Pan Tealight i Zagubione Jagnię…

„Właściwie, to plany były inne…

Wiecie, słodkie, małe jagniątko, wszelaka rozmemławująca cię ciepłota serca, odbierająca myśli, które świat ten uznaje za złe, nieodpowienie i wysoce obraźliwe, niemiłe, niepuchate, nieskromne, aksamitnie obrzydliwe, czy nawert zaraźliwe. Kto to wie… te czasy, takie dziwne.

A jagniątko od zawsze i symbol i roztkliwienie…

Bo ono malutkie, puchate, wełniste, nieskromnie pożądajace tylko matki i jej mleka ale też i onej rozrywki, poznania nowego, poza onym stadem. Bo cóż jest tam, poza jednostajną, puchatą pierzynką stada? Może coś jeszcze bardziej miękkiego? A może i swawolnego, gzie można brykać i skakać i kląskać językiem tak różowym jak casem niebo o wschodzie słońca, wiatry zwiastujące…

Ale…

Są i tacy, co postregają jagniątko inaczej.

Jako ofiarę.

Nie ofiarę losu czy też wszelakiego uprzywilejowania, no bo białe i ładne, młode i wszystko przed nim, ale przede wszystkim jako ten podarunek dla bogów. Bóstw wszelakich większych i mniejszych, by je zatłuc, krwią ochlapać kamienie, by pozwolić karminowi nasycić trwę, ziemię pod nią, spłynąć ku wodom poskórnym i dzięki temu przemówić do wszystkich… bo pić trzeba. A woda jest, na razie, jescze jest. Nawet taka, oświęcona oną krwią… ale krew to jedno, potem mięso smaruje sę ziołami, zawiesza, piecze… część ofiaruje duchom, część innym bytom, część nieznanemu… by przebłagać ich za grzechy, których na pewno nie zdając sobie z tego sprawy, popełniliście wy człowieki, bo przecież zawsze dajecie plamę. W ten, czy inny sposób… i by przebłagać, zjawia się jagniątko… ale co, jeśli się okaże, iż ono jagniątko gryzie?

I wyrywa się…

I ucieka?

Kogo poświęcić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mokro i wieje, wieje i mokro…

Dziwność onej zimy jest niesamowita.

Jesień już była dziwna, wciąż zielona, się niekolorująca, a potem nagle nastała zima i liście i liście i zima… i to zimna zima… ale niestety przeszła i po dwudziestym grudnia nastała wiosna i wylazły robale. A robale, to nie jest fajna sprawa. Do tego ilości wody spadające z nieba, oj nie… za dużo, za szybko.

I to ciepło!

10 stopni, naście… nie no, przecież to jest jakieś szaleństwo… i nagle… wiadomość, że znowu ma się ochłodzić. Nie mam nic przeciwko, ale się zastanawiać, czy jednak nie posadzić drzewek i cebulek już nie wsadzić?

No co…

Bo jeżeli zamrozi, to wszystko… nie no, ale może nie zamrozi?

Może jednak…

Wieje… znowu wiatr się wzniósł na wyżyny wszelakiego pędu i gdzieś gna, coś gdzieś niesie, coś przestawia, coś podrzuca, coś… czegoś nie zabiera. I to jest dziwne, że wciąż pojawiają się jesienne liście.

Skąd?

Co do Sylwestra, to tak, strzelali.

I pryznam się, że tu mnie zaskoczyli. W końcu światełek to nie wynieśli na zewnątrz, ale wydawać kupę kasy na chwilę jebnięcia to od razu? Serio? Dlaczego się dziwię? Nie wiem, no ale… nic na to nie poradzę, ale się dziwię. W końcu te śmieci postrzelaniowe wciąż mokną, ale…

Najważniejsze, że listonosz w końcu paczki przyniósł.

Ach te priorytety z Polski, które idą dokładnie miesiąc… wysłane w tamtym roku, 3go grudnia, no tak, fajnie. Cudownie wprost. Niech żyje poczta północna. Oj, chyba im coś się pozmieniało znowu, że najbardziej zgryźliwy gość życzył mi miłego nowego goda. Z zaskoczenia omal nie oberwał w zamian drzwiami…

No przypadkowo!

Przecież nie specjalnie!

Zwyczajnie mnie wziął z zaskoczenia porannego, chociaż raczej już lekko popołudniowego. No weźcie no. Nie będę się tłumaczyć, boję się go! Zawsze jest opryskliwy, tym razem może wciąż na bani był? Nie wiem… wiem a to, że tutaj raczej piją. Wiecie, piją i jadą, to dość normalne. Dla nich. Młodzi to widzą i mają wszystko gdzieś, co najczęściej kończy się wypadkiem, w którym ktoś rani osoby trzecie, lub zabija, lub zawija się wokół drzewa… tak, tak zwani młodzi ludzie – dość ruchoma definicja w wymiarach wiekowych – są bardzo wraliwi i nie wiedzą co robić.

Nikt ich nie nauczył jak żyć… i dlatego są biedni tacy…

Czy pytanie: gdzie są rodzice? jest na miejscu?

Nie. Nie tutaj!

No ale, mamy nowy rok, nie wiem, jakoś nie kręci mnie to, że nowy stary czy jakiś tam recyclingowany… po prostu kolejny dzień. Szary i wietrzny, znowu deszcz wali w okna i szyby, w dach i ściany.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagubione Jagnię… została wyłączona

Pan Tealight i Rozdziobią nas Kciuki i Wrony…

„One Kciuki.

Mocarne i okrutne.

Niewybaczające.

Hejterzy przebrzydli wciąż klikający „nie lubię”, łapki w dół wrzucający, oskarżający w komentarzach wszystkich o zachowania wszelako nieobyczajne… albo piszące co im się tam podoba, bo przecież mogą. Wysyłające te zdjęcia, klikające wszystko co się da, regulujący mocno wszelakie wirusowe zachowania przedmiotów, które choć podobno martwe, jednak mają inteligencję…

… inteligencję nie do końca zrozumiałą.

Kciuki…

Nawet nie dłonie, nawet nie ręce, może owłosione i spuchnięte, pachy i kadłubki, odnóżki i nóżki, wielkie i mniejsze, brzuchy i stopy… i jeszcze te oczywiste nieoczywistości i oczywiście… ludzie. Człowieki. Osoby. Posiadacze dojść w internetowy świat, ale czy naprawdę oni tym władają?

Oni…

Może im się wydawać, że coś wiedzą, że przeczuwają, może i nawet czasem coś im się wyaje, iż nie, to nie oni, przecież nie pisali, przecież byli tam może, ale zajmowali się całkiem czymś innym…

Kciuki i Wrony, to będzie świata koniec.

A może tylko Kciuki, a Wrony ino na wyżerkę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Narcyz spętany” – … eeee… czy ja to w ogóle czytałam? Bo wyszło jak już nie mieszkałam w Polsce, a powieści, które wtedy wydano raczej nie zawsze trafiały w moje ręce, więc czy czytałam…

Czy jednak nie?

Chyba, nie wiem… może to przez to, że czytałam tylko raz. No co? Nie oszukujmy się, to taki wciągający odmóżdżacz z seksualnym zacięciem, przez co czasem człek podnosi łeb i się zastanawia, czuł coś, czy nie? A może jednak… pełnia jakaś, czy inny wampirzy pierun, a może do lupanaru mu… no wiecie…

Tym razem nasza bohaterka po wyprawie na pustynię i naukach u swojej mentorki stara się jakoś tam no ten swój konflikt rozwiązać, płciowy… znaczy, dosłownie to chodzi o to z kim spać, bo być przecież i tak zawsze mają być razem, poprzez jego naki, czyż nie? A może wszystko się odwróci, jeśli na scenę wkroczył nowy gracz?

Oto wraca triumwirat… ona, nie do końca wiadomo co, wilkołak i mistrz wampirów. Ekhm, niezły zestaw, do tego inne łaki, ameno i marakuje!

No co?

To pisanie jest takie właśnie rozwalające. Pozwala jakoś odsunąć codzienność i zwyczajnie sobie być i już…

PS. Czytać od początku, choć są tacy co czytali od środka i te jakoś przeżyli.

Wieje, wieje, wieje…

Nagle już nie pamiętam czasu sprzed wiania, nie wiem jak to jest, gdy nie buczy, majta domem, pada… Gdy można normalnie wyjść na zewnątrz nie ryzykując gałęzi drapiącej w plecy, lub co gorsza walącej sę na głowę. Nie no, niby nie jest to jakiś mega huraganowej mocy wiatr, ale dziwnie drapiacy, umysłowy, myślowy…

Męczący.

Ciężki był ten świąteczny czas, gdy człowiek chce sobie wyjść i pobyć w naturze, z naturą i wszelako bez kleszczy. Nie dość, że nagle zrobiło się 10 stopni  minus 7, to pojawił się deszcz, potem sztorm, wiatr, nie no, ja się na to nie pisałam. Jak to USA ma mój śnieg, znaczy co? Znowu postnordem wysyłany był? A mówiłam, że wyłącznie kurierem i to najlepiej UPS… z doświadczenia…

No ale, człek już wie, że na nic wpływu nie ma, nawet na reklamy na YT wyskakujące i dorzucające mu coś do depresji. Szczególnie te pierdoły o kryzysie i Czerwony Krzyż, co to każe wyłączać wszystko… znaczy co? Bez wody, bez światła. Nie no, spoko, ale pracować pewno wciąż trzeba?

Na ślepego?

Nie mam plazmy, którą mogłabym wyłączyć, nie mam mywarki, czy mikrofali, czy… nie wiem, co tam normalni mają. Wciąż ino pralka i lodówka, więc jak to jest, Krzyżyk? Dołożysz mi się do mego zróżnicowania diety, bo węglowodany mnie dobijają. Chcę warzyw, ale mieszkam na Mniejszym Krańcu Świata i…

… mało tu jest i drogo tak, że przyjezdni uciekają.

I okay… nie mamy wiele, ale w takim razie, przestańcie nas bullingować!

Podatki w końcu chyba są wystarczająco męczące!!!

Poczucie winy…

Jak bardzo wzbudzają je media? Nie wiem, unikam ich… czytam książki sprzed wieku, czy też takie, całkiem zmyślone lub naukowe i jakoś tak, nie ma w nich reklam i odezw państwowych. Niby kryzys, ale jeszcze wam dokopiemy, w końcu od kilku lat tak wam ludzie cudownie, że w końcu…

Święta tutaj były smutne.

Ciche…

Nieoświetlone.

Nawet porezygnowali z choinek, na przykład u nas. Wiecie jakie to jest smutne? Wydają na pierdoły, ale nie na coś, co sprawi, że Tubylcy się uśmiechną, może poczują lepiej, lżej odrobinkę, może… bo ludzie się nie śmieją, liczą. W oknach coraz mniej świateł, domy znowu na sprzedaż… Wyspa ma przejebane. Co kryzys to zmiany. Co zmiany, to w dupę… kop  prawej, z lewej, może odpady atomowe nowu się pojawią… czemu nie, w końcu kryzys, cisza ma być… a… Nowy Rok?

Oj, nie zauważyłam.

Czy ludzi chorują?

Nie wiem… nie wychodzę, bo pizga, a do ludzi, nawet jeśli wychodzę, wolę się nie zbliżać, bo i po co? Pierun wie gdzie byli czy będą? Lepiej się nie zbliżać. Ale może te deszcze chociaż rzeki wypełnią?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozdziobią nas Kciuki i Wrony… została wyłączona

Pan Tealight i Rok…

„Nie był nowy, nie był stary, był recyclingowany…

Najgorszy sort.

Wiadomo, że recycling rzecz wspaniała, ale czasem… pewne rzeczy, sprawy, idee były naprawdę tylko jednorazowego użycia. Jak papier toaletowy, czy pomysł na to by zjeść kilo muchomorów, czy też poślubić tę dziewczynę, co wygląda jak kochana mamusia, a potem odkryć, że nie tylko wygląda i…

Nie wszystko winno się przetworzyć na coś nowego.

Coś… tak, coś może być pokarmem dla nowego, nawozem czy też jakąś pożywką, ale takie krojenie, mieszania i lepienie od nowa. Nie… takie się świństwa w procesie przetwarzania wydzielają, że aż strach! Nawdychać się można nieswoich pomysłów, opryskać jakimiś odchodami, czy też zwyczajnie, ześwirować.

Albo odparzyć tyłek czy inną, istotną część ciała…

Próbowaliście kiedyś stać przez cały dzień… na początku jest niby normalnie, ale po kilku godzinach chcecie przykucnąć, jednak się nie daje… potem się opieracie o coś i zawsze, zawsze dotknięcie bolącego miejsca, więc dalej stoicie, dziwnie, niczym na warcie własnego… pokrzywdzenia.

Rok też jest jednorazowy.

A przynajmniej powinien być.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najczęściej najpierw jest ból głowy, dzinwie abarwione niebo, pocucie jakiejś miany budujące się w powietrzu, kąsśliwość w słowach i czynach i jeszcze, może jakieś zapomnienie się… może…

Właściwie nigdy nie jest tak samo, a jednak, zawsze wiesz…

Zawsze wiesz, że wiać będzie.

Chociaż czasem nie, ale jenak, zawsze… tak, wiem, paradoks. Ważny paradoks. Istotny i wszelako pulsujący w żyłach… bo z wiatrem już tak jest, jest przez cały czas, a jednak go nie ma, widzicie uginające się gałęzie, ale nie rękę czy kamień, sznur czy łapę dinozaura na nią stąpającą… nie…

… a jednak tak.

Bo ta siła powietrza w czasie stormu staje się dziwnie namacalna. Formuje się w twór człekokształtny i dotyka cię. Tyka nie tylko twoje myśli i wspomnienia, przynosi nowe, zabiera te nieużywane i wszelako bawi się wszystkim tym, co myślałeś, iż ukryte. Że mocno niewidzialne. Nie… on wyrywa je i pokazuje światu, na szczęście, podczas sztormu tylko wariaci wychodzą, wiedźmy i fotografowie… no i wiecie, ci, którym się wydaje, iż dadzą radę na morzu, albo ci, co nie mają wyjścia…

Innego.

Ale to, co robi z ciałem… to już trochę okrutne, bo czasem je nadmuchuje, przynosi bóle dziwne, tego łokieć, tamtego kolano na zmianę pogoy, temu coś puchnie, tamtemu maleje, staje, nie staje, no wiecie… biologia wietrzna.

Istnieje taka… a może nie?

Wiatr ma to do siebie, że męczy lub przynosi wytchnienie.

Niszczy lub buduje.

Wyłącza czy też włącza… zwyczajnie i nadzwyczajnie ma moc.

Pierwsze wiatry się pamięta… przynajmniej mi się wydawało, że to drzewa, przez pierwsze noce na Wyspie, pod namiotem, na trawie, w lesie, pod sosnami, byłam pewna, że to one, a jednak, nie… spojrzenie w górę pokazało nieruchome właściwie drzewa. Niespadające szyszki czy igły. Niebujające się konary. To mnie zaskoczyło, bo przecież taki szum, wiatr, zawsze łączył się  drzewami… ale tutaj nie. Tutaj to fale. To wody wzburzaone bijące w skały i drące piaszczyste połacie… czy też ziemskie, czy w ogóle ogólnie pojęty brzeg bliższy lub dalszy.

Byłam… zaskoczona.

Bardzo, ale też niesamowicie zauroczona tym dźwiękiem, tak znanym, a jednak pochodzącym z innego miejsca. Ale jak to? Można tak? Jak? Kto? Po co? Czy da się to okiełznać, czy też to okiełznało mnie?

Okazało się, że wiatr powoli, właściwie niewidocznie…

Zmienia cię.

Mieszkając tutaj dłużej przeczuwasz sztorm, ale nigy nie jesteś tego pewny, nie, nie w tych wymiarach zmieniającej się szybciej niż zwykle natury. Nagle już kolory nieba nie zwiastują wiatrów, takie, a nie inne wschody deszczów, krzyki ptaków, no z tymi to już w ogóle tutaj jest inaczej… naprawdę.

Ale wiatr… ten zwykle się zapowiada…

Zwykle.

Ten sztorm teraz, ech, zaskakujący chyba jest trochę… tylko między Ystad i Gudhjem dziwnie… nie do końca, ale jednak, jakby skłóceni kochankowie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rok… została wyłączona

Pan Tealight i Misa Niewykorzystanych Liter…

„Za mało używane K.

Te niechciane, nie że jakoś tak skazane, czy też może odrzucone, bo internet, bo dziwni ludzie nieakceptujący tak naprawdę egzotycznej inności, ale z łatwością dający sobie wmówić…

Wszystko inne.

Po prostu dziwnie tracące na popularności w świecie języków, które zmieniały się ku ucieszeniu leniwości pospólstwa. Nie było żadnego okólnika, ni jakiejś tam obwieszczającej notki, zwyczajnie… chociaż nie, zaraz, przecież niektóre kraje chciały się pozbyć swoich nader specyficznych liter, nie rozumiejąc, i to właśnie czyni ich wyjątkowymi, niesamowitymi, egzotycznycmi i pożądanymi.

Głupota.

Nie no… może jednak to wina internetu nie kochającego ąćś i tak dalej… może to jednak to? Duńskich, pięknych liter też nie lubił rozpoznawać… dlatego piątek stawał się piatkiem i tyle mógł z tym zrobić co nic, jeśli jescze był w nawie strony www, to już kompletnie miał przerąbane. Nagle…

Odbierano mu tożsamość…

Dlatego ona Misa chyba się pojawiła, pod lewem w kuchni Sklepiku z Niepotrzebnymi.

Dla ich wygody?

Czy też… głupoty?

Ale były te one, litery nieznane, odrzucone w pomroce dziejów apreszłych, gdy to układano alfabety, gdy czyniono zmiany, gdy kozikiem rzezano napisy na drewnianych belkach, gdy dłutem wydrapywano, wybijano większe szramy… wiecie, jak za bardzo skomplikowana, to może uprościć… hieroglify, hieratyka, demotyka…

Ech, to były czasy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aaaa! Nie myślałam, że mi się uda, jeszce w tym roku, ale się udało. Niewiele, bo niewiele, ale jednak… brawo ja. W końcu kto potrzebuje jedzenia, i tak się starzeję, jeść tra mniej i tak dalej… czytać więcej.

Patrzcie jakie nowości.

Po prostu jak nie ja.

… więc książki pod choinką były, znaczy były przez większość czasu, bo wiecie, bez urazy, ale nie mogłabym tak sama sobie zrobić czegoś takeigo, zmusić się do założenia czegoś, co nie jest czarne i tak dalej i uśmiechać się do obcych ludzi i ten stół i jeść przy kimś… z kimś. Nie, nie mogę…

To jedna z moich wizji piekła.

Kolejną jest opaanie się i ogólnie tak wane ciepłe kraje.

No ale… święta, święta i po nich. Nie oszukujmy się. Kto lubi rodzinnie, mam nadzieję, że naprawdę wam się udało i było filmowo i pięknie, i nikt się nie pokłócił. Jak ktoś woli tylko we dwoje i nieformalnie, czy w małej rodzince, zdrówka i dla was, mam nadzieję, że wsio się wysrało, wiecie, przeróbka żarcia jest ważna… tym, co w ogóle mają to gdzieś, też najlepszego. Może byliście na fajnym spacerze? Może nikt nie zadał wam tych durnych pytań, które wkurwiają was co roku…

A tym, co wolą być sami, nielicznym…

… uściski z daleka. Wirtualne. Bo wielu z nas nie lubi się ściskać, tacy jesteśmy nieokrzesani. Niezrozumiani przez wielu. Chociaż, z czasem dochodzę do wniosku, że to tak, jak moja Babcia, która nie rozumiała tego gotowania i wielości żarcia. Dla niej to było głupie. I jeszcze ono niewygodne siedzenie przy stole, żadnego zajęcia, czy przycięcia komara… no tak…

Święta to skomplikowana sprawa, odkomplikujmy je i niech karp i żarcie nie będą oną wyrocznią dobrze spędzonego czasu. Jak nam dają wolne, wykorzystajmy to dla siebie i tych, których kochamy… inni, cóż, inni też niech to zrobią. Chociaż w tym roku tego wolnego mało…

No tak, w tym roku wolnego mało.

Święta w weekend?

Zgroza wszelaka!!! Jak tak można, to powinno być zakazane, ale wielu ma wolny cały tydzień, wiecie, do pierwszego 2023, więc wielu wyjechało, wielu zaszyło się w domach, wyłażą ino w dzicz i strzelają… choć nie wolno, ale taka tradycja, czasem wciąż się zdarzy, iż ktoś wypali fajerwerka przedwcześnie.

Taki przedwczesny wytrysk…

He he he…

No jak żarty starego wujka, wielce obleśnego, przy karpiu. Oj, pamiętam takiego… yyyy… aż mogłabym przysiąc, że karp się na niego dziwnie patrzył i oczami przewracał. Zawsze był taki jeden, cały i patrzący… bleee… może dlatego tak kocham ten Jul. One choinki proste takie, one spotkania rodzinne, ale też całkowite olewactwo religijności, po prostu, spotkania znajomych czy rodziny, chwilowe czy dłuższe, i picie… no piją no, a potem bileciki i jakieś Majorki. Albo siedzenie w domu i zwyczajnie hygge i laba. Niepracowanie… taka fajna sprawa.

Chyba?

Wciąż mam z tym problem.

Co ja robię? Otóż ja świętuję cały grudzień od września, a przez cały rok na ten czas szykuję kalendarz, takie wiecie, po dwa prezenty dziennie, które upamiętniają nasze przygody, wydarzenia ważne i takie tam… wyjazdy… no i idę w dzicz, jak się da, w tym roku jakoś przedwcześnie no bo śnieg, a potem bez śniegu i wciąż mokro i pada, i mało bezpiecznie na ledwo ubitych, podmokłych ścieżkach, ale… kocham ten ciemniejszy czas. Bez słońca,  pochmurnością i szarością…

I jeszcze…

Ten spokój Wyspy… tak… skończy się w okolicach i w Sylwestra, ale… potem znowu chyba wróci. Chociaż…

Będę musiała wycierpieć.

I nie, nie lepię, nie gotuję, jemy normalnie chociaż, mamy jakieś te tam grzeszki… no wiecie, granie w gry i czekolada!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Misa Niewykorzystanych Liter… została wyłączona

Pan Tealight i Letnia Dzioucha…

„Bo prezenty przyszła podobno pod choinkę wstawić.

Pierun wiedział ino pod którą, no ale… mieli całą Wyspę do sprawdzenia, kilka choinkowych plantacji, lasy, no i te wszystkie sadzonki u Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane. Nie no, mogli jednak nie zdążyć jeśli było to coś zjadliwego… i ta wilgoć w powietrzu, dziwne ciepło, które otuliło ich wszystkich, miękkość deszczowych pioseneczek, sztorm…

… wiatry…

Nie…

Musieli się wziąć za siebie, założyć gumowce czy płetwy raczej i leźć na spacery poszukiwawcze, bo przecież nie można było tego nazwać inaczej, jakimiś wyprawami, czy akcjami, to już byłoby za wiele… i jeszcze ktoś by się dowiedział, zaczął węszyć, nie nie nie, trzeba było to bardziej po cichu załatwić. Po pierwsze coś takiego pojawiło się… eee chyba po raz trzeci za ich istnienia, znaczy nie wszystkich, tych najstarszych, a po drugie prezenty, w końcu tak nieładnie je przeoczyć… no i wiecie, to jednak Letnia Dzioucha. Ona. Może nie taka Ona jak Ona, którą mieli, ale jednak…

Ona.

… więc lepiej było znaleźć tę choinkę, modlić się by nie była członkinią kółka jakichś zainteresowań czy co gorsza, siostrzanego bractwa… wiecie, ha ha ha, i nie podzieliła się giftami z innymi, by też uszczknęli czegoś z onej całej niechwały i jakoś tak, normalniej mniej lub bardziej…

No wiecie, by się nie podzieliła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Odwilż…

I zaczęła się… nawet nie odwilż, a woda z nieba, która zmyła śnieg. Do tego temperatura ponad 7 stopni, nie no, wcześniej było ponad 7 na minusie!!! I mróz, szadź, śnieg… i nagle, z dnia na dzień… wszystko się zmieniło. Jak to tak… Ciepłota sprawia, że nie dość, iż wszystko spływa, problemy mają na Wyspach Owczych, gzie błotne zlewki ochodzą do morza… czy u nas coś spłynie? A kto to wie? W końcu nie było onego jesiennego wymieszania się ziemi, rzeki i morza?!

Może to teraz będzie?

W końcu pogoda w tym roku to było czyste szaleństwo… bolesne szaleństwo.

Spoglądanie na resztki śniegu po pierwsze uświadamiają mi, iż tak wiele go spadło, a po drugie, że tak wiele go nagle deszcz odbiera. Niby i to woda i to woda, a jednak kurcze jakaś inna. Jakaś taka obca…

Nie stąd.

Jakaś taka smutna.

Bo jak to zima się zaczęła deszczem i mleczną mgłą? Ale przecież to nie o to chodzi, stary Scrooge będzie miał używanie, Grinch się skulił i rechoce ze śmiechu pod kapiącym okapem przysłoniętym jemiołą i choinkowymi gałązkami… bo się ludziom ubzdurzyło znowu, że będą białe święta… i tak, nie obchodzę, mam własne, ale to oznacza, iż wymagam zimności przez cały grudzień!

A co!

Mam prawo do szaleństwa wszelakiego.

Odwilż…

Nie tego człowiek chce na ten niby świąteczny czas. Czas, w którym tak naprawdę nigdy się nie odnajdywał. Zawsze nudziły go stoły i krzesła, zawsze chciał być z dala od onej masy ludzi… być ze sobą, książkami… tak, ja nie miałam onych świąt wspaniałych i tak dalej, wiecie jak z Hallmarkowych filmów.

Nie…

I wiem, że wielu z was też nie.

Krążą w świecie internetowym memy mówiące, że to nie Sanepid nadchodzi, więc przestańcie się wykańczać sprzątaniem i gotowaniem, ale z drugiej strony, może ktoś się w tym spełnia? Jak tak, to do roboty! Jak was to cieszy i wciąż myślicie, iż się uda osiągnąć to coś… to próbujcie, ale jak już wiecie, że to ino cierpienie, dajcie sobie siana, bo ból, który sprawiacie, sprawiacie sobie.

Zbyt wielki ból…

Może jak na Wyspie wyciągnijcie picie i jedzenie i odpocznijcie. Serio, żarcie nie musi być wielce wytworne i nie trzeba się trząść nad każdym pierogiem. Można po prostu je kupić. Można jeść też uszka poza świętami, wiedzieliście o tym? Bo jak tak zrobiłam kiedyś, to ktoś to widzący poczuł się…

Urażony.

Dziwne… jestem dziwna i już.

Można po prostu się wyspać, można odpocząć i jakoś tak wyluzować. Połazić w piżamie, poczytać, zjeść to, co się lubi, a nie to, co trzeba i już… i można zrobić też nic. Kompletnie nic. Niezauważyć tego czasu… bo czasem wydaje mi się, iż ludzie zapomnieli o onej wolności nierobienia tego, co tradycja nakazuje jak się jest u siebie, w domu, własnym, po dachem, w ścianach… robię to od tak dawna… a wy?

Ech ludzie.

Wesołego Czegokolwiek.

PS. W prezencie z pracy Chowaniec dostał ohydną niewielką walizkokuferkę ze skóry krowiej chyba czy świńskiej. Brzydkie to, nieprzydatne i śmierdzi. Ale warte pewno trochę, ktoś chce kupić? Na co komu takie coś? Może by się pokazać, ale serio, no szczerze… nie lepiej wydać taką kasę inaczej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Letnia Dzioucha… została wyłączona

Pan Tealight i Powrotnik…

„Powrotnik wrócił i podobno prezenty z Zagramanic przywiózł.

I to jakie.

Perfumy i ciasteczka, słodycze wszelakie i rzeczy, które nie mieściły się w gniazdka elektryczne czy ptasie, one rzeczy kolorowe, fascynująco egzotyczne, choć podobno wszystko made in China… ale też i te dziwnie monochromatyczne, sprawy te ze sobą przywlókł, opowieści i malutkie torebeczki soli, pieprzu i cukru, wiecie, jednak lepiej mieć je, niż nie mieć, co nie?

Zawsze jakaś oszczędność, jak te wszelakie cuda, które dają w hotelach czy podczas długich lotów, nawet piżamki miał, całą kolejcję No dobra, raz używane, ale nie wszystkie… niektóre dwa razy, inne zachowane na potem.

I te choroby…

No po prostu był istną kompilacją wszelakich zarazków, zaraz i innych tam plag, ale wszystkie, jak ino zobaczyły jakie to ceny są na Wyspie poprosiły o szybkie odprowadzeni do najbliższego punktu wypływalnego z Wyspy, bo sorry, ale one tutaj nie przeżyją. No nie ma mocnych…

… nie dadzą rady.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane jakoś tak je rozumiała, no naprawdę. I do końca… sama zaczynała rozumieć, iż to małe zwycięstwo 2022, które udało jej się wywalczyć, przypłacając to oskrobaniami swej, i tak miernej zdrowotnośc, jakoś jest naprawdę niewielkie.

I smutno się jej robiło, znowu, jescze bardziej… i ono smutno podkopało się pod te inne smutno i inne i piramidę całą onych smutno i jeszce, no wiecie jak to jest, czasem wszystko się tak ukłaa w piramidki i stosy…

Nawet smutności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Druga pełnia” – … nie po kolei… Nie będzie po kolei, bo preczesując sieć uało mi się dorwać tylko kilka tomów tego cyklu, ale jednak… będzie, jest coś chociaż by wrócić do tej historii. Bo jest w niej coś takiego… niegrzecznego. Pierwotnego dziwnie.

W tym tomie spotykamy się z Triumwiratem… i tak, oczywiście, że polecam czytanie od początku do końca, bo jednak nie będziecie wiedzieć co i dlaczego! Pomieszają się wam postacie, agubicie postępy zrobione przez naszą bohaterkę i… no tak, ona trójca, ona, wilkołak i wampir…

Ech.

Seks skli się w powietrzu niczym szron na zewnątrz…

… okay, może nie w tej chwili, bo odwilż, ale jednak, było i się szkliło, szklaniło i błyszczało… i są one, wszelakie łaki, bo precież Anita nie jest już tylko Animatorką. Oj nie, jest kimś o wiele bardziej skomplikowanym, a jej związek, no właśnie, obstawiacie iż skończy z wampirem czy łakiem, a może…

Człowiekiem.

I kim jeszcze może się stać…

Kim tak naprawę jest?

Ech… ta seria, to taka niegrzeczna przygoda, ale też ogromna opowieść o różnicach drzemiących w ludziach, o układach, etykietach, wszelakich tak i nie… o przyjaźni, która jest ważniejsza niż bogactwa i bogactwach, które nie są złotem czy kamieniami… i o magii. Oj tak, magia rozkwita z każdym tomem…

Zima w lesie.

To właściwie, naprawdę, nie wiem… jak to wytłumaczyć, że u nas to się nie zdarza. A już sron, szadź, wszelakie lodowe twory, oblepione gałęzie, ona cisza, która jest tak specyficzna, iż winna mieć właśną nazwę. Piękna, wyzwalająca, niesamowita, prywierająca do człowieka, jakby… jakby chciała ofiarować mu siebie…

Na zawsze.

Na ten czas i ten ciepły…

Idzie człowiek po drodze, którą nikt nie szedł i tonie w onym puchu i w onych zamrożeniach, które wyglądają jakby paprocie i babka lekarska postanowiły stworzyć coś razem. Poprzyczepiały to na śniegu, który spadł wcześniej i na wszelakich palach… na wszystkim, co je przyjęło.

Fascynujące, niesamowite.

I ten zapach…

Śniegu, zimy, onej zaprzeszłości, którą pamięta się za zamarzniętych rzęs, zza zawiniętego szalika, na którym osadzały się kryształki lodu. Szczypanie w policzki… rękawiczki na sznurku i te kombinezony, w których siku trzeba było kurna trzymać, oj treba było, bo wysikać się w nich w lesie, umarł w butach… znaczy popuścił w buta, albo i obydwa. Innej opcji nie było, to człek trzymał…

Ten zapach jest już tak rzadki.

I przydarzył się tutaj, w miejscu, gdzie wielu wciąż uważa, iż śnieg nie pada, zimy nie ma i tak dalej… no wiecie…

Ci ludzie…

Niewierzący!

Ale… po listopadowym uderzeniu śnieżnym, kolejny przytrafił się gdzieś pośrodku grudnia, by 20go stopnieć na amen. Niestety. Naprawdę dziwnym było budzenie się przez ponad tydzień ze śniegiem, mrozem i w ogólnie pojętym zimnie. Niesamowitym i fascynującym. I tyle… dla innych może to koszmar, może nic, może po prostu coś więcej, la mnie to wszystko. Jak książki, archeologia, pluszaki i zapachy i zdjęcia i jeszcze, jeszcze oczywiście kamyki!

I…

Wiele by wymieniać…

Ale… poszliśmy do nasej dolinki, będąc właściwie pewnymi, że albo nas zamrozi, albo ciemno się zrobi, ale niedziela była piękna i naprawdę wcześnie wstaliśmy, więc jakoś się udało. Udało się przejść przez pasma mgieł, pogapić się na pola, wypatrzyć cuda z ziemi wystające, a potem potańczyć z zamrożonymi listkami, tam, nad jeziorem, by w końcu znowu wtopić się w to wszystko, takie białe, takie… jakby drogi nie było, ziemi nie było, ino ten śnieg…

I zamrożona rzeka.

I liście, jeszcze jesienne…

I nikogo.

I to chyba było w tym wszystkim najfajniejsze, iż wiedząc o nieodśnieżonych szlakach nie tylko ci na nartach mieli ubaw, ale też i ci na nogach, czyli my, no wiecie, prawie jedyni, a może jedyni? Tak, szło się ciężko, ale to dla tej dziczy przyrodowej człek żyje. Dla onej zimności, śnieności i zjedzonych potem lodów, a co… przecież i tak zimno. No i kwiaty trza było kupić – rocznica! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Powrotnik… została wyłączona

Pan Tealight i Kazanie…

„Wygłaszacz na Wyspę przybył…

I głosił to tu to tam, pasjonująco wymachując rękoma, ale też i dokładnie brzuch wciągając, no bo wicie… te paparazi, one telefony wsędzie, wiadomo, że zawsze powinno się być gotowym… Szalejąc z onymi swymi połaciami szat swych wszelakich, w kolorach widocznych, do tego jeszcze wstęgami machał, książkami rzucał, ale gumowe były w oprawie, więc wiecie, spokojnie, nikomu nic się nie stało… i tak większość wiatr zabierał, a potem rozrzucał…

Na szczęście rozpuszcały się w wodzie, wiecie, żelatynki zwykłe.

Ekologiczny taki był, w końcu wiedział, że jego styl nie mógł podpaść nikomu, ni obrońcom ekologii ni wegetarianom, więc były książki i vege i nie, by zadowolić każdego. By przynajmniej chociaż większość. Może i był szaleńcem, ale świadomym onych podobno normalnych i ich ciągłego… niepasowania. Że to im nie pasuje i tamto, w to się nie mieszczą i w tamto i jeszcze…

Nieważni byli, ale chciał być słuchanym…

Nie zrozumianym, nie obchodziło go to, czy cokolwiek wyniosą z jego przepastnych przemów, kwiecistych i soczystych, raczej, zwyczajnie, chciał być zauważony, doceniony, poklepany i nagrodzony, ale co do rozpatrywania jego działań i mów w wymiarze naukowym, czy też zwyczajnie klubowo słuchalnym… no nie, miał się za lepszego. Wiedział co mówi, wiedział, czego nie chce przekazać.

Wiedział.

Że oni są tylko tłem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Chyba po raz drugi takie mrozy na Wyspie widzę, czuję i podziwiam.

Chyba…

Naście stopni tutaj, to wiecie, naprawdę sporo.

W miejscu, gdzie klimat określa się jako łagodny. Ale jednak, jeśli lato mogło nas palić, to dlaczego nie ma być w drugą stronę? No więc… dwanaście, trzynaście… w ciągu dnia pięć poniżej zera. I wciąż ten śnieg. Zamarznięty zsuwa się z dachu z dziwnym łoskotem. Przeraża, ale i fascynuje.

Bardzo.

I w końcu pojawiła się ona szadź i znowu wróciły te dziwne mgły, a do tego błękitne niebo niczym na rąbanej Północy? No przecież, jak to tak? Ile się zmieniło w tej atmosferze i aurze, jak bardzo natura czuje się inna?

Bo ja tak.

Ale… śnieg, zimno, a oczywiście prognozy były jakie? Oj nie martwcie się ogrzewaniem, ciepło będzie, pogoda łagodna, wszelako, no kurna zimowe tropiki i tak dalej… i co? Że tak powiem, się chyba nie sprawdziło jak na razie. No ale… każdy się może mylić, a jednak, oni to robią ciągle!!!

Może przywykli…

Ale… chodźmy na spacer!

Bo dlaczego nie?

Jest śnieg, jest błękit nieba, mrozek szczypie i tak dalej, więc można. I ludzie nie wyłażą inni, bo przecież wszystko nieodśnieżone, tak szczerze to mało bezpieczne takie wyłażenie na zewnątrz, bo ino ulica wględnie bezśnieżna i posolona, więc jakoś tak można, ale jednak… chodniki i przejścia?

Ekhm, po kolanka w niektórych miejscach.

A co gorsza, śnieg jest niesamowicie twardy, więc jak się załamie pod wami, bez przypadek, nie mówię, że za wiele pierogów LOL kocham pierogi! Ale robić mi się nie chce, no i tak samej żreć. No i, przecież i tak mam od nich wszelakie wzdęcia i problemy żołądkowe, więc wiecie… pomarzyć o zjedzonych można.

Ale, do sedna.

Śniegu wiele na chodnikach i poboczach, więc trudno jest. Kierowcy wariaci, więc i niesamowicie niebezpiecznie, ale jak już zejdziecie między drzewa, czy na plażę, to nagle kurcze… inny świat. Woda lekko przy brzegu zmrożona. Fascynujące, jak Bałtyk zamarznie idę na shopping do Ystad. No co? Jak drzewiej bywało… Kurde, ciekawe, czy kiedykolwiek to się jeszcze wydarzy…

Może tak?

Spokój plaży, gdy nie ma nikogo, szybko umykające słońce, spadająca temperatura, a jednak, jakoś tak normalnie, cudownie… a może to tylko ja, woląca wodę i kamienie, drzewa i cichość, zaraz czy to znowu ten mój kozioł co to tak ostatnio wonieje. Ja pierdziu, aż tutaj go czuć…

Ech…

Nie ma to jak uroki dziczyzny!

Choć on lekko udomowiony.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kazanie… została wyłączona

Pan Tealight i Walentynka…

„Nie zadawaj się z wiedźmą
bo złamie ci serce
a masz je tylko jedno…
nie zawierzaj jej uczynkom
w nich denek wiele
żadne z przykrywką.
Nie słuchaj jej nuceń
omami cię i omota
złamie w tobie ducha
i choć…
zostanie w tobie ochota,
to nie zadawaj się z wiedźmą
z nią nie igraj
nie tańcuj
od niej nie ma ucieczki
możesz li też skończyć w garncu.
Nie zadawaj się z wiedźmą
ale jak już za późno
na wszelkie łzy i zamówienia
bacz
byś zawsze przy sobie
prezenty dla niej miał.
Może i ona nie łasa
na codzienne przyjemności
ale strony jej daj
i słowa, kamienie
a zmiękknie
złagodnieje w niej codzienne brzemię.
Choć nie odejdziesz od niej
ale może jej nie rozłościsz…
Nie odejdziesz, bo wiesz
że taka ino jedna
i ona twoja jest…
choć niełatwa to życia dziedzina.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

11tego niebieskie pioruny i śnieżyca, grzmoty trzęsące Wyspą… po prostu Armagedon i Ragnarok i Fenrir węszący już pod oknami, szaleństwo czyste. Niby śnieg zaczął paać w weekend i człek miał nadzieję, że zostanie, ale to… przez większość czasu ciemność, do tego oczywiście mało w domu ciepło, bo kogo stać na ciepło w dzisiejszych czasach. Dodatkowo sucho… nie żebym narzekała…

… mam na pieńku z wilgocią.

Ale… spojler alert – śnieg został… i to do kolejnego weekendu, a przynajmniej piszę to w niedzielę 18tego, więc wiecie… słyszę dujący wiatr na zewnątrz, w środku ino małe światełka, oczy pieką od monitora, ale damy radę. Bo chociaż świat jakoś tak chce nam dokopać wszystkim, bez urazy, ale ostatnio to każdy obrywa. Nie ma zbawienia i miłosierdzia, ale jest śnieg.

Może i zamarznięty, ale… człowiek mógł przynajmniej oną bielą się ciesyć. Jakoś tak, po ludzko dziecięcemu. I już. Tylko to. Na ten czas i to było piękne. Bo świat jest dziwnie nieprzyjazny, jeśli chodzi o ludzi, ale jednak, ten przyrodniczy, chociaż straszny, grzmiący, to jednak… piękny.

Zimowy.

Ale, co do grzmotów. Po pierwse u nas w ogóle rzadko grzmi, jednak w zimie, no weźcie no, w zimie to się nie dzieje, i jeszcze takie niebieskie, roproszone, może to wina powietrza, może jakieś zakrzywienie przestrzeni, ale jednak…

Niebieskie światła?

Alienowie?

15go znowu grzmoty i kij wie co… myślałam że naprawdę dach nam się wali, jakby wcale przetaczały się po ulicach, czy olbrzymy z kąśliwym uśmieszkiem głazami w drogę walili, celując ino tam, gdzie nie ma domów i ludzi…

I znowu to światło.

I ten dźwięk.

Bałam się.

Oto jest ono nieznane, które w nasych przodkach wywoływało potrzebę kreowania bogów i od razu oddawania im krwi, dusz, żyć… no wiecie, te tam rytuały. Te, które przeinaczyły się w instytucje wszelako bogate, przebogate i tak dalej.

Ale… gdy to ucichło znowu był tylko śnieg i szarość cudowna i… nagle szarość przeszła i wstrętnie przez kilka dni słońce waliło jak szalone. No po prostu, kurde no, jak tak można, ja tu się cieszę ciemnością. I chociaż nie może człek sobie kupić żarcia jakie lubi, sklep zamknięty, to kurna, chociaż mógłby…

Dlaczego zamkniety?

No bo myszy w sklepach mamy.

Jakoś najpierw chyba Netto, teraz Spar. Nie wiem co to a spisek Mysiego Króla czy innej, na pewno podległej mu, istoty, ale te myszy, myszowei i myszówny, no po prostu włażą do sklepów i wiecie, imprezują. A jak ju wlezą, się okazuje, iż jest protokół tak wielki i długi, że sklep zawarty na tydzień!

Nosz kurna no, śnieg, gdzie ja indziej pizzę z cebulą znajdę?

LOL

Każdy ma swoje zachcianki, no co?

… więc problem zapewne taki, główny, iż dzięki kryzysowi i tak dalej, to nie odśnieżają. I to tak na mega. Nie sypią, albo ino posypią, po prostu sajgon. Ludzie też nie lepsi, bo większość opony dopiero teraz zmienia, wiecie, szaleńcy wszyscy siebie warci. Ale u nas nie ma obowiązku jak w Szwecji. Tam nie wjedziecie bez zmienionych na zimówki. A w niektórych miejscach i bez łańcuchów…

I to nie że fizycznie, a mandatowo!!!

No więc… sypie, wieje, śnieg był przez tydzień ponad – podobno ocieplenie od poniedziałku, więc nie wiem, smuteczek… Spar w końcu otworzyli, ale czy żrę coś po myszach, które podobno znaleźli, dwie mieli, teraz jakieś eksperymenta na nich robić będą, by zbadać czy nie wrogie jakieś nasienie…

Szpiedzy Innego Króla?

A może wszystko świeże?

Nie no, w to nie wierzę… dziwny ten świat… naprawdę dziwny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Walentynka… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Innej Wyspy…

„Bo i ta wyspa miała swoją Panią.

Damę i Wariatkę w jednym.

Ale tak już po prostu było, co wyspa, to jakiś byt, który się nią zajmował, który opiekował się tym co na niej było i pod nią, nad nią i w okolicach i zważał na wszystko, co mogło w ogóle na nią wjechać, lub się podkopać, wiecie, od dołu… w końcu niektóre z wysp miały jaskinie, a w nich smoki i takie tam, skarby czy księżniczki. Wiecie, jak kto sobie pościelił, tak sobie tam mieszkał.

W końcu łoże, wszelakie spalne, jest naprawdę czymś niesamowicie istotnym w życiu tych, co śpią… nawet wąpierzowie mają te swoje trumienki wyłożone atłasem i pierzami, chyba że alergia, to wiadomo…

… inaczej, pewno jakieś poliestry czy trawy.

Chociaż, może nie zniżają się do onych nowoczesnych urządzeń i ustrojstw. Taki poliester może nieźle skórę nadpsuć, a jak masz żyć mniej więcej wiekuiście, to raczej nie chce ci się parzyć za snu, gdy może i nikt nie patrzy, może i nie cujesz prawie nic, ale jednak żyjesz nieżyjąc… Trzeba wyglądać. Jakoś tak zabać o wszelako pojętą aparycję i by mówili dobrze… ale nieczęsto.

Lepiej nieczęsto.

Pani Innej Wyspy nie ujawniała kto tam u niej żył, kto jednak wolał oną odciętość od kontynentu. Kto wolał te wszelakie głazy i wieczystą morskość… nie wciągała nikogo w te swoje sprawy, ale jednak widać było, iż poruszył nią przyjazd Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane…

Dosadnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Psychoterapeutka” – … okay. Opis był intrygujący, ale jednak, jednak pomyślałam sobie, oj weźcie no, przecież to już było, ile razy można i tak dalej, jednak, sięgnęłam po tę powieść i nie do końca wiem czy żałuję czy nie? Po pierwsze, to wiecie, jakoś skandynawskie opowieści mało mnie przekonują. Zwyczajnie. One realia są dla mnie codziennością, więc…

Po drugie, to coś, co miało być opowieścią o zbrodni bardiej jest właśnie historią o niej, o psychoterapeutce i jej pacjentach, ale historią dziwnie niedokończoną, bo ten jej mąż, wiecie, zaginął i jest ino wkurwiającym elementem, który od dawna winien nieistnieć, nie wiem w ogóle po co on jej w życiu…

I tak naprawdę, kto tutaj potrzebuje terapii?

I jeszcze… nie, chyba mi się ono pisanie nie poobało. Po pierwsze jakoś tak od początku człowiek wie co się stało z nim i guzik go to obchodzi. Po drugie, cała powieść jest dziwnie porozrzucana, zdejmowanie ciuchów jest ważniejsze od przemieszczania się i pobytu w innym miejscu… niby byłby to intrygujący zabieg, gdyby się z czymś wiązał i wiąże się… ale to coś, z czym się wiąże, jest…

… nieważne.

Kompletnie.

Tylko ta opowieść kobiety… no właśnie, dlaczego to jest thriller? Bo masa takich poobnych opowieści? I to bardzo podobnych, czy raczej chodzi o zakończenie, a może jednak ktoś nie chciał napisać dobrej powieści o kobiecie, której niby nic się nie dzieje, ale jest nieszczęśliwa, dziwnie agubiona we własnym życiu i lekko rozchwiana emocjonalnie, z czego zdaje sobie sprawę.

… więc…

Nie wiem, dla tych, co chcą spróbować.

Trzeba przyznać, że wyspa wiadomo, jak wyspa, ma swój urok, ma swoją moc, ma ono coś w sobie i jakoś tak nie chciał człowiek z niej wyjeżdżać, ale też, chciał do domu. Chyba po raz pierwszy tak bardzo chciałam do domu, naprawdę.

Nie rozumiem tego, ale, czy ja w ogóle siebie jeszcze rozumiem?

Powiem jedno, tę część Szwecji w ogóle warto zobaczyć jak i cały kraj, który jest tak niesamowicie zróżnicowany, że aż coś człowiekowi w sercu się porusza i nie jest to komora czy zapadka czy coś… Ale poza środkiem dziwnie pustym, przynajmniej w części, którą widzieliśmy, jakoś tak mało tych drzew, to jednak mnie osobiście najbardziej urzeka ono wybrzeże. Niby klify na północy, ale jednak nie do końca, niby zatoczki, ale jak wdrapać się na one gładkości…

Niby jedno, a jednak wiele więcej.

Niby…

No właśnie, ono niby jest w tym wszystkim takie czarowne, niesamowite i szalone. Ta woda taka czysta, skały, miejscami one piaszczystości plaż, kładki przyczepione do gładkich głazów, zieleń i niebieskości wody, jej zmienności… a może ja zwyczajnie już nie potrafię żyć bez morza?

Może to ja?

Może morze?

… ale, żeby nie było, chociaż chciałam do domu tak bardzo, to jednak teraz jak wariat tęsknię i już bym pojechała, ale jak myślę o pobudce tak wczesnej, to jednak na miesiąc bym raczej wolała, ale jak tak dom zostawić?

No właśnie…

Czy można rozdzielić serce?

Siebie?

Nie no, oczywiście że wiem, iż luzie to robią, ale jednak… czy ja jestem ludzie? Z ostatnich rozmów z Chowańcem, który zaliczył kolejny julefrokost w robocie, czyli dużo ryby i śpiewania, no to nie jestem ludź. Nie rozumiem onej potrzeby tłoczenia się, bycia razem, onej stadności. Tych radosności zależnych od ludzi, procentów i żarcia i jeszcze, dzielenia się zarazkami…

Może zwyczajnie coś ze mną nie tak i dlatego będę musiała nosić tą brzydką smycz zieloną w słoneczniki? Jeśli dadzą wam taką na promie, pamiętajcie, że ma ona wielkie znaczenie. Oznacza, że osoby tej, która ją nosi, nie należy… no właśnie i tutaj dochodzimy do definicji niewidocznej niepełnosprawności, którą posiadam, ale wolę jak luzie nie wiedzą, chociaż czasem podchodzą, więc…

Może lepiej nosić?

Może przestaną?

Ale czy w innych krajach wiedzą co ona zieleń ze słonecznikami znaczy?

No ale… dlaczego o tym piszę, bo podróż powrotna ukazała nie tylko idiotów na drodze, cudowne osoby w niektórych sklepach, to, że powinnam sobie w CV wpisać: umiejętność pracy na kasie w IKEA, pośpiech, to, iż prom o 18;30 jest za wczesny, ten o 20tej ino pływa latem… wkurwiające!!! No i światła oczywiście mniej, nam trafił się pogodowo deszcz, śnieg miejscowy bardzo i pizgawica, i morze bujające i spokojne, więc… Ale poza tym, dowiedzieliśmy się, że takie smycze będą rozdawane na promach, więc… pamiętajcie, że to nie zabawka.

Może sprawić, że ktoś was nie ugryzie.

Albo zrozumiecie, dlaczego nie chce z wami rozmawiać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Innej Wyspy… została wyłączona

Pan Tealight i Milioner…

„Oj jak ona o takowym marzyła, wiecie, sponsorze, co dawał, a nic nie chciał poza jej pozytywnym istnieniem, w jej oczach oczywiście, potem może tam nikłym uśmiechem, czy prezentem ze splecionych liści… no wiecie, coś w rodzaju zapatrzonego, niezgodnego z normami, może i zaćpanego szaleńca, ale jak ma wiele na koncie, to nigdy nie głupiego czy szalonego, chyba…

Chociaż…

… ostatnimi czasy już unika się mówienia ekscentryczny… zauważyliście? Coraz więcej wariatów i porąbańców. Niezależnie o miejsca i pozycji urodzenia. Sorry. Można powiedzieć, że głupi bogaty, ale raczej cicho.

… więc o takim marzyła.

A plecione liście są super i trawy czy kamienie i gałązki…

Koszyk można zrobić sobie, wiecie, naprawdę, łatwo się go robi, można nawet łatwiej jak ino bierzecie liście, dźbła, no i potem gruba nitka i igła i szyjecie… nawet dywanik można lajsnąć sobie. Wszystko można, torebeczkę, ciuszki nawet, ale do bielizny to nie bierzcie tej, która tak rani, trawy się znaczy, z onymi brzegami niczym lancety, skalpele wszelakie, parzące…

… do wnętrza.

Ale sponsor taki…

rzucający się na kałuże pod waszymi stopami, no wiecie, taki niby konieczny niewolnik, ale wiecie, to on płaci, was wielbi, więc jakby stajecie się niewolnikami jego zapatrzenia, chciwości bycia i miłości może nawet… hmmm, no ale, chciała to chciała. Chciała go karmić obrazami i zdjęciami, sztuką wszelako szeroko pojętą splatającą słowa i obrazki, barwy i szelesty.

Tego chciała.

Ale, żeby nie musiała jakoś tak być z nim blisko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I może Vitlycke było jakie było, ale ten śnieg, chwila spaceru w lesistości białej, w śniegu głębokim, oczywiście, że wzięliśmy ze sobą łopatę, no weźcie no, wozimy zawsze… to jedyne ono doznanie, ale to, iż Google znowu nas jakoś pokierował… serio? Ale przecież ja ciągle mówię że on nas podsłuchuje, no i może i dobrze, bo w końcu wylądowalimy w kamiennym kręgu, kolejnym…

Abrott.

W rzeczywistości nie tyle krąg kamienny, co grób.

Fascynująca sprawa, chociaż może żelazny, więc jakby wiekowo nie dla mnie do końca, ale jednak… pośrodku szczątki, tajemnica, grzebień spalony, dookoła, cóż, dziwnie nazbyt wiele kamieni. Bo zwykle maks to 10, a tutaj… 15?

Co najmniej, dlaczego, kto, co, jak?

Można by porozprawiać, więc tym się zajmę.

Sama ze sobą.

Jednak… nigdy nie byłam o tej porze, w takim śniegu w takim miejscu. Nie żebym nie pracowała w zimie na stanowisku, ale jednak, śniegu było o wiele mniej. Pamiętam, bo szaleniec kazał nam łapami ryć, by sprawdzić jaki wał na nas czeka, czy ziemny czy ziemno-kamienny, no wiecie, pasjonaci…

Szaleńcy?

Nie wiem, ale odmrażanie dupska w archeologii, podobnie jak poparzenia słoneczne, to norma, wciąż mam blizny na nogach. I bóle reumatyczne od mycia skorup w zimnej wodzie. No co…

… szaleńcy lub pasjonaci?

Ale to miejsce, te drzewa, kamienie, cisza… magia prawdziwa.

A następnego nia w końcu czas na sam Tjörn, wiecie, gdzie skały inne, głowa na szyi stoi i cmentarzysko mają, no i co najważniejsze, brązowe na oatek mają i one moje kochane helleristningery.

15 łodzi.

Ale od początku…

Mieszkaliśmy chyba na obrzeżach Skärhamn… chyba, ponieważ to wsio takie wiecie, jedna wyspa a tyle miejscówek, no ale widok na uśmiechnięty kościół był. Jest tutaj Nordic Watercolor Museum, jest i cudowna skalność, taka dziwnie inna, jakby każde miejsce miało swoje one skały, kolory i faktury… nic dziwnego, że tutaj jest usytuowane ono muzeum, muzeum dziwnie na one skały otwarte, nietypowe, niesamowite… któego nie odwiedziłam i wiecie, no cóż, może następnym razem…

Pizgało za bardzo na zabawy z papierem i farbkami.

… więc posiedziałam sobie w mikroporcie, gdzie jak widać znalazłam fajne chatki nadwodne do wynajęcia – widać na Instagramie… posiedziałabym tam dłużej, ale jakoś mi nie było ane, a lampki nawet tam powiesili, kurna, jak cudnie no… w wodzie pewno jakieś byty machały do mnie, alem ślepa…

To polazłam zobaczyć ją.

Ale najpierw ocywiście łódki.

Jeśli chodzi o skałę z rytami, to jest dla jenych imponująca, dla innych, no wiecie, dla każdego coś niemiłego. Zaraz przy drodze 15 łodzi, największe skupisko w okolicy, pewno póki nie odkryją innego i tyle. Dla mnie piękne i stare, ale Chowaniec marzł, to udaliśmy się do głowy, co na horyzoncie mamiła…

Chyba.

Ona… Anna by Jaume Plensa, no cóż… jest szaleństwem. Z jenej strony powala, z drugiej niszczy mi widok… nie wiem co myśleć, jest jak bogini wysuwająca się ze skał, z drugiej strony, nią nie jest. Wiele uczuć, dziwnych myśli, dobrze że w dole cmentarzysko piękne ze stojącymi kamieniami, kręgami, więc człek może to przemyśleć… i wiecie co, no wygląda to mocno surrealistycznie. Pewno też ta kawiarnia w sezonie otwarta, więc jest inaczej, ale jednak, no nie wiem…

Za to cmentarzysko mega!

Nie ma to jak starocie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Milioner… została wyłączona