więcej niż odrobinka. Bo dlaczego nie? Zrowy taki serek, białeczko się ma w sobie potem, no i waniliowy, a nie jakieś poróbki, wiecie… I trochę procentów do tego, ale najwyższej jakości, w końcu nie chcemy by od razu uciekły. Niech się trzymają innych składników onymi łapkam, jak to na chemii tłumaczyli dlaczego H2O jest takie a nie inne…

… pamiętacie?

I wszystko apiec, a potem, na wierzch koniecznie gruba, chrupka, ale miejscami i lejąca się… polewa z gorzkiej czekolady.

I takie paćki ze śmietany i może miseczka śmietany bitej mocno, ale wiecie, po zgodzie, nie że lejecie tę śmietanę, a ona płacze, nie, tak to masło wychodzi, tę śmietanę bić należy umiejętnie i uważać na czas, gdy poda hasło. Wiecie, to słowo, które winno wszystko przerwać, gdy trzeba odpuścić.

I już.

I tak niektózy tworzą Pocieszajkę, ale wiecie, nie każdy, w końcu każdy z nas inny, czyż nie? Inni idą do sklepu po flaszkę i ciastka, czipsy, czy inne spożywcze wynalazki, a jescze inni idą na zakupy wszelako odzieżowe tudzież ino idą w torebki albo buty, albo na przykład w książki, czy tak zwane stationery.

No wiecie, notesiki…

A jeszcze inni…

Siedzą na brzegu morza, w wietrzny dzień i patyk moczą… ale seryjny patyk, nie że rybki chcą ukrzywdzić… kay ma coś swojego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niebiańskie grzechy” – … oj. Ech. No tak… erm… dobra, przyznaję się, że pomijam te sceny. No wiecie; TE SCENY. I tak, erotyka w filmach mną miota, czerwienię się i tak dalej… w książkach tak na mnie nie działa, ale cała masa erityki, dziwnie wymuszona, chociaż logiczna jeśli kogoś opętało on ardeu… ale jednak, bez urazy, a treść!?!

Jakaś przygoda?

I tak, w poprzednim tomie nastąpiły pewne szczególne zmiany. Ktoś się fochnął, ktoś zastąpił jego miejsce, ktoś inny nowy… no wiecie, to jest jednak cykl i trzeba czytać od początku, ale jednak premiana naszej głównej bohaterki z prawie zakonnicy w sypiającą z wieloma, pijąca krew… nie do końca wiadomoco…

Ech.

Trudno za tym nadążyć, ale jednak, doceniamy ewolucję. LOL

Tym razem w mieście pojawia się ta, która wszystko zaczęła. Moc uczłowieczona. W osobie dziewczątka… hmmm… jak to będzie? Czy Animatorka winna od razu ją zaciukać, czy jednak nie wolno, bo przecież te wampirze prawa i ludzkie prawa dotyczące wampirów i jeszcze… ech, nie wiem, ale kiedyś życie Anity było łatwiejsze. Kurczak czy koza, krąg, strzelba…

Wiecie…

Jakoś tak mało pracy więcej problemów z łakami… robi się nudnawo. Robi się z jednej stronie logicznie i skomplikowanie, ale jednak, jakoś tak… nie wiem, po prostu chcę czegoś więcej. Bardziej mniej pseudo romantycznego, a bardziej opowieściowego. Bardziej magicznego… bardziej…

Okay, przyznaję, ta książka mnie nie uniosła i to w żadnych rejonach. Ale zawsze to jakaś rozrywka… ciekawa jestem, czy wydawnictwo bęzie ryzykowało wydanie kolejnych tomów  serii. Bo są. Rozumiem, że w tych czasach to ruletka, ale jednak, ech, trochę to dziwna klasyka… wiecie… jedna z pierwszych i jakoś chciałabym się dowiedzieć co będzie dalej. Co było… i czy się zakończy? Czy „Smolder” będzie/jest ostatnim tomem. Mimo wszystko cłowiek się przyzwyczaił…

Szarość, szarość, szarość i jeszcze więcej szarości pod szarością przykrytą szarością i imieniu onej szarości wydająca szare rozkazy szarym żołnierzykom o szarych minach, w których głowach ino szare myśli w szarej mgle się kłębią… z szarej mgły wynurzają i w szarych wodach kąpią, szarą szczoteczką szare zęby myjąc, szarymi paznokciami drapiąc szare rany, gdzie szare strupy już się narodziły…

… z szarości.

Był taki dzień.

Niby sztorm jak sztorm, gdyby zamiast zacinającego, przerażającego ogromem wody deszczu był śnieg, byłoby pięknie, ale… nie jest. Jest przerażająco. Jest a duo, zbyt wiele i nie, nie chodzi o brak słońca, bo akurat to lubię, nic na to nie poradzę, iż mroczne jakoś e mnie stworzenie, ale jednak…

To ducie… po prostu bóle głowy od 10 dni to zbyt wiele!

Nawet dla mnie.

Zbyt wiele tego dźwięku, onej dziwnej niesubordynacji pogodowej względem pory roku. Ciepłości, ale i zimna, które zakrada się i szczypie człowieka w zadek. Jakoś tak. Niby cieplej, a jednak zimniej.

Niby zima, a przecież nie widać, nie czuć…

Dziwnie tak.

Czasem człowiek wsłuchuje się w ten wiatr zbyt długo, zbyt mocno, zbyt… oddaje siebie naturze, onym żywiolom, które tak naprawdę zdają się być ucieleśnione. Rozumiejące co myślisz, a może nawet, karmiące się twoimi marzeniami, myślami i sekretami… podglądające?

W końcu, czego można być pewnym, jak wciąż wieje i wieje.

Cały świat, cała dookolność zdaje się być wypełniona dźwiękami, które burczą, trzeszczą, chłostają powietrznymi biczami, bawią się kroplami, wciąż gonią jakieś liście, które zapomniane przez jesień wcią jeszce… istnieją.

Są.

Nie ma spokoju.

Nie ma uciecki… nie można założyć słuchawek, znaczy może i można, ale podmuchy czujesz. Jakby cała Wyspa poruszała się w ich rytmie. Jakby ktoś ją tulił, ale ile można znieść onego tulenia? Ile onych kołysanek, uspokajania czegoś/kogoś, co nie chce być spokojne. Bujania i miętoszenia…

… rozdrażniania…

Tak, wiatr przynosi ze sobą i rozdrażnienie.

Czasem… a czasem tylko dziwne milczenie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pocieszajka… została wyłączona

Pan Tealight i Książka…

„Pojawiła się na plaży…

Może zmieciona z pokładu jakiegoś statku, może zagubiona w podróży, może wyrzucona, bo kogoś przeraziła, może jednak ukochana, zagubiona… moe ktoś za nią tęsknił, chciał przeczytać raz jeszcze, albo ją nienawidził i naddarł specjalnie 34 stronę, bo… nie mógł już więcej, po prostu nie mógł… ale jednak, teraz, jak jej nie było wyrzucał siebie, iż przecież mógł spróbować raz jeszcze… W końcu to książka. Nie zwykły przedmiot, nie film, nie piosenka bez refrenka, ale książka.

Symbiotyczny związek liter i drzew.

Cud narodzin.

Osobowość, która ucieleśniła się pomiędzy okładkami. Okay, przy pomocy autora, oczywiście, ale jednak, jakoś tak… on to coś bardzo pobocznego… coś bardzo dziwnie nieistotnego, jak już słowa są na drewnianych stronach, jak już wszystko jest zamknięte, zszyte, sklejone, dorzucona okładka…

Może i z babą z wielkim cycem, ale jednak…

Książka.

A ta, wydawała się być jedną z tych bardziej specyficznych. Z oną skórzaną okładką, z tym zamknięciem, chyba brązowym, no może to były mieszane metale, ale ten kamyczek to na pewno nie był zwykłym, błyszczącym otoczakiem. Na pewno był czymś, za czym ktoś tęsknił i naprawdę mógł mieć za to co najmniej willę z basenem, ze trzy samochody i może kilka kobiet jescze… a może i panów.

No co kto woli…

Czyż nie?

Tylko ta skóra, ta okładka, czy te sutki były prawdziwe?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zieeew…

Powrót do codzienności.

Nie ma już czekania na święta, nie ma tej całej jesienności i zimowości, jest mokrość codzienności, kolejne ulewy i ciągła niepewność… bo wiecie, ci od ogłaszania pogody wciąż się nie mogą zdecydować, czy będzie zima, czy nie. Czy już teraz? Czy jednak poczekajmy z ogłaszaniem radości, a może będzie, ale ino przez chwilę? A potem od razu temperatury wysokie…

Do tego znowu prąd zmienny się zmienia cenowo, więc ciągle człowiek nerwowo erka na wykresiki, czy wolno mu załączyć oną żaróweczkę, czy jednak nie? Ciepła woda, czy ciepło w domu… co wybrać?

Straszne!

Ale, nowy rok, nowe… a walić to. Tak naprawdę, to nowe są ino sposoby manipulowania ludźmi. Jakby ktoś naprawdę przeprowadzał jakiś eksperyment na człowiekach. I to serio, bez płacenia im. Takie myszki czy świnki morskie chociaż dostają mieszkanie i żarcie. A wikt i opierunek w dzisiejszych czasach to wiele!

Wszystko drogie…

Tak naprawdę większość miała smutnawe święta… chociaż precież i tak nie ma tu świętowania poza tańcami przy choince, na której wciąż modne są proawdziwe świeczki i tak ino patrzeć, jak choinka zrobi puff… wiecie, jak w tej scenie ze Święta: w krzywym zwierciadle?!!! Puff! I po choince, domu, gaardzie. Bo przecież mimo mokrości, to jednak wsio takie łatwopalne.

Ale…

Dziwne coś…

W sklepach nadal są świąteczne rzeczy.

I to wiecie, lekko przecenione. Nie żeby ktoś to kupował, ale jakoś od 5 lat zawsze sprzątali wszystko jeszcze przed Wigilią… i już dawno zaprzestali onej procedury wyprzedażowej. Po prostu… co się dzieje? I to u wszystkich? Chociaż nie, to akurat nie dziwne, w końcu u nas wszystko to Coop, nie oszukujmy się.

Monopol jak nic.

Ale… wróćmy do sprawy… dlaczego zostawili te rzeczy? Czy oczekują, iż ktoś się skusi, czy jednak mają zamiar wspierać prawosławnych? No wiecie, styczniowe święta dla popów i cerkwii? No co? Może to o to chodzi… ale wtedy to trochę nie fair, bo oni mają te święta po tańszemu, nie fair!

Okay, żartuję, ale jednak… podejrzane to.

A na raie posłucham sobie deszczu, pozmniejszam, zdjęcia, wezmę się za sprzątanie i pomyślę nad przycięciem jabłonki, bo jeżeli zimy nie będzie, albo będzie późno, to jestem w zaku  jabłonką. Nie zdążyliśmy przyciąć w listopadzie, pgoda była ciepła, liście wciąż, człek chciał poczekać i co… zima…

A teraz zimy ni ma!

Ale może będzie?

A co jak nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Książka… została wyłączona