Pan Tealight i Zapomniane…

„Były Zapomniane i wiedziały o tym…

Co więcej, w końcu uświadamiały sobie, powoli może z wiekiem na nie wpływającym, może i nadmiernie, ale azaliż i chyba dziwnie temu sprzyjającym, że naprawdę coraz mniej znaczy, coraz mniej zaskakuje, coraz mniej… i ono coraz mniej jest niczym zbawienie. Niczym zupełny odpust, niczym wszelakie grzechów odebranie i tych przeszłych i teraźniejszych i jeszcze…

… przyszłych.

… więc przestawało im to przeszkadzać.

Oj, jeszcze za młodości to czuły się urażone, jak nadeszły one Social Media, to po prostu, w porywie pierwszej chwili chciały wykrzyczeć się wszelako, ale potem doszły do wniosku, że dobrze, iż niczego nawet nie uczyniły w tym kierunku. Może też i dobrze, że wszystko, co czyniły, robiły nader powoli, w końcu… któżby im przerywał, przeszkadał, głowy zawracał, w końcu były Niepamiętliwe. Nie tylko zapomniane, ale prede wszystkim, dziwnie Niezaburzające Pamięci…

Może i Widzialne, ale jakoś tak… zanikające jeszcze nim się je zobaczy.

Jeszcze nim…

Świat potrzebował ich, takich wiecie, istniejących, jakby co zawsze można je było wyciągnąć i komuś przed nosem pomachać, użyć, zużyć, ale jednak… częściej, zwyczajnie były nadzwyczaj niewidzialne… nieuchwytne myślą i snem, chociaż, może i nawiedzały innych, może i bawiły się myślami, jednak…

Nikt nie pamiętał.

Niczego…

A może trzeba było?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dopłaty dopłaty!

Ojojejeje!!!

I kupa!

Miały być dopłaty do ogrzewania, bo ga zdrożał i prąd zdrożał, więc ci mieli dostać. Miało być ponad 3000, potem nawet i może 6000… ale kurcze, no właśnie, jak ze wszelkimi obietnicami, wiecie, wyszło, że nie wyszło.

Po pierwsze cała sprawa wzbudziła sensacje, bo już se ludzie pomyśleli, że oj, kurcze, będzie lżej… nie żeby wiedzieli o tym w zimie 2021, za jaki okres to się dostaje, więc mogli marznąć, no i tak, marznęli, oszczędzali, wiadomo… wszyscy oszczędzają, wiatry wieją, deszcze, burze… ale człek będzie ślepł bo go na prąd nie stać. Nie stać go na wiele, a teraz jeszce na więcej… ale, miały być błogosławione czasy, każdy by przytulił 6000 DKK, no weźcie, jakby to zluzowało portfel, ale…

Ale się okazało, iż gazety zapomniały o czymą napisać.

A o tym, e dostaną tylko ci, co się tutaj rozpasaniem wykazali. Co sobie popuścili pasa, grzali się, kąpiele brali, gotowali… żyli? Okazało się nagle, iż należało zużyć sporo, więc nie, ty biedny i durny coś oszczędzał dopłaty nie dostaniesz. Ludzie podnieśli raban, wybory się zbliżają, więc nie wiadomo jak to będzie, ale… już są wpadki. Nie dostali ci, co się kwalifikowali, mają się odwoływać i pisać podania… za to dostali tacy, co im się kompletnie nie należy, bo wyczajnie nie płacą za prąd!

Młodzi, mieszkający w różnych hostelach, czy inne cuda wianki…

Wkurw w ludziach paruje niczym ona wilgotność na zewnątrz.

Oj… kupa, no szczerze. Tak, myśmy oszczędzali i teraz nam przyjdzie za to zapłacić. I nikt nam nie dopłaci. Podobnie inne biedniejsze rodziny. Niestety. Bogaci dostaną, oczywiście… oni zawsze dostają.

Wonderfestiwall… no tak, był.

… z wrażenia oczywiście jak zwykle tam nie dotarłam i raczej nie dotrę tam nigdy. W życiu nie byłam na koncercie, w dzieciństwie widziałam jakieś śpiewające dzieciaki i tyle. W operze, teatrze człek bywał, ale spęd ludzi w gorącu, nie. No weźcie no. Nie dla mnie. Choć widoki piękne…

Znaczy w drugą stronę.

Tam gdzie morze i skały… ruiny twierdzy wciąż stoją.

Tak, tam jest pięknie i muzycznie.

Muzycznie gdy kamienie stukają o siebie, popychane falami, gdy owce drą resztki trawy, gdy w oddali kozy wiszą na skałach. Wiatr dotyka liści, a one spalone, więc dźwięczą. I jeszcze mniej ludzi jest i cudowna, chłodna samotność czasem człowieka omota, aj cudowna cudowność taka iść wybrzeżem i po prostu być sobie ze skałą, morzem, znaleźć fajny kamyk, patyk i porost…

I już.

A nie tam jakieś wrzaskuny i motory, skwar, pył, wszelakie wydzieliny. Nie no, ja za delikatna, ja na skały, w pokrzywy muszę i jeszcze w lasy i może krzaczki… no wiecie, podlewać. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniane… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Wkurwa i Bogini Wkurwienia…

„Nadszedł ich czas.

A oni umocnili się, wzmocnili, napłodzili potomstwa tyle, że aż oddech odbierało, gdy człek, czy inny byt sobie uświadamiał, że tak można… no to naprawdę majtki opadały. Oczywiście jak się je nosiło, w końcu moda to wyrażanie siebie. Niektórych wyraża goły zadek i można tego nie akceptować, można się tego bać, albo też, zwyczajnie starać się tego unikać, no przecież, ale czy się da?

Na jak długo?

Tak na dłuższą metę?

Świat się mieniał i wiedział o tym i wcale mu się to nie podobało. Ostatnie zmiany nie przyniosły nic dobrego, więc czasem lub i częściej miewał focha… ale ostatnimi czasy to już doprawdy go przypiliło i wpadał w jakiś taki i gniew i marazm, i jeszcze jakieś mocne chwiejności.

Szkodliwe zapewne i nieekologiczne…

… więc z gliny i popiołków, z onych lisów niewysłanych, łkających za podróżą, znaczków marnowanych, słów, których nikt nie przeczyta, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane ulepiła uch dwoje. Ot tak, po prostu, by tym zaczęli zarządzać, bo ile można się tak męczyć! Na dodatek jeszcze ta susza, od podlewania plecy rwą, korzonki bolą…

Niech się staną oni!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Opowiadania z Doliny Muminków” – … ” Det osynliga barnet och andra berättelser„. Po raz pierwszy pojawiły się drukiem w 1962 roku. „Niewidzialne dziecko i inne historie”… dziwne, po właśnie ono dziecko nabyłam z tą okładką w Szwecji rok temu.

Pierwsze wydanie polskie to 1970 rok. A w nim opowieści o Paszcaku, o Filifionce, onym dziecku niewidzialnym i ostatnim smoku i jeszcze… o Hatifnatach i choince i jeszcze jest tam wiosenna piosenka chyba i… i inne opowieści, a każda, choć malutka, zdaje się przenikać człowieka do onej kości, która pamięta, że z podłogi też się jadło, brudną marchewkę z pola zbierało, jagody w lesie były… i jeszcze to wszystko miało wymiar inny taki… i…

Czytanie tego, nie tylko Muminków, ale w ogóle bajek, dobrych bajek i baśni teraz, jako człowiek dorosły ma dziwnie… wcale nie inny wymiar. Chociaż wiem, do księżniczek się doczepią, do Babci i Kapturka też, no ale… czy pamiętają jeszcze jak to było usłyszeć to po raz pierwszy?

Nie?

To może przeczytacie teraz… szykując się na coś całkiem nowego? No, chyba że jak ja sięgacie po Muminki częściej niż raz na dziesiąt lat. Wtedy, po prostu, wiecie o co chodzi. Wiecie?

Fucking logick!

Przyłazi dziecię do mych drzwi, zdębiało, wielu ta robi widząc moje uszy. Nie, nie są nadmiernie owłosione, odznaczają się innymi, intrygującymi dodatkami, ale… pyta się czy mówię po angielsku, więc zgodnie z prawdą odpowiadam, że tak… no cóż, i tutaj chyba dziecię zajarzyło, że popełniło błąd, bo ono się do nauki raczej nie przykłada. I tak, Duńczycy mówią po angielsku, ale większość…

Nie.

Nie chce, mówi słabo, ciężki akcent miażdży głoski i po prostu czują się z tym niewygodnie, więc… najczęściej znają kilka podstawowych zwrotów i tyle. W końcu to czasy tłumaczy elektronicznych, na kij im nauka? Oczywiście, że generalizuję. Albo nie. Wystarczy popatrzeć na badania, a najlepiej dookoła. A już na Wyspie urasta to do problemu wybitnie namacalnego, gdyż duński tutaj to bornholmski i uwierzcie, każdy wciąż ma swoje zdanie i wyjebane w kosmos jak wymawia poszczególne słowa. Bo w końcu to ich świat. Świat, w którym źle położony akcent, czy nacisk lekki słów sprawia, że nie kumają ciebie w ogóle…

… serio serio!!!

Czasem wystarczy się zakrztusić i podają wam piwo z sałtką.

Podsumowali to ci z Kopenhagi, Islandii i Grenlandii, znający duński, dawałoby się od podszewki, a jednak niemogący zamówić nawet pierniczonej kawy, więc jak nasza cudowna Joanna Chmielewska, I know this pain! Gdyby dziecię po prostu powiedziało, że dało dupy z robotą i ulice pomyliło i skrzynki też, byłoby szybko i bezboleśnie, a tak… tak mamy gazetki sąsiada, on nasze i pewno nikt nie jest z tego zadowolony, bo gorąco, a i jakoś tak, kogo to wsio obchodzi.

Ino ważne, czy masło gdzieś jest w przecenie. LOL

No ale…

Gazetki gazetkami, upał upałem, ale żyć trzeba, albo nie… wiecie, w końcu wolna wola, czy jakoś tam, mnie lepiej nie pytać, bo prawdę powiem, a potem to się wszyscy obrażają, że kobieta, że jak tak można…

A mówiłam coby nie pytać?

Mówiłam!!!

No więc sucho i gorąco i wszelako ludzie stali się jeszcze bardziej roszczeniowi. A człowiek już myślał, że gorzej być nie może. No cóż, nie będę się z nimi kłócić, oni sobie radzą o wiele lepiej finansowo niż ja, może trzeba się uczyć onej bezczelności, olewactwa i twardej dupy? Przecież oni nie mają czegoś takiego jak sumienie, więc nie mają też większości problemów. Przydałoby mi się takie coś… lekki odpoczynek od tego wszystkiego we łbie. Serio serio…

Hmmm, trzaby Shreka odświeżyć, ale czasu brak.

Nie wiem skąd ludzie biorą czas na te seriale i tak dalej…

Ale… tak spoglądając na kupę łosia w słoiczku, która leży obok mnie, to sobie myślę, iż są rzeczy i sprawy, dla których żyć warto, naprawdę. Na przykład kupa łosia. No co? Każdy ma swoje priorytety. Jedni torebkę Chanel a inni łosiową kupę, czy las i skały i morze i starość starą tak, e antyki przy niej to młodziankowie.

Cudnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Wkurwa i Bogini Wkurwienia… została wyłączona

Pan Tealight i Pozbawiennica…

„Pozbawiennica, bo wszystkiego pozbawiona i wszystkich pozbawiająca… zwyczajnie, sama nie ma, to wiecie i innym zasępi, wysępi, odbierze, zepsuje, zgubi, pożyczy, nie odda, zeżre czy coś w ten deseń.

Jednym słowem, a raczej dwoma, baba wkurwiająca.

A jeszcze ta figura zagłodzonej modelki, ciuchy jak z wyższych lotów stadionu… a nie, to już przecież bazarków na stadionach nie ma chyba? Czy są? Nigdy nie wiadomo, może wrócą, w końcu ludzie teraz tak zapatrzeni w te dziewięćdziesiąte lata. Ojojoj, bo to niby takie cuda wianki były…

… tia…

Dupa nie wianki!

Dupa nie wije!

Ale ona wiła… dziwnie innych rzeczy pozbawiona, jakoś zawsze najszła takoweś badyle, czasem i trujące, ale co jej tam, nic to, pozbawiona śmierci i życia, uśmiechu i marzeń, wiła one wianki, a kto złapała jakiś, tracił ostatki swoich codziennych chwil. Onych dobrych, odwracających wzrok od złego wszelkiego. Onego muśnięcia, prezenciku, piórka z nieba, kwiatków, kóre w końcu wyrosły, deszczu po suszy słuchania… tych chwil, zatrymywania czasu…

… tego pozbawiała najłatwiej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nad morzem każdy nie może.

… czyli… Sierpień w pigułce.

No więc w pigułce to mówiąc, zagłębiając i tak dalej… gorąc. Ludziska na plażach, na szczęście, co dziwne, more na razie niebieskie, chyba nie do końca trujące, chociaż po doniesieniach prasowych wiadomo… rtęć nie rtęć, kurna, pojebało te człowieki by się tak bawić. No jak tak można?

Ale…

Nie widać wykwitów, więc ludzie się smażą.

A jest w czym.

Może i jednym temperatura nie wydaje się jakoś szaloną, ale serio, jak już cyka 40 stopni, to chyba lekki przead, szcególnie w sierpniu, przyznaję, że lipiec okay, można się zwykle spodziewać ciepła nadmiernego, ale sierpień to już lekka przesada. Brak manier i tak dalej. Nawet rdzenni narzekają na za bardo ciepłe noce, że spać nie mogą, a jak ju im imno… Bo widzicie, typowy Tubylec w okolicach stopni 20 C szuka drewienek do kominka. No chłodno im, tacy kurcze potomkowie Wikingów.

Ale, może i Wikingowie byli ciepłolubni?

Nie osądzajmy…

Ale popatrzeć można. Zbadać ono dziwne plemię mieszane, ciągle naruszane, a jednak, miejscami nierozerwalne, szalenie pragnące być w kilku miejscach naraz, a jednak, nigdy nie dopełniające onej marzeniowości.

No wiecie… dziwni ludzie.

Dlatego tak mi to pasuje.

Ciepło jednak nie pasuje mi w ogóle.

Sprawa zazębia się głównie właśnie o one noce, które tutaj zwykle są nastoletnie w temperaturach nawet latem, ale sierpień doprawdy dopalił. Temperatura spada, ale nie na tyle by wywietrzyć domy, do tego wiatr się nagle zrobił skąpy, nie pada, wsystko suche, schnie, albo jeszce gorzej, płonie niczym te ciągniki na polach, czy inne maszynerie… strach pomyśleć jaka to może być tragedia wiązana od jednego pola na drugie, bo przecież w rzekach pustki.

Ino echo…

Nawet wrony się pochowały.

Nie przylatują, gdy je wołam, dopiero wieczorem sprawdzają czy woda wciąż jest, czasem jakaś odważna się spojawi, ale szybko ucieka. Szybko znika gdzieś tam, gdzie widać chłodniej… o jest, i patrzy na mnie z wyrutem przez one okna zamknięte i rolety… nosz kurde, pewno woda wyparowała, poczekajcie…

Jestem.

Wrona napojona.

Z wielkim dostojeństwem bierze łyka, potem ociera dziób o balustradę, by za chwilę powtórzyć całą operację, a potem odchodzi… by wrócić. Nie wiem dlaczego, trzeba by pocytać, bo to dla mnie dość nowe zachowanie wron, takie, jakiego nie obserwowałam, a może zwyczajnie to sprawa zmian w ekosystemie? Drzewa wycięli, więc gniazdo powstało bliżej? Może poję ino tę jedną, dziwną rodzinę?

A i odchodzi… no wiecie… ląduje na jednym końcu i kroczy, a to całkiem kawałek, dumnie kroczy, bo to jej teren i nikogo się nie boi.

Nikogo, ale jakby co, to odleci!

Może i ta susza w końcu odleci lub odkroczy? I to słońce palące i jeszcze… no w ogóle wszystko to?! Bo nie można spać, nie można myśleć, nie daje się… a jak się uda, dom się schłodzi, to nagle i tak zderzasz się z powietrzem, które płuc nie karmi i jest jeszcze gorzej. Nie… trzeba nam deszczu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pozbawiennica… została wyłączona

Pan Tealight i Martwota…

„Wszystko zdawało się spowijać martwe powietrze.

Ciężkie od soków rozkładających się i zwierząt i ludzi i roślin, zarazem tych naziemnych jak i wodnych… tych latających, już nie, pełzających, skaczących, pląsających i wszelako chodzących… kroczących i tańcujących. Bytów widzialnych i niewidzialnych, w te łatwiej było wdepnąć, jak się czołgało, starając się od wszystkiego uciec. Te nagle się ukazywały, gdy się je dotknęło.

Było gorąco.

Było parno i duszno.

Nie padało od tak dawna, że nikt już nie pamiętał onych deszczowych nut, tego jak przywołać desz, jak w nim się przemykać, jak się moczyć, jak po prostu być częścią onej wodnej muzyki. Nikt nie pamiętał jak to jest… chociaż, przecież minęły tylko miesiące, a jakby lata…

Zbyt wielu zależnych było od deszczu.

Zbyt wielu.

Między innymi rośliny Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. I jej książki. I ona sama. Tęskniła za deszczem i choć kochała onych umartych, to jednak, jakoś tak, zwyczajnie, chciała wody. Chciała tej wilgoci, zapachu, pieśni, arii i wszelakiej tonacji w powietrzu… poszumów i cieków. Nawet jakby miała latać wciąż do kibla, co chwilę, wiecie… na siusiu.

A Martwota…

Martwota nie chciała deszczu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gromady szpaków dookoła…

Okupują moją śliwkę…

Zaczynam się zastanawiać, czy w tym roku nie tylko czereśnie im w łebkach, czy jednak nie. Czy jednak dietę rozszerzają, może jakowyś to szpakowy wegetarianizm? Kto je wie, raczej nie są tak gadatliwe jak wrony, nie żeby były ciche, o nie… gdy zleciały się po raz pierwszy, myślałam że grad rozjebuje nam dach, delikatnie to ujmując. Choć czy damie godzi się używać takiego słowa? Nie wiem… tam, damą nie jestem, nie mam problemu, problemy mają w Folkekirkecie, bo się okazało, że właśnie tam najbardziej się kobiety, a też i damy i panie szpakowe dyskryminuje. A tak… wielkie oburzenie poprzedziło gigantyczne dziwienie i zaskoczenie, że jak to tak? Że w kościele i to jeszcze takim, kobietom bliskim…

… ble ble ble…

Wróćmy do ptaszków, niekościelnych.

Chociaż, kurde, kto tam wie co szpaki wyznają?

A może jednak wierzą w Najświętszą Pestkę wybitą z czubka czereśni do buta Nieznajomego, który przez nią uszkodził sobie system chodzący i nader mocno z tego powodu wkurwiony na wszystko, jakoś czereśni nie zauważył, a tak, po wszystkim, jak już doszedł do siebie, bez chodzenia, no wiecie, ino z guzem, to od razu siekierka i huzia na drzewko i nagle, na moment, ot piórko, włos, chwilę nim łupnęło ostrze o korę, zatrzymał się, a może powstrzymało go jakoweś skrzydło najświętsze… no nie wiem… ale się opamiętał i przemienił w największego szpaka, który usiadł na najcieńszej gałęzi i się z niej spierdolił na beton.

Na amen z pacierzem.

Co? Że nieprawda?

A kto mi udowodni?

Ale…

Wracamy do pierwszego spotkania…

… czyli ja kontra koniec świata, niebo nam na głowy i dachy i ten nasz cały dach, każda dachówka zamieniona w szpaka. No po prostu szaleństwo. Szpacza chmura, która z nieba niebieskiego, rąbanie błękitnego bez chmurki i na deszcz nadziei, osiadła i dziobie, dłubie, coś kombinuje, a przede wszystkim tupie tak głośno tymi malutkimi pazurkami jakby nosiła te najbardziejsze brzydkie, wielkie buciory… te najdroższe jakieś, wiecie, może i drewniaki… to też kiedyś w modzie było?

… więc ono tupanie, strach, wybiegam, a one co?

Gapią się na mnie z wyrzutem, że im niby zakłócam spokój, czy coś?

A potem się uniosły, ale nie wszystkie, część została by patrzeć na mnie bym czuła się jak jakiś podglądacz, albo okrutna baba, co cukierka dzieciom zabrała, czy coś w ten deseń… z drugiej strony, ej, to mój dach… wróciłam po aparat, oczywiście przeniosły się na dach sąsiada i powiem wam, że to trzeba mieć umiejętności, by tak się czepić bardzo pochyłego, namiocika dachowego sąsiada, nawet na kominie usiadły.

Nosz niesamowity widok w świetle zachodzącego słońca…

A jaki wrzask!

Wot i to rozrywki u nas na Mniejszym Krańcu Świata.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Martwota… została wyłączona

Pan Tealight i Gwizdacz…

„Nosz przecież Dioboły wywoła tym gwizdaniem po chacie…

Nosz Innąmać przygarnie onymi trelami!

Albo i coś gorszego, czy COŚ!

Bo widzicie… nieby zwykły to był gość, w średnim wieku, raczej z brzuszkiem, lubiący życie proste i nieskomplikowane, wszelako z siebie zadowolony, miły dla innych, tych znajomych i kompletnie nieznajomych… naprawdę nic z nim nie było źle. Może nie dla każdej do łóżka, ale po prostu ktoś, z kim można pogadać. Zwyczajnie i całkiem po prostu. Może i nawet się czegoś dowiesz?

Może…

Lubił ziwerzątka i nie bał się bronić słabszych przez bullistami, kochał opery mydlane, ale nie musiał oglądać wsystkich i pasjonować się każdym odcinkiem. Zwyczajnie, czasem wolał spacer, czasem kąpiel w zimnym morzu, a jeszcze innym czasem zwyczajnie przesypiał popołudnie, bo się objadł. Ale najpierw ugotował, no po prostu złoto w kuchni, znaczy mógł uczulać, ale wiecie…

Odczulać też…

I jeszcze…

Pachniał ładnie, dbał o siebie, miał gładko ogoloną twarz, ale czasem eksperytmentował z jaimiś bródkami, włoski zaś ostatnio mu skosili na Wikinga, wiecie, z takim kucykiem na czubeczku, niby Samuraj, ale z Innej Północy. Obecnie był wolny, a jak kochał, to tylko jedną, jedyną… i… i jeszcze…

Nie…

Idealny może i był, ale gwizdał pod dachem, a to znaczyło jedno.

Należy go odhaczyć!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Tir Alainn” tom 1 i 2 – … Anne Bishop. Lekkie moje guilty pleasure jeśli chodzi o niesamowitą serię Krwawych. „Efemera”, „Inni”… właściwie jest w czym prebierać. Zawse jednak jest magia, natura, kobiecość i męskość, subtelna nauka roumienia obydwu…

Szczególnie jeśli chodzi o cykl „Czarne kamienie”. W znaczeniu trylogii i jej kontynuacji, a potem… no właśnie… oni Inni. Ech! Coś w tym jest takiego, że napisze kilka zdań, i jakoś ju wiem wszystko i…

Z tą serią jest trochę inaczej.

Niestety lub stety.

Nie jest tak porywająca, nie wciąga aż tak, ale też ma coś w sobie. Oto świat magii, w którym znaleźć można wiele ścieżek, a przynajmniej znaleźć je można było do tej pory, bo to, co zachodzi w świecie śmiertelnych burzy swojski spokój i wszelakie przepychanki pośród fae…

Nadchodzą zmiany, lub po prostu zagłada.

Ścieżki znikają. Trzeba wybrać, ale co? Czy izolacja jest odpowiedzią, a może jednak… to one mityczne Filary nią są?

Może…

Jest więcej?

Oto opowieść o braku harmonii i o tym, w jaki sposób wszystko może zniknąć w ciągu chwili. Wszystko co było znajome… dziwnie taka na czasie ta trylogia, a przecież napisana została dwadzieścia lat temu… a jednak, metaforycznie spoglądając, zdaje się obecnie dotykać naszej teraźniejszości…

Czy ujrzymy tom trzeci?

Nie wiem… ale myślę, że warto. Bo dziwnie, jakoś tak te wydarzenia, szcególnie z drugiego tomu odpowiadają temu, co dzieje się dookoła. Dzieje się nam, kobietom. Zawsze się działo, a jednak… każdy mówi: mamy 2022, to przecież już nie ma tak, nie ma gorszych ludzi AKA kobiet, jest po równo jest…

Kłamstwa!

Te dwie pozycje, całość, to historia fae, magii, ale też niezrozumienia i rozłączenia tego, co winno być jednością: sił płci, natury, człowieka i natury… myśli i czynu. Jest w nich jakieś piękno, szczególnie w pierwszym jeszcze ucieczka, w drugim już tylko walka, albo też… odrobinka nadziei?

Warto.

Masło i cukier.

Cóż… masło u nas jest chyba tym, czym cukier w Polsce.

Okazuje się, że kosztujące naprawdę spore kwoty Lurpak, dostępny jest poza granicami Danii za ceny tak śmieszne, że opłacałoby się spakować i przywieźć kilka zgrzewek wynajętym vanem z lodówką. Naprawdę… jak się ludzie dowiedzieli, to dopiero wybuchła drama. I jak najbardziej ją rozumiem, bo jak jeszcze da się wyjaśnić sprzedaż poza granicami kraju dla zdobycia większego zysku, tak sprzedawanie za nasze grosze go gdzieś indziej, gdy tutaj ludzie zaczynają traktować masło jak wyraz bogactwa i pozycji społecznej… zdaje się to być dziwnym eksperymentem. Pokręconym i pobawionym człowieczeństwa, czy też…

Nie wiem…

Zwyczajnie, nie wiem już co mam myśleć bo znajoma podesłała mi tekst o cukrze polskim sprzedawanym na południu w takich samych relacjach cenowych. W Polsce niedostępny, tam właściwie zbędny?

O co chodzi?

I ile jeszcze ludzie wytrzymają?

Na razie to wciąż lato, chociaż raczej większość już wróciła do pracy, tylko ci bezdzietni się bawią… wysokie temperatury sprawiają, że i tak wszyscy mają jedzenie gdzieś… tudzież myślą o czymś innym… niskie temperatury nastające zaraz po nich mieszają w głowach, naprawdę można oszaleć…

Może dlatego…

Dlatego sąsiadom odbiło?

Sąsiedzi.

Może pamiętacie, ale udało nam się w 2019 kupić dom.

Byłoby szczęśliwie, gdyby nie mały fakt, a raczej wielki… żółta pleśń i inne przypadki… Przez ten cały czas wciąż opłakuję swoje książki, walić meble i inne tam, nawet moje obrazy, ale książki… Przez pół roku jakoś sąsiedzi byli względnie cicho, a potem się zaczęło. Przybyło psów i kur – co jest w tym miejscu mega dziwne – a teraz jeszcze przeszkadzają im nasze, czy też odziedziczone i zawsze tu będące likaki.

Że za wysokie i zasłaniają widok.

Ekhm, sorry, ale jak pani chciała widok, to się nie kupuje domu, który w planie ma jak byk, że działki dookoła zostaną zabudowane. I nie tnie się lilaków w suszę, gdy ledwo można oddychać!!! A już na pewno kurna do września ich nie będziem przycinać – co było w planach, bo oni nagle widoku nie mają…

I żeby nie było, wsio wymierzone, może i teraz podrosło o listek ponad narzuone lekko 2,3o, ale jednak… co wam natura? I nie, to nie jest tak, że im to pod oknem siedzi, bo pod oknem to nasza sąsiadka bardziej, ale widać oni jakoś na to morze dziwnie patrzą… więc przyleźli… ona i on. Rzuciła się ona wymachując papierkiem z przeszłości, że widoku zasłaniać nie można. Pojmuję papierek, zresztą, Chowaniec paranoicznie przejrzał je wszystkie jescze w 2019, ale chodzi bardziej o ton… wiecie, co to nie my, a wy tutaj przeszkadacie… i znowu się zastanawiam, czy tutaj nie było jakiejś większej spiny o ten dom… czy nie odmówiono komuś sprzedaży bo przecież… no szczerze… wydajemy na niego wszystko, nie wiem…

I tak… to takie duńskie.

I tak, dlatego tutaj nigdy ie wyzdrowieję… czy uciekać?

Ale przecież nigdzie nie będzie lepiej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwizdacz… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Niepyknął…

„Mówili, że niepyknął, bo za mało zjadł…

… ale wtedy Smok z Komina jakoś tak przypomniała wszystkim oną legendę, co to jeden jadł i jadł po jakiejś źle przyprawionej, na pewno, bożej owieczce i wiecie, nie dość, że z rzeki się gówno zrobiło, w końcu zanieczyszczenie to nie przelewki, no to jeszcze, wiecie, zwyczajnie smoka ono kiepskie, intencjonowane żarcie nadpsuło… Nadpsuło na tyle dość mocno, że aż operację plastyczną mieć musiał, bo to przecież chroniony gatunek, ratować trza było od razu jak się ino zwiedzieli ci mądrzejsi, tudzież od innego boga… wiecie, w tych rejonach nigdy nie wiadomo i to oni, całkowicie nieszczędząc kosztów zarazem onych ludzkich i tych wielce kruszcowych.

Nawet w nagrodę za cierpienia zrobili mu z próbówki dziewczynę…

I tak uratowano populację smoków.

Amen.

Ale jednak… ostał tym, co Niepyknął. Wiecie, ojoj to ten dziwny Pan Niepyknął. To on!!! Wiadomo, że śmiać się zaczęli z niego jak już wyzdrowiał, jak już było wiadomo, że nie będzie gorzej, to by rozładować atmosferę, przy pożeraniu onych maluczkich z tego durnego sioła, co to wpadło na ten pomysł… tia, boga tego też zjedli, smakował dziwnie truskawkowo. Jakby wiecie, jedli te truskawki sprowadzone poza sezonem, poza krajem, wszelako i mocno nazbyt wymuszone…

Prawie chemiczne.

Klejone, albo składane z truskawkowego papieru origami.

… więc pamiętajcie mali i duzi, młodzi i starzy, wszelako mądrzy i mało mądrzy… smoków się nie dokarmia, chyba że same chcą i wiedzą co chcą i jak im nie dacie, to was zjedzą, więc wtedy można.

A co!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to…

Morze pożarło kolejną ofiarę.

Przyznam, że zdaję sobie sprawę z morskiej potęgi, a i prądy dookoła Wyspy są dość głodne i zdradzieckie, ale jednak… okay, utopić się można i w szklance wody, ale na Balce? W jaki sposób? Tosz tam żeby się zanurzyć trza z kilometr w głąb morza iść. No ale, nieszczęście się wydarzyło.

Cóż…

Co roku raczej coś takiego ma miejsce i jakkolwiek dziwnie odczłowieczająco czy bezdusznie to brzmi, to jednak spoglądając na one ludzkie zachowania, ech ludzie, ni respektu do natury nie macie ni do siebie wzajemnie. A już do dzieci własnych w ogóle. Rozumiem, że w dupie wsio…

… ale swoje własne latorośle?

Ech…

Nie ważne, czas od 5.5 do 8.8 minął i w końcu mamy już znowu coś na kształt nocy!!! Ciemność, szarość wszelaka, gdy tylko chmury przysłonią słońce, jasne noce się skończyły. W końcu. Jakoś dopiekły mi w tym roku. Nadmiar światła, dziwne wachania temperatury, wciąż wsio w toku, ale przynajmniej istnieje znowu ciemność. Sporadyczna, ale przynajmniej nocą pewna!

Co do morza…

Dawno go z bliska nie widziałam.

Dziwne to…

W lipcu tak naprawdę jest trudno…

I to nie tylko mi.

Większość albo ucieka gdzieś, wyjeżdża w inne miejsca by uciec od zatkanej Wyspy. Od miejsca, które preferują puste i jakoś tak swojskie, a nie turystycznie nadwrażliwe. Zawsze tak było, ale w ostatnich latach, też i gdy była pandemia, to jednak tutaj zjeżdżali się Duńczycy i Niemcy… wiadomo, bliżej, spora część Niemców na tutaj domki zakupione dzięki wszelkiej uprzejmości posiadanej Mamony.

W lipcu rodziny z dziećmi, w sierpniu więcej Niemców i Polaków.

Cóż, taki sezon.

Skandynawskie dzieci poszły do szkoły, ich rodzice wrócili do pracy, więc i pewne instytucje zdają się bardziej istnieć. Właściwie dla tej części świata już powoli nadchodzi jesień. W końcu zaczyna się pierwszego września i jakoś tak, nikt z tego nie chce zrezygnować, choć wresień czy październik potrafi być tutaj taki piękny. Wciąż morski, wciąż niesamowity, a jednak… wyznaczona ostra linia końca lata sprawia, że wiele miejsc się zamyka, sklepów, barów i tym podobnych.

Rozumiem to i nie rozumiem jednocześnie.

Ale…

Wiecie, wolę jak jest mniej ludzi.

Dlatego człek uciekł z miasta, z onej szeroko pojętej cywiliacji. Problem w tym, że wszystko się zmienia, sporadycznie na lepsze… wróć, nie wiem kiedy ostatnio było coś na lepsze poa tym, że paczkę z IKEA ostatnio dostarczyli w niedzielę! No ja pierdziu, co się stało? Albo kurier z Polski dotarł w ciągu kilku dni, nie tygodni… co do poczty polskiej, ta nadal uważa, że priorytet to co najmniej 2 tygodnie odleżeć musi i z onymi odleżynami dopiero dotrzeć do adresata… wiecie…

Taki świat.

Przyszłościowy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Niepyknął… została wyłączona

Pan Tealight i Zgorącenie…

„Nadeszło Zgorącenie i tak naprawdę nikt nie był na nie gotowy.

Nadeszło…

… nie zapowiadając się, nie wysyłając przodem forpocztów, wprost przeciwnie, dając wcześniej noc, w której odczuwalność temperatury bliższa była zimowym dniom niż wczesnojesiennym, ono ochłodzenie, dzięki któremu w końcu człowiek śpi i śni tak naprawdę i już… już właściwie myśleli, że po tym jednym wrzącym dniu to już nie będzie onego lata. Onego męczącego, wytłaczającego na skórze od góry i dołu, od wierzchu i spodu testy o cierpieniu i niezrozumieniu…

… ale przyszło.

Nie tyle Lato, co jego wściekła siostra, nienawidząca wszystkiego i wszystkich. Pragnąca ich uśpić, zaśpić, zaparzyć, zapocić, pozbawić wody, zasuszyć i w końcu… w końcu wkleić sobie do albumu, który tworzyła od zawsze.

Z zaskoczenia.

Tak mocno, prawdziwie, uwielbiała to swoje hobby. Naprawdę, właśnie w ten sposób to traktowała. W ten sposób wytraciła światy, znaczy, w rzeczywistości zatrzymała je dla siebie. Na zawsze, bo w końcu jej nikt się nigdy nie pozbędzie. Jak będzie chciała przyjdzie i zabierze swoje, to, co nie wie, że w rzeczywistości wszystko może być jej, może być jej na zawsze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Noc była chłodna, a dzień…

Wschód słońca w okolicach 30 C nie jest czymś, co się uznaje za zwyczajne i normalne. Za jakoś tak, możliwe do wytrzymania.

Nie…

Potem już było tylko gorzej. Termometr czuje się źle w okolicach 40 C, więc zaczął dawać nam naki, że domaga się dopłat i ma dzieci i w ogóle, to jak on ma pracować w takich warunkach, że się nie pisał, a tak dalej jak będzie, to po prostu związki na nas naśle. No to będzie. Serio… boję się.

Varmepumpe można przełączyć na chłodzenie, ale wiecie, ile to tam… nie no, pewno że człowiek wdzięczny nawet za oną drobinkę chłodu, ale samo uczucie, poczucie i wrażenie, jakoś tak, nie no… tę tempreturę się czuje w głowie. Spowalnia człowieka, a jednocześnie go dusi, że powinien coś robić… no serio, mogłaby się ona aura zdecydować i przede wszystkim określić się czy to lato, czy nie. Bo raz tak raz tak, mój czarny bez chyba nie przetrwa tego lata, jabłka nabierają czerwieni, ale jakoś tak, jakby bardziej czuły się czymś zawstydzone niż…

Dojrzewały.

Przeprowadziłam testy i serio, rośliny wolą cień.

Można się nieźle zaskoczyć przez zwyczajowe iglaki, czy małe sadzonki dębu, które w jednym miejscu zwyczajnie odmawiają rośnięcia, ale jak już są gdzieś między innymi, schowane, ścienione, to jakoś rąbią w górę…

Jakby im cienie płaciły.

A może jednak posłuchać roślin i uciekać z tefo słońca?

Gorąco…

To jak jakaś siła, która mnie krępuje, nie pozwala spać, nie pozwala odpocząć, nie pozwala zwyczajnie na nic. Co więcej, zwyczajnie wywołuje we mnie dziwne chcice… na przykład na jajecznicę o północy, jak ja jedzenie kończę w okolicach osiemnastej, bo inaczej mój żołądek się wyprowadza i ciągle muszę fo przekupywać wyjątkowo dobraną surowinką… no serio, bezczelny jest!

No ale…

W końcu znowu się ochłodziło, nawet spadło kilka kropel, ale co to tam było? Tosz ino one siuśki aniołków. Ale za to wiatr się zerwał, więc kurcze… znowu przesuszy ziemię, mam nadzieję, że magnolia przetrwa, bo marnie wygląda. Wiecie, wciąż żyje, ale jednak, jednak jakoś marnie… ech… no co? Naprawdę cierpię jak roślinki mi zdychają. Wciąż jeszcze nie zapełniłam ogrodu, wciąż mi brakuje kilku krzaczków, mogłoby być fajnie, znaczy jest, ale jednak… mogłoby być jeszcze lepiej.

A ja chcę jeszcze lepiej!!!

A co!

Czy to dojrzenie do perfekcji? Ależ gdzie tam?! No weźcie… po prostu ma być jak ja chcę i tyle. Ma być pięknie i w ogóle, krzaczasto, roślinnie, a najlepiej wszędzie drzewa. Tak, wiem, upierdliwam z tymi drzewami.

Ale tam…

Na Wyspie pierwsze czego się uczysz, to mieć wsio w dupie, a jak się tego nie nauczysz, to Wyspa cię zje, z kosteczkami, rzęsami, włosami – jakoś trawi wsio – oraz chrząstkami, które smacznie grzechoczą jej i ciamkają między zębami. Zębami z granitu, więc łatwo jej idzie z onymi człowiekami… No serio. Wyspa zjada ludzi. Myślicie, że gdzie się niektórzy Turyściznowie gubią?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zgorącenie… została wyłączona

Pan Tealight i Delfinowie…

„Panowie Delfinowie nosili się zawsze z francuska i według odpowiedniej epoki, więc ubaw był niesamowity, aczkolwiek co poniektórzy zazdrościli im onych łydek odkrytych i koronek, wiecie… są zboczenia, no a te peruczki… to dopiero sztos. Ile tam można skarbów skryć, skradzionych, tudzież wszelako niedozwolonych, na przykład na jakiejś imprece wegańskiej wsadzacie tam kurczaka i co wam zrobią, nic. Nie zobaczą, może poczują, ale wiecie… kto poczuł ten zbączył!

I jeszcze one telefoniki i inne ustrojstwa, ciągłe pikanie zwiastujące zainteresowanie, tudzzież wpływ na konto, one pozy i wywroty, one teksty zaczerpnięte od innych, nie oszukujmy się, istnieją granice.

Nie tylko pewne…

… więc,,,

Jednak poza onym mało ambitnym, aczkolwiek działającym, influenserskim zajazdem faszionistycznym, to znaczyli nic. Kompletnie i w ogóle, ale kasę potrafili z innych wyciągać jak… jak…

No wampirowie juchę.

… więc…

… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane, wszelako zawsze błądząca w rejonach konsumpcji i finansów… chciała się u nich uczyć. Ale nie wyszło. Po prostu nie dała rady i coś buchnęło, pioruny poszły i w ten sposób powstał niesamowity monumencik… w granicie.

Ale po prostu masterpis!

Pan Tealight z Ojeblikiem – małą, uciętą główką, nawet się nie zdziwili. Na szczęście zdążyli uciec, umknąć, schować się nim wsio nadeszło… i postanowili, że co jak co, ale o tym mówić nie będą. I to nigdy. Nie. Po prostu. Nikt sie nie może dowiedzieć. Nikt. Wszelako i najbardziej ona sama… bo wiecie, gorąco, więc wiadomo, że moce wszelkie i mocniste działają i jeszcze ten brak chłodniejszych nocy i wiatrów motała jej w głowie, choć motać nie potrafiła, więc…

Nie.

Oto narodził się monument wany Milczeniem.

A nad nim gołąbek, a pod nim krwawnik biały i różowy, ech te nowomysły jakieś, oraz wszelki wrotycz się bawi…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Następuje taki dzień, gdy…

Gdy człowiek, w tym momencie kobieta, czyli ja, no niestety, taka mało interesująca jestem, ale powiedzcie do mnie PROSZĘ PANI, to nie zdzierżę… dociera do jakiegoś punktu w życiu, gdzie… się odwraca.

I patrzy w tył.

I widzi.

Widzi w rzeczywistości masę lat i wiele spraw, które się zakończyły, spraw, które jakoś wciąż trwają, oraz… tych marzeń spełnionych, marzeń utraconych i tak dalej. Wiecie, czas sprawia, tudzież pomaga człowiekowi sprawić wiele spraw. Dotrzeć w miejsca, w które chciało sie dotrzeć, albo uronić łzę nad tym, co się nie udało. Bo przecież nie zawsze się udaje. Kurde no…

Dlaczego?!!!

Z drugiej strony, jakby tak się wydarzyło, co człowiek sobie bzdurzył za dzieciaka, oj kurde, nie no, to dopiero było szaleństwo.

Nie!

Kurde… klawiatura zaczyna mi niedziałać. Z mi szwankuje… no wiecie, Z na klawiature. Ech, ale z drugiej strony, no tak, prawda, niektórzy mierzą swoje życie zużytymi telefonami czy innymi laptopami. Z racji, że telefony rzuciłam jak telewizor, miałam jeden w swym życiu, a co do telefonów… hmmm…

… więc miałam je w życiu chyba 2?

Pierwszym była ta wiecie, ta NOKIA ze wszelkich memów, oczywiście niebieska… wciąż też pisuję listy, kartki i tym podobne…

No ale…

Mamy sierpień, a z tego co wiem, w Polsce problemy z cukrem… jakby co, to u nas jest. I biały i mniej biały. Nie używam, więc nie wiem, więc wysłałam Chowańca i sprawdził, że jest na pewno i jest relatywnie tańszy niż w Polsce, więc jakby co, na wakacjach możecie sobie kupić.

Albo zacząć samemu te buraki cukrowe kręcić.

Ale…

Mówiąc już o tym upływie czasu i wszelakich sukcesach i upadkach życiowych, to nie wiem, ciepło. Sąsiad znowu kosił nieistniejącą trawę, a ja ze swojego trawnika krwawnik zbierałam. Nie rozumiem typa, bo susza wciąż szaleje, ale wiecie, może jak to czytacie i widicie braki Z… to już popadało? Nie wiem… jakoś też i do morza człowieka nie ciągnie. Co się kurna ze mną dzieje?

No nie!

Z drugiej strony, to jednak w lato ta woda taka jakaś brudna i czasem po niej człowieka swędzi w miejscach, w których nie chce naprawdę by go swędziało, więc… czy warto ryzykować? No i ludzie. Inni niż wykle… nie wiem. Podobno na północy parzące meduzy się rozpleniły, więc szczerze tego nie widzę.

Tej wolności się unoszenia…

… bul bul bul…

Ale wciąż spoglądając wstecz… to powiem wam, że nie lubię patrzeć tam gdzieś za siebie. Bo to boli. Często też nie przepadam za wspomnieniami, bo też bolą, albo smutno się robi, bo to nie teraz i jeszcze… nie wiem… fajnie jest, jak jest chociaż okay prez cały czas. Nie muszą być fajerwerki, ale jednak…

Niech to życie nie boli!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Delfinowie… została wyłączona

Pan Tealight i Kłamliwa Istota…

„Kłamliwa Istota miała sekret.

Wielki sekret miała…

Widzicie, zawsze mówiła prawdę. Ale to zawsze. Nigdy nie było inaczej, a wszystko zaczęło się wtedy, gdy zrozumiała, że i tak nikt jej w prawdę nie wierzy, więc… po co się wysilać? Po co tworzyć one bujdy? Po co? Przecież to ono tworzenie kłamstwa tak naprawdę było czymś doprawdy cholernie czasochłonnym i nadzwyczaj, oraz wszelako upierdliwym w pleceniu.

No i jeszcze to spamiętaj!!!

Nie, miała dość, więc waliła prawdę, a potem udawała, że zmyślała… i ludzie zawsze się na to nabierali. Bo prawda nigdy nie była w cenie, a już w tych czasach to w ogóle. Kompletnie. A zamieniona na kłamstwo zyskiwała nowe życie. Wprost nim tryskała niczym ona fontanna, czy coś? Czuła się jeszcze lepiej, niż kiedyś. Nadzwyczajnie. Jakby ją wcielili do jakiś iksmenów, czy czegoś w ten deseń. Ale bez noszenia rajstopek, kompletna swoboda gaci na tyłku, aczkolwiek jak już chodziło o latanie, to wiecie, jednak te pończoszki przewiewały tu i tam.

No i zwykłe leginsy sprawdzały się nawet przy maściach, którymi trza się było natrzeć, więc w końcu przywykła… ale jednak wolała sama decydować o reszcie.

Bo mogła.

W końcu, kto by jej uwierzył?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Małe kobietki” – … bo śliczne. Bo moje pierwsze było takie dziecinne, bo film… bo… no wiecie, wiem jak się kończy, jak zaczyna, ale naprawdę nigdy się nie wczytałam. W tę opowieść o siostrach. O małej rodzinie, która zaraża optymizmem, nawet jak jest już bardzo źle… do końca ma nadzieję, ale też o ososbowościach, które wcale nie są takie… wiecie, gładko ulizane i ugrzecznione.

I oczywiście o miłości.

I śmierci.

O życiu… wtedy.

Koniec XIX wieku, wojna secesyjna, ctery siostry i matka. Niby damy, a jednak pragnące… cóż, wolności? Miłości, życia, tego, czego każdy szuka w życiu… siebie… rozwoju. Ale też, nie oszukujmy się, nie jest to opowieść dla wszystkich. To trochę lepka i cukierkowa historia. Strony nie przytłoczą, ilustracje nas zmiękczą, wiecie, coś, wydaje się, raczej dla młodszych dziewcząt?

I tak, jest to element pewnego rodzaju kanonu literatury, ale jednak…

Hmmm…

Oj, po prostu trochę baśń. I tak, o wiele inaczej się przyjmuje te strony jeśli oglądało się wcześniej film. O wiele łatwiej znosi się pewnego rodzaju umoralniania i grzeczność… więc dlaczego czytać?

A dlaczego nie?

Myślę że to taka KLASYKA, która nie dla każdego klasyką jest i okay. Można mieć swoje zdanie…

Gorąco…

Niektóre dnie narzucają na nas swetry inne błagają by zdjąć skórę, tłuszczyk, mięsko i mięśnie z kości, a i tak nie zapewniają, że będzie lepiej, iż da się oddychać, pracować, tworzyć, chociaż po prostu być, jakoś tak, no wiecie… człowieczeństwo i te sprawy i tak dalej? Jak być, gdy temperatura wyniszcza fizycznie i psychicznie? Gdy nie wiecie już gdzie dół a gdzie góra i w ogóle macie to w dupie.

Naprawdę.

W okolicach 40 C jakoś tak… czuję się zwolniona z bycia.

Czymkolwiek.

Do tego jeszcze wrzący wiatr, susza, wszystko umiera, albo tylko zamiera gotowe choć na kropę, ale świadome tego, że ona kropla może nie pomóc. Że może spalić to, co się jeszcze ostało, że… właściwie, bez urazy, ale prognoza pogody to jakaś komedia! Nieszczera całkowicie. Piszą, że popada i co…

Nie pada.

Wyłaniam się z wrzątku we wrątek nalać wronom wody… nawet nie uciekają już, dziwnie osowiałe, a na nalaną, chłodną wodę rzucają się. Stoją na pojemniku, moczą i dziób i pazur, krople spływają po tych piórach, niewchłaniając się, ale jeśli chodzi o dziób, musi być suchy, więc wycierają je o poręcz tarasu.

Drewno od razu wysycha.

Wrony te wolą cień, więc jest źle.

Siedzą i milczą, no jak nie one.

A co do człowieczego jestestwa… cóż, wieczorne 30 C przynosi niepokój i pogodową depresyjność, więc trzeba zwyczajnie to jakoś przetrwać. Inaczej się nie da. Przetrwać z nadzieją na ochłodzenie i deszcze. Kurcze, nawet te drzewka oliwne jakoś tak, nie dają rady! No to już musi być źle.

Musi.

Ale… lato pełną gębą.

Trawy nie ma, kleszcze są. Wody w rzekach mało lub brak wciąż, obietnice pogodowe wciąż niezgodne z rzeczywistością… Turyścizna jest. Inna już jest, bo i czas się zmienia… wszelako wciąż i lato. Przy Vestermarie wylali podobno nowoczesny i wszelako posh i w ogóle ekosreko… no wiecie, trzeba do wszystkiego ideologię dorobić, a chodzi o szlam. Znaczy ble… i ono ble cuchnie szalenie, ale to i takie uroki lata. Rzepak wciąż stoi, bo podobno lepszy taki odstany… inne zboża też jeszcze, ale już powoli coś się rusza. Coś się rolniczy. Wiadomo…

Te sprawy są już kompletnie zależne od natury i pogody w szczególności.

… więc tak, śmierdzi.

No szczerze… kupą wali!!!

Taki urok tego miejsca i już. Trzeba przeżyć, przyzwyczaić się, albo po prostu kląć na czym świat stoi… czy też Wyspa!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kłamliwa Istota… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Języków…

„Jęczał i się miał dobrze, bo karmili go dobrze, a nawet jeśli jęczeli oni, to jakoś tak nie na niego, jakoś tak dookolnie, w końcu on tylko się obracał, mlaskał, zwyczajnie odwalał swoją robotę. Czasem puchł, ale jednak… nie zawsze. Czasem jakaś wysypka, czy coś, wiadomo, grzeszne życie…

Czasem…

Czasem coś obiecał, ale czy dotrzymywał?

Cóż… kto to wie…

Dokładnie? Bo przecież raczej nikt nie sprawdzał, dbał o swoje, najwyżej o okoliczne okoliczności, by rykoszetem nie oberwać i tyle. W końcu to on, Pan Języków, ten co gdzieś ma dosłowności, czy poprawność gramatyczną, świszczenie oraz wielką, zapomnianą już pewno gwarność, może miejscami na nowo odkrywaną… Ten Pan Języków nie znający tak naprawdę innego poza swoim, zrozumiały wciąż dla każdego, ale znający je wszystkie…

Wielki projektant.

Ten miał być spiczasty bo kłamliwy. Słowem tnie jak maczetą i zapobiega zaleczaniu się ran. Ten kolejny miękki i dziwnie puchaty, niczym wnętrze bułki, w którą naładowano zbyt wiele ulepszacy… leniwy język, nadmiernie potliwy, sporadycznie, ogólnie mówiąc, używany do czegokolwiek poza…

Jedzeniem.

A ten, ten dziwny, twardy, prawie kamienny.

Leży w twarzy dziwnie nieruchomo, nie trącają go jagódki, nie martwi wlewany tonami napitek procentowy. On już dawno obumarł, chociaż wciąż żyje… bardziej płaskorzeźba w ustach mężczyzny niż oratorska pomoc…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To tak…

Po pierwsze pamiętajcie, by na rowerach bać się samochodów. W szczególności onych z niebornholmską rejestracją, bo one nie wiedzą. Właściwie nic nie wiedzą i jeżdżą jak wariaci. Do tego motory też nie są wam przyjazne, ale nie wyżywajcie się na chodzących, bo mogą kijkiem pomachać. Bez urazy, ale jakoś tak, wciąż na drodze jest jak na tych kreskówkach z Goofym.

Świdczy o tym ostatni wypadek przy minigolfie.

Rowerzysta przegrał, ale na szczęście przeżył.

Prawda jest taka, że ludzie przełażą przez ulicę jak one owce. Tudzież wróć, nie obrażajmy owiec, w końcu to o wiele mądrzejsze zwierzaki. I bardziej przydatne. A te człowieki, toto idzie z kilkulatkiem, dzieciak na ulicę, rodzic zagapiony w wystawę. I kto teraz będzie winnym, gdy coś się stanie?

No wybierajcie…

Na wakacjach ludziom się często wydaje, że są dziwnie nieśmiertelni i nietykalni. Że w końcu wolno im wszystko, bo po pierwsze, to nie ich dom, po drugie może tutaj już nigdy nie wrócą, a po trzecie, czemu nie. W końcu na Instagramach tak pokazują i w ogóle… dlaczego mają być gorsi?

Dlaczego?

Może czasem słonko zza chmurek, ale bawić się trzeba, przymusowo, w końcu wakacje. Urlop rzecz święta…

Czasem mi się wydaje, iż nie rozumiem wakacji.

A czas wolny, to czas cały czas, zwyczajnie trzeba czasem coś zrobić i tyle. Czasem się wyspać bardziej, czasem na kiblu posiedzieć… kwestia wypoczynku jest dla mnie raczej zawsze jakaś… zajęta. W znaczeniu robienia czegoś. Wiecie, nie że człek leży i nic, nawet nie myśli… nawet nie dycha, zbyt często, wsio się spowalnia i… nie, no wkurw by mnie od razu złapał i cholera wszelaka.

Muszę coś robić.

Zdjęcia, książką, pisać, sprzątać, pielić, zbierać… kombinować, komponować, po prostu coś robić, a nie tylko i wyłącznie nic… Ale, no i czy w ogóle ono mityczne NIC istnieje? I jak się je definiuje? I dlaczego odpoczynek to dla wielu impreza i picie procentów? Jak ja imprez i procentów nie lubię?

Nigdy nie lubiłam…

To dla mnie wizja któregoś z piekielnych przedsionków, bo na środku, w najgłębszej czeluści gdzie bym miała siedzieć jest stół z jedzeniem, krzesła i jakaś tam rodzina i słuchanie mlaskania, przymus jakiejś tam rozmowy i jedzenia przymus wszelaki… i nie można odejść od stołu, czy pod stół, uciec jakoś, bo przecież komuś przykrość sprawisz, no nie… nie… to jet dla mnie piekło.

I na pewno panuje tam lato wiekuiste.

Bleeee!!!

Naprawdę jestem kiepska w wakacjonowanie się.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Języków… została wyłączona