Pan Tealight i Patyk…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane była niebezpieczna w wielu wymiarach, ekspresjach, i o każdej porze dnia i nocy. Niezależnie od tego jak to wszystko było liczone, wiadomym było, iż lepiej jej nie wkurwiać i tyle. Lepiej jej nie nastąpić na nic i tak dalej… ale jak już ktoś się zdecydował na spacer z nią, na co nie pozwalała wielu, oj…

… musiał się z tym liczyć, że będzie pomagał w noszeniu kamieni, patyków, gałęzi, a nawet małych drzewek wyrzuconych na brzeg…

No co?

Jak taka wiedźma wyłazi na spacer, to jak inni na shopping, ino ona kiecek czy butów nie szuka, z butów jedną parę ma, starczy nim się nie zepsują, to będą wtedy do ogródka, a nowe już czekają… ale założyć można ino jak pierwsze już są niechodzące… jak już po prostu bolą, jak już wolą stać.

Bo wieźma musi wiedzieć, kiedy rzeczy chcą odpocząć.

Kiedy… coś się zmienia, a kiedy nie…

A już ta Wiedźma Wrona, to jakby słyszała wszystko. Co mówią gałęzie i drzewa, buty i kapelusze, ściany domów i dachy, kominy jak szemrzą, albo one rowerowe szprychy, ale z samochodami jest już inaczej, dziwnie, po kawałku trzeba pytać… jakoś tak, a okulary, tak, one tylko patrzyły, zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nom nom nom…

Nowości i nowości starości i starości… wiecie, na ile człeka stać było. Oj ciężkie to czasy, jak kurna co czytać nie ma… nie będzie? Nie wiem jak to będzie, ale treba się uzbroić w coś lub kogoś. Piwniczka prywatna pełna najlepszych pisarzy… hmmm, kogo byście chcieli tam sklonować?

No co… nie mogę namawiać do porwań… LOL

Tak chodząc po plaży, obserwując dewastacje poczynione „dla dobra” ekosystemu przypomniały mi się ogrody… ona chęć do czynienia każdego skrawka ziemi pięknym, chociażby były to chwasty – ale przecież chwast to niesamowita, cuowna roślina, więc dlaczego naawać mu takie efinicje negatywne, ale kwitnące, mleczy pola… łąki… nie ma już tego. Straszne to, jak się pomyśli, pomyśli tak głęboko, iż niegdyś cłowiek bawił się w onych polach makówek, wcześniej kwiatów maku tak niesamowitych, odurzających może, ale jednak… niesamowitych, a potem, potem przyszedł nakaz by je wyciąć, zniszczyć spalić, podobnie z liśćmi tytoniu…

Chmielowe tyczki ostały gdzieś na Lubelszczyźnie zapewne, ale…

Co więcej?

A teraz, właściwie, to ile z onej bardziej prawdziwej natury pozostało. Drzew starych, w których pniach można się było skryć ryzykując ugryzienie stwora jakowegoś, albo robiąc sekcję robalowi… no co? Robiłam… ale ino robalom. Zwierzakom większym nie, więc chyb pięć punktów psychopatą być mnie nie tyka, a może jednak… kurcze, może jednak mnie tyka. Ech, fajno!

Chłodno nadal na zewnątrz, bachory szkoły kończą i jest ballade.

Bo wiecie, ballade, to często jest, aczkolwiek to akurat jest… niebezpieczne, dziwne, nie wiem, szokujące i odpychające, więcej, więcej słów, by to opisać, ale… jak, dlaczego, po co… precież… to nie ma sensu…

No więc kończac szkołę dzieciaki odchodzące rzucają tym, co jeszcze w szkole posiedzą, cukierki… i teraz tak, jak to było z mięsem nadzianym gwoździami czy pinezkami, szkłem czy trucizną, tak wyobraźcie sobie one cukierki… z igłami i innymi niespodziankami. Co więcej, nawet jedna z firm uczy, jak wsadzić w te cukierki dziwne rzeczy i przyprawy – nie przesadzają, ale wiadomo…

Disiejsy świat od razu idzie w ekstrema!

I teraz tak… no dobra, jeść może w podstawówce niektórzy nie będą, ale igłą można oberwać… cukierkiem zresztą też, no ale… oczywiście nikogo nie złapano za rękę, co wydaje mi się dziwne, no ale…

Serio?

Rozumiem doprawienie ich pieprzem czy curry, ale to?

Wytłumaczcie mi, albo nie, lepiej nie… i tak nie wierzę, ni w ten świat ni ludzi. To wszystko to już po prostu przegrana bitwa. Wojna i wszelkie inne, epidemia i zaraza, i jeszcze zerwane zaręczyny, jak już dom zbudowany, ślub zamówiony, buty wypastowane, drużba wciąż treźwy, druchny piękne, ona idzie w tej sukni, a jego nie ma… tylko ślad został na stopniach, odcisk buta…

… wiem, odchodzę od tematu, ale kednak, jakoś tak, takie to przykre!

Smutne.

Tak wiele jest smutne w tych czasach, nawet jebane cukierki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Patyk… została wyłączona

Pan Tealight i Buty Niechodzące…

„Do siedzenia…

… a tak, istniały takie buty.

I były całkiem strojne, w końcu może i były do siedzenia, ale jednak nie oznaczało to, że są nie do pokaywania. Wprost przeciwnie. I one musiały być jak najbardziej delikatne, piękne i zdobione elegancko. Nie o stania, mże  gorszych materiałów, ale w dotyku, ech ci fetyszyści, no wszędzie się wciskają…

Albo te z kartonu, wiecie, przeznaczone specjalnie do trumny czy popiołku, na oną ostatnią drogę, która widać była niechodliwa, bo z taki podeszwami, to wiecie jak się idzie, na pewno namoknięte toto od razu, czy od kałuż, czy od potu, wiadomo jakie to teraz ludzie bielizny noszą, plastikowe wszystko…

Albo g tatuowane…

Nowa moda nastała i ludzie zaczęli sobie stopy tatuować zamiast ciągle kupować nowe buty, bo wiadomo, moda się zmienia, buty drogie, a wygoda w nich żadna, więc czy nie lepiej tatuażyk? Potem lekka modyfikacja… i można mieć co sezon coś innego, w kolorze, czy bez koloru, a że bolesne… no cóż… chces być modny, to robisz, co ci każą. I jesteś idiotą. Zamiast nosić co chcesz pozwalasz innym decydować o tym, co masz na zadku, czy nawet w główce… bo to nie przystoi i tamto jeszcze, i w ogóle, paniom nie, panie to już teraz panowie, obrona to atak, atak nie obroną…

Wszystko oszalało.

… więc buty nie mogły być gorsze.

Zresztą, przecież od zawsze istniały jako niewątpliwie intrygujący i fascynujący wielu element garderoby. Niekoniecznie użyteczny. Ale te naprawdę nie chodziły. Tak naprawdę. Po prostu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Turyścizna zjechała.

Jak nic, dla nich to już lato. Może i wietrzne i chłodne, ale jednak słoneczne. Czasem jakieś chmurki wlecą, ale wiecie, to ino dla urozmaicenia. Ino dla wszelakiej niejednolitności. Dla onej wszelakiej fascynującej rozmaitości.

Wyspa…

Kwitnie, zieleni się i wiosenni.

Nadal jest sucha, ale dziwnie optymistyczna… a przynajmniej tak się ją odczuwa. Jakby w końcu odpuściła. Miała wszystko i wszystkich gdzieś i postanowiła czekać. Czy to na deszcz, czy jednak coś innego… może ma jakieś plany, o których nie mówi? Może ma znajomości, które teraz się przydadzą?

Może…

Może w rzeczywistości Wyspa ma jakieś wielkie alny, o których nie informuje ludzi, ale jednak, jednak się je odczuwa. One jakieś tam nowości, niepewności, one wielkie abicje i ambiwalentne odczucia… i jeszcze… jeszcze coś, co wszystkich zaskoczy. Jednym przyniesie dobrobyt, innym zmiany, których może pragnęli, ale jednak nie teraz, nie w tej chwili? A jeszcze innym przyniesie takie szaleństwo, że w końcu będą mogli się w czymś zatopić, zapuścić korzenie, albo i je wyrwać…

W końcu się zdecydować…

Może na powrót czegoś, co już tutaj było? Może czegoś, za czym się tęskniło? Może… a może jednak nie? Może ona nowość będzie czymś kompletnie innym? Zaskakującym tak mocno, że aż zatrzęsie się wszystko?

Może… chociaż trzęsienia to już mamy dość.

Serio.

No ale…

… sprawy tych wstrząsów nadal nie wyjaśnili, ale za to hejt na tych, co nic nie odczuli podniósł się jak internet szeroki, wysoki i przejedzony. Bo przecież takie mamy czasy, czyż nie? Kiedy to się hejtuje wszystko, czego się nie rozumie, wszystko, czego jakoś tak nie daje się namierzyć, obliczyć…

Właściwie to wszystko.

Ale nic to, może lato nie będzie gorące tego roku, parafrazując, czy też raczej negując cytacik… może uda się to przetrwać, do czasu że znowu nadejdzie zima i… tia, wszystko kołem się toczy. Szczególnie w takim miejscu jak to. Sezon a sezonem, ciemno, jasno, dużo ludzi, mikro ludzi, ciągłe próby stworzenia z Wyspy miejsca całorocznych rozrywek i ciągłe plajtowanie onej mysli. A potem jej biczowanie i jeszcze skarżenie się, iż jak tak można, po prostu być tylko…

Naturą.

Jak?!

A przecież nie każde miejsce ma być Ibizą. Niektóre mogą być przeznaczone ino dla odpoczynku… od wszystkiego czasem. Od deszczu, wody, przestrzeni… ograniczenie przestrzeni, tak… Właśnie tak. Czasem ono ograniczenie sprawia, że zaczynacie się czuć bezpiecznie. Ze skrajności w skrajność.

A może jednak nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Buty Niechodzące… została wyłączona

Pan Tealight i Koszula Widka…

„Od niej się nauczył, że bycie niewidocznym jest naprawdę niesamowitym pomysłem na życie. Nie tylko dlatego, że nie widzą jak bierzesz kolejny kawałek sernika… zjadłbym sernika, oj tak, na cienkim spodzie, z polewą czekoladową… albo tego ciasta, co Babcia Wiedźmy robiła…

… tak, pamiętał go, chociaż nie wiedział dlaczego.

Dlaczego wspomnienia jej wkradły sie do jego szarej głowy… dlaczego teraz i po co? Jaki był w tym wszystkim cel i kto powiesił oną wielką, niebieską koszulę na sznurze do suszenia zielska, co to go sobie Wiedźmy z Pieca zrobiły zaraz między Wygódką a Nowym Namiotem Nieczystści… jakoś tak im ono miejsce odpowiadało. A sam Namiot, wiadomo, po best before już się jakoś tak czerwony nie należał, a spotkania mogły być bardzo zalewane!

W końcu czas mijał…

Chociaż sam w sobie nie widział tego jako czegoś złego, przyzwyczajony do ciągłej zmiany Czas miał o sobie niewielkie mniemanie, a że nie mógł zatrzymać tego, czym był, to zwyczajnie wolał się schować tutaj… by nie być osądzanym, by w końcu miej wyjebane na wszystko i wszystkich, na one ich rocznice, na te wyzywanie, że dni za długie, za krótkie, że to nie tak, zmarszczki, a kiedyś to było lepiej…

Nienawidział ich…

Luzi.

A Koszula…

… cóż, Pan Tealight przyglądał się jej i zastanawiał, co to za nowa sprawa zwali się im na głowy i dachy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zasadniczo oczywiście…

Wiosna.

Ha ha ha! News chwili, jak nic! No dobra, mam newsa, było trochę deszczu, ino malutko, nawet właściwie niewiele powyżej onego zapachu, ochłodzenia, ale jednak, jakoś tak, nie… potrzeujemy deszczu, a nie ino jakiegoś substytutu. Ale, zamiast o tym marudzić, posłucham sobie wiatru, bo pizga z fajnej strony, wiecie, czasem te strony naprawdę mają znaczenie. A czasem nawet bardziej.

Zeszłoroczne liście znowu skądś się pojawiły pod progiem, jakby nie chciały odchodzić, przemieniać się w pył, i znowu uczestniczyć w onym kole życia, wiecie, jakby wszyscy już mieli dość… i jak tak wiatr macha gałązkami onej śliwy, niesamowitego drzewa, to tak sobie myślę, że jak nas szlag nie trafi, to będzie cud. Bo bez deszczu, w onej całkowitej suchości, spaleni słońcem, które zwyczajnie pali, nie świeci ino i ogrzewa, ale zmienia nam skórę w popiół, to od razu…

Nas trafi…

Jak nic, trafi nas szlag.

Albo i inne kilimanżaro.

Wiadomo, wszelakie tam bombastik i tak dalej, ludzie wymyślają coraz to nowe problemy, z dupy całkowicie, teraz to już w ogóle nie rozumiem jak homo sapiens novinkus jest w stanie prowadzić rozmowy, w skołach w końcu mają dzieciakom zabrać telefony, ale czy się to uda, nie sądzę…

Przecież one nie potrafią podobno bez tego żyć?

Królowa jednak odwiedzi Wyspę, ale ino na chwilę, więc, właściwie, jakby jej w ogóle nie miało być… co z tym jej zdrowieniem, wciąż nie wiadomo, ale zmiany w rodzinie królewskiej wciąż solą w oku dziwnych poddanych i oczywiście synka marudnego bardziej. A może inaczej? Nie oszukujmy się, to zwyczajni ludzie, wystarcy spojreć na wyczyny onego „Spare”, wiecie…

Poczcie znowu odbija… listy podarte i to widać, że maszyna jakaś je tak potraktowała, na dodatek nikt nie bierze za to odpowieialności, a Dania za wszelką cenę chce stać się cyfrową, elektryczną maszyną. Auta ino na prąd, listy jak już, to w formie maili, nie, to nie la mnie to wszystko.

Nie.

Za to książki… kurna, jak ceny podskoczyły!

I tak, w Polsce!

Wchodzi człek na stronę Empiku i boom, o 10, 20 zł w górę!? Serio? O co chodzi? Znaczy wróć, wiem, że są tam te kryzysy i tak dalej, ale jak tak będzie, jak to się rozkręci, to sorry, jednak człek przestanie wydawać na jedzenie w ogóle, a będzie ino na książki. I już… nie oszukujmy się, trza mieć priorytety!

A poza tym… poza tym ptaszki się wykluwają.

Rwetest straszliwy! I tyle… more na swoim miejscu, niebo te, słońce, wiatr, chwasty rosną jak szalone, też mnie trafia, jak widzę ile pielenia mnie czeka i obiecuję sobie, że co jak co, ale jednak nasadzę ziół i gdzieś to mam! Taka szałwia ocienia ziemię i się nie chwaści, ha ha ha!!! Taka będę sprytna!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszula Widka… została wyłączona

Pan Tealight i Panna z Niesamowitych…

„Bo nie mężatka.

No wiecie, jednak mężatka, nie żeby gorsza, nie, no nic z tej strony, naprawdę nic… nie, no w ogóle nie!!! Oczywiście nikt tutaj nie potępia onych, co wkroczyły na drogę małżeńską. Czy to z osobnikiem płci obcej, czy tej samej, wiadomo, teraz tyle tych pełciów się narobiło, że ino nowe encyklopedyje pisać, ale… jak na razie, to po prostu ujmijmy to tak dwojako. Z psem czy kotem wciąż nie można, się znaczy oficjalnie, albo z kozą czy słoniem, wiecie, jednak zwierz to zwierz. Niektórzy może i się identyfikują ze świniami, ale mało kto się przyznaje, iż warchlak z niego…

Ale…

Nie mężatka, więc bez pewnych zobowiązań.

Chociaż, nawet panna może je mieć, kota, psa, chomika czy dziecię… przy cycku lub już dalej pogonione. W końcu czas płynie, wiele panien zmienia się w mężatki, wdowy, kochanki, wszelkie rozwódki… albo i jeszcze takie pomiędzy, niezdecydowane. Może już młotek zastukał, ale one jeszcze nie usłyszały onego stukotu. Wiadomo… drzewo w lesie, dźwięk nie dźwięk…

Tia…

Panna, do tego się już nie da wrócić. Raz rwiesz wianek, potem on już nie wraca. Jesteś inna, wyrolowana, obrobiona, zmieniona, naznaczona, może i szkarłatna litera jarzy się na twoim czole, niewidzialna dla wielu, lecz jednak… przecież tak niewielu wie, na pierwsy rzut oka, nim rozskreczysz się sama w sklepie…

Nim coś ktoś puści?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Władca ciemności” – … koniec? Ale czy to jest koniec? Ale jak to? Przecież… tak naprawę dopiero wszystko się zaczęło!!! Znaczy, no wiem, nie do końca, trzeci tom serii o Marcusie zaczyna się… cóż, od śmierci.

W tych książkach już tak jest, iż śmierć najpierw.

I oczywiście śmierć się pojawia, ale najpierw legenda i ciemność. Wszelaka niemoc związana z brakiem energii elektrycznej, która dla mnie jest dziwnie… nie wiem, może to przez czas spędzony w przeszłości, w której światło gasło, świeczki były pod ręką, gazowa butla, niektóry mieli jeszcze piece…

Tia…

… może dlatego dla mnie to było takie, normalne. Ciemność. Tutaj, na Wyspie, ciemność jest totalna. Sorry, nadchodzi noc, jeszcze poza sezonem jasnych nocy, jest po prostu nie do przejścia często. Gęsta i niesamowita… ale wiadomo, miasto to miasto, szczególnie takie, które zalewa descz, rzeka może wystąpić z brzegów, więc… no i kto jest zbrodniarzem, bo przecież są zwłoki i to nie jedne i jeszcze tajemnice Watykanu, które oczywiście wyłążą na wierzch, i jeszcze… jeszcze ci najbardziej okrutni, których nic nie powstrzyma, jak ich ukarać?

Jak o nich dotrzeć?

I tak, ponownie spotykamy naszą znajomą dwójkę czyli Marcusa i pełną sprzeczności obecnie, policjantkę. Wszystko się zaognia, zmienia, bohaterowie dorośli, z jednej strony uświadomili sobie one traumy, ale z drugiej, jakoś dziwnie się z nimi zmagają. Jakby rozwiązywanie spraw innych było łatwiejsze.

Tylko, jak długo tak można?

Niesamowita opowieść.

Czytać po kolei!

I jak nie jebnęło!

Szyby zaczęły latać, kwiatki na parapecie tańczyć… co łapać? I tak raz za razem… cisza potem jeszcze trzy razy, a za każdym razem mocniej… ostatni był najgorszy, aż do Chowańca zadzwonili, coby im wywiadu udzielił.

Kuźwa, ja rozumiem, że akurat mieliśmy włączone komputery, ale akurat, serio, i że od razy, facetime czy inne tam… w końcu zadzwonili po raz drugi na pogaduchy… nosz patrzcie jaki on sławny teraz. LOL Po drugim raie sąsiad wylazł, macha z dołu, że niby co się dzieje, nosz kurna skąd mam wiedzieć? No nic, link wyżej, wybuch jak widać poszedł z terenu Polski, ale…

Nikt nic nie wie.

Chociaż, wiem że epidemia kleszczy w Polsce jest zatrważająca, może to one? No wiecie… to było trending na stronach PL. Po kilku godzinach nadal jakoś tak nic nie wiadomo poza tym, iż Chowaniec nie będzie w telewizji, bo ktoś inny się zdecydował i widać, jakoś tak, zwyczajnie wszystko na razie wyciszyło się…

Sobota… kurna, miał być spokojny weekend.

A jakoś chyba nie wyszło.

No bo sobota i wieczór piątkowy to jedyna jakaś tam możliwość spokojności, albo może się uda, tak w niedzielę… spokojna niedziela, nudna i z dobrymi wieściami na przyszły tydzień? Mogłoby być, co nie?

Może…

No dobra, poza tym jest ciepło i jasno…

Noc nadchodzi pełna dziwnego, niebieskawego światła i tak naprawdę, męczy… ósma, dziewiąta… kiedy te ciemności w końcu? Przecież ranek wstaje w okolicach piątej… a może i wcześniej to światło się pojawia? Już nie wiem. Mam ochotę nie wiedzieć, tak naprawdę… nie wiedzieć niczego.

A może jednak wiedzieć… nie wiem. LOL

Mniejsza, wiadomo, lato idzie, maj już w połowie, czas zapiernicza jak szalony, a człowiek cieszy się tym, że fajny notes w końcu udało się mu nabyć. Małe rzeczy, wiecie, małe rzeczy czasem są wszystkim. Serio. Fajny kamyk na plaży, zwrot podatku z urzędu, nie wiem, jakieś tak małe głupoty, a nie wciąż te popierdoleństwa. Popierdoleństwa, na które człowiek nie ma wpływu często… bo jakbyś nie walczył, zawsze coś się zawali, coś można pomylić, namieszać jakoś, proste…

Zawsze się zaliczy jakąś wpadkę… choć raz na rok!

Może po prostu one wpadki trza będzie jakoś dopieszczać i jeszcze oswajać? Nie wiem, ale może o to chodzi?

Tak w ogóle, to patrzę na kogoś, kto wpieprza na wizji McDonalda i sobie myślę o tym, nosz dlaczego u nas McD upadł? Był jeszcze jakoś w 2005, może rok później, a potem nic? Nie wrócił? Dlaczego? Czy ludzie by nie żarli, ci przyjezdni na pewno, ale miejscowi? Czy cukierki im wystarczają? Bo przecież jest tyle miejsc do wynajęcia, nawet w samej stolicy, na rynku, od tylu lat wolny lokal, perfect dla KFC czy McD!

… więc dlaczego nie?

Czy ja bym jadła?

Pewno nie… nie lubię tych buł, ale frytki… może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panna z Niesamowitych… została wyłączona

Pan Tealight i Pomiędznik…

„Zawsze to miejsce było dość dziwne.

Niby istniało w całym ekosystemie, w każym jego załamaniu, wdechnięciu i westchnięciu, niby było wszędzie, we wzdychach i zdychach… zawsze, ale jednak, często było zatykane, jakby nie chcieli go zauważać… jakby… zapominali o nim, a może, przestawali je dojrzewać? A może… tracili oną umiejętność prawdiwego widzenia zaśepini tymi, któzy wmawiali im, i tylko oni wiedzą jak widzieć?

Nie wiedział, ale jednak był zaskocony, gdy Pomiędznik, władca wszystkich onych granicznych, przybył do Sklepiku z Niepotrzebnymi, by zwyczajnie się wprowadzić. Co więcej, prosić o azyl i szykować miejsce, najlepiej głęboko, gdzieś tam, pod onymi jaskiniami, gdzieś gdzie gejzery z ciepłą, jajeczną mazią, zapewniały wszelakie rozkosze spa i różnych tam wariacji artystycznych.

Wiecie, z onego błocka można sobie było zwyczajnie coś ulepić…

Albo kogoś zalepić.

Na amen!

… więc jak wykle pokiwał tylko głową i wpuścił kolejnego gościa… przez te wszystkie lata, wieki, eony, tylko kilka razy zaryło się, iż miał wątpliwości, teraz ich nie miał. A zresztą, drzwi przytaknęły cicho klapką na listy, jękneły judaszkiem w kształcie paszczy z jęzorem – automatyczna myjnia oka za darmo za każdym razem! i już, wiadomo było, że wszystko się ua, że tak ma być i tyle.

Ale musiał to przemyśleć.

Wsłuchany w cichutkie gruchotania, gdzieś tam w głębi ziemi pod Białym Domostwem… dziwił się światu. Bo to, co obserwował zdarzało się już, ale nie aż na taką skalę… chociaż, ludzi było więcej i tyle.

Może to to?

Rechot Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane rozlegał się mu gdzieś w okolicach trzustki… boleśnie… ostatnio naprawdę robiła wielkie postępy w onym prawie filmowym wiedźmim się śmianiu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhjem… motory?

Motory?

Serio?

Wybiera się człowiek na zwykły spacer, jakąś taką zwyczajność… wiecie, niedziela, ale niektóre sklepy otwarte, Turyścizna jest, lody je, a tutaj nagle grzmoty, nagle odgłosy jak z czeluści, w których serio nie chcesz się znaleźć… dźwięki, których chcesz uniknąć… prerażające, przestraszające.

Motory…

Zjechali się na coś tam…

… nie interesuje mnie na co, ale jednak kurna no, specjalnie ponadprzykręcali sobie te dźwięki, tłumiki zlikwidowali? I pomyśleć, że durnie myślałam, iż ten ruch został w Gudhjem ograniczony. Znaczy wiecie, na głównej ulicy, że nie można, że tylko ci, co mieszkają, że jakoś tak…

Nie wiem…

Przerażające to wszystko.

Na dodatek, jakoś dziwnie ludzie zapomnieli, jaki to u nas jest ruch i wychodzi na to, iż większość chyba z UK przyjechała, bo nie wiedzą, że trzeba iść po tej, a nie po tamtej, oczywiście w zależności od iścia pod górkę czy z górki… a pod górkę tutaj całkiem nieźle w uda daje! Jak ktoś chce, to taki spacer dookoła miasteczka codziennie, czy kilka razy w tygodniu, spokojnie odbębni wam ćwiczenia za razem cardio, jak i one ćwiczenia z ciężarkami, jeśli tylko nie kupicie na dole lodów…

No wiecie… LOL

Jeśli ich nie kupicie, ale w zamian, po drodze w dół, w Sparze weźmiecie melona czy ziemniaki i z nim się przejdziecie pod górkę i z górki i z znowu… no to po prostu ubaw roku! Tracicie kilogramy, ale musicie uważać na one otry, tosz to idioci i wariaci. I kurna no, ekologia na całego – #sarkazm.

Ja pierd… nie, nie będę się nerwować, kryształek se kupię.

Bo przecież one sklepy, chyba ze 3 czy 4 je mamy, takie wiecie, ciuchy dziwne, dziwne akcesoria, jakieś czapeczki i takie tam, no więc one u nas mają i jakieś tam ezoteryki… i czasem są kryształki i wiecie co, był… mała kulka śniegu, no obra, śniegolodu, ale dla mnie za jedno… wiadomo, dobry kryształ nie jest zły!

A jak człek weźmie go pod ono słońce over Gudhjem, ten sol przez niego będzie przenikał, a jednak i morze z tyłu będzie się odbijać, to jakoś tak, nagle lepiej, no i odejść można od centrum i po prostu być… w Nordhavnie, gdzie jakoś tak, wszystkiego mniej jest. Wszystkiego jakoś tak… więcej. Więcej spokojności, morza, ludzi mniej, dźwięków i ten pas ziemi całującej morze, skał się z nim bawiących…

Za to w Allinge oblali rzeźbę/pomnik keczupem… pewno się domyślacie czego ten pomnik, i dlaczego, i z jakiej okazji, której to czas już minął, a posąg wciąż stoi… no tak, Rosja nie jest mile widziana… nigdzie. Ch0ciaż tutaj, to w szczególności, a II WŚ, za te koszmary… nie, wypad! I tak jak sobie o tym wszystkim pomyślę, to jakoś tak, no po prostu nie rozumiem skąd ten pomnik i dlaczego?

Poczytam o tym później… jak Scarlett…

Na razie mam co innego do roboty… na razie mam zajęcie, jakoś nie mogę się nudzić, więc, nie, na razie nie… chociaż, korci mnie… No i bam, cmentarz, serio? Nie wiedziałam. Znaczy wiem, że są groby, ale nie w Allinge, jakoś tak… nie byłam tam, bo jakoś no, o patrcie, nawet przewodnika można dostać, jak kogoś stać…

O patrzcie, mam nawet zdjęcie…

Mam nadzieję, że nie użyli naszego, bornholmskiego keczupu, bo jest za dobry by tak go marnować, wiecie… rozumiem dlaczego, protest to protest, wyrażenie opinii, nikogo nie skopali, deszcz by to zmył, ale susza… więc…

Ekhm…

… wszędzie ludziom nerwy puszczają, mi z powodu strasznych dźwięków!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomiędznik… została wyłączona

Pan Tealight i Szczypacz…

„Ale no…

Wiadomo, wiosna, wszystko i wszyscy budzą się do życia, raduje ich słońce, wszelakiej pogody jasnej info i tak dalej. Grille się im marzą i jeszcze łażenie ino w gaciach i koszulkach i oczywiście wszelakie odpoczynki i inne tam, letnie już właściwie zachowania. Bo przecież jak ciepło, to pora roku nie ma znaczenia, byle pić, żreć i się lenić. By robić kompletnie nic.

Ale… no tak.

Mimo wszystko ciepławo może i było, duszno nawet i sucho, ale jednak to wciaż wiosna. Zwykła, może odrobinę zestresowana, ale wciąż, jakoś tak, wiosna… wiosna biegnąca już ku latu, ale wciąż…

No tak.

Wiosna, światło i od razu ludziom odbija, Pan Tealight wiedział, że co jak co, ale ta cała wiosna, to zawsze była jakaś ambiwalenta psychiatrycznie. Wszelako i mocno. Co jak co, jeśli chodzi o ludzi, miał ich gdzieś, ale mina Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, jakoś tak go kłuła.

Wszędzie.

Rozumiał ją i już tęsknił za ciemnością i tymi ich wspólnymi chwilami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhjem…

Zacznijmy od tego, że Melsted i Gudhjem wiadomo, zwane są miastami bliźniaczymi. W znaczeniu onych syjamskich, nie że jakoś tak, takie same. Właściwie, okay, stoją one tablicki, ale gdzie się jedno kończy, a drugie zaczyna, no nie wiem, nie pytajcie się mnie… niby mieszkam w Melsted, a papiery mam na Gudhjem, kościół słyszę, zaraz za plecami one słynne ogrody motyle…

No tak, muzeum wydało zbyt wiele na coś, co jest dziurą w ziemi i trawnikiem… na swoim terenie, więc niby bez problemu, a jednak, coś mi nie gra… bo moja łączka dla robaczków i motylów i takich tam ptaszydełków, na ugorze kosmarnym, i właściwie za darmo wzrosła, a oni od tych wszystkich lat wciąż właściwie nic. Poza tym, że zdewastowali lasek, to trochę uregulowali spływ dziwnego strumyczka, częściowo rowiązali problem, który w czasie większych opadów oczywiście staje się problemem… no wiecie, w końcu oni WIEDZĄ co robią, ech…

… nie wiem…

Mniejsza, na onym całym trawniku pełnym kwiatów i z ockiem wodnym stać miały kamienne rzeźby, ale jakoś tak, wyszło jak wyszło. Rzeźby nadal stoją bardziej pod muzeum, gdzie trawka zielona a w niej siedzą stokrotki, więc ślicznie jest, no ale jednak… oj czekajcie, cicho… patrzcie, tam pod ścianą zalesienia jelonek, ten skurczybyk co mi szafirki wpierdolił, no jak nic on!!!

Bogowie!!!

Śledzi mnie, czy co?

No ale… motyle ogrody, to dla mnie ubaw roku.

Bez urazy, ale to nie jest jakaś wyższa technika, wystarczy zostawić tę ziemię, wyciąć może one ścieżynki, rozrzucić nasionka, ale i miejscami dosadzić kilka krzaczków, jakieś mniejsze drzewka, jakieś inne tam, wiadomo… ale zebrać nasionka tak z dookolnych łąk, które się zdarzają, sporadycznie…

Bardzo.

Nawet kurna mogliby trochę onych cebulek powciskać w ziemię, byłoby coś fajnego od razu wczesną wiosną, ale nie, bo natura… tylko że natura już dawno jest taka, jak i my i my jesteśmy ino jak ona, i zna krokusy, zadziwienie? Pewno że nie tutaj i tak dalej, więcej krwawnika i dmuchawców, no ale… byłoby miło! Kurdybanek, może jak sucho to kocanki, co? U mnie mają się super!!!

Genialne roślinki, pachną do tego!

Ech…

Przecież oni dostali na to tyle kasy!!!

I co z tego… trawa.

Babka na przykład, one czadowe kwiaty naprawdę sprawdzają się na działce i mnożą się genialnie, dodatkowo, nie podlewacie tego, bo korzenie specyficznie zapuszcza, do suszy przyzwyczajone, kwitnie, ma piękne liście, na odatek, prozdrowotne działanie… ech… abo ten wspomniany już krwawnik.

Ino z miętą nie szalejcie!

Ale… jeśli marzy się wam ona wiosenna motyla radość, to nie tam. Oj nie… sorry. Są na Wyspie inne miesjca, gdzie motylowie mają się super, ale… dlaczego o tym mówię, bo ten raj biodywersyjny, eksperyment biologiczno-botaniczno-aspołeczny-sztuk niepełeny, mieści się i w Melsted i w Gudhjem, patrząc na tabliczkę z nazwą, więc taka ciekawostka… dalej, idziemy na spacer!

Nad morze, do miasta…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szczypacz… została wyłączona

Pan Tealight i Pacjent Chorobowy…

„Bo właściwie… to nie każdy był.

Ściema i tyle.

Jedni zwyczajnie chcieli atencji, inni znowu nie zdawali sobie sprawy z tego, iż jej pragną, a jeszcze inni, zwyczajnie nie mieli nic innego do roboty i pchani oną siłą rozpędu, naczytali się w internetach, zapytali doktora Google i wiecie… stwierdzili, że się spojawią i już. Tak po prostu. Bo przecież a nóż widelec, łyżeczka świąteczna, srebrna czy złota, niewielka czy większa… może akurat na coś się załapią?

Że śmierć?

Nie, jej się nie boją… żaden z nich.

Chozi tylko o to uczucie bycia zaopiekowanym.

Może i wynikające z jakiejś tam zaopiekowalności w nich niezaspokojonej, w onej dziecięcej przeszłości, może i ciągnącej się za nimi od lat, ale jednak nie do końca zroumiałej, nieleczonej przede wszystkim, zaskakującej, gdy ktoś tylko o tym wspomina, bo przecież mama, albo tata…

A i te wszystkie prezenty!!!

Pacjenci, tak, sami się tak zwali, gromadzili się w one dziwnie plemienne ugrupowania i z zawziętą kłótliwością w głosach określali, który to z nich jest najbardziej chory i najbardziej cierpiący, i musi w kolejce do lekarza stać na przodzie, bo jak nie, to po prostu będzie kanał i się obrazi, i już nie przyjdzie…

A wiecie, jednak jakoś tak… byli rodziną…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dwie tylko… ale a to z jakiej tematyki!

He… i taki bardziej handmade a nie coś, co dostaniecie w zwykłej księgarni.

Szum…

Poszum i wszelaki dziwny wypełniacz cichości… wiatr i fale, albo one same. Słone, morskie, regularne, póki nie ucichną, nagle, lub rozpływając się w cichości… Człowiek się przyzwyczaja, ale… czasem go zaskakują. Czasem jakoś tak, pojawia się to wszystko nagle i nagle odchodzi.

Czasem.

A potem wraca…

Szczególnie w onej dziwnie wrzącej chłodności powietrza, którą teraz mamy, no to dopiero się onych dźwięków doświadcza. Jak już sąsiad przestanie tańcować z kosiarką… tak szczerze, czasem się zastanawiam, czy on nie tańcuje z nią ino dla tańców, bo nie ma co kosić, no bez przesady, no! Nie pada, więc nie rośnie. Kwiaty tak sobie wciąż, drzewka nie chcą wypuszczać…

Ino ci ludzie głupoty wypuszczają.

A jakby ich nie było?

Onych ludzi…

Co jest z człowieczym plemieniem, że jakoś tak, no nie wiem, zapomniało, iż jest częścią tego świata? Natury i tak dalej?

Nie wiem.

No ale…

Jeśli chodzi o dźwięki, to oczywiście, że casem się zary helikopter przed domem, wiecie, ech ten lans i tak dalej… LOL To wciąż ona działka, co ją facet kupił pod zabudowę, sąsiad ją kosi, a ten właściciel robi z niej lądowisko. I to wtedy tak wygląda, jakbyśmy mieli helikopter… zabawne. Albo i nie. Po telefonie tego kolesia od helikoptera wiemy już, że latał większymi i ma chody wszędzie, więc możemy mu skoczyć i tak dalej, tudzież nasikać na skrzydło… ale on i tak będzie robił co chce.

I tak, nie jest to legalne, ale jak masz kasę, to masz wyrąbane…

I wiecie, lepiej mieć pustą działkę od frontu domu, no i sobie takoś jakoś patrzeć na one zające na niej, hasające sobie, szalejące, ech, one to mają dopiero… wiadomo, nim wzrośnie populacja aut szalonych bardziej na drogach… ale na razie mają bajlando. Robią co chcą, czy też to, co im natura nakazuje? Nie wiem jak to z nimi jest, nasz obecny, siedzi w szałwii…

Lubi widać, ćpunek jeden.

Jelonek wpierdolił nam wszystkie kurna szafirki, więc czujcie mój ból! Moje ukochane kwiatki no!!! Najpierw zeżarły mi kurna młode drzewka, a teraz, nie no… skurczybyki rąbane no! A tak lubię je zasuszać. I ten zapach no! Po prostu kocham je w pierun no, za kolor i apach i w ogóle, a w tym roku kiszka i tyle.

Ech…

Deszczu!!!

Dajcie deszczu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pacjent Chorobowy… została wyłączona

Pan Tealight i Nadymaczka Pospolita…

„Może i nowy gatunek, może…

Może i należałoby jakoś tak toto łapać, opisać, jakoś tak po prostu obfotografować i jeszcze poznać, jak je, co je, czym je, gdzie sra, jak sra, kto to potem jada i tak dalej i jeszcze, jeszcze oczywiście wszelkie tam zachowania społeczne, aspołeczne i wszelakie inne… no i rozmnażanie, oczywiście, zamrażanie, odmrożenia, zamrożenia… wiadomo, przecież jakoś tak musiała coś robić, gdzieś robić, wielbić miejsca, jakieś tam mieć ulubione, jakieś mieć niekochane, jakieś znienawidzone…

Po prostu.

Nazwali ją Nadymaczką Pospolitą tak na razie, tak by było jakieś imię, no i wiecie, przy onym poznaniu, jakoś tak ona się powiększyła, balonikowała, czy coś… odsunęli się, bo przecież mogła może i zabić, może strzelała jakimiś igłami, może i gazy wypuszczała, albo coś nieznanego robiła… aurą obmacywała okolicę, by znaleźć żywiciela, czy coś… zbyt wiele filmów, zbyt wiele wiedzy…

Zbyt wiele zapomnianych stworzonych…

Tak, Pan Tealight miał czasem takie myśli, że przecież może to był on, może to jemu się przytrafiło, może… to było jego dzieło, ale nie pamiętał, wtedy tak bardzo się bawili, na samym początku Tego Czasu, na samym początku Stworzenia i Wybuchania… tak wyglądała jakoś, znajomo, ale jednak nie pamiętał jej. Czy też jego? Bo przecież wciąż nie określili płci…

I moe nigdy tego nie zrobią, bo nagle zniknęła…

Była i jej nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones

Z cyklu przeczytane: „Łowca cieni” – … drugi tom serii… i muszę się przyznać, że wciąż trzyma w napięciu. Z jednej strony masa tajemnic wciąż nie wyjaśniona, z drugiej nasze główne postacie: penitencjariusz i policyjna fotografka, jakoś tak żyją osobno… oczywiście do czasu, gdy kolejne zbrodnie ich połączą, bo połączą.

W końcu jest w nich jakieś tam… przeznaczenie?

A tam razem brodnie wydają się być… jesce bardiej przerażające, przemyślane, jakby prowadzące do czegoś więszego, próbujące udowodnić coś, a może jednak odkryć zepsucie Watykanu? Nie wiadomo, bo krok za krokiem, agłębiając się w tę historię wiemy, iż trzeba czytać bardo uważnie. Trzeba w nią wejść, by naprawdę zroumieć więcej z tego, co było, oraz tego, co nadejdzie…

… trzeba być uważnym…

Wciąż obecne w naszych bohaterach demony przeszłości kierują nimi, ale jednak nie wiążą ich mysłów i pragnień. Coś się zmieniło… coś przeżyli, coś zrozumieli, ale jednak, czy potrafią współpracować? Odkryć nie tylko zbrodniarza, ale i nie ukarać samych siebie za grzechy innych… bo ona mroczność przywraca im wspomnienia… straszne, pokrętne… ale też naznacza ich w jakiś sposób.

Bardzo dobra kontynuacja poprzedniego tomu.

PS. Już jestem po trzecim!

Wieje…

3 stopnie, a mamy początek maja… i to nie w nocy! Wieczorem. Jasnym wieczorem, rozpychającym się tą swoją radosnością, której nie rozumiem, ale to ja, zwykle taka jestem w one ciepłe sezony. LOL 3 stopnie!!! Ale nic to, przynajmniej człowiek cieszyć się mógł onym całym dniem i nocą.

Wciąż pod kocem, dodatkowym…

Ale… jeśli chodzi o przyrodę, to jej chyba nie przeszkadza ni wiatr, ni susza czy jakieś tam zimności. Tu się rozwija to, tam tamto, może i jabłonka wciąż się buntuje przed wypuszczeniem listków, zachowawczo sama decyduje o tym kiedy, co i jak. Wiecie, taka dumna z samej siebie…

Mnie dojeżdża przeziębienie, no ale… każydy ma coś.

Trolling oczywiście ma się super i podobno nawet widzieli humbaka gdzieś pod Tejnem… zazdro, ale jakoś nie jest ze mnie typ żeglujący, ryby łowiący, czy też w ogóle, ogólnie na nych statkach przebywający… a, tak w ogóle, to nasz nowy i największy, fantastyczny prom… się zepsuł, czyli jak zawsze.

Wsio w pariadkie!

Czy jakoś tak, no wiecie, przecież zawsze się psują. Kurde, mam nadzieję, że to nic wielkiego, bo przecież nowy jest taki. Wszelako jeszcze mało używany, nie każdy miał możliwość dotknąć, poznać, pooglądać i się nim przepłynąć, na prykład ja, więc, no weźcie no, co się dzieje?

Kiedy to piszę jest weekend i zastanawiam się, kiedy to te weekendy przestały mieć w ogóle znaczenie? Poza tym, że książki mi się opóźnią, bo długi był, więc… a zaraz, przecież no znowu długi weekend, więc może to dlatego? Po prostu jako człowiek pracujący z domu nie mam onych wolnych dni… powinnam może je sobie zarządzić, człowiek się stareje, nie moe już tyle klikać w one klawiszki, no!!!

Ale kurde, jak to się robi?

Niedawno, wróć, na naszych ostatnich nibywakacjach, jakoś tak żyłam przez tydień be pracy, znaczy wróć, po prostu nie tykałam komputera, no i było w tym coś tak cudownego, i wydaje mi się, że kiedyś zwyczajnie to rzucę, pewno wtedy, gdy wszystko trza będzie robić przez telefony… łącznie z badaniem krwi. I będę ja, stara i całkiem technicznie niekumata. Znaczy kumata, ale nienawidząca tego wszystkiego tak mocno, że niedotykalska taka i tak dalej. Wciąż udaje mi się unikać telefonu i co mi zrobicie?

He he he, jak mówię to ludziom, że używam starego telefonu Chowańca do robienia zjęć i że o nikogo nie zadzwoniłam od ponad 10 lat, nie wierzą…

I dobrze…

W prawdę nikt nie wierzy.

No ale…

… weekend za weekendem, po nim znowu weekend i kurde, smutne to życie, jak tylko czekasz na ten weekend?! Czyż nie? Bo to znaczy, iż cały pozostały czas jest do dupy jakoś tak… ech, no ale przecież wielu z nas tak ma. Nie oszukujmy się… zapędzamy się w kozi róg z oną robotą zamiast się wyspać i polenić…

Ech…

Ale czy się da żyć jakoś tak wolno?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nadymaczka Pospolita… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmia Wkurwia…

„Czasem się spojawiała…

… ze spokojności, z nerwowości, z nieświadomej świadomości, senności i wybudzenia, posprzątanego i zbałaganionego, nigdy nie było wiadomo z czego się wykluje, ale tak się spojawiała, w onej otoczce nieoczekiwania, w tej subtelności niemyślenia i takich tam niedopowiedzeń… w tych słowach, które jeszcze się nie narodziły i tych w onych zalążkach, które poszukiwały swojej definicji…

Może i zagubionej jak one…

… jak one nowej…

Obcej.

Gy ju niczego nie było więcej, niczego nie można było zniszczyć, na nic czekać, być dobrej myśli, złej myśli, w ogóle nie mieć myśli… wtedy się pojawiała Wkurwia, Wiedźmia Wkurwia. I świat wybuchał. Naruszały się stare porozumienia, pękały nici miłostek fałszywych i coś trzeszczało… zawsze w tym samym miejscu. I jeszcze pojawiało się niebieskie, malutkie jajeczko, totalny zbuk, ale jednak, jajeczko… z którego się wykluło coś, co… no cóż, było przyschnięte do skorupki, a może i zwyczajnie taki miało styl, czy coś? I piskało… i był to jedyny dźwięk, którego ona nie słyszała…

…wtedy.

Gdy to się działo, za każdym razem.

Pan Tealight czuł, że ono jajeczko znowu gdzieś jest na Wyspie, że się toczy, że może i jest na horyzoncie i zastanawiał się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nosz kurde no, ale ta natura sra!

No wiem, że wszyscy wydalamy, ale jednak no… te rozplaski na drewnie są z jednej strony artystyczne, ale z drugiej, po prostu ohydne i tyle, sczególnie na oknie… Wiecie, do tego jeszcze one odgłosy. Jak toto startuje, to aż coś furczy w człowieku, i potem sru, niczym zrzut z onego drona, co to niby nimi mają niegdyś tam paczki rozwoić… czy rozlatywać raczej? No ale… przyszłość, to przyszłość, a dziś… dziś jest pochmurne, cudownie, jest majowe, listki zielonością swą przenikają przez chłodny havgus… i nagle taka mewa i plask, a ty dopiero okna umyłeś.

Człowieku ty głupi i na co ci to było?

W rynnach tumult szalony, nie wiem, czy małe wróblowe już są, czy co… ale po prostu szaleją. Co rano z doniczek wygrzebane, co im się tam podoba, czy to lawenda, czy ozdoby… czy ziemia czy… nie wiem, już tylko sprzątam nie wnikam. W końcu jak złapać te ptaszory i im powiedzieć by tego nie robiły, petycję pisać, pazurem, czy co, jak? No i z drugiej strony jakoś tak mi ich szkoda, ale jednak, jakoś z innej strony tosz to ona cudowna dzicz jest.

Choć nie do końca dzika… tykająca cię, czy raczej twoje roślinki.

Ale wiatr idzie, więc może się uspokoją?

I ta mewa, rany, kobieto… chyba kobieto… weź przestań pukać mi w okienko! Jam zajęta no, nie będzie ze mnie Deotymy!!!

Wiatr nadchodzi…

Człowiek już to wie i nie tylko dlatego, że mu w apce przypominają, ale przede wszystkim łeb napiernicza. Jakoś tak. A jak napiernicza, to wiadomo, będzie pizgać. Ale na razie na horyzoncie dwa białe żagle, nosz romantycznie można by pomyśleć. Można by, ale jednak, jakoś tak… nie wiem, wiem że wiosna i tak dalej, zieleń wali i jeszcze te kwiatki, stokrotki szaleją w niekoszonej u nas trawce, bo po co tam kosić… zresztą przecież mówią, iż to ekologicznie nie kosić do czerwca co najmniej…

No i co to za trawka…

Ino krótkie włoski.

Ale… wiosna! Więcej kwiatków, więcej roślinek, a potem ino kwiaty. Kwiaty i tak dalej, niebieskie niebo, chociaż, ma być pochmurnie jutro, no i czy to nie był taki ostatni długi weekend? Osz kurcze. Polityka znowu odbiera człowiekowi jakieś wolne dni, święta… których się może nie zauważało, ale jednak… raczej w rejonach niedostarczonej poczty która ostaje na kontynencie, którą chces, ale nie dostarczą ci przed świętem, bo mieszkas w rąbanej Narnii… no i okay, ale trochę kicha, jak zaraz po tym jest weekend, więc do poniedziałku, a po poniedziałku znowu długi weekedn.

WOW

Maj jest taki frywolny!

Retrogradacja Merkurego? Nosz pięknie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmia Wkurwia… została wyłączona

Pan Tealight i Dziecię Ropuchy i Monokla…

„… ślepe było.

Ale tylko na pół oka jakoś tak, i to tego, które było teleskopowe. Po pradziadku ze strony mieczyka zwanego Nieznośnym Igiełkiem. Znaczy nie, że pradziadek, ino ten miecz tak się nazywał. Tak bardzo zabawnie. Ale też i dosłownie. I bo naprawdę był nieznośny, no i taki jakiś, wiecie, cieniutki i spiczasty i jeszcze kłujący. I naprawdę opływający w klejnoty. Opływający w nie i jeszcze się w nie obklejający…

Pradziadkowi było Waldemar.

A temu po kądzieli Maryjan. Wiecie, to taki bardziej koleś z wyższych sfer, a nie jakiś wygodny mały wojownik. Taki z domem więksym, jakimiś gadżetami, no i żonami, a tak, miał ich piętnaście, bo mógł. Było go stać, a z żadną nie utrzymywał tak naprawdę jakichś tam większych kontaktów… wiadomo, ile można? Miał swoje pasje, swoje zainteresowania, ale żony do nich nie należały.

Jednak najlepsi byli rodzice.

No tak, z nimi to w ogóle była inna bajka.

Spotkali się pewnego baśniowego, letniego wieczoru, kiedy to już w powietrzu czuć było jesień i wszystko, oraz wszyscy, mieli inne plany na ten wieczór, ale jakoś tak oni wszyscy i wszystko zwolniło, spowolniło i po prostu się atrymało zasłuchane w oną ciszę cykad i świerszczy, komarze bzyczenia, światłem gwiazd obmyci, oną czerwoną pełnią księżyca oszołomieni…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Siedzi sobie człowiek… i patrzy.

Patrzy na orane pole, coraz suchsze, jeśli to w ogóle możliwe… w końcu nie padało, wilgoć to jakaś mronka… może deszcz istnieje, może jednak popada, ale jakoś tak  prognozie pogody tego nie widać. Słońce, może trochę chmurek, ale raczej słońce i więcej słońca. Trochę wiatru, nocą lekko chłodniej…

Ot, taka wiosna.

Sucha, dziwna, nieruchoma jakaś taka.

Z tym niebem błękitnym, wronami wrzeszczącymi, mewami skrzeczącymi, kawkami, srokami, wróblami i innymi lataczami… z zającem chowającym się pod odbijającą szałwią. Jakoś te mrozy sprzed dwóch lat mocno nią pomerdały. Trzeba będzie podciąć, ale jednak, jakoś tak, jemu pasuje. Nawet kolorystycznie jakoś się zlewają. No ale, trzeba będzie ją przyciąć. Kwiatki dosadzić. Jakieś tam zioła, bo przecież one tylko chyba tutaj wytrzymują… i te heliochrysum…

Susza… a kiedyś były problemy z wodą.

Od kilku lat wszystko jakoś tak zdaje się marnieć. Fasady budynków się pochylają, farba odłazi ukazując mozaikę przeszłości. Tu róż, tu żółcienie, był i jakiś etap bieli. Były i szarości, coś ciemniejszego. Ale teraz czerwień. A może i pomarańcz, w końcu przecież to one dostępne odcienie w tym rejonie.

Ino „earthy tones”.

No i czerwone dachy!!!

I suche to wszystko, wiele budynków tak naprawdę niby ma właścicieli, ale czy ktoś tam w ogóle mieszka, czy ściany żyją? W wymiarze mikrobowo-robalowym może i tak, ale jeśli chodzi o całą resztę… cóż?

Ale… siedzi człowiek i patrzy..

Znaczy, jak ktoś umie, tak bez niczego po prostu ino siedzieć, bo mnie od razu nosi, więc se patrzcie na pola, na rozwijające się listki, ptaszków słuchajcie, onej ciszy, lekkiego wiatru, słońce może nie wrzące, ale opali, więc uważajcie, a ja wyplewię podjazd, bo wiecie, no wkurw cłowieka jakoś tak telepie jak tak nierówno te chwasty się plenią. Jakby jeszcze to w rządkach robiły… LOL

Jakoś tak, na razie, wciąż cisza…

Za jasno jak dla mnie, ale to maj już, chociaż człowiek wciąż jakoś tkwi w tym roku 2020, jeszcze przed pandemią, która tu u nas wygląała inaczej trochę, mocniej, więc niby nie powinniśmy być tacy… nerwowi, ale jakoś ja w ogóle nie potrafię z ludźmi. Mówią, iż to jednostka chorobowa, no ale.

Się nie będę kłócić.

Czasem tak myślę, czy można tylko siedzieć i patrzeć. Tylko i wyłącznie być obserwatorem, wnosić ino to, co się widzi do cywilizacji, a może nie trzeba wnosić czegokolwiek, może bycie wystarczy, w końcu wdychacie i wydychacie, więc… jakoś tak, drzewa was na pewno potrzebują? Może nie musimy być mistrzami manipulacji, szefami niewiadomocego… może naprawdę najlepsze są małe szczęścia…

Ale się na nich nie znam.

Wrony czasem mnie tylko tak intrygują… na nie mogłabym patrzeć godzina i zdjęcia robić, no co? Muszę robić coś jeszcze…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziecię Ropuchy i Monokla… została wyłączona