Problemy Pana Tealighta…

„Wszystko zaczęło się od Jasia i Małgosi.

Pan Tealight właściwie kiepsko znosił wszystkie osobniki poniżej wielku w miarę dorosłego, ale definicyjne dzieci działały mu na nerwy. Ta dwójka jednak mogła stać się powodem, by jednym kichnięciem zdmuchnąć z mapy świata wszelkie bachory. Nie dość, że doprowadziły Babę Jagę do bulimii i anoreksji, jej miotłę do skompilownaych napadów lękowych, kot stał się psem, a mysz serem, to na dodatek wciąż pchały się do pieców. Jednak tych w sklepiku było wiele. Porzucone, zimne i dziwnie osamotnione, z czasem stawały się mieszkaniem dla chochlików, krasnali i pomniejszych stworzeń magicznych. Na zapiecku jednego z nich umościły się wszystki pasy cnoty, bardzo spragnione ciepła i pewnej aksamitności. W wielkim, który niegdyś miał za zadanie piec skazane na wieczna solarkę olbrzymki, rozłożyły się zużyte i niechciane wiedźmy. Potajemnie przyjmowały czasem najbardziej zdesoerowanych obywateli Wyspy, ale nikt o tym nie mówił.

Ba! Nawet nikt o tym starał się nie myśleć…

A jednak Jaś i Małgosia, odziani w swoje dziecięce, frywolne fatałaszki, wciąż pragnęli dotykać piecowyh serc. Bawili się na wielkich łopatach i wieszali chrzanione stokrotki na ich drzwiczkach. Piece nie mówiły nic. Ale stare pułapki na myszy zaczęły obmyślać krwawy plan. I wtedy Pan Tealight postanowił zwyczajnie zrobić sobie wolne. I choć jego osobowość jak zwykle sprawowała władzę w sklepiku, to jednakowoż jego specyficzna cielesność postanowiła opuścić przyczółek niepotrzebnych. Może i nie miał oczu, ale czasem zwyczajnie wolał niewidzieć.

Problem w tym, że i na zewnątrz coś się działo. Wiatr wył bardziej potępieńczo niż zwykle, a za rogiem Pan Tealight przyuważył stojące w kolejce dusze, któe postanowiły zatrudnić się w owej fascynującej orkiestrze. wokalistów wiatrom na pewno nie zbywało. Ale powód owej muzyczności umarłych zaniepokoił Pana Tealighta. A właśnie miał odetchnąć pełną piersią. W końcu po Jasiu, a i zapewnie rozwydrzonej Małgosi pozostaną tylko krwawe ślady… niepotrzebne. Tak powinno być z tymi, co to wsadzają nos w nie swoje sprawy, łakomymi, podłymi odbieraczami domów, niszczycielami przestrzeni osobistej… Taaak… Pan Tealight wyczuwał w powietrzu sukę. Sukę Depresję, szczurzycę, psa dingo obsikanego żółtym, cuchnącą zombimy wyziewami moczem, rozoraną przez pełnych swej obłamującej specyfiki trądowych artystów.

To oznaczało problemy u wiedźmy Pożartej Przez Książki… problemy, z którymi bardzo bał się zmierzyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Czytu czytu czytu… uwielbiam tego autora!!!

PS. Konkursowo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Bo Bornholm wali szczypiorem…

„Wiosną Wyspa zwyczajnie, nieprzejednanie, tłamszcząc nawet wszędobylskie „kupowe noski”, no szczypiorem wali. Nie wiem o co do końca chodzi, może i jest w tym jakaś magia? Może przed wiekami, gdy Bornholm był Wyspą Kobiet – wieszczek, prorokiń i wiedźm wszelakich, szczypior swą mocą, prawdopodobnie ową wysublimowaną specyfiką olejków aromatycznych sic!, odganiał może wampiry, zombie, lub też niechcianych turystów? Owłosionych żeglarzy spragnionych damskiego towarzystwa i eksploracji nadbyt dobitnej? Może do tego służyły towarzyszące szczypiorowi pokłady dzikiego czosnku?

Nie wiem…

Ale na bogatych turystów Wam powiem, że na pewno sadzono pietruchę. Fakt jest taki, iż ziele owe rośnie wszędzie, ale marnie smakuje. Jak jakieś magiczne szaleństwo, chichrając się cicho zza dzikich, żółych tulipanów, przylaszczek, tych fioletowych, co nie wiem jak się zwą, i nagminnie wbijających się w kamienie żonkili… wygląda pietrucha w tych swoich pierniczenie zieloniutkich radością listkach, jak jakieś pieprzone słoneczko. Osobnik wielce radosny, keep smiling i ogólnie jutro ma być lepiej.

Dobija mnie…

Gdy staram się pietruchę radykalnie, bezlitośnie i na amen wieki wieków of course! wyprosić z ogródka widzę, że największe skupisko pietruch znowu tańczy wokół południowo-zachodniego rogu domu. A wywalałam ją już… dość niedawno. Czy ktoś zasadził ją specjalnie? Czy to zwyczajnie kolejne ziele, magia, której nie znam?

Podobno wpływa na trzeźwość… umysłu, ale jakoś tego serio nie widzę.

Na pewno pozostaje wiele spraw, co do których nie dość, że pozostaję w błogiej nieświadomości, to na dotatek one ciągle, boleśnie depczą mi po piętach, plują bezczelnie na głowę i szarpią za boczki. Chichrają się dobitnie, rechoczą głośno i często podstawiają mi… nogi. Jeżeli dyć w ogóle są w nie wyposażone… czy są?

Znikąd pomocy!!!”

(„Słuchając Wyspy, nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

PS. Listonosz na dziś długo oczekiwany 🙂

Oj i pewno, że podziękowania jak zwykle dla Wydawnictwa Prószyński i Ska, bo wysłali nagrodę. A to rzadkie… Oto, co napisałam, w znaczeniu co chcę w Pensjonacie przeczytać:

„A ja to bym chciała wiecie taki „Happy End”, ale taki, co to się nie kończy. Żeby wciąż sosny szumiały, dookoła biegały pieski, a nad jeziorkiem siadali panowie z brzuszkami i moczyli te swoje kijki 🙂 Żeby nikt już nie niszczył malowniczeg…o domku, ale by ten stał się azylem dla zbolałych, trochę nie do końca przystosowanych do codzienności… Chciałabym, żeby wszystkim się zwyczajnie udało, ale najbardziej panu Dyziowi. Żeby wielu go doceniło, ale przede wszystkim on sam siebie. Żeby Anna, cudowna właścicielka Pensjonatu dała sobie szansę na miłość i jej nie przegapiła, a Florek? Cóż, on chyba juz wybrał swoją nową Mamę. I coś mi się wydaje, że akurat ta Mama go nie zawiedzie. Bo wiecie co? Czasem, gdy nie ma się rodziców dziecko zadaje takie pytanie całkiem obcej osobie. Jakoś tak czuje, że akurat ta pani/pan by się nadawali – Ja tak zrobiłam, więc i jemu życzę powodzenia! Oj na pewno ślub mi się marzy, a najlepiej to kilka. Hurtowo do ołtarza!!! Szyszka też!”

A to kartka od mego Admina. Pisujecie jeszcze do siebie? Wiecie no po latach bycia razem? To świetna sprawa…

No i oczywiście, że chcę dostać „Z ciemnością jej do twarzy” 🙂 „No jak każda kobieta, wiadomo jestem przekonywująca i nieprzewidywalna. Czepiają się tych węży we włosach, a co niby wszy lepsze? A taki wąż to pożyteczna sprawa jest. I jaki przydatny w ramach obronnych. Że co? Bogini gwałtu? Ależ Panie Wł…ądzo mi nic nie udowodniono – Pan mnie patrzy w oczy 😉 Tak mam siostry. Ale moje imię to Medusa. Pan odsunie tego ryczącego jednorożca ode mnie, nie działa na mnie, nie zginę od łez, no i patrzy się mi w oczy… spokojnie niech się Pan tylko patrzy, odnajdzie Pan tam spełnienie, odpowiedź na każde pytanie. Gdzie te łapy!!! No jak zwykle z łapami. Następnym razem mniejszy dekolt założę!!! Oh, Pan z alabastru, miło, nada się nowy krasnal do ogródka.” Kurcze fajno by było być meduzą, albo inną Gorgoną 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight uderza ponownie…

„Przystanęła przy bankomacie. A raczej przycupnęła przy nim idealnie niewidzialna w swej sporej cielesności. Pan Tealight obserwował ją od dłuższej chwili. Niczym zraniony kochanek, spragniony każdej chwili ze swym obiektem pożądania, zawsze gotów chronić… a tak naprawdę, ot zwykły naukowiec obserwujący zachowanie dziwnego osobnika. Zaśmiał się cichutko, gdy wyjęła kartę, jak zwykle udawała wystukując kod PIN i maskując odgłosy pikaniem komórki. I jak zwykle otrzymała tyle ile chciała. Nigdy nie liczyła. Naprężona, gotowa do skoku, gdyby tylko w pobliżu pojawiło się niebezpieczeńśtwo… ale nikt nie zwracał na nia uwagi. Wiedziałą o tym, a jednak objejrzała sie przez ramię. Zaczęła iść główną ulicą najpierw powoli, ale już po chwili biegła. Gonił ją szczęk otwieranych kas i zamków drzwi, rozpinanych torebek, puszczających szwów, pękających sejfów i… to było oryginalne – jednorazowych reklamówek. Jednak najgorszy był hałas myśli. Wszystkich, nawet tych skrytych, któe wydostawały się na wolność i leciały za nią. Przed nimi nie mogła uciec.

Pan Tealight nie zdziwił się, tylko pokręcił smutno głową. Ucieta główka zwana przez siebie samą wyłacznie Ojeblikiem, pokręciła się wokół jego prawej stopy i razem, nierozłaczni, udali się do sklepiku. „Sklepik z Niepotrzebnymi” co prawda otwarty był 24 godziny na dobę, zwyczajnie niektórym owarom czas nie służył za wytyczną, ale obecność Pana Tealighta była obecna w nim nawet wtedy, gdy jego samego tam nie było… Ojeblik też tak o sobie myślała.

Po raz pierwszy… nie, po raz pierwszy – rozmyślał Pan Tealight czekając przed drzwiami na dziewczynę – nie było pierwszego razu, momentu gdy sobie to uświadomiła. Był tylko ten czas, gdy powiedziano jej, że to nie jest normalne. Zwyczajnie nic przed nia nie zostaje zamknięte. Tylko ona jest niewidoczna dla każdego… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przeczytany „Krwawy fiolet” – dzięki konkursom na portalu Duże Ka. I wiecie co, bawiłam się nieźle, a teraz wciągam…

„Mag w czerni” Jaye Wells i wkurzam się na siebie, bo bawię sie nieźle, a nie mam pierwszego tomu, czyli „Rudowłosa” 🙁 Ech, życie…

PS. Recenzje „Krwawy fiolet” i „Purpura imperatora”. znaczy będą jak je wykończę 🙂

PPS. Napisałam na konkurs… z Kamilem Czepielem… hmmm, może zbyt osobiście: „To ten co się boi. Ten, co wie, ze jeszcze ma żyć, ale nie widzi w owej egzystencji żadnej przyjemności. Żyje. Jego serce bije, nazbyt szybko, wdycha powietrze, choć stara się być jak najciszej. By nikt go nie widział, nie słyszał. Nie mówił do niego, ale też i nie słuchał. Zwą go tchórzem, bo sam nie umie sobie odebrać życia… a jednak, jest odważnym. Najodważniejszym. Nie umiał się nigdy wpasować w ten swiat. Zawsze zauwazając nadmiar cierpienia, nie chcąc sprawiać bólu, powoli się wycofywał. Dawali mu kolorowe pigułki, ale one niczego nie zmieniły. Wszystko jest tylko otoczeniem, bo widok z okna jeszcze kocha… na razie. Może i niedługo, ale jeszcze oddycha. Znajduje siłę na wdech i wydech. By czuć ból i strach… irracjonalne dla innych, przejmujące dla jego empatycznej duszy.” – odpowiedź na tekst:

„Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!

Cóż to za człowiek? – Umarły.”
… ale czy na pewno?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Trzej Druidzi ze Svaneke…

„Właściwie nikt ich nie zauważał. Byli jak stały element krajobrazu wtopiony pomiędzy mały kiosk i pozostałość po świetności wielkiego, żółtego domostwa. Między wykorzystaną przestrzenią handlową, a duchami tych druidów, którzy siadali na tych schodkach przed nimi. Jak jakaś niezidentyfikowana, ruchoma rzeźba, która zajmuje się wyłącznie obserwacją toczącego się dookoła niej życia. Przycupnięci na schodkach, z nieodłącznymi rowerami, fajkami, morskimi brodami i rękami rytmicznie unoszącymi do ust – bo w tych brodach musiały być przecież jakieś usta!!! – butelki piwa.

Po prostu byli.

Jednak jak wszystko na Wyspie i oni zajmowali istotne miejsce w całym ekosystemie. Wielu uznawało ich za „lokalny koloryt”, inni odwracali się zniesmaczeni na widok sopli soli, które zwisały z lekko znoszonych kurtek… Oni patrzyli. Nie oceniali. Ale też i nie milczeli. Przyajmniej czasami. Czasami przemawiali i wtedy wszystko się zmieniało. Nawet wiatr cichł i fale zamierały, wszyscy słuchali.”

(„Słuchając Wyspy, nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

Tramtaramtam!!! Nagroda z nakanapie.pl 🙂

Widzieliście jakie mają fajowe zakładki!??? To się nazywa reklama ładna no i… jakże użyteczna!!!

I cieszę się strasznie, bo udało mi się wygrać „Pensjonat Sosnówka” – tak premiera na Targach, a ja może w końcu dokończę recenzję tego tomu, który mogłam czytać jeszcze przed drukiem… i trochę chyba wiem co się stanie, ale nie do końca!!! oraz zdobyć książkę „Niebo nad Maralal”. Bo BLUSZCZ też fajny jest… no chyba, że mi nie przyślą książki, to będzie kanał 🙁

A TERAZ KTO IDZIE NA TARGI I KUPI MI TAM NAJNOWSZEGO PRATCHETTA?!!! PROSZĘĘĘĘĘĘ!!!

PS. Recenzje „Panna młoda w śniegu” i cyklu książek Camilli Lackberg.

PPS. UDAŁO MI SIĘ SKOŃCZYĆ… NO TAK PI RAZY DRZWI OKO POWSZECHNY SPIS KSIĄŻKOWEJ LUDNOŚCI!!! STANĘŁO NA 2229, ALE uzmysłowiłam sobie, że kilka cykli książkowych wpisałam w jednej linijce… ale i tak fajno!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pożeranie Pożartej Przez Książki, nietypowe…

„Czasem myślała, że byłoby łatwiej gdyby pożarła Wyspę. Pochłonęła po kawałeczku, zawładnęła nią tak samo jak ona opętała jej ciało i ducha. Wcisnęła w siebie każdy kamień i każdą garść ziemi. Pochłonęła drzewa i rośliny, ptaki z ich dziwnie ludzko brzmiącymi głosami i zwierzęta, tak często nieświadome ogólnego zła wszechświata. Umieściłaby w swoim łonie wszystkie małe domeczki z niskimi sufitami i te białe, chwiejące się płotki. Zagubione, różane ogrody znalazłyby miejsce gdzieś tam w okolicach dziury po wyrostku, a kopce lawendy, które nauczyła się kochać, tak bliżej serca. Wsadziłaby do głowy cały ten błękit i inne niebieskoścki, tą niebiańskość i morskość… gdzieś koło serca tego zawsze tak cudownie śpiewającego ptaka, który siada na gałęzi najbliższego jej drzewa, a w okolicy stóp wszystkie mchy i porosty, by zawsze stąpało jej się miękko z takim ładunkiem.

Wiosenne, leśne, dzikie i wiecznie pląsające kwiaty znalazłyby się blisko uszu razem ze skrzatami i trollami, baśniami i legendami, których jeszcze nie usłyszała. W pobliżu, wokół serca pozostawi miejsce dla zimowych cudów, a wiosnę i lato zepchnie gdzieś w okolice pośladków… jakoś nigdy nie przepadała za potem i smażeniem się na piasku.

Drogi? Te polne umieści w dłoniach, by dobrze się kierować, razem z morskimi latarniami, o których świetle już wielu zapomniało. Te wijące się ciemne drogi w okolicach ud, czasem lepiej o pewnych rzeczach nie pamiętać… Magię, cała magię, skupi na powierzchni skóry i wplącze we włosy razm z tak specyficznie śpiewającym wiatrem i hukiem fal. Wplecie w nie też słone kropelki i muszle, których już nikt nie zauważa.

Będzie bezpieczna ze swoim ładunkiem… otoczona kulą, z wiecznym snestormem w srodku…

Brzemienna Wyspą mogłaby ją chronić…”

(„Słuchając Wyspy, nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

PS> No a tutaj książka wygrana i dostana, co najważniejsze 🙂 Podziękowania dla Książnica Polska!!!

No ale najważniejsza niespodzianka dotarła z Brazylii. Cudowna, zaskakująca i nostalgicznie piękna. List. Oto zapomniana moc przekazywania wiadomości i myśli, skupiania uczuć i sił wszlekiej magii. Niezależnej od pętającej ją nazw 🙂 Sophia to taki dziwny cud, który stanął mi na drodze przez całkowity przypadek i pozwala na przyjaźń. Tą prostą, może lekko naiwną? może i silną siłą młodości, dziecięcą prawdziwością… nie wiem.

Ale jest to piękne.

Tak po prostu piękne.

Zawsze kochałam pisać listy. Ale dostawanie ich jest jak Noc Przed Wigilią, najlepsza, ciepła oczekiwaniem, gdy jeszcze wszystko jest możliwe.

Tym bardziej, gdy ma się świadomość, iż trzymał ten list ktoś, kto akurat wyganiał z pokoju WIELKIEGO PAJĄKA!!! no dobrze, to jest niedobra myśl, jednakowoż ja mam wyobraźnię 🙂

Ważniejsze, że ten ktoś, czyli Sophia, dobrze wie, że kocham książki. Choć pewnie nie wie, wysyłając mi tą zarębistą zakładkę, iż jest to typ zakładek, które gubię nagminnie 🙂 Po prostu zostają w ksiażkach, notatnikach i tyle… jakś tak się przyczepią tymi swoimi magnesikami i umarł w butach oraz kapocie na amen!!!

Zawsze fascynują mnie znaczki i pieczątki. To taki dziwne, że ten list był gdzieś, gdzie ja nigdy nie dotrę. No co… kocham swoją Wyspę, nie chcę jej opuszczać 😉 No i te pająki!!! Wiecie jakie ona ma w tej Brazylii robale! Myślałyśmy o założeniu knajpy McRobals by Sophia. Ona łapie, ktoś tam je przyrządza, a ja czerpie zyski 🙂 Może to i trochę jednostronne, ale wiecie, ja się ich panicznie boję. To dlatego wysłała mi prezent cudowny, ale przemyślany i sieciowy 😉 Co nie zmienia faktu, że cudny 😉 Niby wiem jak to się robi, ale zawsze mnie to fascynuje…

A i jeszcze kartka… A wiecie co jest najlepsze? Teraz ja znowu odpiszę jej 🙂 Problem w tym, że bazgrolę strasznie, a na dodatek nie mam cudnej papeterii… kurcze no!!! 🙂

THANK YOU SOPHIA… FOR THIS THAT YOU ARE 🙂

And I love everything in Your letter… but I am blushed! And just speechless!!! And… love You 🙂

PS> Powszechny Spis Książkowej Ludności wkracza powoli w fazę końcową… Oto numer 2033!!! Ale mam książkową rodzinkę, nie ma co. Wiecie jednak co jest dziwne? Gdy mówię, że chcę coś przeczytać, niektórzy ludzie twierdzą: Po do ci książki, przecież masz w domu tyle!!! Niewyrozumiali, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Szeleszczenie i opad magii wiedźmy Pożartej…

„Nie było istotne jak bardzo się starała, no i tak wszystko odbijało się od ściany i rozpryskiwało na miliony kawałków. Wsychało w ziemię, pożerały je ptaki, trawiły robale… rozwiewał wiatr i rozklejała woda. Magia nie odpowiadała. A ona bez magii czuła się tak bardzo samotna, tak bardzo bardziej nijaka i nieistotnie zbędna. Odpad. Szeleściła, ale jakoś tak nader smutno, jak pierniczony romans, który jednak nie kończy się dobrze… może i są pocałunki o zachodzie słońca i fale rozbijające się o brzeg – tak właściwie dlaczego nie wschody słońca i nie brzegi piorące się z falami? nie wiem… Może i są te „happy endy”, ale tak naprawdę po odegraniu swych ról bohaterka wraca do bycia cuchnącym Kopciuchem. Potarganą dziewczynką z fobiami i nerwicą natręctw, co to kocha liczyć groszki grochu.

Nawet One Trzy umilkły, dziwnie rozmyły się w jej głowie… dusza zdawała się rozpadać na kolejne cząsteczki. Ale to nie była nowość. W końcu wszystko zaczęło się od domu na Kirkevej 9 i zjawy. Od razu czuła, że nie powinna tam zamieszkać, że będzie to koszmar, bolesny, trwający… ale wiedziała też, iż jak zwykle nie może spierać się z Losem. Miała nadzieję, że Matka Bogini Wyspa ją przed tym uchroni, ale ona tylko odwróciła swoją głowę. Poczuła się oszukana. Tak bardzo zdradzona i odepchnięta… ale wciąż umiała sobie to wytłumaczyć. Zwalić winę tylko na siebie… egoistycznie trwająca w masochiźmie… wariatka, dziecko specjalnej troski, zbędny element układanki, nawet nie piąte koło, to raczej szóste czy siódme, które stanowi tylko nadbagaż.

Czuła, że rogi jej książki się pozaginały. Okładka, wymięta przez zbyt wiele dotykających ją dłoni nie mogła już utrzymać kartek. Była książką i książkami, była szelestem, zagubionymi myślami, oderwaniem od rzeczywistości, ale była… tylko dla innych. Dla niej samej nie było już niczego i… nikogo.

Była istotą nicości. A jednak odczuwała ból, piękno, palące słońce, piekące kropelki wody, jakby oczyszczenie było dla niej niedostępną łaską. Musiała tutaj zamieszkać. Miała tylko nadzieję, że kiedyś uda się powiedzieć to w czasie przeszłym.

Czuła zjawę. Kobietę w koszuli nocnej, zaplątanej wokół kostek, jasnej, choć dziwnie przysmolonej. Informacja o pożarze, który miał tutaj miejsce ponad 100 lat temu też przyszła szybko, ale nic poza tym. Ona też nie chciała nic powiedzieć, ale ostrzegła co się stanie, jeżeli nie odgadnę jej tajmenicy. Ostrzegła stojąc nad ciałem jej męża i ciesząc się moim strachem. ostrzegła spoglądając na moją magię i wyśmiewając jej moc. Ostrzegła… przeraziła. Wiedziała, że tym razem wygra. I choć wicąż pamiętam jej wykrzywione, leżące obok mnie ciało, te nieme usta, czerń przełyku, otrość oczu… to jednak nie jestem pewna, czy mi się uda.

Może wiem, iż jest to niemożliwe? Może też wiem, że to co jej uczniono było czystą zbrodnią. Uśpieniem czujności miłością, porzuceniem w piwnicy, spaleniem ciała, zbeszczeszczeniem ducha. Morderstwem doskonałym, na zawsze. Wymazaniem imienia ze wszystkich ksiąg… Ale to jest mój strach, mój mąż, moja rodzina i moja walka.” („Morderstwo w Listed, czyli powszedni trup” Chepcher Jones)

PS. Chcę dostać to w prezencie (rozm. 14 lub 17???) i potrzebuję srebrnego athame, małego, mieszczącego się w mojej dłoni… o ostrzu krótszym niż 15 cm, oraz bolline. I to mnie kręci, srebrny z misiem 😉

Powszechny Spis Książkowej Ludności dobrnął do miejsca 1856… już wiem, że będzie ponad 2 tysiące rodziny 😉 a to czego pragnę tutaj. Lista książek, które MUSZĘ przeczytać 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Morderstwo w Listed, czyli kolejne powszednie zwłoki…

„Moja własna, jedyna Babcia, dobrze wiedziała co się święci. Znaczy podejrzewam, że z początku miała nadzieję, iż w tym nudnym, trochę może dziwacznie zafascynowanym, gadającym do siebie dzieciaku, będzie tylko owa skromna normalność. Wytrwała w tym przeświadczeniu ponad 30 moich lat. Niestety tuż po śmierci swojego najstarszego syna wydało się. W ten sam sposób ja dowiedziałam się, że to nie tylko mi się te zwłoki materializują w różnych momentach życia. Iż nie tylko do mnie przychodzą ludzie w jakiś dziwny sposób ze mną związani… Babcia umiejętnie przemilczała swój strach w oczach, a ja żegnając się z nią wtedy, siedzącą przy piecu w starym fotelu, czułam, że to ostatni raz. Coż, z drugiej strony Dziadka też przede mną ukrywała. Żyłam sobie 18 lat w przekonaniu, ze skurczybyk nie żyje. Potem nagle się zobjawił i okazało się, iż tylko ja byłam taka durna, by trzymać się tego co mi mówiono.

Cała reszta tzw. familii Dziadka znała.

Pierwsze spotkanie? Cóż, no wystraszył się mnie. Jakoś tak działam na tych kochających procenty. Ale wtedy to było coś innego. Poczułam, tak wiem to dziwne i może mało skromne, ale to poczułam… respekt. Po raz pierwszy w życiu ktoś się mnie tak bał… Dziwne uczucie.

Władza.

Wiedziałam, że jest tym „wiedzącym”. Potrafiącym zakląć śmierć w lepione naczynia, ale… pozostało za mało czasu, a we mnie nie było chyba owej siły, ani odwagi, by uzmysłowić sobie pragnienie poznania. W końcu zmarł. Znaczy się tak mi się zdaje, iż tym razem na dobre. Przyszedł do mnie, ale tylko jako mgnienie. Nie wiem dlaczego… dlaczego nie pozostawił mi więcej wiedzy, a może znowu ktoś mi nie powiedział czegoś, co dla innych nieistone, dla mnie mogło być początkiem drogi, owym krańcem sznurka prowadzącym do motka?

Właściwie odpuszczam sobie wiedzę dlaczego ja… tylko nie rozumiem jednego. Dlaczego teraz tuż obok mnie pojawiają się ci, których mogłabym określić jako obcych? Nie łączą mnie z nimi więzy krwi, ani nawet jakiegokolwiek poznania. No nie znam tych zwłok, więc dlaczego przychodzą do mnie? Ja naprawdę wole trupy raczej bardziej zleżałe, forma very slim and no fat!!! A nie świeżutkie. I nie ładnie mi w krwistej czerwieni, no kompletnie do mnie nie pasuje, ani do twarzy ni do dupy, błękity wszelkie, to a i owszem, ale w zimie i tak nie chcą zamarznąć wcześniej, tylko przyłażą takie ciepłe, toczące jeszcze posokę, dudnące nie odeszłą duszą… Powszednie trupy.

Cóż, każdy ma jakieś problemy, nieprawdaż?”

Fabryce Słów, a w szczególności Autorowi, dziękuję serdecznie za książkę. Jak tylko skończę cykl opowieści o morderstwach z Północy zabieram się za ciąg dalszy: „Wergeld królów” 😉 Teraz „Kamieniarz”.

No i suprajs wczorajszy, cudny, nieprawdaż? 🙂 Od Cioci Rysi, której druga powieść już na dniach!!!

… kurcze ponieważ mam taką sławną Ciocię, to te autografy wiecie, chowam i będę milionerką 🙂

KOCHAM PIERNICZKI!!!

I KRÓWKI TEŻ 🙂 nie mówiąc o półmetrowej czekoladzie!!!

PS> Ogólnie jest źle, ale takie informacje trochę rozjaśniają… a może raczej przyciemniają to co boli i męczy 🙁 i tą cholerną bezradność!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Utopia życia Pożartej Przez Książki…

Tak, to chyba jest jakaś utopia. Idealne państwo, o idealnej strukturze, która choć czasem się wali, to jednak bardzo szybko można ją poskładać, przetasować i… nikt nikomu nic za złe nie ma. Tylko tutaj wybaczenie jest zwyczajne, jak naturalność otoczenia. Oczekiwania może i lekko wygórowane, ale w końu należy się rozwijać. Jednak najwspanialsza jest owa bezklasowość.

Nikt nikomu nie wypomina wyglądu, inność jest wprost wymagana i w cenie, a odrębność rasowa zwyczajnie dodaje pieprzyku każdej sytuacji… Cóż, takowa utopia możliwa jest tylko i wyłącznie na półkach z książkami – czyli po ludzku mówiąc, tudzież wroniemu, chodzi o sterty książek tworzące moje gniazdo!

Książki nie marudzą, nie krzywią się, że mają stać akurat jedna obok drugiej. Może i niektóre czasem się puszą, ale tak z prymrużeniem papierowego oka. Twarda oprawa tuż obok miękkiej, kieszonkowe wydania wyżej, cięższe, opasłe tomy wolą chyba jednak te niższe rejony.

Historia dumnie wspomaga beletrystykę, a fantasy nieźle współdziała z klasyfikacją narzędzi z epoki kamienia. Fikcja zagląda ukradkiem w głąb biografii, a znowu dramat, może i spragniony wrażeń, zapuszcza żurawia z zakładki wprost w ramy horroru. Nikt się nie wydziera, nikt nie marudzi. Każda z książek cichutko chowa zasuzone w sobie skarby i wspomnienia, czekając aż znowu do nich zajrzę. Łaszą się czasm niczym koty, by je choć dotknąć, pogłaskać po brzegu okładki, podrapać o tutaj w dolnym rancie grzbietu… bo coś je tam zaswędziało. Nie, wcale nie znaczy to, iż są pokorne. Wprost odwrotnie, nieobliczalne prowadzą własne potyczki i wygrywają wojny… na słowa. Bezkrwawe, intelientne i błyskotliwe. Każda w końcu ma coś innego do opowiedzenia.

Dumne ze swojej różnorodności przyjmują kolejne pozycje w katalogu Powszechnego Spisu Książkowej Ludności… obecnie numer 1680. A ja czytam sobie… kolejną część opowieści ze Skandynawii. „Kaznodzieja” Camilla Lackberg.

Pierwszy tom pożarłam poprzedniej nocy szybko, łapczywie, mocno ściskając palce, byle tylko nie przeczytać ostatnich stron, byle nie zdradzić przed samą sobą, iż może mam rację i wiem, kto zabił 🙂 Bo choć autorka styl pisania ma nader współczesny, nie pozwalający czytelnikowi na oderwanie się, rzucający go od postaci do postaci… to jednak mnie wciągnęła.

PS. Dzisiejszą paczkę sponsoruje Duże Ka 😉 ino nie wiem czy bez Off-sika to się liczy!!! ale w końcu doszła.

PS. Recenzja „Nocna zamieć”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

POKÓJ UMARŁYCH, czyli Morderstwo w Listed dalej…

„Gdy tylko narodził się pomysł „domu”. Magicznej, łączącej ludzi dziedziny życia… gdy tylko dwoje osób połączyła nic wspólnego zrozumienia jego istoty… wiadomo było od czego zaczną budowę. Pokój Umarłych. Położony zawsze obok Kołyski – Pokoju Narodzin. Miał być miejscem dla tych, którzy odejdą. Splotem żyć kolejnych pokoleń ale i poczekalnią dla duchów. Miejscem wyboru. Połączony małą, cieniutką szybką z Pokojem Narodzin dawał umarłym sposobność wkroczenia w życie ponownie. Odrodzenia się w kolejnym z potomków. Nie było żadnych zasad, była tylko cisza i pragnienie.

Tego dnia, gdy kobieta odczuwała pierwsze skurcze, sama decydowała o tym czy zakryć okienko, czy nie? Jednak z czasem kobiety zaczęły zapominać. Rodziny przestały budować domy tworzące wielorodzinne posiadłości, prawdziwe stadła. Duszom odebrano prawo wyboru, możliwość i nadszedł czas chaosu.

O Pokojach zapominano. Najczęściej zamurowane, przyczajone w tych domach, które pamiętały, chowały się obok Kołysek, które już nie były świadkami pierwszych krzyków. Wypełnione duchami, spragnione wyboru, zamknięte tam wraz z czymś najbliższym zmarłemu, pełne dziwnych kukiełek, czekały.

Były cierpliwe.

Zaskakująco cierpliwe.

Wiedziały, że ich ciała rozkładają się na cmentarzach i że teraz właśnie tam, ludzie ich szukają. Ale mylili się. Ci, których ciał nigdy nie odnaleziono, nie posiadali nawet owej zwodniczej możliwości pamiętania o nich. Domostwa budowano inaczej. Wszystko stawało się tak chaotycznie krótkotrwałe, niedokładne. Jednak niektórzy wiedzieli, że duszom należy się specjalne miejsce. Budowniczowie znali legendy. Przekazywane z pokolenia na pokolenie nauczyły ich budować skrytki w każdym z domów. Tworzyli już nie całe pomieszczenie, ale niewielką szparę w życiu przyszłych mieszkańców. Musieli. Jednak byli i tacy, którzy nie zapominali o zmarłych. Świadomi kruchości domów konstruowali skrytki przodków, które miały na celu pozwolić zmarłym wciąż uczestniczyć są madrością żyjącym. Ale nawet oni zapomnieli… Zapomnieli o owym wątku łączącym Pokoje Umarłych i Kołyski.

Dusze pamietały…

– Tam jest trup! –

– Prawdopodobne i nader prawdziwe –

– Misiek, ale trup tam jest!!! – zaczynał brzmieć coraz bardziej rozpaczliwie, a ja byłam zajęta dłubaniem w ścianie. Nie chciałam, żeby mi przeszkadzano.

– Zaczyna śmierdzieć? –

– Co? –

– Czy zaczyna śmierdzieć? Bo jeżeli tak, to jest to nader uciążliwe, ale jeśli nie, wiesz… może poczekać!!! -” („Morderstwo w Listed”)

Przeczytałam… „Nocną zamieć” Johan Theorin. I muszę przyznać, iż to jedna z najlepszych książek jakie czytałam. Zwyczajnie najlepszych… Muszę dorwać inne książki tego autora.

PS. Recenzje: „Ymar” i „Przekleństwa miłości”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

ZUUUO, czyli POŻARTEJ PRZEZ KSIĄŻKI DZIEŃ ZWYCZAJNY…

„Zło czaiło się w pełnym świetle. Miało serdecznie w dupie to, co zwykle o nim mówiono. W cieniu było mu zwyczajnie zimno. Wiosna dopiero się rozkręcała, a wiatr jak zwykle dawał mu wycisk. Pewnie nikt by nie pomyślał, że takie zwyczajowe Zło może mieć tak delikatną strukturę. Zresztą, ludzie dawno przestali je zauważać.

Byli ślepi. Tak bardzo podatni, tak chciwie spragnieni jego towarzystwa, że czuł się niczym gwiazda filmowa. I to ta najwyższego sortu. Bo Zło na Wyspie nie mogło należeć do zwyczajowego gatunku tych osobników. Oczywiście miało manię wyższości, ale przede wszystkim nerwicę natręctw. I to natręctw wszelakich.

Pan Tealight w „Sklepiku z Niepotrzebnymi” zawsze dawał mu na to pigułki z suszonych wnętrzności niecierpliwej przylaszczki, ale tym razem zwyczajnie Zło zapomniało wziąć ze sobą buteleczkę z lekami. Dziś jak rzadko, doprawdy nie było sobą… Nawet jakoś dziwnie nie przeszkadzały mu krzywe ulice, źle odgarnięte zasłonki, niepodlane kwiatki, czy nierówno ozłożone ozdoby w oknach. Zło było dziś kimś kompletnie i permanentnie innym…

Ino kim?”

Idę teraz czytać: „Łabędź i złodzieje” Elizabeth Kostova, jej „Historyk” bardzo mnie wciągnął… zobaczymy co będzie w historii ze „svanekami” 😉 Co jak co, przyznam się, choć recenzja będzie jutro, że no… tak jakoś w przypływie dolszego doła pożarłam „Ymar” Magdaleny Kałużyńskiej, no i komicznie wprost boję się iść do łóżka, a obrazy mnie przerażają… a nie mają RAM!!!

PS. LISTONOSZ MNIE NIE ODWIEDZA!!!! DLACZEGO? NO DLACZEGO? D L A C Z E G O ?!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz