Pan Tealight i Zawiejek…

„Oj się napracował…

Wstała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane o siódmej rano, porą bandycką, gdy jeszcze światło nawet ocząt swych nie przetarło, zajęła się swoją robotą wsłuchana w deszczowe kwilenia… coś się potem zmieniło, ale o dziewiątej wciąż był deszcz… a ona przysnęła i…

I obudziła się w bieli.

Obudziła się w onej bieli, ale myślała, że wciąż śni. Jakoś tak jej się wydawało, iż to wszystko nie mogło być prawdą. Nie mogło. Bo przecież to wciąż jeszcze jest jesień i liście nawet się buntują przed kolorami innymi niż zielone. Tak jakoś… po prostu nie mogło się zdarzyć to, co przynosiło jej ukojenie.

Jakoś tak…

A to był tylko Zawiejek…

Lekko nietrzeźwy, lekko śmierdzący, jakoś taki lekko lekki, ale też i śmiały, wiedzący czego chce. Chce wszystkiego na biało… białych ulic, białego nieba, dachów białych, białych ścian i gałęzi, pni drew i krzaków, róży wciąż czerwonych i innych kwiatów, znowu białych, bo przecież biel tak bardzo pasuje… on to umiał, ułożyć ona fałdy na miękkich liściach, zamrozić krople, jeśli takie się znalazły, to dmuchnąć, tam uklepać, wszelako, jakoś tak wyrzeźbić świat od nowa…

Dorzeźbić do codzienności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I spadł śnieg…

Jakoś tak rano był tylko deszcz, a potem nagle, w ciągu dnia spada temperatura i pyk… budzi się człowiek, w nocy nie spał, więc wiecie, zrąbało go w połowie roboty, budzi się, a tu biało. I to nie tak lekko biało, ale gruba warstwa bieli. Lekko mokrawej, ale jednak… bieli. Rąbany śnieg 19tego listopada.

Cud wszelaki!

… więc zakładam gacie, jedne, drugie, no i lecim. Walić sobotnie sprątanie, odpuszczam obowiązki, żeby nie było, zęby umyłam! Ale lecem… się okazało, iż powoli bardzo, co oczywiście dla fotografa jest naprawdę torturą!!! Straszną torturą! Bo światło mi uciekało, ale droga nieodśnieżona, więc wiadomo, po drodze co najmniej 3 samochody w rowach… nosz kurde no…

I potem zagwozdka… udało się dotrzeć do Almindingen, ale…

Gdzie zaparkować?!

Tu zaspy, tam zaspy, tutaj widać pierwszy raz pług jechał, więc dodał jeszcze śniegu, jest niby parking, ale na nim z 40 centymetrów śniegu, więc… no kurcze no, co teraz? Jak to obejść? Jak?! Wywalić żonę na poboczu, nic nie jechało, więc wiecie, podniesie się i pójdzie w długą, a ty Chowańcu biedny szukaj miejsca na zaparkowanie, a potem zaczniesz szukać żony…

Ekhm…

Serio.

I potoczyłam się w Ekkodalen, patrzę w prawo, w lewo, dookoła patrzę, a tam kurna nikogo. No serio… nikogo nie było!!!

Pewno też problemy z parkingiem.

No ale… ja mogłam po prostu iść… czasem i do kolan w śniegu… sama, pierwsza, jedyna, jakby to wszystko było tylko dla mnie, te małe drzewka, ona dolina, biel, niebo ze znikającym słońcem, i jeszcze ona mgła dziwna. Gdzieś tam nad onymi pastwiskami. Gdzieś tam pod skałami…

Dziwna.

Niesamowita.

Miękka, otulająca.

Piękna taka, niesamowita, właściwie niemożliwa. Przecież, jak, skąd? Co to było? Jak to się wydarzyło? Śnieg, mróz i mgła… taka jakaś atypowa? A może nie mgła? Może to jakowyś byt dziwny, nowy i zimowy?

Może?

Ale to, że byłam tam tylko ja, niszcząca oną delikatność śnieżną… z jednej strony zabawa, z drugiej… no jakoś tak, trochę czuję się jak heretyk czy coś… wiedźma. LOL Oj tam, pięknie było, i w tą i tamtą. I jeszcze potem powrót już w lekkiej szarości do auta… i to, że Chowaniec mnie znalazł i jeszcze samochód się nie zakopał. No po prostu cudowne to wszystko. Drzewa oblepione śniegiem, wciąż, ludzi nie ma… pojawili się dopiero jak szarość opadła…

Nie wiem po co?

Widzą coś?

Najważniejsze, że ja widziałam ten chrzaniony Winterwonderland. Taki, jak tutaj sporadycznie się zdarza… marzenie ziszczone, ucieleśnione, czy jakoś tak, no wiecie, uśnieżone czy co… bo jutro to nie wiadomo czy wciąż będzie… nie wiadomo co jutro, co pojutrze co… w ogóle?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawiejek… została wyłączona

Pan Tealight i Deszczowa Starucha…

„Przybyła w końcu.

Dziwne… ale trzymała się od Wyspy z daleka przez dłuższy czas.

Jakby ktoś lub coś ją odganiało, jakby… bo wiecie, jak przyszła, to dziwnie taka zahukana, jakoś jak nieona. Nie ta staruszka z siwymi, długimi, kręcącymi włosami, którą znali, w onych ciuchach może i wilgotnych, ale pachnących płynem do płukania, kolorowych, we wszelakich odcieniach bieli, szarości, niebieskości i zieleni, z plamami czerwieni, tak gdzie niegdzie tak…

Nie ona…

A jednak ona.

Bo przecież włosy wciąż tam były, ale pełne wodorostów i jakieś takie, pokręcone, wszelako zamotane. Gdzieś tam jakaś muszelka, trochę piasku w kulkach splątanych z brązowymi niciami traw… a szaty…

… wszelako szare.

Dziwnie smutne i nijakie.

Jakby to nie była ona… a może jednak ona, tylko coś się jej przytrafiło? Może w końcu coś do niej dotarło i powiedziało parę słów za dużo? Czy przetrwało? Czy trawiły ją wyrzuty sumienia, a może było w tym coś więcej? Może po prostu się zmieniała, z motyla w jakąś tam, no wiecie, ćmę?

Może…

Albo to z wodą coś było nie tak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zawód wiedźma” – … oj. Pamiętam, znaczy miałam ono pierwsze wydanie z Fabryki Słów, jednak pamiętam larum jakie podniosły „internety” by jednak dalej ciągnąć cykl, bo to pierwsze wydanie nie było wydaniem całego cyklu. Był w tym Zawód Wiedźma, Wiedźma Naczelna i jeszcze chyba Opiekunka… ale u mnie pożarła to pleśń i gomóły jakoweś, wstrętny i koszmarne…

Znaczy pamiętny 2019 rok.

No co… wciąż cierpię, ale…

Olga Gromyko, naukowiec, kochająca szczury autorka, a tak, nawet powstały o tym książki jej autorstwa, szczerze polecam, ofiaruje nam rudowłosą, zawadiacką uczennicę… no wiecie, takiego Potterowego Uniwersytetu. Uczennicę bardzo pracowitą, ale też oczywiście kochliwą, no wiadomo, a co do tego, to… ekhm, kochliwą jeśli chodzi o pewnego… osobnika, który okazuje się być kimś…

Znacznym.

Na wielu poziomach.

Ale najpierw ona, Wolha Redna, bohaterka cyklu Kroniki Belorskie, powalająca swoją niezwykłą umiejętnością pakowania się w każdy problem w odległości, serio tak dnia jazdy koniem? Wozem może półtora? Magiczka, absolwentka już wydziału magii Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa… wysłana zostaje do Dogewy. Do miejsca, o którym naprawdę krążą opowieści.

I to jakie!

Zabawna, właśnie taka swojska, niesamowita opowieść. Genialne tłumaczenie!!! Inne wydanie niż pierwsze – Papierowy Księżyc. Trudno dostępna, ale dla sprytnego, no sami wiecie, może się wam uda!

Bo świetne są…

Każda z nich!

Zima…

Po raz pierwszy śnieg zaobserwowano w tym roku w listopadzie 18go!

Nieźle, co nie. Nagle temperatura ociera się o ono mistyczne zero i już wszystko jakby się naprawiało, ale, ale człowieka nie stać na ogrzewanie. Wciąż myśli i myśli, co wyłączyć, co zlikwidować, koce, skarpety i takie tam. Ale w końcu zaczyna cię dopadać dziwne otępienie, nie zmęczenie, ale taki kompletny brak chęci i sił. Bo wszystko kołuje dookoła tych rąbanych słupków mocy…

Czy o tej pore mogę włączyć ogrzewanie…

Czy jest tanio?

Wystarczająco tanio?

No dobra, człowiek oczywiście jest zdolny pokonać większe zimna i tak dalej, ale jednak nie jest wtedy produktywny. A na siedzenie pod kocami nie mam czasu, nie nadaję się do nieruchomości. W znaczeniu onej własnej nieruchomości. Wkurza mnie to. Muszę się ruszać, coś robić, tworzyć, działać…

A teraz herbata stygnie w mgnieniu oka!

No ale…

Pierwszy śnieg, czy raczej zmrożone, dziwnie styropianowe kuleczki opadły i stopniały. Ot tak. Wiatr wciąż duje, wymyśla nowe piosenki, próbuje z tej strony i tamtej, a potem nagle z tej, z której wieje najrzadziej.

Dziwne to…

Takie zajmowanie się wiatrem, ale tutaj nie da się inaczej.

Tak, to zwykłe miejsce na ziemi, gdzie żyją ludzie i mają problemy jak inni, ale odcięcie, izolacja, morze, ciemność i tak dalej, sprawia, że czuje się tu więcej. Więcej natury. Dociera ona do ciebie dziwnymi, nowymi zmysłami, jakbyć nagle zamontował sobe i barometr… albo coś w ten deseń. Wiesz kiedy zacznie wiać, kiedy przestanie, ból głowy to doskonały wyznacznik.

Ale w ogrodzie wciąż zielono i kolorowo.

Wciąż coś kwitnie, coś szaleje w wymiarze liści…

… a jak już o nich mowa, to za przeproszeniem na tronie siedząc, robiąc to, co ludzie robią, tak jakoś dziwnie coś zaczęłam słyszeć, a może to omam jakowy… No co? Jakby, wiecie, tupot białych myszek, czy coś, wszelakie bieganie… jakby nisseny ikrokoniki ujeżdżały, wyłążę na zewnątrz – tak, podciągnęłam portki – a tam one cięższe o innych, suchawe, ale wciąż w formie, figowe liście.

Kurcze no!

Jak żywe balety odprawiają!!!

A ja miałam nadzieję na coś więcej, chociaż, ciemno, więc może mi się tylko wydawało, że to liście, może suszone havfrue’y gotowały się do ataku, ale jednak… do niczego nie doszło? Zemsta jakowaś…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Deszczowa Starucha… została wyłączona

Pan Tealight i Zimowanie…

„Nakupili makaronów…

… przede wszystkim wiadomo suche i takie, co to każdy zje, a klucha to jednak klucha, zawsze dobre, nawet be niczego, bez sosu i posypki z serów… do tego jeszcze puszki, niestety z fasolką, więc niektórzy przewidywali powrót maseczek, ale nic to, ważne mieć jedzenie, jakby ta zima stała się…

Prawdziwą.

Bo spadł śnieg i wszystkich zadziwił. Nie zaskoczył, ale zadziwił, no wiecie, jednak to koniec listopada, więc…

Wiadomo też, iż możliwym jest, że się mu stopnieje od razu, po chwili i może, no i to w całości i szybko, ale jednak jednak przecież spadł i nadszedł Dziad Mróz i usiadł sobie na mostku by giry pomoczyć we wciąż płytkiej bardzo rzece. Bo jakoś tak, mimo deszczów i śniegu, to wciąż kiepsko było z wodą…

A już morze w ogóle było w kiepskiej kondycji…

Choć wiało.

Wciąż wiało.

Ale… te zakupy to nie tylko zima. Coś nadchodziło, szykowało się i nie był to wszelaki Jul. Czas obżarstwa i czas lenistwa i jeszcze sprzątania, stawianie choinek, bombki, prezenty… czyś dobry czy nie, i dla ciebie i dla ciebie jakiś Mikołaj się tam stanie, sprawi i wszelako zobrazowi. I źli i dobrzy za swoje będą wynagrodzeni… jak się nie pomyliliście w modlitwach oczywiście.

Nadchodziło Zimowanie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje i wieje i wieje…

Casem człowiek myśli, że ten wiatr się nigdy nie skończy, a potem sobie przypomina, iż był ten czas, gdy tego wiatru nie było, wcale, w ogóle, przez wiele miesięcy… tego powietrza, onej zmiany, wiania, skrzypienia dachu, uderzeń niczego, a jednak czegoś. Zmian. Kontynuacji, rozpoczęcia nowego, zakończenia.

A potem wieje przez wiele ni i już przestajesz myśleć.

Adaptujesz się jakoś.

Robisz, co masz zrobić, niczym nakręcana maszynka, ale tak naprawdę jesteś kimś innym. Kimś zaeżnym od kierunków wiatru, deszczów i tego momentu, gdy nagle, bez żadnego sensu słońce wychodzi zza onej szarości i już nie wiesz, czy to ono tak całe na biało się wyjebało przed szereg, czy ty…

A sąsiedzi patrzą…

Chociaż… czy tutaj mnie obchodzi co i czy w ogóle o mnie myśli? Obawiam się, że nie. Tak samo jak nikt nie zwraca się per: pan, pani… tak zwala mnie z nóg pismo z polskiego banku, co to w końcu widać cierpliwość stracili, wprost krzyczące: wypowiadamy CI umowę… a, widać i w Polsce już się nie tytułują. A może zwyczajnie… bo widzicie, problem jest taki, nie jedziecie do Polski, nie macie dowodu osobistego, brak dowodu oznacza problemy, częste rozmowy międzykrajowe, a ty nie chcesz, czasu nie masz… zapominasz, i tak cię zaskakują.

Brutale.

Z drugiej strony na kij ci to konto?

Tak właściwie…

Przyznaję, iż świat i ona cała nowoczesność to o kant tyłka potłuc. W szczególności jeśli chodzi o tak zwaną „rezydenturę”. Nie żebym się na tym wyznawała, bo w końcu jakoś tak nie uważam się za rezydenta… Mieszkamy tutaj większość swego dorosłego życia, więc… tak, spoglądając w internety, to jakoś nie, nie chcę do Polski. Nie, nie skusicie mnie jedzeniem, z moją dietą i tak kiepsko, ceny tyż wysokie jakieś… a ludzie, nie no, wciąż siedzimy w onych internetach, pamiętajmy, jacyś straszni. Wredni i obok inteligencji mało stojący. Jakoś tak…

Dla Duńczyków niejeżdżenie do kraju narodzin to dziwna sprawa… nie żeby sami odwiedzali stare miejsca, ale zwyczajnie, jakoś trudno im to skumać, że nie, dziękuję, sami przecież nie chcecie już tam jeździć…

Tak, to chyba największa zmiana.

Ale ci Duńscy Szwedzi, jak ich nazywam, wiecie, urodzili się tam, ale mieszkają w Danii, robią podobnie. Tutaj znika problem z żarciem, ale różnice są widoczne i to nie tylko w języku, czy akcencie… jakoś tak… inni są. Homogenizowana może i jest ona Skandynawia, ale nie homogeniczna.

Wielu w ogóle się nie przyznaje, że rodzeni gdzieś indziej.

Pod inną królową…

Ale oni to problemów z bankami nie mają. Szczęśliwcy. Jedni mają dwa obywatelstwa, inni wyrzekają się szwedzkiego, a tak, są tacy i choć można już od kilku lat mieć dwa… więcej niż kilku lat, to jednak, jakoś tak to dziwne. Jest w tym wszystkim jakieś i trzecie i piąte dno, a potem betongi!

Trzeba by pokopać, ale… na razie czuję się opuszczona przez bank, który nawet nie był mój… i to jeszcze tak do mnie, nie, że szanowna… a wróć, to do Chowańca było, to mogą. Wiecie… LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zimowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Bogówdar…

„Żłobek był, były i owieczki, kózka jakaś i kilka osiołków…

Była szopa i dziwnie odziani kolesie, a pizgało… jak zwykle w listopadzie tutaj, więc dziwne były te ich okutania skromne i cienkie, samodział, nic z poliestru. Wszystko takie od razu wzbudzające odrazę, mocno i grubo dziane, na pewno drapiące, ale wiecie, w sto procent eko! Z owcy, kury, barana czy innego kozła. I te sandałki. No model Jezusek 3000. Nie do zdobycia. Wyłącznie dla wybranych.

I te dwa wielbłąy…

Lekkie przegięcie w pierwszych podmuchach zimowego powietrza, chociaż włochacze chyba jakoś miały to gdzieś. Dziwnie skołtunione, dwugarbne jak nic, ale jakoś tak, no jakby i trzy te garby były, a może i pięć… a może ktoś tam siedział, mieszkał w nich czy coś? W końcu… to było dziwne, więc dlaczego nie pójść dalej? Nie dać im mowy, myślenia i innych przymiotów, umiejętności, oraz kłód pod nogi, w końcu raczej na pewno bardziej inteligentne były to stfory niż one ludzie…

I ta kobieta z tym dziadkiem.

Ledwo stał…

I ten wrzeszczący bachor.

Sama wyglądąła raczej na jego siostrę niż matkę, ale nad głową miała wielki napis w dymku, więc nie się kłócili kto kim i zacz… teraz w ciążę i babcie zachodzą, więc mogą i dzieci, widać… chociaż… nie, wcale ale wcale się im to nie podobało. Ani jako wystrój ogrodu ani towarzystwo.

A ci trzej odziani tak jarmarcznie bardziej.

Świetliście… ciągnęło od nich i gorzałą i zielem jakowymś… A te ciuchy, jakie mieli fajne klapki i szlafroczki. Nosz po prostu Gucci 2020. Albo inne Luivitony. Tudzież… wiecie jak to jest z modą teraz…

I na to wszystko, lśniące i wrzeszczące, beczące… weszła ona, cała na czarno, dziwnie blada, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowana… i puściła pawia na dzieciątko. Bo wiecie, krótkowidz…

… ale było larum!

No ci w szlafrokach zaczęli coś w jakimś jęyku, ci od owiec, że trzeba przetworzyć, mateczka, że jakoś tak ona nie chce już tej ciąży i w ogóle, a pan starszy przysnął więc… Pan Tealight, dotąd obserwujący wsio zza węgła wkroczył do akcji i zajął się Wiedźmą Wroną… a jak go zobaczyli, a potem innych,bo wszyscy chcieli popatrzeć… no cóż, na obiad było pieczyste, weki zrobiono, suszone odoby na choineczki, coś do wykarmienia dicyzny, eko…

I fajny dywanik jest teraz w Wygódce.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje, duje… i tak dalej.

Czyli najlepsza pogoda, tylko odpalić świeczki, wziąć koc, walić robotę i zwyczajnie przejść w hibernacyjny ciąg. Bo dlaczego nie? W końcu na zewnątrz nie wyjdziesz, bo araz zatoki, bo araz korzonki czy inne mrzonki i jeszcze porwie cię wiatr i gdzieś poniesie, wiadomo co to teraz z tą naturą się dzieje? A może i smoki jakoweś się spojawią, albo i wielkie karakany, co niczym autobusy ludzi wozić będą…

No co?

Jakby co, to kolejny szot szczepionki już gotowy, ale tym razem jest już dobrowolny i… nie darmowy. Należy becalen za oną przyjemność, więc… więc apteki u nas nie będą nawet sprowadzać, bo zainteresowanie zerowe właściwie. Jak ktoś chce się kłuć, to proszę bardzo, na prom i do stolycy.

A co…

Oczywiście ci w wieku starszym mogą się zaszczepić za darmo i podobno były kolejki, ale podejrzewam, że w pakiecie były te frikadele z listerią, co to ostatnio na ludzi polują, więc wiecie, tutaj na darmowe żarcie ludzie łasi. Aż czasem mnie to fascynuje. Tak od razu brać i nie pytać z czego to?

Co do świąteczności…

No wiecie, cięcia budżetowe.

Ale poa tym, wieje i pada, pada i wieje.

Dziwnie niekolorowe liście i zielona trawa, kwitnące krzaki i tak dalej prez cały czas w modzie i trendy. Jak na razie ludzie przemykają się jakoś tak, jakby niepewni tego, co się wydarzy i myślą wybiegając tak te dwa lata wstecz, to sobie myślę, bo myślę jak widać nazbyt wiele, że dla wielu to mogą być one zwyczajniejsze święta… albo racej być miały, ale przyszły podwyżki i znowu gówno.

Jak nie plaga z maseczkami, to taka bez.

W Szwecji te trochę jakoś tak ciszej, ale wiecie, oni się rozkręcają dopiero w grudniu, więc… może dać im jeszcze trochę czasu?

Na razie wszystko staje się tylko pytaniem: jaka pogoda?

I fajnie by było mieć ino takowe zmartwienia, wiecie, aurowe… zewnętrzne. W końcu uciec od onej plagii, wyłączyć komputer, zawinąć się w koc i czuć świat, ale jaby go nie było. Jakby się skurczył znowu, jak to drzewiej bywało, gdy raz w roku listy z Hameryki przychodziły i kilka dolarów zawinięte w papierek… jak oczywiście nie zwinęli na poczcie, To był proceder nagminny w końcu.

I tylko… tylko tak naprawdę ona jedna myśl się we mnie kołacze… cóż ten nowy rok przyniesie? Jaką kolejną plagę?

Lepiej…

… nie myśleć, mieć tylko ten wiatr, książki, fale na horyzoncie… lepiej nie myśleć. Tak czasem zdaje mi się, iż niewiedza może być idealną beztroską.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bogówdar… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Tealight…

„Ostatnio Pan Tealight przyjmował wielu nietypowych gości, co w przypadku tego miejsca, tej Wyspy i tej Wiedźmy Wrony bylo raczej określeniem dość kuriozalnym… i naprawę mocnym. W końcu jeżeli ktoś przebijał, czy wyglądem, czy zachowaniem, one wszelakie postacie z Białego Domostwa, to musiał być naprawdę ciekawy, albo kosmicznie nudny…

… więc…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane uwielbiała Pana Tealighta. Właściwie równolegle i równomocno się uwielbiali od samego, pierwszego i dość dziwnego spotkania. Wtedy, tam przy Złotej Hałdzie. Gdy fale uderzały o tę część Wyspy, która choć piękna, nie była tą, przy której chciała mieszkać, nie była tą, której zawsze pragnęła… zwyczajnie, chciała tam mieszkać, tam – machnięcie paluchem – gdzie na skraju mgły rysuje się wybrzuszenie i światło jakoweś, gdzie ląd zakręca, skały podnoszą się… zawsze tego pragnęła.

I się udało.

Wtedy mu to powiedziała, a on skinął tylko głową i wiedział, że czekają go zmiany po raz pierwszy… od tak bardzo dawna, iż nie wiedział, czy nie będzie potrzebował nowych skarpet, a może i pary bamboszy? Ale nigdy by nie pomyślał, że będą to aż takie zmiany… i na dodatek, że tak się do niej… przywiąże. Niczym rycerz bezbłędnie błędny… ale ona nie była księżniczką, żadną tam princeską…

Oj nie…

Dlatego stał się bardziej brytanem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jest ciemno…

I ma być ciemno…

I w końcu ma nadejść ochłodzenie, znaczy temperatury poniżej 10 stopni, co oznacza, że może natura w końcu jakoś do siebie dojdzie… chociaż, czy to jest jeszcze możliwe? Wszędzie się rozpisują na temat wzrastających kwiatów, kwitnących drzew i innych roślin, więc… Wyspa to nie jedyne miejsce, które rzeczywiście szaleje, wszystko wszędzie stoi na rzęsach i trzepie uszami.

Albo gaciami.

Wszyscy mówią o cenach, budżetach, podatkach… prąd kurna człowiek sprawdza na stronie – ile kosztuje, a potem decyzja, czy stać go na uprane gacie, jak już jesteśmy w temacie… ale mi się zrymowało, czy jednak poczekać godzinkę, to będą i uprane i wysuszone… a co do suszenia, no to już kurna odrębny temat. Nic nie schnie, i to u mnie, gdzie zawsze każde zioło ładnie zmieniało się w szusz.

Jest źle.

Drewniany dom skrzypi i protestuje pod nadmiarem wilgoci, a ty nie możesz go ogrzać… jakoś nagle nie myślisz o sobie, ale właśnie o nim, o tych ścianach i dachu, oknach, szybach, drzwiach i podłodze…

Niech przyjdzie to ochłodzenie.

Ona normalność jakaś.

A poza ochłodzeniem wiatry mają wrócić.

Mocne wiatry, sprawiające, że człowiek szaleje, że coś się z nim robi, coś się zmienia, nagle inne sprawy są ważne, sny szalone, albo spać nie można, po prostu natura… jesteś jej częścią tutaj, czy tego chcesz, czy nie. Jesteś bardziej lasem i morzem, słonością i słodkością powietrza, niż onym człowieczeństwem miejskim.

Miejskim i znajomym wielu bardziej niż korzenie i skały.

Czy nawet bardziej wiejskim, przyzwyczajonym, zdawałoby się, do pól, lasów i onej zwierzyny, żywiny wszelakiej…

Chyba…

Ludzie odeszli od natury na rzecz wygody i mniejszej ilości robaków, no sami wiecie, ile można z siebie strzepywać pająki, a jeszcze ostatnio ta paranoja – no dobra, nie paranoja, ale jednak – w temacie kleszczowym. Wiadomo, borelioza i inne choroby przenoszone przez nie to koszmar, często długo ukryty, a gdy już wyłazi, jest, może być zabójczy nawet, ale jednak… nie da się niechodzić do lasu.

Nie da się…

A może jednak tylko ja nie mogę?

No więc siedzę tutaj, o czwartej już ciemno, więc widzę nic… trochę światełek odbijających się w oknie, moich własnych, znaczy wiecie, ekonomicznych, bo przecież nikt nie będzie oświetlał domu na zimę. Nie w tym roku… a wróć, Chowaniec puścił światełka… mniej, ale jednak… w końcu po dokonaniu obliczeń, wyszło, iż włączane tylko na kilka godzin wieczornych nie zaszaleją z koronami, więc…

Jakoś tak milej jest, powinno być… dlaczego się ich boję?

Szaleństwo jakieś.

I smutku tak wiele…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Tealight… została wyłączona

Pan Tealight i Wesoła Idiotka…

„Była zwyczajnie wesoła…

No dobrze, może czasem nadmiernie, może czasem, w szczególności na pogrzebach to jakoś tak nie pasowało, nie przystawało, jakoś tak, jej rechot, pomysłowe wiązanki, czy drinki z palemką rozłożone na pobliskich płytach nagrobnych, ubierane fikuśnie aniołki i inne tam posągi… te akurat goławe, albo ta muzyka, no naprawdę, można by bez Mariaczich, można by, a już zaproszenie striptizera na pogrzeb babci… chociaż, babcia się ucieszyła, tam, po drugiej stronie.

Wiedziała to.

Dlatego nie miała na uwadze tych, co stali dookoła niej, nigdy o nich nie dbała, zawsze o tych, których nie widzieli, tych, którzy odeszli, ale nie wybawili się wystarczająco i za to oni byli jej bardzo wdzięczni.

Bardzo.

I dlatego reszta ludzi zwyczajnie ją tolerowała.

No dobra, sarkali czasem, ale jednak, nie, nie mogli nic zrobić. Za plecami okay, gadali, ale tak prosto w jej twarz, kiedyś ktoś spróbował i od tego momentu raczej już nikt… w końcu tego obrazu nie dało się odzobaczyć, onych flaczków ułożonych w malowniczą, chociaż czerwoną stokrotkę… wciąż tykającego serca, które w końcu rozpuknęło się i wyleciał z niego ten trupio wyglądający klaun na sprężynce. No i włosy, tak, ta peruczka, ta czaszka, nie jego, nie…

Tak, woleli pić niż myśleć… ale pogrzeb trza było odbębnić.

No i moda na akceptację…

… w końcu każda kultura ma swój folklor, więc może tak to tłumaczyć dalszym krewnym i znajomym, którzy możliwe iż nigdy już się o nich nie odezwą, albo co gorsza, będą wciąż przychodzić…

Wszystko można oglądać na różne strony…

… więcej niż dwie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kruki” – … czekałam. Oj, bardzo czekałam na drugi tom tej opowieści. Przyznam, że nie miałam byt wielkich oczekiwań, winna. Za to zaskoczenie, ona dorosłość, dopracowanie opowieści, to całe dojrzałe podejście do wszystkiego… naprawdę, autorka zachwyca.

Niby mówi o młodej dziewczynie, a jednak oferuje nam opowieść o dojrzewaniu, miłości, wszelakich pragnieniach, bólu życia, codzienności, a przede wszystkim onej magii. Magii Słowiańszczyzny, ale nie tylko. W końcu ludzie przez wieki wędrowali przez świat mieszając się ze sobą, więc… i magia karmiła się nowymi ideami, obrazami, wszelakimi siłami, które mogła w siebie wpleść…

Czy autorce pomaga wykształcenie?!

Oj! Na pewno!!!

Nie dość, iż język powieści piękny, niesamowity, plastyczny, to jeszcze na dodatek ta cała otoczka prostoty, zwyczajności, jakby magia była naprawdę czymś codziennym, „strach pomyśleć”… normalnym.

Bardzo się polubiłam z tą historią… jakoś tak jest logiczna, wszelako naturalna, mądra, osobowość głównej bohaterki się rozwija, wystawiona na wszelakie próby ubogaca się, zmienia, ewoluuje. Poboczni bohaterowie są nie tylko martwym tłem, ale czasem udaje im się nawet skraść trochę sławy dla siebie. Wszystko jednak z umiarem. Wszystko jest wyważone,  jednej strony przygoda, magia, z drugiej życie z przeszłości nie tak dalekiej. No dobra, dla mnie nie tak dalekiej LOL. Inaczej patrzę na czas… ale dla innych może być to podróż w daleką przeszłość…

I warto się w nią wybrać, nie tylko wtedy, gdy lubicie fantasy.

Na dworze wieje wiatr…

Na zewnątrz wielkie poszumy i wszelakie świsty.

A w środku, wiadomo, lekko skrzypie, lekko coś się porusza, coś tam piszczy, coś milczy dziwnie, więc… wiadomo, listopad. Wszystko jest możliwe. Wszystko może się zdarzyć, pełnia, znowu jakieś zaćmienie… a za dzieciaka mówili, że jedno zaćmienie w życiu można zobaczyć, co się dzieje?

Nie wiem.

Ale… wiatr wieje, pierwszy porządny sztorm od dawna.

Tym co na morzu wysyłamy wyrazy współczucia. Co jak co, ale fale i żołądki nie mają ze sobą po drodze. A już takie wysokie, falujące wybitnie, nie no, to już nadmiar nadmierny. Zbyt wiele. Zbyt bardzo. Zbyt mocno. Tia, wiem z doświadczenia, a przecież to nie było coś, co czasem łapie marynarzy, jeśli nie schowają się na czas. Albo zapomną o tym, że morze ma swoje humory. Ni mniejsz, mi to już co przeżyliśmy wystarczyło. Ostatnie płynięcie w mgle też nie było cudowne.

Wciąż używają tych strasznych dźwięków… niby techmika, ale wiadomo, technika techniką, jednak lepiej być bezpiecznym.

To jak z seksem.

Lepiej stosować kilka antykoncepcyjnych pomysłów na raz.

No co?

Ale…

Jesień nadal dziwna.

Wciąż zielono, liście spadają z drzew tylko przez wiatr, kolorowości niewiele, onego szemrania, szurania butami też niezbyt, trochę pada, ale… nie, przecież nawet temperatura nie spada poniżej nastu, nawet w nocy, więc szczerze jest dziwnie. Nie wiadomo, czy w ogrodzie robić to, co zwykle się robiło w listopadzie, czy jednak jeszcze nie? Bo przecież niektóre rośliny sądzą, że już wiosna…

Hmmm…

Wiem, wiem wiem…

Problemy pogodowe, wszelakie zmiany klimatycne i tak dalej. Wiem. Nie pierwszy to raz i nie ostatni. Ale aż taki brak zimy, to nie dla mnie. Muszę mieć chłód. Zimno wselakie, nie tylko imne prysznice, które stosuję od czasów… hmmm, od zawsze właściwie, nieźle, a teraz takie to popularne. Ojojoj, jak ludzie cierpią jak to robią. No po prostu zuo i demonowie i jeszcze bestyje.

Ha! Ha ha!

Ale… po weekendzie w sklepach ludzi masa. Jakbyście nie wiedzieli, to i u nas czasem są kolejki, ale od czasu, jak zaczęli robić te kasy samoobsługowe, to jakoś tak lepiej. I te aplikacje, no po prostu bajka. Pikasz sobie i nie stoisz. Chyba… chyba że cię złapią na kontrolę, to możecie jak znajoma objaśnić im  wkurwem, że się na kasjerkę nie uczyłaś, a jak nawet coś źle piknęło, to kurna nie twoja wina!

Cwania, co nie?

Jakoś niewielu to widzi w ten sposób.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wesoła Idiotka… została wyłączona

Pan Tealight i Zapomniany Dzień…

„Zapomnieli o nim.

Jakoś tak, pomiędzy poniedziałkiem i wtorkiem kiedyś był, ten lepszy poniedziałek, ale wciąż nie do końca… wiecie, nie mogli dojść do porozumienia najpierw, czy w ogóle jest potrzebny, czy się nadaje, czy dobrze brzmi, czy jest istotny jak inne dni… aż w końcu, jakoś tak przyszły nowe: nowe myśli, nowe wspomnienia i marzenia, nowe wydarzenia… jednak w końcu…

… w końcu, jakoś tak…

… ale jakoś, no zapomnieli. Jeszcze niedawno było/był ten dzień, jeszcze chwilę temu, mgnienie miesiączka… ale w końcu, już nie. Już go nie było, a oni nawet tego nie zauważyli, że go nie ma. Z dnia na dzień, właściwie w chwili dziwnej, jakoś tak… zniknął. I naprawdę miał to gdzieś.

Nie obchodziło go to…

Bo nadal był, choć niezauważalny, a w dzisiejszych czasach raczej lepiej tak niż być na świeczniku. Opisywanym, fotografowanym, wyśmiewanym, kochanym, lubianym, hejtowanym… po prostu był sobie dniem między dniami i złośliwie komentował każdą nową marszckę na twarzy, cellulit, wszelakie braki w wielkości czy małości, rozmiarowość i łysienie… a już w szczególności krosty na zadkach. Tak skrupulatnie ukrywane, chowane, smarowane… oj tak…

To jego konto na Instagramie ludzie oglądali najchętniej…

Nieświadomi prawdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pralka, suszarka, raz w tygodniu.

Okay, lodówka i zamrażarka non stop, ale jednak nic poza tym.

Jest to coś, co grzeje wodę, ale to stałe, więc, no jakoś tak… nawet jeśli, to nic więcej… nic więcej nie chodzi, nie działa, poza komputerem, który człowiek włącza coraz później i później, używa coraz krócej i mniej, rzadziej, bardziej sporadycznie… Światło z góry raczej nie, nie stać mnie. Tylko te światełka, malutkie, słabe może, ale nad kartkami wiszące wystarcy, a po co mi widzieć szerszy plan?

Po co?

Widziałam rano, jak był jakiś tam słoneczny promień.

Tia, nie ma co, ale te rachunki dojeżdżają nas w szczególności, bo ekologia. Nie chcecie opon wąchać, musicie płacić więcej i tyle. Taka rozrywka… i niby człowiek to rozumie, ale jak się dowiaduje ile inni marnują prądu, a ile płacą, to go trafia. Bo już bardziej nie da się zacisnąć pasa. Tak, zmieniliśmy taryfę i cały cyrk z praniem jest i z nieużywaniem ciepłej wody, czy też wyłączanie kompa od tej do tamtej…

Nosz człowieka trafi no!!!

A może już trafiło?

Ale…

Wiecie, co najbarziej wkurza? Jak ktoś mówi: no ale mieszkacie w tak pięknym miejscu. No przecież kurna to nie znaczy, że więcej nam w nim płacą, że nie mamy podatków, norma wszelakich i tak dalej. Zwyczajności, prozy życia, której nie udrowi jod z morza czy promieniowanie ze skał.

Nie.

Tia, wschód słońca oglądam, zachód też… i tak, piękne są, czasem zwalają z nóg, ale… nawet tu w tym jodowanym powietrzu, krzyczących mew pełnym, jakoś tak codzienność jebie po plecach, dupie, duszy i innych tam, namacalnych mniej lub bardziej organach czy metafizycznych tworach. Nie oszukujmy się, piękno przyrody nie oznacza, iż władający nią są inteligentni i wciąż jeszcze ona przyrodność będzie a tydzień, dwa, czy jutro… bo jakoś tak, zwyczajnie, szlag mnie trafia.

Naprawdę.

Ostatnio tak mi wyrwali drzewa wokół Przodków, że nie wiem co czuć. Wkurwić się? No ale co mogę zrobić? Nie mój teren, nie mój świat w rzeczywistości. Tak naprawdę człowiek prawa ma… niewielkie, nawet jak staje się onym właścicielem ziemskim, to jednak wciąż, nie wie… nie wie czy nie obudzi go huk pił niszczących lesistość na horyzoncie. Nie wie, czy wszystko nie padnie pod piłami…

W końcu historycznie patrząc już tak kiedyś zrobili…

Nie uczą się na błędach innych.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapomniany Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Porzucona…

„… wiedziała, że tak jest.

Co prawda dopiero godzinę temu wyszedł, ale jednak, tak czuła. Choć nie spakował wszystkiego, choć wciąż miała w ręku jego kubek z niedopitą kawą, czuła, była pewna, wiedziała… nie mogła się mylić. Czuła to w każdej cząstce swego ciała i w każdym atomie wdychanego powietrza.

Zwyczajnie… niczym wiadomość.

Znajomą…

To nie był pierwszy raz.

Ale mógł być ostatnim. Mogła precież w końcu zwyczajnie nadmuchać tego smoka, co w kącie stał, poprosić dżina o przysługę, którą jej wisiał od tylu wieków i rozpierdolić ten świat. I tych facetów, którzy nie chcieli jej, chociaż ona naprawdę chciała i potrafiła zrobić im wszystko. Wszystko, czego pragnęli…

Potrafiła dać wszystko, a jednak… jeden za drugim odchodzili.

Porzucali ją niczym zużytą skarpetkę z dziurą na wielkim palcu, startą podeszwę, buta uciskającego, o kroju dobrym w zeszłym wieku, i wciąż nieprzywróconym do łask przez modowe istoty… niczym liście, które dopiero co sprawiały radość, a teraz, suche i kruszące się, śmieciły… tak, tym była, śmieciem. Niegdyś prezentem z opakowaniem i wstążką, a teraz tylko śmieciem.

Po raz ostatni…

Nie mogła już więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jak człowiek jest uzależniony, to jest… no i te zagramaniczne tak inaczej pachną niż te drukowane w Polsce, czy nawet tutaj u nas. I te oprawy, one okładki, nie no, oczywiście, że to się zmienia, ale…

Co oni dodają do farby?

A może do papieru? Może to o to chodzi… mniejsza, dostałam coś, o czym nie myślałam, że dostanę w Malmo i coś jeszcze co znam, ale nie do końca i coś całkiem nieznajomego dla mnie… piękne są takie… Szczególnie Zoe Gilbert. Dopiero właściwie co wydana, no dobra, kilka miesięcy, ale jednak, potem klasyk English folktales. Spytałam, czy mają, nie wierząc, no i… boom. Jedna…

Jedyna.

Moja!!!

A kartka… dostana, pasuje aż nazbyt do otoczenia… po prostu jak ulał i przyłatał i jeszcze utulił.

Wiatr na zewnątrz wygrywa mruczliwą pieśń, by już pod powałą zmienić się w zbiór szeptów i westchnień. Czasem coś zaskrzypi, wiadomo, drewno, w końcu przegonił wilgoć, więc wsystko zdaje się wracać na miejsce… bo jak mieszkacie w drewnianym domu, to jest jakoś tak, prawdziwej… dziwne to, bo od dieciaka wmawiano mi, iż tylko kamień i cegła, a jednak…

Po raz pierwszy „zaliczyliśmy” rewniany dom w Szwecji.

I było to szokujące uczucie nagłego… oddychania.

Po prostu.

Nie chodziło o przestrzeń, biel ścian, podłogę lekko skrzypiącą, drewnianość wszystkiego, ale właśnie o dziwną lesistość przeniesioną z jednego miejsca w drugie. Tak właściwie, to było widać tylko na zewnątrz, że to drewno, w środku położono płyty, więc żadnych bel, ale jednak, czuło się to… a już gdy zawiało…

Ech, drewniane domy niesamowicie nastawiają się na wiatr.

A potem wracają do swojej stałej pozycji.

Dlatego wiesz kiedy zacznie pizgać, a gdy przestanie i już. I choć czasem to uczucie może być odrobinę lub bardziej przerażąjące, to jednak uczysz się go. Uczysz się domu. Stajesz się znajomym ścian i sufitu, dachu i okien. Drzwi, które zdobisz kręgami z kraczków, gałązek i czerwonych jagód głogu…

Albo świerkiem…

Zależy.

Wyspa niestety bardzo lubi pleśnieć.

Niestety.

Domy, w których przyszło nam mieszkać przed tym niszczyły nam przedmioty, płuca i zatoki, a już ostatni, no wiecie… straciliśmy kilka lat temu prawie wszystko. A zrąbane oskrzela czy inne tam wnętrzności to już raczej będzie na zawsze. Nie warto tutaj ufać starym predmiotom i cegłom. Pleśń, gdy już kogoś dopadnie, to z nim zostaje. Musisz się jej pozbyć razem z przedmiotem.

W końcu nigdy nie wiadomo kiedy nadejdą te dziwne, wilgotne dni, gdy wszystko zdaje się być aż nadmiernie lepkie i świeże. Tia, nauczyłam się kochać suche powietrze, chociaż nie służy ani mi ani roślinom.

Ale…

Mniej się traci.

Dziwne to w jaki sposób miejsca potrafią jednocześnie cię chronić i zabijać. Jakby chciały mieć ludzi tylko dla siebie. Może i cała Wyspa taka jest? Chciwa? Ludzie ostatnimi czasy znowu z niej uciekają. Kolejne domy pojawiają się na rynku i dość szybko zostają kupione, chociaż… spoglądając na niektóre, to serio no, jak tak można… rok pomieszkałeś, coś zmieniłeś, a teraz od razu sprzedaż?

Skąd ludzie mają tyle kasy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Porzucona… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Matka…

„Oj była wielka…

Wielka w wymiarze ogromnej, gigantycznej, wiekopomnie zajmującej przestrzeń i powietrze zasysającej… I to w mini spódniczce, obcasikach, przycepionych do połyskujących sandałków i skarpetek w króliczki, oraz jeszcze futerko do tego dziwnego, odstającego, metalowego stanika… pewno tyż z jakiegoś króliczka, mutanta, albo z onych króliczków wielu. Aż strach pomyśleć ile na taki biust tych zwierzaków musiało zostać zjedzonych.

A może nie strach?

W końcu jeśli zjedzone były, to się nic nie zmarnowało, nosz w pełni mądrze i wszelako wykorzystane dobra natury mniej lub bardziej ludzko modyfikowanej, bo przecież jakoś smaka musieli mieć ino na te jasne króliczki, a nie na brązowe, chyba że w brązowej kurtce ktoś innych chodził, a może jednak gacie miał?

Złe myśli!!!

Jednak, robiła wrażenie.

Wielkie.

Nic diwnego, iż zwali ją Wielką Matką, nie dlatego, że onych dzieci tyle narobiła, nie… jakoś stroniła od tych klimatów. Tak naprawdę nie wiedzieli ile dzieci miała ile wciąż przy cycku, ile odchowanych, może li już i babką była, ale wiecie, się nie przyznawała… może tak było? A może inaczej, nie dociekali, bo jakoś tak… głupio było. Głupio się było zapytać wprost a tak okrętkami, jakoś niczego się nie dowiadywali. Szczerze. Jakoś tak nie wychodziło, ale… zwała się matką.

Tylko… czego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Klub Mefista” – … no dobrze… Jeśli chodzi o Tess, to jest to taki mój stary crush. A jak stary, to wiadomo, że w onej kopie zapleśniałych została pogrzebana i jakoś tak… jakoś tak stwierdziłam, że chcę ją z powrotem.

Nie dlatego, iż zakończenia ma cudowne, bo tutaj zawsze coś nie wypala, nie dlatego, że mi się podobają Rizzoli i Islas – PS. serial jest fajny, ale całkiem inny, wiem, pewno pradawna wiadomość – bo właściwie, są intrygujące, ale ten związek między nimi, trochę nie istnieje. Chyba wolę książki samotne, poza tym cyklem, ale jednak… ech, ten tom lubię. A ja zobaczyłam okładkę, ech… wpasowała się w ten czas.

Krwawo.

Mrocznie!

Powieść należy do cyklu właśnie Rizzoli i Isles, czyli pani detektyw i specjalistka medycyny sądowej. Biedna i bogata. Lekko niechlujna i odziana w drogie ciuszki… dwie przeciwności, rąbane bieguny, ale jedna kocha i jest kochana, a druga, ech, to po prostu tak pasuje o Polski… LOL romans z księdzem.

Mniam!

Okay, nie mniam, bo sprawa jest poważna, ale jednak, powieść jest fajna. Gerritsen to pomysłowa autorka i naprawdę potrafi wciągnąć i przerazić. A tutaj cała historia zdaje się mieć co najmniej dwa oblicza. Mordercę i ofiarę, która wciąż żyje… jeśli to jest ofiara, bo przecież… a tak należałoby też wspomnieć o rodzinie Rizzoli, szykują się zmiany i nikt w nie nie chce uwierzyć…

Okay, powieść jest pełna wątków, ale jednak, najważniejsza jest… zbrodnia.

Wieje i pada.

Wilgoć w powietrzu zdaje się szaleć jakby była na jakiś dobrych prochach i się kurna nie dzieli z innymi, więc… więc człowiek nie oczekuje wiele od zwykłego dnia. W końcu ma oną szarość, za którą tęskni i ciemność… no dobra, nie zawsze, nie codziennie, bo jednak słońce daje, na przykład z rana, więc…

… więc chce się człowiekowi na spacer.

Strasznie…

… ale jednak, ten wiatr, przewieje zatoki, zrąbie głowę i tyle z tego wszystkiego będzie. Nie no, jakoś trzeba sobie z tym poradzić, jakoś trzeba będzie… dobra, poczekam do dnia, gdy będie wiało mniej i już… las. A w lesie zielono. Trawa szaleje, a paprocie, ja pierdziu, co to, epoka przed ludźmi? Pleistoceny jakieś czy inny karbon? No weźcie, rosną jak małe drzewka.

Szaleństwo.

Ale piękne takie.

I pięknie w tym lesie, na szczęście kamienie stoją nadal gdzie stały, więc przynajmniej to nie stresuje, ale te sosny i brzozy i te specjalne drzewa, które naprawdę nie wiem w jaki sposób są takie, jakie są. Pokrzywione, pokręcone, wszelako pogięta, niczym ludzie złapani w jakimś momencie życia, w szalonym tańcu codzienności. W onym momencie, który naprawdę ich poniósł…

Tancerze.

Za to w mieście w końcu w sklepach święta…

A co, u nas nie ma aż tak wcześniej, a ja raczej nie narzekałabym gdyby było, bo to co mamy, tuzież możemy nabyć na Wyspie, to wiecie, ile kot napłakał, krowa wyśpiewała a wilcy z obgryzania zostawili. Tłok za to, ludzie wiedzą, że jak nie zdobędą onego czegoś teraz, to już za tydzień nie będzie, więc taka tam walka o wpływy. Wiecie, ja mam ty nie i tak dalej. Albo lepiej, na prezenty, na one wszelakie pocieszenia się w onej codzienności szarej… bo…

Nie, wróć, czy serio tylko mnie męczy i wykańcza lato.

Naprawdę go nienawidzę.

Zabija mnie, ale już pierwszy powiew jesieni, nawet ciepłej, przywraca mnie do życia. Jakoś tak jest i tyle. I tak, niewielu to rozumie, że wolę pochmurnie, dżdżyście i jeszcze mgliście i wietrznie nawet, ale może nie huraganowo, wiadomo, chcę mieć dach, kocham swój dach, no weźcie no… i ta mroczność częstsza, poranki ciemne lub choć mocniej szarej, oj cudowne to wszystko, takie uspokajające.

Jakby ktoś pozwalał ci w końcu zwolnić…

Odpocząć.

Ciepły październik nie był cudowny, ale jednak dało się przetrwać, za to listopad zaczął się mokro i wietrznie, w końcu jakoś wilgotność trochę opadła. W końcu… akurat hygge po wyborach, po tym całym cyrku…

Tylko, czy będzie lepiej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Matka… została wyłączona

Pan Tealight i Ostatnia Dynia…

„Nie była jedną z tych czczonych…

Nikt jej nie wykroił, nie wstawił świeczki w łeb, nie wygrzebał mógu, zwyczajnie, nie dbali o nią. Za normalną, zwyczajną, nieciekawą. Niewybarwioną, nierzucającą się w oczy czy też do wątroby, w końcu z dyniami nigdy nie wiadomo. Jedne kryją w sobie tylko nadzienie i pestki, inne zaś, tak…

Niewielu o tym wiedziało, iż od czasów gdy stały się tak popularne i na Starym Kontynencie, pojawiły się one… one istoty fascynujące. Istoty niewielkie, trochę wyższy paznokieć, barwne, ze skrzydełkami, no dobra, może i jak wielka mucha plujka, może i coś z pół ważki, ale jednak…

… jednak…

Były.

Rzezały sobie one kule, im większa tym lepiej, ale wiadomo, jedno małe dla jednego osobnika styknie, więc nie marnowały, jednak trudno rodzinę utrzymywać w takiej ciasnocie, więc tak… jak tylko się one halloweeny zaczęły, pojawiły się i one, wciąż jednak świeżynki w tym świecie, wciąż niepewne, zaskoczone wciąż światem, zmianami, czasem i tym, iż nikt ich nie widział.

Poza nielicznymi.

Ale przecież nie chodziło o nich.

Tylko o nią… Ostatnią Dynię.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A jak Halloween?

No więc jeśli chodzi o prom, na którym koszmarnie grzali, nie wiem dlaczego, to nic nie było. Na szczęście nikt nie chciał cukierków, ale też i nie dali cukierków, więc jak płynęliście w poniedziałek 31go, to mogliście czuć się zawiedzeni. No chyba że wam dali, a mi nie. No nie wiem, ale za to w Szwecji…

Kompletnie nic, więc odpuśćmy sobie już to pierniczenie o dyniach i bachorach dobijających się do drzwi.

Tutaj w Skandynawii są inne święta, które sprawiają, że bachory chodzą i chcą kasy.

Niestety…

No ale, to, i wspominam prom oznacza, że pojechaliśmy za granicę. LOL No wiecie, to, że oną zagranicę widać z dachu, to jednak to zagranica. Inny kraj, inny świat i inna mentalność. I IKEA czy McDonald. No wiecie, wielki świat i tak dalej… ale też gdzieś mieli dynie i takie tam, przynajmniej w Ystad czy Malmo.

No ale… na przykład w księgarni S-F w Malmo, miejsce genialne, poza zębami sprzedawczyni, które wciąż nie wiem, czy spiłowane były pod nakładki, czy spiłowane po prostu czy jednak nałożone… to jakoś mało przerażająco. Nie, wróć, ceny w IKEA były przerażające. Oj były…

Ale w księgarni po prostu raj, nawet była książka, której szukałam.

Ktoś by myślał, że cud czy coś… ale nie… widzicie, jakoś tak, człek zaparkował, a potem stwierdził, że się przejdzie, bo to poniedziałek, przeca ludzi nie będzie i co… no mnóstwo tych ludzi. Szaleństwo jakieś i dodatkowo kurna każdy z petem w gębie. No nie no!!! Gdzie to ozdrowienie narodu?

Czy palenie wciąż modne?

Ale…

… no ta księgarnia boska jak zawsze.

ICA niepełna, w końcu poniedziałek… ktoś nie przemyślał sprawy powiecie, a właśnie że przemyślał, po prostu miał przeczucie, iż 1go będzie wiać… i miał rację. Oj miał, więc chociaż pogoda była dziwna, to jednak przynajmniej nie bujało, ale za to w IKEA, nie dość, że masa ludzi, to jeszcze na dodatek te ceny…

Ja pierniczę.

No weźcie no!!!

Może i dowieźli towar świąteczny, wiadomo, trzeba brać póki jest, ale jednak, bez przesady, tos to jest badziewne. Nie, nie wszystko jest badziewne, nie, ale jednak znalezienie tych drewnianych czy metalowych rzeczy jest trudne. Badziewie bardzo króluje i jest to tak smutne. No ale… człowiek pewne rzeczy musi mieć. Nie kolejny estaw bombek czy plastikowe lampki, ale zwykłe baterie, świeczki i kocyk by się zdał i stolik do łóżka, by sobie popisać na nim, niewielki…

… i znalazł go!

Mały i drewniany i ciężki!

YAY!!!

Co o świątecznej oferty, to…. ekhm, szczerze, to powiem iż jest to raczej smutne. Nie wiem, z jednej strony niektóre rzeczy są cudownie nostalgicznie szwedzkie, ale inne znowu, nie, to naprawdę nie to. A potem obejrzałam filmik z IKEA w Polsce i nie wiem gdzie byłam. Bo w Malmo to były po prostu szczątki jakieś a nie oferta!

Co to jest?

No nic… świeczki są, jak nas odłączą, nie będzie boja.

Mamy też butlę gazową i czuję się jak w czasach zaprzeszłych…

Na razie mamy listopad, jest szaro i fajnie. Wiadomo, moje klimaty, więc nie wszystkim musi odpowiadać, ale co do reszty, ech, nie wiem. Wiem jedno, zakłócenia w mocy są wyczuwalne. Oj są!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ostatnia Dynia… została wyłączona