Pan Tealight i Pan Kieszonka…

„Ojejku jakisz on był słodziutki…

… a potem się zgubił.

I nikt nie potrafił go znaleźć… czy to się zagłębił w kosze na śmieci i już dawno zniknął z okolicy nawet, czy jednak w jakiejś z szuflad czy zbyt wielu szaf siedział, a może w załomie drzewa, norce jakowejś, pod schodami, nad schodami, pod dachem, w piwnicach, podziemiach, lochach, kominie, a może jednak w tym czymś nowym, co jeszcze nie miało nazwy, lub w starym gnieździe os… nie no, chociaż, gdyby je umeblować, może by się nadawało, w końcu Pan Kieszonka niewielki jest.

Bardzo.

… więc go szukali.

Pośród liści i kamieni, pośród kasztanów, żołędzi, wbrew krzykom wiewiórek przekopywali nawet niektóre miejsca w ogrodzie i pobliskich lasach. Znaleźli dziwy i cuda, ale jego nie, więc nieważne one takie… niektóre nawet błyszczały, widać było, iż skarby to smocze jakieś, ale nie on… więc…

Po co w ogóle się nimi zajmować.

Nie wsio złoto, co ważne.

Chociaż wielu uważało inaczej, to jednak, jakoś tak… jakoś tak się wszystko nagle zmieniło, gdy zniknął. Jakby ktoś schował zabawowość i cudowność onej jesiennej hygge aury. Onej mroczności zezwalającej na dłużse sny i częstsze drzemki, pozwalającej na kolejne przekąski, gęste zupy i jeszcze…

Czekoladę.

Zaraz… gdzie jest puszka z czekoladą?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nowe, cudowne i niesamowite…

No obra, nie wszystkie nowe, ale wiecie, chciałam by do mnie wróciły. Anita Blake to moje guilty pleasure. Reszta, kurcze, ja pierdziu, te okładki. Wiem, że nie powinno się, ale z drugiej strony… a czemu nie? Dziś okładka często jest tym co sprzedaje książkę, więc doceniajmy!!!

Ostatni raz kupiłam książki w kwietniu, więc ech, mniam!

Wracanie do domu…

… miało być…

… ale… tragedyja na Wyspie.

10go, w poniedziałek, brak prądu podobno rozwalił newsy w Polsce, intrygujące… jakoś o starszych osobach, które przenoszą się na campingi, bo nie stać ich na prąd nie ma? Serio… O co chodzi?

O to, że wszystko teraz jest związane  Rosją?

Nie.

Tak, prądu nie było przez kilka godzin. Tak, Wyspa, jak już pisałam kiedyś, kablem ciągnie energię ze Szwecji. Dlaczego? No błagam, logical… przecież do Danii nam daleko. Nawet UPS jak zawsze napisał mi, że w Narnii mieszkam, kochani są. LOL Dobra, Narnię ja dodaję. Oni piszą, że odbiorca znajduje się w terenie oddalonym… he he he, pewno w czasie i przestrzeni.

Ale… prądu nie było i rozpisali się o tym wszyscy u nas…

Po raz pierwszy…

Najpierw, że kabel, potem, może jednak pomyłka człowieka… przyczyna techniczna, u nas coś spsuli, nie wiadomo… no ale, u nas prąd wstał z martwych przed 12stą, w Roenne od razu prawie, ale oni to wiadomo, stolyca, co nie? Na razie nie wiadomo o co chodzi i jak to będzie, ale prąd jest i tyle…

… i jest oficjalnie amerykański krążownik…

No tak.

Jestem zmęczona. Nie prądem, i tak go nas na niego nie stać, nie oszukujmy się, nie stać nas i tyle!!! Jestem zmęczona tym strachem, tą komunistyczną nagonką, onym uczuciem, że serio nie wiadomo już co robić, bo wszystko nie ma znaczenia. Wszystko się wali, sratat tata, jakby człowiek miał na to jakiś wpływ.

Na prąd ma, jak ma swoje baterie i turbinkę…

Inaczej… nic, bo tutaj wsio jest na prąd.

Eko!?

No ale…

Musimy sobie uświadomić, że to Wyspa… czyli wyspa. Mają tutaj i plany awaryjne, mamy też i alarmy… ale gdy przyjdzie co do czego, to jesteśmy w dupie! Powiedzmy to szczerze, powtórka z II WŚ jest jak najbardziej pewna. Niesłuchanie mieskańców przez rząd to normalność… autonomia? Cóż, spoglądając na wszystko, zasoby i turbiny, kabel ze Szwecji, kurde, to by mogło wyjść…

Uznanie tego miejsca za park przyrody… tak.

Byłoby super.

Częściowy, taki, gdzie można wciąż uprawiać ziemię, ale jednak inaczej. Gdzie zwierzyna, której zauważalnie więcej, podobnie ptactwa, też… dosadzić drzew, poprowadzić jakieś hodowle pomysłowe, jakieś uprawy różnorodne… wszystko można, ale spoglądając na dziwną ruinę, którą stał się ten projekt przy muzeum w Gudhjem, ona łąka, która miała być jednocześnie salą wystawową i motylami, oczywiście poległa. Nieprzemyślana, a przecież można było… można…

Wiem, pomysł raczej nie dla wszystkich, ale tutaj…

Udać się by mogło?

Mogło!

No ale… co do powrotu ze Szwecji, znaczy z wakacji, to wiecie, droga, długa, nie do końca, jakoś taka dziwna, potem prom… nie mieliśmy jakoś wiele czasu, ot przypłynął, na szczęście bez fal, wiecie, czasem serio człek cieszy się z takich małych spraw… a potem, powrót do domu… kwiatki, moje biedne kwiatki i tęsknota… za innym miejscem. Nie wiem jak podzielić swój świat na dwa.

Nie wiem.

PS. Update prądowy… okazuje się, iż Szwecja nas odcięła! Serio! Ale to wszystko przez to, że coś się spieprzyło w systemie i tak im wyszło… no cóż. Nie wiem, ale jakoś im długo na dogadaniu się zeszło. U nas nie było prądu przez 4 godziny, w mróz i wiatr oznacza to… sami wiecie… zimno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Kieszonka… została wyłączona

Pan Tealight i Paranoid…

„Paranoid był naprawdę mocno osobnikiem…

… zdiagnozowanym.

Miał wszelakie określenia w literkach i cyferkach zaznaczone, na papierkach różnokolorowych… decyzje, wszelkie diagnozy… opisy zaburzeń, wszelakich stanów zmiennych i niezmiennych, powtarzanych… Miał wytyczne i rady wszelakie, miał leki, proszki, płyny, wcierki i nacierki…

I jeszcze zalecenia…

Tia, a przede wszystkim jedno, żadnej teraźniejszości.

Miał je, wiedział jak je wykorzystać, ale jednak, ono uczucie, to pchanie w kierunku tych wszelakich modułów, metali i ich łączeń, przesyłania danych… nie mógł, musiał to rzucić, więc zaczął zbierać liście, problem w tym, iż i one zawierały w sobie tak wiele wiadomości, tak wiele szeptów, słów, wierszy, poezji wszelakich lotów, opadających, jesiennych i wiosennych, rześko wibrujących, rymujących… mało nostalgicznych… nie białych, ale jednak…też i plotek.

Bo drzewa wiedziały i liście wiedziały, a już korzenie, sczególne te, które pozostały w ziemi i okrywały młode sadzonki, wtłaczały w nie one wszelkie wiadomości… mądrości prawdziwe, mądrości wieczne… one wiedziały najwięcej. A liście, niczym zapisane dyski, jesienią się pchające w codzienności każdego…

… więc wiedział… więcej niż inni…

Ale i wiedział inaczej.

Tu, na Wyspie mógł wiedzieć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Göteborg i droga na Wyspę.

Wstanie rano, no bo wiecie, chcieliśmy zajrzeć do wielkiego miasta… no co, mam w sobie jakąś taką sentymentalność w kierunku tramwajów i nawet na początku zaplanowaliśmy dzień w Göteborgu, ale jednak, doszliśmy do wniosku, że lepsze są lasy, łosie i jeszcze skały… dzic rządzi!!! Ale… po drodze, na chwilę, tylko by zobaczyć tak niesmowicie opisywaną Hagę…

Musowo.

Da się, na pół godzinki, tam akurat parking pod onym wielkim okrągłym czymś na kształt eeee… no wiecie, Skansen Kronan, czyli właściwie obronne fortecowe coś, co jest, jak na mój gust nazbyt młode, no ale… wiecie, w końcu jednak wciąż skały, wcią stare zabudowania, więc…

… nie dotarłam tam.

Spojler alert.

Znaczy wróć, widziałam go od dołu, ale jednak zajęta nadmiernie byłam pędzeniem w kierunku samochodu, bo nam się czas parkingowy kończył, więc pełne słońce, trucht, za godzinę będzie zimno, no ale… na razie poć się człowieku, na czuja lecisz, chociaż Chowaniec kurcze zawsze z tym telefonem, ja wolę na czuja… dziwna jestem? A może zwyczajnie inna?

Ale… najpierw droga, wiadomo, to autostrada, więc znajome widoczki, skały i te tam, jakieś drzewa, ale jednak, stacje benzynowe po drugiej stronie świata się zmieniły i to nie na lepsze. Znaczy okay, rozumiem, ino żarcie widać się liczy, ale kiedyś sprzedawali tutaj łosie… i magnesy i kartki…

Ale…

Ech, nie wiem…

No więc dojechaliśmy do miasta, i to miasta miasta, widzieliśmy i to i tamto, jak na przykład słynną Szminkę, która wrażenia na mnie nie zrobiła. Muszę przyznać, iż z drogi miasto wygląa lepiej. Jest bardziej dzikie, naturalne, a potem, środem, to wiecie, no miasto, Wrocław taki…

LOL

Ale…

Ale jednak postanowiliśmy popodziwiać oną Hagę. Uliczkę – dzielnicę – która składa się podobno, ze stworzonych w połowie XVII wieku podwalin, a potem, rozebrana w połowie – ech ci Duńczycy, straszyli wszystkich… odnowiona i z budynkami drewnianymi z połowy XIX wieku miała być piękna, powolna i kolorowa, a tak naprawę była wielkim zawodem. Znaczy okay, tak, są kolorowe domki, ale nie cały czas, wprost przeciwnie, to tylko kawałeczek…

Dobra, są tutaj takie słit sklepiki.

Są i knajpy, ale też i ludzi masa, więc… jaka przyjemność?

Może poza sezonem, ale byliśmy tam specjalnie wcześniej – dzięki temu parking nam się trafił – już była masa ludzi. Początek września, a jak widać, okay, można się utopić w tłumach, które zdawały się napływać, poszerzać i tak dalej… ale, może jakby było zimniej, może jakby było deszczowo, wiecie…

Be ludzi mogłoby być lepiej?

No ale… zaliczyliśmy kilka miejsc, ceny zwalają z nóg i rzęs. Ale w reczywistości chyba nie rozumiem fenomenu, bo Fjällbacka jest taka właściwie cała, czy na przykład Grebbestad. Okay, pewno, nie kady dom z XIX wieku, ale stylistyka i tak dalej… a można znaleźć uliczki cichsze. Można…

… tutaj też, wystarczy zejść z onej głównej uliczki i jest pusto.

Ale… no właśnie, pusto.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Paranoid… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Lasu…

„Lubili się…

Ona nie potrafiła bez niego żyć, jemu nie przeszkadzało to, iż wciąż i wciąż tak się wszystkim fascynowała, jak dziecko, wiekuiste dziecko… wszelako się niezmieniające, chociaż mające zmienne humory, ale wiadomo, wciąż jak dziecko. Wciąż jak dziecko… lekko naiwne, ale tylko w jego rejonach…

Tak, w nim czuła się najlepiej.

Szalała.

… i podobało się jej wszystko, i wszystko było dla niej intrygujące… wszystko kochała, wąchała, musiała dotknać, posłuchać, popatrzeć, prawie nos wsadziła, prawie ucho, a potem zawsze wracała do siebie.

Zawsze…

Ale on, on jakoś tak nie potrafił już bez niej, bez onej atencji, admiracji, być sobą. Pradawnym sobą, wielkim i pierwotnym, pierwszym i wszelako wiecznym, chociaż, a jednak… dziwnie niezauważalnym…

… dziwnie…

… tak…

Dlatego wracał z nią do domu. Stawał w drzwiach i pachniał wszelako żywicą i igliwiem, grzybnią, ciepłym lasem, trzaskającymi od żaru syszkami, chłodnym, odświeżającą mszanością, życiem…

… odchodzeniem, przemienianiem.

A potem znowu wracali do lasu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No na głodzie byłam, a wiecie, polskie książki znaleźć tutaj trudno, no sorry, więc brałam co jest. A znalazłam takie cuda… i tak, jedno to stickersy!!!

Serio…

Fjällbacka…

Hamburgsund…

Tak naprawdę, tak…

… mogłabym tam zamieszkać. Tak by widzieć morze i widzieć skały, móc je wciąż dotykać, robić zdjęcia, mieć dostęp do różnej pogody… i oczywiście, do lasów. Do onych wschodów i zachodów słońca, o które nie do końca dbam, bo wolę te momenty, gdy w chwilę zmienia się pogoda, wiecie, nad morzem to wygląda… zapewne tak samo fascynująco jak w górach czy na piaskach pustynii.

Gdy słońce staje pomiędzy chmurą a wciąż błękitnym niebem…

Gdy wszystko się zmienia, a ty jesteś częścią tej zmiany.

Gdy ciepło wymienia się na chłód, dziwnie przenikający i wiecie już wtedy jak wygląda Ragnarok… już wiecie… i nigdy nie zapomnicie tego uczucia. Dla mnie tego samego, który czułam, gdy po raz pierwszy oglądaliśmy zaćmienie słońca. Na rynku we Wrocławiu. Nagle… świat się skończył, na chwilę…

A może…

Nie zauważyliśmy, że powrócił do działania?

A może jednak nie wrócił? Może to wszystko wtedy się skończyło, a teraz… teraz nie istnieje?

Ten dzień, ostatni dzień tutaj, bo następnego już wracaliśmy do domu, więc jakby… no wiadomo, nie byłam już tutaj… i… tym razem było to jeszcze bardziej rozdzierające niż w 2018, kiedy chciałam wyskoczyć z samochodu… ale wtedy wracałam do cuchnącej ruiny, a teraz mam dom, więc dlacego tak czułam. Czułam, że jestem gotowa, by zostać tam. W Szwecji… i tak się czułam tego dnia, dnia pred wyjazdem, gdy spacerowaliśmy po tych dwóch mieścinach. A przecież mam dom. Przecież mam do czego wracać, pięknie tu jest, a jednak… Okay, nie jest może dla wielu z was mój dom onym urządzonym fantastycznie, bo co, po co mi te jakieś dziwne rzeczy… nie mamy zmywarki, mikrofalówki, telewizora… w końcu mamy fotele i sofę i tyle.

Jest stół i krzesła i już.

Kuchnie w Danii są zawsze w całości sprzedawane, więc jakby kupiliśmy ją z domem… podobnie bryggers, czyli coś w konwencji pralni-przechowywalni, przejścia do ogrodu czy jakoś tak…

A ja wciąż, tak, chcę, tak… tak… chcę domku w Szwecji.

We Fjällbace.

Nie na skałach, nie z widokiem na inne wyspy i nie na wyspie w tym niesamowitym archipelagu. A wiedzcie, że są tam domy do kupienia. I to naprawdę niesamowite, ale ja chcę… dostępu do świata. Jakoś tak, wiecie, by wsiąść na rower i zwyczajnie się zgubić tak by wracać autobusem, chociaż tutaj, ech, te autobusy to inny problem, pociągiem tutaj się nie dojedzie… i nie, nie wiem, nie rozumiem dlaczego tak kocham to miejsce. Tak uwielbiam po nim chodzić, siedzieć na mostkach, pomostach, gapić się w morze, inne morze, jakoś tak…

I nie, nie idealizuję tego miejsca, ma swoje za i przeciw.

Niestety.

A Hamburgsund…

… cóż, to dziwne miejsce, specyficzne. Czasem mnie dusi, czasem przeraża, ale wysba Hamburg jest… ech, no po prostu… jeden problem, zaczęli tam stawiać domy jak szaleni, więc wkrótce ona zniknie pod dachami, stanie się pewnie kolejnym szaleństwem miastowych, czy też ucieczkę tych przyjezdnych, który chcą czegoś innego… czegoś… czego już tam nie ma, albo zanika.

Nie wiem… ale rozdziera mnie niszczenie tego miejsca.

Bardzo.

Te wycinki w Szwecji, te kłamstwa ekologiczne…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Lasu… została wyłączona

Pan Tealight i Demon Bardzo Mały…

„Właściwie, to było tak zawsze, że jakoś na jej widok się czuły w obowiązku, by za nią podążyć, więc z każdej wyprawy, czy to w kamieniu, czy to w pluszu, czy to jednak drewienku… przybywały za nią. Przybywały gromadnie albo pojedynczo, pod postacią własną, albo się wcielały w jakieś miśki czy niemiśki. Czy też jakieś tam inne łosie, które tak się do niej garnęły…

A przecież i one chciały, więc…

Oj tam, kto jest samotny w swoim ciele ten się nudzi. Zresztą, nie zawsze trzeba się ujawniać, no po co? Jeśli tylko ci chodziło o to by z nią być, by po prostu być, słuchać, być częścią jej świata…

Demon Bardzo Mały był jak nazwa wskazywała naprawdę mały… inni by może określili go mianem mikroskopijnego, ale nie on sam siebie. Nie. Wiedział dokładnie, iż są mniejsi niż on i o wiele groźniejsi. Ale jest ich tak bardzo niewielu, że nie trzeba się martwić, nie trzeba się nimi zajmować…

Znikną.

On zostanie.

A teraz w końcu jest z nią… jak pragnął od dawna. Ładował się jej do snów, ale zawsze wybierał złe naczynia i nośniki… ale z nienacka go oświetliło, coś mu podsunęło tę myśl, by był to kryształowy otoczak, może… a może to tylko on?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Askeberga…

To naprawdę nader dziwne miejsce.

Cudowne, magiczne, pradawne, pełne mocy, ale też lekko przerażające… albo i mocniej niż lekko. Bo jakoś tak, droga nagle się kończy, wjeżdżacie na polówkę, po prawej dom, raczej niezamieszkały, po lewej jakaś szopa, chyba, kilka drzew powalonych, kilka stojących, w oddali pola, pagórki i zachód słońca, po drodze wte i wewte jeździ jakaś maszyna, a na niewielkim pagórku stoją one…

Głazy.

Kiras och Luppes Bestiarium?

Tajemnice…

Bo tak naprawdę nie wiadomo czy był to dom, czy jednak miejsce grebalne, czy ten dom rzeczywiście tu stał, czy jednak to był dom, czy ten kamienny statek, drugi podobno co do wielkości w Szwecji ma związek z tym kurchanem we Flistad, którego w końcu nie zobaczyłam, tylko z daleka, ale wrażenie robią obydwa…

Czy było to miejsce spotkań…

Czy jednak…

Najdziwniejsze dla mnie jest to, że badania są tak bardzo świeże, aż wierzyć się nie chce. Okay, to miejsce dla mnie nowe… ale wiecie, to dla mnie nowe. LOL W znaczeniu oczywiście wieku… w znaczeniu chronologicznym 500 – 1000 n.e… i jakoś tak, no nie wiem, ale wierzę w oną chronologię się ciągnącą, szczególnie tu, więc musi być coś wcześniej, no musi, nie chcę wierzyć, że nie ma, chcę znaleźć.

Chcę…

A może jednak nie chcę…

To dlatego tak bardzo ważniejsze dla mnie stały się badania powierzchniowe, one techniki nienaruszające grobów, te zabawy z rytami, ale… nie oszukujmy się, w końcu i tak zawsze powracam chociaż do powierzchniówki.

No serio…

Ale, wracamy do Askebergi… na wzgórzu tutaj, obmywane cienia drzew się poruszających się stoją 24ry kamienie. Gigantyczne głazy, ogromne, wielkie, na niektórych można usiąść, wprost się położyć, gdyby obok było palenisko, spokojnie możnaby po prostu żyć, ten dach z gałęzi, w górze niebo w tonach szarzonego błękitu i lekkiej brzoskwini… no bo zachód wszystko zmienia, jak zawsze.

I co  tą maszyną?

Serio, te pola, ten dziwny czerwony dom, nie wiadomo czy ktoś tu żyje, ta szopa obok parkingu, ta droga, która nagle znika, a potem się pojawia, czy jednak, a może to elfy? Nosz kurcze no, coś tutaj się dzieje, coś mami, coś zmienia archeologię w baśń o przeszłości i jej tajemnicach, które…

… wielu się wydaje, że znamy…

… tia…

Tak wiele nie wiemy… i ta droga powrotna po ciemku, kurcze, w tej Szwecji serio oszczędzają na świetle, nawet na znakach, czy co, ale daliśmy radę. Powrót nocą to oczywiście pogoń z zającem, dzięki za zawał zając – omal pawia nie puściłam, znowu sarny na poboczu i drodze, naprawdę, teraz trzeba przechodzić, ależ proszę, idźcie… myśmy tu by wam oświetlać drogę… Ech, kurde, dobrze, że człek wyćwiczony, ale i tak dech to zapiera… jak tak stoją i patrzą. Jakby próbowały coś nam powiedzieć?

A może…

Tylko się bawią?

Czy zawsze tak było?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Demon Bardzo Mały… została wyłączona

Pan Tealight i Goblin Solny…

„Lizalny…

No bo wiecie, te mikroelementy. Te wszelakie dodatki i minusy, plusy i ujemności. Mocno solny, ale wiecie, prawdziwie morski, ale te kolorowany. Kolorowany w stronę onego Tiffany blue… nie, że jakieś tam różowe, nie, on nie  Himalajów. On goblin, nie troll czy krasnolud jakowyś.

Goblin, niewielki, ale nie głupi.

Bardziej blisko mu do zdolności jak ze światów Pratchetta czy Rowling niż poniżanych i brzydkich z onych światów pozostałych. Nie hobgoblin, a już na pewno nie kumpel czy jakiś tam kuzyn dziwny orków. Nie. Miał to zapisane w swoim certyfikacie, z oną piecąteczką, zwisającym kutasikiem  kartki lekko pożółkłej, lekko takiej zmiętolonej, ale jak widać, nadzwyczajnie wytrzymałej. Wiele musiała znieść, już. Wiele też zapewne przed nią czekało…

No chyba… nie no, kryzys racej w branży cukrowej, nie solnej…

Chociaż.

Hmmm…

Ale jednak był przede wszystkim onym sławnym, choć często zbytnio osobnikiem wielokrotnie doktoryzowanym. Onym nadzwyczajnym osobnikiem, który przyciągał zbyt wielu, ale wiedział jak sobie z tym poradzić. I było to dla niego nadzwyczajnie a niesamowite. Konkurował, jako ten osobnik, sam ze sobą wprost w zachwytach nad oną swoją mikroelementowatością i lekkim posmakiem sałwii… nad zapachem i brakiem spmrodku, nad gładkością…

Próbował innym to powiedzieć, próbował…

Ale czasem… przegrywał i ostatnio, jakoś tak… znikał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ekornavallen…

Ale najpierw powrót komunizmu…

Bo jak inaczej nawać pustawe sklepy i to ciemne na dodatek… no jak to inaczej nazwać. Tak wiem, pierniczony kryzys energetyczny, wszyscy łby w piasek, nic nie ma, ale kupować, nic nie będzie, ale macie się trząść o wszystko… nagle kolejna fala strachu opada na Wyspę… a ona już nie może.

Nie ma siły.

Oglądam vlogi z Polski i innych krajów, patrzę na te sklepy i półki wciąż uginające się pod ciężarem towaru wielorakiego i zastanawiam się, czy serio, czy naprawdę znowu ten świat jest gdieś daleko, za sybką sklepu, na którą się chuchało, bo tam mieli takie samochodziki i zabawki…

Pewex?

Tia…

Może i gaz leci, może zamknęli, zakręcili, może zrobili to, czy tamto… może… nie wiem, nikt nie wie. Jedno jednak wiem, minęłam w poprzednim tygodniu kilka portów i wszędzie one srebrne, wojskowe jednostki, jakiś statek… który potrafi w gaz i poza gazem, nie znam się, wiem tylko… że nie chcę o tym myśleć i znowu odpowiadać na pytanie: czy się nie boję? Oczywiście, że tak… ale co z tym strachem mam zrobić? Pakować? Kupicie? A ja za to wyjadę w ostępy…

Ale zaraz, czy jest gdzieś jakieś bezpieczne miejsce?

I może nie aż tak drogie… bo na ogrzewanie nas nie stać. Ni na ciepło, ni na światło, ni nawet na… marzenia…

Dlatego wracam znowu do Szwecji…

Już wtedy było wiadomo, że koniec wakacji będzie oznaczał mierzenie się z problemami, ale jednak… Ekornavallen… dziwne miejsce. Wielkie miejsce. Za mało casu… owce… oj tak, wracanie z owczymi kupami wprasowanymi w podeszwy butów to już chyba tradycja, w końcu te iejsca, takie miejsca, najczęściej właśnie okupują owce. Przycinają trawę, nawożą się… gravekeeperzy…

Kurde, że tutaj sklepiku z pamiątkami nie ma przy parkingu, to się dziwię, bo cała grobość niesamowita! Po jednej stronie ścieżka, na potem, po drugiej kamienie, groby, Girommen… piec giganta… no reczywiście, tak na to nie spoglądałam, ale widząc one owce, archeologię wciąż żywą… ha ha ha, jakoś tak, człowiek rozumie, iż tak musiało być przez cały czas, bo po co marnować przestrzeć. Bo jeśli ludzie tutaj byli od epoki kamienia, to dlaczego mieli rezygnować z takich widoków…

Bo w końcu śmierć, to początek…

Dobra ziemia, zwierzyna i woda.

Tak…

Stojąc obok głazów, będąc muskanym przez wszelakie aromaty oraz jakieś 5 tysięcy lat, co najmniej, pomijając już oną zaprzeszłą przeszłość samej geologii, tak… to tutaj, to jest wielkość. Wielkość tych, co byli przed nami i są w nas.

To trzeba zobaczyć.

Unurzać się w trawach, polecam szcerze długie portki, bo kleszczowa plaga w Szwecji jak najbardziej wciąż na topie… i dobre buty też polecam, a potem od grobu, do grobu, od kopca do kopca, choć to teraz ino one, ale nie tylko, kamienne ostańce… widzicie ich cienie, słyszycie brzęk naczyń, ten wielki zbiór kamieni na wzgórzu, patrzący na was, one owce, stare zabudowania drewniane… I zapach jedzenia… Bo przecież ze zmarłymi się jada, z nimi wciąż się jest… zawsze tak było, tylko teraz jest jakoś… dziwnie, nie tak jak powinno, jakby…

… obco.

Wracaliśmy do domu już ze zmrokiem, ale jakoś tak…

Do dziś z auta wygrzebać onego nawozu nie mogę!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Goblin Solny… została wyłączona

Pan Tealight i Apokalipsa…

„Ale była zmęczona…

No po prostu padała na pysk, wychudzony bardzo, skóra wprost przezroczysta i pokryta strupami, ale mimo to wciąż coś jeszcze paluchami wduszała w tym swoim notatniku elektryczny, klikała w telefonie trzymanym ostatnimi zębami… Coś tam zamawiała, odmawiała…

Tworzyła scenariusze, dobierała aktorów, uważała, że są ważni, uznawała ich za istotnych bardziej, niż ona sama. Niż te legendy, mity i zapisy… niż te wszelakie archetypy, które same sobie robiły dobrze, zaspokajając własne potrzeby, własne widzimisia i to wszystko, co było ich…

… wszystko…

Ale jednak…

… ostatnio wymagano od niej tak wiele. Musiała być tutaj i tam, chcieli jej wszędzie, właściwie wszystko jej przypisywano. Każdą chorobę, większy katarek, każde wybuchy, wataszkowe spięcia, większe wojny, mniejsze wojenki, a jednak… nie czuła tego, w ogóle. Kompletnie. Jakby…

Jej w tym w ogóle nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Karleby i Ekornavallen – podejście drugie…

Czyli kocham kamienie!

Podejście drugie, bo przecież nie skończyłam tematu, bo gaz wcią cieknie, teraz kolejne pęknięcia, jak nic ino butelkować… a szczerze, sram ze strachu, ale nic to. Jakoś tak trzeba oddychać, jakoś tak… więc wracamy do naszej wycieczki. Bo była stylowa, pogrzebowa, ruinowa, rocznicowa i jeszcze…

Kamienna.

Oj tak.

Bo Karleby, to pas kurchanów.

Pierwszy z megalitów, to największy na północy, czyli Ragnvars Kulle czy też Ravarehögen. 16 na 2,5 metra, oczywiście wieloludziowy, bo po co marnować wielki grób na jednego człeka. W tamtych czasach, zwanych w Szwecji Farmerską Epoką Kamienia, tak, nie słyszałam dotąd, widać mi umknęło, wiem, wstyd, ale… widok to oczywiście najpierw pola, w nich one ścieżynki i jeszcze wydeptane, wyorane, przygotowane, przy wejściu wystawka z kwiatów w kankach na mleko, tych pradawnych, znaczy z mojego dzieciństwa, więc wiecie, nie że jakaś prehistoria, ale jednak…

LOL

Po prostu jestem dumna z tych ludzi, którzy to robią… historia wciąż żywa, czczenie umarłych, najprawdopodobniej kilku pokoleń tutaj pochowanych, one głazy, wciąż jeszcze trzymające kształt, trochę… i one ryty, jakby każdy zmarły miał odciśniętą kropkę, wgłębienie, cup mark… czy można sobie wyobrazić imprezy jakie tam odchodziły w czasie święta zmarłych?!

Oj można!!!

Są dowody.

I jeszcze ten widok… na te pola, wzgórza, to wszystko… ciszę…

Stąd widać, że w prawo, albo w lewo… a potem…

Nie no, trzy na razie, wystarczy.

Następny, do którego prowadzi wąziutka droga przez pole koniczyny, i to racej niepryskanej, kurcze no… więc następny to Klövagårdens gånggrift. Podobno kiedyś stał tutaj młyn… podobno drewniany, jeszcze jakieś więcej niż 100 lat temu, ale potem ktoś sprawdził głębiej i okazało się, że mamy piękny neolityczny cud kamienny z prawdopodobnie około osiemdziesięcioma pochowanymi ludźmi. Grób ponownie z długim wejściem, plan litery T…

Ryty… trawa.

Zieleń.

Błękit…

Trzeci z kurchanów to Logårds Kulle. I znowu to samo… ono zapatrzenie się w przeszłość. Ono zrozumienie, oszołomienie… Jakie to musiało być dla tych odkrywców z przeszłych wieków, tak nagle odrzucić kamień i…  drugiej strony wydaje się, że bliżej byli wtedy śmierci… jakoś… ale, w okolicy około 13 kurchanów tworzy coś, co nazywa się ponad pięciotysiącletnim cmentarzem. I ci ludzie są z niego dumni. Muszą być widząc te kwiaty, porządek… pomiędzy kurchanami są ścieżki przez 300, 500 metrów… wszystko przygotowane ino sklepika z pamiątkami brakuje, żeby nie było jest puszka na datki i księga gości, do której w końcu zapomniałam się wpisać…

Wstyd.

Oscar Montelius pewno nie miał takiego problemu…

Potem Rössberga… i znowu megality, śmierć i narodziny w jednym miejscu… wszystko takie prenoszące w przeszłość. Niby człowiek się uczył o tym, doświadczał tego, jakoś tak zna to, wie z czym to się je… a jednak…

Pomacać na żywca to inaczej.

Wtopić się w teren… poczuć na sobie dziwne spojrzenia, choć nikogo tu nie ma… a może jednak…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Apokalipsa… została wyłączona

Pan Tealight i Wodnik…

„Właściwie to był Wodnik Morski.

Niebyt popularne w przyrodzie zjawisko, ale tak po prawdzie całkowicie nieróżniący się osobnik od swoich jeziornych i stawowych braci… bo wiecie, wodnikami sporadycznie były damy, raczej ino chłopy… tak już było i tyle… w niektórych ajęciach chłopy są lepsze, zresztą, po co się moczyć, jak już można być Utopielicą, czy Nimfą Bagienną, Szuwarkową, tudzież Szuwarkowo-Bagienną…

Lub cym tam baby chciały.

Baby mogły wszystko.

On nie…

On był jednak jedyny w swoim rodzaju, zrodzony z tego akwenu, wszelako przynależący jedynie do okolic Wyspy, więc… te nazwyczajnie bogaty, ale niekoniecnie w rzeczy i sprawy, marzenia i przemyślenia, które innych by przyciągały… nie był smokiem na górze złota, oj nie.

On zwyczajnie wolał inne kamyczki.

Te morskie bardziej, dziwnie niezauważalne przez ludzi, nim nie zaczną tonąć. To dopiero wtedy im się one ukazują. To dopiero wtedy doceniają ich jasność, gładkość, piękno, one zarania tworzące światy, w których mogą…

Odpocząć.

W końcu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Czarownik Iwanow” – … no tak. Cały mój zapas Pilipiukowego pisarstwa mi zdechł znaczy się, no wiecie, pleśń zeżarła… więc teraz tom za tomem. Może nie wszystkie są dla mnie dostępne, to jednak, chociaż ten i tamten… czyli mam dwa. Skąpo, ale…

Przynajmniej coś jest… No a teraz do szczegółów. Po raz pierwszy wydana w 2002, miałam chyba z 2 wydania, książka składa się z 4 opowiadań i jednej mini noweli? Opowieści… Nie wiem jak to nazwać, miniatury? Czyli mamy: Hiena, Bestia, Mięcho, Kocioł i ten tytulowy, czyli Czarownik Iwanow. Mała nader opowieść o Iwanie Iwanowie, co to nam Jakuba zabić chciał. Bezczel jeden no…

Oczywiście, znając kolejne tomy wiemy, że się mu nie uda.

Chociaż po pierwszym tomie opowiadań możemy mieć wątpliwości…

LOL

No wiecie, jest jak to u Pilipiuka. Jest abawnie, jest lekko pogańsko, są duchy, no i młoda dziewoja się trafi, są postacie lekko zaprzeszłe i całkiem nowoczesne prosto z Watykanu. Bo Wojsławice to specyficzne miejsce, gdzie nie tylko ścierają się siły, światy przenikają, ale przede wszystkim każdy coś pędzi…

I to nie pędzi w ramach nordic walkingku czy innych biegów…

Jakuba się lubi, albo nie i tyle.

Karleby i Ekornavallen

Ale najpierw to. I jeszce…

No przecież… oczywiście… wyciek. A czy coś widać? Statki. Wiadomo, że tam, okolice Dueodde, pływać nie wolno… i tyle. Kilometr w jednym miejscu bubli, dziwne dźwięki czasem słychać… Czy nieczynne rury były pełne i dlaczego, nie mam pojęcia, poa tym, że no, fiyka… Czy to sabotaż? A jaki byłby w tym sens ze strony P.? Szczerze? A z innej, oj mam swoje pomysły…

… zbyt ich wiele nawet…

A prasa duńska podbuża wsio… nakręca spiralkę lęku znowu…

Mniejsza.

Kolejny news jest taki, iż nasza Królowa odebrała tytuły książęce rodzinie swojego młodszgo syna. Znaczy, w Danii jest tak, iż pierworodny, w zależności od tego jakie imię nosił jego poprzednik na tronie dostaje imię Christian albo Frederik… i w ten sposób my mamy tego drugiego, a jego młodszy brat, Joachim, który rozwiódł się z duńską małżonką imieniem Alexandra, by poślubić francuską Marie… ma czówrkę dzieci, po dwa z każdego związku, co sprawia, że rodzi się we mnie taka teoria spiskowa, iż w rodzinie królewskiej, w naczeniu w każdym małżeństwie, zezwolenie było ino na dwa potomki i dlatego kronprins, jako że ślubował ino raz miał dzieci dwoje pocątkowo, a potem nagle czwórkę dzieci… i one bonusowe bliźniaki u nich pojawiły się po ślubie młodszego brata… jakby dla wyrównania? No ale, do portu Wiedźmo!

Do portu!

Bo nas sztorm złapie.

Podobnie jak w UKej problemy z królowaniem, królestwem i tak dalej są. Są tacy, którym się wydaje, iż Królowa nic nie robi. Idiotyzm, no ale… cała pyskówka obecnie w mediach i najazd na nią, że odebrała synusiowi, a dokładniej wnukom tytuły, jest dość zabawna, jak wcześniej tak wrzeszczeli, że za bogata jest i dzieci leniwe… I w ten sposób tylko książę – następca tronu i jego małżonka mają prawa do tytułów, oraz oczywiście czwórka jego dzieci, ale…

No właśnie, bo jak takie sprawy to wiadomo o co chodzi… o kasę.

Joachimowym dziatkom wraz z tytułami odebrano apanaże, podobnie u syna starszego, nastęcy tronu… Znaczy, poza pierwszym synem Frederika – Christianem, dzieci choć będą wciąż księciami i księżniczką, to jednak… nie będą dostawać kasiorki.

Hmmm…

Zgubiliście się?

Wracamy do Szwecji…

Stoimi pod ruinamy Gudhem i zastanawiamy się ile uda nam się zobaczyć w ciągu tej chwili, która nam została. Już wiedzieliśmy, że będziemy wracać po ćmoku… wczujcie się w atmosferkę. LOL

No wiecie, jesteście na jakimś pustkowiu, niby droga asfaltowa, ale jednak dziwnie nie taka jak wszędzie, w oddali jakieś wielkie jezioro, może zdążymy obejrzeć, tam też fajny krąg kamienny na wzgórzu – spojler, nie zdążymy… no zwyczajnie, nie da się. Tam trzeba pojechać, zostać gdzieś, zanocować, a nie wracać 300 km z powrotem na wybrzeże, gdzie se człek kocha mieszkać.

Szcerze…

Polecam wynająć coś i poobjeżdżać te miejsca, nad jeziorem na pewno coś jest, a kurchanów tam jak kot nasrał! Znaczy wiele! I w ogóle mocno megalitycznie i tak dalej, ale… myśmy postanowili przynajmniej w tamtym momencie zobaczyć cokolwiek. Znaczy co najbliżej, co się da…

I najpierw…

Karleby.

Stajecie przy drodze, po jednej stronie widok dech zapiera, pola, drzewka, domki, gospodarstwa, wszędzie te trawniki, kurna, no jakby za Ludwika z nożyczkami je i tą no, poziomicą cięli. Ta zieleń, czerwień, błękitne niebo, gdzieś tam chmurka… po drugiej strony głazy i pola w oddali pagórki i…

Po prostu cisza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wodnik… została wyłączona

Pan Tealight i Zakochani…

„Zakochani byli po prostu totalnie upierdliwi.

I to dla wszystkich!

Wiecie… nie chodziło już, że ktoś im zazdrościł, może Księżniczki czy Królewny coś tam czuły, jakieś drgnienie, pamięć, jakąś taką, wspomnienia może, może i wątpliwości, czy kiedykolwiek one kochały i były kochane, chociaż upragnione, niczym one zakazane owoce, niczym… porzucone zabawki, kwiatki, które zwiędły, odrzucone słowa, listy podarte i wyśmiane wiersze czy pieśni…

Uśmiechy rzucone, które roztrzaskały się o skały.

Zatopione uczucia…

We łzach skąpane wspomnienia. Jakieś obray, kilka liści między kartami pamiętnika, wstążka, guzik, kilka kawałków tasiemki… włosy przewiąane srebrnym sznureczkiem i jeszcze… odrobina zapachu, tak… ale to wszystko było ino mgnieniem. Chwilą. Dniem może, może dwoma, a już potem było ino coś, co zwać można było zniesmaczeniem, bulimią i ostrymi napadami rzygownymi.

No bo… patrzenie na nich ino w siebie zapatrzonych.

Te spojrenia, ona nierobotliwość ich… zaślepienie, zaślinienie, nierozerwalność… jakoś tak, w końcu każdemu puszczały nerwy. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zieleniała na ich widok, a przecież kochała… jednak to… oj, kiedyś i ona była w stanie takowego…

… zniesmaczenia…

I sama pamięta, iż czuła do siebie odrazę.

Teraz czuła ją zwielokrotnioną… i nie chciała ich widzieć. W ogóle… niech się idą ślinić gdzieś indziej. Problem w tym, że Gdzieś Indziej też ich nie chciało. Odesłało ich zaledwie po pół godzinie.

I to z dopłatą!!!

Chyba Ebay?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhem.

No dobra, miałam w planach, ale jednak… to trochę daleko od wybrzeża… trochę mocno raczej daleko, ale pogoda była taka sobie, mogła się zmienić na lepsze gdzieś indziej, wiadomo, a po drugie w Szwecji tańsze paliwo.

No co, takie czasy… więc…

Więc wsiedliśmy, wzięłam leki, bo przecież pjukam jak kot nie tylko na morzu, więc, lepiej nie pjukać, czyli lekko mnie zmuliło, ale spod przymkniętych powiek spoglądałam na oną Szwecję za oknem, dziwną, bezdrzewną, pełną pól i jezior i jeszcze dróg, które to do góry, to w dół, jesteście na górce i widziecie one pola i te chmurki, błękit nieba, zielenie, jeszcze wtedy nietknięte jesiennością…

No po prostu magia.

Wszelakie miasteczka, jakieś tam mosty, wiadomo, rzek tutaj sporo…

I jeszcze…

Rzecywiście ta pogoda postanowiła nie padać. Znaczy nie pogoda, aura postanowiła tutaj się zmienić, być inną, czy coś? Nie wiem, ale słońce za chmurkami, przed chmurkami, jakoś tak, to nieo takie niebiańskie, ziemia ziemista, drogi, gdy skończyła się autostrada dziwnie wioskowa… po prawej krowy, po lewej owce… pola zaorane i niezaorane i jeszcze takie, wiecie, oczekujące.

I te trawniki, kurcze, co jest?

Dlaczego tutaj tak to wsio bajkowo wygląda?

No naprawdę… baśniowo, ino elfy i trolle dosadzić i nisseny…

No ba!

Ale… dotarliśmy do Gudhem. W końcu, jak ktoś w Gudhjem mieszka, to powinien, co nie? To w końcu to samo, no ale, dlaczego… a dlatego, iż to miejsce i właściwie cała okolica była uytkowana od najpierwsych dni przebywania tutaj człowieka. Znaczy wróć, wiecie, człowiek tam przybył był nader wcześnie, więc mamy tam sczątki neolityczne, a nawet podobno i wcześniejsze i samo Gudhem, było miejscem czczonym przez pogan i chrześcijan. I wiecie co, nie dziwię się im.

Bo tutaj jest to COŚ.

Nie tylko kościół nowszy, niesamowite ruiny i oczywiście ona piwniczka, ale przede wszystkim ona obronność, ten widok!

Cudowne miejsce, cudowne na naszą rocznicową wycieczkę i jeszcze, akurat wpadła w ruiny para, co to ślub miała mieć wkrótce, obgadać wsio z pastorową. Znaczy, nie żoną pastora ino pastorem kobietą. No jak i u nas pastor to baba. Ach te baby, no władają światem, a już wszelako w takim opactwie… znaczy zakon żeński, opactwo, w końcu tutaj kobiety władały, wiele te pochowano…

Sam zakon założono w latach 1160, w 1250 latach wszystko przekstałcono i kościół z budynkami krół Karl Sverkersson oddał właśnie zakonnicom. A one zrobiły z tego najbogatszy zakon średniowiecznej Szwecji. No jak nic wiedźmy, w końcu wsio nie trwało długo, bo w wieku XVIItym wsio spłonęło, a ruiny są połowicznie odnowione z kamieni, które znalesiono po pożarze… i wygląda to niesamowicie.

Łącznie z katafalkiem, łukiem nawy…

Królowa Katarina Sunesdotter została też tutaj pochowana.

Ale spoko, to replika…

… znaczy ten grób. Znaczy płyta kamienna… jej oryginał znajduje się w muzeum w Sztokholmie. Jakbyście chcieli obejrzeć. Sama królowa spędziła tutaj, mam nadzieję, fajne dni, no i została… a co do piwniczki, to jej nie sfajczono. No po prostu warto wejść, polecam! Genialne miejsce. Jak się wyciszycie, usłyszecie ten hałas, tupot, konie, te zapachy, coś gotują w kuchni, coś się dzieje, ktoś śpiewa…

I to nie ja…

Jak ja tam wlałam, dlaczego?

Przecież boję się takich miejsc!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakochani… została wyłączona

Pan Tealight i Jesień…

„W tym roku Jesień na Wyspie okazała się być nadzwyczajnie… zwyczajna.

Przyszła, spokojnie, ale też i dość nagle, wcześniej niż Wielkie Kalendarze przepowiedziały, przykręciła kurek z ogrzewaniem, polała trochę, zaczęła liście ograbiać z zieleni, zajęła się polami, łąkami i lasami, zamarzyła morza… naprawdę była bardzo zabiegana, jak zawsze w swojej porze, ale jednak…

Coś było inaczej.

Ona jej nadzwyczajna zwyczajność zaczęła jakoś ją… przerażać.

Bo przecież zawsze coś było nie tak, szczególnie tutaj, na tej Wyspie. Albo i wiatry, sztormy nią targały, albo ona susza tak mocno ją wydoiła, że odmawiała życia, a nie piła jak teraz, bardzo spragniona, ale dziwnie gotowa na coś, przygotowująca się, zbrojąca… przerażona, ale gotowa…

Jednak nie na wszystko.

W pewnym momencie Jesień przystanęła, ona kobieta w średnim wieku średniej miary, średnich wymiarów, ino tych włosów takich nieśrednich, długich, przetykanych kolorami, liśćmi, trawami, niektóre same jak trawy, dziwnie ostre pukle czasem targały jej płaszcz i kaptur, ale zacięcia, zadrapania od razu się cerowały… przyzwyczajone do onej ich zwyczajnej nieporadności…

… tosz one niechcący.

Bardzo.

… więc przystanęła i jakoś tak, zaczęła się rozglądać… dookoła siebie i w środku swym, na Wyspie i na jej zewnętrzu i zobaczyła ich, obcych. Obcych jakoś innych… pragnących tych dziwnie innych rzeczy i spraw, i innych konfliktów i innych marzeń pełnych. Obcych ponad wszelakie miary. I myślami i uczuciami, dziwnymi wdziankami, pływających… jakby chcieli wejść, ale nie do końca byli pewni, czy skały ich nie sparzą, piaski nie pochłoną…

Byli…

Złem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Massleberg ryty i zachód słońca. I frytki!!!

I jeszcze ciepło, a potem zimno, bo przecież  końcem sierpnia i początkiem września w Szwecji za dnia słoneczną, nocą zaś chłodniawą się było istotą… erm… no wiecie jak to jest. Milusio, schłodzi nocą, więc za dnia już nie spali… nawet jak się stoi na skałce między gospodarstwami. Dookoła przystrzyżona trawa, wszelaka zieloność, czerwień zabudowań, jest i droga, ale pustawa, bardziej polna niż szosa…

Tak.

Tak dziwnie tu i spokojnie.

Beczące, napastliwe owce jakoś tak w oddali coś tam sobie robią, słońce coraz niżej, wciąż błękitne niebo, jedno drzewo, kilka krzaków, skała pod trawą i pod piachem… nie do końca świeżo odmalowane, ale widoczne, głębokie jedne, inne znowu już płytkawe… tak, są, trudno je naleźć, ale są… i pomyśleć, że w okolicy ich jeszcze więcej. Tak bardzo bym chciała je zobaczyć, ale nie dziś…

Słońce umyka coraz szybciej, więc wiem, że wrócimy do domku już ciemnością otoczeni, ale najpierw dziwne szaleństwo…

A co?!

I mi wolno?

Tia… możliwe, iż to szokujące wynanie, ale nie przepadam za KFC czy McDonaldami. Po prostu. Nie wiem. Może to sprawa tego, że kiedyś człek spróbował i jakoś nie dla niego ona słodka bułka z dziwnym kotletem, ale… może też i sprawa tego, że wychowano go w onym nastroju kanapek w domu robionych i jeszcze termosów z herbatą i – teraz kubków termicnych i tak dalej.

No wiecie…

Lepiej zrobić jedzenie w domu, czy nawet po drodze kupić jakieś zielsko niż zjeść coś… w restauracji… no jak do restauracji w takich asranych butach? LOL Nie da się. Oj nie… jakoś tak nie… i w ogóle…

Nie stać mnie też, może i na szczęście, bo to w końcu w towarzystwie ludzi trzeba siedzieć, ale tym razem, na onym dziwnym parkingu… a właśnie, sprawa parkingowa, się okazało, że wylądowaliśmy na jakimś, nie, w jakimś skupisku sklepów i tym podobnych. Wiecie, galerie handlowe w romiarach miasteczek sporych bliskie granicy z Norwegią, więc i ich tutaj pełno… jakbyście nie wiedzieli, to Norwegowie lubią sobie tak przyjechać do Szwecji na zakupy, bo taniej.

No zwyczajna zwyczajność, a jednak…

Jednak jakoś tak, dziwnie.

Ci Skandynawowie też to robią?!!!

Ale nieczęsto zachodzą do McDonalda. Raczej żywią się w środku, w jakichś tam knajpkach, które pewnie dla was znajome, dla mnie nawet logo nieznane, więc poza kupieniem gaci i koszulek na rok, oraz utensyliów, których u nas nie ma, dostałam frytki i zjadłam je. I wiecie co…

Nic mi nie było!!!

Ja pierdziu, mój pieruński, wrażliwy żołądek stwierdził, że frytki mu nic nie robią.

Co za czasy?!!!

Ale… mniejsza, parking, frytki, zachód słońca, potem po ciemku powrót do domku, białego, skrytego między skałami, a innymi domami, w miejscu, gdzie jeszcze tak niedawno morze było… są sarny, jest zając, skurczysyn się ściga ze światłami, raz co raz prawie pod koła, nosz Pasztet jego imię no.

Nie… no bez urazy, oczywiście, że przeżył.

I zapewne świetnie się bawił.

Zawału jednak omal nie dostałam, tudzież frytek nie zwróciłam temu swiatu w bardziej rozpoznawalnej postaci… ech, te lokomocyjne choroby. Cudowne po prostu, no serio!!! Koszmar wszelaki!!! Ale wcześniej, chwilę wcześniej ten zachód słońca nad Fjallbacką. Po prostu… cudowny…

To morze, te kolory, dźwieki…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jesień… została wyłączona

Pan Tealight i Zaklejas…

„Zaklejas…

Kochały się w nim prawie wszystkie panny i mężatki, te zaręczone, przyrzeczone, zamotane i wszelako przyczepione do chłopów, kotów, psów i innych… co komu tam odpowiadało, znaczy do tej pory… wiecie, do kamieni, głazów, drew i krzewów, ale i mostów czy znaków drogowych. Była też jedna przyczepiona do bramki od nożnej, bo wiecie, baby też kochały piłkę… a co!

Czy mężczyzn?

A nie… on jakoś tak ino baby do siebie przywoływał… może to były feromony, może to były jakieś one duszące aromaty, a może coś z niego wyciekało, albo też i… no nie wiadomo, ale jednak, jakoś tak… chciały być z nim, przy nim, pod nim, nad nim, wszelako dookoła i w środku. Były i takie, co się z tej całej chcicy skraplały i wziewną drogą właziły, porami też… wszelako, szczerze.

Desperatki?

Może.

Ale jeżeli coś je do tego pchało? Jeśli się nie mogły po prostu oprzeć? Nie wiadomo… nie wiadomo właściwie co, ale jeśli była to siła, z którą nie mogły nawet walczyć, to… przecież są wytłumaczone.

Jak walczyć ze sobą?

Ale z nim przecież mogły…

Tylko… nie chciały.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kroniki Jakuba Wędrowycza” – … no tak. Cały mój zapas Pilipiukowego pisarstwa mi zdechł znaczy się, no wiecie, pleśń zeżarła… wszystkie pomarły, ale znoszone były, zczytane, bo jakoś tak, to serio, w szczególności dla kogoś rodonego w lubelskim, rozrywka…

Pełna.

Jakub wygląda toćka w toćkę jak mój wujek Józek. Świętej Pamięci… świeć jego pamięci? Jak to się mówi, no mniejsza, wujek, gdziekolwiek jesteś, nie było fajnie szczypać dziewczęcia w zadek! Ale poza tym, no… powiedziałeś mi też, że za króteki ręce mam, no i dziwnie się teraz zrobiło, ale, ktokolwiek na wsi onej lubelskiej był, to wie, że i chmiel i tyczki i obwieszone liśćmi tytoniowymi chaty to niegdyś norma była… teraz to nie wiem. Bo tamtego świata już nie ma, to inna planeta…

Ale u tego pana egzorcysty dłogowiecznika z przyjaciółmi i wrogami, specyficznymi, wszystko gra i buczy. Wiadomo, sprawy się przytrafiają, powstają z nich miniaturow opowiadania i za każym mam niedosyt, że to już. Bo choć każdy żartem jakowymś, to jednak zawsze, za mało… książeczka jest niewielka, a nią postępuje cały pułk kolejnych, tak FYI… i wierzcie mi, kurde, jakby go ekraniowali, to byłoby… ekhm, niepoprawnie politycznie? Na pewno…

Co to jest?

Po pierwsze wnowienie – kolejne – pierwszej części cyklu magicznego, ale też nader uderającego w słowiańską mitologię. Mamy duchy, mamy upiory, kosmitów, robale, godille, no co tam kto tam, a poza tym wielce naprocentowanego pana, który, wierzcie mi kiedyś takich po Polsce chodziło wielu…

Inaczej wtedy było…

Wiecie, gdyby Harry Potter urodził się w wojennej Polsce, to tak by skończył… i nie byłoby mu źle!!! LOL

Massleberg, owce, Stenhuset…

No wiecie, jak już, to nie wspomnę o tym, że świąt nie będzie. Informacje o tym, że każy rezygnuje ze światełek i innych tam, nawet na Wyspie, po prostu są wszędzie. Zalewają depresją media. Przecież nie będzie lepiej… tego już… znaczy to se ne vrati! Jak już raz stwierdzą, że nie, to nie wrócą do strojenia domów, do onych, przesadzonych, przaśnych i naćkanych wszelako wystawek przed domami… Po prostu. Będzie już tak, smutno i ciemno, a pamiętajcie, że u nas ciemność to…

Ciemność.

Pełna i prawdziwa…

No ale… poza tym, że nie będzie lampek, to jeszcze zapowiadają hejt na tych, co się będą chcieli jednak choć trochę obwiesić, że prąd marnują.

Chyba się boję.

Naprawdę…

Dlatego powspominajmy sobie Massleberg. W Szwecji… u nich też problemy i koszmarki, no ale, miały być milsze wspomnienia… apomnijmy na chwilę o codzienności, pomyślmy za to o ulicach bardiej polnych, o onych trawnikach wykoszonych, polach zasianych, kurcze, ten środek Szwecji wcale nie jest taki leśny. Przerażające to trochę, no ale, nic nie zrobisz. Za to pola to pola, wiadomo, a jak pola, to i owce, znaczy łąki, a jak owce to i kupy, a że opieka nad stanowiskami archeologicnycmi w Skandynawii owcom przypadła, no wiecie, to… wdepnęłam.

Massleberg to przede wszystkim cmentarzysko z owcami.

Żywymi i nader… pragnącymi atencji, więc przeczytajcie dokładnie z karteczki gdzie i kiedy wolno je dotykać by nie poodgryzały wam dupki. Serio… no nie wiem, ale rzuciły się na nas jakbyśmy jadalni byli… a może to zombiaczki? Albo dusze tych tu pochowanych… w onych kurchanach niewielkich, przy tych kamieniach, w onych grobach naruszonych, tuż przy gospodarstwie dziwnym…

Zombie owce?

Pomijając owce, które mogą gryźć, domagać się jedzenia i ogólnie być nadmiernie tutaj i teraz wraz z wami i w ogóle… no szczerze to był jak atak, czy coś… to tak sobie pomyślałam, że te groby, widać, że naruszone, może ich i ponad 30, może i kiedyś te kamienie stały, ale teraz… Mogą sobie pisać o cmentarzysku będącym częścią świata żywych, ale jednak, cały ten pas od Masslegergu przez Jorlov był użytkowany od epoki kamienia, więc… jakoś widać musieli się pomieścić i ci co odeszli i ci, co się narodzili dopiero… pamiętać, niezapomnieć, a może…

Nie wiem…

Może ich to wkurzało, że starsi kładli im do głów jakieś mądrości – znaczy nie owcom, no ludziom no!!! Może to zmieniało świat? Poglądy… pomysły, ideologie… to co mamy teraz, to resztki, szcątki pamięci, z której próbujemy odgadnąć przeszłość i… piękne to wszystko, chociaż potem trzeba buty obskrobywać z kupy.

Dosłownie…

Ale… poza onym polem pełnym pagórków i kamieni, poza tymi owcami mamy też tak wany Stenhuset… czyli dolmen, grób kamienny w postaci stojących kamieni, na planie prostokąta z wejściem, nakryty ogromnym głazem. Ten tym bardziej intrygujący, że nie dość, że niezbadany, to neolityczny.

No piękny!!!

Po prostu… do tego ten wstęp do jesieni w powietrzu… pomijamy fakt, że sobie lekko nogę skręciłam na onych polnych wądołach… ech, no jak w przeszłości, gdyby nie te stojące samochody i traktor w oddali.

Jak zawsze mówię, że ino zabawki się ludziom zmieniają… reszta ta sama.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaklejas… została wyłączona