Co robi wiatr?

„Dziś wiatr zdaje się szeptać, pomiędzy kolejnymi, większymi podmuchami, tak spomiędzy targanych powiewami fal, stukotu kamieni i krzyku mew: Ja Ci odpuszczam wszystkie grzechy, ludzkie słabości, szaleństwa niezrozumienia… idż i żyj, zmieniaj!!!

Tak już z niego Matka Spowiedniczka. Kapłan Najwyższy, jedyny prawdziwy. Wyrozumiały awatar każdego bóstwa. Nieprzewidywalny, piękny, choć do końca zawsze niewidzialny. Tylko to czego dotknie, zmienia, to co stanie z nim w szranki, przegrywa… ten co się podda, możliwe, iż przetrwa.

Miotając gałęziami, sprzątając nawet te niewidzialne brudy, wyrozumiale potrząsa dzwonkami wygrywając najbardziej melodyjną melodię. A to jednostajnie wyje, to znowu zadudni w rurach, zagubi się między domami i potrząśnie długą, kolorową spódnicą młodej dziewczyny. Babuleńce zerwie chustkę, a ta uśmiechnie się, bo dobrze wie, że tylko on zna jej skryte sekrety. Chłopom porwie kapelusze, załomocz o daszki czapek, a oni poczerwienieją, bo tam gdzie zdawało się, że są sami, nigdy nie byli…

Wiatr, jedyny świadomy wszystkiego. Dusza Pana Tealighta.”

PS. Niespodziankę sponsorowała amazonka.pl – nagroda zw konkursie recenzentów! Dziękuję!!! Jedyni, których nagrody przywozi zawsze czarująco zmiękczający moje imię… Kurier 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Książki idealności, czyli czym książka dla Pożartej…

Czym jest książka?

Wyprawą w nieznane, ponownym odkryciem tego, co zdawało się być już nudne i oklepane? A może totalną niespodzianką? Na pewno specyficznym oczekiwaniem, wywołującym drżenie kolan, lub totalbną ekstazę. Niektóre tomy są w stanie same kształtować naszą rzeczywistość. Więcej, potrafią odebrać nas światu, odebrać nocom i dniom, sennym marzeniom… stać się jedynym prawdziwym, namacalnym i fascynującym kwitnieniem codzienności. Ale książki potrafią też pogryźć, zbałamucić, a co gorsza doprowadzić do wrzenia umysłów.

Niebezpieczne i podstępne rabują kobiety, wydzierają je religii i szeroko pojętej etyce. W tych jakże zdawałoby się niepozornych stronach, okładkach, czasem aż bluźnierczych rycinach… kryje się grzech.

Oj i to jakże się kryje…

Książka, choć mami samą nazwą, sprawiając wrażenie iż babą jest… w rzeczywistości sprośna i odarta z jakiejkolwiek, choćby i ozornej skarbnicy norm moralnych, atakuje bezbronne, niewinne – popuszczę zaraz!!! – kobiety i prowadzi je, kraśniejące z nerwowego oczekiwania, skąpane w erotycznej ekstazie, mamione obietnicami, ze będzie więcej… w otchłanie zapomnienia. Zapomnienia o tym, ze mają być ino żonami, matkami i starymi pierdołami w beretach…

LOVE KSIĄŻKI!!!

W rzeczywistości tylko książki są w stanie zaprowadzić nas do tych światów obiecanych, wód kojących żar i tępiacych pragnienie. One są manną, wyrocznią i Jedynym Słusznym Bogiem… nawet te, które zdają się być pomyłką literacką, udowadniają owo twierdzenie!!! Bo wciąż są okładkami i stronami. Haremem pełnym liter, którymi się mogę karmić. Jednymi sycącymi do końca. Drażniącymi podniebienie różnorodością, totalnie wkurzającymi czasem a czasem rozrzucającymi dotychczasowe spoglądanie na świat, niczym misterną układankę puzzli, ów mityczny domek z kart czy też zwyczajnie, dopiero co zmiecione liście z tarasu…

Bo KSIĄŻKI MOGĄ WSZYSTKO…

PS. Za kolejny grzech, totalną niespodziankę, dziękuję Wydawnictwu Prószyński i Ska. Nic tylko czytać i pisać 🙂 Tak mi się marzył ten „Wintercraft” i proszę – jest!!! 🙂

PS. Sarkazm, ale i dobitność, dobijająca… nader zamierzona!!! Ale jeżeli o pisanie chodzi, to cudo znalazłam 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wietrzenie Pożartej Przez Książki…

„Pan Tealight nazywał to „wietrzeniem ptaszka”. Co dziwne, nikt się nie śmiał, gdy w dziwnym kalendarzu, skleconym ze starych pocztówek i zalizanych na śmierć znaczków pojawiał się czerwony, właściwie krwisto-czerwony, napis – DZIEŃ WIETRZENIA PTASZKA!!!


Aby wszystko odbyło się jak należy, trzeba było najpierw pomodlić się do wszelkich Bogów, Duchów, Stworzeń Bytowych i Niebytowych… Zawartość „Sklepiku z Niepotrzebnymi” była tutaj bardzo przydatna, ale nawet obwieszony amuletami – poza tym, iż czuł, że wygląda jak ostatni paranoik – Pan Tealight czuł się niepewnie. Było to jedno z tych uczuć, które zdawały mu sie obce i niewyobrażalne… oczywiście do dnia gdy poznał Wiedźmę Pożartą. Myślał o tym pierwszym spotkaniu, gdy nagle odcięta główka, która zawsze mu towarzyszyła w okolicach stóp, zajęczała. Wiedział co miała na myśli. Za chochlikiem pisarskim wiedźmy, zwanym Chochlem, unosił się tylko pył. Skubaniec nawiał jak zwykle. No nic, trzeba będzie sobie poradzić bo na Chowańca Wiedźmy nie ma co liczyć.

Za miękki skubaniec…

Pan Tealight nim jeszcze zastukał w niebieskie drzwi, miał w głowie skonstruowany misterny plan. Najpierw trzeba było wyłapać otaczające Wiedźmę książki. Strażniczki, Opiekunki, oraz te Terroryzujące… Czyli coś z cyklu walka z wiatrakami, gdzie siedzi smok i stado teściowych… i wściekły olany pies dingo. Potem następowało zlokalizowanie książki, którą Wiedźma akurat czytała i zapakowanie jej do bardzo żertej, drażliwej i kąsającej zawsze w prawe kolano, niebieskiej, włochatej torby. Potem dorzucić książkę zapasową i tą, której nie można zostawić samej, długopisy, notesy, amulety i wybrane pluszaki – zrobić opatrunek na kolanko. Ubieraniem Wiedźma Pożarta Przez Książki powinna się zająć sama, jeżeli tylko wspomni się o możliwości zrobienia dobrych zdjęć… albo poprosi się pluszaki, one miały na nią czasem jakiś wpływ… albo powie się o wyprzedaży książek.

Cóż, rodziny się nie wybiera.

NIECH ŻYJE WIOSNA!!! Pomyślał ze zgryzotą Pan Tealight i zastukał w niebieskie drzwi… pragnąc by jednak nikt nie otworzył. Nie miał jednakowoż tyle szczęścia, nie mógł potoczyć się za odciętą główką, która zwyczajem główek postanowiła się oddalić z miejsca możliwego spłaszczenia… czyli potoczyła się za Chochlem. ZDRAJCZYNI, zajęczał Pan Tealight. Ale nic nie mógł zrobić. Musiał podążyć za przeznaczeniem. Walczyć… zrzucić z Wiedźmy zimową osłonkę! Wywietrzyć te piórka, pozwolić jej krzywić się na słońce i wdychać morze. Zbierać kamienie i tęsknie spoglądać na wystawy sklepowe… Musiał pozwolić Wyspie ją DOTKNĄĆ.

Musnąć.

Posmakować.

Przypomnieć sobie o szaleństwie.

Bogini Wyspa pragnęła wietrzenia jej jedynego Kobaltowego Ptaszka 🙂”

PS. Recenzja „Pustynna włócznia”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Anioł i wiedźma Pożarta…

„Wiedźma miała naprawdę kiepski dzień. Właściwie Pan Tealight, specyficzny sprzedawca w „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, był pewien, iż odkrył zależność pomiędzy brakiem wypełnionej skrzynki pocztowej, tudzież dużego pudełka dostarczonego przez posłańca, a smutnym spojrzeniem Pożartej Przez Książki.

Wygłodzonym, oszukanym, spragnionym, ale też i zdradzonym – a wszystko to jednocześnie!!!

Pan Tealight bał się… ale nie miał innego wyjścia. Ktoś musiał oskubać Anioła. Paskudny szkodnik, w dość nietypowym kombinezoniku, pojawił się na progu jego specyficznego mieszkanka wczoraj. Długo nie mogli dojść do porozumienia co zrobić ze sobą nawzajem. Ale Pan Tealight, który w anioły właściwie nigdy nie wierzył, gdy zobaczył swoje wątpliwości ucieleśnione – dość otłuszczone, różowiutkie miejscami (kombinezonik miał skrywać puch, ale lila to niezbyt anielski kolor), aczkolwiek dziwnie całe pokryte drobniutkim puchem – wiedział, że może mu pomóc tylko wiedźma. Ta niestety nie dość, że nie została dziś odwiedzona przez listonosza, to na dodatek miała dość anielskości. No wypryszczało ją od aniołów. Jednakowoż wyjścia nie było. Wrednego amorkowatego należało wydepilować, różowatość oliwką natrzeć, a skrzydełka jakoś wypersfadować… i zmienić gościa w porządnego diabołka!!!

W diabołki Pan Tealight oj wierzył!!! Mocniej od dnia poznania wiedźmy Pożartej Przez Książki Wrony Kobaltowej!!! I było to przekleństwo. W anioły postanowił nie wierzyć, nie pasowały mu do wystroju wnętrza.”

PS. Na szczęście piątkowy listonosz przyniósł nagrody od Wydawnictw: Prószyńskie i Ska – konkurs oraz MG – konkurs!!!

I zabieram się za „Pustynną włócznię”!!! bez aniołków, kurde!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Morze Wiedźmy Pożartej Przez Książki…

„Morze wyszło z siebie i w postaci ciężkiej mgły opadło na domy i pola; otoczyło drzewa, wilgocią spowolniło ptaki; naznaczyło kamienie, których nie sięgały Fale – Posłanniczki… Posmakowało unoszących się w powietrzu zapachów, wsłuchało się w najcichsze nawet odgłosy i cichutko przycupnęło pod parapetami. Morze podsłuchiwało. Ciekawe najnowszych ploteczek, spragnione ludzkiego krzątania się i owej specyfiki tych, którzy w nim tak często tonęli, choć i unosili się na powierzchni… samo zatonęło w człowieczeństwie.

Garść słonych drobin przysiadła i na zatkanym kominie „Sklepiku z Niepotrzebnymi”. Zawsze tutaj Morze bawiło sie najlepiej. Gdy inne jego cząsteczki przewałały się kłębami po drogach, zatrzymując ruch i wdychając spokój, te, któe decydowały się na przystanek u Pana Tealighta, specyficznego sprzedawcy… wiedziały, że na pewno czeka je jakaś przygoda.

Pan Tealight przez dłuższą chwilę podziwiał tworzone przez Morze mgliste formy. W końcu zdecydował się i wyposażony w malutki wachlarz, z nieodłączną odciętą główką u stóp, otworzył drzwi.

Część Morza od razu wlała się do Sklepiku. Oblepiła stare, niechciane Wiedźmy, kociołki z dziurawymi dnami i Księżniczki bez cnoty. Jednak mniejszy kłąb jak zwykle zatrzymał się w progu. Wydawało się, że się uśmiecha. Nie, Pan Tealight był pewien, że się uśmiechnęło. Niewiele myśląc, bo na to zawsze jest czas… polizał kłąb.

A Morze posmakowało Pana Tealighta.

I zmieniło się…”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wyspa Wiedźmy Pożartej…

„Pan Tealight spoglądał na wiedźmę Pożartą Przez Książki i rozumiał. Było to dziwne, bo przecież rozumienie kobiety ogólnie było totalnie niemożliwym do osiągnięcia absolutem. Ale on czuł to samo. Ową łapczywą, chciwą, zachłanną niechęć, drążącą każdą myśl inną niż ta o Wyspie. Inną niż ta, która jej dotyczyła… Myśl o opuszczeniu Wyspy była czymś tak nienormalnym, nawet w ich, jakże barwnym i niemoralnie szalonym dla innych, życiu.

Choćby na chwilę, nawet we śnie. Nawet gdy spał Wyspa była w nim obecna. Nawet gdy dusza frywolnie unosiła się ponad ciałem, wiedział, że to nie strach przed podróżami, ale życie, oddychanie, trwanie poza Wyspą ją przeraża.

Z wiedźmą Pożartą Przez Książki było tak samo. I… chyba trochę jej współczuł. A może tylko zazdrościł, że od czasu jej przybycia już nie jest jedynym, który jest w stanie pielęgnować w sobie owo dziwne uczucie… Z jednej strony był w niej ktoś, kto go rozumiał, ale z drugiej… naprawdę nie wiedział, która z Trzech zamieszkujących jej ciało jest właśnie TĄ!

Życie naprawdę potrafiło komplikować… no owo życie! A jemu trafiały się naprawdę specyficzne przypadki w „Sklepiku z Niepotrzebnymi”; czynnym ostatnio zmiennie i nader kapryśnie.

A nawet wtedy klamka moze ugryźć!!!”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Nadmierna świadomość Pożartej Przez Książki…

Nadmierna świadomość naszła mnie dzisiaj. Właściwie kopnęła w dupę i zaśmiała się szyderczo. A wszystko przez ścianę. Taką zwyczajną, no wiecie biel wełny… ale nie tynk, oj wcale, raczej jakaś pomalowana, aczkolwiek wcześniej przyklejona do wspomnianego betonu, tapeta. Wystarczająco jednakowoż chropowata, by mnie w czółko uszkodzić. Wszystko przez to, że postanowiłam spróbować no wiecie, tradycji… i walić łbem w mur. Wynik jednoznacznie bolesny z dwóch końców, a na dodatek sumienie mnie jeszcze gryzie, wielbiciel ochłapów jeden! że przecież to nie wina ściany, to wszystko, więc dlaczego tak ją karać tymi moimi uderzeniami mojego łba własnego?

Czysty egoizm!!!

Jak mogłam o tym nie pomyśleć? Teraz to już nic tylko wielki wyrzut sumienia mnie czeka. Byłam okrutna dla ściany…

A to z cyklu: Co przyniósł listonosz… Czyli nagroda bardzo zaskakująca. Za ten tekst, czyli odpowiedź na pytanie „Które europejskie miasto, Twoim zdaniem, jest kolebką mody i dlaczego?” z Co by tu przeczytać?:

„No Listed!
Tak wiem, dziura I nie wiecie o co chodzi (a to osada na wyspie Bornholm).
Tak wiem mamy tylko artystów, wrony, mewy, granit różowy wściekle I wędzarnie… ale za to tak jak moja sąsiadka potrafi złożyć swoje hippisowskie wspomnienia odzieżowe, to klękajcie narody. Zresztą nie tylko ona. Tutaj każdy to po prostu okaz psychodlicznej miejsami, intrygującej osobowości. Każdy jest modny, bo jest sobą I tworzy.
Moda to piękno połączenia człowieczeństwa z przedmiotami.

No I… są jeszcze turyści! Gdy nie pakujemy ich w weki, to podglądamy w jaki sposób przedzieraja się przez wąskie uliczki Bornholmu I umykają przed wiatrem. Jak splatają koafiury, by I’m nie porwało współczesnych mysli, nie zminiło spojrzenia na świat… I tak w końcu się to dzieje. Bo tylko tutaj każdy jest modny, bo jest sobą. I dzięki temu czuje się nie tylko wolny, ale wygodny we własnym ciele I umyśle!

I słowo „kolebka”… Listed, a dokładniej Gulehald ma miliony lat, więc się liczy! :)”

A teraz zabieram się za „Everville” Clive’a Barkera

PS. Recenzje: „Namiestniczka” Wiera Szkolnikowa, „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Robert M. Wegner

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Wiedźmy Wrony Pożartej akcesoria…

No kurcze, Wam powiem, że własną, ukochaną pewniekiem miotłę Miotłę, to zajeździłam no… na śmierć. Znaczy się witki uciekają ode mnie z krzykiem, sznurek się odkręcił, a kij to się ogólnie obraził i stoi.

No w kącie se stoi – zboczeńcy!!! 🙂


A wszystko przez to, że zajeździłam ją na prawie śmierć. Bo wiecie miotły wiedźm mają to do siebie, że reinkarnacja jest na porządku dziennym, nocnym też. Wiadomo, ze najlepsze miotły robią Krasnoludy, ale u mnie niechętnie zabrały się za to Trolle i takie mam wyniki, że jestem bez miotły. Znaczy szczątki są obecne. Ale nijak razem together do kupy nie polecimy.

Znaczy się trzeba mi nowej miotły. Ale porządnej, coby duch starej Miotły łatwo się zmieścił, a przyznaję jest oporny, złośliwy, zmienny – znaczy taki jak ja, czasami w dobrym humorze się znaczy. Niestety pośród prezentów miotły nie było 🙁 Ale i tak prezenty urodzinowe cudne 😉

Znaczy się najpierw dostałam cuda od Chowańca, się Męża znaczy 🙂 Takie wiecie, w znaczeniu użytkowe, czyli jakby co będzie czym rzucać 🙂 Chowaniec uniki ćwiczył, ostatnio bestia coraz lepsza w tym, nie wiem, trza będzie własne chyba umiejętności podrasować…

Najpierw sowa, potem kartka odmładzająca… tutaj plus wielki 😉

No i oczywista gigantyczny, bajerancki świecznik, się w znaczeniu sztuka 😉

Kwiaty i…

słodyczy ino nie wielkiej dupy życzył 😉 Dzięki Masław…

Za to pluszak Miś Śnież przytargał niezapominajki…

no i stwierdził, ze zawsze mogę być paskudniejsza… a słodycz to pożarliśmy razem!

Potem był kapitalny, cudowny, słodki i pluszaty prezent od Rysi 😉 nie Szyszka, ale wiecie, też w temacie. Z powodu nadmiernej żertości członków rodziny części słodyczowej nie ma, ale cuchnąca herbatka miodzio 😉

Jak już herbatka, to prezenty tematyczne 😉 Od Madziaryny!!!

I od wspaniałej artystki – Birthe 😉 zarębiste wiedźmowe skarpety!!!

Kto tam jeszcze? No oczywiście Dana cudowna i wspaniała!!! Kobieta co czyta i ma zarębiste dzieci… wiem jak to brzmi, ale no serio w deseń, coby mieć takie kurde tfu na psa urok, no urodziwe dzieci, to aż nie fair, że ja taka nie jestem. Ale wystarczy spojrzeć na Mamusię, co nie?

A tak w ogóle to czytam teraz: „Namiestniczka” Wiera Szkolnikowa i powiem Wam, że jest to zarębiste, pełne i miejscami zaskakujące nawet mnie, fantasy 😉 Wspaniale opasła, szczegółowa, barokowa czasem w opisach i zaskakująca lektura.

Wracamy do prezentów? To może nie prezent do końca, ale wygrałam fajną książkę nakanapie.pl i jeszcze przyszła wygrana z lideria.pl 🙂

A teraz sprawy miotły dalszy ciąg… Wiecie dlaczego się tak na mnie obraziła, bo kurcze zaczęłam myśleć. Nie no myślenie mamy obcykane, wolno nam z Miotłą myśleć, aczkolwiek ja zaczęłam się zastanawiać czy mogłabym mieć do świata takie poważne kłesztiono, no wiecie pytanie ważne… no czy ja za życia mogłabym się stać na tyle sławna, coby być wypłacalną?

A ona na to, że przecież jest ona i mi to winno starczyć!!! Znaczy się Miotła na mnie warknęła i się rozmontowała!!!

W związku z tym proszę o namiary na nową jakąś, coby duszę tej ułagodzić, przystroić w nowe piórka, bo jak to tak… mam bez miotły? No nie uchodzi, mam swe lata i w ogóle, no prestiż i takie tam… Zdałby się też nowy kociołek, nóż i kapelusz, no i garść pentagramów i amuletów, bo do tego ręki nie mam.

A kartka od Nicole, ale to już wiecie 😉 Ta na pierwszym zdjęciu z fioletowymi siusiakami od Ady 😉

PS. Recenzja „Cień gejszy” Anna Klejzerowicz. Wszystkich chętnych zaś namawiam na konkurs, w którym ową książkę można wygrać. O TUTAJ.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Wiedźma też człowiek…

Właściwie to wszystko jest jak trzeba z wiedźmami, a przynajmniej gdzieś tam w głębi zaczadziałej, zakurzonej, gdzieś hen hen hen… w oddali tli mi się myśl, że jest no tak raczej… wiecie, no po kolei.

Najpierw to człowiek się rodzi… a potem to już jest ino gorzej!

Aczkolwiek jakoś sama nie potrafię tego własnego życia poprowadzić tak według jakiegoś schematu. Najpierw zamiast się urodzić, no to tak jakby, podobno… umarłam? W ogóle według legendy trwało to z pięć dni. Coś mi się wydaje, że zwyczajnie po drodze coś czytałam i się zagapiłam.

Tak już mam.

Często!

Dalej też było dziwnie, bo sypiałam w koszu 😉 Cóż, widać niektórzy to i bez czepka się rodzą no i od razu maja totalny survival.

Nie, no pewnie, że wiele rzeczy nie pamiętam – za wszystkie w mordę żałuję i może bez pokuty by tak jakieś wybaczenie? za zaliczeniem pocztowym?

Ale purchawki pamiętam… i bibliotekę i kurz, który unosił się z książek, bo zawsze mi coś wypadało z rączek. I pusię. Za grzyba wciąż nie wiem co z tym „kowatkikan”??? Ale cóż z czasem człowiek raczej nie mądrzeje!

NIE CHCĘ DORASTAĆ!!!

GDZIE MOJA MIOTŁA!!!

A ROZUM? GDZIE JEST ROZUM?


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

A kołem Wiedźmę Pożartą, a potem na stos…

Właściwie to chyba tak jest u wszystkich… ot życie się toczy to kołem, to walcem, to mniej opornie, to bardziej, tudzież jak po wazelinie leci. A potem wpada banda zombie i trzeba trzymać wszystkie członki mocno przy sobie. O MUSKU to ja nawet nie wspomnę. Zresztą kto go tam wie, czy on tam jeszcze jest, a może go nie ma? Może się obraził i zwyczajnie nocą spakował się, patyk na ramie, na patyku węzełek (wolę nie myśleć o zawartości), no i wyszedł w tę dal siną. Nie rozumiem czemu ta „dal” to jest zawsze sina? Przecież horyzont miewa różniste zabarwienia, nawet te poetyckie. W zależności od spożytych procentów i tzw. substancji wspomagających.

Pan Tealight się na mnie obraził, bo zajęłam się PROJEKTEM ZWIERZAK no i o nim nie piszę – chyba? Utopiec wczoraj dziabnął mie pod prysznicem nie powiem gdzie, ale było to dziwne uczucie… Diobły to w ogóle się przestały odzywać, za to kombinują coś w malowniczym współudziale Chochela – mojego chochlika pisarskiego – oraz całej masy bielizny nader osobistej. Trolle i Nisseny poszły w długą, znaczy się ową dal siną, znaczy się na pewno Wiosna tyż przyszła. Ciekawe czy z owych wakacji przywiozła jakieś fajne gifty?

No nie wiem.

Wychodzi na to, że MUSK seryjnie wybył, bo poziom świadomości mam poniżej norm wszelakich. Nic nie wiem, o niczym nie myślę… wróć, nie prawda, myślę nadmiernie, ale chyba nie o tym co trzeba.

MUSKU WRÓĆ!!!

Urodziny jutro 😉

Może trafi mi się jakić wamipr, tudzież wąpierz, w gościnę? Będzie można zrobić porządek w krwinkach, no i się moze troszku odmłodzić? Pierun wie, może takie wampiry SPA by założycły – DAJ SIĘ POSSAĆ, WYGLĄDAJ 20 LAT MŁODZIEJ!!! Oj może to i co najmniej 2znaczne, aczkolwiek bym się pewnie skusiła, aj ta próżnożć babska 🙂 Jedno wiem na pewno, no miotłę trza wymienić, nowy kociołek by się zdał i może odświeżenie chowańca?

Takie małe przetrzepanie? 😉 i to rozmiar 11, albo nie 17 😉 będzie na większy palec.

„Cień gejszy” wciąga…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze