Jaja wiedźmy nie kręcą…

Prosto w deseń, no nie kręcą mnie. Jakoś tak mijamy się w życiu… te symbole życia i ja, symbol wielu symboli.

W ogóle mam do tych świąt straszny stosunek – PARANOICZNIE SIĘ ICH BOJĘ. Jeszcze jak człowieka zmuszali do obchodzenia, to przeżywał katusze począwszy od malowania pisanek, po te wszechobecne żółciutkie, cholernie radosne kurczaczki, te baranki takie wełniste, pierdniczone owieczki… i te jajca. No dobra może jajca czasem są fajne. Ale przymus grobowej miny w tzw. kościele, kiedy wokół rozkwita wiosna, to koszmar. Jako pogańska na wskroś dusza, choć religijnie pogańska total intuicyjnie… obchodzę sobie Ostarę i tyle. A w tym roku chrześcijanie strasznie mają opóźnione świętowanie. Dlatego z lękiem spoglądam na bazie…

Jak jakaś upośledzona na umyśle dziewczynka w stylu Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka… no wiecie ta mania spacerowania na terenie zagrażającym cnocie własnej, czy chęć przebywania w popiołkowym pyle? Coś w tym musi być.

Mam taką baziową paranoję. Jak byłam mała wsadziłam sobie je do ucha. Znaczy obydwu uchów wepchnęłam po takim, no wiecie kotku… i nie było nikogo kto by mi je pomógł wyjąć. Bałam się. A strach zapamiętuję na zawsze – choć chyba ogólnie jestem pąmiętliwa, wybaczam, ale pamiętam, świnia ze mnie.

Strach, lęk… To coś, czego nie da się zapomnieć. Gdy już było po wszystkim nie odczułam ulgi, że przestaną się do mnie zbliżać z tą wielką strzykawą, ale zrozumiałam, że w gruncie rzeczy nikogo nie obchodzi, czy wyrosną mi z uszu te zielone, a potem włochate, optymistyczne kuleczki. Dlatego nie chcę ich w pobliżu. Podobnie zajączków i takich tam. Poza Wielkanocą mogą być, choć co do kurczaczków, nie, one śmierdzą i są zakaźne! 🙂 Znaczy co, że nie wyrosłyby mi bazie z uszu? A nie uczyli Was jak byliście mali, że połknięta pestka zmienia się w brzuszku w sadzonką, a człowiek w pierniczony orchard? No cóż, może tylko ja miałam zombiedzieciństwo 🙂

I to oblewanie… jeszcze jak człek był dorastającym osobnikiem, to kręciło go lanie przez płeć przeciwną, ale czemu robiła to rodzina – to był obciach, a obciach w tym nastoletnim wieku to koszmar!!! Czasem i kraniec świat, z którego zawraca się dopiero po wielu latach… a czasem i nie.

Bynajmniej unikam Wielkanocy jak tylko mogę. Co jest dość dziwne. Przecież i Ozyrys i powieszony Odyn, ale to wszystko przynależy początkowi wiosny, a nie temu wszystkiemu. Ech! idę czytać 🙂 Od dziś wkraczam w ramiona jednego z moich ulubionych autorów Tada Williamsa!

Ale najpierw przyznam się do pewnego zaskoczenia. Była nim książka Bree Despain „Dziedzictwo mroku”. Muszę przyznać, iż choć należy do tego gatunku w typie: nastolatka, pierwsza miłość i wilkołak/wampir/anioł (w tej wersji odpowiedź pierwsza), to jednak jest dobra. Ten sposób pisania, tonowania napięcia, przedstawienia bohaterów… ale jednak przede wszystkim owo subtelne dopracowanie psychiki postaci. To, że w rzeczywistości nic nie wiemy od samego początku wszystko jest tajemnicą, niby nie jest zaskakujące, ale autorka ma wspaniały dar montowania fabułu tak, by nas nie tyle zaskoczyć, co wciągnąc do dyskusji, ocenić postępowania bohaterów. I ta główna bohaterka, tak specyficzna, posiadająca system wartości, ale jednak i zwykła nastolatka. Jakoś to wszystko takie bardziej naturalne i prawdziwe…

To naprawdę dobra książka!!!

PS. Zmiana planów, jednak będziemy czytać Trzy Wszystkie – czyli ja jak zwykle na raz książki dwie 😉 Taki lekko rozrzut, ale co tam, jak się ma tyle osobowości, tyle kawałków duszy uleciało zostawiając napis: FOR RENT… że trzeba do tego było przywyknąć 🙂 czyli jeszcze: „Córka alchemika” Katharine McMahon.

PS. ALE TYM CO ŚWIĘTUJĄ I POTRAFIĄ ODNALEŹĆ W TYCH ŚWIĘTACH TO CO MI MOŻE UMYKA… BAWCIE SIĘ, MOŻE OBJEDZCIE, MOŻE DUCHOWO ODNAJDŹCIE INNĄ DROGĘ… ODPOCZNIJCIE!!!


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Morderstwo w Listed, czyli powszedni trup cd…

„Właściwie wszystko zaczęło się od tego wietrznego dnia.

Na Wyspie to naprawdę nic nieoczekiwanego – wiatr, oczyszczający, redagujący dotychczasowe spojrzenie na świat – ale okaleczone ciało, walczącego o każdy odech dwunastolatka, było czymś dziwnym. Nie mniej jak to, iż wiedziałam dokładnie ile ma lat. Nie był niczym dziwnym dom, tak biały, że wprost nierealnie wycięty z przestrzeni świata, otoczony jaśminowym płotkiem – one tak już mają te domy na Wyspie, ale to, że skrywał jeszcze ciała zamordowanych rodziców, rodzeństwa i nienaturalną ciszę, raniło.

Tę ciszę dziwnie pieszczotliwie otulającą jeszcze kolebiące się zabawki, trampolinę, na której skakał wiatr i poranne krople rosy.

To było pierwsze morderstwo w Listed… od naprawdę wielu lat. Może od tego mężczyzny utopionego, nagiego, otulonego falami, stratowanego jednak ludzką siłą? Potem, po morderstwie właściwie nieznanej mi rodziny, krwawych śladach na trawie i konarach otulonych strzępkami ciała, gdy tylko nadchodziły wietrzne dni, ja wychodziłam na samotny spacer. Pukałam do drzwi. Po kolei, nie oszczędzając nikogo, nachalnie, a może w pełni oparów dziwnej depseracji, którą pobudziły zakrwawione ściany, a potem ten chłopiec umierający u moich stóp. Taki cichy, tylko niszczący wietrzną ścianę swoim oddechem, coraz wolniejszym…

Idealna masakra.

Tak, pewnie, że uznali mnie za wariatkę i to dość szybko. A potem zajęli się kolejnymi ciałami i znowu… I nic już nie było zabawne. Ja przestałam wychodzić, za to ludzie zaczęli się pojawiać. Spoglądali na moje obrazy, gulgotali w tym dziwnym języku, którego wciąż nie rozumiałam, ale spojrzenia były nieobjęte różnicą lingwistyczną. Zawsze pytali: Kto będzie następny? Czy to będę ja… Niektórzy byli zabawni. Wspominali o kredycie, czy brać czy nie, bo jeżeli to oni umrą, to czy nie lepiej wziąć? Czasem nie wiedziałam co odpowiedzieć, a czasem… częściej, wiedziałam. Ale czekałam na sygnał karetki. Z każdym sztormem zabierała co najmniej jedno ciało. A to było już MOJE miasteczko. Bezczelna, zachłanna ŚMIERĆ? A może jednak COŚ/KTOŚ innego? Tajemnica?

Jedno było pewne, w tym tempie, nawet włączając w to sezon turystyczny, powinniśmy się wyludnić – zależnie od pogody – w niecały rok. Jednak… miałam dziwne przeczucie, że przetrwamy, aczkolwiek z ranami, które mogą się nie zabliźnić. Z wizjami, które zmienią codzienność i tak zniszczonych, nadgryzionych bezczelną współczesnością, ludzi. Tym, co ja widziałam. Coraz częściej, coraz bardziej namacalnie, dziwnie czasem komicznie…

Nas – Wyznawców Bogini Wyspy.”

A teraz czytam to 🙂

PS. C.D.N. Czyli „Morderstwo w Listed, czyli powszedni trup”, to mój pomysł na mordowanie na Bornholmie. Bohaterka nadzwyczaj podobna do autorki, ślepa komenda co to zwidy ma i nadmiar tkanki tłuszczowej, włazi w drogę organom :) ścigania i miesza w duchowym świecie.

HE HE HE!!! – i mam nadzieję, że ten sąsiad z góry – tak o TOBIE Paździochu jeden mówię, co mnie z fejsa usunął bezczelnie skurkowaniec i co uważa, że fanem tylko mojej sztuki być nie może – FOCH! – to przeczyta i google mu przetłumaczą może mniej niz zwykle dowcipnie… ATTENCIONE ATTENCIONE, się znaczy UWAGA!!! W najbliższym czasie mordowani będą: własny sąsiad z góry – zasłużył sobie no z Fejsa mnie usunął!!!, sąsiadka z lewej strony (bo się nadaje) oraz wyjaśnimy sprawę ducha – wiedźmy spalonej na początku XX wieku na Kirkevej 9. Po dłuższym namyśle, jakoś spętana wspomnieniem o biednej, głodnej Babie Jadze, chyba i ją… może nie uśmiercę? Ale nakarmię tłuściutkim dzieciaczkiem? 🙂

PPS. Cudowną kartkę dostałam od Karoli, czyli Violet 🙂 i jej wspaniałego małego Mężczyzny, tak ta powyżej. Śliczna jak nie wiem co. Ekskluzywnie minimalistyczna można by zasugerować, a jednak taka pełna. Jak dla mnie miodzio – kocham dostawać kartki, no prawie jak książki 🙂 Dziękuję!!!

PPPS. Recenzja, czyli wrażenia z „Synowie boga” – wysoce pozytywne, większa recenzja będzie nakanapie.pl, a dziś połknięty został w całości, rujnując mi plan dnia – kocham takie książki – „Wschodzący księżyc” – miodzio sensacja ze zmiennokształtnymi – konkurs nakanapie.pl!!! A tak w ogóle, to kolejne, no raz jeszcze!!! wielkie podziękowania dla Marty O. za to, że dzięki niej mam Krystynę – Gdyby nie Ty, nie byłaby u mnie 🙁 dziękuję!!!

A ZAPOMNIAŁAM, NO PISZĄ O MNIE TUTAJ 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Morderstwo w Listed, czyli powszedni trup…

„Na pewno były to zwłoki. Miały w sobie ową specyficzną nieruchliwość i ciężkość spojrzenia. Mogłabym przysiąc, że na mnie spoglądały, choć w rzeczywistości oczy przysłaniały powieki. I dwie monety. Tak na oko – prawe bardziej niż lewe – złote. Co jak co, ale te akurat zwłoki były o wiele bardziej przystosowane do wyprawy w zaświaty, niż poprzednie.

A tak. Były poprzednie. Właściwie od dnia, w którym się tutaj sprowadziliśmy, te otrzymałay numer 18 w moim osobistym notatniku. Uświadomiłam sobie – ową pełnioletność zbioru – z pewnym rechotem rozbijającym się o moje własne – nader rodygotane – organy wewnętrzne. Zresztą zewnętrzne też się nieźle telepały. Bo mijały dopiero dwa lata.

Ucho mnie zaswędziało, ale nie odważyłam się podrapać. Jako totalny krótkowidz, wersja czubek nosa, a dalej świata nie ma – jakoś tym razem, na szczęście nie musnęłam nosem trupa. Wiedziałam kto to bez mrużenia oczu. Sąsiadka. Ta z tego wielkiego, żółtego domu, z trawką paranoicznie przyciętą na dwa cenymetry – podejrzewałam soczyście zielone źdźbła o niezłą paranoję, ale mimo wspólnoty myśli nie przyjaźniliśmy się! Z dwoma drzewami, które utrzymywały artystyczne kształty, jednakowoż nie wybiegające poza normę minimalizmu. Ona sama – gwoli ścisłości trup na mym progu – była elegancką damą, typ nauczycielki, której człek się kłania nawet po maturze, bojąc się oceny za dorosłość. Emerytka, pedantka i wdowa.

Wszystkiego, ale tego bym się po niej nie spodziewała… no zwłoki wprost nachalnie wpychały mi się do domu!!! Bezczelne!!! No dobra, nieruchawe, aczkolwiek leżały na progu. Dobrze, że drzwi otwierają się do wewnątrz, bo bym trupa nieźle skiereszowała. Zresztą, cud, że wychodząc ją zauważyłam. Przy mojej ślepocie i słoń się uchowa. Z drugiej storny co jak co, ale trupa zobaczę zawsze. One mnie zwyczajnie kochają. Bez wzajemności, zapewniam!”

PS. C.D.N. Czyli „Morderstwo w Listed, czyli powszedni trup”, to mój pomysł na mordowanie na Bornholmie. Bohaterka nadzwyczaj podobna do autorki, ślepa komenda co to zwidy ma i nadmiar tkanki tłuszczowej, włazi w drogę organom 🙂 ścigania i miesza w duchowym świecie.

UWAGA!!! W najbliższym czasie mordowani będą: własny sąsiad z góry – zasłużył sobie no z Fejsa mnie usunął!!!, sąsiadka z lewej strony (bo się nadaje) oraz wyjaśnimy sprawę ducha – wiedźmy spalonej na początku XX wieku na Kirkevej 9.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pełnia u wiedźmy…

… jak to dobrze, że się wczoraj wydepilowałam, przynajmniej dziś nie jest mi nadmiernie ciepło 🙂 No i dziś jednak rezygnuję z miotły i odzienia w te no… księżycowe promienie, przewiało mnie jak bohatersko pokonywałam chwasty w mikro ogródeczku. Wam mówię na koniu, w pełnym gumowym uzbrojeniu rękawic, w posiadaniu kopii – haczki i tarczy oraz miecza – sekatora… Nie do końca chyba wygrałam jednak. Kilka się uchowało, ale pokonam je.

Starość nie radość, nie ma co.

Cóż, jeszcze teraz znieść kilka nocy wycia stron do Księżyca, majtania okładkami i sypania na mnie literkami i żyjem Pożarta Przez Książki, do następnej Pełni. W ramach pokuty za wszelkie winy – NEW MOON – serio serio serio… nawet biczowanie byłoby mniej bolesne, chyba?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Zapominanie to wiedźmy trwanie…

„Kiedyś, jeszcze gdy purchawki pod ławką były dla mnie całym światem, postanowiłam, że bedę zapominać. Zapominać smutne chwile i te straszne, zapominać o bólu i łzach, żłobiących twarz, skapujących po nosie; łzach tak aksamitnych, a jednocześnie tak żrących…

Odsuwać wszystko to co byłoby złym wspomnieniem.

Przekornie stworzyłam im nawet własne cmentarzysko, wybrałam dla każdego odmienną formę pochówku. Pogrzebałam je z pełnym wyposażeniem, spaliłam, zniszczyłam, ale także i oddałam żywiołom, a nawet zakonserwowałam odbierajac życiodajne soki… Więcej, gdy nie chciały odejść, wypisywałam je z życia, wymalowywałam, byle tylko wydostać je z samej siebie.

Wszystko to, połączone z ciągłą świadomością ostateczności możliwej każdej chwili, owym ciągłym uczuciem, że być może gorzej, iż wdzięcznym trzeba być za wszystko…

To sprawiło, iż zapomniałam… Zapomniałam ŻYĆ.


Jakoś tak zwyczajnie mi umknęło pośród powodzi strachu, w oparach ostrożności, by nikogo innego nie skrzywdzić, zapomniałam chyba o samej sobie. Tej dziwnej egoistce, której cień przypomina krążącego nad truchłem ptaka. Niecierpliwego, ale i pewnego swojej nagrody.

Tym razem Pan Tealight tylko słuchał. Ale słuchała też ucięta główka, ściany i dach „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, mieszkańcy sklepiku, komin i okna, słuchały drzwi a nawet uparta klamka… Słuchały klepki w podłodze i kurzowe koty, dziwnie wilgotne. Zamilkły szczebioczące różowe księżniczki i nadmiernie optymistyczne nagrobki, niepotrzebne nikomu… niepotrzebnie wszystko, niepotrzebnie.”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Telight, wiedźma i nadto księżniczek…

„Pan Tealight odczuwał ból. Ból ów zaszedł go trochę niespodziewanie i, można by rzec, iż od tyłu, tak z zaskoczenia, brutalnie gwałcąc i tak jego nietypową codzienność… Gorsze jednakże, że ból ów ściśle powiązany był z męskością. A tego Pan Tealight kompletnie nie rozumiał.

Nie potrafił sobie wytłumaczyć dlaczego właśnie od dziś, mężczyźni postanowili ową męskość wzajemnie sobie udowadniać… właśnie w ten jeden, określony sposób. Nie rozumiał. Ale bólu głowy i innych członków po prostu już nie mógł znieść. Napuchniętych uszu – których właściwie nie miał – i łzawiących oczu – także dziwnie nieobecnych.

Jednak, gdy spojrzał na Wiedźmę Pożartą Przez Książki, jej Chochela, chochlika pisarskiego i swoją ukochaną, bardzo wymiętą, uciętą główkę, dziwnie nieruchomą pod ścianą, podobnie dziwnie bliższą rozkładowi niż nadmiernej, zwyczajowej ruchliwości, westchnął. W końcu oni akurat tylko chcieli mu pomóc. Jednakowoż „Sklepik z Niepotrzenymi” trzeba było opuścić inaczej. Ocuciwszy przyjaciół Pan Tealight rzucił tylko okiem na te, które podzielił na niedojrzałe oraz nadto zleżałe… i na starej miotle, może niezbyt szybkiej, ale nośnej zwiali przez dotąd zamknięty komin. Znalezienie księżniczki nie było łatwe, ale smoków Pan Tealight miał w nadmiarze! Ot jaka sprzeczność w przyrodzie, gadziny okazały się miłe, sprawne w pełnym wymiarze, różnorodne i dopasowane do każdego z – tfu! planowanego – rycerza. Ale z babami było gorzej. Zresztą, z babami zawsze było gorzej!

Lekko opadając na Złotą Hałdę Pan Tealight zamyślił się. Spoglądając na oddalającą się wiedźmę i główkę, która usnęła przy jego stopie przypomniał sobie, iż z kobietami nigdy nie wiadomo. W dziwny sposób i wiedźma i główka, wciąż nieby były, jakkolwiek tego nie można było z nich wyplenić, jednakże, normalne to one nie były.

Podrywając się ponownie do lotu miotła prychnęła, ale nie strąciła Pana Tealighta. Facetom trza było pozwalać na wiele, nawet na wiarę, że… wiedzą. Miotła, jak wszystkie z jej rodu była księżniczką, której nikt nie pokochał. Piękną, jak one wszystkie, powabną, ale… w owej nadmiernej ilości księżniczek wszelakich widać nadmierną. Starzała się powoli. Ale w końcu nadszedł i jej czas. Jak każda z księżniczek niechcianych zmieniła się w miotłę wiedźmy. I wiecie co? Była z tej zmiany całkiem zadowolona!”

PS. „Synowie boga” – zarębiści!!! A nowa wygrana za to – CZEGO NAJBARDZIEJ NIE ZNOSISZ W OSOBIE, KTÓRĄ KOCHASZ:

„Ależ gdzież bym śmiała czegokolwiek w Nim nie znosić – przecież jak znam życie to on i tak to przeczyta, nie… no i zaraz się oburzy, obruszy i w ogóle – chociaż może zaryzykuje. No bo wiecie o miłość chodzi. No o to, że ona jest jak najbardziej jest, ale jakoś tak on nie potrafi mi uwidocznić tego, że w nim też jest, znaczy ta miłość. Żeby nie było nie pisałam o mlaskaniu, no w ogóle o nim nie wspomniałam. No kocham Cię Koteczku 😉 I o tych innych rzeczach jak CHRAPANIE, że kurde ściany tańczą też nie pisałam 🙂 LOVE :)”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

CHCICE Pożartej Przez Książki…

Marzy mi się… no marzy zastęp listonoszy – listonoszów – paczkonoszów i ogólnie silnych, mocarnych, aczkolwiek też i elokwentnych dźwigarów fajnych prezentów i giftów, co to będzie mnie nawiedzał – no ten zastęp mnie będzie nawiedzał – dzień w dzień, no codzień i ogólnie mówiąc często.

Tak mi się to marzy.

Nie, no pewno, że mam co czytać – w moim przypadku znacy to NA RAZIE 🙂 – ale jakoś tak miło jest jak książki – no dobra mogą być i inne prezenty – przychodzą. Jakoś tak jest, no wiecie, jakby zawsze był Jul 🙂

Co czytam? A to:

Skąd mam? No stąd:

PS. Nowe recenzje: „Tajny wywiad cara Grocha”, „Hakus Pokus” i „Wintercraft”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

PRYSZNICOWANIE Przez Książki Pożartej…

Jakkolwiek wciąż ubolewam nad marnotrawieniem czasu pod prysznicem – czytaj: nadal wiedźma nie znalazła sposobu coby czytać, pisać i prysznicować się jednocześnie – takkolwiek dziś to mój prywatny Utopiec Ekshibicjonista, no i jak podejrzewam pewnikiem słusznie masochista i ogólny sadysta, ogólnie i dobitnie zaprotestował. Protest był wilgotny i donośny, zamoczył mocniej nader cudnie miękki papier doodwłokowy i ogólnie całą łazienkę. Protest także nie wynalazł, co chcę nadmienić, sposobu na czytanie pod prysznicem. A kurcze nagroda rańcem przyszła – tak jak lubię, budzę się, a Admin mówi: listonosz książkę przyniósł… a ja się znowu budzę i znowu i w końcu wiem, że to nie sen…

Trzeba przyznać, że w edyp.com.pl słowni są, no i ogólnie mówiąc jak powiedzieli, że wysyłają to wysłali…

No i książkę mam, czytać można, a tutaj Utopiec wariuje… i to DLACZEGO? Bo peeling ma za duże grudki. Bo on nie po to się przenosił z kamienistej plaży do mojego odpływu, coby teraz nie dość, że zielonkawym, to na dodatek gruboziarnistym peelingiem go męczyć. I się zgniłek rzuca i marudzi… No myślę, walnę go tubką z rzeczonym i grzesznym w swej nadmiernej twardości peelingiem, a spora, ale z drugiej strony pierun wie jakie prawa mają Utopce?

Niby mam gąbkę, wiecie masochistycznie chropawą, no zero czułości dla siebie samej, oj tam, nie te lata… ale nie zmarnuję jej na lanie Utopca, który pewnie by się ucieszył, zboczeniec!!! bo taka gąbka to towar deficytowy… No i tak do porozumienia doszliśmy, że on wysiorbie resztę tej różowej pianki co tam została w wielkiej butli, a ja mogę się peelingować. Pewnikiem do czasu… Już teraz się zastanawiam – a jest nad czym bo szepczą – co tam kombinują Diobły co to dotąd tak cicho siedziały.

W ramach dokształcenia czytam „Tajny wywiad cara Grocha”. A co.

Mój świat może i bajkowy, ale upierdliwość ma zwyczajową.

PS. Muminki sprałam przy pomocy Buki, Hattifnatów i Małej Mi. Miś Śnież odzyskany, a te trolle to kurna przekręt jest na masową skalę. Cioci Rysi dziękujemy za wsparcie 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

WYGÓDKA, czyli obserwacje dogłębnie pogłębione…

„Niewielu wiedziało, że obok „Sklepiku z Niepotrzebnymi” znajdowała się Wygódka. Nawet ci najwierniejsi bywalcy tej niecodziennej placówki, choć nie oznacza to, iż często ją odwiedzający… ot taka sprzeczność postrzegnia i interesów, sporadycznie zdawali sobie sprawę z jej drewnianego istnienia. Co dziwniejsze, o ile z łatwością można było wytłumaczyć jej – znaczy się Wygódki – niepozorność i serduszko wyryte w drzwiach, obwiedzione różową emalią, tak braku zapachu, charakterystyznego dla takowych przybytków, już nie…

A jednak była tam. Trwała, choć jakże chwiejna w ramionach jakiegokolwiek powiewu. Stały wymiar wszystkich bytów, choć ewidentnie wykonana przez człowieka… choć może wszyscy się mylili? Bo w rzeczywistości Wygódka była duszą wszystkich takich miejsc. Owych wstydliwych, pomijanych, a jakże potrzebnych, nieodzownych. Duszą wygódek, nocniczków, kibelków, toalet, dołów kloacznych, ale także i kup pozostawionych samotnie w pobliżu leśnych ścieżek. Tych wstydliwie przykrytych kupką liści, czy też bardziej bezczelnie, zmiętym skrawkiem papieru wygrzebanego z ulgą z przestrzeni kieszeniowych. Patronką obsikanych krzaczków i pni drzewek, niewielkich dołków wyrytych w podłożu, zużytych pieluch, zasikanych elementów garderoby, popuszczania oraz… starych archeologów.

Była patronką tego wszystkiego co maksymalnie nie chciane, czego pozbywano się z ulgą, Panią Ulgi, ale też powierniczką wszelkich sekretów. Oraz tą, która zbierała samotne dusze wszelkich Babć Klozetowych. Dumnych ze swojej, jakże niezrozumiałej dla innych, misji. Bogiń, które dzierżąc w jednej dłoni rolkę papieru, albo tylko plik pociętych gazet, a w drugiej szczotkę i szmatę, wiedziały o świecie naprawdę, dogłębnie wszystko. Prawdziwych Władczyń, w których gestii było ulżyć, albo na wieki, tym przeklętym, owym bluźniercom nie dostrzegającym ich specyficznego piękna i posłannictwa, zamknąć wrota do Świątyni Spełnienia.

Wygódka była jedyną siłą, z którą nikt, nawet Pan Tealight, się nie miał zamiaru nigdy mierzyć. Zresztą jak wielu, była zwyczajnie od niego wyższa.”

PS. TANTARARARADAAAAAM!!! Przybyły moje nagrody z nakanapie.pl, książka do recenzji – „Synowie boga” oraz wzbudzająca wielką radość oraz permanentnie zaskoczenie, cudowna kartka urodzinowa!!! Bardzo dziękuję!!!

PS. Tę część opowieści na pewno zadedykuję RedNaczowi. No wiecie, te Off-siki 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Jak Pożarta Przez Książki drzwi zgubiła…

Tak więc, wiem, nie zaczyna się zdania… OKEJ! Obudził mnie rano Pchlarz Wszarz Rzyguli zwany równierz Opadem Radioaktywnym i Budzik… no czyli Stefan The Kot, co to dziwnie mało chyba jest kotem, podejrzewam, iż nocą zmienia się w ludzia; no i tak ogólnie to wcale nie jest mój.

A potem zabrali mi drzwi.

Wieje na Wyspie jak nie wiem co, Wrony pouciekały Mewy zakrzyczały w porcie… dopiero potem syreny oznajmiły, że mamy katastrofę ekologiczną – no małą, ale jednakowoż wiecie, to mały Kraniec Świata – a ci mi jeszcze drzwi zabierają. I to wejściowe.

No GŁÓWNE!!! – bo jakby co to na Wyspie drzwi zawsze jest co najmniej dwoje. Znaczy się takich wejściowych…

Nie wiem jak u Was, ale u mnie drzwi są ważne. Całkiem tak jak dach. I czułam się do nich przywiązana, niekoniecznie łańcuchem i kajdanami przyparta, ale jednak była między nami więź. Ja je stroję odpowiednio, tudzież mniej odpowiednio i wulgarnie fantazyjnie, a one starają się niektórych ludziów nie wpuszczać. A teraz musiała ściągnąć amulety i dzwonki, kręgi i różne tam takie pierdołki, to co chroni i odpycha, a co gorsza, to co przyciąga też… I pożegnać się z drzwiami, które obecnie przypominają smętną kupkę opału w kolorze… kobaltowym 🙁

Oj pewno, po trzech godzinach mam nowe drzwi. Ale tak wciąż jakaś naga się czuję. Dobrze, że choć wczoraj wygrałam książkę, to mogę się pocieszyć i wiecie co, no jest na co czekać. Znaczy się Pożartej Przez Książki głód nie grozi. I to jeszcze wygrałam jak nigdy chyba – w losowaniu i od razu napisali, że wysłali… no dobre ludzie na www.edyp.com.pl !!! Będzie czym napchać ssący żołądek, co to nakarmił sie w nocy dwoma tomami: „Wintercraft” oraz „Hakus Pokus”.

Dwie powieści z kompletnie dwóch różnych bajek… zaraz będą recenzje 🙂

A! Zaraz, nie powiedziałam co wygrałam 🙂 „Przekleństwa miłości” Anita Shreve – i cieszę się bo autorkę znam trochę, no i jakoś mnie tak kręci. W końcu nie mogę tylko w tych wiedźmach i smokach siedzieć 🙂 Chociaż mogę… Ale teraz na straganie w dzień bezdrzwiowy czytam to:

PS. Z ostatniej chwili wygrana też nakanapie.pl – „Bajki dla niektórych dorosłych”. Serdecznie Wam polecam konkursy na tym portalu, bo to miłe ludzie i na dodatek roumieją Pożartą Przez Książki, książkoholików, wąchaczy i ogólnie… książki 🙂 Czekam na 4 książki od Nich i aż mnie coś swędzi na myśl o gorących tomach!!! Zaraz, od Naczelnego też czekam? 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz